Wpisy z tagiem: rozczarowanie

wtorek, 06 lutego 2018
Czy tańczyłeś kiedyś z psychopatą przy dźwiękach Mahlera? (Bernard Minier, Noc)
W zeszłym tygodniu ostrzegałam przed najnowszymi przygodami komendanta Martina Servaza, dziś ostrzeżenie ponawiam w szerszej formie na łamach Fahrenheita. Chętnych zapraszam do lektury tekstu, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: Co tu się odbyło? Bo nie wypadało zatytułować recenzji WTF:D
niedziela, 04 lutego 2018
Wielkie rozczarowanie (The Florida Project)
Na ten seans skusiłam się po lekturze bardzo pochlebnych recenzji, spodziewając się czegoś niebanalnego. I w takim (bezowocnym) oczekiwaniu spędziłam prawie dwie godziny, by ostatecznie zostać zaskoczoną pojawieniem się napisów końcowych.
Film jest banalny, smutny i nużący. Być może świetnie oddaje odczucia znudzonych upalnymi wakacjami dzieciaków, mieszkających w motelu na obrzeżach Disneylandu. W przedsionku świata, do którego nigdy nie będą miały dostępu.  A także odczucia ich rodziców, którzy walczą z każdym kolejnym dniem, a głównym celem ich egzystencji jest nazbieranie na tygodniowy czynsz za skromne motelowe pokoje. Ale to za mało, żeby można było powiedzieć, że The Florida Project wnosi cokolwiek do przemiędlonej już na tysiąc sposobów opowieści o tym, że miłość do dziecka nie wystarczy, by zapewnić mu szczęśliwe życie. Widz nie ma żadnej motywacji, by kibicować matce głównej dziecięcej bohaterki. Halley nie pracuje ani pracy nie szuka, spędza całe dni w piżamie, a utrzymuje się ze sprzedaży podróbek i testerów perfum na dziedzińcach lepszych hoteli oraz zwykłego żebractwa. Ponieważ ma już na koncie konflikty z prawem, nie może zostać ponownie aresztowana. Kiedy zatem ochrona ją przegania, grożąc wezwaniem policji, kobieta decyduje zarabiać na czynsz własnym ciałem. Finał jest łatwy do przewidzenia, ale nic z niego nie wynika. To znaczy - nic poza tym, że pewnego rodzaju wybory życiowe mają określone, oczywiste konsekwencje.
Na każdym poziomie ten film mnie zawiódł. Nie polecam i nie pojmuję Oscarowej nominacji.
sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
piątek, 12 stycznia 2018
Kilka przymyśleń o ostatnim Jedim
By rozruszać nieco zakurzoną - jak okazało się podczas podsumowań minionego roku - sekcję filmową na blogu, podrzucam linka do garści luźnych impresji, jakie sformułowałam po seansie najnowszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Dziś tekst ukazał na wirtualnych łamach Fahrenheita. Zachęcam do polemiki i podzielenia się własnymi przemyśleniami. W moich przeważa rozczarowanie, niestety.
czwartek, 26 października 2017
Jak Zawód mnie zawiódł (Kamil Fejfer, Zawód. Opowieść o pracy w Polsce)
Pobiję chyba w tym zwolnieniowym tygodniu rekord częstotliwości pisania na blogu z ostatnich siedmiu lat:) Ale co poradzę, że infekcja odbiera chęć do czytania cegieł? A zarazem jakoś tak się składa, że mój wybór pada na tytuły, o których mam coś do powiedzenia. W tym przypadku: przeczytałam, żebyście wy nie musieli.
Nie byłam ufna w stosunku do tej książki. Co prawda promocyjny fragment o zawodzie ratownika medycznego, który znalazłam w sieci, był zachęcający, ale pomyślałam - poczekam na recenzje. Pojawiły się i były zdecydowanie pozytywne. Kupiłam, a dzień później redaktor Szot na Kurzojadach w kilku krótkich, żołnierskich słowach zrównał książkę z glebą.
Że miał rację, przekonałam się już na etapie lektury odautorskiego wstępu. W pierwszych słowach swojego listu Kamil Fejfer uświadamia czytelnikowi, czego w tej książce nie znajdzie. Nie ma małych miejscowości, Polski powiatowej, gdzie każdy każdego kryje, gdzie instytucje nie są w stanie zmyć z ofiar ich piętna, a sprawcy pozostają bezkarni i mogą się śmiać w twarz osobom, które skrzywdziły, napawając się widokiem tego, jak karleją, szarzeją i zginają się pod ciężarem bezradności i zaszczucia.
Tak kulawa gramatyka we wstępie świadczy o tym, że nie było też dobrej redakcji i korekty. Ale przyjmijmy, że raz może się zdarzyć, choć nie zachęca do dalszej lektury i każe wątpić, czy się dobrze zainwestowało niemal 18 złotych. Jednak ledwie kilka zdań dalej, niwecząc dramatyzm obrazu złego przeciętnego życia Polaka, pojawia się taki kwiatek: W Polsce − kraju w środku Europy, od lat należącego do struktur Unii Europejskiej − w połowie drugiej dekady XXI wieku takich osób było 2,8 miliona.
Mogłabym tak dalej, ale mi się nie chce. Z tego miejsca jedynie serdecznie pozdrawiam widniejące na karcie redakcyjnej korektorki Beatę Saracyn i Agnieszkę Gzylewską. Redaktora książka nie miała, a przynajmniej żaden się do niej nie przyznał, gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie. Ad rem. O czym, według autora, miała być książka? Książka oświetla miejsca niedoświetlone, pokazuje zwykłych ludzi, którzy biją się z polskim rynkiem pracy, starają się awansować, realizować marzenia. Spaja ich jedno – są w połowie drogi, nie cieszą się niedosukcesem. Przecież nie tak miało być, miało być tak, że osoba, która się uczy i uczciwie pracuje, może sobie pozwolić na godne życie. Nie każdy ma być milionerem, ale dobrze jakby był multitysiącerem.
Po lekturze mogę powiedzieć, o kim i o czym, według mnie, książka jest. O zderzeniu utopii z rzeczywistością. O absolwentach kierunków humanistycznych (dwukrotnie anglistyka, raz filozofia, dwukrotnie psychologia, podyplomówka z teorii sztuki), bo inne kierunki ukończyło tylko dwoje z dziesięciorga bohaterów (ratownictwo medyczne i informatyka, jedna bohaterka rzuciła towaroznawstwo, wykształcenie stróża z Jarosławia jest nieznane, wiadomo tylko, że studiował we Wrocławiu, ale co i czy skończył - już nie). O zdrowych fizycznie (tylko bohaterka ostatniego rozdziału choruje na Zespół Aspergera), mobilnych młodych ludziach, którzy pracują w dużych miastach (wyjątkiem jest bohater dzielący etat stróża z ojcem w Jarosławiu) i często nie mają jeszcze rodziny (tu jest pół na pół). Wszyscy mają pracę. Mają też pretensję do świata, że nie wygląda tak, jak im się wydawało. Monika z rozdziału o gastro dziwi się, że Polska jest krajem, w którym nie da się wyżyć z pisania o kulturze i nauczania teorii sztuki, a praca w teatrach i innych instytucjach kultury jest nisko płatna i trudno dostępna. Pracowała za dobre pieniądze w telewizji, ale odeszła, żeby robić to, w czym się spełnia. W tej chwili utrzymuje ją chłopak geoinformatyk (żyje z jego pieniędzy, ale nie potrafi powiedzieć, na czym polega jego zawód, urocze), bo w teatrze też było źle. Zła atmosfera była. Jak Monika widzi rozwiązanie swojego egzystencjalnego dylematu? Jeżeli jakaś gazeta, portal lub uczelnia zajmujące się tym, w czym się specjalizuję, zatrudniłyby mnie na etacie, to mogłabym z tego żyć. Ale etatów jest mało. Abym pracowała, muszą zwolnić się miejsca – mówi. – Po prostu ktoś musi tam umrzeć.
Czy winą za jej nieszczęście można obarczyć rynek pracy w Polsce? Sądzę, że mocno w to wątpię.
Maria była wielokrotną laureatką konkursu Studencki Nobel, skończyła psychologię ze specjalizacją kliniczną i pedagogiczną oraz politykę społeczną, zrobiła doktorat, ale nie została zatrudniona w poradni, w której robiła praktyki, a potem darmowy wolontariat, bo zatrudniono siostrzenicę szefowej. Jej kompetencje nie miały znaczenia. No, przykra sprawa. Raz miała wszystkie kompetencje z ogłoszenia i nawet ukończony kurs, na który chcieli dopiero wysyłać. Pewnie przez to nie dostała tej pracy, bo na kurs był grant z UE. Od czasu studiów wysłała kilkadziesiąt CV. Może nawet ponad sto. Do różnych miejsc. Była na ponad dwudziestu rozmowach kwalifikacyjnych. Uważa, że nie przyjmują jej i nie przyjmą, bo nie ma doświadczenia w zawodzie. Pracuje w banku, w obsłudze klienta, zaczęła jeszcze na studiach. Nie chce po prostu zmieniać pracy na inną. Nic jej nie da, jeśli przeniesie się z jednego miejsca pracy, gdzie nie pracuje w zawodzie, do innego, gdzie też nie będzie pracowała w zawodzie. Naprawdę lubi psychologię. Wie, że jest ona ważna.
I jak wam się wydaje, czy Maria jest ofiarą systemu? Ja, jak powszechnie wiadomo, nie mam serca, ale wydaje mi się, że po prostu jest ofiarą własnej wizji świata, w której kompetencje formalne powinny być przepustką do zatrudnienia. I tak jest z ośmioma z dziesięciorga bohaterów Fajfera - to oni, a nie kraj lub system, odpowiadają za własne niepowodzenia lub umowne, subiektywnie definiowane porażki. Bo czy można mówić o porażce w przypadku warszawskiej dziennikarki po filozofii, która pracowała jako freelancerka, a kiedy nie była w stanie zarobić w ten sposób czterech tysięcy netto miesięcznie, poszła pracować do banku? Nie rozśmieszajcie mnie.
Albo absolwent anglistyki, który narzeka, jak to amatorzy psują rynek tłumaczeń, ale sam, choć ma rzekomo znakomite kompetencje, nie pomyśli o tym, żeby zdać egzamin na tłumacza przysięgłego, co pozwoliłoby mu podnieść stawki. A odkryciem było dla niego, że do korepetycji trzeba się przygotowywać, żeby zostać poleconym w marketingu szeptanym. Czy to jest poważny człowiek, czy fantasta?
Dwa wyjątki to przywołany na wstępie ratownik medyczny, który jest świetny w tym, co robi, i pracuje głównie dla idei, a system istotnie mu tego nie ułatwia, oraz wspomniana informatyczka z ZA, która jednak traci szanse na porządne zatrudnienie - jak sama przyznaje - głównie dlatego, że prowadzi poczytnego bloga o życiu z chorobą i łatwo go znaleźć. Jest to powód nieracjonalny i dyskryminacja ze strony potencjalnych pracodawców - niewątpliwie. Te dwie historie to 20% książki i tylko one jakoś wpasowują się w jej rzekome założenia. Reszta jest totalnym zaprzeczeniem tezy autora i raczej ilustracją powiedzenia Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Dlatego Zawód uważam za wielkie nieporozumienie.
czwartek, 12 października 2017
Krótko i ciszej nad tą trumną (Edward St Aubyn, Patrick Melrose. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja)
Dałam się namówić tym wszystkim zapiewajłom na pierwsze 3 tomy losów Patricka Melrose'a. Nie była to dobra decyzja. Książka mimo epatowania okropnościami rozmaitego autoramentu (kazirodczy gwałt na pięciolatku, który uszkadza tego pięciolatka tak bardzo, że jeszcze 17 lat później żadna ilość narkotyków nie wystarczy, by mógł się znieczulić na rzeczywistość) i bycia och, ach, niemalże autobiografią autora jest przede wszystkim nudna jak cholera. Totalne nieporozumienie. Ostrzegam, bo jakoś na dniach wychodzi druga część, więc pewnie marketingowcy znowu rozstawią sidła. Nie wpadnijcie w nie. Spędziłam tydzień, szukając jakiegoś samorodka w kupie kompostu, którą można by streścić Szlachta nie pracuje, a nuda prowadzi do wszelkiego rodzaju zwyrodnień i jest niebezpieczna dla zdrowia fizycznego, psychicznego oraz życia rodzinnego. Trud mój nie został uwieńczony sukcesem, znalazłam co najwyżej kilka bon-motów. Plon nieproporcjonalny do mozołu, z jakim brnęłam przez - niedługie w sumie - zbiorcze wydanie trzech minipowieści. W zasadzie tytuł pierwszej i drugiej części pasuje niemal idealnie do moich czytelniczych odczuć, natomiast nawet w teoretycznie katartycznej części trzeciej nadziei nie dostrzegłam nijakiej, jeno gniazdo smutnych, snobistycznych żmij. Całość zatytułowałabym raczej Wiele hałasu o nic, a nawet Rzecz o niczym.
sobota, 12 sierpnia 2017
Czy mnie jeszcze pamiętasz? (Ósme życie I, Grzesiuk - król życia i Skrytobójca błazna)
Chomikowanie nieopisanych lektur jest dobre, o ile nie trwa zbyt długo. Dlatego teraz nadrabiam zaległości z czerwca i lipca.

Ósme życie tom I Nino Haratischwili zebrało swego czasu mnóstwo dobrych recenzji i zachwyciło moją mamę. W ramach postanowienia, by czytać w tym roku więcej cegieł, zabrałam się także za nie. Niestety, nie porwała mnie historia córek fabrykanta czekolady. Za dużo tam było romansu, tandetnego melodramatu, a poza tym najstarsza z nich zachowywała się jak bierna, a zarazem roszczeniowa i kompletnie oderwana od realiów codziennego życia idiotka. Irytowała mnie tak bardzo, że na jej tle już nawet pozostałe siostry (z których jedna była dewotką, druga marzyła tylko o zamążpójściu, a trzecia była pięknością stworzoną do życia w luksusie)  oraz jej własne dzieci - też niezbyt biegłe w surfowaniu na fali codzienności - wypadały lepiej. Warstwa historyczna dla kogoś choćby pobieżnie zainteresowanego historią powszechną XX wieku nie ma w sobie nic odkrywczego. O Gruzji w zasadzie same ogólniki. Styl nie powala. Być może sięgnę po kontynuację, ale ponoć jest jeszcze słabsza, więc wątpię. Ogólnie - spore rozczarowanie. Nie polecam.

Grzesiuk - król życia Bartosza Janiszewskiego to pozycja, która zapewne nie rozczarowałaby mnie w takim stopniu, gdybym nie miała w stosunku do niej tak wygórowanych oczekiwań. Jestem wielką fanką książek Grzesiuka (Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu oraz Na marginesie życia) i znam je w zasadzie na pamięć, a mimo to odświeżam sobie od czasu do czasu. Strasznie chciałam dowiedzieć się o Stanisławie czegoś więcej niż to, co sam napisał, i byłam podekscytowana perspektywą uzupełnienia o dodatkowe fakty tego zafałszowanego subiektywizmem obrazu, jaki wyłaniał się z trylogii. Tymczasem z dziesięciu części książki Janiszewskiego pięć (Dzielnica, Wojna, Niewola, Choroba i Dom) w zasadzie powiela informacje z dzieł Grzesiuka. A to jest połowa materiału. ciekawe są fragmenty o życiu jego rodziców, tak przed powrotem do Warszawy, jak i w późniejszym czasie. Ale już o żonie i dzieciach swojego bohatera Janiszewski pisze bardzo pobieżnie, o obozie nie dodaje właściwie nic nowego, kontrowersje wokół Pięciu lat kacetu, w tym procesy sądowe, w zasadzie zbywa ogólnikami. Najciekawsze są poza szpitalne fragmenty powojenne, czyli bardzo niewielka część całości. Szkoda.

Skrytobójca Błazna Robin Hobb okazał się za to cegłą (816 stron) wspaniałą pod każdym względem, która umiliła mi czerwcowy tygodniowy urlop. Jest to pierwszy tom trzeciej trylogii fantasy z tymi samymi bohaterami, cyklu zapoczątkowanego dwadzieścia dwa lata temu Uczniem skrytobójcy, który już kiedyś tu polecałam i czynię to ponownie. W tym gatunku mało jest serii na takim poziomie. Całość zaczyna się jak bardzo schematyczna fantasy (na litość, główny bohater to książęcy bękart!), ale ewoluuje w o wiele bardziej złożoną, epicką opowieść, a przede wszystkim poglębione studium psychologiczne człowieka samotnego, który najpierw rozpaczliwie pragnął gdzieś przynależeć, a gdy to pragnienie zostało okrutnie wykorzystane, zamarzył z kolei o samotności. Z uwagi na objętość poszczególnych tomów czytelnik ma czas, by postaci stały się członkami jego wyimaginowanej rodziny, a każda kolejna odsłona jest niczym powrót do domu. W części siódmej Bastard w końcu dostaje swoje długo wyczekiwane szczęście, w dawnym dworku ojca, u boku ukochanej kobiety. Zupełnie niepodziewanie, bo w jesieni życia, rodzi mu ona kolejne dziecko, które już w czasie rozwoju prenatalnego łamie wszelkie normy. Podobnie jak jej ojciec, Pszczoła będzie uwikłana w przepowiednie, a jej mimo wszystko idylliczne dzieciństwo zostanie gwałtownie przerwane. Hoob ma niezwykłą władzę nad powieściową materią, opowieść, przez większość objętości niespieszna, hipnotyzuje, przez co finałowe przyspieszenie (dyskretnie i logicznie umocowane w misternej konstrukcji całości) robi tym mocniejsze wrażenie. Wprost nie mogę się doczekać kontynuacji, bo te ponad 800 stron to w tym wypadku o wiele za mało.
niedziela, 16 lipca 2017
Zybork zły - i to nie tylko metafora, ale i ostrzeżenie (Jakub Żulczyk, Wzgórze psów)

Po miesiącach czytelniczo tłustych przychodzą miesiące chude – tak musi być. Ale kiedy cegła na 864 strony okazuje się mizerotą możliwą do sensownego i bardziej strawnego od oryginału skondensowania na maksymalnie dwustu pięćdziesięciu, uważam, że jako czytelnik mam prawo być zła. Normalnie powiedziałabym, że przede wszystkim na siebie, ale w tym wypadku czuję się oszukana przez autora. Bo wcześniej pokazał, że umie napisać naprawdę dobrą (choć nie tak genialną, jak powszechnie twierdzono), intrygującą formalnie i wciągającą powieść. Gdyby nie Ślepnąc od świateł, żadna siła nie skłoniłaby mnie do sięgnięcia po Wzgórze psów Jakuba Żulczyka. A tak byłam ciekawa. I ciekawość okazała się pierwszym stopniem może nie do piekła, ale do krainy coraz to większych negatywnych zaskoczeń. Najlepiej podsumował to sam autor, choć zapewne miało to być takie ironiczne mrugnięcie do czytelnika:

 Oczywiście książka jest kupą gówna. Dobra, kupą to może za dużo powiedziane. Taką sowitą, stołową łyżką gówna. Jest chyba gorsza niż moja pierwsza książka. Miała być o powrocie, a w sumie jest chyba o niczym. Historia jest szczątkowa. Człowiek, czyli ja, chodzi po mieście, w którym kiedyś mieszkał. Zagląda w kolejne okna. Szuka śladów życia. Spotyka duchy. Próbuje z nimi rozmawiać. Kurwa, nawet nie ma sensu tego opowiadać. To po prostu zdania. Zajęły w sumie półtora zeszytu. To zasadniczo niewiele, ale mam nadzieję, że wystarczy. Musi wystarczyć, bo więcej nie będzie. Więcej nie da rady. Muszę przepisać ją na komputerze, aby wysłać plik mojemu agentowi. To będzie jeszcze gorsze niż pisanie, ale gdy to zrobię, on wyśle mi zaliczkę, którą wytargował z jakimś kolejnym wydawnictwem. Kupę forsy. Z pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nie mam pojęcia, jak on to zrobił, i nie mam zielonego pojęcia, co ja z tym zrobię. W każdym razie kazałem mu przysiąc, że nie będzie żadnych wywiadów. Żadnych zdjęć. Żadnego przyjeżdżania tutaj. Żadnego zawracania głowy ani mnie, ani nikomu innemu. Po prostu: tekst, pieniądze, cześć. Poinformowałem go, że może wysłać mi jeden egzemplarz.

Grzesiek powiedział, że jest niezła, chyba lepsza od tamtej, chociaż zupełnie nie rozumie, o co w niej chodzi.

– Jak będzie się nazywać? – pyta Kaśka.

– To ważne? – odpowiadam.

– Ważne – mówi. – To zajebiście ważne.

– Wzgórze Psów – odpowiadam po dłuższej chwili.

– Niezły, poetycki taki – mówi głos za mną, głos mężczyzny, głos jak mróz, głos, który gdyby tylko chciał, mógłby zmrozić całą tę kiełkującą trawę.

Co poradzę, autorecenzja Mikołaja Głowackiego idealnie podsumowuje moje odczucia co do Wzgórza psów. No, niemal idealnie, bo dochodzi jeszcze srogi żal, że autor nie poszedł w ślady swojego bohatera i nie ograniczył się objętościowo. Jest to bowiem właśnie historia o powrocie w rodzinne strony bohatera – autora jednej świetnej książki, w której zniszczył rodzinne mazurskie miasteczko w Polsce C. A zniszczył, bo obwiniał się o śmierć swojej byłej dziewczyny, o śmierć swojej matki, i musiał tę winę przerzucić gdzie indziej. Sukces debiutu zniszczył z kolei samego Mikołaja, który za niesamowitą furę hajsu, jaka na niego nieoczekiwanie spadła, chciał kupić sobie ucieczkę od poczucia winy. Resztki pozbierała z ziemi Justyna, dziennikarka pracująca w dziale reportażu Krajowej (czemuż nie Wyborczej?), i nawet się z tymi zreanimowanymi resztkami hajtnęła. Tylko że Mikolaj się nie starał, nie chciał napisać kolejnego hitu, chałturzył, a Justynę zwolnili. W efekcie oboje muszą wrócić w rodzinne strony Głowackiego, a swoje kupione na kredyt lokum w stolicy wynająć Portugalczykom. Będą mieszkać z ojcem Mikołaja, trzeźwym alkoholikiem, despotą, inicjatorem referendum przeciw uwikłanej w sitwę burmistrzowej, jego drugą żoną Agatą, alkoholiczką jak najbardziej pijącą, choć dyskretnie i głównie małpki kolorowych wódek, i dwójką ich dzieci – Jankiem i Joasią. Na tym samym podwórku stoi drugi dom, w którym mieszka rozwiedziony młodszy brat bohatera – Grzesiek. Grzesiek pije, gra na automatach, a jego małżeństwo się rozpadło, wcale nie dlatego, że żona to zła kobieta była.  W tę idyllę wkroczy jednak prawdziwe zło, kiedy zaczną znikać kolejni mieszkańcy Zyborka. Ktoś tutaj wymierza starotestamentową, choć odroczoną o kilkanaście lat, sprawiedliwość, obnażając przy okazji lokalny układ. Klucz do tajemnicy tkwi w przeszłości, w wydarzeniach lata 2000, które zniszczyło Mikołaja.

Nie brzmi źle, prawdaż? Czytać w sumie też się daje, ale żeby bezboleśnie, to już nie mogę uczciwie powiedzieć. Przede wszystkim główną treść stanowi niepotrzebna do niczego wata słowna. Drobiazgowe opisy tego, kto którą ręką ruszył, a którą brew podniósł, nie są bynajmniej najgorsze. Wszechobecne „aby” we wszelkich odmianach być może tylko mnie doprowadzało do szału, ale w sumie to nieszkodliwy drobiazg. Najgorsze są przemyślenia bohaterów-narratorów (głównie Mikołaja i Justyny), niezróżnicowane na poziomie stylistycznym w żaden sposób (osobę aktualnego narratora identyfikują końcówki gramatyczne),  idealnie przezroczyste (jak nie znoszę tego określenia-wytrycha, tak do tej jednostajnej brei myślowej pasuje jak ulał).

Uczucia kiedyś cię zabiją. Jak mają cię nie zabić, skoro poza nimi nic nie ma? Najwyżej jakaś ziemia, jakieś słońce. Generalnie coś, co tam sobie istnieje, coś poza tobą. Rośliny, zwierzęta. Niech sobie istnieje. I tak przestanie istnieć razem z tobą. Dla człowieka człowiek to wszystko, co ma. Człowiek to worek uczuć, ślepych jak pożar. Człowiek bez przerwy wpatruje się we własne uczucia tak jak w pożar.

Mój dom jest w brzuchach robaków.

Kto wie? Ilu z nich wie, o co chodzi? Za wszystkimi zamkniętymi drzwiami komend i urzędów, domów, mieszkań w blokach. Ilu z nich się boi? Ilu uważa, że szatan istnieje i w każdej chwili może przyjść, i uciąć im głowy, i zjeść ich dzieci?

Kalt to szatan, może mają rację, ale czy to on jest prawdziwym złem?

Czy diabły mogą zabijać inne diabły? Czy właśnie to nie byłaby idealna sytuacja, pozwolić wszystkim diabłom pozabijać się nawzajem?

I Żulczyk tak potrafi całymi stronami, wcale go to nie męczy ani nie żenuje. Ciężko to znieść, by dobrnąć do ciekawszych kawałków. A im dalej w treść, tym mocniej proporcje słownej waty i pseudofilozofii do fabularnego mięsa (bo w warstwie literackiej jest tu niestety, obawiam się, tylko najtańsza mielonka z puszki)  zmieniają się na korzyść waty. Fabularny kotlet zaś też koniec końców okazuje się wielokrotnie odgrzewanym schematem. A już ten geniusz zła Kalt to postać iście komiksowa, nie dziwota, że musi przeciw niemu stanąć lokalne wcielenie Punishera.

U Smarzowskiego to zadziałało, bo było skondensowane do niecałych dwóch godzin, dobrze wyreżyserowane, zrealizowane, zagrane, a przede wszystkim intrygujące i trzymające w napięciu. U Żulczyka tajemnica tonie w bezsensownej paplaninie, a groza stępiona jest groteską. Zabójczo skutecznie. Najgorsza powieść, jaką przeczytałam w tym roku.

środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
 
1 , 2 , 3
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka