Wpisy z tagiem: rozczarowanie

czwartek, 12 października 2017
Krótko i ciszej nad tą trumną (Edward St Aubyn, Patrick Melrose. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja)
Dałam się namówić tym wszystkim zapiewajłom na pierwsze 3 tomy losów Patricka Melrose'a. Nie była to dobra decyzja. Książka mimo epatowania okropnościami rozmaitego autoramentu (kazirodczy gwałt na pięciolatku, który uszkadza tego pięciolatka tak bardzo, że jeszcze 17 lat później żadna ilość narkotyków nie wystarczy, by mógł się znieczulić na rzeczywistość) i bycia och, ach, niemalże autobiografią autora jest przede wszystkim nudna jak cholera. Totalne nieporozumienie. Ostrzegam, bo jakoś na dniach wychodzi druga część, więc pewnie marketingowcy znowu rozstawią sidła. Nie wpadnijcie w nie. Spędziłam tydzień, szukając jakiegoś samorodka w kupie kompostu, którą można by streścić Szlachta nie pracuje, a nuda prowadzi do wszelkiego rodzaju zwyrodnień i jest niebezpieczna dla zdrowia fizycznego, psychicznego oraz życia rodzinnego. Trud mój nie został uwieńczony sukcesem, znalazłam co najwyżej kilka bon-motów. Plon nieproporcjonalny do mozołu, z jakim brnęłam przez - niedługie w sumie - zbiorcze wydanie trzech minipowieści. W zasadzie tytuł pierwszej i drugiej części pasuje niemal idealnie do moich czytelniczych odczuć, natomiast nawet w teoretycznie katartycznej części trzeciej nadziei nie dostrzegłam nijakiej, jeno gniazdo smutnych, snobistycznych żmij. Całość zatytułowałabym raczej Wiele hałasu o nic, a nawet Rzecz o niczym.
sobota, 12 sierpnia 2017
Czy mnie jeszcze pamiętasz? (Ósme życie I, Grzesiuk - król życia i Skrytobójca błazna)
Chomikowanie nieopisanych lektur jest dobre, o ile nie trwa zbyt długo. Dlatego teraz nadrabiam zaległości z czerwca i lipca.

Ósme życie tom I Nino Haratischwili zebrało swego czasu mnóstwo dobrych recenzji i zachwyciło moją mamę. W ramach postanowienia, by czytać w tym roku więcej cegieł, zabrałam się także za nie. Niestety, nie porwała mnie historia córek fabrykanta czekolady. Za dużo tam było romansu, tandetnego melodramatu, a poza tym najstarsza z nich zachowywała się jak bierna, a zarazem roszczeniowa i kompletnie oderwana od realiów codziennego życia idiotka. Irytowała mnie tak bardzo, że na jej tle już nawet pozostałe siostry (z których jedna była dewotką, druga marzyła tylko o zamążpójściu, a trzecia była pięknością stworzoną do życia w luksusie)  oraz jej własne dzieci - też niezbyt biegłe w surfowaniu na fali codzienności - wypadały lepiej. Warstwa historyczna dla kogoś choćby pobieżnie zainteresowanego historią powszechną XX wieku nie ma w sobie nic odkrywczego. O Gruzji w zasadzie same ogólniki. Styl nie powala. Być może sięgnę po kontynuację, ale ponoć jest jeszcze słabsza, więc wątpię. Ogólnie - spore rozczarowanie. Nie polecam.

Grzesiuk - król życia Bartosza Janiszewskiego to pozycja, która zapewne nie rozczarowałaby mnie w takim stopniu, gdybym nie miała w stosunku do niej tak wygórowanych oczekiwań. Jestem wielką fanką książek Grzesiuka (Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu oraz Na marginesie życia) i znam je w zasadzie na pamięć, a mimo to odświeżam sobie od czasu do czasu. Strasznie chciałam dowiedzieć się o Stanisławie czegoś więcej niż to, co sam napisał, i byłam podekscytowana perspektywą uzupełnienia o dodatkowe fakty tego zafałszowanego subiektywizmem obrazu, jaki wyłaniał się z trylogii. Tymczasem z dziesięciu części książki Janiszewskiego pięć (Dzielnica, Wojna, Niewola, Choroba i Dom) w zasadzie powiela informacje z dzieł Grzesiuka. A to jest połowa materiału. ciekawe są fragmenty o życiu jego rodziców, tak przed powrotem do Warszawy, jak i w późniejszym czasie. Ale już o żonie i dzieciach swojego bohatera Janiszewski pisze bardzo pobieżnie, o obozie nie dodaje właściwie nic nowego, kontrowersje wokół Pięciu lat kacetu, w tym procesy sądowe, w zasadzie zbywa ogólnikami. Najciekawsze są poza szpitalne fragmenty powojenne, czyli bardzo niewielka część całości. Szkoda.

Skrytobójca Błazna Robin Hobb okazał się za to cegłą (816 stron) wspaniałą pod każdym względem, która umiliła mi czerwcowy tygodniowy urlop. Jest to pierwszy tom trzeciej trylogii fantasy z tymi samymi bohaterami, cyklu zapoczątkowanego dwadzieścia dwa lata temu Uczniem skrytobójcy, który już kiedyś tu polecałam i czynię to ponownie. W tym gatunku mało jest serii na takim poziomie. Całość zaczyna się jak bardzo schematyczna fantasy (na litość, główny bohater to książęcy bękart!), ale ewoluuje w o wiele bardziej złożoną, epicką opowieść, a przede wszystkim poglębione studium psychologiczne człowieka samotnego, który najpierw rozpaczliwie pragnął gdzieś przynależeć, a gdy to pragnienie zostało okrutnie wykorzystane, zamarzył z kolei o samotności. Z uwagi na objętość poszczególnych tomów czytelnik ma czas, by postaci stały się członkami jego wyimaginowanej rodziny, a każda kolejna odsłona jest niczym powrót do domu. W części siódmej Bastard w końcu dostaje swoje długo wyczekiwane szczęście, w dawnym dworku ojca, u boku ukochanej kobiety. Zupełnie niepodziewanie, bo w jesieni życia, rodzi mu ona kolejne dziecko, które już w czasie rozwoju prenatalnego łamie wszelkie normy. Podobnie jak jej ojciec, Pszczoła będzie uwikłana w przepowiednie, a jej mimo wszystko idylliczne dzieciństwo zostanie gwałtownie przerwane. Hoob ma niezwykłą władzę nad powieściową materią, opowieść, przez większość objętości niespieszna, hipnotyzuje, przez co finałowe przyspieszenie (dyskretnie i logicznie umocowane w misternej konstrukcji całości) robi tym mocniejsze wrażenie. Wprost nie mogę się doczekać kontynuacji, bo te ponad 800 stron to w tym wypadku o wiele za mało.
niedziela, 16 lipca 2017
Zybork zły - i to nie tylko metafora, ale i ostrzeżenie (Jakub Żulczyk, Wzgórze psów)

Po miesiącach czytelniczo tłustych przychodzą miesiące chude – tak musi być. Ale kiedy cegła na 864 strony okazuje się mizerotą możliwą do sensownego i bardziej strawnego od oryginału skondensowania na maksymalnie dwustu pięćdziesięciu, uważam, że jako czytelnik mam prawo być zła. Normalnie powiedziałabym, że przede wszystkim na siebie, ale w tym wypadku czuję się oszukana przez autora. Bo wcześniej pokazał, że umie napisać naprawdę dobrą (choć nie tak genialną, jak powszechnie twierdzono), intrygującą formalnie i wciągającą powieść. Gdyby nie Ślepnąc od świateł, żadna siła nie skłoniłaby mnie do sięgnięcia po Wzgórze psów Jakuba Żulczyka. A tak byłam ciekawa. I ciekawość okazała się pierwszym stopniem może nie do piekła, ale do krainy coraz to większych negatywnych zaskoczeń. Najlepiej podsumował to sam autor, choć zapewne miało to być takie ironiczne mrugnięcie do czytelnika:

 Oczywiście książka jest kupą gówna. Dobra, kupą to może za dużo powiedziane. Taką sowitą, stołową łyżką gówna. Jest chyba gorsza niż moja pierwsza książka. Miała być o powrocie, a w sumie jest chyba o niczym. Historia jest szczątkowa. Człowiek, czyli ja, chodzi po mieście, w którym kiedyś mieszkał. Zagląda w kolejne okna. Szuka śladów życia. Spotyka duchy. Próbuje z nimi rozmawiać. Kurwa, nawet nie ma sensu tego opowiadać. To po prostu zdania. Zajęły w sumie półtora zeszytu. To zasadniczo niewiele, ale mam nadzieję, że wystarczy. Musi wystarczyć, bo więcej nie będzie. Więcej nie da rady. Muszę przepisać ją na komputerze, aby wysłać plik mojemu agentowi. To będzie jeszcze gorsze niż pisanie, ale gdy to zrobię, on wyśle mi zaliczkę, którą wytargował z jakimś kolejnym wydawnictwem. Kupę forsy. Z pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nie mam pojęcia, jak on to zrobił, i nie mam zielonego pojęcia, co ja z tym zrobię. W każdym razie kazałem mu przysiąc, że nie będzie żadnych wywiadów. Żadnych zdjęć. Żadnego przyjeżdżania tutaj. Żadnego zawracania głowy ani mnie, ani nikomu innemu. Po prostu: tekst, pieniądze, cześć. Poinformowałem go, że może wysłać mi jeden egzemplarz.

Grzesiek powiedział, że jest niezła, chyba lepsza od tamtej, chociaż zupełnie nie rozumie, o co w niej chodzi.

– Jak będzie się nazywać? – pyta Kaśka.

– To ważne? – odpowiadam.

– Ważne – mówi. – To zajebiście ważne.

– Wzgórze Psów – odpowiadam po dłuższej chwili.

– Niezły, poetycki taki – mówi głos za mną, głos mężczyzny, głos jak mróz, głos, który gdyby tylko chciał, mógłby zmrozić całą tę kiełkującą trawę.

Co poradzę, autorecenzja Mikołaja Głowackiego idealnie podsumowuje moje odczucia co do Wzgórza psów. No, niemal idealnie, bo dochodzi jeszcze srogi żal, że autor nie poszedł w ślady swojego bohatera i nie ograniczył się objętościowo. Jest to bowiem właśnie historia o powrocie w rodzinne strony bohatera – autora jednej świetnej książki, w której zniszczył rodzinne mazurskie miasteczko w Polsce C. A zniszczył, bo obwiniał się o śmierć swojej byłej dziewczyny, o śmierć swojej matki, i musiał tę winę przerzucić gdzie indziej. Sukces debiutu zniszczył z kolei samego Mikołaja, który za niesamowitą furę hajsu, jaka na niego nieoczekiwanie spadła, chciał kupić sobie ucieczkę od poczucia winy. Resztki pozbierała z ziemi Justyna, dziennikarka pracująca w dziale reportażu Krajowej (czemuż nie Wyborczej?), i nawet się z tymi zreanimowanymi resztkami hajtnęła. Tylko że Mikolaj się nie starał, nie chciał napisać kolejnego hitu, chałturzył, a Justynę zwolnili. W efekcie oboje muszą wrócić w rodzinne strony Głowackiego, a swoje kupione na kredyt lokum w stolicy wynająć Portugalczykom. Będą mieszkać z ojcem Mikołaja, trzeźwym alkoholikiem, despotą, inicjatorem referendum przeciw uwikłanej w sitwę burmistrzowej, jego drugą żoną Agatą, alkoholiczką jak najbardziej pijącą, choć dyskretnie i głównie małpki kolorowych wódek, i dwójką ich dzieci – Jankiem i Joasią. Na tym samym podwórku stoi drugi dom, w którym mieszka rozwiedziony młodszy brat bohatera – Grzesiek. Grzesiek pije, gra na automatach, a jego małżeństwo się rozpadło, wcale nie dlatego, że żona to zła kobieta była.  W tę idyllę wkroczy jednak prawdziwe zło, kiedy zaczną znikać kolejni mieszkańcy Zyborka. Ktoś tutaj wymierza starotestamentową, choć odroczoną o kilkanaście lat, sprawiedliwość, obnażając przy okazji lokalny układ. Klucz do tajemnicy tkwi w przeszłości, w wydarzeniach lata 2000, które zniszczyło Mikołaja.

Nie brzmi źle, prawdaż? Czytać w sumie też się daje, ale żeby bezboleśnie, to już nie mogę uczciwie powiedzieć. Przede wszystkim główną treść stanowi niepotrzebna do niczego wata słowna. Drobiazgowe opisy tego, kto którą ręką ruszył, a którą brew podniósł, nie są bynajmniej najgorsze. Wszechobecne „aby” we wszelkich odmianach być może tylko mnie doprowadzało do szału, ale w sumie to nieszkodliwy drobiazg. Najgorsze są przemyślenia bohaterów-narratorów (głównie Mikołaja i Justyny), niezróżnicowane na poziomie stylistycznym w żaden sposób (osobę aktualnego narratora identyfikują końcówki gramatyczne),  idealnie przezroczyste (jak nie znoszę tego określenia-wytrycha, tak do tej jednostajnej brei myślowej pasuje jak ulał).

Uczucia kiedyś cię zabiją. Jak mają cię nie zabić, skoro poza nimi nic nie ma? Najwyżej jakaś ziemia, jakieś słońce. Generalnie coś, co tam sobie istnieje, coś poza tobą. Rośliny, zwierzęta. Niech sobie istnieje. I tak przestanie istnieć razem z tobą. Dla człowieka człowiek to wszystko, co ma. Człowiek to worek uczuć, ślepych jak pożar. Człowiek bez przerwy wpatruje się we własne uczucia tak jak w pożar.

Mój dom jest w brzuchach robaków.

Kto wie? Ilu z nich wie, o co chodzi? Za wszystkimi zamkniętymi drzwiami komend i urzędów, domów, mieszkań w blokach. Ilu z nich się boi? Ilu uważa, że szatan istnieje i w każdej chwili może przyjść, i uciąć im głowy, i zjeść ich dzieci?

Kalt to szatan, może mają rację, ale czy to on jest prawdziwym złem?

Czy diabły mogą zabijać inne diabły? Czy właśnie to nie byłaby idealna sytuacja, pozwolić wszystkim diabłom pozabijać się nawzajem?

I Żulczyk tak potrafi całymi stronami, wcale go to nie męczy ani nie żenuje. Ciężko to znieść, by dobrnąć do ciekawszych kawałków. A im dalej w treść, tym mocniej proporcje słownej waty i pseudofilozofii do fabularnego mięsa (bo w warstwie literackiej jest tu niestety, obawiam się, tylko najtańsza mielonka z puszki)  zmieniają się na korzyść waty. Fabularny kotlet zaś też koniec końców okazuje się wielokrotnie odgrzewanym schematem. A już ten geniusz zła Kalt to postać iście komiksowa, nie dziwota, że musi przeciw niemu stanąć lokalne wcielenie Punishera.

U Smarzowskiego to zadziałało, bo było skondensowane do niecałych dwóch godzin, dobrze wyreżyserowane, zrealizowane, zagrane, a przede wszystkim intrygujące i trzymające w napięciu. U Żulczyka tajemnica tonie w bezsensownej paplaninie, a groza stępiona jest groteską. Zabójczo skutecznie. Najgorsza powieść, jaką przeczytałam w tym roku.

środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
sobota, 28 stycznia 2017
Serialowisko 2017 (1)
Zabrałam się niemal dwa tygodnie temu za Wowę. Wołodię. Władimira. Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich i jestem aktualnie w 55%. Fascynująca, ale monumentalna lektura, niemal 800 stron drobną czcionką. Pomyślałam sobie zatem, że to dobry moment, by po raz kolejny podjąć próbę bieżącego opisywania oglądanych seriali.

Sneaky Pete - już same nazwiska twórców: Davida Shore'a, ojca Dr House'a, i Briana Cranstona (który zresztą gra główny czarny charakter) wystarczyły, żebym dała szansę. A że gra jeszcze Margo Maritndale (Justified, The Americans), zaś w scenariuszu maczał palce Graham Yost (Justified) - nowa produkcja Amazonu po prostu nie mogła być zła. I nie jest. Niby prosta historia - oszust Marius, specjalizujący się w tak zwanych long cons (wyrafinowane przekręty z wielką stawką), wychodzi z więzienia, gdzie schronił się przed zemstą swojej ostatniej ofiary. Ponieważ nadal musi się ukrywać, podszywa się pod sąsiada z celi, którego rzewnych opowieści z dzieciństwa słuchał przez ostatnich parę lat. I jedzie do jego dziadków, którzy nie widzieli wnuka ponad dwadzieścia lat. Okazuje się, że rodzinny biznes to poręczenia majątkowe i chwytanie zbiegów, którzy po wpłaceniu kaucji nie zamierzają stawić się na procesie. A jeden z kuzynów jest policjantem. Równocześnie nasz bohater musi oddać swojej ostatniej ofierze, granej przez Cranstona, 100 tysięcy dolarów. Ma na to tydzień, inaczej jego brat będzie systematycznie pozbawiany różnych kawałków ciała. Naprawdę jednak Marius marzy głównie o zemście. Dobre. Ciekawe postacie, przyzwoity scenariusz, inteligentny humor. 7,5/10

Sherlock, sezon 4
- miałam nie oglądać, ale po przyzwoitej Abominable Bride dałam się skusić. I żałuję. Twórcy już kompletnie odlecieli, więc mimo całej sympatii dla aktorów i postaci raczej tylko się męczyłam. Były momenty (początek pierwszego i drugiego odcinka), były fajne motywy (pani Hudson!), ale poza trzecią, obiektywnie  najbardziej  wydumaną historią, kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje i jak to się skończy. W zasadzie zgadzam się z opinią Anneke o całym sezonie, z tym zastrzeżeniem, że trzeci odcinek uważam za lepszy od drugiego (w drugim groteską skandalicznie zmarnowali pięknie się zapowiadającego Złego). W trzecim przynajmniej z zainteresowaniem obserwowałam zmagania Sherlocka z samym sobą i z członkiem rodziny, no i Mycroft wyszedł na idiotę, co było uroczo odświeżające.

Endeavour
- zwykle był jasnym punktem trudnego do przetrwania początku stycznia, ale po 3 z 4 odcinków tegoroczny sezon będzie zdecydowanie najsłabszym. Widać wyraźne zmęczenie materiału, intrygi są wydumane, rozwlekłe i bez pazura. Wielka szkoda.

Taboo - taki był szum wokół tego serialu, bo Tom Hardy, bo mrok, bo od twórcy Peaky Blinders, o jerum pajtasz. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku byłam trochę zażenowana, bo straszliwa postać Hardy'ego raczej mnie bawiła swoim ostentacyjnym stylem emo, a już pies żywiący się zwłokami naprawdę nie był potrzebny. Ale dam jeszcze szansę, bo akcja w sumie nawet nie zdążyła się zacząć, a fama głosi, że coś się z tego wykluwa. Ktoś widział dalszy ciąg i może potwierdzić lub zaprzeczyć?

Chance - zabrałam się, bo Hugh Laurie, ale po pierwszym odcinku jakoś mnie nie porwało. Wczoraj po dłuższej przerwie obejrzałam odcinek drugi i dalej w zasadzie nic się nie wydarzyło, oprócz konfrontacji z mężem tajemniczej pacjentki (Cooper z Private Practice umie być groźny:O) i jakichś (prawdopodobnie) zwidów głównego bohatera pod koniec. Warto to kontynuować?

The Path, sezon 2 - pierwszy sezon oglądało się całkiem przyjemnie, w czym duża zasługa aktorów (Aaron Paul, Hugh Dancy, Michelle Monaghan), choć i scenariusz, początkowo dość sztampowy - bohater traci wiarę i odchodzi od sekty - ciekawie się z czasem rozkręcił. Ale dwa pierwsze odcinki nowego sezonu prowadzą opowieść w stronę, która kompletnie mi się nie podoba, wprowadzając elementy fantastyki, sugerujące, że Drabina i Światło to nie kocopały, tylko prawda, a Eddie (bohater Paula) ma być przepowiedzianym Zbawcą Ludzkości. Obym się myliła.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego? W najbliższych planach mam dokończenie powszechnie chwalonego The Crown, którego pierwszy odcinek, widziany dawno temu, też jakoś mnie nie porwał.
czwartek, 22 grudnia 2016
Nie taki łotr uroczy, jak go malują
Zachęcona pozytywnymi recenzjami (i jeszcze pamiętając niesamowitą zeszłoroczną radochę, jaką był seans Przebudzenia Mocy), wybrałam się na Rouge One: A Star Wars Story. I nie podzielam dość powszechnej pozytywnej oceny. BĘDĄ SPOILERY. Owszem, było tu sporo świeżych i wartościowych elementów, zmierzających w dobrą, acz nietypową dla serii stronę - odbrązowienia Rebelii na przykład. Załatania jednej z najważniejszych logicznych dziur w Nowej Nadziei (czyli jakim cudem Luke strzelił akurat tak fartownie, że Gwiazda Śmierci się rozpadła). Były też ciekawe postaci, choć niestety nie główna bohaterka, której życiorys to taka sztampa, że aż zęby bolą. Jedyne, co trzeba Jyn Erso przyznać, to że konflikt Rebelia-Imperium miała tam, gdzie słońce nie dochodzi, co rzeczywiście było bardzo odświeżające. Niestety, pod koniec nawet to jej przeszło. Wyjątkowo mało fartownie trafił też Mads Mikkelsen, bo Galen Erso jest mimo swego - w teorii ciekawego - tragizmu postacią tak topornie napisaną, jakby jego partie stworzył George Lucas we własnej osobie. W sumie nie ma tam zbyt wielkiego pola manewru, bo mógł się albo zabić z honorem (wtedy za dużo by nie pograł), albo zostać i sabotować Gwiazdę Śmierci (na co się zdecydował). Ale, na litość Mocy i jej midichlorianów, czy nie mógł gadać jakoś sensowniej i mniej patetycznie? I mniej razy powtórzyć Gwiazdeczka? Najwyraźniej nie. Z całego tego bajzlu (bo w fabule mimo jej prostoty panuje nieustanny chaos, który dość szybko przestaje być zajmujący, a staje się nużący) najbardziej podobał mi się Cassian Andor, Rebeliant od brudnej roboty, i jego kompan, przeprogramowany robot imperialny K-2SO (Alan Tudyk z Firefly). Cassian nie urodził się w cieniu Przeznaczenia, ale poświęcił życie walce o wolność i robił różne nieciekawe rzeczy, z którymi nie zawsze czuł się najlepiej. Ale tego wymagał cel. Normalny aż miło. Takich nam pod sztandarami Mocy brakowało. A K-2SO jest fajnie cyniczny, ale lojalny, ładnie to wyszło. Dobrym pomysłem było też wprowadzenie Sawa Gerrery (Forrest Whitaker), którego wątek ładnie pokazuje, że w łonie Rebelii nie było zgody co do metod prowadzenia walki, przeważała linia zachowawcza i złudzenia co do tego, że uda się uniknąć konfrontacji, zaś realistów nazywano ekstremistami. Brzmi dziwnie znajomo. Po stronie plusów mogę jeszcze zapisać epizod Lorda Vadera (ale tylko rozmowę z dyrektorem Krennikiem, w końcówce wypadł b. groteskowo). I oczywiście zakończenie, zaskakująco realistyczne. Takiej rzeźni wśród pozytywnych bohaterów w tym uniwersum jeszcze nie było. Ale ogólnie, niestety, słabiutko. Ginie to wszystko w pretekstowej fabule, głupocie Imperialnych i naciąganych rozwiązaniach fabularnych, które wychodzą poza moją tolerancję dla konwencji. Mogło być o wiele lepiej. Dlatego u mnie dominującym uczuciem po seansie jest tym razem rozczarowanie. Maksymalnie 6/10.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Pozostałe lektury urlopowe
Urlop niestety dobiega końca, jak wszystko, co dobre (np. Polcon 2016 we Wrocławiu), czas zatem na podsumowanie nieopisanych do tej pory lektur.

Włodzimierz Nowak Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda to pozycja bardzo ciekawa i zdecydowanie godna uwagi - biografia Zygfryda Kapeli, pół-Polaka, pół-Niemca (po matce), któremu przyszło dorastać w trudnych (zwłaszcza dla kogoś z takim pochodzeniem i imieniem) powojennych polskich realiach. Zygfryd jest postacią nietuzinkową, o ile jednak w pierwszej części opowieści zdecydowanie łatwiej z nim empatyzować, to im dalej w historię, tym bardziej oczywiste staje się, że jest typowym cwaniaczkiem, koniunkturalistą, a do prawdy i jakichkolwiek wartości ma mocno swobodny stosunek, ujmując rzecz bardzo łagodnie. Ale nie trzeba go lubić (co ciekawe, nawet sam autor w pewnym momencie zdecydowanie przestaje i traci serce do opisywanej historii), by docenić złożoność i niezwykłość jego biografii, w której ucieczka (ostatecznie chyba nie dokądś, a po prostu przed nieładną prawdą o sobie) jest elementem kluczowym. Są fragmenty lepsze i gorsze, ale całość oceniam wysoko i zdecydowanie polecam, nie wchodząc w dalsze szczegóły, by nie psuć wam zabawy, jaką jest odkrywanie biografii bohatera, nierozerwalnie związanej z polską historią.

Joseph Delaney Zemsta czarownicy, czyli pierwszy tom cyklu fantasy kierowanego w teorii do czytelników 10+. W praktyce dostajemy dosyć dorosły horror. Trzynastoletni główny bohater, siódmy syn siódmego syna, stawiający pierwsze kroki w potrzebnym, lecz mało prestiżowym fachu stracharza, natyka się na rzeczy, które mnie nieźle przeraziły. A to: placki z krwi niemowląt, zazdrosnego górnika z pylicą zakopującego żonę żywcem w piwnicy, stado wisielców - widm na pobliskiej górce, krwiożercze czarownice porywające dzieci i niestroniące od opętania. Rzecz jasna, wszystko kończy się całkiem dobrze, ale jeśli otwarcie jest tak mroczne, to - będąc egzemplarzem wyjątkowo strachliwym - chyba podziękuję za dalszy ciąg. Niemniej, książka w swoim gatunku dobra: nastrojowa, wyrazista i znakomicie przetłumaczona przez Paulinę Braiter. No i czyta się błyskawicznie.

Jørn Lier Horst Poza sezonem - ponoć kolejne tomy (wydane wcześniej, ale późniejsze w cyklu) są lepsze, jednak co do tego jestem zdecydowanie na nie. Bohaterowie są przeraźliwie papierowi i kompletnie mnie nie obeszli, podobnie jak intryga, ostatecznie może i spójna, ale zrealizowana sztywno, niczym zadanie z kursu kreatywnego pisania. Być może to po części kwestia języka (czy to oryginału, czy tłumaczenia - nie sposób przesądzić, ale mimo wszystko skłaniam się ku pierwszej opcji) - suchego, ściśle celowego, sprawozdawczego i podporządkowanego raportowaniu akcji. Nastroju w każdym razie, mimo czynionych przez pisarza prób scenograficznych, nie stwierdzono. A potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo autor wysłał bohaterów do Wilna, nie mając zielonego pojęcia o litewskich realiach, które opisał wprost tragicznie, stereotypowo i powinien się mocno zastanowić, zanim zdecydował się na coś podobnego bez solidnego researchu. Intryga częściowo wydumana, a częściowo przewidywalna. Jedna z najgorszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Odradzam dosyć stanowczo.

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk Pies i klecha. Żertwa i inne historie - w związku ze skandalicznym opóźnieniem e-booka nowych Akt Dresdena znalazłam po dwóch latach czas dla ich polskiego odpowiednika, tj. zbioru opowiadań o księdzu i policjancie rozwiązujących nadprzyrodzone zagadki w czasach schyłkowego PRL. Mam sentyment do księdza Gila i porucznika Enki z czasów czytania dwóch niezłych powieści z ich udziałem, zatem miło było ponownie spędzić z nimi trochę czasu. Choć fabuły bywają przekombinowane (poziom poszczególnych tekstów jest bardzo zróżnicowany), a rozwiązania średnio wiarygodne, kreacje bohaterów i ogólny klimat wiele wynagradzają. No bo czy voodoo w krakowskim akademiku Żaczek nie brzmi dobrze? Na początek polecam jednak powieści. Choć opowiadania w ciekawy sposób pogłębiają portrety bohaterów.

Antti Toumainen Czarne jak moje serce to bardzo nastrojowy kryminał noir, dostarczający wszystko, czego można by oczekiwać po utworze tego gatunku. W tym także pewne przerysowanie sztandarowych motywów czy charakterów, niestety. Nie wiem też, czy to tłumaczka Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher przeszarżowała z poetyckością języka, czy autor na taką drogę się zdecydował. Do pewnego momentu zabieg ów buduje klimat opowieści, jednak po przekroczeniu pewnego krytycznego stężenia zaczyna już tylko działać na nerwy. Niemniej, nie zmienia to faktu, że przeplatana retrospekcjami historia planowanej od wielu lat zemsty wciąga, a sama książka jest na swój sposób wyjątkowa i naprawdę niezła. Po prostu spodziewałam się czegoś więcej:)
sobota, 23 lipca 2016
Oblany test, czyli o adekwatnym tytule
Zeszłego lata odkryłam cykl Hjortha i Rosenfeldta o ekipie z Krajowego Wydziału Zabójstw i psychologu kryminalnym Sebastianie Bergmanie. Jak to u mnie często bywa, zaczęłam od trzeciego tomu, czyli Grobu w górach, a ponieważ wrażenia były bardzo pozytywne, poszłam za ciosem i łyknęłam tom czwarty - równie dobrą Niemowę. Na dwie wcześniejsze części  jakoś zabrakło mi pary. Niedawno ukazał się polski przekład kolejnego tomu, Oblanego testu, który mimo ostrzeżeń co do jakości kupiłam w promocji z okazji dwudziestopięciolecia wydawnictwa Czarna Owca za 12,90 zł i zabrałam się za czytanie. Wczoraj skończyłam, i zaprawdę powiadam wam - nie próbujcie tego w domu. No, chyba że brakuje wam żenująco słabych lektur.
Tym większa szkoda, że początkowo pomysł na zabójcę, jego motywację i sposób działania wydaje się niegłupi i na czasie. Nasz przyjemniaczek jest zażenowany popularnością gwiazdek reality shows, youtuberów i blogerów. Tym, że w dzisiejszym świecie sukces nie wymaga wiedzy. Więcej nawet - często kluczem do sławy bywa głupota, brak zahamowań i totalna bezpruderyjność. Tymczasem inteligentni, ciężko pracujący ludzie częstokroć nie są doceniani, latami klepią biedę i mogą tylko pomarzyć o luksusach i zainteresowaniu, jakimi obdarzani są aktualni bohaterowie dnia. Tę niesprawiedliwość zabójca postanawia nieco zniwelować, a co najmniej - skoncentrować publiczny dyskurs wokół problemu.
Tymczasem nasz dzielny autorski tandem (którego połowa odpowiada za genialne scenariusze Mostu nad Sundem) wziął ten całkiem dobry punkt wyjścia i zmarnował go tak, że aż czytać przykro. Najpierw sami sobie podstawili nogę, tworząc sprawcę zbyt inteligentnego, by zostawił jakiekolwiek dowody fizyczne czy inny (poza zgodnymi ze swoimi celami) punkt zaczepienia dla śledczych. A potem, ponieważ chyba wreszcie zauważyli, że nie mają jak się z tej matni wyplątać (przy czym zauważyli troszeczkę późnawo, bo pochłonęło ich budowanie telenoweli z wątków prywatnych bohaterów), sprawca ów nagle zaczął się zachowywać jak idiota i eskalował w sposób kompletnie niezrozumiały.
Wtedy zaś dołączył do niego w identycznym wzorcu postępowania nasz ulubiony milusiński Sebastian Bergman. Autorzy nie szczędzili wysiłków, by przekonać nas, że jest egoistycznym, cynicznym sukinsynem, który traumę żałoby łata przypadkowym seksem i na wszelki wypadek nie angażuje się w żadne bliższe związki z ludźmi. W Niemowie spróbował i najwyraźniej mocno mu to zaszkodziło na spójność wewnętrzną. Teraz niby próbuje wrócić do starych sprawdzonych wzorców, a jednocześnie zbudować więź z córką. Co, niestety, wzajemnie się wyklucza, ale mimo wybitnej jakoby inteligencji oraz kompetencji zawodowych Sebastian jakimś cudem tego nie dostrzega. Kiedy już rzeczywistość całkowicie go zaskoczy, dowodząc, ze swoim postępowaniem zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na prawidłowe relacje z własnym dzieckiem, w odruchu obronnym zdecyduje się na akt heroiczny. Który pasuje do niego wprost idealnie.
W ogóle pretekstowe twisty, gorsze od najsłabszych i najbardziej naciąganych numerów Deavera, to coś, czego w Oblanym teście dostaniemy od groma. A sposób, w jaki poprowadzono wątek Billy'ego, przekracza granice prawdopodobieństwa i dobrego smaku. Cieszą mnie chyba tylko losy Torkela.
Jestem zdegustowana i robię sobie trochę przerwy od kryminałów.
sobota, 25 czerwca 2016
Ferrante nie jest dla mnie
Zachęcali, zachęcali, nawet dostałam w prezencie wszystkie cztery tomy w e-bookach. Wracając pociągiem z Krakowa, pomyślałam zatem, że to dobra okazja, żeby w końcu dać szansę pierwszemu tomowi cyklu Eleny Ferrante Genialna przyjaciółka.
Wedle osób polecających, miała to być niesamowicie wciągająca lektura, od której nie sposób się oderwać, a więc idealna opcja na kilkugodzinną podróż.
Zaczęłam czytać, rozglądając się w miarę postępu lektury coraz bardziej nerwowo na boki (oczywiście mentalnie), bo miałam wrażenie, że zaszło tu jakieś kolosalne nieporozumienie i opowieści pełne żarliwego czytelniczego zachwytu dotyczyć musiały zupełnie innego utworu.
Nic to, może dalej będzie lepiej, pocieszałam się, męcząc się niemiłosiernie z pretensjonalną historią pokręconej przyjaźni dwójki dziewczynek, dorastających w gorszej dzielnicy Neapolu. Może w końcu zaskoczy, wiele już było takich przypadków.
Dalej jednak było tylko gorzej, poetyka utworu przechyliła się w stronę romansu dla podlotków. Żaden pozytywny przełom nie nastąpił, choć wreszcie zdołałam umęczyć powieść do końca. Wiem na pewno, że nie będę kontynuować przygody z cyklem. Nie miałam jakichś konkretnych oczekiwań, ale jednak nie spodziewałam się z całą pewnością pretensjonalnej, nudnej, słabej psychologicznie powieści inicjacyjnej, w której pierwszym tomie towarzyszymy bohaterkom od wczesnego dzieciństwa do ukończenia 16 lat i w zasadzie nic istotnego się nie wydarza.
Głównym problemem był dla mnie (obok wymienionych wyżej) fakt, że narratorka, Elena Greco (prawdopodobnie w jakimś stopniu alter ego autorki), jest współuzależnioną od swojej najlepszej przyjaciółki Lili, głupiutką i w gruncie rzeczy może i godną współczucia, ale w moim odczuciu przede wszystkim niesamowicie irytującą osobą. Pewnie, w dużej mierze to efekt tego, że jej rodzice traktują ją jak piąte koło u wozu, nie doceniają jej osiągnięć i nie budują w niej poczucia własnej wartości. Ale, na litość, Lena od najwcześniejszego dzieciństwa czyni z Lili swój najważniejszy punkt odniesienia, bez akceptacji i uznania, a najlepiej współuczestnictwa przyjaciółki, nic w życiu nie ma dla niej wartości ani znaczenia. Nawet będąc już w liceum, Lena nie potrafi się wyzwolić z ram tego idiotycznego rozumowania, choć to ona w teorii jest tą tytułową genialną przyjaciółką, to jej udaje się zdobyć wykształcenie i szanse na awans społeczny, a Lila swój potencjał marnotrawi, podporządkowując wybory życiowe dobru rodziny. Słowem, nudy, chaos, schematy, a w dodatku dosyć żenujący  przykład prawdopodobnie nieuleczalnej głupoty. Nic ciekawego, tło społeczne naszkicowane bardzo umownie, styl mocno taki sobie.
Jak już, to zdecydowanie polecam z tych klimatów i podobnej epoki trylogię Grzesiuka.
 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka