Wpisy z tagiem: dylematy

sobota, 12 stycznia 2019
Magia się wyczerpuje (Elisabeth Strout, To, co możliwe)

Kiedyś nie rozumiałam, co się niektórym recenzentom nie podoba w pisarstwie Strout. Byłam zachwycona opowiadaniami o Olive Kitteridge i powieścią Mam na imię Lucy.

Bracia Burgess nie wzbudzili już może aż takiego zachwytu. Niemniej, nadal była to opowieść o czymś.

Natomiast w przypadku Tego, co możliwe miałam już wrażenie pewnej wtórności w stosunku do Olive Kitteridge. Powracamy bowiem do Amgash, rodzinnej miejscowości Lucy Barton, i dostajemy kilka opowieści, w których przewijają się osoby i motywy w jakiś sposób związane ze znaną nam z powieści o pokonywaniu środowiskowych ograniczeń dzięki osobistym uzdolnieniom i determinacji bohaterką. I tak, protagonistami kolejnych historii zostają brat Lucy, były pracodawca jej ojca i szkolny woźny (w jednej osobie), jej siostrzenica, śliczne córki państwa Nicely (ich rodzice byli klientami matki Lucy, która dorabiała sobie szyciem), siostrzenica Lucy czy jej kuzyn Abel, z którym swego czasu szukała jedzenia w śmietniku za cukiernią, o czym zresztą mieszkańcy Amgash do dziś pamiętają. Tylko w jedym opowiadaniu pojawia się na pierwszym planie sama Lucy – po latach, po śmierci rodziców, podejmuje próbę spotkania z rodzeństwem w ich dawnym wspólnym domu (obecnie zajmowanym przez jej brata, starego kawalera Pete’a, powszechnie uważanego za opóźnionego w rozwoju). Próba kończy się gwałtownym atakiem paniki i pośpieszną rejteradą, potwierdzającą dobitnie, że cały sukces Lucy to tylko krucha fasada, a demony przeszłości nadal ją prześladują. Nie zyskała na tyle siły i pewności siebie, by przetrwać otwartą konfrontację ze wspomnieniami rodzeństwa. Które to wspomnienia, co uważam za bardzo znamienne, w znaczącym stopniu odbiegają od jej własnych. Brat i siostra uważają ją na przykład – i to zgodnie! – za ulubienicę matki. Są też zdania, że tylko dzięki swojej uprzywilejowanej pozycji Lucy mogła codziennie zostawać w szkole po lekcjach i rozwijać posiadane uzdolnienia. Ta część opowieści stanowi zatem interesujące uzupełnienie historii z Mam na imię Lucy. Potwierdza również moją ówczesną czytelniczą intuicję, zgodnie z którą wersja zdarzeń narratorki nie zasługiwała na bezwarunkowe zaufanie.

Zaś co do reszty opowiadań, z czysto formalnego punktu widzenia trudno postawić im jakiekolwiek konkretne zarzuty. Wszystkie powielają sprawdzoną pisarską metodę Strout – stylistycznie oszczędny, kameralny realizm, skupienie na jednostkowej historii, na pierwszy rzut oka przeciętnej do bólu, a jednak – jak się zawsze ostatecznie okazuje – w jakiś sposób wstrząsającej, szokującej, niesmacznej czy po prostu przejmująco smutnej. Trochę wprawdzie trudno uwierzyć, że na kogo by w prowincjonalnym Amgash nie spojrzeć, ten skrywa jakiś mroczny sekret, ale powiedzmy, że czysto teoretycznie jest to możliwe. Przy entym powtórzeniu ten chwyt przestaje jednak robić wrażenie, a zestawieni ze sobą bohaterowie odbierają wiarygodność sobie nawzajem, choć zdaję sobie sprawę, jak paradoksalnie to brzmi.

Być może się czepiam, ale razi ograniczony wachlarz rozwiązań warsztatowych, jakie autorka ma do dyspozycji. Oczekiwałam czegoś więcej, jakichś nowości, a nie po raz kolejny tego samego. Z drugiej strony, w grupie czytelników pisarki jestem najprawdopodobniej w mniejszości, bo każda sygnowana przez nią pozycja odnosi sprzedażowy sukces. Czytanie Strout stało się modne.

sobota, 05 stycznia 2019
Wszystko wolno, hulaj dusza (Miranda July, Pierwszy bandzior)
Wiem, że zalegam z podsumowaniem filmowym i serialowym, ale rok nie zaczął się dobrze. Padł mi twardy dysk, na którym miałam wszystko, a nie miałam kopii zapasowej. Komputer powędrował do sprzedawcy w ramach rękojmi, a ja zostałam z frustracją wygenerowaną przez własną głupotę. Rada na nowy rok - sprawcie sobie chmurę do przechowywania danych i korzystajcie z niej regularnie!
To idealny nastrój, żeby wam opisać, jak mi się czytało ostatnią zeszłoroczną lekturę, a zarazem drugą powieść z katalogu Wydawnictwa Pauza.

A było to doświadczenie przedziwne. Cheryl to taka Bridget Jones 15 lat później, tylko z mniejszym szczęściem do facetów, a większą obsesją na punkcie zachowywania ładu dookoła (poprzez minimalizowanie ilości posiadanych i używanych przedmiotów oraz ograniczanie wszelkich aktywności). Ten system działa całkiem dobrze, dopóki nie wprowadza się do niej córka szefostwa - Cheryl pracuje w firmie dystrybuującej filmiki nauczające samoobrony, obecnie skrzyżowanej z fitnessem. Clee jest młoda, leniwa i niechlujna, zalęga się na kanapie w salonie i żywi gotowymi  potrawami do mikrofalówki, a skrajnie nieasertywna Cheryl stara się unikać konfrontacji.

I wtedy autorka zmienia konwencję, porzuca ironiczny, ale mimo wszystko realizm, każe swoim bohaterkom komunikować się przez przemoc fizyczną (Clee jest agresorką), co w przedziwny sposób uwalnia Cheryl od przypadłości zwanej globus histericus, czyli dławiącej kuli w gardle. Swoją drogą, nie wiem, jak wy, ale ja do tej pory kojarzyłam globusa z udawaną migreną, zarezerwowaną dla wyższych sfer. Okazuje się, że jest to jeden z objawów nerwicy. Na tym jednak skutki komunikacji poprzez napaść się nie kończą  - Cheryl zaczyna mieć obsesyjne i gargantuiczne fantazje seksualne na temat Clee oraz odkrywa swoja lesbijską tożsamość, a młodsza dziewczyna, jak się z czasem okazuje, odwzajemnia jej uczucie.

Nie jest to wszystko jednak takie proste (ha, proste!), jakby się wydawać mogło, gdyż powieść - bez ostrzeżenia - skręca w zupełnie inną alejkę - pojawia się ciąża, trudny poród i jego konsekwencje, a następnie wpływ opieki nad dzieckiem na relacje obu bohaterek. Zakończenie jest niejednoznaczne - Cheryl zostaje wykorzystana, ale też zyskuje coś cennego.

Całość jest niewątpliwie nietypowa - szalona, niejednorodna i nie dla konwencjonalnego czytelnika. Taki prawdopodobnie szybko odpadnie, bo July się nie certoli - logika i umiar są jej obce. Fascynuje ją natomiast fizjologia, fizyczność i seks. Szczerze mówiąc - przy całej mojej otwartości na wszelkiego rodzaju eksperymenty i braku pruderii - było to dla mnie niesmaczne, obrzydliwe, a nade wszystko bardzo często pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia. Przed sztuką dla sztuki i przesuwaniem granicy, żeby wyśmiać jako zaściankowego i ograniczonego czytelnika, którego wrażliwość tego eksperymentu nie wytrzyma, klękać nie zwykłam. Literatura musi być o czymś, i Pierwszy bandzior niewątpliwie jest - o samotności, lęku, próbach poszukiwania i nieoczekiwanych odkryciach. Na tej płaszczyźnie byłby przekonujący (choć i żadnej Ameryki by nie odkrył) bez wszystkich tych skandalizujących fajerwerków, które mają go sprzedać publiczności jako ambitne novum.

Byłam ciekawa, została porwana w wir fascynująco-odrażającej narracji, ale nie wypadłam z niego olśniona. Można, ale zdecydowanie nie trzeba. Lektura na jedno wolne popołudnie, gdyby wam się bardzo nudziło.

sobota, 29 grudnia 2018
Każdy z nas ma tylko jedną historię miłości (Julian Barnes, Jedyna historia)
Po zachwycie Zgiełkiem czasu obiecywałam sobie, że szybko sięgnę po inne pozycje z dorobku autora, ale, jak to zwykle bywa z  tego typu deklaracjami, zaginęły w pomroce dziejów, przywalone stosami pilniejszych, ciekawszych oraz zupełnie przypadkowych lektur. Dopiero w czasie świątecznej przerwy sięgnęłam po Jedyną historię i mam po zakończeniu lektury co najmniej mieszane uczucia.

Jedyna historia to opowieść igrająca ze schematami fabularnymi i z oczekiwaniami czytelnika w zasadzie od początku do końca. Fabuła może wydawać się typowa do granic sztampowości, nawet mimo odwrócenia genderowego schematu. Bowiem to nie nastoletnia dziewczyna, ucząca się życia i miłości, zostaje uwiedziona przez zramolałego starca, ale dziewiętnastoletni student pada ofiarą niemal pięćdziesięcioletniej sąsiadki i swojej partnerki z tenisowego kortu. Potem też jest raczej nietypowo, gdyż relacja między tymi dwojgiem nie ogranicza się do wakacyjnej przerwy, ale trwa całymi latami, pod okiem rodziców Romea i męża oraz córek Julii. Co jednak jest tutaj najciekawsze, to nie rozwój samego romansu, ale szkicowany niby to mimochodem i na marginesie portret kochanka, Caseya Paula. Oszołomiony siłą pierwszego prawdziwego uczucia, ale i zafascynowany jego nietypowością, chłopak czuje się lepszy nie tylko od rodziców, których postrzega jako nudziarzy uwięzionych w utartych koleinach małomiasteczkowej egzystencji, ale także od rówieśników, którzy - w jego ocenie - nie mogą konkurować swoimi typowymi flirtami i zadurzeniami z jego barwnym pas a deux.

Na fali samozachwytu bohater podejmuje radykalne życiowe decyzje (przeprowadzka, zmiana kierunku nauki), które jednak dają mu jedynie przejściowe zadowolenie. Szybko bowiem okazuje się, że wyjątkowość jego ukochanej ma bardzo prozaiczną mroczną stronę - nałóg alkoholowy. Jednocześnie Paul znajduje się w niezbyt zręcznym położeniu - w trakcie wydłużającej się nauki pozostaje na utrzymaniu partnerki, nie bardzo może jej więc czynić jakiekolwiek wymówki co do stylu życia. Starsza kochanka z ekscytującego wyzwania staje się kłopotliwym zobowiązaniem, a szybko okazuje się, że lojalność wobec pierwszej miłości nie znajduje uznania, ani nawet zrozumienia, w oczach kolejnych partnerek. Ostatecznie zatem Paul kończy jako samotny emocjonalny elektron, wolny od oków banału, ale i samotny. Rozpamiętujący w nieskończoność konsekwencje jednego zauroczenia. Czy było warto – zdaje się pytać autor, a czytelnik ma niejaki kłopot z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi.

Czyli w zasadzie przedsięwzięcie pisarskie należałoby ocenić jako udane, bo niepokoi, skłania do przemyśleń i porusza w duszy jakieś mało używane struny. Jest jednak z tą opowieścią pewien podstawowy problem – nie wierzę w Paula. Nie mówię, że takich ludzi i scenariuszy nie ma, ale ta konkretna osoba napisana została w sposób skrajnie niewiarygodny, i to nie jest ten typ nieprawdopodobieństwa, który budzi podskórną zazdrość i zachęca do zawieszenia niewiary na czas lektury. Dla mnie Paul jako typ ludzki jest po prostu odrażający – nie ma najmniejszego problemu z życiem latami na koszt kochanki – pijaczki, co więcej, od jakichkolwiek realnych emocjonalnych zobowiązań wymiguje się rzekomą lojalnością wobec Susan. Jednocześnie, gdy rzeczywistość wystawia te deklaracje przywiązania na próbę, naszego dzielnego rycerza na białym rumaku brak – problemem ma się zająć rodzina kobiety, a w końcu instytucje państwowe. Powiecie, że to właśnie realizm najczystszej próby i czego ja się właściwie czepiam?

Obiektywnie przyznam wam rację, subiektywnie dysonans pomiędzy deklaracjami narratora a sferą faktyczną jest dla mnie w tym wydaniu nie do przełknięcia.  Nie jest to zła powieść, ale w jakiś sposób wewnętrznie niespójna, zbyt odrealniona w podstawowych założeniach, a równocześnie za gorzko realistyczna w konkluzjach. Jak ładny kolorowy cukierek, który okazuje się mieć smak anyżku.

P.S. Przekład Dominiki Lewandowskiej - Rodak też jest jakiś przedziwny. W początkowej części roi się od koślawych, fałszywie brzmiących zdań, później styl ulega znacznemu wygładzeniu. Może odzwierciedla to styl oryginału, w którym Paul jako młodzik początkowo pisał bardziej nieporadnie (nie konfrontowałam), ale mocno wątpię, gdyż całość wygląda na wspomnienia spisywane z perspektywy całego życia.
niedziela, 02 grudnia 2018
Daj dziecku mądrze napisany elementarz, a zmienisz nie tylko jego świat (Neal Stephenson, Epoka diamentu)
Najpierw będzie autotematyczny wtręt czytelniczy, więc – jeśli kogoś nie interesuje historia mojej fascynacji pisarstwem Neala Stephensona – może od razu przejść do kolejnego akapitu. Otóż zaczęło się w 2003 roku, w początkach mojej przygody z fantastyką, od pierwszego tomu Cyklu barokowego, czyli Żywego srebra. Ten wspaniały miks gatunków po prostu rzucił mnie na kolana i nawet podjęłam szaleńczą próbę przeczytania drugiego tomu, czyli Zamętu, w oryginale, bo MAG wydawał trylogię niespiesznie i w ośmiu kawałkach. Szybko jednak zaniechałam, bo i po polsku jest to tekst bardzo wymagający, mocno osadzony w historii i rozmaitych dziedzinach nauki. Myślałam, że to opus magnum autora, jednak Peanatema, traktat filozoficzny w kosmicznym sztafażu, przekonała mnie, że się myliłam. I że Neal jest jeszcze mądrzejszy, niż myślałam, a jednocześnie posiada niezwykły dar przystępnego przekazywania swoich przemyśleń czytelnikowi. Potem dopadłam wcześniejszy chronologicznie, choć z akcją rozgrywającą się o wiele później i licznymi nawiązaniami do Cyklu barokowego, Cryptonomicon. I pomyślałam, że Stephenson jest po prostu geniuszem. Rozumiem, że nie wszystkim opisana tam opowieść może się wydać fascynująca – nie każdy interesuje się historią drugiej wojny światowej, programowaniem czy kryptografią, a to właśnie wokół tych zagadnień skupiają się główne wątki fabuły, będącej jednak przede wszystkim hołdem dla nieograniczonego potencjału ludzkiego intelektu. Ten element łączy Cryptonomicon nie tylko z Peanatemą, ale także z Cyklem barokowym. I tak sobie trwałam w zachwycie, również powszechnie krytykowanym w środowisku fanów fantastyki sensacyjnym Reamde. Aż przyszło 7 EW, powieść świadcząca, co się może zdarzyć, gdy autor da się ponieść hermetycznej naukowej stronie zagadnienia i zapomni dać szaraczkowi czytelnikowi fabułę.

Chciałam znowu pokochać Neala i w tym celu planowałam sięgnąć po kurzący się na półce od 2005 roku Diamentowy wiek w wydaniu ISY (mam jeszcze takąż Zamieć). Nim jednak przekułam zamiary w czyn, ukazał się nowy przekład powieści, autorstwa jednego z moich ulubionych tłumaczy, czyli Wojciecha Szypuły. I tę wersję, zachęcona dodatkowo informacjami o pominiętych w poprzedniej fragmentach, wybrałam. Zaczynałam z fascynacją, gdyż Stephenson, jak zwykle, miał pomysł na świat przedstawiony. Oto rzeczywistość po nanotechnologicznym przełomie, w której ludzkość nie musi się już martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo jedzenie, najtańsze ubrania i podstawowe sprzęty każdy kompiluje sobie za darmo w publicznych kompilatorach materii. Czy dzięki temu zapanowała równość społeczna? Wręcz przeciwnie, ludzie, o ile to tylko możliwe, stali się jeszcze większymi snobami, zamykając się w elitarnych społecznościach zwanych fylami, z których każda hołduje innym wartościom. Mamy na przykład Neowiktorian, restrykcyjnie przestrzegających norm rodem z XIX wieku. Zaś postęp wykorzystano m.in. do rozwinięcia tak zaawansowanych narzędzi inwigilacyjnych, że o rewolucji, gdyby ktoś chciał – choćby z nudów – takową przeprowadzić, nie ma co marzyć. Struktura klasowa dzięki nanobotom została zacementowana na dobre.

I tu, tradycyjnie dla autora, na scenę wkracza geniusz – John Hackworth, neowiktoriański specjalista od projektowania nowych nanotechnologicznych urządzeń. Na polecenie jednego z najważniejszych lordów udziałowców swojej fyli ma stworzyć dla jego wnuczki interaktywny elementarz, który wychowa dziewczynkę inaczej, niż by sobie tego życzyli jej rodzice. Nauczy ją odważnego, nieszablonowego, a nade wszystko samodzielnego myślenia. Nagrodą za wykonanie zlecenia ma być tytuł szlachecki, jednak dla ludzi takich jak nasz bohater to jedynie dodatkowa, czysto formalna zachęta. Samo wyzwanie i natura projektu to więcej niż dostateczna zapłata. Hackworth znakomicie realizuje zlecenie, nie może się jednak oprzeć pokusie podarowania elementarza również własnej córce, Fionie. By uzyskać dostęp do niepodłączonego do publicznej sieci kompilatora, zawiera układ z wpływowym rozgrywającym chińskiego półświatka, niejakim Doktorem X. A ponieważ, jak większość geniuszy, w sprawach tzw. normalnego życia John Hackworth błądzi jak dziecko we mgle, jest dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy – wracając do domu z nielegalnym egzemplarzem elementarza – zostaje napadnięty i traci bezcenny przedmiot. Na skutek zbiegu okoliczności książka trafia do kilkuletniej Nell, pochodzącej z patologicznej rodziny. Tak rozpoczyna się zasadnicza fabuła, a treść elementarza i proces wychowania dziewczynki przez podręcznik stanowią jej bardzo istotny element.

Sam pomysł jest więc podwójnie fascynujący: na poziomie mechaniki elementarza – bo np. interaktywną książkę mieli obsługiwać opłacani aktorzy, a kończy się na tym, że z Nell pracuje tylko jedna osoba – Miranda, interaktorka, która dla tego niezwykłego zlecenia, równoważnego w zasadzie macierzyństwu, porzuca dobrze się zapowiadającą karierę – a także dlatego, że fabuła osadzona poza historiami z książki zostaje z nimi ściśle skorelowana. Do stopnia, który nawet przed czytelnikiem pozostaje ukryty aż do finałowych partii Epoki diamentu. Dostajemy więc w zasadzie dwie powieści, jedną skompilowaną z przypowieści o charakterze dydaktycznym, a drugą o tym, jak niezwykły wpływ na świat mogą wywrzeć nieszablonowo myślące jednostki. Jeśli tylko dać im odpowiednie narzędzia. Nie przekreślać ich z racji pochodzenia. Wszystko w niezwykłych ramach świata funkcjonującego dzięki nanotechnologii, tytułowej epoki diamentu.

Wyczuwacie nadchodzące zastrzeżenia? Macie rację. W pewnym momencie ta misterna konstrukcja zaczyna się bowiem Stephensonowi troszkę sypać. Mniej więcej wtedy, gdy Nell kończy szkołę i rusza na spotkanie prawdziwemu życiu. Wielka geopolityczna zmiana wywołana przez armię dziewczynek uzbrojonych w nielegalnie skompilowane elementarze, przy wsparciu podwodnej subkultury, której udało się stworzyć niezależny obieg informacji, nie przystaje mi do tej kameralnej w gruncie rzeczy opowieści o umożliwionym przez przypadek imponującym samorozwoju jednostki. Jest do niej pośpiesznie przyszyta, ale trzyma się na słowo honoru, nie jak piękny, misterny haft. Raczej jak nieporadna fastryga kilkulatki. Stephenson miał już wtedy imponujący, wielopoziomowy pomysł. Ale jeszcze brakowało mu późniejszego warsztatu, żeby go odpowiednio spójnie zrealizować. Dlatego Epoka diamentu, choć stanowi bez wątpienia satysfakcjonującą lekturę, zachęca czytelnika znającego dalszy dorobek autora głównie do przemyśleń o tym, czym mogłaby być, gdyby powstała nieco później. Wielki potencjał pomysłu wyjściowego nie został tu w pełni wykorzystany. Ale mimo wszystko warto.
sobota, 24 listopada 2018
Trzy różne refleksje o polskich filmach (Kler, 7 uczuć i Moje córki krowy)
Nadejszła wiekopomna chwila. Nie mam nowej książki do omówienia, bo nie zdążyłam skończyć lektury Epoki diamentu Neala Stephensona. No to w końcu długo odkładany wpis filmowy z polską nutką. Nad zbyt długo odwlekaną Zimną wojną nie będę się tu jednak pastwiła za głupotę scenariusza, bo z czasem po prostu mi się odechciało. Krytycy i tak wiedzą lepiej.

Trzymając się chronologii seansów, zacznę od obejrzanych w TVN, z reklamami (doceńcie poświęcenie!), Moich córek krów. Od premiery minęły 3 lata, a ja wciąż miałam w głowie powszechny zachwyt tym obrazem. Jaki on świeży, jaki nie-polski, pełen humoru, z lekkością mówiący o sprawach trudnych, jak choroba i śmierć najbliższych. A jednocześnie taki autentyczny w obrazowaniu trudnych relacji rodzinnych. Koncertowy aktorsko. Nawet do kina się wybierałam swego czasu, szczęśliwie nic z tego nie wyszło. Gdyż rzeczywistość zaskrzeczała dość okrutnie. Początek nudny. Środek nudny. A potem, zupełnie znienacka, film się urywa i wchodzą napisy końcowe. W międzyczasie Kulesza jest przerysowana, Muskała tak histeryczna, ze nie idzie wytrzymać, a Dziędziel gra to, co zwykle. Ludzie chorują, umierają, siostry Kulesza i Muskała na siebie wrzeszczą, ale w ich relacjach nie dochodzi do żadnego przełomu. Humoru też nie stwierdzono (chyba miały to być przekleństwa Dziędziela), a ta rewolucja w obrazowaniu relacji rodzinnych to prawdopodobnie scena, w której ojciec z córką palą jointa. Publika szaleje. Duże rozczarowanie, nie polecam dość stanowczo.

Kler nie był tak przerysowany, jak się po trailerze (niereprezentatywnym dla całości) i Drogówce obawiałam, ale za to niepotrzebnie przeładowany całą litanią grzechów KK. Gdyby scenarzysta nie władował do jednego wora wszystkich najgłośniejszych kościelnych afer ostatnich lat, gdyby oparł się pokusie uprawiania tak szeroko zakrojonej publicystki i z kilku wątków zrezygnował, efekt na pewno byłby lepszy. Ale mogło też być o wiele gorzej. Tutaj naprawdę dostajemy świetne aktorstwo, w którym przoduje Jacek Braciak, grający zresztą zdecydowanie najciekawszą postać. Smarzowski tradycyjnie dla siebie dał w finale alegoryczną, mocną i zupełnie bezsensowną scenę, nie oparł się też przynajmniej raz pokusie przekroczenia granicy dobrego smaku ku potencjalnej uciesze pewnej części publiki (wątek kasety z ekscesami Towarzysza Prosiaczka). Był tu potencjał na coś o wiele lepszego, ale mimo sformułowanych zastrzeżeń zobaczyć naprawdę warto - solidne 7/10.

7 uczuć Marka Koterskiego to był dla mnie jako wielkiej fanki serii z Adasiem Miauczyńskim seans obowiązkowy, choć po pierwszym trailerze, z przaśnym dowcipem o teorii względności, zaczęłam mieć poważne wątpliwości. Drugi trailer poprawił sytuację i zaryzykowałam. Było średnio, niestety, choć wbrew moim obawom Michał Koterski w roli Adasia wypadł nadspodziewanie dobrze. Klamrę narracyjną stanowi seans psychoanalityczny, a scenariusz to długi akt oskarżenia wobec krzywdzicieli dzieci - rodziców, nauczycieli, szkolnych kolegów. Wygodnie jest przerzucić winę za wszystkie swoje grzeszki i niepowodzenia na zewnątrz, dostać rozgrzeszenie i poczuć się lepiej, ale mnie ta diagnoza nie przekonuje. Nie do końca. Wszyscy jesteśmy skądś, każdy ma jakiś bagaż doświadczeń i problemów, ale dorosłość powinna polegać między innymi na tym, żeby sobie z nimi radzić, a nie na tym, by wybierać ucieczkę ostateczną. Ubranie dorosłych aktorów w szkolne mundurki, kumulacja tragedii, końcowy monolog sprzątaczki - nie lubię, jak ktoś mnie wali łopatą po głowie. Wbrew intencjom, nie wzmacnia to przesłania, ale je ośmiesza i sprawia, że się przed nim odruchowo bronię. Nie jest to całkiem zły film, ale kolejny z potencjałem zmarnowanym przez scenarzystę - ewangelistę, który w pasji nauczania zabrnął zbyt daleko. Aktorsko za to prawdziwy koncert (o, tutaj Muskała jest genialna jako prymuska ze wsi!), a ogólnie rzecz daje do myślenia, więc czasu nie uważam za zmarnowany. 7/10, ale w tym plus 1 za sentyment dla serii, bo jest sporo nawiązań autotematycznych. Czyli jak ktoś ma alergię na Adasiowe neurozy, to najwyżej 6.

P.S. Polećcie jakieś dobre filmy, nie muszą być polskie.
sobota, 10 listopada 2018
Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

sobota, 03 listopada 2018
Kiedy mięso się buntuje (Peter Watts, Poklatkowa rewolucja)

Mało która książka, jaką przeczytałam, była dla mnie tak rozwijająca poznawczo, jak Ślepowidzenie. Nie łudzę się, że je w pełni zrozumiałam, bo, powiedzmy sobie szczerze, w porównaniu z Peterem Wattsem, Kanadyjczykiem z magisterką z nauk ścisłych i doktoratem z zoologii, zdecydowana większość populacji to półgłówki. Ja na pewno tak się czuję w obliczu jego wiedzy. Ale to zarazem taki autor, który nie każe czytelnikowi wstydzić się jego własnych ograniczeń – przeciwnie, prowadzi go cierpliwie za rączkę przez meandry swoich wywodów o tym, że w zasadzie wszyscy jesteśmy przygłupimi, bezwolnymi marionetkami, skazanymi na zagładę. Dzięki temu można poczuć się, paradoksalnie, zarazem gorzej (bo wszyscy marnie zginiemy) i o wiele lepiej (bo wszyscy jesteśmy przygłupami, nie ma zatem sensu posiadanie kompleksów). Nie jest to jednak proza dla czytelnika o słabej konstrukcji psychicznej, bo skrajny pesymizm to w zasadzie jej trzon. Ale warto, bo choć Echopraksja stoi w mojej prywatnej klasyfikacji nieco niżej niż Ślepowidzenie, a poziom opowiadań ze zbioru Odtrutka na optymizm waha się od czystego geniuszu do przeciętności, każde spotkanie z prozą Wattsa to jakieś małe odkrycie. We wspomnianym zbiorze zawarte było m.in. opowiadanie zatytułowane Wyspa. Akcja tekstu rozgrywała się na statku kosmicznym napędzanym czarną dziurą, który budował bramki na swego rodzaju autostradzie tuneli czasoprzestrzennych (wormhole). Drogą tą mieliby podróżować potomkowie załogantów, którzy wyruszyli z umierającej Ziemi, by zapewnić reszcie ludzkości jakąś drogę ucieczki. Wyruszyli niewyobrażalnie dawno, ale przeżyli jedynie niewielki ułamek tego okresu, bo przez większość czasu pozostają zahibernowani. Szymp, sztuczna inteligencja sterująca statkiem i botami budującymi kolejne bramki, budzi ludzi jedynie w sytuacjach krytycznych, gdy jego algorytmy nie pozwalają na podjęcie optymalnej decyzji, bo pojawia się zbyt wielka ilość niepewnych zmiennych. Załoga żyje więc w zasadzie wiecznie, jednak tego rodzaju migawkowa egzystencja niesie ze sobą liczne obciążenia.

Poklatkowa rewolucja, wydana kilka dni temu w serii Uczta wyobraźni wydawnictwa MAG, rozgrywa się na tym samym statku, co Wyspa. Opisuje jednak o wiele wcześniejsze wydarzenia. Bunt ludzkich załogantów, którzy przeciwstawiają się sztucznej inteligencji. Uważają ją za głupszą od siebie, i w zasadzie niebezpodstawnie. Biorąc pod uwagę długość trwania misji, Szymp, którego podstawowym zadaniem miała być realizacja jej celów, wręcz musiał być przygłupi. Gdyby był zbyt inteligentny, prędzej czy później (raczej prędzej) przejawiłby własną inicjatywę i odszedł od predefiniowanych dyrektyw. Musiał być głupszy od ludzkiej załogi. Sprawny jak kalkulator, ale nie na tyle sprytny, by coś kombinować na boku. Kiedy więc mięsuchy (tak tłumacz, Wojciech M. Próchniewicz, korzystając z podpowiedzi czytelnika, któremu podziękował za pomoc, przełożył oryginalne meat i meatsacks) nabierają podejrzeń, że Szymp zwraca się przeciwko nim i postanawiają go wyeliminować, nie spodziewają się większych trudności. Poza tymi obiektywnymi: są budzeni w losowo dobieranych składach, na krótkie odcinki czasu, co kilkadziesiąt tysięcy lat. Szymp wszystko widzi i słyszy. Sam pomysł rewolucji w takich warunkach brzegowych jest równie fascynujący, co karkołomny. Kto wygra: ludzie, czy tępawa AI?

Tylko że jeżeli przeczytaliście najpierw Wyspę, wiecie już, jak się całe przedsięwzięcie skończy, więc nowy tekst nie ma dla was w zasadzie żadnego fabularnego napięcia. Ciekawie śledzi się starania załogi, podejmowane działania, wymyślne sposoby komunikacji, stopniowe przewerbowywanie kolejnych ludzi. Zwłaszcza że główną bohaterką Watts czyni Sunday, oddaną misji i początkowo mającą bardzo dobre relacje z Szympem, do tego stopnia, że inni uważają ją za pieszczocha nadzorcy. Stopniowo nastawienie bohaterki do istoty sterującej statkiem ulega jednak zmianie. Jeśli czytaliście Wyspę, to jednak też już wiecie. Poklatkowa rewolucja jest w takiej sytuacji niczym więcej niż pogłębiającą obraz świata przedstawionego i konstrukcję postaci oraz dynamikę relacji między nimi ciekawostką. Ma twist na końcu, ale nie kompensuje on gigantycznego spoilera, jaki stanowi Wyspa.

Zmierzam do tego, że teksty z cyklu o budowniczych bramek (Sunflowers) powinno się czytać według chronologii opisanych w nich wydarzeń, a nie w porządku, w jakim powstawały. Jeśli czytacie po angielsku, to polecam taką kolejność (dostępne legalnie w Internecie): Hotshot, Poklatkowa rewolucja, Giants, The Island. Olbrzymy ukazały się po polsku w Nowej Fantastyce z września 2014 r. Czytane w odpowiedniej kolejności teksty z tego uniwersum robią o wiele większe wrażenie i szczerze mówiąc, trochę mnie dziwi, że nie zostały wydane w jednym zbiorze. Ale powiem wam, że mimo spalenia głównego fabularnego wątku po zakończeniu lektury natychmiast musiałam przypomnieć sobie Wyspę, a potem, po prześledzeniu dyskusji na anglojęzycznym forum, wchłonęłam jak gąbka dwa nieznane mi wcześniej opowiadania. Może i Watts nie jest mistrzem w opisywaniu życia wewnętrznego swoich bohaterów (choć w Poklatkowej rewolucji zauważalna jest pod tym względem znacząca poprawa), ale pomysły na kreowanie światów i warstwa problemowa jego twórczości mają niesamowitą siłę rażenia. I raczej nie ma drugiego autora, który skłoniłby mnie do pieczołowitego wynotowywania w czasie lektury wyróżnionych na czerwono losowych literek z tekstu. W tym przypadku wiem, że warto, bo na końcu czeka dodatkowa niespodzianka.

Polecam, choć nie na początek przygody z twórczością tego autora. Zacząć trzeba od Ślepowidzenia.

sobota, 06 października 2018
Perspektywa zmienia wszystko (Fatum i furia, Lauren Groff)
I kolejna dziwna pozycja, która najpierw odleżała swoje w kolejce do przeczytania, a następnie niemal dwa miesiące czekała na recenzję. Bezpośrednio po lekturze moje wrażenia były chaotyczne i przytłaczająco banalne. Szkoda miejsca na blogu - myślałam sobie. A jednocześnie nie dawało mi spokoju przeświadczenie, że w tej powieści musi być coś więcej, coś, czego nie dostrzegam, i jeśli tylko zrobię dwa kroki w tył i dam sobie więcej czasu, jeszcze to zauważę. W końcu była taka głośna, krajowej premierze towarzyszył spory szum (choć specjalnie żadnych tekstów na jej temat nie czytałam, żeby uniknąć spoilerów i zachować nieskażoną perspektywę).
Cóż, czas minął. Jeśli dam go sobie jeszcze więcej, całkowicie zapomnę, o czym była historia Lancelota (którego imię musiałam przed chwilą sprawdzić w książce, bo w międzyczasie nabrałam przekonania, że nazywał się Leonard, co samo w sobie jest symptomatyczne) i Mathilde. A była o miłości, czy raczej - bo do tego się niestety całość sprowadza - o tym, że zakochujemy się jedynie we własnym wyobrażeniu o drugiej osobie. Gdy ich poznajemy, wydają się kochankami idealnymi - nawet odcięcie od rodzinnej fortuny nie jest w stanie zmotywować Lotta do zakończenia spontanicznie zawartego małżeństwa ze zjawiskową fizycznie i tajemniczą dziewczyną, która w mgnieniu oka zawładnęła jego sercem i umysłem. Im jednak dalej w las (pierwsza połowa opowieści przedstawiona jest z perspektywy męża, druga - żony), tym bardziej oczywiste staje się, że nawet uroczo naiwny niewydarzony aktor, a w późniejszym okresie odnoszący sukcesy dramaturg, nie jest ze swoją wybranką całkiem szczery. Ona zaś cały ich związek zbudowała na kłamstwach o fundamentalnym ciężarze gatunkowym, po czym, niespodziewanie dla samej siebie, odkryła, że kocha go naprawdę, kiedy było już za późno.
Brzmi tandetnie i kliszowato? Cóż, na pocieszenie mogę wam powiedzieć, że to właśnie ujęcie z szerokiej perspektywy czytelnika zdystansowanego. W trakcie lektury jest znacznie lepiej, bo jednak autorka opowiada sprawnie (choć nie zachwyca na poziomie stylistycznym, czyta się ją w przekładzie Mateusza Borowskiego gładko i bezproblemowo) i tak wykłada karty, by czytelnik cały czas pozostawał zainteresowany, choć druga, demaskatorska część, w której głos dostaje Mathilde, wypada zarazem gorzej przez swoją tanią niekiedy sensacyjność i lepiej pod względem dynamiki. Słowem, udaje się Groff odbiorcę zaangażować, jednak finalnie zostawia go z mętlikiem sprzecznych odczuć, zaskoczonego, że to już wszystko, co miała do zaoferowania. Gdybym ja miała pisać blurba, brzmiałby on: Ambitniejsza wersja Zaginionej dziewczyny, która nie do końca się udała.
Czytaliście? Jak wasze wrażenia?
sobota, 15 września 2018
Wrobieni w polski rynek pracy (Urobieni. Reportaże o pracy, Marek Szymaniak)
Urobieni. Reportaże o pracy Marka Szymaniaka pozostawili mnie z na tyle mieszanymi i trudnymi do zwerbalizowania uczuciami, że odwlekałam pisanie o nich, bo nie potrafiłam się zdecydować, co właściwie sądzę. Nie zdarza mi się to zbyt często, więc choćby pod tym względem to pozycja dość niezwykła. Książkowy debiut młodszego ode mnie o 3 lata (!) dziennikarza, i od razu bardzo ambitny temat – praca w Polsce. Nie mogłam się ustrzec porównań z  Zawodem Fejfera i Nie hańbi Gitkiewicz, które dotykają zbliżonej tematyki. Z Fejferem Szymaniak wygrywa w cuglach, bo – choć podobnie buduje swoją narrację wokół jednostkowych historii – to jednak każda z nich służy pokazaniu szerszego, systemowego problemu, a nie tylko jojczeniu, że system jest zły, a młodzi ludzie zostali oszukani obietnicą dobrej pracy za dobre wykształcenie. Już pierwszy rozdział pokazuje na dobrych przykładach patologiczną twarz taniego państwa – biednych pracujących, wyoutsourcowane salowe czy ochroniarzy, którzy, żeby zarobić sensownie, muszą albo tyrać po 220 godzin miesięcznie, albo załatwić sobie lewe orzeczenie o niepełnosprawności. Potem są elastyczne formy pracy, które niby to miały służyć pracownikom, a pozwalają pracodawcom płacić mniej. Zatrudnianie przez agencję na umowy przedłużane dziesiątki razy zamiast umowy o pracę. Praca w kulturze, gdzie wypłaty zależą od tego, czy i kiedy przyjdzie grant. Dziennikarskie klepanie wierszówek na umowy o dzieło. Dalej agresywna i nieetyczna sprzedaż telefoniczna w call center. Target jest tu wszystkim. Jednym z mocniej oddziałujących na psychikę jest rozdział o imigrantach zarobkowych z Ukrainy, w szczególności historia Żeni, która miała po prostu pomagać prowadzić dom, a była traktowana jak niewolnica. Poraża nieuczciwość zarówno pośredników organizujących wyjazdy, żerujących bezwzględnie na ludzkich dramatach, jak i polskich pracodawców, a w zasadzie wyzyskiwaczy, choć bardziej pasowałby mocno niecenzuralny wyraz. Bo kto umawia się na 10 zł za godzinę, a płaci 10 zł za dzień (co zresztą okazuje się dopiero przy wypłacie)? Ukraińcy, zdesperowani, wezmą każdą pracę, zwłaszcza że często tę, na którą mieli załatwione zaświadczenie, zmuszeni byli rzucić i jechać w inny region kraju. Polacy dobrze o tym wiedzą. Bo kiedy oni wyjadą, o czym też jest rozdział, to, zupełnie jak Ukraińcy u nas, pracują ciężko i poniżej kwalifikacji. A i tak wolą taką pracę, bo pozwala na godne życie. I w większości nie zamierzają wracać do kraju, bo ten nie ma im nic do zaoferowania. Owszem, można tanio zrobić zakupy w rosnącej sieci supermarketów i dyskontów, ale ma to swoją cenę. Najpierw zapłacili ją właściciele małych sklepów osiedlowych, które padły, bo nie mogły konkurować cenowo z sieciami. Płacą także pracownicy marketów, często zatrudniani na zlecenie, żeby zmniejszyć koszty. Płacą dostawcy, którzy muszą się godzić na niekorzystne warunki współpracy, dyktowane przez sieci, bo inaczej nikt nie weźmie ich towaru. Zgodnie z tytułem rozdziału – tanio drogo kosztuje. Walka o pracowników, działanie w związkach zawodowych w supermarketach, to także ciężki kawałek chleba. I niedoceniany. Współpracownicy raczej zazdroszczą związkowego etatu, a nie ma czego, bo to ogromny psychiczny koszt. Do realnej pracy w związkach nikt się nie garnie. Rozdział o tym, jak polscy zarządcy wypaczyli japońskie zasady Toyoty, tworząc z fabryki w zasadzie obóz pracy, w którym pracownicy biegają jak chomiki w kołowrotkach i jeszcze pilnują się nawzajem, jeży włos na głowie. Trudno odmówić po lekturze racji jednej z bohaterek, która mówi, że jak człowiek rodzi się w Polsce, to jakby miał na plecach napisane Kunta Kinte (czyli niewolnik z powieści i serialu Korzenie). I nie trzeba być ochroniarzem wyrabiającym ponad 400 godzin miesięcznie, bo non stop w pracy jest też świetnie prosperujący finansowo trader (choć on przynajmniej coś z tego finansowo ponad egzystencjalne minimum ma). Jest i o mikroprzedsiębiorcach, soli tej ziemi, którzy, jak tylko mogą, tną koszty pracy. Na koniec rozdział o tych, co załapali się na „okno transformacji” i dzięki unikalnym kompetencjom odnieśli wielki sukces. Czy to obraz całościowy? Oczywiście, że nie. Czy to obraz prawdziwy? W dużym stopniu tak. Brakowało mi w nim jednak na przykład miejsca dla niepełnosprawnych, którzy na rynku pracy mają bardzo pod górkę mimo teoretycznie licznych systemowych ułatwień. I dla rzeszy ich opiekunów, których idiotyczne przepisy praktycznie wykluczają z rynku. Zamiast statystyk i mocno irytujących cytatów z Rafała Wosia mógłby autor zamieścić więcej problemowych historii. Poszerzyć perspektywę. Ale może jeszcze zdąży. Z perspektywy czasu całość oceniam lepiej niż bezpośrednio po lekturze, jako dobry i interesujący debiut. Istnieje coś więcej niż korporacje z wielkich miast. Praca nie ma u nas adekwatnej wartości, a pracownik żadnej. Opowieści o tym, że to on teraz rządzi na rynku, należy włożyć tam, gdzie ich miejsce. Między bajki.
sobota, 08 września 2018
Antychryst udomowiony (Terry Pratchett, Neil Gaiman, Dobry Omen)
Tę pozycję odkładałam długo, ale zapowiedź serialu BBC z Michaelem Sheenem i Davidem Tennantem w rolach anioła Azirafala i demona Crowleya zmotywowała mnie do nadrobienia zaległości. Jako że o polskim przekładzie krążą niezbyt dobre opinie, idąc za ciosem po Dresdenie, ponownie sięgnęłam po wersję oryginalną. Parę słów o fabule: po narodzinach Antychrysta dochodzi do pomyłki i chłopiec, zamiast wychowywać się wśród satanistów, dorasta w niewielkim, idyllicznym brytyjskim miasteczku, które kocha z całego serca. Gdy w jedenaste urodziny Adama pojawia się piekielny ogar, by stanąć u boku swego pana i pomóc mu sprowadzić Apokalipsę, ze zdumieniem odkrywa, że oczekuje się od niego raczej aportowania. Kiedy legiony Nieba i Piekła sposobią się do ostatecznego starcia, ich ziemscy wysłannicy – Azirafal, dawny strażnik wrót Raju, oraz Crowley, dawny Wąż, odkrywają, że przez sześć minionych tysiącleci przywiązali się do świata i zdecydowanie woleliby, żeby nie stanął on w płomieniach. Postanawiają sabotować Koniec Czasów. Tymczasem Czterej Jeźdźcy wsiadają na dwudziestowieczny odpowiednik imponujących rumaków, czyli motocykle, i wyruszają do siedziby Antychrysta, by wypełniło się to, co zostało przepowiedziane. A jest jeszcze Anatema Device, potomkini Agnes Nutter, jedynej prorokini w dziejach, która trafnie (choć bardzo enigmatycznie) przepowiedziała całą przyszłość, nim spłonęła na stosie.

Brzmi dobrze, prawda? Niestety, z wykonaniem jest troszeczkę gorzej. Początek wypada świetnie, podobnie jak końcowa ćwiartka, natomiast w środek wkrada się sporo chaosu i tempo zdecydowanie siada. Być może ma to pewien związek z faktem, że powieść pisały dwie osoby, w dodatku przesyłając sobie pocztą dyskietki i konsultując się przez telefon (Dobry Omen powstawał pod koniec lat 80.). Sam pomysł zamiany dzieci i zawiązania akcji był dziełem Gaimana, jak popchnąć akcję dalej, wymyślił natomiast Pratchett. On też stworzył niedocenioną przez jej współczesnych prorokinię Agnes Nutter i opisywał większą część perypetii Adama i grupki jego przyjaciół, w rodzinnym miasteczku znanych jako Oni. Gaiman prowadził motocyklistów Apokalipsy, a resztę napisali na przemian (Pratchett nieznacznie więcej, on też zredagował całość). Nie bez znaczenia jest też zapewne, że dla Gaimana był to pisarski debiut, a Pratchett miał wtedy na koncie dopiero dwa pierwsze, najbardziej slapstickowe i w zasadzie nieprzystające do reszty cyklu, tomy Świata Dysku, czyli Kolor magii i Blask fantastyczny. W dużym stopniu humor Dobrego Omenu jest podobny, co nie znaczy bynajmniej, że brakuje w nim zabawnych scen – przeciwnie, jest ich cała masa, może właśnie aż za dużo, przez co cierpi na tej ilości harmonijny rozwój fabuły. Zapewne inaczej odbieram tę książkę, bo znam cały późniejszy, o ileż dojrzalszy pod każdym względem, dorobek obu autorów. Jednak to, co charakterystyczne dla stylu każdego z nich, jest w niej już obecne i sprawia, że mimo pewnej sinusoidalności to wciąż bardzo przyjemna lektura. Zwłaszcza relacja anioła i demona opisana jest znakomicie. Mimo masy gagów nie brakuje też filozoficznej refleksji o wartościach fundamentalnych. Nienachalnej, pogodnej, pozbawionej dydaktyzmu i wplecionej mimochodem, czyli takiej, którą przyswaja się najlepiej. Gaiman, wypełniając ostatnią prośbę Pratchetta, pracuje nad serialem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znajdzie się w nim wszystko, co w tej książce najlepsze. Mimo pewnych zastrzeżeń bawiłam się przy lekturze bardzo dobrze i na pewno nie żałuję poświęconego jej czasu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka