Wpisy z tagiem: dylematy

sobota, 14 lipca 2018
Krótko o króciakach: Nosowska i Wicha
Wiem, że zestawienie tych dwojga autorów w jednej notce może na pierwszy, a nawet i drugi rzut oka wydawać się obrazoburcze, bo łączy ich (oraz ich dzieła) wyłącznie okupowanie list bestsellerów. Ale również relatywnie niewielka objętość tekstów oraz fakt, że minęło już sporo czasu, odkąd je przeczytałam, zwłaszcza Wichę.

Z Rzeczami, których nie wyrzuciłem mam problem w pewnym sensie zbliżony co swego czasu z równie wychwalanymi przez krytykę Mikrotykami. Oddziałują bardzo silnie, ale głównie w trakcie lektury. Jest to zbiór intymnych esejów, związanych z przedmiotami, jakie zostały autorowi po zmarłej matce. Ich remanent prowokuje związane z właścicielką wspomnienia, a zbiór całościowo obrazuje słodko-gorzki smak żałoby. Okresu naznaczonego tęsknotą za tym, co nieodwołanie się skończyło wraz z odejściem najbliższej osoby. Poprzez tytułowe rzeczy autor kreśli realistyczny i poruszający portret matki, która jawi się jako osoba o silnym charakterze i jasno określonych priorytetach, mocno oddziałująca na swoje otoczenie w domu, w pracy, nawet w księgarni (była wielką miłośniczką książek). Uniwersalna płaszczyzna przeplata się tu zatem z indywidualną. A fragmenty bardzo udane należą raczej do tej uniwersalnej. Po kilkunastu tygodniach pamiętam głównie teksty poświęcone książkom (okładkom, kucharskim, Emmie Jane Austin). Gdy minie kilka miesięcy, raczej zostanie ze mną tylko Emma. Genialne były w tej książce poszczególne zdania (niestety, aktualnie już żadnego nie przytoczę, ale pamiętam własny zachwyt), ale jako całość, z wyżej powołanych względów, raczej nie jest to jakaś wybitna literatura. Niemniej, przeczytać na pewno warto.

A ja żem jej powiedziała to raczej bardziej wydawnictwo niż książka w pełnym tego słowa znaczeniu, ale przyjmijmy, że to zbiór felietonów wokalistki, wydanych na fali popularności jej autorskich filmików z Instagrama. I bujnie zilustrowanych. Tekst jest tu tak naprawdę dodatkiem. Niemniej, dla mnie, jako wiernej czytelniczki felietonów Kaśki publikowanych w Filipince oraz miłośniczki tekstów i piosenek jej autorstwa, była to tak czy siak lektura obowiązkowa. Dwie godzinki i po krzyku, ale przemyśleń mam całkiem sporo i w sumie dosyć niewesołych. Pewnie po prostu obie się zmieniłyśmy - ja już nie jestem smarkulą spijającą bezkrytycznie życiowe mądrości spływające spod pióra podziwianej gwiazdy. A Nosowska w tym zbiorze stara się czytelnika ze wszystkich sił przekonać, że przepracowała wszystkie swoje problemy i pogodziła się ze sobą i światem. Niestety, co i raz własnym twierdzeniom zadaje kłam, m.in. ziejąc jadem na inne kobiety (w szczególności te młodsze i chudsze, które postrzega jako suki czyhające na jej partnera). Ten dysonans pomiędzy deklaracjami autorki a faktycznym wydźwiękiem jej tekstów, które dobitnie potwierdzają, że wciąż ma problemy z samooceną, głównie w kontekście swojej figury i wieku, a jej główną strategią radzenia sobie z problemami jest ucieczka przed nimi, poważnie przeszkadzał mi w delektowaniu się fragmentami bardziej udanym: lekkimi, ironicznymi, mądrymi, celnymi. Bo i takie tam są. Żeby nie było nieporozumień. Tak że na lekturę decydujcie się z rozwagą.
sobota, 16 czerwca 2018
Lato z kryminałem 2018 (1): Motywy osobiste i Kartoteka 64
Jako że upały są z nami już od dawna, czas zainaugurować tegoroczne Lato z kryminałem. W pierwszym zestawie dosyć zróżnicowane pozycje.

Motywy osobiste to kolejna odsłona cyklu o Nastii Kamieńskiej, w której, po przejściu na emeryturę, bohaterka odkrywa, że poza pracą także istnieje życie. Swoją drogą, nieustannie mnie śmieszy, że Kamieńska, mając lat 49, postrzega siebie jako staruszkę. Ciekawe, ile w tym przeniesienia osobistych odczuć i problemów autorki. Ale wracając do naszych baranów - tym razem Nastia ma wyjaśnić zagadkę zabójstwa staruszka, który i tak był już terminalnie chory i zostało mu bardzo niewiele życia. Śledczy uznali, że sprawcą był włamywacz i szukaj wiatru w polu, ale to nie przekonuje córki zmarłego, która zleca agencji detektywistycznej Stasowa przeprowadzenie dochodzenia. A że tak się dogodnie składa, iż zdarzenie miało miejsce w nadmorskim kurorcie, zaś dochodzenie ma być prowadzone w okresie, gdy przypadają w niedługim odstępie czasu dwa święta państwowe i sporo dni wolnych, Kamieńska postanawia zabrać ze sobą męża i połączyć dochodzenie z wakacjami.
I w tym miejscu szczerze przyznam, że wątek relacji Kamieńskiej z Czistiakowem, ich wspólnej pracy, a przede wszystkim pierwszego od bardzo dawna wspólnego urlopu, był dla mnie najciekawszą częścią powieści. Jasne, intryga, jak zawsze u tej autorki, jest drobiazgowo przemyślana. Jak często u niej bywa, przyczyna zabójstwa kryje się w odległej przeszłości, a samo odkrycie tożsamości zabójcy ma podrzędne znaczenie, ważniejsze są historie i motywacje poszczególnych bohaterów (stąd zresztą tytuł). Jeśli kogoś nie nęci pogłębiona warstwa obyczajowa, to uczciwie ostrzegam - dostajemy tym razem głównie ten element, intryga kryminalna raczej się snuje niż rozwija, i to zdecydowanie w tle. Mnie to nie przeszkadzało, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czytelnika sięgającego po ten tom z gatunkowym nastawieniem lektura nieźle wymęczy.

Kartoteka 64 to czwarta część serii Adlera-Olsena o Departamencie Q, w której ponownie spotykamy się z wiecznie niezadowolonym Carlem Morckiem i jego tajemniczym asystentem Hasanem al-Assadem, specjalizującymi się w wyjaśnianiu dawno porzuconych spraw. Tym razem zajmą się serią skumulowanych w czasie zagadkowych zaginięć sprzed ćwierćwiecza i szukając wspólnego punktu między ofiarami, trafią prosto w wyjątkowo mocno cuchnące nazistowską ideologią bagno, w którym unurzane były także instytucje duńskiego państwa. Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Zresztą, również w poprzednich częściach pomysły były zdecydowanie najmocniejszą stroną autora, z wykonaniem bywało już rozmaicie. Niestety, tym razem realizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie wystarczy, jak się okazuje, wziąć na warsztat gorącego tematu, dorzucić tajnej organizacji skupiającej funkcjonariuszy państwowych rozmaitego autoramentu, a modus operandi mszczącej się ofiary pożyczyć od Agathy Christie, żeby wszystko zagrało, jak należy. Może nie byłoby jeszcze tak kiepsko, gdyby główny zły nie okazał się tak groteskową postacią, a w szpary kryminalno-politycznej intrygi Adler-Olsen, w rozpaczliwej próbie wprowadzenia wątku realistyczno-humorystycznego, nie powtykał naturalistycznych do granic dobrego smaku, a czasem i poza nie, opisów epidemii grypy na komendzie. Dla mnie gwoździem do trumny tej pozycji okazało się fatalne tłumaczenie - tłumaczka jest ta sama od początku, więc nie wiem, co się wydarzyło. Czy zmienił się redaktor, czy korektor, czy może ktoś przez pomyłkę puścił do druku tłumaczenie w surowej wersji? Nie mam, niestety, możliwości, żeby to prześledzić, bo poprzednich części wyzbyłam się bez większego żalu. Czytałam e-booka, a zaznaczenia na czytniku kompletnie mnie nie przekonują, zatem nie mam przykładów, ale w tekście po prostu roi się od stylistycznych nieporadności, które częstokroć nie mają nic wspólnego z polską składnią i sprawiają wrażenie, że tłumaczył translator. Z wszystkich wymienionych powodów - zdecydowanie nie polecam.
niedziela, 10 czerwca 2018
Serialowisko 2018 (1), odsłona ekspresowa
Szybciutko, żeby choć trochę się odgruzować:

ACS: Versace: IMHO lepsza odsłona od mocno przereklamowanej pierwszej serii z OJ Simpsonem. Pod każdym względem, scenariuszowym (pisał Tom Rob Smith, autor Ofiary 44) i aktorstwa. 8/10, zdecydowanie polecam, nie zniechęcajcie się pierwszym odcinkiem, bo nie jest reprezentatywny dla tej odsłony antologii.

Dom z papieru - ciekawy pomysł, fajny początek, ale już w drugiej połowie pierwszego sezonu zaczęło się robić głupawo, a drugi pobił pod tym względem wszelkie rekordy. 6/10 to i tak naciągane. Ale piosenka super.

Terror - serial, w który jako fanka powieści kompletnie nie wierzyłam, przyjemnie mnie zaskoczył. Dobry, nie jego wina, że przemyśleń bohaterów nie da się zekranizować. 7/10

3% - ciekawa brazylijska antyutopia o merytokracji  przyszłości - tylko tytułowy odsetek populacji, wyłaniany w procedurze zwanej Procesem, może mieszkać na Wyspie. Reszta ludzkości gnieździ się w slumsach. Każdy ma tylko jedną szansę, w wieku 20 lat, na odmianę swojego losu. Troszeczkę słabsza końcówka drugiego sezonu, szczególnie sam finał, ale ogólnie bardzo świeża i ciekawa rzecz - 7/10.

Safe zaczął się dość ciekawie, ma dobrą obsadę (m.in. Michael C. Hall i Marc Warren), ale fakt, że stworzył go Harlan Coben, powinien był stanowić dla mnie dostateczne ostrzeżenie. Cóż, finałowe odpowiedzi były straszliwie głupiutkie i naciągane. 5/10

Killing Eve - tylko osiem odcinków, BBC America, powrót Sandry Oh znanej z Chirurgów do telewizji i luźna adaptacja serii opowiadań.  Rozgrywka między topową morderczynią na zlecenie a ścigającą ją agentką MI6. Przypadło mi to mocno do gustu, bo pod wieloma względami odbiega na korzyść od typowych procedurali. Wprawdzie nic więcej ponad niezobowiązującą rozrywkę, ale na upały jak znalazł. 6/10

The Americans - finałowy sezon godnie zamknął całą historię o parze sowieckich agentów zakonspirowanych w czasach zimnej wojny w USA jako właściciele biura podróży i domku na przedmieściach. Gorąco polecam całość, 8/10, a pierwsze 3 sezony nawet 9/10.

The Good Fight  - moim zdaniem drugi sezon nawet lepszy od pierwszego, bo ma ciekawszy wątek główny (seryjne zabójstwa prawników, ale także krucjata scenarzystów przeciwko aktualnej obsadzie Białego Domu i jak zawsze genialne sprawy odcinka), aktualnie chyba nic lepszego już poza kablówkami nie zostało - 8.5/10

Young Sheldon - spin off TBBT o dzieciństwie dr. Coopera, bardzo przyjemne zaskoczenie mimo negatywnego nastawienia z mojej strony. W ocenie zgadzam się ze Zwierzem popkulturalnym - 7,5/10

Patrick Melrose - już po jednym odcinku wiem, że choć jest to nieco mniej męczące i nudne niż wersja książkowa, to nawet Benedict Cumberbatch nie jest w stanie zrobić z tego materiału czegoś, co da się oglądać bez bólu. Choć gra znakomicie.
niedziela, 20 maja 2018
W nocy wszystkie koty są czarne (Wojciech Chmielarz, Żmijowisko)
Najnowsza powieść Wojciecha Chmielarza to w pewnym sensie eksperyment na czytelnikach, których pisarz do tej pory przyzwyczaił do typowego kryminału, choć z każdą kolejną książką coraz mocniej przesuwał akcenty na społeczno-psychologiczne tło. W przypadku Zombiego ucierpiała na tym logika intrygi. Żmijowisko jest bardzo spójną całością, w ramach której autor sprytnie odwraca uwagę czytelnika od najbardziej oczywistego rozwiązania zagadki, podsuwając kolejnych podejrzanych i możliwe wyjaśnienia zaginięcia nastoletniej Ady. Za to należą mu się pochwały, bo – choć z góry wiadomo, że np. nastoletni Damian, syn właścicieli gospodarstwa agroturystycznego, w którym rozgrywa się zdecydowana większość akcji, sprawcą raczej nie będzie, to już inni kandydaci do tej roli są bardziej prawdopodobni. Co najważniejsze, podejrzenie nie pada przed czasem na właściwą osobę. Mimo że – podobnie jak w przypadku opisywanej tutaj całkiem niedawno Czwartej małpy – wystarczyłoby zrobić pół kroku do tyłu, a winny stałby się oczywisty, bo niemal od samego początku dostajemy wszelkie niezbędne dane. Rozgrywka z czytelnikiem jest więc uczciwa, gdyż ma on szansę odgadnąć prawdę. To zawsze dla mnie dodatkowy i cenny walor tego typu powieści. Jest też jednak zarazem mistrzowska, gdyż Wojciechowi Chmielarzowi udaje się na tyle mocno wciągnąć odbiorcę w opowiadaną historię, że nie ma on czasu spojrzeć na całą układankę z odpowiedniego dystansu i skupia się na jej aktualnie eksponowanych elementach. Gwarantuje to powodzenie prowadzonej z czytelnikiem gry i ostateczny tryumf autora, czyli finałowy efekt zaskoczenia.
Sprzymierzeńcem pisarza w tej rozgrywce jest wybrana przez niego konstrukcja narracji, opartej na trzech planach czasowych. Pierwszy to teraźniejszość, rok po wakacyjnym wyjeździe grupki przyjaciół ze studiów i ich partnerów, na którym Ada Dusza zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Drugi rozgrywa się rok wcześniej, w trakcie feralnych wakacji. A trzeci w okresie przejściowym, co pozwala ukazać wpływ zaginięcia nastolatki oraz innych wakacyjnych wydarzeń na życie bohaterów.
Pisanie o zaginięciu dziecka i towarzyszących mu emocjach rodziców to trudne zadanie, jednak w tych ruchomych piaskach, pełnych takich zagrożeń jak banał, koturnowość i tani sentymentalizm, Chmielarz lawiruje sprawnie i udaje mu się nie przeszarżować, oddając emocjonalne reakcje bohaterów w sposób wiarygodny.
Niestety, jest też jakieś ale (zauważcie, że Cieni się nie czepiałam, więc nie czepiam się dla samej sztuki). Ze wskazanych na wstępie powodów jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że autor musiał namnożyć wątków pobocznych w ramach dywersji, mającej na celu odwrócenie uwagi od tego jednego kierunku, w którym czytelnik nie powinien spoglądać. Ale, na litość, czy musiał do tego posłużyć krótki przegląd tabloidowych nagłówków? Historia dwójki nastolatków, na pierwszy rzut oka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z Rakowisk (nawet i tytuł, a zarazem nazwa letniskowej miejscowości, narzuca oczywiste skojarzenia), jest jeszcze do przyjęcia,  bo choć Sabina, zwana Merigold, może się wydawać irytująco przerysowana, to przy autentycznej Zuzannie M. jawi się jako postać bardzo realistyczna. Podobnie z lokalnymi zblatowanymi notablami – jakoś przejdzie. Mroczna przeszłość właściciela agroturystyki zaczyna już zalatywać tasiemcową docudramą, ale od biedy da się na nią przymknąć oko, bo w sumie mogła się przecież wydarzyć. Jednak wsadzenie w to wszystko polsko-nigeryjskiej prezenterki telewizyjnej, która po utracie pracy zamierza zabawić się w Trumana Capote i napisać książkę o zaginięciu Ady, a przy okazji jest napastowana przez miejscowych rasistowskich kmiotków o wąskich horyzontach, to już więcej niż lekka przesada. Zwłaszcza że w ramach całej intrygi motywacje paczki inteligenckich przyjaciół z Warszawy – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – nie wystawiają im wszystkim lepszego świadectwa co do szerokości horyzontów. Więcej nawet, wystawiają im świadectwo o wiele gorsze. Ludzie są nieskomplikowani i pod cienką powłoką kulturalnego wychowania drzemią w każdym dokładnie takie same, prymitywne instynkty i motywacje. O tym, między innymi, opowiada ta historia, i wybrzmiałaby równie mocno bez dosłownej Murzynki do bicia. Czy tak kategorycznie postawiona teza o ludzkiej naturze jest prawdziwa, nie jestem prywatnie do końca przekonana, ale takich bohaterów dostaliśmy i zapewne są oni w populacyjnej większości. Doboru próbki czepiać się zatem nie będę. Ale sama chciałabym wierzyć, ze ludzie są mimo wszystko, nawet statystycznie, nieco lepsi niż wakacyjna paczka ze Żmijowiska i mieszkający tam miejscowi.
niedziela, 22 kwietnia 2018
Jak wam się nie podoba, to windą do nieba (Jo Nesbo, Macbeth)
Ponoć Jo Nesbo zgodził się na udział w Projekcie Szekspir tylko pod warunkiem, że przypadnie mu właśnie Makbet. Jest to moja pierwsza powieść z projektu, choć mam w planach jeszcze co najmniej Otella (Ten nowy Tracy Chevalier) i Burzę (Czarci pomiot Margaret Atwood). Oraz, rzecz jasna, Hamleta Gillian Flynn, jak tylko się ukaże. Tymczasem nie mam więc jeszcze pojęcia, jak z zadaniem przeszczepienia prac wielkiego klasyka na współczesny grunt poradzili sobie inni pisarze. Ale co do rezultatu starań Norwega uczucia mam, niestety, mocno mieszane.
Makbet nie jest sztuką łatwą, jako opowieść o żądzy władzy, sile miłości, szaleństwie, magii i przeznaczeniu. Niezwykły, unikalny wręcz miks wątków rodem z antycznej tragedii i ludowych podań. To, co składa się na jego wielkość, wszelkie próby reinterpretacji czyni niesamowicie ryzykownymi. Nesbo zdecydował się zrobić z tego wielowarstwowego materiału kryminał noir osadzony w niezidentyfikowanym mieście na amerykańskim wybrzeżu, a bohatera tytułowego uczynić funkcjonariuszem policyjnej jednostki specjalnej. Pod wpływem swojej ukochanej, Lady, właścicielki kasyna borykającej się z traumą dzieciobójstwa, młody człowiek, były wychowanek sierocińca i niebiorący od lat narkoman, zaczyna piąć się po szczeblach kariery, a każdy kolejny awans to trupy, w tym także ludzi mu najbliższych. Widać, że od pomysłu przedstawionego na spotkaniu we Wrocławiu dwa lata temu fabuła powieści jeszcze ewoluowała, bo początkowo na przykład trzy wiedźmy miały być trzema bossami narkotykowymi, a ostatecznie stały się jedynie wytwórczyniami silnie uzależniającego narkotyku, znanego jako wywar.
Czyta się Macbetha bardzo dobrze, bo jest w tej nowej fabule, na wielu poziomach podejmującej mimo wszystko udany dialog z oryginałem, ten sam magnetyczny pierwiastek, co w opowieści człowieka ze Stanfordu. Szaleństwo zarówno Macbetha, jak i Lady, dostaje przekonującą podbudowę. Także pozostałe postaci, nawet te poboczne, mają spójne motywacje i żywe charaktery. Są ludzkie, trudno nimi bezwarunkowo pogardzać jedynie dlatego, że okazują słabości rozmaitego rodzaju. Ale jednak magia nie działa na tyle mocno, żeby stos trupów dogodnie padających pod stopy bohatera i fura bezczelnych egzekucji w biały dzień, w tym takich na dzieciach i nawet niemowlętach, nie zaczęły w pewnym momencie wyglądać absurdalnie. Miasto przecież nie istnieje w próżni, a fakt, że od dawna zżerała je korupcja, nie oznacza jeszcze, że wszyscy grzecznie łykną ostrzelanie wiejskiego domu z działek bojowych, bo ukrywał się tam rzekomy zdrajca. Nowy komendant obejmuje urząd i nagle wszystkie próby zatrzymania kończą się śmiercią podejrzanych. Każdy siedzi u kogoś w kieszeni. Nikomu nie można zaufać, a już najmniej własnemu umysłowi. Jak to w kryminale noir, ale w tym wypadku wyznaczniki konwencji wyostrzone są daleko poza granice absurdu.
W teorii wszystko zgadza się z oryginalną fabułą i z genialnym podsumowaniem autorstwa Stanisława Barańczaka, tj.:
Szkot: bestia bitna.
Żona: ambitna.
Ręce umywa. Ma gdzieś.
Bór: marsz na mur! Finał: rzeź.

W praktyce rzeźnia zaczyna się za wcześnie, a choć są momenty czy rozwiązania znakomite, to jednak całość wydaje się przeszarżowana. Nie polecam, nie odradzam, nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Ale oczekiwania miałam sporo większe.
niedziela, 15 kwietnia 2018
Mogło być lepiej, a wyszło jak zawsze (Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski)
Ze sporym zdumieniem odkryłam najnowszą powieść Miłoszewskiego na liście pomocniczej dla elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego. A jako że 2017 był w polskiej fantastyce wyjątkowo ubogi (dwa tygodnie temu miałam 4 książki warte choćby rozważenia przy nominowaniu, przy czym wyłącznie co do Niepełni Anny Kańtoch miałam niezbite przekonanie, że na tę nominację zasługuje), postanowiłam, jak na dobrego elektora przystało, przed końcem głosowania nadrobić tę zaległość.
Pomysł na powieść jest niezbyt skomplikowany – para małżeńska z pięćdziesięcioletnim stażem, Ludwik i Grażyna, podczas prywatnych obchodów okrągłej rocznicy rozpoczęcia swojego związku cofają się w czasie do jego początku. Znów jest rok 1963, a oni dostają unikalną szansę – mogą ponownie przeżyć swoje życie, razem albo osobno. Jednak, choć bohaterowie mieszkają mniej więcej w tych samych miejscach w Warszawie, nie wszystkie okoliczności przyrody pozostały bez zmian. I modernistyczna architektura blokowiska Ludwika nie stanowi najważniejszej różnicy. Po kilku latach powojennych rządów komuniści zostali obaleni z pomocą Francji. Polską rządzi prezydent Eugeniusz Kwiatkowski i popierająca go liberalno-chłopska większość parlamentarna, a w Warszawie zamiast Pałacu Kultury stoi Wieża Przyjaźni. Grażyna pracuje jako nauczycielka zarządzania gospodarstwem domowym w państwowej szkole Kobiety Bez Granic, do której, w ramach wyrównywania szans na zostanie damą z międzynarodowego towarzystwa, dziewczęta przyjmowane są bez względu na pochodzenie. Ludwik jak był terapeutą, tak jest nim nadal. Jak miał żonę – naukowca (którą zostawił dla Grażyny), tak nadal ma. Jednak w nową rzeczywistość bohaterowie wchodzą z doświadczeniem przeżytych pięćdziesięciu lat. Ciekawie się patrzy, jak wpływa to na ich decyzje, choć – podobnie jak w piosence, od której wziął się tytuł – zarówno miłość, jak i historia w końcu wracają na stare tory.
Jako że jestem zdania, iż Zygmunt Miłoszewski pisał do tej pory dobre powieści, ale kryminały kiepskie, z bardzo naciąganymi fabułami, nie przeszkadza mi zmiana gatunkowej konwencji, do której sam autor ironicznie nawiązuje w rozmowie Ludwika z potencjalnym wydawcą polskiej wersji przygód Roberta Langdona i Harry’ego Pottera. Przyznam się wręcz do nadziei, że bez gatunkowego gorsetu pisarz stworzy w końcu coś pełnego. Niestety, powieść pozostawia ostatecznie spory niedosyt. Dobrze się to wszystko czyta, ciekawie odkrywa alternatywną, frankofilską Warszawę lat 60. i jest w Jak zawsze na wielu poziomach potencjał, który jednak na żadnym nie zostaje w pełni wykorzystany. Realia polityczne opisane są wyrywkowo i niemiłosiernie spłycone, więc choć pomysł wyjściowy jest intrygujący, to jednak zostaje zarżnięty poprzez proste przeniesienie pół wieku wstecz aktualnego narodowego sporu politycznego. Realia społeczne też zostają zaledwie liźnięte, a szkoda, bo nawet przy tak pobieżnym potraktowaniu pojawiają się ciekawe elementy. Prywatne sprawy bohaterów pozostają ostatecznie w zawieszeniu.
Powieść pisana jest ewidentnie pod rynek francuski i choć w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi chęć zdyskontowania odniesionego tam sukcesu, to jednak autor trochę zbyt negatywnie i stereotypowo przedstawia Polaków (jako prostych i poczciwych, a jednocześnie swarliwych i w sumie łatwych do omamienia konsumentów wódki i kapusty), a zdecydowanie zbyt łagodnie na tym tle obchodzi się z Francuzami, co do których uzasadnionych stereotypów również nie brakuje (choć owszem, wspomina ich niechęć do nauki języków obcych oraz poczucie wyższości, ale tak delikatnie, żeby na pewno się nie pogniewali). Rozumiem, że to jest satyra, a frankofilowi neoficie trudno zdjąć różowe okulary, ale nieciekawie taka dysproporcja wygląda i drażni. A skoro drażni nawet mnie, podzielającą autorską diagnozę naszego narodowego charakteru, to podejrzewam, że coś jest na rzeczy.   
Zaś chyba najbardziej mam Miłoszewskiemu za złe, że także warstwy fantastycznej nie zdecydował się domknąć. Przeniósł bohaterów w czasie i geopolitycznych realiach. Zasugerował, że jedna i druga rzeczywistość wzajemnie się przenikają. I na tym poprzestał. Tak że fantastyka też z tego żadna. Najlepiej broni się zatem warstwa psychologiczno-obyczajowa. Jak zawsze u tego autora.
piątek, 12 stycznia 2018
Kilka przymyśleń o ostatnim Jedim
By rozruszać nieco zakurzoną - jak okazało się podczas podsumowań minionego roku - sekcję filmową na blogu, podrzucam linka do garści luźnych impresji, jakie sformułowałam po seansie najnowszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Dziś tekst ukazał na wirtualnych łamach Fahrenheita. Zachęcam do polemiki i podzielenia się własnymi przemyśleniami. W moich przeważa rozczarowanie, niestety.
sobota, 16 grudnia 2017
O dziwnym prezencie na trzydzieste urodziny wiedźmina Geralta (antologia Wiedźmin. Szpony i kły)

Mówili, że lepiej nie czytać antologii pokonkursowej, złożonej z jedenastu tekstów, które startowały (a cztery z nich zdobyły nawet nagrody) w konkursie na trzydziestą rocznicę publikacji opowiadania Wiedźmin na łamach miesięcznika Nowa Fantastyka. A tymi, co mówili, byli fani nad fanami białowłosego zabójcy potworów, wieloletni aktywni forumowicze Wieży Błaznów. Nie posłuchałam. Miałam w zeszłym tygodniu słabsze popołudnie, zachciało mi się poprawy nastroju i lotu na skrzydłach nostalgii. I na dzień dobry dostałam po oczach zwycięskim opowiadaniem, Kresem cudów Piotra Jedlińskiego. Nie owijając w bawełnę, powiem, że było to wyjątkowo bolesne doświadczenie. Grand Prix to temu utworowi by się należało, ale w kategorii „Wydaje mi się, że umiem pisać jak Andrzej Sapkowski, tylko że jednak nawet w przybliżeniu nie”. Zresztą, żadne słowa nie oddadzą tego, do jakiego stopnia autor starał się poza granicę swoich – skromnych – możliwości imitować styl twórcy wiedźmina. Szczęśliwie, tekst jest dostępny w całości i może przemówić sam za siebie. Werdykt konkursowego jury po lekturze całego zbioru jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, gdyż jest to jedno ze słabszych opowiadań w zestawie. I bardzo dobrze, bo gdyby reszta utworów prezentowała niższy poziom niż niemiłosiernie wymęczony Kres cudów, nie byłoby sensu marnować czasu na lekturę Szponów i kłów.


Wiem co nieco o wiedźmińskich fanfikach. Latami czytałam te publikowane na stronie Andrzej Sapkowski Zone. Stąd nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie ma przeszkód, by amatorski tekst fana był koncepcyjnie i warsztatowo bardzo dobry, a jednocześnie spełniał formalne wymogi opowiadania, to jest miał fabułę trzymającą się kupy i takąż strukturę narracyjną. Niestety, dalece nie o wszystkich tekstach z tego zbioru można to powiedzieć. W zasadzie według mnie tak postawione warunki spełniają cztery utwory znajdujące się w końcowej części antologii, z czego dwa napisali fachowcy, mający już na koncie publikacje książkowe. Tym większe brawa należą się amatorom, czyli Przemysławowi Gulowi za Lekcję samotności (która według mnie powinna wygrać te zawody, ale przynajmniej dostała wyróżnienie szefa działu prozy polskiej NF, Michała Cetnarowskiego) oraz Tomaszowi Zliczewskiemu za Nie będzie śladu. Obaj autorzy stworzyli ponadto historie autentycznie angażujące i oddające ducha prozy Andrzeja Sapkowskiego – gorzki cynizm i brak złudzeń co do prawdziwej natury ludzi, potworów i porządku tego świata. Co do utworów profesjonalistów, opowiadanie Andrzeja W. Sawickiego (który w konkursie startował incognito jako Dorota Chłosta) o dalszych losach elfki Toruviel z Doliny Kwiatów niestety mi się nie spodobało. Za gruba kreska, mocno groteskowi antagoniści i za dużo sentymentalizmu. Natomiast tekst tytułowy, czyli Szpony i kły Jacka Wróbla, jest naprawdę wart uwagi. Tak się powinno podejmować dialog z tekstem oryginalnym, czyli w tym przypadku z legendarnym opowiadaniem Wiedźmin, od którego wszystko się zaczęło. Autor przedstawia opisane tam wypadki z perspektywy strzygi, a raczej królewny Addy. Łatwo powiedzieć, trudniej ciekawie i przekonująco zrobić. Jackowi Wróblowi to się udało. Dał królewnie przekonujący głos i ciekawą historię nie-życia, na oryginalnym opowiadaniu opierając się tylko o tyle, o ile było to absolutnie konieczne.


A że jest to sztuka trudna, najlepiej świadczy tekst Barbary Szeląg Bez wzajemności. Odwrócony pod względem wymowy prequel Trochę poświęcenia, ze starszą siostrą Essi Daven w roli głównej i groteskowym Jaskrem na przystawkę, oraz Małą syrenką bez szczęśliwego Disnejowskiego zakończenia w tle. Drętwe stylistycznie, warsztat bardzo marny, może gdyby na tych dwóch niwach było lepiej, całość nie byłaby tak przeraźliwie sztuczna, a autorka miałaby jakiekolwiek szanse zrealizować swoje ambitne zamierzenie. Największą ciekawostką, czy raczej kuriozum, w tym kontekście jawi się fakt, że ten tekst również zdobył konkursowe wyróżnienie, przyznane przez Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego NF. Przecież samo zestawienie z genialnym Trochę poświęcenia boleśnie obnaża mizerię Bez wzajemności. Żeby pisać o uczuciach, trzeba najpierw umieć pisać, bo do tego niezbędna jest subtelność.


Z pozostałych utworów bardzo podobała mi się Skala powinności Katarzyny Gielicz - zaskoczyła mnie na plus po poprzedzającej ją mizerii, bo była ładnie i z wyczuciem napisana, ASowa w wymowie, o Coenie i jego towarzyszce poznanej na szlaku. Co z tego, że trochę zbyt rwana i stanowiąca raczej ciąg obrazków niż opowiadanie z prawdziwego zdarzenia? Co z tego, że miejscami zbyt sentymentalna, a u samych swych podstaw ma wątpliwe założenie, że wiedźmin zgarnąłby z traktu pierwszą lepszą dziewuchę i narażał ją przy robocie tylko po to, żeby mieć towarzystwo? Przekonująco oddana relacja między bohaterami jest siłą tego tekstu.


Coś dobrego mogłoby jeszcze wyjść z Ironii losu Sobiesława Kolanowskiego, bo pomysł jest ciekawy i ma potencjał – potwór daje wiedźminowi zlecenie na innego potwora. Ale warsztat woła o pomstę do nieba, tekst powinien zostać mocno skrócony, za dużo przerzucania się niby błyskotliwymi puentami, kawa zbyt dosłownie wyłożona na ławę. Niestety, redaktora antologia – podobnie jak Sezon burz – nie miała. I pozostawały w niej w rezultacie kwiatki w takim stylu: Szybka zarówno na łapach – dzięki lwiemu tułowiowi – jak i w przestworzach dzięki silnym, nietoperzym skrzydłom. Śmiertelnie niebezpieczna. Jad z jej podobnego do skorpionowego ogona zabijał w ciągu kilku sekund – o ile wcześniej bestia nie rozszarpała swych ofiar wyposażonymi ją przez Naturę solidnymi kłami czy pazurami. To opis mantikory.


Reszta tekstów jest milczeniem, choć chciałoby się rzucić kilka obelżywych słów o stanowiącej festiwal żenady Balladzie o Kwiatuszku  Michała Smyka (indywidualne wyróżnienie szefa działu zagranicznego NF, Marcina Zwierzchowskiego - bez komentarza). Ale leżącego kopać się nie godzi. Sami zdecydujcie, czy czytać.

sobota, 09 grudnia 2017
Każdy kogoś stracił, ale trzeba żyć dalej (Łukasz Orbitowski, Exodus)
Zacznę od tego, że lubiłam czytać Orbitowskiego, zanim to było modne. Czyli w czasach, kiedy pisał fantastykę, od której od dobrych paru lat dość mocno się odcina (co jest o tyle ciekawym paradoksem, że dopiero ostatnio udało mu się zdobyć nagrodę fandomu, za opowiadanie/słuchowisko Wywiad z Borutą, napisane wspólnie z Michałem Cetnarowskim w ramach projektu Legendy polskie, które można pobrać za darmo tutaj, także w wersji audio). Nie chwaląc się, już dawno, bo w maju 2009 roku, postulowałam, by od fantastyki odszedł, gdyż zaczyna ciągnąć jego pisanie w dół i stanowić zbędny balast. Po raz kolejny Łukasz Orbitowski ściga się sam ze sobą, sprawdzając, czy potrafi napisać coś jeszcze bardziej przytłaczającego niż dotychczas - tak z kolei pisałam w recenzji Szczęśliwej ziemi i myśl ta w dalszym ciągu pozostaje aktualna w przypadku Exodusu. W najnowszym wpisie blogowym, datowanym na 4 grudnia 2017 roku, autor napisał rzecz kluczową dla interpretacji jego najnowszej powieści: A potem, przy najnowszej książce, zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.

Przeczytawszy, mogę potwierdzić, że jest to prawda. Exodus to pierwsza powieść Orbitowskiego całkowicie wolna od elementów fantastycznych. Nawet w Innej duszy, która ukazała się w serii Na F/aktach, się one pojawiały, w widzeniach Jędrka, który zresztą jest wspominany przez jednego z bohaterów Exodusu. Tu ich nie ma. I teraz okaże się, że jestem osobą, której nie sposób zadowolić. Dostałam, czego chciałam od lat – czystą powieść obyczajową autora. I znowu mam jakieś ale. Zanim jednak o nich, co nieco o powieściowej materii.

Jest to historia ucieczki Jana, podzielonej na cztery etapy, a każdemu z nich patronuje inny typ osobowości – choleryk, melancholik, flegmatyk i sangwinik. Startujemy z Warszawy, uciekamy w popłochu, palimy za sobą wszystkie mosty. Jan czyści konta bankowe, niszczy karty, spuszcza w kiblu komórkę. Zasadnie przypuszczamy, iż zrobił coś bardzo złego. Na kolejnych etapach swojej Księgi wyjścia bohater szuka zapomnienia w alkoholu i balandze (to w Berlinie), szuka odkupienia w pracy na rzecz potrzebujących (to w słoweńskim obozie dla uchodźców Imagine), porzuca wszelką aktywność i z rezygnacją poddaje się swojemu losowi (to bezdomność i żebranina w Lublanie), a w końcu próbuje mimo wszystko zacząć od nowa i zapomnieć o przeszłości, co jednak nie będzie mu dane (to głównie na greckiej wyspie Salaminie). W międzyczasie, w każdym rozdziale, powraca jak refren stopniowo rozwijany opis zdarzenia, od którego droga Jana się zaczęła, praprzyczyny, punktu zapalnego. A w bieżący wątek opowieści autor wplata retrospekcje z życia bohatera sprzed. I, niestety, ta część – wraz z zagadką: co takiego zmusiło Jana do porzucenia swojego życia? – to według mnie jedyna część udana. A przynajmniej jedyna, która mnie jako odbiorcę interesowała i emocjonalnie angażowała. Cała reszta, w której bohater beznadziejnie się miotał, była, nie ukrywajmy, głównie męcząca, a sporymi fragmentami także dość groteskowa. Z wyłączeniem części ostatniej, greckiej i sangwinicznej, gdzie wszystko było już w zasadzie wyjaśnione. I tu jednak nie zabrakło zwrotu akcji niczym z greckiej – a zatem dopasowanej do scenerii - tragedii. Szczęściem, autor nie zdecydował się na wariant scenariusza pozornie oczywisty, a dla bohatera bardzo kuszący, gdyż to już pogrzebałoby książkę w sposób ostateczny. Kazał Janowi wrócić do punktu wyjścia i zmierzyć się z prawdą, przed którą próbował on uciec.

Celowo nie piszę, o czym jest ta powieść, choć mocno utrudnia mi to jej krytyczne recenzowanie. Jak sam autor sygnalizuje w przytoczonym wyżej fragmencie bloga – wziął tym razem na warsztat chyba najgorszą tragedię, jaka może się przydarzyć człowiekowi. Ale mimo pieczołowitego konstruowania formy opowieści, dobierania intrygujących dekoracji, które pewnie dadzą mu uznanie krytyków i kolejne branżowe nagrody – nie zdołał tchnąć w nią, a przynajmniej w większą jej część, ducha. A emocje dla tej historii są kluczowe. Muszę zastrzec, że wiele zależy tu zapewne od indywidualnego odbioru każdego czytelnika. Wy, być może, będziecie zachwyceni. Ja jestem głównie rozczarowana, że autor, w którego wierzyłam, nie udźwignął swojego projektu. Widać jednak potwory były łatwiejsze niż czysta groza prawdziwego życia. Ale czytajcie i oceńcie sami.

wtorek, 24 października 2017
Odczucia mieszane z przewagą pozytywnych (Natalia Osińska, Fanfik)
Padłam ofiarą jakiegoś podstępnego wirusa, czemu zawdzięczam tydzień wolności od obowiązków służbowych i okazję do sięgnięcia po lżejszą lekturę. Fanfik, zbierająca pozytywne opinie współczesna odpowiedź na nienadążającą od dawna za duchem czasów Jeżycjadę, która ukazała się pod koniec ubiegłego roku, kusił mnie od dawna. Ostatecznym bodźcem była recenzja drugiego tomu, czyli Slasha, na Klonowych książkach. Nie zaszkodziła też przyjazna cena e-booka w abonamencie Nexto Premium, który przy okazji polecam waszej uwadze (nie jest to wpis sponsorowany, abonament mam od 21 maja 2017, kupiłam w tym czasie już 12 książek, w większości nowości, i zaoszczędziłam sporo pieniędzy, koszt abonamentu, 19,90 zł za rok, zwrócił się już przy drugiej książce).
Odczucia po lekturze odzwierciedla tytuł wpisu. Powieść jest dobra, o czym najlepiej świadczy, że przeczytałam ją w niecałą dobę mimo gorączki i niewyspania, a liczy stron 400. Wciąga, napisana jest stylem lekkim, ale bynajmniej nie głupawym, nieprzestylizowana i nieprzeładowana młodzieżowym slangiem. Licealiści mówią tu normalnie, jak ludzie, a nie bohaterowie czyjejś wizji pod tytułem "Jak porozumiewają się współczesne nastolatki", co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Jeśli zestawić bohaterów Osińskiej z bohaterkami Ma być czysto Anny Cieplak, dla mnie w konkurencjach naturalność i autentyczność wygrywają ci pierwsi. Wprawdzie główna bohaterka powieści Osińskiej, Tosia Graczyk, to introwertyczna outsiderka, żyjąca w świecie musicalowych tekstów i internetowych fanfików, którą ciężko uznać za typową reprezentantkę szkolnej społeczności nawet przy maksimum dobrej woli i bez wiedzy, że jest też psychologicznie chłopcem uwięzionym w ciele dziewczyny, ale z odczuciami się nie dyskutuje. Towarzyszymy zatem Tosi w przełomowym wydarzeniu, jakim jest odkrycie prawdziwej tożsamości. Warunki brzegowe nie są łatwe - bohaterka jest półsierotą wychowywaną przez apodyktyczną ciotkę Idalię i wycofanego ojca Marcina, który opiekę nad dzieckiem ceduje ochoczo na szwagierkę, poświęcając maksimum czasu i energii pracy w swojej firmie budowlanej. Tosia, co trzeba zaznaczyć niekoniecznie na usprawiedliwienie ojca, nie jest dzieckiem łatwym: ma za sobą próbę samobójczą, bierze kapsułki szczęścia, a od rzeczywistości izoluje ją chemiczny obłok obojętności. W pewnym momencie nadużywane kapsułki kończą się zbyt szybko, co zbiega się z corocznym wyjazdem ciotki do nadmorskiego spa. Pojawienie się w szkole nowego ucznia, Leona, który okazuje Tosi życzliwość i przyjaźń, także ułatwia dojście do głosu jej prawdziwego ja.
Poruszenie w powieści dla młodzieży problemów transseksualizmu jest zabiegiem ciekawym i niewątpliwie potrzebnym, tym bardziej że Osińskiej udaje się to zrobić w wyważony sposób, bez dydaktyzmu i przerysowań oraz popadania w tanią sensacyjność, choć z pewnymi koniecznymi z uwagi na powieściową formułę uproszczeniami. Jedyne, czego totalnie nie kupiłam, to w miarę bezproblemowa akceptacja przemiany Tosi w Tośka przez społeczność szkolną (tak klasową, jak i grono pedagogiczne, które gładko i bez sprzeciwu zaczyna szanować wybór uczennicy i zwracać się do niej, jeśli już nie z zastosowaniem męskiej końcówki gramatycznej, to po prostu po nazwisku, dogodnie takim samym w formie męskiej i żeńskiej). Jeden prześmiewczy wierszyk na lekcji polskiego i gwałtowniejsza reakcja jednej osoby, mająca zresztą nieco szersze uzasadnienie, to mało śmieszny żart. Obawy Leona o bezpieczeństwo Tośka miały mocne podstawy i tak (mimo wszystko) gładko na pewno by to nie przebiegło w polskiej szkole. Niestety, nie jest to jedyne moje zastrzeżenie, i nawet nie najważniejsze. Autorka włożyła w fabularny barszcz za dużo problemowych grzybów i po prostu przedobrzyła.
UWAGA, dla sformułowania dalszej części zastrzeżeń do powieści nieodzowne są spoilery! Jeszcze gorsze niż te minimalne, niezbędne do tej pory. Nie chcesz wiedzieć więcej, nie czytaj dalej!
Gdyż Leon okazuje się gejem, ukrywającym swoją orientację przed szkolną społecznością. To jeszcze byłoby do zaakceptowania, zwłaszcza że taki był powód jego zainteresowania śliczną i niechętną romantycznym związkom Tośką. Ale czyniąc z Tośka homoseksualnego transseksualistę, autorka posunęła się moim zdaniem za daleko. Przyjaźń Tośka i Leona opisana jest świetnie, wprowadzenie do ich relacji komponentu romantycznego uważam za szkodliwe i niepotrzebne. Nie wątpię, że osoba transseksualna może być homo i hetero, jak każda inna, żeby była jasność. Ale ta kumulacja nie pomaga ani kreacji bohaterki,  ani fabule, ani szerzeniu świadomości o transseksualizmie, przynajmniej moim zdaniem.
Oraz, na litość dowolnych bogów, co to za akcja z tym fetyszem Leona na punkcie lakierów do paznokci? Czy on w głębi serca jest dziewczyną, czy to sugestia, że tego rodzaju ciągoty ma każdy gej? W każdym razie, w mojej ocenie, to totalne nieporozumienie i kolejny siejący zbędny ferment element, mówiąc najłagodniej.
Koniec strefy spoilerów!
Słowem, mogła to być o wiele lepsza książka, gdyby autorka podjęła nieco inne decyzje. Tak jest tylko niezła i w wielu kluczowych miejscach sama sobie podcina skrzydła. Ale uważam, że sięgnąć warto.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka