Wpisy z tagiem: dylematy

sobota, 15 września 2018
Wrobieni w polski rynek pracy (Urobieni. Reportaże o pracy, Marek Szymaniak)
Urobieni. Reportaże o pracy Marka Szymaniaka pozostawili mnie z na tyle mieszanymi i trudnymi do zwerbalizowania uczuciami, że odwlekałam pisanie o nich, bo nie potrafiłam się zdecydować, co właściwie sądzę. Nie zdarza mi się to zbyt często, więc choćby pod tym względem to pozycja dość niezwykła. Książkowy debiut młodszego ode mnie o 3 lata (!) dziennikarza, i od razu bardzo ambitny temat – praca w Polsce. Nie mogłam się ustrzec porównań z  Zawodem Fejfera i Nie hańbi Gitkiewicz, które dotykają zbliżonej tematyki. Z Fejferem Szymaniak wygrywa w cuglach, bo – choć podobnie buduje swoją narrację wokół jednostkowych historii – to jednak każda z nich służy pokazaniu szerszego, systemowego problemu, a nie tylko jojczeniu, że system jest zły, a młodzi ludzie zostali oszukani obietnicą dobrej pracy za dobre wykształcenie. Już pierwszy rozdział pokazuje na dobrych przykładach patologiczną twarz taniego państwa – biednych pracujących, wyoutsourcowane salowe czy ochroniarzy, którzy, żeby zarobić sensownie, muszą albo tyrać po 220 godzin miesięcznie, albo załatwić sobie lewe orzeczenie o niepełnosprawności. Potem są elastyczne formy pracy, które niby to miały służyć pracownikom, a pozwalają pracodawcom płacić mniej. Zatrudnianie przez agencję na umowy przedłużane dziesiątki razy zamiast umowy o pracę. Praca w kulturze, gdzie wypłaty zależą od tego, czy i kiedy przyjdzie grant. Dziennikarskie klepanie wierszówek na umowy o dzieło. Dalej agresywna i nieetyczna sprzedaż telefoniczna w call center. Target jest tu wszystkim. Jednym z mocniej oddziałujących na psychikę jest rozdział o imigrantach zarobkowych z Ukrainy, w szczególności historia Żeni, która miała po prostu pomagać prowadzić dom, a była traktowana jak niewolnica. Poraża nieuczciwość zarówno pośredników organizujących wyjazdy, żerujących bezwzględnie na ludzkich dramatach, jak i polskich pracodawców, a w zasadzie wyzyskiwaczy, choć bardziej pasowałby mocno niecenzuralny wyraz. Bo kto umawia się na 10 zł za godzinę, a płaci 10 zł za dzień (co zresztą okazuje się dopiero przy wypłacie)? Ukraińcy, zdesperowani, wezmą każdą pracę, zwłaszcza że często tę, na którą mieli załatwione zaświadczenie, zmuszeni byli rzucić i jechać w inny region kraju. Polacy dobrze o tym wiedzą. Bo kiedy oni wyjadą, o czym też jest rozdział, to, zupełnie jak Ukraińcy u nas, pracują ciężko i poniżej kwalifikacji. A i tak wolą taką pracę, bo pozwala na godne życie. I w większości nie zamierzają wracać do kraju, bo ten nie ma im nic do zaoferowania. Owszem, można tanio zrobić zakupy w rosnącej sieci supermarketów i dyskontów, ale ma to swoją cenę. Najpierw zapłacili ją właściciele małych sklepów osiedlowych, które padły, bo nie mogły konkurować cenowo z sieciami. Płacą także pracownicy marketów, często zatrudniani na zlecenie, żeby zmniejszyć koszty. Płacą dostawcy, którzy muszą się godzić na niekorzystne warunki współpracy, dyktowane przez sieci, bo inaczej nikt nie weźmie ich towaru. Zgodnie z tytułem rozdziału – tanio drogo kosztuje. Walka o pracowników, działanie w związkach zawodowych w supermarketach, to także ciężki kawałek chleba. I niedoceniany. Współpracownicy raczej zazdroszczą związkowego etatu, a nie ma czego, bo to ogromny psychiczny koszt. Do realnej pracy w związkach nikt się nie garnie. Rozdział o tym, jak polscy zarządcy wypaczyli japońskie zasady Toyoty, tworząc z fabryki w zasadzie obóz pracy, w którym pracownicy biegają jak chomiki w kołowrotkach i jeszcze pilnują się nawzajem, jeży włos na głowie. Trudno odmówić po lekturze racji jednej z bohaterek, która mówi, że jak człowiek rodzi się w Polsce, to jakby miał na plecach napisane Kunta Kinte (czyli niewolnik z powieści i serialu Korzenie). I nie trzeba być ochroniarzem wyrabiającym ponad 400 godzin miesięcznie, bo non stop w pracy jest też świetnie prosperujący finansowo trader (choć on przynajmniej coś z tego finansowo ponad egzystencjalne minimum ma). Jest i o mikroprzedsiębiorcach, soli tej ziemi, którzy, jak tylko mogą, tną koszty pracy. Na koniec rozdział o tych, co załapali się na „okno transformacji” i dzięki unikalnym kompetencjom odnieśli wielki sukces. Czy to obraz całościowy? Oczywiście, że nie. Czy to obraz prawdziwy? W dużym stopniu tak. Brakowało mi w nim jednak na przykład miejsca dla niepełnosprawnych, którzy na rynku pracy mają bardzo pod górkę mimo teoretycznie licznych systemowych ułatwień. I dla rzeszy ich opiekunów, których idiotyczne przepisy praktycznie wykluczają z rynku. Zamiast statystyk i mocno irytujących cytatów z Rafała Wosia mógłby autor zamieścić więcej problemowych historii. Poszerzyć perspektywę. Ale może jeszcze zdąży. Z perspektywy czasu całość oceniam lepiej niż bezpośrednio po lekturze, jako dobry i interesujący debiut. Istnieje coś więcej niż korporacje z wielkich miast. Praca nie ma u nas adekwatnej wartości, a pracownik żadnej. Opowieści o tym, że to on teraz rządzi na rynku, należy włożyć tam, gdzie ich miejsce. Między bajki.
sobota, 08 września 2018
Antychryst udomowiony (Terry Pratchett, Neil Gaiman, Dobry Omen)
Tę pozycję odkładałam długo, ale zapowiedź serialu BBC z Michaelem Sheenem i Davidem Tennantem w rolach anioła Azirafala i demona Crowleya zmotywowała mnie do nadrobienia zaległości. Jako że o polskim przekładzie krążą niezbyt dobre opinie, idąc za ciosem po Dresdenie, ponownie sięgnęłam po wersję oryginalną. Parę słów o fabule: po narodzinach Antychrysta dochodzi do pomyłki i chłopiec, zamiast wychowywać się wśród satanistów, dorasta w niewielkim, idyllicznym brytyjskim miasteczku, które kocha z całego serca. Gdy w jedenaste urodziny Adama pojawia się piekielny ogar, by stanąć u boku swego pana i pomóc mu sprowadzić Apokalipsę, ze zdumieniem odkrywa, że oczekuje się od niego raczej aportowania. Kiedy legiony Nieba i Piekła sposobią się do ostatecznego starcia, ich ziemscy wysłannicy – Azirafal, dawny strażnik wrót Raju, oraz Crowley, dawny Wąż, odkrywają, że przez sześć minionych tysiącleci przywiązali się do świata i zdecydowanie woleliby, żeby nie stanął on w płomieniach. Postanawiają sabotować Koniec Czasów. Tymczasem Czterej Jeźdźcy wsiadają na dwudziestowieczny odpowiednik imponujących rumaków, czyli motocykle, i wyruszają do siedziby Antychrysta, by wypełniło się to, co zostało przepowiedziane. A jest jeszcze Anatema Device, potomkini Agnes Nutter, jedynej prorokini w dziejach, która trafnie (choć bardzo enigmatycznie) przepowiedziała całą przyszłość, nim spłonęła na stosie.

Brzmi dobrze, prawda? Niestety, z wykonaniem jest troszeczkę gorzej. Początek wypada świetnie, podobnie jak końcowa ćwiartka, natomiast w środek wkrada się sporo chaosu i tempo zdecydowanie siada. Być może ma to pewien związek z faktem, że powieść pisały dwie osoby, w dodatku przesyłając sobie pocztą dyskietki i konsultując się przez telefon (Dobry Omen powstawał pod koniec lat 80.). Sam pomysł zamiany dzieci i zawiązania akcji był dziełem Gaimana, jak popchnąć akcję dalej, wymyślił natomiast Pratchett. On też stworzył niedocenioną przez jej współczesnych prorokinię Agnes Nutter i opisywał większą część perypetii Adama i grupki jego przyjaciół, w rodzinnym miasteczku znanych jako Oni. Gaiman prowadził motocyklistów Apokalipsy, a resztę napisali na przemian (Pratchett nieznacznie więcej, on też zredagował całość). Nie bez znaczenia jest też zapewne, że dla Gaimana był to pisarski debiut, a Pratchett miał wtedy na koncie dopiero dwa pierwsze, najbardziej slapstickowe i w zasadzie nieprzystające do reszty cyklu, tomy Świata Dysku, czyli Kolor magii i Blask fantastyczny. W dużym stopniu humor Dobrego Omenu jest podobny, co nie znaczy bynajmniej, że brakuje w nim zabawnych scen – przeciwnie, jest ich cała masa, może właśnie aż za dużo, przez co cierpi na tej ilości harmonijny rozwój fabuły. Zapewne inaczej odbieram tę książkę, bo znam cały późniejszy, o ileż dojrzalszy pod każdym względem, dorobek obu autorów. Jednak to, co charakterystyczne dla stylu każdego z nich, jest w niej już obecne i sprawia, że mimo pewnej sinusoidalności to wciąż bardzo przyjemna lektura. Zwłaszcza relacja anioła i demona opisana jest znakomicie. Mimo masy gagów nie brakuje też filozoficznej refleksji o wartościach fundamentalnych. Nienachalnej, pogodnej, pozbawionej dydaktyzmu i wplecionej mimochodem, czyli takiej, którą przyswaja się najlepiej. Gaiman, wypełniając ostatnią prośbę Pratchetta, pracuje nad serialem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znajdzie się w nim wszystko, co w tej książce najlepsze. Mimo pewnych zastrzeżeń bawiłam się przy lekturze bardzo dobrze i na pewno nie żałuję poświęconego jej czasu.

sobota, 18 sierpnia 2018
Szczupaczyńska lekko słabuje (Maryla Szymiczkowa, Seans w Domu Egipskim)
Jestem fanką cyklu o krakowskiej profesorowej i trzeciego tomu jej przygód wyglądałam od pierwszych zapowiedzi, a postanowiłam przeczytać na pociechę po urlopie. Poszło szybko i nie było nieprzyjemnie. Wszystkie elementy na swoim miejscu: klasyczna "zagadka zamkniętego pokoju", poszlaki obciążające praktycznie wszystkich podejrzanych i autentyczne zaskoczenie osobą oraz motywacją sprawcy. Do tego opis świątecznych przygotowań, krakowskiej szopki, a nade wszystko walki starego z nowym, czyli pozytywizmu z młodopolską dekadencją. Symbolami tej ostatniej są tytułowy seans oraz jeden z podejrzanych - Stanisław Przybyszewski, z lubością budujący swój mit Szatana i przyjmujący hołdy zapatrzonej w niego zgrai aspirujących artystów oraz społecznych wyrzutków. A jako wisienka na torcie modus operandi sprawcy - trucizna w kieliszku z absyntem. Wszystko pasuje: stara receptura, nowe dodatki, zgrabnie skrojone rozwiązanie zagadki.
A jednak - nie porwała mnie najnowsza koprodukcja Tarczyńskiego i Dehnela. Z całego cyklu tę odsłonę - mimo naprawdę ciekawego finału intrygi - oceniam najsłabiej.
Powodów jest kilka, ale pierwszy i chyba jeden z istotniejszych wyłożyli sami autorzy w otwarciu jednego z rozdziałów:

Jadąc spod Paonu do Pszornów, Zofia myślała o sprawie Beringera. Nie, nie o tym, kto go zabił, ani o tym, ile czasu jej zostało przed oficjalnym wszczęciem śledztwa – ale o tym, jak niewiele jej poszukiwania różnią się od zwykłych, monotonnych zajęć żony profesora uniwersytetu. Cóż bowiem robi innego niż kiedyś? Odwiedza kolejne mieszkania, hotele, kawiarnie, prowadząc z członkami krakowskiej socjety długie i do niczego, jak dotąd, nieprowadzące rozmowy. Tu złoży kondolencje, tam puści w obieg plotkę, jeszcze gdzie indziej naciągnie kogoś na zwierzenia, wszędzie wypijając herbatę czy kawę, pogryzając ciastka i pomadki. Jakże różniło się to od zwiedzania podłych nor na Dębnikach czy telepania się pociągiem do Bochni!

Jest mocno monotonnie, po prostu. Szczupaczyńska odhacza kolejnych podejrzanych na liście i jakoś brak w tym nerwu, który przykuwałby do kolejnych stron. Dodatkowo nie przepadam za Młodą Polską, a choć Przybyszewski przemawia cytatami z samego siebie, to same opisy środowiska, może z uwagi na niechęć profesorowej do jego przedstawicieli, też są mocno przerysowane. Jak na moją tolerancję - za mocno. Nie było źle, jednak dotąd bywało zdecydowanie lepiej. Nie odradzam, ale trzymam kciuki za powrót pani Szymiczkowej do dawnej formy, bo mimo wszystko chętnie poczytałabym kontynuację, o ile będzie na nią sensowny pomysł.
sobota, 11 sierpnia 2018
Ekspresowo o zaległościach
Zalega mi kilka tytułów, o których nie mam do napisania zbyt wiele. Zatem zbiorczo.

Komeda: Osobiste życie jazzu Magdaleny Grzebałkowskiej to zaległość najdawniejsza, bo lektura jeszcze z początku czerwca, i zarazem największe rozczarowanie. Na tę pozycję czekałam, spodziewając się uczty podobnej jak przy biografii Beksińskich. Tymczasem więcej jest o polskim jazzie niż o samym Komedzie.  W rezultacie mocno mnie czytanie wymęczyło, miejscami zirytowało, a nie porwało wcale. Dla pasjonatów jazzu zapewne ciekawe, dla osób zainteresowanych losami tytułowego bohatera - już niekoniecznie satysfakcjonujące. Najsłabsza z czytanych przeze mnie książek autorki. Na kolejną już się tak rzucać nie będę.

Moja wina, twoja wina Liane Moriarty to tytuł, po który sięgnęłam, żeby sprawdzić, co sobą pisarsko reprezentuje autorka Wielkich kłamstewek. Serial wydawał mi się nudnawy, a nie miało sensu sięganie po literacki pierwowzór wobec znajomości rozwiązania intrygi. Autorka sięga tu po zbliżoną pisarską metodę co w swoim największym hicie, budując fabułę wokół tajemniczych wydarzeń, do których doszło w Dniu Grilla. Narracja rozpoczyna się po fakcie, a retrospekcje dawkowane są oszczędnie, co pozwala utrzymać napięcie i zainteresowanie czytelnika. Moriarty trzeba oddać, że jest w te narracyjne klocki naprawdę dobra, potrafi budować taką atmosferę, że od powieści trudno się oderwać, choć właściwie dzieje się niewiele. Poznajemy bohaterów, gdy już borykają się z następstwami nieznanych nam dramatycznych wydarzeń. Mamy trzy małżeństwa, jedno z dwójką małych dzieci, jedno bezdzietne, jedno z nieco starszą córką. Dwie z żon to szkolne koleżanki, trzecia para to sąsiedzi jednej z nich. Na wszystkich grillowe wydarzenia jakoś wpłynęły, każdy inaczej sobie z nimi radzi, co ciekawie się obserwuje, dzięki wiarygodnej psychologii postaci i ich różnorodnemu pochodzeniu. Niemniej interesujące są biografie bohaterów sprzed Dnia Grilla. Niby prosta historia, która mogła przydarzyć się każdemu, a opisana w pasjonujący sposób. Polecam!

Slash Natalii Osińskiej, czyli druga część odpowiedzi na Jeżycjadę, nieco mnie rozczarował. Tym razem pierwsze skrzypce gra Leon, który okazuje się równie męczący jak Tosiek, choć na swój własny sposób. Gdzie Tosiek prezentował radosną afirmację, w przypadku Leona pojawia się agresywna negacja. Chodzi przede wszystkim o aktywność w środowisku LGBT, ujawnianie swojej orientacji i związku. Kontrast między Leonem i Tośkiem wydaje się wysilony, relacje chłopaka z rodziną, choć dramatyczne, są mało wiarygodne (przede wszystkim pojawiająca się znikąd siostra, której jakimś cudem umknął wielki rodzinny dramat). Ogólnie, tym razem miałam wrażenie, że bardziej niż sama historia interesowało autorkę upchnięcie jak największej ilości problemowych wątków (Parada Równości, Czarny Protest, dopalacze - epizod zupełnie od czapy). Nadal lekko się to czyta, ale nie wiem, czy cykl zmierza w dobrym kierunku.
sobota, 28 lipca 2018
Lato z kryminałem 2018 (2): Dziewczyna we mgle, Sprawa Ewy Moreno i Ślad na piasku
Donato Carrisi Dziewczyna we mgle to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść tego autora i od razu warta polecenia. Nie mogę nie polecić autora, który tak zgrabnie wodził mnie za nos, że od początku do końca nie przejrzałam jego gry przed tym momentem, w którym zdecydował się pokazać kluczowe karty. Dodatkowym, bardzo interesującym i oryginalnym elementem, jest ukazanie śledztwa nie jako poszukiwania prawdy o zdarzeniu (w tym przypadku porwaniu nastolatki), ale jako rozgrywki, w której wygrywa strona jako pierwsza sprzedająca najlepszą marketingowo wersję mediom. Autor zadbał, żebyśmy pogardzali śledczym, który konsekwentnie przedstawiany jest jako grający wyłącznie na siebie i niezainteresowany losem ofiary, a tym bardziej ustaleniem tożsamości faktycznego sprawcy. Automatycznie nasza sympatia jest po stronie podejrzanego, poczciwego nauczyciela literatury, którego ze sprawą nie łączy nic poza zbiorem słabiutkich poszlak. Prawda jednak jest o wiele bardziej skomplikowana. Świetna lektura, choć po jej zakończeniu, z perspektywy całości, przychodzą refleksje o naciąganych czy wręcz zbędnych elementach intrygi. Dlatego - nie arcydzieło, ale naprawdę dobry, zgrabnie przemyślany i przewrotny kryminał. Na pewno sięgnę po inne książki tego autora.

Hakan Nesser Sprawa Ewy Moreno - na lato zawsze zachowuję sobie kolejny tom cyklu o policjantach z Maardam. W tym jest upalnie i urlopowo, a inspektor Moreno łączy wakacyjny wyjazd z nowym partnerem z próbą rozwikłania zagadki zaginięcia dziewczyny, którą przypadkowo poznała w pociągu. Zniknięcie osiemnastolatki okazuje się mieć związek z mrocznymi wydarzeniami z przeszłości jej rodziny, które, trzeba trafu, są w uzdrowiskowej miejscowości swoistą legendą. Wątek współczesny przeplata się z retrospekcjami, które mają wyjaśnić, co się wtedy faktycznie zdarzyło. Nesser jak zawsze buduje niezłą atmosferę, sprawnie żongluje wątkami i dobrze kontroluje opowieść, uzupełniając ją o prywatne dylematy bohaterki. Moreno jest po trzydziestce, jeden jej długoletni związek się rozpadł, a z najnowszego również nie jest zadowolona, choć nie potrafi dokładnie sprecyzować, dlaczego. Usiłuje przekonać samą siebie, że marzy o stabilizacji i założeniu rodziny, ale nie idzie jej ta autoperswazja. Dodatkowo policyjny informator mówi jej, że wśród jej kolegów z posterunku jest pedofil. Niezbyt wakacyjny miks, prawda? Niby zatem wszystko jest na miejscu, ale ostateczne wyjaśnienie historii jest tym razem trochę za mocno naciągane jak na mój gust. Zatem ogólnie nieźle, ale na tle cyklu co najwyżej średnio.

Andrea Camilleri Ślad na piasku - podobnie racjonuję sobie po jednym tomie rocznie śledztwa komisarza Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. I w tym roku trafiło mi się słabsze, niestety. Nie przepadam za tomami, w których główną fabularną atrakcją jest kolejne zauroczenie Salvo piękną kobietą. W tym przypadku jest to amazonka, a oś intrygi stanowi uprowadzenie i torturowanie konia, który ucieka prześladowcom i pada akurat na plaży pod domem komisarza. A potem jego ciało znika. Kto i po co zabrał martwe zwierzę? Wszystko się oczywiście wyjaśnia, ale, jak wspominałam, intryga nie jest najlepszą w dorobku autora. Z trzech opisanych pozycji ta była zdecydowanie największym rozczarowaniem.
sobota, 14 lipca 2018
Krótko o króciakach: Nosowska i Wicha
Wiem, że zestawienie tych dwojga autorów w jednej notce może na pierwszy, a nawet i drugi rzut oka wydawać się obrazoburcze, bo łączy ich (oraz ich dzieła) wyłącznie okupowanie list bestsellerów. Ale również relatywnie niewielka objętość tekstów oraz fakt, że minęło już sporo czasu, odkąd je przeczytałam, zwłaszcza Wichę.

Z Rzeczami, których nie wyrzuciłem mam problem w pewnym sensie zbliżony co swego czasu z równie wychwalanymi przez krytykę Mikrotykami. Oddziałują bardzo silnie, ale głównie w trakcie lektury. Jest to zbiór intymnych esejów, związanych z przedmiotami, jakie zostały autorowi po zmarłej matce. Ich remanent prowokuje związane z właścicielką wspomnienia, a zbiór całościowo obrazuje słodko-gorzki smak żałoby. Okresu naznaczonego tęsknotą za tym, co nieodwołanie się skończyło wraz z odejściem najbliższej osoby. Poprzez tytułowe rzeczy autor kreśli realistyczny i poruszający portret matki, która jawi się jako osoba o silnym charakterze i jasno określonych priorytetach, mocno oddziałująca na swoje otoczenie w domu, w pracy, nawet w księgarni (była wielką miłośniczką książek). Uniwersalna płaszczyzna przeplata się tu zatem z indywidualną. A fragmenty bardzo udane należą raczej do tej uniwersalnej. Po kilkunastu tygodniach pamiętam głównie teksty poświęcone książkom (okładkom, kucharskim, Emmie Jane Austin). Gdy minie kilka miesięcy, raczej zostanie ze mną tylko Emma. Genialne były w tej książce poszczególne zdania (niestety, aktualnie już żadnego nie przytoczę, ale pamiętam własny zachwyt), ale jako całość, z wyżej powołanych względów, raczej nie jest to jakaś wybitna literatura. Niemniej, przeczytać na pewno warto.

A ja żem jej powiedziała to raczej bardziej wydawnictwo niż książka w pełnym tego słowa znaczeniu, ale przyjmijmy, że to zbiór felietonów wokalistki, wydanych na fali popularności jej autorskich filmików z Instagrama. I bujnie zilustrowanych. Tekst jest tu tak naprawdę dodatkiem. Niemniej, dla mnie, jako wiernej czytelniczki felietonów Kaśki publikowanych w Filipince oraz miłośniczki tekstów i piosenek jej autorstwa, była to tak czy siak lektura obowiązkowa. Dwie godzinki i po krzyku, ale przemyśleń mam całkiem sporo i w sumie dosyć niewesołych. Pewnie po prostu obie się zmieniłyśmy - ja już nie jestem smarkulą spijającą bezkrytycznie życiowe mądrości spływające spod pióra podziwianej gwiazdy. A Nosowska w tym zbiorze stara się czytelnika ze wszystkich sił przekonać, że przepracowała wszystkie swoje problemy i pogodziła się ze sobą i światem. Niestety, co i raz własnym twierdzeniom zadaje kłam, m.in. ziejąc jadem na inne kobiety (w szczególności te młodsze i chudsze, które postrzega jako suki czyhające na jej partnera). Ten dysonans pomiędzy deklaracjami autorki a faktycznym wydźwiękiem jej tekstów, które dobitnie potwierdzają, że wciąż ma problemy z samooceną, głównie w kontekście swojej figury i wieku, a jej główną strategią radzenia sobie z problemami jest ucieczka przed nimi, poważnie przeszkadzał mi w delektowaniu się fragmentami bardziej udanym: lekkimi, ironicznymi, mądrymi, celnymi. Bo i takie tam są. Żeby nie było nieporozumień. Tak że na lekturę decydujcie się z rozwagą.
sobota, 16 czerwca 2018
Lato z kryminałem 2018 (1): Motywy osobiste i Kartoteka 64
Jako że upały są z nami już od dawna, czas zainaugurować tegoroczne Lato z kryminałem. W pierwszym zestawie dosyć zróżnicowane pozycje.

Motywy osobiste to kolejna odsłona cyklu o Nastii Kamieńskiej, w której, po przejściu na emeryturę, bohaterka odkrywa, że poza pracą także istnieje życie. Swoją drogą, nieustannie mnie śmieszy, że Kamieńska, mając lat 49, postrzega siebie jako staruszkę. Ciekawe, ile w tym przeniesienia osobistych odczuć i problemów autorki. Ale wracając do naszych baranów - tym razem Nastia ma wyjaśnić zagadkę zabójstwa staruszka, który i tak był już terminalnie chory i zostało mu bardzo niewiele życia. Śledczy uznali, że sprawcą był włamywacz i szukaj wiatru w polu, ale to nie przekonuje córki zmarłego, która zleca agencji detektywistycznej Stasowa przeprowadzenie dochodzenia. A że tak się dogodnie składa, iż zdarzenie miało miejsce w nadmorskim kurorcie, zaś dochodzenie ma być prowadzone w okresie, gdy przypadają w niedługim odstępie czasu dwa święta państwowe i sporo dni wolnych, Kamieńska postanawia zabrać ze sobą męża i połączyć dochodzenie z wakacjami.
I w tym miejscu szczerze przyznam, że wątek relacji Kamieńskiej z Czistiakowem, ich wspólnej pracy, a przede wszystkim pierwszego od bardzo dawna wspólnego urlopu, był dla mnie najciekawszą częścią powieści. Jasne, intryga, jak zawsze u tej autorki, jest drobiazgowo przemyślana. Jak często u niej bywa, przyczyna zabójstwa kryje się w odległej przeszłości, a samo odkrycie tożsamości zabójcy ma podrzędne znaczenie, ważniejsze są historie i motywacje poszczególnych bohaterów (stąd zresztą tytuł). Jeśli kogoś nie nęci pogłębiona warstwa obyczajowa, to uczciwie ostrzegam - dostajemy tym razem głównie ten element, intryga kryminalna raczej się snuje niż rozwija, i to zdecydowanie w tle. Mnie to nie przeszkadzało, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czytelnika sięgającego po ten tom z gatunkowym nastawieniem lektura nieźle wymęczy.

Kartoteka 64 to czwarta część serii Adlera-Olsena o Departamencie Q, w której ponownie spotykamy się z wiecznie niezadowolonym Carlem Morckiem i jego tajemniczym asystentem Hasanem al-Assadem, specjalizującymi się w wyjaśnianiu dawno porzuconych spraw. Tym razem zajmą się serią skumulowanych w czasie zagadkowych zaginięć sprzed ćwierćwiecza i szukając wspólnego punktu między ofiarami, trafią prosto w wyjątkowo mocno cuchnące nazistowską ideologią bagno, w którym unurzane były także instytucje duńskiego państwa. Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Zresztą, również w poprzednich częściach pomysły były zdecydowanie najmocniejszą stroną autora, z wykonaniem bywało już rozmaicie. Niestety, tym razem realizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie wystarczy, jak się okazuje, wziąć na warsztat gorącego tematu, dorzucić tajnej organizacji skupiającej funkcjonariuszy państwowych rozmaitego autoramentu, a modus operandi mszczącej się ofiary pożyczyć od Agathy Christie, żeby wszystko zagrało, jak należy. Może nie byłoby jeszcze tak kiepsko, gdyby główny zły nie okazał się tak groteskową postacią, a w szpary kryminalno-politycznej intrygi Adler-Olsen, w rozpaczliwej próbie wprowadzenia wątku realistyczno-humorystycznego, nie powtykał naturalistycznych do granic dobrego smaku, a czasem i poza nie, opisów epidemii grypy na komendzie. Dla mnie gwoździem do trumny tej pozycji okazało się fatalne tłumaczenie - tłumaczka jest ta sama od początku, więc nie wiem, co się wydarzyło. Czy zmienił się redaktor, czy korektor, czy może ktoś przez pomyłkę puścił do druku tłumaczenie w surowej wersji? Nie mam, niestety, możliwości, żeby to prześledzić, bo poprzednich części wyzbyłam się bez większego żalu. Czytałam e-booka, a zaznaczenia na czytniku kompletnie mnie nie przekonują, zatem nie mam przykładów, ale w tekście po prostu roi się od stylistycznych nieporadności, które częstokroć nie mają nic wspólnego z polską składnią i sprawiają wrażenie, że tłumaczył translator. Z wszystkich wymienionych powodów - zdecydowanie nie polecam.
niedziela, 10 czerwca 2018
Serialowisko 2018 (1), odsłona ekspresowa
Szybciutko, żeby choć trochę się odgruzować:

ACS: Versace: IMHO lepsza odsłona od mocno przereklamowanej pierwszej serii z OJ Simpsonem. Pod każdym względem, scenariuszowym (pisał Tom Rob Smith, autor Ofiary 44) i aktorstwa. 8/10, zdecydowanie polecam, nie zniechęcajcie się pierwszym odcinkiem, bo nie jest reprezentatywny dla tej odsłony antologii.

Dom z papieru - ciekawy pomysł, fajny początek, ale już w drugiej połowie pierwszego sezonu zaczęło się robić głupawo, a drugi pobił pod tym względem wszelkie rekordy. 6/10 to i tak naciągane. Ale piosenka super.

Terror - serial, w który jako fanka powieści kompletnie nie wierzyłam, przyjemnie mnie zaskoczył. Dobry, nie jego wina, że przemyśleń bohaterów nie da się zekranizować. 7/10

3% - ciekawa brazylijska antyutopia o merytokracji  przyszłości - tylko tytułowy odsetek populacji, wyłaniany w procedurze zwanej Procesem, może mieszkać na Wyspie. Reszta ludzkości gnieździ się w slumsach. Każdy ma tylko jedną szansę, w wieku 20 lat, na odmianę swojego losu. Troszeczkę słabsza końcówka drugiego sezonu, szczególnie sam finał, ale ogólnie bardzo świeża i ciekawa rzecz - 7/10.

Safe zaczął się dość ciekawie, ma dobrą obsadę (m.in. Michael C. Hall i Marc Warren), ale fakt, że stworzył go Harlan Coben, powinien był stanowić dla mnie dostateczne ostrzeżenie. Cóż, finałowe odpowiedzi były straszliwie głupiutkie i naciągane. 5/10

Killing Eve - tylko osiem odcinków, BBC America, powrót Sandry Oh znanej z Chirurgów do telewizji i luźna adaptacja serii opowiadań.  Rozgrywka między topową morderczynią na zlecenie a ścigającą ją agentką MI6. Przypadło mi to mocno do gustu, bo pod wieloma względami odbiega na korzyść od typowych procedurali. Wprawdzie nic więcej ponad niezobowiązującą rozrywkę, ale na upały jak znalazł. 6/10

The Americans - finałowy sezon godnie zamknął całą historię o parze sowieckich agentów zakonspirowanych w czasach zimnej wojny w USA jako właściciele biura podróży i domku na przedmieściach. Gorąco polecam całość, 8/10, a pierwsze 3 sezony nawet 9/10.

The Good Fight  - moim zdaniem drugi sezon nawet lepszy od pierwszego, bo ma ciekawszy wątek główny (seryjne zabójstwa prawników, ale także krucjata scenarzystów przeciwko aktualnej obsadzie Białego Domu i jak zawsze genialne sprawy odcinka), aktualnie chyba nic lepszego już poza kablówkami nie zostało - 8.5/10

Young Sheldon - spin off TBBT o dzieciństwie dr. Coopera, bardzo przyjemne zaskoczenie mimo negatywnego nastawienia z mojej strony. W ocenie zgadzam się ze Zwierzem popkulturalnym - 7,5/10

Patrick Melrose - już po jednym odcinku wiem, że choć jest to nieco mniej męczące i nudne niż wersja książkowa, to nawet Benedict Cumberbatch nie jest w stanie zrobić z tego materiału czegoś, co da się oglądać bez bólu. Choć gra znakomicie.
niedziela, 20 maja 2018
W nocy wszystkie koty są czarne (Wojciech Chmielarz, Żmijowisko)
Najnowsza powieść Wojciecha Chmielarza to w pewnym sensie eksperyment na czytelnikach, których pisarz do tej pory przyzwyczaił do typowego kryminału, choć z każdą kolejną książką coraz mocniej przesuwał akcenty na społeczno-psychologiczne tło. W przypadku Zombiego ucierpiała na tym logika intrygi. Żmijowisko jest bardzo spójną całością, w ramach której autor sprytnie odwraca uwagę czytelnika od najbardziej oczywistego rozwiązania zagadki, podsuwając kolejnych podejrzanych i możliwe wyjaśnienia zaginięcia nastoletniej Ady. Za to należą mu się pochwały, bo – choć z góry wiadomo, że np. nastoletni Damian, syn właścicieli gospodarstwa agroturystycznego, w którym rozgrywa się zdecydowana większość akcji, sprawcą raczej nie będzie, to już inni kandydaci do tej roli są bardziej prawdopodobni. Co najważniejsze, podejrzenie nie pada przed czasem na właściwą osobę. Mimo że – podobnie jak w przypadku opisywanej tutaj całkiem niedawno Czwartej małpy – wystarczyłoby zrobić pół kroku do tyłu, a winny stałby się oczywisty, bo niemal od samego początku dostajemy wszelkie niezbędne dane. Rozgrywka z czytelnikiem jest więc uczciwa, gdyż ma on szansę odgadnąć prawdę. To zawsze dla mnie dodatkowy i cenny walor tego typu powieści. Jest też jednak zarazem mistrzowska, gdyż Wojciechowi Chmielarzowi udaje się na tyle mocno wciągnąć odbiorcę w opowiadaną historię, że nie ma on czasu spojrzeć na całą układankę z odpowiedniego dystansu i skupia się na jej aktualnie eksponowanych elementach. Gwarantuje to powodzenie prowadzonej z czytelnikiem gry i ostateczny tryumf autora, czyli finałowy efekt zaskoczenia.
Sprzymierzeńcem pisarza w tej rozgrywce jest wybrana przez niego konstrukcja narracji, opartej na trzech planach czasowych. Pierwszy to teraźniejszość, rok po wakacyjnym wyjeździe grupki przyjaciół ze studiów i ich partnerów, na którym Ada Dusza zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Drugi rozgrywa się rok wcześniej, w trakcie feralnych wakacji. A trzeci w okresie przejściowym, co pozwala ukazać wpływ zaginięcia nastolatki oraz innych wakacyjnych wydarzeń na życie bohaterów.
Pisanie o zaginięciu dziecka i towarzyszących mu emocjach rodziców to trudne zadanie, jednak w tych ruchomych piaskach, pełnych takich zagrożeń jak banał, koturnowość i tani sentymentalizm, Chmielarz lawiruje sprawnie i udaje mu się nie przeszarżować, oddając emocjonalne reakcje bohaterów w sposób wiarygodny.
Niestety, jest też jakieś ale (zauważcie, że Cieni się nie czepiałam, więc nie czepiam się dla samej sztuki). Ze wskazanych na wstępie powodów jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że autor musiał namnożyć wątków pobocznych w ramach dywersji, mającej na celu odwrócenie uwagi od tego jednego kierunku, w którym czytelnik nie powinien spoglądać. Ale, na litość, czy musiał do tego posłużyć krótki przegląd tabloidowych nagłówków? Historia dwójki nastolatków, na pierwszy rzut oka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z Rakowisk (nawet i tytuł, a zarazem nazwa letniskowej miejscowości, narzuca oczywiste skojarzenia), jest jeszcze do przyjęcia,  bo choć Sabina, zwana Merigold, może się wydawać irytująco przerysowana, to przy autentycznej Zuzannie M. jawi się jako postać bardzo realistyczna. Podobnie z lokalnymi zblatowanymi notablami – jakoś przejdzie. Mroczna przeszłość właściciela agroturystyki zaczyna już zalatywać tasiemcową docudramą, ale od biedy da się na nią przymknąć oko, bo w sumie mogła się przecież wydarzyć. Jednak wsadzenie w to wszystko polsko-nigeryjskiej prezenterki telewizyjnej, która po utracie pracy zamierza zabawić się w Trumana Capote i napisać książkę o zaginięciu Ady, a przy okazji jest napastowana przez miejscowych rasistowskich kmiotków o wąskich horyzontach, to już więcej niż lekka przesada. Zwłaszcza że w ramach całej intrygi motywacje paczki inteligenckich przyjaciół z Warszawy – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – nie wystawiają im wszystkim lepszego świadectwa co do szerokości horyzontów. Więcej nawet, wystawiają im świadectwo o wiele gorsze. Ludzie są nieskomplikowani i pod cienką powłoką kulturalnego wychowania drzemią w każdym dokładnie takie same, prymitywne instynkty i motywacje. O tym, między innymi, opowiada ta historia, i wybrzmiałaby równie mocno bez dosłownej Murzynki do bicia. Czy tak kategorycznie postawiona teza o ludzkiej naturze jest prawdziwa, nie jestem prywatnie do końca przekonana, ale takich bohaterów dostaliśmy i zapewne są oni w populacyjnej większości. Doboru próbki czepiać się zatem nie będę. Ale sama chciałabym wierzyć, ze ludzie są mimo wszystko, nawet statystycznie, nieco lepsi niż wakacyjna paczka ze Żmijowiska i mieszkający tam miejscowi.
niedziela, 22 kwietnia 2018
Jak wam się nie podoba, to windą do nieba (Jo Nesbo, Macbeth)
Ponoć Jo Nesbo zgodził się na udział w Projekcie Szekspir tylko pod warunkiem, że przypadnie mu właśnie Makbet. Jest to moja pierwsza powieść z projektu, choć mam w planach jeszcze co najmniej Otella (Ten nowy Tracy Chevalier) i Burzę (Czarci pomiot Margaret Atwood). Oraz, rzecz jasna, Hamleta Gillian Flynn, jak tylko się ukaże. Tymczasem nie mam więc jeszcze pojęcia, jak z zadaniem przeszczepienia prac wielkiego klasyka na współczesny grunt poradzili sobie inni pisarze. Ale co do rezultatu starań Norwega uczucia mam, niestety, mocno mieszane.
Makbet nie jest sztuką łatwą, jako opowieść o żądzy władzy, sile miłości, szaleństwie, magii i przeznaczeniu. Niezwykły, unikalny wręcz miks wątków rodem z antycznej tragedii i ludowych podań. To, co składa się na jego wielkość, wszelkie próby reinterpretacji czyni niesamowicie ryzykownymi. Nesbo zdecydował się zrobić z tego wielowarstwowego materiału kryminał noir osadzony w niezidentyfikowanym mieście na amerykańskim wybrzeżu, a bohatera tytułowego uczynić funkcjonariuszem policyjnej jednostki specjalnej. Pod wpływem swojej ukochanej, Lady, właścicielki kasyna borykającej się z traumą dzieciobójstwa, młody człowiek, były wychowanek sierocińca i niebiorący od lat narkoman, zaczyna piąć się po szczeblach kariery, a każdy kolejny awans to trupy, w tym także ludzi mu najbliższych. Widać, że od pomysłu przedstawionego na spotkaniu we Wrocławiu dwa lata temu fabuła powieści jeszcze ewoluowała, bo początkowo na przykład trzy wiedźmy miały być trzema bossami narkotykowymi, a ostatecznie stały się jedynie wytwórczyniami silnie uzależniającego narkotyku, znanego jako wywar.
Czyta się Macbetha bardzo dobrze, bo jest w tej nowej fabule, na wielu poziomach podejmującej mimo wszystko udany dialog z oryginałem, ten sam magnetyczny pierwiastek, co w opowieści człowieka ze Stanfordu. Szaleństwo zarówno Macbetha, jak i Lady, dostaje przekonującą podbudowę. Także pozostałe postaci, nawet te poboczne, mają spójne motywacje i żywe charaktery. Są ludzkie, trudno nimi bezwarunkowo pogardzać jedynie dlatego, że okazują słabości rozmaitego rodzaju. Ale jednak magia nie działa na tyle mocno, żeby stos trupów dogodnie padających pod stopy bohatera i fura bezczelnych egzekucji w biały dzień, w tym takich na dzieciach i nawet niemowlętach, nie zaczęły w pewnym momencie wyglądać absurdalnie. Miasto przecież nie istnieje w próżni, a fakt, że od dawna zżerała je korupcja, nie oznacza jeszcze, że wszyscy grzecznie łykną ostrzelanie wiejskiego domu z działek bojowych, bo ukrywał się tam rzekomy zdrajca. Nowy komendant obejmuje urząd i nagle wszystkie próby zatrzymania kończą się śmiercią podejrzanych. Każdy siedzi u kogoś w kieszeni. Nikomu nie można zaufać, a już najmniej własnemu umysłowi. Jak to w kryminale noir, ale w tym wypadku wyznaczniki konwencji wyostrzone są daleko poza granice absurdu.
W teorii wszystko zgadza się z oryginalną fabułą i z genialnym podsumowaniem autorstwa Stanisława Barańczaka, tj.:
Szkot: bestia bitna.
Żona: ambitna.
Ręce umywa. Ma gdzieś.
Bór: marsz na mur! Finał: rzeź.

W praktyce rzeźnia zaczyna się za wcześnie, a choć są momenty czy rozwiązania znakomite, to jednak całość wydaje się przeszarżowana. Nie polecam, nie odradzam, nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Ale oczekiwania miałam sporo większe.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka