Wpisy z tagiem: dylematy

wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
sobota, 03 czerwca 2017
Trochę słabo pofastrygowany żywy trup (Wojciech Chmielarz, Zombie)
Drugi tom cyklu gliwickiego był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier, już od pierwszych zapowiedzi na Facebookowym profilu autora. Książkę kupiłam, jak tylko się ukazała, i od razu zabrałam się do lektury, porzucając napoczęte Wchodzi koń do baru. Jak wypadła druga przygoda Dawida Wolskiego?

Przede wszystkim tym razem młody detektyw pozostaje na drugim planie, a pierwsze skrzypce gra prokurator Adam Górnik, który, jak się okazuje, skrywa mroczny sekret z przeszłości. I właśnie wtedy, gdy powinien spijać zawodową śmietankę za rozwiązanie opisanej w Wampirze sprawy Alicji, przeszłość - pod postacią dawnego szkolnego prześladowcy, o którym Górnik sądził, że pozbył się go w najskuteczniejszy z możliwych sposobów - powraca, by zatruć mu tryumf i zagrozić jego najbliższym. Zdecydowany chronić swoją karierę i reputację prokurator zleca wyjaśnienie tego zagadkowego come backu Wolskiemu. Jednocześnie sam wraca myślami do końcowych miesięcy swojej nauki w podstawówce, do lata 1996 r. i wydarzeń, które doprowadziły go do desperackiego kroku, a w konsekwencji ukształtowały jego obecną osobowość. Ta wymuszona podróż do przeszłości nie pozostaje bez wpływu na pozornie idealne  życie rodzinne prokuratora.

W Zombiem jest mnóstwo świetnych elementów - wspomniane retrospekcje, w tym wątek przemocy szkolnej; współczesne śledztwo Dawida, które ukazuje dalsze losy szkolnych znajomych Wolskiego i Górnika, odbiegające od obrazka, jaki znamy z polskich komedii romantycznych, za to boleśnie realistyczne, ale nieprzerysowane. W Gliwicach toczy się prawdziwe życie - samotne matki wychowują niepełnosprawne intelektualnie dzieci, wielodzietne rodziny wyglądają uruchomienia programu 500 + niczym zbawienia, bezwzględny wnuczek terroryzuje babcię, a zamiast pracy marzeń jest mop sprzątaczki i miotła szkolnego woźnego. W zasadzie tylko Górnikowi się w życiu powiodło.W warstwie socjologiczno-obyczajowej nowa powieść Chmielarza jest znakomita.

Doskonały jest również sam pomysł na intrygę, osnutą w całości wokół zemsty i fałszywych wspomnień. Niebanalny, a zarazem całkiem prawdopodobny, gwarantujący efekt autentycznego zaskoczenia nie tylko czytelnikowi, ale również samemu protagoniście. Tym większa szkoda, że tak mocno szwankuje wykonanie, bo wiele kluczowych dla zaplanowanego rozwoju intrygi decyzji czy zachowań bohaterów jest po prostu skrajnie niewiarygodnych. Owszem, trzeba przyznać autorowi, że za każdym razem oferuje jakieś wyjaśnienie, ale ja ich po prostu nie kupiłam.

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, niech pominie kolejny akapit, gdyż roi się w nim od fabularnych spoilerów, koniecznych dla wyjaśnienia moich zarzutów do intrygi.

Cała sprawa zaczyna się od znalezienia zwłok dwunastoletniej dziewczynki w miejscu bardzo istotnym dla przeszłości Górnika. Następnie ktoś próbuje porwać syna szkolnego kolegi prokuratora - dzieciak się wyrywa i ucieka, ojciec nie zgłasza incydentu policji, bo rodzice jego zmarłej żony starają się za wszelką cenę odebrać mu opiekę nad synem. Jakiś czas potem dzieciak faktycznie zostaje porwany, a ojciec - wiedząc, że grozi mu śmierć - w dalszym ciągu nie zgłasza tego władzom i wraz z Górnikiem i Wolskim próbuje sam odnaleźć syna. Według mnie nie ma mowy, żeby w takiej sytuacji oglądał się już na cokolwiek, skoro tak mu zależało na dzieciaku. Podobnie nie wierzę, że Górnik w opisanej sytuacji przedłożyłby swoją pozycję zawodową, a nawet wolność, nad bezpieczeństwo własnych małych dzieci. Mógłby, gdyby był sukinsynem bez serca, ale kompletnie nie takiego bohatera autor nam opisuje, mimo wszystkich jego wad. Adam kocha swoje dzieci, z przerażeniem szuka Zuzi, gdy zapomina odebrać ją z baletu. Może i nie kocha żony, ale dzieci na pewno. Mimo to nie zapewnia im ochrony, by chronić siebie. Nawet nie ostrzeże żony o naturze zagrożenia. Gdy znajduje zwłoki drugiej ofiary, z tych samych powodów - we własnym interesie - zostawia je na pastwę szczurów. Żeby zrobić coś takiego, musiałby być całkowitym zwyrodnialcem. Od tej chwili wiarygodność intrygi sypie się ostatecznie i nieodwołalnie, a kulminacja następuje w zakończeniu, gdzie jako motywację sprawcy dostajemy miłość instant do obiektu skrajnie antypatycznego. Również wyjaśnienie powodów, dla których sprawca zdecydował się na działanie po tak wielu latach od zdarzenia, jest, powiedzmy to sobie bardzo eufemistycznie, wątłe.
Koniec strefy spoilerów.

Zombie
jest więc świetną współczesną powieścią obyczajową, ale kryminałem pełnym dziur i luźnych kawałków, charakterystycznych dla żywych trupów, które trzyma w kupie głównie wiara autora, że czytelnik, oczarowany efektownym twistem, wybaczy mu swobodny stosunek do realizmu i spójności intrygi. Wielu pewnie tak właśnie postąpi, ale nie ja. Przejęcie zbyt wysoko zawiesiło poprzeczkę, żeby Wojciech Chmielarz mógł liczyć u mnie na takie fory. Szkoda wielkiego, a niewykorzystanego potencjału pomysłu.
piątek, 19 maja 2017
Sidequel Czasomierzy, ale bez wewnętrznego pęknięcia (Slade house, David Mitchell)
O ile Czasomierze byłyby genialną powieścią, gdyby nie ostatnia część, o tyle Slade house, opowiadający o dwójce renegatów Drogi Cienia i ich kilkorgu ofiarach (tak, główny nurt to Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn - znani i nielubiani, przynajmniej przeze mnie), to ze strony Mitchella pójście na łatwiznę. Kilkukrotne odegranie tego samego refrenu w konwencji grozy z nutką horroru, z podmienianiem li i jedynie  głównych aktorów i subtelnym powiązaniem ich losów oraz nawiązaniami do innych powieści - dla autora z warsztatem Mitchella to betka. Pod względem objętościowym ten przypis do Czasomierzy to niemal nowelka, ale wychodzi jej na dobre i niewielka objętość, i jednorodna stylistyka.
Nie da się ukryć, mimo wewnętrznej powtarzalności i przewidywalnego od pierwszej strony zakończenia znakomicie się to czyta. Tym razem nie ma słownej waty. Jest za to, jak zwykle, gęsty klimat, świetny styl i sprawnie nakreślone, przekonujące postaci o różnorodnych życiorysach i pragnieniach. Oraz znakomity przekład Justyny Gardzińskiej.
Wciąż chciałabym, żeby autor Widmopisu wyszedł w końcu ze swojej tematycznej i formalnej strefy komfortu i ponownie mnie olśnił, jak mu się trzykrotnie udało.
Ale jeśli odgrzewany kotlet ma smakować tak jak Slade house, to następnym też nie pogardzę. Może wspomnienie nie zostaje na długo, ale niestrawność nie grozi.
piątek, 05 maja 2017
Niby trójkąt równoboczny w centrum, a nic tu nie jest proste (Christopher Priest, Człowiek z sąsiedztwa)
Christophera Priesta wielbię, więc jak tylko kolejna jego powieść - Człowiek z sąsiedztwa (tytuł oryginalny: Adjacent chyba nieco bardziej przystaje do treści) - ukazała się w Uczcie Wyobraźni, niezwłocznie wdarła się na szczyt mojej listy must read.
Przeczytawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Książki tego autora nigdy nie są łatwe. Zawsze zapraszają czytelnika, by patrzył uważnie. Częstokroć nie dają nie tylko prostych, ale nawet mniej oczywistych odpowiedzi na wiele postawionych w intrydze pytań, przenosząc na odbiorcę ostateczny ciężar interpretacji całości. W tym spora część ich uroku. W zasadzie nie inaczej jest tym razem. A jednak...
Zaczynamy naszą podróż z Tiborem Tarentem, fotografem freelancerem o węgiersko-amerykańskich korzeniach, obywatelem Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, pewnie gdzieś w XXII wieku, ale dokładnych danych brak. Postępujące zmiany klimatyczne zaczęły zagrażać ludzkości, powstały nowe, gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak burze strefy umiarkowanej. Tibor wraca z Anatolii, gdzie jego żona, Melanie, zginęła w ataku terrorystycznym przeprowadzonym z użyciem nowej broni, narzędzia perfekcyjnej anihilacji, wypalającego w miejscu ataku czarne trójkąty. Ciała nie znaleziono. Z czasem okazuje się, że takie ataki, na większą skalę, miały miejsce także w innych regionach świata.
Początkowo wydaje się, że to właśnie Tibor będzie głównym bohaterem, jednak choć rzeczywiście do niego będziemy wracać najczęściej, równie istotną rolę odegra kilka innych osób, z innych miejsc i - co nie mniej ważne - z innych czasów. Przeniesiemy się w czasy I WŚ, by śledzić nieudane próby wprowadzenia innowacji na froncie, podjęte przez iluzjonistę i pisarza sf, potem  w czasy II WŚ, do bazy brytyjskiego lotnictwa, by obserwować zalążki romansu między angielskim mechanikiem a polską pilotką Krystyną Roszko. W retrospekcji prześledzimy także krakowski mezalians pilotki, urodzonej w chłopskiej rodzinie pod Krakowem i zakochanej z wzajemnością w książęcym potomku. Tamtą miłość przerwał wybuch wojny.
Śledzi się tę układankę, chwilami mocno statyczną (acz buzującą napięciem), chwilami nieco ckliwą, z nieustającym zainteresowaniem, bo zagadki się piętrzą. Kluczem do całości wydaje się być wspomniana niezwykła broń, oparta na mechanice kwantowej i najwyraźniej mogąca przenosić materię między równoległymi wszechświatami. Miała być bronią, która zakończy wszystkie wojny, przeznaczoną wyłącznie do zastosowań defensywnych, zdolną zneutralizować każdy potencjalny konwencjonalny atak. Jak to jednak zwykle bywa z pięknymi ideami, przejęte przez brzydkie umysły kończą koszmarnie wynaturzone.
Po przeczytaniu sześciu z ośmiu części powieści można mieć wrażenie, że mniej więcej wie się, o co chodzi. Jasne, jest wiele niewiadomych, na przykład współistniejące na najwyraźniej równych prawach różne warianty tych samych wydarzeń (nie wejdę w szczegóły, byłby to już straszny spoiler). Ale jakoś się to trzyma kupy. A potem przychodzi część siódma, Prachous, dowodząca, że tkwiliśmy w tak zwanym mylnym błędzie. Na przedziwnej wyspie, w najwyraźniej zupełnie innym świecie, spotykamy kolejne inkarnacje wcześniej wprowadzonych bohaterów, podobne nie tylko fizycznie, ale i biograficzne, jakby do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego) były skazane na wieczne odtwarzanie tych samych szlaków, kochanie tych samych ludzi, przeżywanie tego samego życia.
Część ósma pokazuje, że granice między sąsiednimi światami są płynne, a rzeczywistość różnych miejsc i czasów najwyraźniej w jakiś przedziwny sposób dąży do równowagi.
Tylko co z tego? Właśnie nic. Zupełnie nic. I po przeczytaniu autentycznie wciągającej opowieści taka odpowiedź stanowi wielkie rozczarowanie. Tym razem Priest obiecuje znacznie więcej, niż finalnie daje. Nie znaczy to, że nie warto, w żadnym wypadku, ale brak satysfakcjonującej puenty sprawia, że miejsce wcześniejszego zaangażowania w opowieść zajmuje poczucie bycia wystrychniętym na dudka. Trochę szkoda.
środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

sobota, 22 kwietnia 2017
Mio, moja Mio, a może byś się jednak dłużej nie męczyła? (Samuel Bjork, Sowa)
Przyszła pora na dalszy ciąg perypetii Holgera Muncha i Mii Kruger, śledczych ze specjalnej jednostki ds. zabójstw w Oslo. Sowa była dla mnie lekturą paradoksalną, bo czytało się ją bardzo dobrze, choć właściwie powinno być wręcz przeciwnie. Powody są dwa. Uwaga, jeśli ktoś jest mocno uwrażliwiony na jakiekolwiek informacje fabularne, nie powinien czytać dalej, bo nie da się moich zarzutów do książki uzasadnić, nie zdradzając tego i owego. Dotyczy to w szczególności pierwszego punktu.

Po pierwsze, na poziomie konstrukcji intrygi to nie jest uczciwy kryminał. Bjork proponuje jeden łopatologiczny trop, sygnalizowany już od prologu i konsekwentnie wspierany różnymi ujawnianymi w toku śledztwa poszlakami. Po czym pod koniec wprowadza kiks od czapy, zupełnie się spójnością historii nie krępując. Ani tym, że policjanci, podążający za przedstawionymi poszlakami, a więc kierujący się logiką, niby to najlepsi w kraju, wychodzą w efekcie na bandę dzieci we mgle. Robi też po raz kolejny to, co nie podobało mi się już w Sezonie niewinnych - czyni celem sprawcy osobę bliską śledczemu. Jest to nie tylko chwyt tani, ale już nawet w ramach cyklu wtórny i mimo rozwiązania tego wątku w sposób wymykający się uzasadnionym oczekiwaniom - jednak niemożebnie irytujący. Tak jakby w Oslo mieszkało 20 osób na krzyż i sprawca po prostu nie mógł się nie natknąć na bliskich policjantów.

Po drugie - nic nie jest w tej powieści tak irytujące jak Mia. Przy tym, co niby genialna i wyjątkowa, obdarzona darem i zatrudniona w specjalnej jednostce bez ukończenia szkoły policyjnej śledcza na kartach Sowy wyczynia, bledną wszelkie niedostatki intrygi. Gdyż jak tylko nie musimy czytać o biednej, nieszczęśliwej i marzącej o samobójstwie i przytulnej trumnie pannie Kruger, jesteśmy autorowi szczerze wdzięczni. Skutkuje to przychylniejszą niż obiektywnie  zasłużona oceną pozostałych partii tekstu. O ile polecając Sezon niewinnych, wspominałam o tym, że kreacja Mii niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając, to tym razem wszelkie granice zostały już przekroczone. Ponowna próba samobójcza, ciągłe myśli o siostrze, stałe odjazdy po miksie tabletek i alkoholu. Nie wystarcza on już jednak do stymulowania daru, przemyślenia bohaterki nie mają w sobie nic odkrywczego i w żaden sposób nie pomagają w pracy zespołu. Jedynie niemiłosiernie męczą i wnoszą chaos.

A przy tym wszystkim - jednak bardzo dobrze całość jest rozpisana, czyta się ją mimo irytacji błyskawicznie i zainteresowaniem. Autor może i nie umie w realny suspens ani w spójność intrygi, ucieka w irytujące schematy, ale niewątpliwie ma rzadki dar opowiadacza, który sprawia, że negatywne elementy kumulują się dopiero po zakończeniu lektury. Wątpię jedynie, czy tę samą sztuczkę uda mu się wykonać trzeci raz, bez polepszania warstwy fabularnej i portretów psychologicznych postaci. Już za drugim podejściem wyszła jedynie fuksem.
środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
sobota, 04 marca 2017
Nic nie boli tak jak życie, czyli wspólny mianownik Moonlight i Manchester by the sea
W zeszły weekend obejrzałam w końcu dwa filmy, które najbardziej mnie intrygowały w Oscarowej stawce. Seanse okazały się mało weekendowe (oba w mocno minorowej tonacji), a jeden wywołał tzw. mieszane uczucia. Ale w obu przypadkach było warto.

Manchester by the sea to ten od mieszanych uczuć, a jednocześnie zdecydowanie bardziej przygnębiający. Powiedziałabym wręcz, że nie dla ludzi o słabych nerwach, czy nawet obniżonym nastroju. Niby obraz posługuje się schematami wytartymi do bólu (główny bohater, grany przez zdobywcę statuetki za najlepszą rolę męską Caseya Afflecka, po śmierci brata powraca do rodzinnego miasteczka, by zaopiekować się bratankiem), ale jednak zaskakuje na każdym kroku. Przede wszystkim poziomem autentyczności, po drugie puentą. Ale nie macie pojęcia, jak ci wszyscy szalenie realistyczni bohaterowie, z głównym na czele, działali mi na  nerwy. Nikt tam nie jest sympatyczny, nawet ten rudy nastoletni bratanek, którego przecież chcemy polubić, bo stracił ojca, jego matka zdecydowanie nie zostałaby nawet laureatką 365. miejsca w konkursie na Matkę Roku, a on, chyba jako jedyny, jest w miarę normalny. Ma jednak sporo za uszami. Wszyscy poza chłopakiem cierpią tak ostentacyjnie, że ma się ochotę po prostu na nich nawrzeszczeć, chociaż nie brzmi to dobrze. Ale naprawdę, ten film jest pod względem emocjonalnym jak chińska tortura wodna. Niekończący się festiwal cierpienia we wszystkich odcieniach czerni i heroicznych, choć podejmowanych bez większej nadziei na sukces, prób dalszego życia.
Achronologiczna narracja przez długi czas każe nam się zastanawiać, co takiego wydarzyło się w życiu Lee Chandlera, że jest emocjonalnym wrakiem, zalewającym regularnie zagadkowego robaka i prowokującym bójki w barach. Że tak mało zależy mu na życiu i najwyraźniej nieustannie próbuje się ukarać. Kiedy w końcu pada odpowiedź, jest jednocześnie prozaiczna i przerażająca. Jedno głupie niedopatrzenie obróciło w gruzy życie mnóstwa ludzi, i choć niektórzy radzą sobie z długoterminowymi konsekwencjami lepiej niż Lee, wszyscy są nieodwracalnie pokiereszowani. Najciekawsze jest chyba to, że los Lee może spotkać każdego. Być może dlatego tak trudno przejść obok tego filmu obojętnie, dlatego tak irytuje i trudno wyrzucić go z głowy. Po seansie oceniałam go gorzej niż Moonlight, ale im dłużej o nim myślę, tym wyraźniej widzę, że żadne inne zakończenie lepiej by tam nie pasowało. Ale dół jak stąd do nie widać i żadnej nadziei.

Moonlight
to niby też oparta na schemacie, ale jednak pisana mu wbrew, historia o dorastaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. W czarnej dzielnicy Miami problemem nie jest kolor skóry głównego bohatera - tu wszyscy są czarni, biedni jak myszy kościelne i chodzą do marnej publicznej szkoły, gdzie bardziej od nauki interesują ich bójki, a jedyną łatwo dostępną ścieżką kariery jest ta w handlu narkotykami, stanowiącym element codzienności. Chiron, niby taki sam jak wszyscy, jest jednak inny, i każdy oprócz niego wie o tym przed nim - zarówno uzależniona od narkotyków matka, jak i koledzy ze szkoły, którzy bezbłędnie, kierowani stadnym instynktem, wybierają go na swoją ofiarę. Nieco paradoksalnie, oparcie chłopiec znajduje w osobie, która bezpośrednio przyczyniła się do tego, że jego matka nie wywiązuje się ze swojej roli. Mentorem i opiekunem Chirona zostaje dość przypadkowo Juan, miejscowy diler (Mahershala Ali, znany dotąd głównie z seriali House of cards i Luke Cage, laureat Oscara za rolę drugoplanową, był z nim w zeszłym tygodniu ciekawy wywiad w Wysokich Obcasach). Film ma trójdzielną kompozycję, widzimy Chirona jako chłopca, nastolatka, który w końcu decyduje się odpowiedzieć swoim prześladowcom, a wreszcie dorosłego mężczyznę, który cały czas tłamsi istotną część swojej tożsamości. Tym razem, na szczęście, będzie coś w rodzaju happy endu, słodko-gorzkiego, ale dającego nieco nadziei na lepszą przyszłość dla bohatera. To taki kameralny film, że Oscar w najważniejszej kategorii był wielkim zaskoczeniem, ale według mnie jest zasłużony. Polecam.
sobota, 25 lutego 2017
Książka w książce
Susan dostaje od swojego byłego męża Edwarda tekst jego pierwszej powieści. W tym czasie jej kolejny mąż, Arnold, przebywa na branżowym zjeździe w nowym Jorku. Trwają ferie świąteczne, choć Boże Narodzenie już minęło. Dzieciaki spędzają czas z przyjaciółmi. Susan - wzorowa pani domu, dorywczo ucząca literatury w początkowych klasach college'u - ma idealne warunki, by oddać się lekturze Zwierząt nocy. A my czytamy razem z nią, jednocześnie mając wgląd w jej odczucia i przemyślenia po lekturze kolejnych partii tekstu, który, jak się okazuje, jest dobry. Ale i pełen nawiązań do jej pierwszego małżeństwa i - ogólniej - relacji łączących ją z byłym mężem. Zawoalowanych, jednak dla Susan czytelnych i skłaniających ją do refleksji na temat przeszłości i konsekwencji własnych życiowych wyborów.
Trzeba przyznać, że pomysł Austina Wrighta na konstrukcję powieści, choć niezbyt odkrywczy i zarazem potencjalnie karkołomny, sprawdza się znakomicie. Kluczem do sukcesu jest niby to banalna, ale zarazem niezwykle angażująca czytelnika pod względem emocjonalnym fabuła powieści Edwarda. To historia o rodzinie, która, jadąc na wakacje do letniego domu w Maine, spontanicznie postanawia nie zatrzymywać się na nocleg i kontynuować podróż przez całą noc. Niestety, na autostradzie dochodzi do niepokojącego incydentu...
Tony, główny bohater powieści Edwarda, to inteligent (profesor matematyki) i pacyfista. Są to cechy jednoznacznie odbierane jako pozytywne w świetle letniego dnia, jednak autostradą nocą rządzą inne gatunki. Tacy jak Tony, dumni ze swojego światopoglądu i zasad, niezdolni sobie wyobrazić, że życie to dżungla, łatwo i przez całkowity przypadek mogą zostać ofiarami owych zwierząt nocy. Aktorami scenariusza, który w cieple własnego kominka uznaliby za niewyobrażalny. Zarówno Susan, jak i nam - czytelnikom obu napisanych Wrighta powieści - w toku poznawania losów Tony'ego towarzyszy ciągły niepokój, a potem strach, bo wiemy, że moglibyśmy postąpić tak samo jak on (choć wolimy wierzyć, że jednak zachowalibyśmy się inaczej). Tony nie zrobił nic złego. I w niczym mu to nie pomogło. A nawet poważnie zaszkodziło.
Jedyne, co mi się w powieści Edwarda nie podobało, to zakończenie (finał powieści Wrighta jest już lepszy, choć też nieoczywisty i przenoszący ciężar ostatecznej interpretacji na czytelnika). Rozumiem, że autor dążył do efektownej klamry, ale moim zdaniem niepotrzebnie poszedł o krok za daleko. Specjalnie nie wchodzę w szczegóły, by nie psuć wam przyjemności z ich odkrycia. Mimo zastrzeżeń do wydźwięku całości (zakończenie i - szerzej - końcowe partie tekstu kazały mi nieco obniżyć ocenę, myślałam, że będzie 4,5 albo nawet 5, skończyło się na mocnej 4) zdecydowanie polecam Zwierzęta nocy waszej uwadze. Dawno żadna książka obyczajowa tak bezwarunkowo mnie nie wciągnęła i nie zmobilizowała do tak głębokich refleksji. Warto. Obecne, filmowe wydanie jest drugim polskim. Wcześniej powieść ukazała  się w 1997 roku pod tytułem Tony i Susan, który jest też tytułem oryginału, opublikowanego w 1993 roku. Tłumaczył Jędrzej Polak, całkiem solidnie, choć pojedyncze sformułowania są nieco wydumane i brzmią sztucznie, ale nie znam oryginału, więc nie mnie przesądzać, czy to nie fantazja stylistyczna autora.
Zamierzam w najbliższym czasie obejrzeć ekranizację.
sobota, 28 stycznia 2017
Serialowisko 2017 (1)
Zabrałam się niemal dwa tygodnie temu za Wowę. Wołodię. Władimira. Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich i jestem aktualnie w 55%. Fascynująca, ale monumentalna lektura, niemal 800 stron drobną czcionką. Pomyślałam sobie zatem, że to dobry moment, by po raz kolejny podjąć próbę bieżącego opisywania oglądanych seriali.

Sneaky Pete - już same nazwiska twórców: Davida Shore'a, ojca Dr House'a, i Briana Cranstona (który zresztą gra główny czarny charakter) wystarczyły, żebym dała szansę. A że gra jeszcze Margo Maritndale (Justified, The Americans), zaś w scenariuszu maczał palce Graham Yost (Justified) - nowa produkcja Amazonu po prostu nie mogła być zła. I nie jest. Niby prosta historia - oszust Marius, specjalizujący się w tak zwanych long cons (wyrafinowane przekręty z wielką stawką), wychodzi z więzienia, gdzie schronił się przed zemstą swojej ostatniej ofiary. Ponieważ nadal musi się ukrywać, podszywa się pod sąsiada z celi, którego rzewnych opowieści z dzieciństwa słuchał przez ostatnich parę lat. I jedzie do jego dziadków, którzy nie widzieli wnuka ponad dwadzieścia lat. Okazuje się, że rodzinny biznes to poręczenia majątkowe i chwytanie zbiegów, którzy po wpłaceniu kaucji nie zamierzają stawić się na procesie. A jeden z kuzynów jest policjantem. Równocześnie nasz bohater musi oddać swojej ostatniej ofierze, granej przez Cranstona, 100 tysięcy dolarów. Ma na to tydzień, inaczej jego brat będzie systematycznie pozbawiany różnych kawałków ciała. Naprawdę jednak Marius marzy głównie o zemście. Dobre. Ciekawe postacie, przyzwoity scenariusz, inteligentny humor. 7,5/10

Sherlock, sezon 4
- miałam nie oglądać, ale po przyzwoitej Abominable Bride dałam się skusić. I żałuję. Twórcy już kompletnie odlecieli, więc mimo całej sympatii dla aktorów i postaci raczej tylko się męczyłam. Były momenty (początek pierwszego i drugiego odcinka), były fajne motywy (pani Hudson!), ale poza trzecią, obiektywnie  najbardziej  wydumaną historią, kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje i jak to się skończy. W zasadzie zgadzam się z opinią Anneke o całym sezonie, z tym zastrzeżeniem, że trzeci odcinek uważam za lepszy od drugiego (w drugim groteską skandalicznie zmarnowali pięknie się zapowiadającego Złego). W trzecim przynajmniej z zainteresowaniem obserwowałam zmagania Sherlocka z samym sobą i z członkiem rodziny, no i Mycroft wyszedł na idiotę, co było uroczo odświeżające.

Endeavour
- zwykle był jasnym punktem trudnego do przetrwania początku stycznia, ale po 3 z 4 odcinków tegoroczny sezon będzie zdecydowanie najsłabszym. Widać wyraźne zmęczenie materiału, intrygi są wydumane, rozwlekłe i bez pazura. Wielka szkoda.

Taboo - taki był szum wokół tego serialu, bo Tom Hardy, bo mrok, bo od twórcy Peaky Blinders, o jerum pajtasz. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku byłam trochę zażenowana, bo straszliwa postać Hardy'ego raczej mnie bawiła swoim ostentacyjnym stylem emo, a już pies żywiący się zwłokami naprawdę nie był potrzebny. Ale dam jeszcze szansę, bo akcja w sumie nawet nie zdążyła się zacząć, a fama głosi, że coś się z tego wykluwa. Ktoś widział dalszy ciąg i może potwierdzić lub zaprzeczyć?

Chance - zabrałam się, bo Hugh Laurie, ale po pierwszym odcinku jakoś mnie nie porwało. Wczoraj po dłuższej przerwie obejrzałam odcinek drugi i dalej w zasadzie nic się nie wydarzyło, oprócz konfrontacji z mężem tajemniczej pacjentki (Cooper z Private Practice umie być groźny:O) i jakichś (prawdopodobnie) zwidów głównego bohatera pod koniec. Warto to kontynuować?

The Path, sezon 2 - pierwszy sezon oglądało się całkiem przyjemnie, w czym duża zasługa aktorów (Aaron Paul, Hugh Dancy, Michelle Monaghan), choć i scenariusz, początkowo dość sztampowy - bohater traci wiarę i odchodzi od sekty - ciekawie się z czasem rozkręcił. Ale dwa pierwsze odcinki nowego sezonu prowadzą opowieść w stronę, która kompletnie mi się nie podoba, wprowadzając elementy fantastyki, sugerujące, że Drabina i Światło to nie kocopały, tylko prawda, a Eddie (bohater Paula) ma być przepowiedzianym Zbawcą Ludzkości. Obym się myliła.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego? W najbliższych planach mam dokończenie powszechnie chwalonego The Crown, którego pierwszy odcinek, widziany dawno temu, też jakoś mnie nie porwał.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka