Wpisy z tagiem: dylematy

sobota, 12 sierpnia 2017
Czy mnie jeszcze pamiętasz? (Ósme życie I, Grzesiuk - król życia i Skrytobójca błazna)
Chomikowanie nieopisanych lektur jest dobre, o ile nie trwa zbyt długo. Dlatego teraz nadrabiam zaległości z czerwca i lipca.

Ósme życie tom I Nino Haratischwili zebrało swego czasu mnóstwo dobrych recenzji i zachwyciło moją mamę. W ramach postanowienia, by czytać w tym roku więcej cegieł, zabrałam się także za nie. Niestety, nie porwała mnie historia córek fabrykanta czekolady. Za dużo tam było romansu, tandetnego melodramatu, a poza tym najstarsza z nich zachowywała się jak bierna, a zarazem roszczeniowa i kompletnie oderwana od realiów codziennego życia idiotka. Irytowała mnie tak bardzo, że na jej tle już nawet pozostałe siostry (z których jedna była dewotką, druga marzyła tylko o zamążpójściu, a trzecia była pięknością stworzoną do życia w luksusie)  oraz jej własne dzieci - też niezbyt biegłe w surfowaniu na fali codzienności - wypadały lepiej. Warstwa historyczna dla kogoś choćby pobieżnie zainteresowanego historią powszechną XX wieku nie ma w sobie nic odkrywczego. O Gruzji w zasadzie same ogólniki. Styl nie powala. Być może sięgnę po kontynuację, ale ponoć jest jeszcze słabsza, więc wątpię. Ogólnie - spore rozczarowanie. Nie polecam.

Grzesiuk - król życia Bartosza Janiszewskiego to pozycja, która zapewne nie rozczarowałaby mnie w takim stopniu, gdybym nie miała w stosunku do niej tak wygórowanych oczekiwań. Jestem wielką fanką książek Grzesiuka (Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu oraz Na marginesie życia) i znam je w zasadzie na pamięć, a mimo to odświeżam sobie od czasu do czasu. Strasznie chciałam dowiedzieć się o Stanisławie czegoś więcej niż to, co sam napisał, i byłam podekscytowana perspektywą uzupełnienia o dodatkowe fakty tego zafałszowanego subiektywizmem obrazu, jaki wyłaniał się z trylogii. Tymczasem z dziesięciu części książki Janiszewskiego pięć (Dzielnica, Wojna, Niewola, Choroba i Dom) w zasadzie powiela informacje z dzieł Grzesiuka. A to jest połowa materiału. ciekawe są fragmenty o życiu jego rodziców, tak przed powrotem do Warszawy, jak i w późniejszym czasie. Ale już o żonie i dzieciach swojego bohatera Janiszewski pisze bardzo pobieżnie, o obozie nie dodaje właściwie nic nowego, kontrowersje wokół Pięciu lat kacetu, w tym procesy sądowe, w zasadzie zbywa ogólnikami. Najciekawsze są poza szpitalne fragmenty powojenne, czyli bardzo niewielka część całości. Szkoda.

Skrytobójca Błazna Robin Hobb okazał się za to cegłą (816 stron) wspaniałą pod każdym względem, która umiliła mi czerwcowy tygodniowy urlop. Jest to pierwszy tom trzeciej trylogii fantasy z tymi samymi bohaterami, cyklu zapoczątkowanego dwadzieścia dwa lata temu Uczniem skrytobójcy, który już kiedyś tu polecałam i czynię to ponownie. W tym gatunku mało jest serii na takim poziomie. Całość zaczyna się jak bardzo schematyczna fantasy (na litość, główny bohater to książęcy bękart!), ale ewoluuje w o wiele bardziej złożoną, epicką opowieść, a przede wszystkim poglębione studium psychologiczne człowieka samotnego, który najpierw rozpaczliwie pragnął gdzieś przynależeć, a gdy to pragnienie zostało okrutnie wykorzystane, zamarzył z kolei o samotności. Z uwagi na objętość poszczególnych tomów czytelnik ma czas, by postaci stały się członkami jego wyimaginowanej rodziny, a każda kolejna odsłona jest niczym powrót do domu. W części siódmej Bastard w końcu dostaje swoje długo wyczekiwane szczęście, w dawnym dworku ojca, u boku ukochanej kobiety. Zupełnie niepodziewanie, bo w jesieni życia, rodzi mu ona kolejne dziecko, które już w czasie rozwoju prenatalnego łamie wszelkie normy. Podobnie jak jej ojciec, Pszczoła będzie uwikłana w przepowiednie, a jej mimo wszystko idylliczne dzieciństwo zostanie gwałtownie przerwane. Hoob ma niezwykłą władzę nad powieściową materią, opowieść, przez większość objętości niespieszna, hipnotyzuje, przez co finałowe przyspieszenie (dyskretnie i logicznie umocowane w misternej konstrukcji całości) robi tym mocniejsze wrażenie. Wprost nie mogę się doczekać kontynuacji, bo te ponad 800 stron to w tym wypadku o wiele za mało.
piątek, 28 lipca 2017
Wielki come back Władka Łokietka (Elżbieta Cherezińska, Płomienna korona)
Wielki tak w przenośni, jak i zupełnie dosłownie, bo - wynagradzając fanom cyklu Odrodzone królestwo trzy lata oczekiwania na finałową odsłonę - autorka dorzuciła dodatkowe 300 stron. Całość w wersji papierowej ma 1084 strony. I bez tych bonusowych trzystu wypadałaby według mnie o wiele lepiej.
Jest to zapewne cena sukcesu Cherezińskiej, gdyż podobne przegadanie widać było już w Hardej, a zwłaszcza w Królowej, która była sporym rozczarowaniem, do tego stopnia, że pisanie o niej ostatecznie sobie odpuściłam. Bestsellerowym autorom wolno więcej, a i redaktor na mniej może sobie pozwolić (choć tu nie mam wiedzy, być może autorka napisała 2000 stron, a redaktorka, ciepło wspomniana przez nią w posłowiu, wywaliła połowę - niemniej, niewątpliwie wywaliła za mało). Po prostu za dużo tu wszystkiego. Mamy i wątek krzyżacko-joannicko-templariuszowski, powiązany z mieczem Łokietka, i wewnętrzne rozgrywki Krzyżaków, i tarcia między frakcjami pogańskimi (Dębina kontra Starcy, a jeszcze i Jaćwież). A to dopiero początek, bo i bunt wójta Alberta, i szarpanina z Brandenburgią o Pomorze, cały wątek czeski, skoncentrowany wokół Rikissy i Henryka z Lipy (prywatnie jeden z moich ulubionych), starania polskich duchownych o bullę koronacyjną w Awinionie, konflikt Łokietka z biskupem Muskatą (też bardzo ciekawy). I jeszcze nieszczęsny Michał Zaremba w smoka zaklęty, któremu, za sprawą ambitnego rodowca, peron odjeżdża w sposób ostateczny. Bynajmniej nie wymieniłam wszystkich istotnych fabularnie kwestii.

Skakanie między wątkami i zmiana miejsc akcji oraz aktorów dramatu powinny zwiększać dynamikę opowieści oraz podtrzymywać zainteresowanie czytelnika. Ogromna ilość tych wątków, osób i miejsc w Płomiennej koronie daje jednak efekt wręcz odwrotny. Zanim obskoczymy wszystkich, już nie bardzo pamiętamy, co się działo na początku w wątku wyjściowym. Co i raz musimy od nowa wchodzić w każdą z opowieści, a następnie autorka nas z niej wyrywa. I skoro mam takie wrażenia ja, fanka epickiego fantasy, gdzie wielość osób i miejsc jest cechą immanentną, coś musi być na rzeczy. Przerwa w czasie między tomem drugim i trzecim zadania nie ułatwia, gdyż autorka często nawiązuje do detali, które przez 3 lata mogły się zatrzeć w pamięci czytelników. W rezultacie powieść, choć niewątpliwie epicka, pozbawiona jest niestety przez ogromną większość objętości fabularnego nerwu i raczej nuży zamiast porywać. Trzeba było z czegoś zrezygnować – albo z paru wątków, albo z koncepcji trylogii na rzecz tetralogii. W efekcie tego, że żadna z tych decyzji nie zapadła, Płomienna korona  ledwie słabiutko się żarzy przy poprzedniczkach, w tym zwłaszcza otwierającej cykl Koronie śniegu i krwi. Miło było wrócić do świata i bohaterów, ale od finału oczekiwałam czegoś więcej.

sobota, 08 lipca 2017
Serialowisko 2017 (4)
Czyli końcówka sezonu.

Better Call Saul - sezon 3 - zdecydowany faworyt zestawienia. O ile w poprzednim sezonie tempo rozwoju wydarzeń zaczynało mnie już irytować mimo całego przywiązania do bohaterów, to w tym wszystko było skalibrowane idealnie. Wszystkie wątki ruszyły, co więcej, w końcu doszło do przełomu w najważniejszym, dotyczącym relacji Jimmy'ego z bratem. Wprost nie mogę się doczekać dalszego ciągu. 8,5/10

Fargo - sezon 3
- mimo mocno niemrawego i nieproporcjonalnie rozbudowanego początku oraz dodatkowych dziwnych wstawek narracyjnych pod koniec sezon złapał tempo. Nieco paradoksalnie, w sumie głównie dzięki kreacjom aktorskim, sezon - przez większość odcinków rozlazły jak nieszczęście i słabszy od poprzedniego - wypadło ostatecznie ocenić lepiej. Wystarczy, że w finale nie było UFO. Za to główny Zły, czyli Varga, był absolutnie obrzydliwy. Te zęby, w połączeniu z dłubaniem w nich, sprawiały, że za każdym jego pojawieniem się na ekranie było mi niedobrze, co w sumie chyba świadczy o geniuszu Davida Thewlisa (i pomyśleć, że to poczciwy Lupin z Harry'ego Pottera!) oraz autorów castingu. 7/10

The Americans - sezon 5
- jestem wielką fanką tego serialu i cieszę się, że w końcu zaczął dostawać zasłużone od lat nagrody, ale ten sezon był mocno statyczny, i to także na polu relacji między bohaterami oraz ich wewnętrznej ewolucji, na czym wyraźnie koncentrował się scenariusz. Powstało wrażenie krążenia w kółko i międlenia tych samych problemów. Fajny wątek w ZSRR z Burowami, ale końcówka mocno przewidywalna. 7,5/10

American Gods
- mimo niezłego otwarcia odcinki 2 i 3 okazały się pewnym rozczarowaniem. Na szczęście popisowy numer Fullera, czyli kobieta wracająca z martwych (żona Cienia, Laura), tchnął w opowieść życie. Bardzo podobał mi się odcinek w całości poświęcony Szalonemu Sweeneyowi, retrospekcje dotyczące relacji Cienia z żoną, no i finał - ciekawa interpretacja Wielkiejnocy, typowo Fullerowska wizualnie, a pod względem wymowy wierna duchowi powieści. Taki jest zresztą cały serial (wstawki o poszczególnych bogach, z cyklu Przybycie do Ameryki, w większości udane), choć podejrzewam, że mimo wszystko bardziej przypadnie do gustu fanom Fullera niż Gaimana. Gwiazdą na firmamencie castingu jest bezspornie Ian McShane, czyli niezapomniany Al z Deadwood, jako pan Wednesday. Anansi nie do końca mnie przekonał. Wg mnie warto zobaczyć i ciekawa jestem, jak się to rozwinie. Oby Fuller tradycyjnie dla siebie nie skręcił w krainę własnych fascynacji. 7/10

Sillicon Valley po raz pierwszy mnie nużyło. Zaczęło zjadać własny ogon i poza momentami (romans Danesha z hakerką!) nie jest już tak zabawne jak dawniej. Szkoda.
niedziela, 02 lipca 2017
Lato z kryminałem 2017 (1): M&M, czyli Marinina i Marwood
Życie po życiu to była Kamieńska ostatniej szansy. Albo będzie dobra, albo żegnam się z cyklem na zawsze, bo ostatnio przynosił same rozczarowania. Cóż, Marinina znowu zdołała przekonać mnie swoją historią, więc z Nastią się jeszcze spotkamy. Tym razem wydająca Kamieńską na emeryturze Czwarta Strona zdecydowała się przedstawić czytelnikom pierwszą sprawę byłej analityczki kryminalnej w sektorze prywatnym. W prowincjonalnym Tomilinie ktoś zamordował, w odstępie półrocznym, w przedziwny i identyczny sposób, dwie starsze panie. Jedna wracała z wieczoru artystycznego znanej aktorki, druga, emerytowana śledcza prokuratury, została znaleziona na budowie. Łączyła je przynależność do zaskakująco nowoczesnego klubu Złota Jesień, w którym emeryci mogli różnorodnie spędzać wolny czas, m.in. nauczyć się obsługi Internetu i nawiązywać za jego pośrednictwem korespondencyjne znajomości. Poza tym ofiary dzieliło w zasadzie wszystko, co było przyczyną ich wzajemnej antypatii. Połączyły je pośmiertnie rozbite lusterka na na piersiach i kolczyki wyrwane z uszu.
Nastia musi wyjaśnić, czy w rozpropagowanej przez miejscową gazetę teorii, zgodnie z którą zabójcą jest obłąkany potomek rodu Rumiancewów, dawnych właścicieli posiadłości zajmowanej przez klub Złota Jesień, tkwi ziarno prawdy. Klub to oczko w głowie miejscowego oligarchy, Andrieja Biegorskiego, zleceniodawcy agencji detektywistycznej Stasowa. Biegorski jest osobą skrajnie apodyktyczną, szybko jednak się przekona, że Nastia nie będzie tańczyła tak, jak on chciałby jej zagrać.
Życie po życiu to taki klasyczny kryminał w starym stylu, z zamkniętą pulą podejrzanych, wyizolowaną posiadłością i siecią wzajemnych powiązań między postaciami, typowych dla małego, prowincjonalnego miasteczka z zaimpregnowaną hierarchią społeczną. Działa to na korzyść intrygi, w ramach której Marinina po raz pierwszy od dość dawna pokazuje, że jeśli chce, potrafi skonstruować sensowną i wielowątkową zagadkę z niebanalnym, a jednak niewydumanym rozwiązaniem, nie uciekając się do wątpliwych chwytów, takich jak eugeniczne eksperymenty, czy wygodnych wytrychów w stylu wszechmocnych macek mafii. Oczywiście, jak zwykle, tworzy również galerię postaci o zróżnicowanych życiorysach, demonstrując przy okazji, jak rozmaicie przejście na emeryturę może wpłynąć na ludzki charakter. Dotyczy to także głównej bohaterki, która z trudem odnajduje się w nowej roli i uczy działać bez wsparcia autorytetu funkcjonariuszki stołecznego wydziału zabójstw.

Najmroczniejszy sekret to moja pierwsza powieść Alex Marwood, bo recenzje poprzednich sugerowały, że raczej nie przypadłyby mi one do gustu. W tym wypadku o sięgnięciu po książkę zdecydowała Facebookowa polecanka Wojciecha Chmielarza. I nie zawiodłam się, choć lektura była dla mnie dosyć paradoksalnym doświadczeniem. Głównie zapewne wzięło się to stąd, że wbrew marketingowej oprawie kryminał jest to jedynie przy okazji, a głównie powieść obyczajowa. W czym, rzecz jasna, nie ma nic złego, ale jednak zawartość rozmija się z oczekiwaniami. W każdym razie w centrum historii znajduje się zagadka zniknięcia dziecka sprzed dwunastu lat, a jej bohaterami są rodzina i przyjaciele Seana - dewelopera-psychopaty. Sean jest postacią skrajnie antypatyczną, zatem jego śmierć nie budzi wielkiego smutku nawet w jego dzieciach. I nic dziwnego - ciężko żałować faceta, który zmienia żony jak rękawiczki, bo jest zazdrosny, że zamiast koncentrować się wyłącznie na nim i pełnić rolę wdzięcznej bankietowej ozdoby, zaczynają poświęcać uwagę ich wspólnym dzieciom. Pogrzeb Seana, zmarłego w kompromitujących okolicznościach, staje się jednak okazją do spotkania jego rodzin z rożnych etapów życia. Milly, jego druga pod względem starszeństwa córka, wspomina przy tej okazji dzień zaginięcia swojej trzyletniej przyrodniej siostry Coco, tuż po 50. urodzinach Seana. Jak się okazuje, nie tylko ona powraca myślami do tych wydarzeń, a z mozaiki wspomnień całej grupy bohaterów Marwood komponuje przerażająco-fascynujący obraz, z którego w końcu wyłania się prawda o zniknięciu Coco, ale przede wszystkim ponura prawda o priorytetach ludzi przywykłych do przywilejów klasy wyższej. Składanie tej mozaiki w całość, dzięki przekonującym portretom psychologicznym bohaterów i wielości perspektyw narracyjnych, stale podtrzymuje zainteresowanie czytelnika, co jest o tyle paradoksalne, że z czysto formalnego punktu widzenia powieść przypomina polski film - w zasadzie niemal nic się w niej nie dzieje. Są jednak pozycje dowodzące, że akcja to nie wszystko, i ta się do nich zalicza.
wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
sobota, 03 czerwca 2017
Trochę słabo pofastrygowany żywy trup (Wojciech Chmielarz, Zombie)
Drugi tom cyklu gliwickiego był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier, już od pierwszych zapowiedzi na Facebookowym profilu autora. Książkę kupiłam, jak tylko się ukazała, i od razu zabrałam się do lektury, porzucając napoczęte Wchodzi koń do baru. Jak wypadła druga przygoda Dawida Wolskiego?

Przede wszystkim tym razem młody detektyw pozostaje na drugim planie, a pierwsze skrzypce gra prokurator Adam Górnik, który, jak się okazuje, skrywa mroczny sekret z przeszłości. I właśnie wtedy, gdy powinien spijać zawodową śmietankę za rozwiązanie opisanej w Wampirze sprawy Alicji, przeszłość - pod postacią dawnego szkolnego prześladowcy, o którym Górnik sądził, że pozbył się go w najskuteczniejszy z możliwych sposobów - powraca, by zatruć mu tryumf i zagrozić jego najbliższym. Zdecydowany chronić swoją karierę i reputację prokurator zleca wyjaśnienie tego zagadkowego come backu Wolskiemu. Jednocześnie sam wraca myślami do końcowych miesięcy swojej nauki w podstawówce, do lata 1996 r. i wydarzeń, które doprowadziły go do desperackiego kroku, a w konsekwencji ukształtowały jego obecną osobowość. Ta wymuszona podróż do przeszłości nie pozostaje bez wpływu na pozornie idealne  życie rodzinne prokuratora.

W Zombiem jest mnóstwo świetnych elementów - wspomniane retrospekcje, w tym wątek przemocy szkolnej; współczesne śledztwo Dawida, które ukazuje dalsze losy szkolnych znajomych Wolskiego i Górnika, odbiegające od obrazka, jaki znamy z polskich komedii romantycznych, za to boleśnie realistyczne, ale nieprzerysowane. W Gliwicach toczy się prawdziwe życie - samotne matki wychowują niepełnosprawne intelektualnie dzieci, wielodzietne rodziny wyglądają uruchomienia programu 500 + niczym zbawienia, bezwzględny wnuczek terroryzuje babcię, a zamiast pracy marzeń jest mop sprzątaczki i miotła szkolnego woźnego. W zasadzie tylko Górnikowi się w życiu powiodło.W warstwie socjologiczno-obyczajowej nowa powieść Chmielarza jest znakomita.

Doskonały jest również sam pomysł na intrygę, osnutą w całości wokół zemsty i fałszywych wspomnień. Niebanalny, a zarazem całkiem prawdopodobny, gwarantujący efekt autentycznego zaskoczenia nie tylko czytelnikowi, ale również samemu protagoniście. Tym większa szkoda, że tak mocno szwankuje wykonanie, bo wiele kluczowych dla zaplanowanego rozwoju intrygi decyzji czy zachowań bohaterów jest po prostu skrajnie niewiarygodnych. Owszem, trzeba przyznać autorowi, że za każdym razem oferuje jakieś wyjaśnienie, ale ja ich po prostu nie kupiłam.

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, niech pominie kolejny akapit, gdyż roi się w nim od fabularnych spoilerów, koniecznych dla wyjaśnienia moich zarzutów do intrygi.

Cała sprawa zaczyna się od znalezienia zwłok dwunastoletniej dziewczynki w miejscu bardzo istotnym dla przeszłości Górnika. Następnie ktoś próbuje porwać syna szkolnego kolegi prokuratora - dzieciak się wyrywa i ucieka, ojciec nie zgłasza incydentu policji, bo rodzice jego zmarłej żony starają się za wszelką cenę odebrać mu opiekę nad synem. Jakiś czas potem dzieciak faktycznie zostaje porwany, a ojciec - wiedząc, że grozi mu śmierć - w dalszym ciągu nie zgłasza tego władzom i wraz z Górnikiem i Wolskim próbuje sam odnaleźć syna. Według mnie nie ma mowy, żeby w takiej sytuacji oglądał się już na cokolwiek, skoro tak mu zależało na dzieciaku. Podobnie nie wierzę, że Górnik w opisanej sytuacji przedłożyłby swoją pozycję zawodową, a nawet wolność, nad bezpieczeństwo własnych małych dzieci. Mógłby, gdyby był sukinsynem bez serca, ale kompletnie nie takiego bohatera autor nam opisuje, mimo wszystkich jego wad. Adam kocha swoje dzieci, z przerażeniem szuka Zuzi, gdy zapomina odebrać ją z baletu. Może i nie kocha żony, ale dzieci na pewno. Mimo to nie zapewnia im ochrony, by chronić siebie. Nawet nie ostrzeże żony o naturze zagrożenia. Gdy znajduje zwłoki drugiej ofiary, z tych samych powodów - we własnym interesie - zostawia je na pastwę szczurów. Żeby zrobić coś takiego, musiałby być całkowitym zwyrodnialcem. Od tej chwili wiarygodność intrygi sypie się ostatecznie i nieodwołalnie, a kulminacja następuje w zakończeniu, gdzie jako motywację sprawcy dostajemy miłość instant do obiektu skrajnie antypatycznego. Również wyjaśnienie powodów, dla których sprawca zdecydował się na działanie po tak wielu latach od zdarzenia, jest, powiedzmy to sobie bardzo eufemistycznie, wątłe.
Koniec strefy spoilerów.

Zombie
jest więc świetną współczesną powieścią obyczajową, ale kryminałem pełnym dziur i luźnych kawałków, charakterystycznych dla żywych trupów, które trzyma w kupie głównie wiara autora, że czytelnik, oczarowany efektownym twistem, wybaczy mu swobodny stosunek do realizmu i spójności intrygi. Wielu pewnie tak właśnie postąpi, ale nie ja. Przejęcie zbyt wysoko zawiesiło poprzeczkę, żeby Wojciech Chmielarz mógł liczyć u mnie na takie fory. Szkoda wielkiego, a niewykorzystanego potencjału pomysłu.
piątek, 19 maja 2017
Sidequel Czasomierzy, ale bez wewnętrznego pęknięcia (Slade house, David Mitchell)
O ile Czasomierze byłyby genialną powieścią, gdyby nie ostatnia część, o tyle Slade house, opowiadający o dwójce renegatów Drogi Cienia i ich kilkorgu ofiarach (tak, główny nurt to Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn - znani i nielubiani, przynajmniej przeze mnie), to ze strony Mitchella pójście na łatwiznę. Kilkukrotne odegranie tego samego refrenu w konwencji grozy z nutką horroru, z podmienianiem li i jedynie  głównych aktorów i subtelnym powiązaniem ich losów oraz nawiązaniami do innych powieści - dla autora z warsztatem Mitchella to betka. Pod względem objętościowym ten przypis do Czasomierzy to niemal nowelka, ale wychodzi jej na dobre i niewielka objętość, i jednorodna stylistyka.
Nie da się ukryć, mimo wewnętrznej powtarzalności i przewidywalnego od pierwszej strony zakończenia znakomicie się to czyta. Tym razem nie ma słownej waty. Jest za to, jak zwykle, gęsty klimat, świetny styl i sprawnie nakreślone, przekonujące postaci o różnorodnych życiorysach i pragnieniach. Oraz znakomity przekład Justyny Gardzińskiej.
Wciąż chciałabym, żeby autor Widmopisu wyszedł w końcu ze swojej tematycznej i formalnej strefy komfortu i ponownie mnie olśnił, jak mu się trzykrotnie udało.
Ale jeśli odgrzewany kotlet ma smakować tak jak Slade house, to następnym też nie pogardzę. Może wspomnienie nie zostaje na długo, ale niestrawność nie grozi.
piątek, 05 maja 2017
Niby trójkąt równoboczny w centrum, a nic tu nie jest proste (Christopher Priest, Człowiek z sąsiedztwa)
Christophera Priesta wielbię, więc jak tylko kolejna jego powieść - Człowiek z sąsiedztwa (tytuł oryginalny: Adjacent chyba nieco bardziej przystaje do treści) - ukazała się w Uczcie Wyobraźni, niezwłocznie wdarła się na szczyt mojej listy must read.
Przeczytawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Książki tego autora nigdy nie są łatwe. Zawsze zapraszają czytelnika, by patrzył uważnie. Częstokroć nie dają nie tylko prostych, ale nawet mniej oczywistych odpowiedzi na wiele postawionych w intrydze pytań, przenosząc na odbiorcę ostateczny ciężar interpretacji całości. W tym spora część ich uroku. W zasadzie nie inaczej jest tym razem. A jednak...
Zaczynamy naszą podróż z Tiborem Tarentem, fotografem freelancerem o węgiersko-amerykańskich korzeniach, obywatelem Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, pewnie gdzieś w XXII wieku, ale dokładnych danych brak. Postępujące zmiany klimatyczne zaczęły zagrażać ludzkości, powstały nowe, gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak burze strefy umiarkowanej. Tibor wraca z Anatolii, gdzie jego żona, Melanie, zginęła w ataku terrorystycznym przeprowadzonym z użyciem nowej broni, narzędzia perfekcyjnej anihilacji, wypalającego w miejscu ataku czarne trójkąty. Ciała nie znaleziono. Z czasem okazuje się, że takie ataki, na większą skalę, miały miejsce także w innych regionach świata.
Początkowo wydaje się, że to właśnie Tibor będzie głównym bohaterem, jednak choć rzeczywiście do niego będziemy wracać najczęściej, równie istotną rolę odegra kilka innych osób, z innych miejsc i - co nie mniej ważne - z innych czasów. Przeniesiemy się w czasy I WŚ, by śledzić nieudane próby wprowadzenia innowacji na froncie, podjęte przez iluzjonistę i pisarza sf, potem  w czasy II WŚ, do bazy brytyjskiego lotnictwa, by obserwować zalążki romansu między angielskim mechanikiem a polską pilotką Krystyną Roszko. W retrospekcji prześledzimy także krakowski mezalians pilotki, urodzonej w chłopskiej rodzinie pod Krakowem i zakochanej z wzajemnością w książęcym potomku. Tamtą miłość przerwał wybuch wojny.
Śledzi się tę układankę, chwilami mocno statyczną (acz buzującą napięciem), chwilami nieco ckliwą, z nieustającym zainteresowaniem, bo zagadki się piętrzą. Kluczem do całości wydaje się być wspomniana niezwykła broń, oparta na mechanice kwantowej i najwyraźniej mogąca przenosić materię między równoległymi wszechświatami. Miała być bronią, która zakończy wszystkie wojny, przeznaczoną wyłącznie do zastosowań defensywnych, zdolną zneutralizować każdy potencjalny konwencjonalny atak. Jak to jednak zwykle bywa z pięknymi ideami, przejęte przez brzydkie umysły kończą koszmarnie wynaturzone.
Po przeczytaniu sześciu z ośmiu części powieści można mieć wrażenie, że mniej więcej wie się, o co chodzi. Jasne, jest wiele niewiadomych, na przykład współistniejące na najwyraźniej równych prawach różne warianty tych samych wydarzeń (nie wejdę w szczegóły, byłby to już straszny spoiler). Ale jakoś się to trzyma kupy. A potem przychodzi część siódma, Prachous, dowodząca, że tkwiliśmy w tak zwanym mylnym błędzie. Na przedziwnej wyspie, w najwyraźniej zupełnie innym świecie, spotykamy kolejne inkarnacje wcześniej wprowadzonych bohaterów, podobne nie tylko fizycznie, ale i biograficzne, jakby do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego) były skazane na wieczne odtwarzanie tych samych szlaków, kochanie tych samych ludzi, przeżywanie tego samego życia.
Część ósma pokazuje, że granice między sąsiednimi światami są płynne, a rzeczywistość różnych miejsc i czasów najwyraźniej w jakiś przedziwny sposób dąży do równowagi.
Tylko co z tego? Właśnie nic. Zupełnie nic. I po przeczytaniu autentycznie wciągającej opowieści taka odpowiedź stanowi wielkie rozczarowanie. Tym razem Priest obiecuje znacznie więcej, niż finalnie daje. Nie znaczy to, że nie warto, w żadnym wypadku, ale brak satysfakcjonującej puenty sprawia, że miejsce wcześniejszego zaangażowania w opowieść zajmuje poczucie bycia wystrychniętym na dudka. Trochę szkoda.
środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

sobota, 22 kwietnia 2017
Mio, moja Mio, a może byś się jednak dłużej nie męczyła? (Samuel Bjork, Sowa)
Przyszła pora na dalszy ciąg perypetii Holgera Muncha i Mii Kruger, śledczych ze specjalnej jednostki ds. zabójstw w Oslo. Sowa była dla mnie lekturą paradoksalną, bo czytało się ją bardzo dobrze, choć właściwie powinno być wręcz przeciwnie. Powody są dwa. Uwaga, jeśli ktoś jest mocno uwrażliwiony na jakiekolwiek informacje fabularne, nie powinien czytać dalej, bo nie da się moich zarzutów do książki uzasadnić, nie zdradzając tego i owego. Dotyczy to w szczególności pierwszego punktu.

Po pierwsze, na poziomie konstrukcji intrygi to nie jest uczciwy kryminał. Bjork proponuje jeden łopatologiczny trop, sygnalizowany już od prologu i konsekwentnie wspierany różnymi ujawnianymi w toku śledztwa poszlakami. Po czym pod koniec wprowadza kiks od czapy, zupełnie się spójnością historii nie krępując. Ani tym, że policjanci, podążający za przedstawionymi poszlakami, a więc kierujący się logiką, niby to najlepsi w kraju, wychodzą w efekcie na bandę dzieci we mgle. Robi też po raz kolejny to, co nie podobało mi się już w Sezonie niewinnych - czyni celem sprawcy osobę bliską śledczemu. Jest to nie tylko chwyt tani, ale już nawet w ramach cyklu wtórny i mimo rozwiązania tego wątku w sposób wymykający się uzasadnionym oczekiwaniom - jednak niemożebnie irytujący. Tak jakby w Oslo mieszkało 20 osób na krzyż i sprawca po prostu nie mógł się nie natknąć na bliskich policjantów.

Po drugie - nic nie jest w tej powieści tak irytujące jak Mia. Przy tym, co niby genialna i wyjątkowa, obdarzona darem i zatrudniona w specjalnej jednostce bez ukończenia szkoły policyjnej śledcza na kartach Sowy wyczynia, bledną wszelkie niedostatki intrygi. Gdyż jak tylko nie musimy czytać o biednej, nieszczęśliwej i marzącej o samobójstwie i przytulnej trumnie pannie Kruger, jesteśmy autorowi szczerze wdzięczni. Skutkuje to przychylniejszą niż obiektywnie  zasłużona oceną pozostałych partii tekstu. O ile polecając Sezon niewinnych, wspominałam o tym, że kreacja Mii niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając, to tym razem wszelkie granice zostały już przekroczone. Ponowna próba samobójcza, ciągłe myśli o siostrze, stałe odjazdy po miksie tabletek i alkoholu. Nie wystarcza on już jednak do stymulowania daru, przemyślenia bohaterki nie mają w sobie nic odkrywczego i w żaden sposób nie pomagają w pracy zespołu. Jedynie niemiłosiernie męczą i wnoszą chaos.

A przy tym wszystkim - jednak bardzo dobrze całość jest rozpisana, czyta się ją mimo irytacji błyskawicznie i zainteresowaniem. Autor może i nie umie w realny suspens ani w spójność intrygi, ucieka w irytujące schematy, ale niewątpliwie ma rzadki dar opowiadacza, który sprawia, że negatywne elementy kumulują się dopiero po zakończeniu lektury. Wątpię jedynie, czy tę samą sztuczkę uda mu się wykonać trzeci raz, bez polepszania warstwy fabularnej i portretów psychologicznych postaci. Już za drugim podejściem wyszła jedynie fuksem.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka