Wpisy z tagiem: fantastyka zagraniczna

wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
piątek, 05 maja 2017
Niby trójkąt równoboczny w centrum, a nic tu nie jest proste (Christopher Priest, Człowiek z sąsiedztwa)
Christophera Priesta wielbię, więc jak tylko kolejna jego powieść - Człowiek z sąsiedztwa (tytuł oryginalny: Adjacent chyba nieco bardziej przystaje do treści) - ukazała się w Uczcie Wyobraźni, niezwłocznie wdarła się na szczyt mojej listy must read.
Przeczytawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Książki tego autora nigdy nie są łatwe. Zawsze zapraszają czytelnika, by patrzył uważnie. Częstokroć nie dają nie tylko prostych, ale nawet mniej oczywistych odpowiedzi na wiele postawionych w intrydze pytań, przenosząc na odbiorcę ostateczny ciężar interpretacji całości. W tym spora część ich uroku. W zasadzie nie inaczej jest tym razem. A jednak...
Zaczynamy naszą podróż z Tiborem Tarentem, fotografem freelancerem o węgiersko-amerykańskich korzeniach, obywatelem Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, pewnie gdzieś w XXII wieku, ale dokładnych danych brak. Postępujące zmiany klimatyczne zaczęły zagrażać ludzkości, powstały nowe, gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak burze strefy umiarkowanej. Tibor wraca z Anatolii, gdzie jego żona, Melanie, zginęła w ataku terrorystycznym przeprowadzonym z użyciem nowej broni, narzędzia perfekcyjnej anihilacji, wypalającego w miejscu ataku czarne trójkąty. Ciała nie znaleziono. Z czasem okazuje się, że takie ataki, na większą skalę, miały miejsce także w innych regionach świata.
Początkowo wydaje się, że to właśnie Tibor będzie głównym bohaterem, jednak choć rzeczywiście do niego będziemy wracać najczęściej, równie istotną rolę odegra kilka innych osób, z innych miejsc i - co nie mniej ważne - z innych czasów. Przeniesiemy się w czasy I WŚ, by śledzić nieudane próby wprowadzenia innowacji na froncie, podjęte przez iluzjonistę i pisarza sf, potem  w czasy II WŚ, do bazy brytyjskiego lotnictwa, by obserwować zalążki romansu między angielskim mechanikiem a polską pilotką Krystyną Roszko. W retrospekcji prześledzimy także krakowski mezalians pilotki, urodzonej w chłopskiej rodzinie pod Krakowem i zakochanej z wzajemnością w książęcym potomku. Tamtą miłość przerwał wybuch wojny.
Śledzi się tę układankę, chwilami mocno statyczną (acz buzującą napięciem), chwilami nieco ckliwą, z nieustającym zainteresowaniem, bo zagadki się piętrzą. Kluczem do całości wydaje się być wspomniana niezwykła broń, oparta na mechanice kwantowej i najwyraźniej mogąca przenosić materię między równoległymi wszechświatami. Miała być bronią, która zakończy wszystkie wojny, przeznaczoną wyłącznie do zastosowań defensywnych, zdolną zneutralizować każdy potencjalny konwencjonalny atak. Jak to jednak zwykle bywa z pięknymi ideami, przejęte przez brzydkie umysły kończą koszmarnie wynaturzone.
Po przeczytaniu sześciu z ośmiu części powieści można mieć wrażenie, że mniej więcej wie się, o co chodzi. Jasne, jest wiele niewiadomych, na przykład współistniejące na najwyraźniej równych prawach różne warianty tych samych wydarzeń (nie wejdę w szczegóły, byłby to już straszny spoiler). Ale jakoś się to trzyma kupy. A potem przychodzi część siódma, Prachous, dowodząca, że tkwiliśmy w tak zwanym mylnym błędzie. Na przedziwnej wyspie, w najwyraźniej zupełnie innym świecie, spotykamy kolejne inkarnacje wcześniej wprowadzonych bohaterów, podobne nie tylko fizycznie, ale i biograficzne, jakby do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego) były skazane na wieczne odtwarzanie tych samych szlaków, kochanie tych samych ludzi, przeżywanie tego samego życia.
Część ósma pokazuje, że granice między sąsiednimi światami są płynne, a rzeczywistość różnych miejsc i czasów najwyraźniej w jakiś przedziwny sposób dąży do równowagi.
Tylko co z tego? Właśnie nic. Zupełnie nic. I po przeczytaniu autentycznie wciągającej opowieści taka odpowiedź stanowi wielkie rozczarowanie. Tym razem Priest obiecuje znacznie więcej, niż finalnie daje. Nie znaczy to, że nie warto, w żadnym wypadku, ale brak satysfakcjonującej puenty sprawia, że miejsce wcześniejszego zaangażowania w opowieść zajmuje poczucie bycia wystrychniętym na dudka. Trochę szkoda.
niedziela, 27 listopada 2016
Sfilmować niefilmowalne, czyli Nowy początek
Polecałam tu zbiór Teda Chianga Historia twojego życia 10 lat temu - do tej pory pamiętam fabuły wszystkich opowiadań, co samo w sobie świadczy o ich jakości. Tytułowy tekst, zanurzony w teorii lingwistyki tak bardzo, że chyba trudno o wyższy poziom, wydawał mi się nie najlepszy (tu konkurencja była naprawdę mocna), ale z pewnością był jednym z ciekawszych, zarówno tematycznie, jak i strukturalnie, no i naprawdę skłaniał do interesujących przemyśleń. Jak to często mówię w takich przypadkach - zostawał w głowie.
Niemniej jednego byłam zdecydowanie pewna - nie da się go zekranizować, problematyka prezentuje zbyt wysoki poziom abstrakcji i hermetyzmu, zresztą tekst czysto fabularnie jest mocno statyczny, a dodatkowy problem stanowi jego nieoczywista forma, wyjaśniająca się dopiero na poziomie puenty. Subtelność, która jest największą siłą Historii twojego życia, w połączeniu z powyższymi elementami była też jej największym wrogiem na poziomie jakiejkolwiek adaptacji.
Wróciwszy z wczorajszego seansu Nowego początku, muszę ze zdumieniem poinformować, że jednak się dało:) Udało się zachować przesłanie opowiadania, koncentrację na roli języka w zetknięciu dwóch skrajnie odmiennych cywilizacji i w sposobie postrzegania przez nie świata, oryginalność podejścia do - w teorii skrajnie wyświechtanej - problematyki Pierwszego Kontaktu. A także klimat tajemnicy i złożoną warstwę emocjonalną. Czyli, w zasadzie, wszystko to, co najbardziej istotne.
Co oczywiste, nie sposób było uniknąć zmian, bo jednak jakąś akcję należało widzowi zaoferować (cały wątek polityczno-zamieszkowy został dodany, zmieniono sposób komunikacji z siedmionogami na bardziej atrakcyjny wizualnie i zakończenie). Większość modyfikacji jest jednak do przyjęcia, łącznie z bardziej łopatologicznym wyłożeniem puenty, bo rzeczywiście nie dało się tego obejść, chociaż może aż tak wielka maczuga nie była potrzebna. Nie do przyjęcia i niepotrzebna jest dla mnie jednak zmiana w przyszłości głównej bohaterki. Nie wejdę w szczegóły, żeby uniknąć spoilerów, kto czytał i obejrzy, będzie wiedział, o co chodzi. Kto nie czytał, też będzie zadowolony - przetestowane wczoraj na żywym organizmie:) Wielkim pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie świetna kreacja Amy Adams - według mnie to może być najlepsza rola w jej dotychczasowym dorobku. Dla tych, co znają literacki pierwowzór, ocena jakieś 7,5/10. Nieznającym zapewne całość bardziej przypadnie do gustu. I pamiętajcie - to wcale nie jest film o lądowaniu Obcych. To wielka pochwała siły komunikacji. To, że nie gustujecie w SF, naprawdę nie przeszkodzi wam obejrzeć Nowego początku z zainteresowaniem.
P.S. No i czytajcie Chianga, przed filmem, po filmie, czy bez filmu - wszystko jedno - po raz kolejny jego zbiór opowiadań został wznowiony przy okazji premiery ekranizacji. Ten facet to GENIUSZ.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Pozostałe lektury urlopowe
Urlop niestety dobiega końca, jak wszystko, co dobre (np. Polcon 2016 we Wrocławiu), czas zatem na podsumowanie nieopisanych do tej pory lektur.

Włodzimierz Nowak Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda to pozycja bardzo ciekawa i zdecydowanie godna uwagi - biografia Zygfryda Kapeli, pół-Polaka, pół-Niemca (po matce), któremu przyszło dorastać w trudnych (zwłaszcza dla kogoś z takim pochodzeniem i imieniem) powojennych polskich realiach. Zygfryd jest postacią nietuzinkową, o ile jednak w pierwszej części opowieści zdecydowanie łatwiej z nim empatyzować, to im dalej w historię, tym bardziej oczywiste staje się, że jest typowym cwaniaczkiem, koniunkturalistą, a do prawdy i jakichkolwiek wartości ma mocno swobodny stosunek, ujmując rzecz bardzo łagodnie. Ale nie trzeba go lubić (co ciekawe, nawet sam autor w pewnym momencie zdecydowanie przestaje i traci serce do opisywanej historii), by docenić złożoność i niezwykłość jego biografii, w której ucieczka (ostatecznie chyba nie dokądś, a po prostu przed nieładną prawdą o sobie) jest elementem kluczowym. Są fragmenty lepsze i gorsze, ale całość oceniam wysoko i zdecydowanie polecam, nie wchodząc w dalsze szczegóły, by nie psuć wam zabawy, jaką jest odkrywanie biografii bohatera, nierozerwalnie związanej z polską historią.

Joseph Delaney Zemsta czarownicy, czyli pierwszy tom cyklu fantasy kierowanego w teorii do czytelników 10+. W praktyce dostajemy dosyć dorosły horror. Trzynastoletni główny bohater, siódmy syn siódmego syna, stawiający pierwsze kroki w potrzebnym, lecz mało prestiżowym fachu stracharza, natyka się na rzeczy, które mnie nieźle przeraziły. A to: placki z krwi niemowląt, zazdrosnego górnika z pylicą zakopującego żonę żywcem w piwnicy, stado wisielców - widm na pobliskiej górce, krwiożercze czarownice porywające dzieci i niestroniące od opętania. Rzecz jasna, wszystko kończy się całkiem dobrze, ale jeśli otwarcie jest tak mroczne, to - będąc egzemplarzem wyjątkowo strachliwym - chyba podziękuję za dalszy ciąg. Niemniej, książka w swoim gatunku dobra: nastrojowa, wyrazista i znakomicie przetłumaczona przez Paulinę Braiter. No i czyta się błyskawicznie.

Jørn Lier Horst Poza sezonem - ponoć kolejne tomy (wydane wcześniej, ale późniejsze w cyklu) są lepsze, jednak co do tego jestem zdecydowanie na nie. Bohaterowie są przeraźliwie papierowi i kompletnie mnie nie obeszli, podobnie jak intryga, ostatecznie może i spójna, ale zrealizowana sztywno, niczym zadanie z kursu kreatywnego pisania. Być może to po części kwestia języka (czy to oryginału, czy tłumaczenia - nie sposób przesądzić, ale mimo wszystko skłaniam się ku pierwszej opcji) - suchego, ściśle celowego, sprawozdawczego i podporządkowanego raportowaniu akcji. Nastroju w każdym razie, mimo czynionych przez pisarza prób scenograficznych, nie stwierdzono. A potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo autor wysłał bohaterów do Wilna, nie mając zielonego pojęcia o litewskich realiach, które opisał wprost tragicznie, stereotypowo i powinien się mocno zastanowić, zanim zdecydował się na coś podobnego bez solidnego researchu. Intryga częściowo wydumana, a częściowo przewidywalna. Jedna z najgorszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Odradzam dosyć stanowczo.

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk Pies i klecha. Żertwa i inne historie - w związku ze skandalicznym opóźnieniem e-booka nowych Akt Dresdena znalazłam po dwóch latach czas dla ich polskiego odpowiednika, tj. zbioru opowiadań o księdzu i policjancie rozwiązujących nadprzyrodzone zagadki w czasach schyłkowego PRL. Mam sentyment do księdza Gila i porucznika Enki z czasów czytania dwóch niezłych powieści z ich udziałem, zatem miło było ponownie spędzić z nimi trochę czasu. Choć fabuły bywają przekombinowane (poziom poszczególnych tekstów jest bardzo zróżnicowany), a rozwiązania średnio wiarygodne, kreacje bohaterów i ogólny klimat wiele wynagradzają. No bo czy voodoo w krakowskim akademiku Żaczek nie brzmi dobrze? Na początek polecam jednak powieści. Choć opowiadania w ciekawy sposób pogłębiają portrety bohaterów.

Antti Toumainen Czarne jak moje serce to bardzo nastrojowy kryminał noir, dostarczający wszystko, czego można by oczekiwać po utworze tego gatunku. W tym także pewne przerysowanie sztandarowych motywów czy charakterów, niestety. Nie wiem też, czy to tłumaczka Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher przeszarżowała z poetyckością języka, czy autor na taką drogę się zdecydował. Do pewnego momentu zabieg ów buduje klimat opowieści, jednak po przekroczeniu pewnego krytycznego stężenia zaczyna już tylko działać na nerwy. Niemniej, nie zmienia to faktu, że przeplatana retrospekcjami historia planowanej od wielu lat zemsty wciąga, a sama książka jest na swój sposób wyjątkowa i naprawdę niezła. Po prostu spodziewałam się czegoś więcej:)
sobota, 02 lipca 2016
Zaległości - zbiorczo, kryminalnie, reportażowo, fantastycznie
Zaległości, jak powszechnie wiadomo, zamiast grzecznie się utleniać, mają tendencję do narastania. I tak z czterech nieopisanych lektur zrobiło się sześć. A skoro gołębie obudziły mnie dziś przed piątą (widać nie uznają instytucji soboty), to jestem w bojowym nastroju i uporam się z nimi kompleksowo. Tylko jedną obyczajówkę zostawię na zapas. Cieszycie się?:)

Paweł Reszka Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy - książka oparta na rozmowach z wszelkiej maści trybikami machiny krwiożerczego kapitalizmu. Mimo dość przerażającej (choć dla prawnika bynajmniej nie szokującej, dowiedziałam się o wiele mniej nowego, niż oczekiwałam) wymowy czyta się bardzo lekko. Najwięcej jest o niesławnych polisolokatach, z których ofiarami miałam się okazję kilkakrotnie zetknąć w pracy. Makabrycznie ciekawa (choć, ponownie, niezbyt zaskakująca pod względem treści, formy bardziej) jest wewnętrzna korespondencja korporacyjno-bankowa, szczególnie mechanizmy motywacji pracowników i śrubowania wyników sprzedaży. Dość pocieszające może być tylko to, że era najbardziej bezczelnego golenia frajera już chyba dobiegła końca. Interesująca lektura na jedno wolne popołudnie.

Marcin Kołodziejczyk Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne - a tutaj się troszkę nacięłam, bo - nie wiedzieć jakim cudem - nie skojarzyłam podtytułu zbiorku z rubryką Polityki - Na własne oczy. A zebrano tutaj publikowane w niej teksty autora, w tym tytułowy.  Nie odbiera im to nic z poziomu, wartości poznawczej i innych walorów, ale w większości już je niestety znałam. Nieczytającym Polityki lub nieobdarzonym przekleństwem takiej pamięci jak moja - polecam, pieczołowity wybór najlepszych dokonań reportera z tej rubryki.

Jim Butcher Wiatrogon aeronauty - czyli pierwszy tom nowej, steampunkowej serii autora. No i ma wszystkie przywary pierwszych tomów - konieczność przedstawienia bohaterów, zawiązania akcji, zarysowania zasad rządzących światem (tego było zdecydowanie za mało, stąd początkowo powstawało wrażenie pewnego chaosu). Ale bohaterowie to sympatyczna zgraja: trochę młodziaków obojga płci, trochę weteranów pokiereszowanych przez system, obowiązkowy szalony eteryk oraz naprawdę złowrodzy przeciwnicy (i chyba pierwszy poza cyklem szererskim przypadek mówiących kotów:). No i są statki (tzn. sterowce szybujące na prądach eteru, bo, prawdaż, wymogi konwencji), a jak są statki, to jest zawsze fajnie, bo są załogi, braterstwo broni i ta przyjemna dynamika relacji grupowych. Nie brakuje intrygujących wyzwań stawianych przed bohaterami, a widmo Prawdziwego Zagrożenia ledwie zamajaczyło na horyzoncie. Słowem, całkiem co innego niż Dresden, ale autor jednak ten sam, więc akcja tradycyjnie wartka, humoru sporo, a tajemnic i pomysłowych gadżetów nie brakuje. Chętnie zobaczę, co będzie dalej.

Jako że upały (i wakacje) już wystartowały, tradycyjnie zrobiłam sobie przerwę od cięższych lektur i zainaugurowałam Lato z Kryminałem 2016. Jak do tej pory:

Andrea Camilleri Sierpniowy żar - tytuł adekwatny do ostatnich temperatur, choć na Sycylii, gdzie w fikcyjnym miasteczku Vigata mieszka komisarz Salvo Montalbano, pewnikiem i tak grzeje gorzej. Na książkach z tej serii zawsze mogę polegać, intryga jest solidna, choć w tym przypadku nie najważniejsza. Tutaj wracam jak do domu, uczestniczyć w egzystencjalnych przemyśleniach i bojach z samym sobą (oraz kulinarnych celebracjach) starzejącego się bohatera. Bardzo mi się w tym cyklu podoba, że Montalbano nie jest wolny od słabości, a niekiedy (jak w tym wypadku) potrafi wręcz mieć klapki na oczach. Stały, wysoki poziom. Jeśli ktoś nie zna cyklu, gorąco (ha, ha - żenujący żart prowadzącego:/) polecam:) A sama bardzo się cieszę, że mam w zapasie jeszcze 4 tomy i zbiór opowiadań. Obok Nessera to moja lektura kryzysowa.

Sarah Hillary
W obcej skórze - jak do tej pory moje kryminalne odkrycie roku, zdecydowanie! Jak to jest dobrze napisane i elegancko przetłumaczone (przez Agnieszkę Brodzik, gratuluję). Rzadko się trafia tak udane połączenie, gwarantujące czytelniczą przyjemność. Trudny temat przemocy domowej w bardzo niebanalnym wydaniu, wieloaspektowe przedstawienie problemu, a wszystko to w szatkach doskonale skomponowanej intrygi z tak eleganckim suspensem, że cały zeszły weekend spędziłam z komisarz Marnie Rome, dosłownie nie mogąc się oderwać (nie, nie jest to metafora, co chwilę mówiłam sobie, że czas już skończyć, ale jeszcze kolejny podrozdział, w którym wydarzało się coś takiego, że jeszcze tylko jeden, ostatni....). Można dobrze zacząć cykl i zaproponować coś świeżego. Dla fanów gatunku i nie tylko. Będę się czaić na zapowiadany na jesień tom drugi (sprawa główna zamknięta, bez obaw).

Się rozpisałam...
sobota, 21 maja 2016
Nadeszła era pola Bechmeira
Ian R. MacLeod to jeden z moich ulubionych autorów publikowanych w serii Uczta wyobraźni. Niezwykłą wyobraźnię łączy z unikalną językową wrażliwością, malarskością narracji. Przy tym wszystkim tworzy postaci wiarygodne psychologicznie. Kiedy więc w lutym 2015 roku ukazało się łączone wydanie zbioru opowiadań Tchorosty i inne wy-tchnienia oraz powieści Obudź się i śnij, natychmiast je kupiłam i zaczęłam czytać tytułowe opowiadanie. Nie wiem, czy to z tekstem było coś nie tak, czy może decydujące znaczenie miał fakt, że akurat przeniosłam się w pracy i byłam w trakcie mocno obciążającej adaptacji do nowych warunków, która zajęła mi jeszcze cztery miesiące. Dość, że przeczytałam w wielkich bólach około 50 stron i tekst mnie pokonał, co nie zdarza się często. Książka zawędrowała na półkę i tkwiła do niedawna na wysokości moich oczu jak wyrzut sumienia.
Aż któregoś dnia Anneke zaczęła mi zachwalać Obudź się i śnij, a ja, z zupełnie innym nastawieniem, postanowiłam dać lubianemu autorowi kolejną szansę. Nie zawiodłam się, choć może nie jest to rzecz tak rewelacyjna jak Wieki światła, czy tak stymulująca intelektualnie jak Pieśń czasu.
Obudź się i śnij
to połączenie historii alternatywnej i kryminału noir z elementami sf. Głównym bohaterem osadzonej w roku 1940 i rozgrywającej się w Hollywood powieści jest Clark Gable, prywatny detektyw specjalizujący się w sprawach rozwodowych. Zbieżność nazwisk ze znanym aktorem bynajmniej nie jest przypadkowa. W świecie utworu MacLeoda rozwój kinematografii przebiegł innym torem - po wczesnych filmach dźwiękowych nastały emotyki, nagrywane z wykorzystaniem rewolucyjnego wynalazku - pola Bechmeira. Pole to pozwalało na bezpośrednią emisję utrwalonych wcześniej za pomocą specjalnej aparatury emocji aktorów do układu nerwowego widzów. Clark Gable nie był kompatybilny z nową technologią, więc u progu obiecującej kariery wypadł z filmowej branży i się przekwalifikował. Mieszka teraz w marnej kwaterze i żyje od zlecenia do zlecenia, starając się zbyt często nie wspominać swojej niemalże świetlanej przeszłości.
Jednak kolejna klientka zmusi go do powrotu na dawne ścieżki. April Lamotte ma dla byłego aktora nietypowe zadanie - prosi, by wcielił się w jej męża, scenarzystę odnoszących sukcesy emotyków, i podpisał jako Daniel Lamotte kontrakt na scenariusz obrazu zatytułowanego Obudź się i śnij. Na oko łatwa i dobrze płatna robota, więc Clark nie zadaje wielu pytań, przyjmując za dobrą monetę opowieść o załamaniu nerwowym męża klientki. Początkowo wszystko idzie jak z płatka, potem jednak sprawy się komplikują, zaczynają padać trupy, a Gable, uważany za Daniela Lamotte'a, tkwi w samym środku zamieszania. Które ściśle wiąże się z tematyką scenariusza Obudź się i śnij. A tę stanowią okoliczności powstania pola Bechmeira...
MacLeod sprawnie wykorzystuje reguły konwencji noir, jednocześnie subtelnie przemycając w tle informacje o innych różnicach pomiędzy światem przedstawionym, a tym, który znamy. Bo nie tylko historia kina potoczyła się inaczej. Obie warstwy - intryga kryminalna i historia alternatywna osnuta wokół przełomowego wynalazku - zgrabnie się dopełniają i tworzą interesującą, dynamiczną całość.
Warto.
sobota, 30 kwietnia 2016
Biały Prorok i jego katalizator powracają, czyli słów kilka o Trylogii Złotoskórego Robin Hobb
W tym miesiącu przeczytałam m. in. prawie 2000 stron, czyli drugi i trzeci tom wspomnianego w tytule notki cyklu - Złocistego błazna i Przeznaczenie błazna. Akcja tomu pierwszego, czyli Misji błazna, którą delektowałam się w marcu, rozpoczyna się w 15 lat po wydarzeniach opisanych w finale Wyprawy skrytobójcy. W międzyczasie Bastard Rycerski Przezorny i związany z nim magią Rozumienia wilk Ślepun zwiedzili odległe zakątki Królestwa Sześciu Księstw i Krainy Miedzi, a następnie zamieszkali w chatce na odludziu, polując i uprawiając skrawek ziemi. Bastard odnalazł upragniony spokój i wolność od służby tronowi Przezornych. Po kilku latach zaczęła go odwiedzać pieśniarka Wilga Słowicza, oferując mu raz na jakiś czas nieco ciepła i bliskości, a także porcję dworskich plotek. Pewnego razu przyprowadziła Bastardowi kilkuletniego chłopca, Trafa, wojenną sierotę spotkaną na szlaku. Były królewski skrytobójca wychował go jak własnego syna, Ślepun także uznał dzieciaka za członka stada. Spotykamy ich, gdy idylla na uboczu musi dobiec końca. Traf chce wstąpić do terminu i zakosztować miejskiego życia, aby dorobić na naukę, opuszcza Bastarda na lato, najmując się do prac polowych w okolicy. Jednocześnie pewnego dnia do ustronnej chatki znajduje drogę przeszłość w osobie dawnego królewskiego błazna. I nagle Bastard odkrywa, że może jednak wcale nie był tak szczęśliwy po spaleniu wszystkich mostów łączących go z dawnym życiem, jak usiłował sobie wmawiać. A trzeba trafu, że akurat tron Przezornych znowu go potrzebuje. Młody książę Sumienny, syn Szczerego i następca tronu, znika z domu na kilka tygodni przed swoimi zaręczynami z zawyspiarską narczeską. Związek jest spoiwem sojuszu z Wyspami Zewnętrznymi. Narzeczony musi zostać odnaleziony, by zapobiec skandalowi i ocalić kruchy pokój. W kolejnych tomach akcja koncentruje się na tym, co młody książę będzie musiał uczynić, by okazać się godnym swej egzotycznej wybranki.
W drugiej trylogii Hobb osadzonej w tym samym uniwersum znacznie większą rolę odgrywa magia Rozumienia - zarówno związane z nią przesądy i społeczny ostracyzm dotykający jej posiadaczy, jak i rozłamy wśród samych Rozumiejących. Ważne są jednak także - wcześniej wcale tak bardzo nieeksponowane - zagrożenia związane z praktykowaniem Rozumienia przez osoby niewyszkolone oraz z używaniem tej magii w sposób nieetyczny. To problematyka niezwykle ciekawa i złożona, w dodatku przedstawiona dzięki talentowi autorki wieloaspektowo, bez zdecydowanych odpowiedzi i łatwych recept, za to w bardzo poruszający, prosty i zarazem obrazowy sposób. Bastard i Ślepun, choć byli braćmi i najlepszymi przyjaciółmi, przez niewiedzę człowieka związali się zbyt blisko. Teraz obaj będą musieli zapłacić za to straszliwą cenę. Książę Sumienny za sprawą Rozumienia może paść ofiarą straszliwej i bezwzględnej manipulacji, stać się nieświadomym pionkiem radykalnego odłamu Rozumiejących, czyli Srokatych, a nawet utracić wolną wolę.
Druga trylogia to także urzeczywistnienie proroctw błazna i niezwykła próba jego przyjaźni z Bastardem. Kolejny wątek tak naładowany emocjami, że te ponad 2500 stron pochłania się niemal niedostrzegalnie. Hobb jest mistrzynią psychologii postaci, umie też poddawać je próbom, które nie pozwalają czytelnikowi ani na moment zmniejszyć swojego zaangażowania w ich perypetie. Wielka czytelnicza przyjemność, unikalny emocjonalny rollercoaster. A zakończenie! Słów brak. Wsiadajcie, a nie będziecie żałować. Mnie pozostaje się cieszyć, że mam jeszcze sporo nieprzeczytanych tytułów tej autorki.
sobota, 27 lutego 2016
Gdy Matka Wojna rozkłada skrzydła
W finałowym tomie trylogii Morze Drzazg Joe Abercrombie po raz kolejny wprowadza na pierwszy plan nowych, nieznanych bohaterów, kontynuuje też jednak wcześniej zapoczątkowane wątki, z których najważniejszym jest starcie Ojca Yarviego i Babki Wexen. Co prawda formalnie stawką tytułowej wojny jest religijna hegemonia Jednobóstwa i polityczna dominacja Najwyższego Króla nad wszystkimi teoretycznie suwerennymi krainami uniwersum, ale praktycznie jesteśmy świadkami końcowego etapu drogi do wypełnienia przysięgi, którą jednoręki, wyzuty z dziedzictwa chłopak złożył Słońcu i Księżycowi na kartach Pół króla.
Dlatego Yarvi nie pragnie pokoju - pragnie zemsty i nie cofnie się przed niczym, aby jej dokonać. Świętokradztwo to dla niego drobiazg, bez skrupułów manipuluje także główną bohaterką naszej opowieści, księżniczką Skarą. Nie jest zapewne przypadkiem, że Skara, dziedziczka tronu Trovenlandu, pod bardzo wieloma względami przypomina Yarviego na początku jego drogi. Wrogowie zabili jej ojca, dziada, odebrali tron i spustoszyli kraj. Uciekła dzięki podstępowi, a teraz pragnie odzyskać należne jej miejsce. Jako kobieta, skrajnie różna od czupurnej Zadry Bathu, nie myśli o chwyceniu za broń. Jej orężem są słowa, którymi prowadzi się tę drugą połowę wojny - psychologiczną. Skara musi pokonać żałobę i strach oraz przełamać animozje między Uthilem i Grom-gil-Gormem, władcami Gettlandu i Vansterlandu. Ich sojusz bowiem stale się chwieje, a by stawić czoła nieprzebranym watahom Najwyższego Króla, muszą być zjednoczeni i szybko podejmować decyzje. Skara poza słowami nie ma niczego - służącą wypożyczyła jej królowa Gettlandu, strażnika - młodego, krwiożerczego i w przedziwny sposób atrakcyjnego wojownika - król Vansterlandu, a jej minister jeszcze niedawno była uczennicą Matki Scaer.
Choć tak wiele ją z Yarvim łączy, jest między nimi fundamentalna różnica - nad zemstę Skara przedkłada obronę i odbudowę swojego kraju. By jednak było to możliwe, trzeba wygrać wojnę. Wobec przytłaczającej liczebnej przewagi wroga trzeba jakoś zwiększyć swoje szanse...
Pół wojny zawiera wszystko to, co charakterystyczne dla prozy Abercrombiego: nieoczekiwane przełamywanie schematów, zaskakujące rozwiązania niby to szablonowo poprowadzonych wątków, zawoalowaną krytykę wojen oraz wielopiętrową intrygę. Zwłaszcza przewrotna puenta (przy każdej kolejnej powieści jestem przekonana, że autor niczym już nie zdoła mnie zaskoczyć, bo znam cały wachlarz jego sztuczek, a jednak mu się udaje!) wiele tu wynagradza. Dobra powieść, najlepsza w cyklu, ale i tak Morze Drzazg znacznie ustępuje poziomem Pierwszemu Prawu.
poniedziałek, 22 lutego 2016
Dokąd jedzie miasto?

Strasznie dawno nie pisałam notki w Wordzie, ale ponieważ dzisiaj jest sobota, nie mam Internetu od środy (dwie wizyty podwykonawców Netii to najwyraźniej zbyt mało, by usunąć awarię, a nawet, by zrobić w tym kierunku cokolwiek - serdeczne pozdrowienia w stylu Tomasza Pacyńskiego* dla pracowników firmy Tele Optic z Lubina, gorąco nie polecam), a przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, to piszę:) O ile trzecie podejście okaże się uwieńczone sukcesem, ten tekst pojawi się na blogu w poniedziałek, ale - biorąc pod uwagę dotychczasową historię usuwania tej awarii - stawiam raczej na piątek. Trzecie podejście było dramatyczne, ale koniec końców jakoś się panom technikom udało.

Wracając do naszych baranów, przeczytałam Odwrócony świat Christophera Priesta, który niedawno ukazał się w ramach serii klasyki fantastyki wydawnictwa MAG, czyli Artefaktów. Powieść jest dwadzieścia jeden lat starsza od Prestiżu i dwadzieścia osiem lat starsza od Rozłąki. Jest też zupełnie inna (co w kontekście przywołanych danych nie dziwi w najmniejszym stopniu), ale na aż taką skalę stylistycznej oraz artystycznej odmienności nie byłam przygotowana.

To dosyć klasyczne formalnie i mocno ascetyczne stylistycznie sf, w którym pierwszoplanową rolę odgrywa konstrukcja świata przedstawionego. Mechanikę świata oraz zasady rządzące społecznością miasta Ziemi (dobrze widzicie, powieść rozgrywa się w mieście, w dodatku ruchomym) odkrywamy wraz z głównym bohaterem, Helwardem, który na początku tej historii opuszcza ochronkę i wkracza w dorosłość. Odwrócony świat wykorzystuje formułę powieści inicjacyjnej, by autor mógł stopniowo odsłaniać przed czytelnikiem kolejne warstwy przygotowanej przez siebie tajemnicy. U progu dorosłości i na początku nauki, której uwieńczeniem ma być praca w cechu Badaczy Przyszłości, Helward wie tyle, że miasto stale przemieszcza się w przód, po nieustannie budowanych przez swoich mieszkańców torach, by nadążyć za punktem optimum. Za jego życia nigdy tego nie dokonało. Czym właściwie jest optimum i dlaczego miasto musi za nim podążać? Skąd wziął się panujący w mieście system cechowy i dlaczego każdy uczeń składa przysięgę, zobowiązującą go pod karą śmierci do zachowania w tajemnicy wszystkiego, czego dowie się o świecie otaczającym miasto w toku nauki? Gdzie właściwie znajduje się miasto Ziemia? Tego Helward dowiaduje się stopniowo, za niektóre okruchy wiedzy płacąc wysoką osobistą cenę.  A w ostatecznym rachunku tak jego, jak i czytelnika, czeka wielkie zaskoczenie.

Odwrócony świat potwierdza zamiłowanie Priesta do skomplikowanych fabularnych konstrukcji i przewrotnych puent, a mimo swojej zwięzłości i językowej prostoty jest historią zajmującą, opowiedzianą w dynamiczny, a zarazem intrygujący sposób. Zakończenie i ostateczne rozwiązanie wszystkich zagadek czyni z niego zdecydowanie satysfakcjonującą lekturę i sprawia, że czas poświęcony na obcowanie z tekstem (niedługi zresztą, bo objętość powieści jest niewielka) nie sposób uznać za stracony. Jest to zatem powieść dobra i oryginalna, słusznie nagradzana. Ja jednak mimo wszystko zdecydowanie preferuję późniejsze dokonania autora, czytanie jego dzieł w odwrotnej kolejności do chronologii ich powstawania w nieunikniony sposób przynosi lekkie rozczarowanie:) Natomiast dla miłośników nie tyle samej twórczości Priesta, ile raczej klasycznego, koncepcyjnego sf (do których osobiście się nie zaliczam) będzie to zdecydowanie smakowity kąsek.

P.S. Oddalam się na beznecie, na którym na szczęście mam na pociechę Pół wojny Abercrombiego. Jestem już w połowie i na tle serii powieść zdecydowanie nie rozczarowuje, a że zakończenia są mocną stroną autora, sporo sobie obiecuję po pozostałej części tekstu.

* Oby im flaki wygniły i dupą wyciekły!**

** Zwłaszcza tym, którzy w piątek wieczorem specjalnie zdemolowali skrzynkę na korytarzu, żeby iść weekendować.

sobota, 13 lutego 2016
David, grasz pięknie! Może zagraj coś nowego, bez fałszywych nut?
Uwielbiam czytanie Mitchella. Mało kto tak sprawnie posługuje się językiem i ma tak genialną tłumaczkę w Polsce jak Justyna Gardzińska. Sądzicie, że przesadzam? To przeczytajcie ten fragment:

Dzisiejszy młyn w Bladym Biskupie to pełen przegląd kwiatu młodzieży: „Tak, Stephen Hawking i Dalajlama. Który ma rację? Wiesz, to zależy”. Modne dżinsowe minispódniczki, koszule GAP, markowe zapalniczki, za duże swetry Kurta Cobaina, levisy, gdzie trzeba gustownie przetarte; „Widziałaś, jak zbok czatuje przy kiblach? Bo drzwi do klopa są ciągle otwarte”. Jak słucham tego kawałka The Pogues, to wali mi serce i miękną kolana; „Wszystko ze sklepów Armii Zbawienia jest w świerzbie, masakra, swędzi mnie od rana”. Zaduch lakieru i dezodorantu, zmieszany z Chanel numer pięć. Zadbane zęby bez żadnej plomby w sztucznym uśmiechu do zdjęć. „Słyszałaś dziś newsa, że kot Schrödingera zdechł, żyje, zdechł, żyje, zdechł, żyje? Cholera...”. „Dalton ma znowu grać Bonda? To bzdura”. Upadek Barretta i era Gilmoura. O symulacjach i symulakrach, o kursie dolara do funta. O Sartrze, Barcie Simpsonie, o Barthesie, o Chile, Peru i juntach. „Łoił podwójne, zalał się jak bela”. Trzydniowy zarost George’a Michaela. „Bo koniec The Smiths to koniec muzyki”. Dziedzice fortuny, białe kołnierzyki. Zastępy przyszłych ekspertów i sędziów, bankierów 
in statu pupillari. Spłodziły ich lędźwie światowej elity, a Cambridge ich doskonali. Władza i pieniądz lepią się do siebie, jak miód do Kubusia Puchatka, nie, wcale tego nie krytykuję, tego uczyła mnie matka. Czy kiedyś mówił ci ktoś, że wyglądasz jak Demi Moore w Uwierz w Ducha? Na górze róże, na dole fiołki, ja gadam, a Ness chce mnie słuchać.
 
Jakieś wątpliwości?:) Czasomierzy wyglądałam z utęsknieniem, kupiłam, jak tylko się ukazały, i niedługo potem zaczęłam czytać. Mniej więcej do 3/4 powieści byłam po prostu urzeczona historią i w zasadzie nie przeszkadzało mi, że autor po raz kolejny korzysta z tego samego schematu, co w genialnym Atlasie chmur i debiutanckim Widmopisie, czyli kompozycji opartej na zmianie narratorów, których łączy (tym razem) osoba głównej bohaterki - Holly Sykes. Holly poznajemy, gdy ma 15 lat, w roku 1984, a rozstajemy się z nią niemal 60 lat później, w 2043 roku, gdy wie, że jej dni są już policzone. W międzyczasie pałeczkę narratora przejmują: niezwykle utalentowany oszust, dziennikarz wojenny, pisarz, którego wczesna sława szybko przebrzmiała, oraz Marinus. I to właśnie partia tej postaci wszystko dla mnie w powieści zepsuła. Ba, zdołała mi też w znacznym stopniu zepsuć bardzo dobre wspomnienia z lektury Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta.
I mam o to do autora wielki żal. Już wcześniej próbował subtelnie łączyć swoje powieści, delikatnie sugerując, że wszystkie rozgrywają się w ramach tego samego uniwersum. Po raz pierwszy jednak możemy na kartach Czasomierzy spotkać zarówno bohatera Tysiąca jesieni, jak i bohaterkę Widmopisu. Nie jest to korzystna zmiana, gdyż dosłowna fantastyka Mitchellowi wychodzi bardzo słabo. Nie zawaham się powiedzieć, że stanowi jego piętę Achillesową. Co więcej, wydaje mi się, że autor świetnie zdaje sobie z tego sprawę, dlatego zwykle wątki fantastyczne (za wyjątkiem futurologicznych) rozgrywa poprzez aluzje, niedopowiedzenia. W końcu musi jakąś słabość mieć, byłoby nie w porządku wobec wszechświata, gdyby we wszystkim był tak genialny, jak w posługiwaniu się językiem, żonglowaniu literackimi konwencjami, kreowaniu postaci i obserwacjach społecznych, a nawet prowadzeniu narracji.  Ale im lepsza jest książka jako całość, tym większa staje się waga jej słabego punktu. Tym słabym punktem jest w Czasomierzach wątek atemporalnych. I znów, nie sposób odmówić Mitchellowi konsekwencji, bo jeden z przedstawicieli tego gatunku pojawił się już w jego debiutanckiej powieści, a do wątku dusz skazanych wyrokiem losu na nieprzerwane reinkarnacje powracał w taki czy inny sposób w każdym kolejnym utworze.  Ale to, co zrobił z nim tym razem, dokładając naturalnym atemporalnym przeciwników, złaknione nieśmiertelności bractwo Anachoretów, którzy w celu przedłużenia swojego życia nie wahają się odbierać go innym ludziom, bardzo mi się nie podobało. Już sama pełna nazwa Złych mówi wszystko: Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn. A cała koncepcja powstania tego Kręgu Zła i jego funkcjonowania jest tak komiksowo groteskowa, że miałam ochotę wrzeszczeć: to właśnie z powodu takich motywów tak zwany główny nurt wyśmiewa się z fantastyki.
Jeśli tak utalentowany autor jak Mitchell robi z tak świetną książką jak Czasomierze coś podobnego, to jak może być inaczej?
Nie może. Ale i tak serdecznie polecam, choć moją ulubioną realizacją wariacji na ten sam temat w wykonaniu Davida M. pozostaje (zapewne Prawem Pierwszej Książki) Atlas chmur.
P.S. Dodatkowy plus za wspaniałe rozwinięcie - również powracającego w twórczości autora - wątku dalekosiężnych konsekwencji negatywnej recenzji:))) To było mistrzostwo.
 
1 , 2 , 3
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka