Wpisy z tagiem: Rachel Morgan

sobota, 27 lutego 2010
Kim Harrison po raz drugi i sarmackie mitręgi
O pierwszym tomie przygód Rachel Morgan pisałam tutaj jakiś czas temu - jako poprawnym, ale bez szału. Największego plusa miał za niską zawartość romance w paranormalu. Z rozpędu zabrałam się za część drugą (również dla odpoczynku psychicznego po Nadchodzi). Początek nie był zachwycający: akcji niewiele, dłużyzny, zapowiadało się, że będzie tak, jak sądziłam - odcinanie kuponów i kopiowanie formułki.
Kiedy jednak opowieść nabrała wreszcie tempa, okazało się, że jest zgoła inaczej. Autorka sprawnie kontynuuje główne wątki z poprzedniego tomu, potwierdzając tym samym istnienie tak zwanej "szerszej wizji" całego cyklu. Poznajemy bliżej wampirzą część podziemia Cincinnati, pojawia się ponownie demon, który w Przynieście... odegrał znaczącą rolę. Dostajemy również rozwiązanie zagadki, dotyczącej przynależności rasowej radnego Kalamacka, a ponadto interesujące fakty z przeszłości Rachel, które każą jej zmienić optykę w sprawie nielegalnej produkcji bioleków. Komplikuje się też jej relacja z Ivy, a to za sprawą blizny z wampirzą śliną, pozostałej po ugryzieniu demona na łabędziej szyjce panny Morgan. Nawet beznadziejne początkowo sekwencje z Nickiem, nową miłością czarownicy, przybierają w pewnym momencie interesujący obrót. Dobry, zły i nieumarły, z dużo ciekawszą ponadto czysto kryminalną zagadką, znacząco przebija Przynieście mi głowę wiedźmy. Choć nic nie zapowiadało progresu w serii. Dlatego - o zgrozo - z zainteresowaniem czekam na kontynuację:)

***

Obecnie natomiast męczę się z pierwszym tomem Samozwańca Komudy, który jest tak rozwlekły, że aż zęby bolą. Po 150 stronach stolnikowic Dydyński zdążył a) wrócić z Inflant do domu (przy czym akcja nie zaczyna się w Inflantach, a w pobliżu jego rodowej siedziby:P) oraz b) pochować ojca, odkrywając przy okazji mroczną tajemnicę z jego przeszłości. Autor głównie popisuje się erudycją bez grama finezji, w dodatku ustawicznie traktując Czytelnika jak ostatniego idiotę. Ale nie przekreślam, to wciąż może być fajna historia, lubię Dymitriady. Choć ostentacyjna i podkreślana przy każdej okazji nienawiść do Moskwy (aka rankor) w mniej więcej takich samych proporcjach irytuje mnie i bawi. Historiozofię Sienkiewicza (o ile w ogóle można o czymś takim mówić na poważnie) Komuda potępia zasadnie, ale stylistycznie do pięt mu nie dorasta, choć w Samozwańcu ambicje na tej niwie są widoczne gołym okiem.
niedziela, 14 lutego 2010
Im więcej, tym mniej
Rozwijając - im więcej crapu się czyta, tym mniej surowo się go ocenia. Czy może inaczej - jeśli zaczniesz od chały na skalę międzygalaktyczną, na rzecz zaledwie poprawną spojrzysz dużo przychylniej niż by na to obiektywnie zasługiwała - a to prawem (i niezasłużonym bonusem zarazem) kontrastu. Wykańczam obecnie zapas recenzenckich. Dojdzie już niebawem do sytuacji, która nie miała miejsca od ponad dwóch lat - jeszcze jeden tytuł i będę miała "czyste konto". Jak łatwo się domyślić, na koniec "kolejki" bez żalu spychałam pozycje potencjalnie najmniej mnie interesujące. Zarazem, z upływem czasu, nastawiałam się do konieczności ich czytania coraz bardziej negatywnie. Nie dziwota, mam na półce masę (własnych lub pożyczonych) tytułów, które chciałabym przeczytać.

Czasem wystarczy pozornie nieistotny drobiazg, jak okładka, żebym się do książki uprzedziła. Uprzedzenia o tego typu korzeniach często okazują się, przynajmniej częściowo, pozbawione podstaw. Na szczęście. I tak też zdarzyło się ostatnio aż dwukrotnie, choć nie bez kozery umieściłam w tym wpisie pierwszy akapit, bo jestem przekonana, że na zawyżenie moich ocen powieści Weeksa (recka) i Harrison miała znaczący wpływ trauma, zafundowana mi przez Miasto popiołów (recka) Cassandry Clare, o której pisałam tutaj jakiś czas temu w tonie obywatelskiego ostrzeżenia. Po takim gniocie, gdy dostaje się, w okropnej okładce i z dość pesymistycznie nastawiającym blurbem, powieść z dynamiczną, ciekawą, choć raczej schematyczną fabułą - człowiek czuje, że jest w czytelniczym siódmym niebie. W przypadku Weeksa byłam w takiej euforii, że nie tylko ma on pomysł na fabułę, ale nie zawiera ona logicznych dziur wielkości Moby Dicka, że właściwie nie zwróciłam zbytnio uwagi na marny język (tragicznej korekty już niestety nawet endorfiny nie zniwelowały- najgorsza pod tym względem pozycja z MAGa, odkąd pamiętam). No, w porządku, epilog był z tych bardziej żenujących i wywaliłabym go w kosmos, ale, cholera, facet zaskoczył mnie kilkoma zgrabnymi twistami. Owszem, nie jest mistrzem dialogów i psychologii, ale pomysły ma. W ostatecznym rozrachunku ta okładka go krzywdzi.
Przynieście mi głowę wiedźmy odstręczało mnie z kolei jakąś nagrodą dla powieści paranormal romance. I co? I właściwie romansu tam nie uświadczysz. Główna bohaterka jest co prawda bliską krewną Pinokia, ale są inni, nieco poprawiający bilans, a zagadka jest całkiem intrygująca. Kilka konceptów z kreacji świata nieszablonowych. Solidna rozrywka.
Nie taki diabeł...no i w sumie głupio mi teraz o tym pisać, ale od Toma Holta, który mi pozostał, odrzuca mnie reklamowy slogan "następca Pratchetta". I tu, niestety, raczej nie spodziewam się błogosławionej pomyłki.
Obym nie miała racji...
W ramach przerwy poczytam teraz Miecz i kwiaty 2 Mortki. Już zaczęłam, właściwie. De Royes uciekł z niewoli, how convenient...
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka