Wpisy z tagiem: cegły

sobota, 28 lutego 2015
Przepraszam, ale mnie wciągnęło:)
Na pewno zastanawiacie się, czemu nie ma nowych wpisów o książkach (akurat ktoś się zastanawia, jak nikt tego nie czyta:). Przyczyna jest prozaiczna - pochłonął mnie cykl, składający się z trzech tomów, a każdy kolejny jest grubszy od poprzedniego. Jest to dość stary cykl z gatunku w miarę klasycznej fantasy - Skrytobójca Robin Hobb. Całkiem niedawno po raz kolejny wznowiło go po polsku nieocenione wydawnictwo MAG, a ja pomyślałam, że skoro akurat po dłuższej przerwie odczuwam głód fantasy, to świetnie się składa, bo już od dłuższego czasu miałam zamiar poznajomić się z autorką. Pierwszy tom, Uczeń skrytobójcy, zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Choć bowiem zdaje się operować na do reszty już dziś zajechanych gatunkowych kliszach (książęcy bękart o wyjątkowych zdolnościach musi przetrwać na pełnym intryg królewskim dworze - no, błagam!), oferuje o wiele więcej. Przede wszystkim przejmująco realistyczną warstwę psychologiczną i ciekawie ewoluujące postaci. Istotną rolę w powieści odgrywają również zwierzęta, z którymi głównego bohatera łączy szczególna, cenna, ale i bolesna więź. Przede wszystkim jednak jest to historia o samotnym sześciolatku, a później dorastającym chłopaku, który rozpaczliwie pragnie gdzieś przynależeć i być akceptowany. Obszerniej swoje wrażenia z lektury pierwszego tomu opisałam tutaj.

Ta niby to schematyczna historia - nieoczekiwanie dla mnie samej - wciągnęła mnie ze skarpetkami, także za sprawą płynnego stylu autorki, który czynił z lektury prawdziwą przyjemność. Było więc zupełnie naturalne, że po zakończeniu pierwszego tomu chwyciłam za drugi, czyli Królewskiego skrytobójcę. Tutaj jest w pewnym sensie jeszcze ciekawiej, bo Bastard (imię głównego protagonisty) nagle zaczyna pragnąć wiecznie nienawidzonej samotności, a utkana misternie przez lata pajęczyna kłamstw uniemożliwia mu odnalezienie prawdziwego szczęścia u boku ukochanej. Jest to również opowieść o cenie lojalności - w imię złożonej swojemu królewskiemu dziadkowi przysięgi chłopak musi zrezygnować w zasadzie ze wszystkiego i podejmować działania niezgodne z własnymi przekonaniami.  Ten klincz autorka odmalowuje tak sugestywnie, że po prostu nie sposób się oderwać. Znacie na pewno przymus dotykania językiem bolącego zęba. Lektura drugiego tomu to coś w tym rodzaju, tylko że z trzonowcem.

Czytanie cyklu zakończonego ma tę zaletę, że nie trzeba czekać latami na dalszy ciąg. Tak, już wiecie, co zamierzam czytać w najbliższym czasie. Ostatni tom trylogii, czyli Wyprawę skrytobójcy (jedyne 995 stron). Co oznacza, że wpisów książkowych w dającej się przewidzieć przyszłości także nie będzie. Wszyscy jednak znamy radość obcowania z dobrym cyklem, więc mam nadzieję, że okażecie zrozumienie:)
P.S. Próbuję ustawić czcionkę na Palatino Linotype, ale edytor bloxa stawia zdecydowany opór. Czy ktoś wie, dlaczego i co zrobić, żeby przestał?:) W ogóle blox dziś świruje.

czwartek, 29 maja 2014
Siła klasyki
Najpierw myślałam, że będzie jak z Narnią. W pewnym wieku już za późno na pierwszy raz. Ale przekonywali mnie na Zaginionej Bibliotece, że chociaż Czarnoksiężnik z Archipelagu był za moich czasów na liście lektur nadobowiązkowych do klasy piątej lub szóstej SP (raczej piątej, próbowałam, wtedy nie zmogłam) - to nie jest ten przypadek.
Cóż, mieli rację, a mnie po lekturze jeszcze bardziej dziwi, kto podjął decyzję o umieszczeniu tej powieści na wspomnianej liście. Jedno z dwojga: a) ktoś, kto jej kompletnie nie zrozumiał; b) ktoś, kto przecenił dojrzałość intelektualną jedenastolatków.
Bo Czarnoksiężnik nie jest powieścią dla dzieci, choć chyba zawiera pierwowzór Hogwartu. Nie jest, wbrew wszelkim pozorom, powieścią prostą. Czy raczej - jest dokładnie tak prosty jak najważniejsze dylematy filozofii. Z wymową fabularną całości jest trochę jak ze stylem Le Guin - niby oszczędny, ascetyczny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. A jednak właśnie dzięki temu wprost magnetyczny, przykuwający uwagę, wymagający, a jednocześnie dyskretnie piękny (tak, trochę się zakochałam w tym stylu - dlaczego tak późno?!:). Magia dzieje się tu mimochodem. Oczywiście, spora część tego cudu to zapewne zasługa znakomitych tłumaczy - Stanisława Barańczaka,  Piotra W. Cholewy (Grobowce Atuanu) i Pauliny Braiter (Najdalszy brzeg). Niemniej, taka stylistyczna uczta trafia się bardzo rzadko.
Czarnoksiężnika można potraktować jako jedną z najbardziej kameralnych wiwisekcji ludzkiej duszy, z jakimi się dotąd spotkałam na swojej czytelniczej drodze. Naprawdę robi wrażenie. Dodatkowo uniwersum Le Guin, konstrukcja magii, rola imion - to motywy, od których aż się roi u późniejszych twórców fantasy. Jednocześnie, zwłaszcza gdy uwzględnić czas powstania utworu (rok 1968), wielokulturowość uniwersum jest wręcz zaskakująco prorocza. Podobnie jak przemyślenia na temat rasizmu.
Choć podobał mi się każdy z tomów trylogii o Gedzie, który zaczynał jako pastuch kóz, a został najpotężniejszym magiem Ziemiomorza, najbardziej porwały mnie Grobowce Atuanu. Być może jest w tym zasługa głównej bohaterki, czyli Tenar, z uwagi na datę urodzenia odebranej rodzicom i oddanej na służbę pradawnym potęgom. Ale jednak to chyba w największym stopniu kwestia tematyki, bo to w końcu historia o wyzwoleniu z więzienia własnych przekonań, opartych na tradycji, którego piękną i monumentalną metaforą są tytułowe grobowce. Kiedy Tenar poznaje w końcu smak wolności, nie sposób nie przeżywać tego razem z nią. A to niezwykłe doświadczenie, choć - podobnie jak droga do niego wiodąca - niełatwe. I bez obowiązkowego szczęśliwego zakończenia, co jest jednym z większych walorów powieści.
Najdalszy brzeg to najmroczniejsza i najdojrzalsza odsłona trylogii. Opowiada o tragicznych konsekwencjach, do jakich wiodą próby naruszenia naturalnego porządku poprzez realizację największego marzenia ludzkości, jakim jest pokonanie śmierci. Skutkiem jest powolne obumieranie świata i szaleństwo ludzi, przedstawione przez autorkę w charakterystyczny dla niej, kameralny, a zarazem niezwykle sugestywny sposób. Zarazem to realizacja jednego z żelaznych gatunkowych motywów, jakim jest ocalenie krainy poprzez powrót zapowiadanego od wieków władcy. Kto nim będzie, jest oczywiste w zasadzie od samego początku, oczywiście - dla wszystkich z wyjątkiem samego zainteresowanego. To akurat początkowo mocno mnie irytowało, ale szybko zeszło na dalszy plan, bo mroczna, nastrojowa i chyba najbardziej nasycona magią spośród dotychczasowych historia po prostu mnie pochłonęła.
Podsumowując - gorąco polecam trylogię o Gedzie. O ile w ogóle jest jeszcze jeszcze ktoś, kto - jak ja - jej nie zna. Warto nadrobić tę zaległość, bo pozwala zrozumieć, gdzie leży siła prawdziwej klasyki i dlaczego nigdy się ona nie zestarzeje.
sobota, 17 maja 2014
Logistyka lekturowa
Czyli proza czytania, która może zarazem skutecznie zabić część radości czytania. Uwagi na marginesie lektury zbiorczego wydania Ziemiomorza Ursuli K. Le Guin.

Wydanie, trzeba przyznać, przepiękne (zdjęcie pozwoliłam sobie pożyczyć z wpisu Padmy na Mieście książek). Jak na swoją objętość, czyli 944 strony wcale niezbyt dużego druku, nawet nie takie ciężkie, pewnikiem z tego lżejszego papieru. Sześć powieści (no, dokładniej to 5 i jeden zbiór opowiadań) w jednym, więc i nie dziwota, że gabaryt słuszny.

Dostałam na Gwiazdkę, na własną prośbę, bo chciałam nadrobić zaległość w klasyce fantasy. Zabrałam się za to w ostatnim czasie, korzystając z przerwy w dostawach pozycji do recenzji. Chyba się starzeję, albo Kindle rozbestwił mnie już w sposób ostateczny. Ręce mnie bolały!

Dla wyjaśnienia, najczęściej czytam, leżąc na plecach, a jako żem krótkowidz, minęły już bezpowrotnie te piękne dni, kiedy mogłam oprzeć sobie książkę o podciągnięte kolana. Z tego samego powodu dość niewygodnie czyta mi się książkę leżącą na biurku/stole/innej płaskiej powierzchni, przy której można usiąść. Czytanie na brzuchu odpada, po pierwsze - nie lubię, po drugie - mam problem z kręgosłupem.

Przeczytałam na razie trzy pierwsze części, czyli tzw. klasyczną trylogię (Czarnoksiężnik z Archipelagu, Grobowce Atuanu, Najdalszy brzeg). O wrażeniach stricte literackich napiszę osobno, naprawdę warto. Natomiast logistyka wpłynęła na wolniejsze niż zazwyczaj tempo lektury (wyjątkiem były jedynie Grobowce, bo naprawdę mocno mnie wciągnęły i zaanektowałam sobie fotel do czytania) oraz zarządzenie przerwy po Najdalszym brzegu. Muszę chyba wzmocnić ręce:D
wtorek, 11 września 2012
Neal rocks as always
Zaczęłam sobie wczoraj Reamde Stephensona (nie, nie skończyłam jeszcze Szoguna, oszukuję:). Ot, 40 stron do poduszki, a już poczułam tę znajomą radość, zachwyt z obcowania z niesamowitym stylem. Jedynym w swoim rodzaju. W przekładzie jednego z moich ulubionych tłumaczy, Wojciecha Szypuły. Jak kiedyś zostanę tłumaczką, co jest moim wielkim marzeniem, to chcę być taka dobra jak on. Przynajmniej:)
A dzisiaj ustawa o samorządzie gminnym, i trochę spadłam z literackiego nieba, ale czego się nie robi dla pieniędzy:) Lub przynajmniej ekspektatywy tychże.
W każdym razie, nie mam cienia wątpliwości, że Reamde będzie świetne.
sobota, 08 września 2012
Pomiędzy cegłami
W tym miesiącu moje czytelnictwo wygląda straszliwie ubogo - pewnie najgorzej od roku. Przyczyna jest prosta - oprócz pracy poświęcam się również lekturze licznych ustaw, wierząc naiwnie, że trzy miesiące pilności dadzą mi szansę na odmianę w życiu zawodowym. Oprócz tego, nauczona zeszłorocznym doświadczeniem, po każdej partii materiału rozwiązuję też testy. Nie zostaje mi wiele czasu czy sił (bo chęci nie brak) na czytanie, ale nadrobię to w październiku.
W tych nielicznych chwilach, które "wyrywam" na rozrywkowe literki, z obowiązków recenzenckich zdołałam umęczyć drugi tom Pellinoru, czyli Zagadkę (kontynuacja historii niewolnicy z nędznego i okrutnego sioła, o którym to fascynującym koncepcie - okrucieństwa sioła, znaczy się - zdaje się kiedyś tu pisałam:).
Ponadto jestem na jakiejś 630 stronie Szoguna (właśnie Blackthorne po raz kolejny uratował Toronadze życie w czasie trzęsienia ziemi). Nieustannie boleję nad tym, że nie mogę rzucić wszystkiego i skończyć w 4 dni. Jestem jednak heroiczna i obowiązkowa.
Na liście obowiązków teraz - mam nadzieję - przyjemny, czyli Reamde Stephensona. Zamierzam napocząć dziś lub jutro. Stąd więc cisza na blogu. Ale już niedługo:)
niedziela, 19 sierpnia 2012
Zaczytać się
Tak bym chciała móc rzucić wszystko i skończyć Szoguna maks w tydzień, jak za starych, dobrych czasów. Ale tak to jest. Nie ma już kiedy czytać na bieżąco nabywanych nowości, nie mówiąc o luksusie powrotu do ulubionych staroci. Takiego wiedźmina przez pierwsze dwa lata przeczytałam cztery razy. A ostatni raz chyba z 8 lat temu (po drodze ze dwa razy odświeżałam sobie opowiadania). Trylogia - będzie z jedenaście lat. O Muszkieterach, których przywiozłam sobie w oryginale z Paryża w 2008 w celach samokształceniowych, nawet nie wspominam, bo oczywiście ciągle leżą. I czekają.
Ciekawe, czy wynajdziemy kiedyś oprogramowanie, które umożliwiałoby czytanie podczas snu.
W zimie sobie odbiję, kiedy jak zwykle będzie mniej rzeczy do zrobienia.
A po Szogunie w kolejce czeka Reamde. Jeszcze większa cegła.
W kontekście powyższego właściwie nawet nie powinnam pytać, czy warto się zainteresować reedycją Malazańskiej Księgi poległych.
wtorek, 07 sierpnia 2012
Zaczęłam Shoguna
Bo trza mieć w życiu jakiś jasny punkt:)

Bo 185 stron w tym wypadku kwalifikuje się ledwie na zaczęłam. Po ponad 2 latach, w końcu.
Miałam mnóstwo rzeczy do napisania w tak zwanem międzyczasie, ale... nie miałam czasu.

Co ma swoje dobre (finansowo-psychologiczne) i złe strony.
Jakoś pilot-san ma dla mnie twarz ojca Ralpha z Ptaków ciernistych krzewów. Pamiętam z dzieciństwa jakieś migawki z serialu na podstawie. Strasznie dużo tam krzyczeli.

I tak to z cegłami - człowiek weźmie i mu starczy przy ograniczonych zasobach czasu na miesiąc. A przy bardzo ograniczonych zasobach czasu nawet na dłużej.
Ja rozumiem, że czcionka musiała być mała, ale jednak trochę ciężko się czyta.
A cegła wagowo nawet nie aż tak ciężka, pewnikiem z tego lżejszego papieru. Ale do tego to by Kindle był jak znalazł.
I dla rąk, i dla oczu.
Jeszcze nie teraz.
piątek, 04 czerwca 2010
Ambiwalencja
Bo z jednej strony - kocham grube książki miłością bezgraniczną i wielką niczym ocean. Nie trzeba się szybko rozstawać z bohaterami i w ogóle im dłuższa książka tym lepiej:)

Z drugiej strony - grube wcale często oznacza ciężkie. Co pociąga za sobą niewygodne w czytaniu. Na przykładzie Tai-pana, z którym mam przyjemność obcować obecnie, stwierdzam, że przez format (acz wydanie piękne) spada mi tempo. Jestem w jakiejś 1/7. Teraz wyjazd i nawet nie mam zamiaru tej cegły zabierać, ergo wrócę do niej za ponad dwa tygodnie. Byłabym za rozdzieleniem jej na tomy. Ale wówczas byłaby droższa. I kółko się zamyka.

W ogóle wyprowadzka z Krk i remont w Legnicy postawią mnie przed koniecznością przeprowadzenia gruntownego remanentu w domowej bibliotece (bo nie -teczce), co już teraz mnie przeraża. Ja mam książki poustawiane warstwami. Od dwóch lat szukam pierwszego tomu  Zakonu Krańca Świata, żeby sprzedać drugi:P
Co to będzie, co to będzie? Wszystkich, od których pożyczyłam jakieś książki, zapraszam po odbiór w Krk między 6 a 15 czerwca:) Oddawać też można, acz możliwe, że nie wszystko przyjmę a i jakieś gifty mogą się trafić:)
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka