Wpisy z tagiem: edytorstwo

sobota, 30 stycznia 2016
Olga i osty, czyli nie patrzcie na okładkę, zignorujcie blurba i dajcie szansę tej świetnej powieści
Od ostatniej notki przeczytałam w całości najnowszy tom akt Dresdena, czyli Martwy rewir (swoją drogą, dość dziwne tłumaczenie Dead beat...). Powieść trzyma poziom, o czym najlepiej świadczy fakt, że 600 stron wystarczyło mi na niecałych 48 godzin. Jednak zrecenzuję ją kiedy indziej i pewnie gdzie indziej (o ile w ogóle).

Dzisiaj zatem chciałabym gorąco zarekomendować waszej uwadze powieść Agnieszki Hałas, zatytułowaną Olga i osty, która ukaże się nakładem Wydawnictwa W.A.B. 2 marca 2016 roku. W tym miejscu muszę prosić, żebyście zignorowali okładkę, pod żadnym pozorem, choćby nie wiem co, nie czytali blurba i po prostu uwierzyli mi na słowo, że warto dać tej książce szansę. Okładka i blurb (w tej kolejności, bo kto zobaczy okładkę i się zniechęci, raczej nie sięgnie po książkę w celu zapoznania się z tekstem na grzbiecie) to wielkie i niezasłużone krzywdy wyrządzone temu świetnemu tekstowi przez wydawcę.
Wiem, o czym mówię, bo przeczytałam całość w styczniu zeszłego roku, dzięki uprzejmości autorki. Od tego czasu kibicowałam jej w - uwieńczonych w końcu sukcesem - poszukiwaniach wydawcy. Bo mam głębokie przekonanie, że na tego typu polską prozę jest zapotrzebowanie. Jakiego typu? To osadzona współcześnie powieść psychologiczna z elementami realizmu magicznego, których zastosowanie ma swoje głębokie uzasadnienie w spójnej, przemyślanej, oryginalnej i konsekwentnie zrealizowanej konstrukcji fabuły. Gdybym miała szukać łatwych skojarzeń, rzuciłabym hasło Neil Gaiman. Gdybym miała poszukać nieco dalej, odwołując się do sfery koncepcyjnej, przyszłaby mi na myśl Catherynne M. Valente. Ale to są skojarzenia luźne i w zasadzie nieadekwatne, przede wszystkim dlatego, że realizm magiczny nie jest w powieści komponentem dominującym. Jest - bardzo sprawnie i z wdziękiem wykorzystanym - narzędziem. Sednem tej opowieści są bowiem niełatwe, powikłane i realistyczne do bólu historie bohaterów. Bohaterów przedstawionych tak prawdziwie, że nie sposób im nie kibicować w walce z ich prywatnymi demonami, nie zaangażować się w ich losy. Olga i Dominik, choć bardzo różni, mają jedną ważną cechę wspólną - oboje próbują uporać się sami ze sobą, stawić czoło niełatwej przeszłości i odnaleźć swoją dalszą drogę. Jest to przede wszystkim historia o tym właśnie, trudnym i rozdzierającym, procesie. Nie każdy dorośnie do tego, by zburzyć własne, misternie wcześniej stawiane, psychiczne bariery ochronne. Nie każdy znajdzie odwagę, by zmierzyć się z trudną prawdą o sobie. Choć jednak cena jest wysoka, być może warto ją zapłacić? Zachęcam, byście przekonali się o tym sami. Olga i osty jest tak napisana, że naprawdę nie sposób przestać czytać. Pochłonęłam w zeszłym roku całość tej wyjątkowej historii w 7 godzin. Teraz, przy okazji premiery, zrobię to ponownie. Mam nadzieję, że dodatkowe zachęty nie są potrzebne:)
P.S. Autorka również napisała na swoim blogu co nieco o powieści.
sobota, 11 lipca 2015
Cztery w jednym
Ponownie, stojąc przed dylematem: albo skrót, albo nie będzie niczego:) - wybrałam to drugie rozwiązanie. Oto mini impresje z nieopisanych, a przeczytanych tytułów.

Niedziela, która zdarzyła się w środę, czyli zbiór wczesnych reportaży Mariusza Szczygła, bardzo przypadł mi do gustu, ze szczególnym uwzględnieniem tekstu tytułowego. Wyłania się z niego (zbioru, nie tekstu, choć w zasadzie z tekstu również:) autentyczny obraz społeczeństwa w czasach wielkiej ustrojowej przemiany. Nie jest to bynajmniej pean na cześć tejże przemiany, wielką zaletą całości jest ucieczka od definitywnych ocen oraz wieloaspektowość. Choć niektóre teksty znane mi były z innych zbiorów, całość zdecydowanie warta polecenia.

Dysforia. Przypadki mieszczan polskich Marcina Kołodziejczyka to dosyć podobna (chyba) w założeniach próba odwzorowania mozaiki społecznej współczesnych metropolii. Choć jednak nie sposób odmówić jej bolesnego realizmu i stylistycznej maestrii (pod tym względem jest jeszcze lepiej niż w B. Opowieściach z planety prowincja), to obiektywizmu w doborze przykładów zdecydowanie brakuje, bo jakoś trudno mi uwierzyć, by ci polscy mieszczanie byli bez wyjątku tak straszni, smutni, samotni i godni współczucia. A może jednak? Zdecydowanie oceńcie sami.

Pan Mercedes czyli pierwsza część trylogii kryminalnej Stephena Kinga, przypomniał mi, na czym polega niezwykły dar tego autora. Umie on stworzyć takie postaci (które nie są w zasadzie nikim nadzwyczajnym) i tak opisać ich motywacje, że nawet gdy dzieje się niewiele, od lektury nie sposób się oderwać. Mimo efekciarskiego zakończenia - znakomita rozrywka. Już się cieszę na lekturę kolejnego tomu.

Ofiara, czyli finałowy tom trylogii Lemaitre'a o paryskim inspektorze wysokim inaczej, jest zarazem zdecydowanie najlepszą odsłoną tej bardzo dobrej serii. Mocny, choć okrutny akord na koniec niełatwej historii. Jednocześnie w intrydze ponownie pojawiają się nawiązania do Koronkowej roboty, co, choć to niemal niemożliwe, dodatkowo zwiększa rozmiar bezmyślności wydawcy przy publikowaniu cyklu. Niesamowite, jak można jednym posunięciem potencjalnie odebrać czytelnikom przyjemność z lektury dwóch świetnych książek. Ja na szczęście tym razem miałam pełną czytelniczą satysfakcję, bo poczekałam z Ofiarą na ukazanie się pierwszego tomu. MUST READ!

Same polecanki? Nie może to być!:) No dobrze, zostawiam was z tą dziwaczną notką, a sama oddalam się... poczytać Dostatek Crummmeya. Zaczęłam w końcu wczoraj wieczorem i już mi się podoba.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Kilka słów o Koronkowej robocie
Czyli jednak napisałam recenzję pierwszego tomu trylogii o Camille'u V. dla książek.wp.pl, umieszczając w niej także swoje wcześniejsze przemyślenia na temat ekwilibrystyki wydawcy:) Jeśli są jeszcze jacyś zainteresowani, to zapraszam do lektury tekstu i gorąco polecam całą trylogię. Byle w naturalnej kolejności, bo akurat w tym przypadku to NAPRAWDĘ ma znaczenie. Trochę zazdroszczę tym, którzy mają taką możliwość.
sobota, 13 czerwca 2015
Dwie sprawy
1. A POZA TYM UWAŻAM, ŻE WYDAWNICTWO MUZA POWINNO ZOSTAĆ ZNISZCZONE. Z powodu gwałtu na cyklu Pierre'a Lemaitre'a o Camille'u Verhoevenie. Cykl został w Polsce wydany od tomu drugiego, czyli polecanej przeze mnie jakiś czas temu Alex. Oczywista, bez zaznaczania, że jest to druga część cyklu. I już na początku potykamy się w niej o masakryczny, kluczowy fabularnie spoiler finału tomu pierwszego, czyli Koronkowej roboty. Byłam zła już w trakcie pisania poprzedniej notki, ale teraz jestem po prostu wściekła. Bo przeczytałam Koronkową robotę i nawet mimo wiedzy, co będzie, było to niesamowite doświadczenie. Nawet sobie nie wyobrażam, jak świetna byłaby to lektura, gdybym owej wiedzy nie miała. Nie było mi dane tej frajdy doświadczyć, bo wydawca mnie z niej okradł. Im lepsza literatura, tym bardziej karygodna to praktyka. Dlatego postuluję działania wymienione na wstępie. A cykl, który już można czytać we właściwej kolejności, polecam. Została mi jeszcze zamykająca go Ofiara. Jak dotąd żadna powieść autora mnie nie zawiodła, więc i tym razem się tego nie spodziewam.

2. UWAŻAJCIE NA KREW NA ŚNIEGU JO NESBO! TO 167 STRON I LEKTURA NA 2,5 GODZINY. Jeszcze przedwczoraj z radosną ekscytacją zapłaciłam 19,90 za przedpremierowego e-booka. Nowy Nesbo to święto, na które czekam każdego roku od ładnych paru lat. Nie przyszło mi do głowy sprawdzać danych o objętości powieści. Połączenie haseł " nowa powieść" i "Jo Nesbo" powoduje u mnie natychmiastowy odruch bezwarunkowy "kup i czytaj". Po części zatem zapewne sama jestem sobie winna, bo dane te były możliwe do znalezienia, i to nawet w sklepie wydawnictwa. Łowcy głów nie byli dużo dłużsi (224 strony), ale jednak przy takich liczbach 48 stron to niemal 1/4 i robi różnicę. Jasne, długość nie jest najważniejsza, a powieść jest bardzo fajna, oparta na ciekawej intertekstualnej grze z Nędznikami Hugo, przewrotna i, jak to u Nesbo, wciągająca. Oraz w ostatecznym rozrachunku cholerne smutna, bo gość potrafi tak napisać zabójcę do wynajęcia, żeby czytelnik cały czas był po jego stronie i uważał go za w gruncie rzeczy porządnego, zasługującego na szczęśliwe zakończenie, faceta z zasadami. Problem w tym, że nie ma gdzie wziąć rozbiegu, bo jak się człowiek wciągnie, to mu się książka kończy, uwzględniając bowiem przejścia między rozdziałami, czystego tekstu jest jakieś 150 stron. Naprawdę kocham Nesbo, ale nie aż tak, żeby nie uważać ceny 19,90 zł za e-booka tej objętości za rozbój w biały dzień. A cena okładkowa wersji papierowej to 29,90 zł! Kompletny odlot.  Tym bardziej, że to pierwszy tom ponoć gotowej już trylogii, której kolejna odsłona ma się ukazać jesienią, a w ekranizacji pierwszego tomu w roli głównej ma podobno wystąpić Leonardo DiCaprio (informacje pochodzą z angielskiej Wikipedii). Szykuje się prawdziwa wydawnicza żyła złota, ale czy naprawdę nie można było wydać trzech takich króciaków zbiorczo? Przyznam, że jestem zniesmaczona.

wtorek, 12 maja 2015
Cyberpunkowy kryminał, który wciąga jak bagno
Żyję, a wręcz życie ostatnio dominowało:) Po niemal miesiącu udało mi się pokonać upartą zarazę i teraz powoli zmierzam w stronę całkowitej regeneracji. Przeczytałam już nawet pięć wartych polecenia a niezrecenzowanych pozycji. Tymczasem jednak chciałabym polecić wam powieść, która oficjalną premierę ma dopiero w najbliższy piątek. Mowa o Czarnych światłach. Łzach Mai Martyny Raduchowskiej. Dostałam tekst wydrukowany na luźnych kartkach, do przedpremierowej recenzji, czytałam z wysoką gorączką, a mimo to wciągnął mnie tak bardzo, że pochłonęłam go w nieco ponad dobę. Osadzony jest w niedalekiej przyszłości (za niecałych 20 lat) i pod płaszczykiem kryminalnej intrygi porusza istotne problemy psychologiczne, związane z galopującym rozwojem technologii. Znakomita rozrywka. Szczegóły znajdziecie w recenzji, którą napisałam dla Fahrenheita.
P.S. Za okładkę wydawca (czyli Fabryka Słów) powinien być rozstrzelany. Tak nieadekwatnej do treści, a zarazem paskudnej oprawy graficznej ze świecą szukać. Wielka, niezasłużona krzywda, wyrządzona kawałowi niegłupiej, skłaniającej do refleksji rozrywki. By uniknąć tego graficznego szkaradztwa, można sobie kupić e-booka.
poniedziałek, 09 lutego 2015
Symfonia na dziewięć przypadków
Rzadko wrzucam tu swoje recenzje książkowe z innych miejsc, ale tym razem zrobię wyjątek, bo powieść jest bardzo dobra. Jestem niemal pewna, że przy jego poprzednich czytanych przeze mnie powieściach, czyli Atlasie chmur i Tysiącu jesieni Jacoba de Zoeta, polecałam tu Davida Mitchella. Ale w tym wypadku kolejny raz nie zawadzi, bo już jego debiut, czyli Widmopis, choć nieco nierówny, jest tekstem znakomitym koncepcyjnie i zdecydowanie godnym uwagi. O czym postarałam się sklecić parę zdań.
P.S. Poza tym nie mam kiedy czytać więcej niż jednej książki tygodniowo, a ostatnio zaległe recenzje mają priorytet.
piątek, 27 czerwca 2014
Dramat w czterech twistach
Szczerze - od razu się zniechęciłam, jak zobaczyłam na okładce deklarację autora: Piszę tylko takie książki, które chciałby zekranizować Alfred Hitchcock. Zacząwszy lekturę Alex, zniechęciłam się jeszcze bardziej, poniekąd z własnej winy. Zapomniałam bowiem o podstawowej zasadzie polskiego czytelnika, która brzmi: "nie ufaj wydawcy". Nie sprawdziłam, a tu się okazuje, że mam do czynienia z drugim tomem cyklu o nikczemnego wzrostu komisarzu Camille'u. Pierwszego po naszemu nie masz. Nic to, Baśka, ściągnęłam sobie francuskiego e-booka. Ale skoro już i tak naczytałam się gigantycznych spoilerów i nie mam się co do niego spieszyć, bo w zasadzie wszystko wiem, równie dobrze mogę doczytać tom drugi. Którego początek mimo wszystko zdołał mnie zaintrygować. Niemniej, wydawnictwo Muza S.A. ma minusa jak stąd do nie widać. Tego się czytelnikowi robić nie powinno. Tym bardziej, że w tak zwanem międzyczasie wydało tom trzeci. Czyli ma na sumieniu recydywę.
Wracając do naszej Alex, trzeba przyznać, że - mimo raczej wkurzającej narracji w czasie teraźniejszym (niełatwa to sztuka, czerwony szlak dla zawodowców), dodatkowo, jak mi podpowiada instynkt, okaleczonej stylistycznie dość przeciętnym przekładem [ale to intuicja, zweryfikuję ją po zapoznaniu się z oryginałem pierwszego tomu], wciągnęła mnie.
A to znaczyło, że w intrydze był potencjał. Choć początkowo zapowiadało się na n-tą realizację porwaniowej kliszy. A jeszcze te szczury! Ale autor zdołał mnie zaskoczyć, i to aż czterokrotnie, w miejscach precyzyjnie przez siebie zaplanowanych. Do tego zawsze pozytywnie. Mnie,  posiadającą ostrą alergię na efekciarstwo (od którego Lemaitre nie stroni).
A udało mu się to z prostego powodu - twist każdorazowo przełamuje schemat i oczekiwania czytelnika, a wszystkie zwroty akcji wpisują się w spójną i angażującą emocjonalnie koncepcję fabularną utworu.
Czyni to z Alex - mimo wszelkich wskazanych wyżej przeciwności - satysfakcjonującą i wyróżniającą się na tle innych tego typu utworów lekturę. A mnie każe się zastanawiać, czy była to sztuczka jednorazowa, czy też autor zdoła mnie jeszcze podobnie zauroczyć.
Co nie pozostawia mi innego wyboru, jak tylko wam Alex polecić:)
czwartek, 22 grudnia 2011
Czemu nic o książkach nie ma?
Otóż temu, że jakoś, no, sama nie wiem, z jakiego konkretnie powodu, nie mam ochoty rozpisywać się o rzeczach nieco ponad poprawnych (Nieświadomy mag Karen Miller). Ani, tym bardziej, mocno żenujących i ocierających się o porno, ale takie dla ubogich (do ilu orgazmów wampir jest w stanie jednej nocy doprowadzić półwampirzycę? Odpowiedź znajdziecie tylko w Jedną nogą w grobie Jeannine Frost!). Swoją drogą, jeśli ktoś, nie czytając cyklu o Nocnej Łowczyni, poda prawidłową odpowiedź na pytanie: jak można się urodzić półwampirem?, zyska sobie mój respekt:))

Obecnie natomiast postanowiłam poczytać coś, co powinno mi w porównaniu z powyższymi przynieść ukojenie, a nawet przyjemność: drugi tom Rejsu Chatranda, zatytułowany Szczury i Morze Rozległe, na który czekałam od tak dawna, że już właściwie zdążyłam zapomnieć, iż czekam.

I co? I z ukojenia wyszła figa, a z przyjemności też niewiele, bowiem w tekście występuje tak koszmarna ilość zniekształcających sens literówek, że już mam dosyć (a jestem dopiero na 140 stronie z 660):/

No, to sobie ponarzekałam:)
piątek, 04 czerwca 2010
Ambiwalencja
Bo z jednej strony - kocham grube książki miłością bezgraniczną i wielką niczym ocean. Nie trzeba się szybko rozstawać z bohaterami i w ogóle im dłuższa książka tym lepiej:)

Z drugiej strony - grube wcale często oznacza ciężkie. Co pociąga za sobą niewygodne w czytaniu. Na przykładzie Tai-pana, z którym mam przyjemność obcować obecnie, stwierdzam, że przez format (acz wydanie piękne) spada mi tempo. Jestem w jakiejś 1/7. Teraz wyjazd i nawet nie mam zamiaru tej cegły zabierać, ergo wrócę do niej za ponad dwa tygodnie. Byłabym za rozdzieleniem jej na tomy. Ale wówczas byłaby droższa. I kółko się zamyka.

W ogóle wyprowadzka z Krk i remont w Legnicy postawią mnie przed koniecznością przeprowadzenia gruntownego remanentu w domowej bibliotece (bo nie -teczce), co już teraz mnie przeraża. Ja mam książki poustawiane warstwami. Od dwóch lat szukam pierwszego tomu  Zakonu Krańca Świata, żeby sprzedać drugi:P
Co to będzie, co to będzie? Wszystkich, od których pożyczyłam jakieś książki, zapraszam po odbiór w Krk między 6 a 15 czerwca:) Oddawać też można, acz możliwe, że nie wszystko przyjmę a i jakieś gifty mogą się trafić:)
piątek, 26 czerwca 2009
Making money

Zaczęłam wreszcie czytać tego Gwiazdkowego Pratchetta, w charakterze przerywnika od kryminalistyki i francuskiego. Pół roku po otrzymaniu. A na drugi dzień zapowiedzieli ukazanie się polskiej wersji językowej - w sierpniu:> Tak że chyba najwyższy czas. Na razie 1/10, wiec trudno powiedzieć coś konkretniejszego, ale uśmiać się już zdążyłam:)

Skończyłam Sagę Sigrun i całkiem, całkiem. Nie poziom Tokarczuk, ale bardzo przyjemne w czytaniu, z płynną narracją i niezgorszą psychologią postaci.

A przed chwilą listonosz przyniósł Tryumf Endymiona we wznowionej wersji i - odwrócona okładka czy nie, masakrczynie kolosalna cegła czy nie - to nazywam PIĘKNIE WYDANĄ KSIĄŻKĄ. Aczkolwiek można nią kogoś spokojnie zabić, bo ma 921 stron, ale jest po prostu wspaniała. I mam komplet jednego z najlepszych cykli, które było mi dane przeczytać do tej pory.

Zastanawiam się nad rozpoczęciem cyklu Millenium Stiega Larssona, ale widziałam dziś w Hetmańskiej, ile pierwszy tom ma stron i chyba jest to kolejna rzecz, którą trzeba przełożyć na magiczny okres "po egzaminie na aplikację"...Czy ktoś to już czytał? Tzn. dwa pierwsze tomy, bo trzeci AFAIK jeszcze po polsku nie wyszedł?

To tyle ode mnie na dziś, idę pozorować naukę na obronę.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka