Wpisy z tagiem: film

niedziela, 25 lutego 2018
Oldman i Day-Lewis, czyli Oscarowych seansów ciąg dalszy
Staram się trzymać postanowienia o krótkim opisywaniu oglądanych filmów. Dziś o Czasie mroku mogę powiedzieć, że zaskoczył mnie pozytywnie. Na geniusz Gary'ego Oldmana w roli Winstona Churchilla byłam przygotowana, choć chwilami troszkę szarżował. Ale - mimo że ewidentnie skrojony pod show jednego aktora - scenariusz przedstawia też szerszą opowieść, która wciąga i pozwala śledzić wypadki doskonale przecież znane z historii z autentycznym zainteresowaniem. Bezpardonowa walka frakcyjnych buldogów już nawet nie pod, a wprost na parlamentarnym dywanie, to tylko jeden z tych przygnębiająco wręcz ponadczasowych aspektów dodatkowych. Warto zatem poświęcić dwie godziny z małym haczykiem, nie tylko na koncert jednego znakomitego aktora.

Niestety nie jestem w stanie z czystym sumieniem powiedzieć tego samego o kolejnym ponaddwugodzinnym filmie ze znakomitym aktorem w roli głównej, czyli Nici widmo. W zasadzie powinnam się tego spodziewać, gdyż po Magnolii wiem, że filmy Paula Thomasa Andersona nie są dla mnie. Ale nie oparłam się pokusie podziwiania Daniela Day-Lewisa, którego niezaprzeczalna aktorska maestria nie jest jednak w stanie skompensować ewidentnych niedostatków scenariusza. Tym razem dostajemy może i potencjalnie ciekawą oniryczną baśń o utalentowanym krawcu opętanym pracą, cierpiącym ewidentnie na jakieś zaburzenie ze spektrum autyzmu, który z toksycznego związku z siostrą przechodzi w toksyczny - także dosłownie - związek z własną modelką. Ale jakie to jest niemiłosiernie rozwleczone, napuszone, pretensjonalne i nudne! Jaki ten Day-Lewis w swoich natręctwach wkurzający! Gdyby obciąć ze trzy kwadranse, coś by się dało z tej w sumie ciekawej historii uratować. W obecnej formie, która jest zainteresowana głównie samą sobą, widzowi zostają znużenie i irytacja. Odradzam, chyba że jesteście fanami tego reżysera.
niedziela, 04 lutego 2018
Wielkie rozczarowanie (The Florida Project)
Na ten seans skusiłam się po lekturze bardzo pochlebnych recenzji, spodziewając się czegoś niebanalnego. I w takim (bezowocnym) oczekiwaniu spędziłam prawie dwie godziny, by ostatecznie zostać zaskoczoną pojawieniem się napisów końcowych.
Film jest banalny, smutny i nużący. Być może świetnie oddaje odczucia znudzonych upalnymi wakacjami dzieciaków, mieszkających w motelu na obrzeżach Disneylandu. W przedsionku świata, do którego nigdy nie będą miały dostępu.  A także odczucia ich rodziców, którzy walczą z każdym kolejnym dniem, a głównym celem ich egzystencji jest nazbieranie na tygodniowy czynsz za skromne motelowe pokoje. Ale to za mało, żeby można było powiedzieć, że The Florida Project wnosi cokolwiek do przemiędlonej już na tysiąc sposobów opowieści o tym, że miłość do dziecka nie wystarczy, by zapewnić mu szczęśliwe życie. Widz nie ma żadnej motywacji, by kibicować matce głównej dziecięcej bohaterki. Halley nie pracuje ani pracy nie szuka, spędza całe dni w piżamie, a utrzymuje się ze sprzedaży podróbek i testerów perfum na dziedzińcach lepszych hoteli oraz zwykłego żebractwa. Ponieważ ma już na koncie konflikty z prawem, nie może zostać ponownie aresztowana. Kiedy zatem ochrona ją przegania, grożąc wezwaniem policji, kobieta decyduje zarabiać na czynsz własnym ciałem. Finał jest łatwy do przewidzenia, ale nic z niego nie wynika. To znaczy - nic poza tym, że pewnego rodzaju wybory życiowe mają określone, oczywiste konsekwencje.
Na każdym poziomie ten film mnie zawiódł. Nie polecam i nie pojmuję Oscarowej nominacji.
niedziela, 28 stycznia 2018
Gdy wielki talent nie wystarczy (I, Tonya)
Filmowy 2018 zaczęłam bardzo dobrze. Po znakomitych Trzech billboardach trafiłam na kolejny wartościowy i poruszający kawałek kina. Biografia łyżwiarki figurowej Tonyi Harding (znakomita i słusznie nominowana do Oscara Margot Robbie), która jako pierwsza Amerykanka (i druga kobieta) w historii wykonała potrójnego Axla, to bardzo smutna opowieść, zarówno w wątku sportowym, jak i prywatnym.
Tonya urodziła się z darem do łyżew, pierwsze zawody wygrała, zanim skończyła 5 lat. Ale dopóki nie pokonała wszystkich rywalek sprawnością, wykonując nieosiągalny dla innych skok, zawsze przegrywała, bo obcinano jej punkty za prezencję. Pochodziła z biednej rodziny, ojciec wcześnie zostawił matkę (absolutnie przerażającego babsztyla, który nie okazywał jedynaczce ani odrobiny uczucia - kolejna świetna kreacja, tym razem w wykonaniu Allison Janney), kiepsko zarabiającą i wiecznie rozczarowaną córką kelnerkę. Spragniona miłości Tonya wyszła za swojego pierwszego chłopaka, mimo że bił ją już przed ślubem (matka zdołała ją wcześniej przekonać, że na bicie zasługuje). Brak pieniędzy przekładał się na brak eleganckich strojów – sama je sobie szyła – a osobowość zawodniczki, prosta, butna i arogancka, w zestawieniu z jej bynajmniej nie filigranową posturą, także nie wpisywała się w oczekiwania jurorów. Tonya wszystko robiła nie tak, łącznie z wyborem podkładu muzycznego. Chciała na lodzie być sobą, a to nie było dopuszczalne. Kto chciał zwyciężać i reprezentować USA na świecie, musiał mieścić się w szablonie, który wymagał między innymi pochodzenia ze szczęśliwej amerykańskiej rodziny.
Kiedy zaś nikt już nie mógł zaprzeczyć, że Tonya naprawdę jest najlepsza, zaplątała się w swoje korzenie i straciła szansę na olimpijski tryumf. Straciła nawet więcej, wtedy pewnie uważała, że sens życia. Jak do tego doszło? Przekonajcie się sami, oglądając ten bardzo ciekawy film, zrealizowany w konwencji paradokumentu (wywiady z bohaterką i jej byłym mężem oraz jej matką, przeplatane retrospekcjami z ich życia). Na końcu można zobaczyć fragmenty prawdziwych dokumentów i tym bardziej docenić casting oraz charakteryzację. Aktorzy są bardzo podobni do odtwarzanych przez siebie postaci, a wszelkie detale idealnie oddają klimat przełomu lat 80. i 90. (te swetry, mój boże, to trzeba zobaczyć!). Ta opowieść to zaprzeczenie amerykańskiego mitu Od pucybuta do milionera i twardy dowód, że gdy gwiazda przyjdzie na świat w nieodpowiedniej rodzinie, nie  będzie miała szans, choćby była najlepsza na świecie. Gorąco polecam!
niedziela, 21 stycznia 2018
Ostatni bastion sprzeciwu wobec bezradności (Trzy billboardy za Ebbing, Missouri)
Spróbuję się wziąć na sposób i pisać choćby krótkie notki o filmach bezpośrednio po seansach. Wtedy może tak świetne obrazy jak Trzy billboardy nie przepadną w mrokach zapomnienia. Jeślibyście mieli zobaczyć w tym roku tylko jeden film, to gdyby to był ten, nie będziecie żałowali. Choć klasyfikowanie go jako komedii (nawet czarnej) uważam za gigantyczne nieporozumienie. Według mnie to  dramat wagi ciężkiej.
Tytuł może się wydawać dziwny, ale w zasadzie właśnie o billboardy w tym filmie chodzi. Mildred Hayes (w tej Oscarowej roli absolutnie niesamowita Frances McDormand), matka zgwałconej i zamordowanej dziewczyny, nie może się pogodzić z tym, że nie znaleziono sprawcy, a śledztwo utknęło w miejscu. Nie ma świadków, DNA nie należy do żadnego notowanego mężczyzny, stróże prawa, którym przewodzi chory na raka trzustki w terminalnym stadium komendant Willoughby (świetny Woody Harrelson), nie mają żadnego punktu zaczepienia. Wściekła Mildred wynajmuje zatem na rok przestrzeń reklamową opisaną w tytule i zamieszcza na niej kilka motywujących słów pod adresem komendanta. Uruchamia to lawinę rozmaitych zdarzeń. Przede wszystkim współczująca jej do tej pory społeczność miasteczka uważa, że swoim czynem przekroczyła akceptowalne granice żałobnego rozgoryczenia. W końcu komendant to porządny chłop, który zrobił, co mógł, a Mildred nie daje mu umrzeć w spokoju.
Gniew społeczności kieruje się również przeciwko właścicielowi agencji reklamowej, który billboardy udostępnił, i przybiera mocno agresywne formy. Jednak żadne z nich nie chce się cofnąć. Cierpi na tym również pozostała przy życiu rodzina Mildred - syn prześladowany w szkole, a nawet były mąż brutal, umawiający się aktualnie z głupiutką (matko, jaka ona jest głupia - taką głupotę naprawdę ciężko zagrać i zachować powagę, tym większe brawa dla Samary Weaving) dziewiętnastolatką.
Naprawdę warto zobaczyć, jak to się rozwinie, gdyż obok historii matki walczącej o sprawiedliwość są tu i inne - ciekawe i niebanalne - wątki. W innym filmie, w innym ujęciu, wyszłaby z tego natłoku ludzkich problemów łzawa melodramatyczna papka. Ale tutaj, dzięki wyważonemu scenariuszowi, sporej dozie czarnego humoru i genialnie dobranej obsadzie, wszystko komponuje się idealnie. Polecam!
piątek, 12 stycznia 2018
Kilka przymyśleń o ostatnim Jedim
By rozruszać nieco zakurzoną - jak okazało się podczas podsumowań minionego roku - sekcję filmową na blogu, podrzucam linka do garści luźnych impresji, jakie sformułowałam po seansie najnowszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Dziś tekst ukazał na wirtualnych łamach Fahrenheita. Zachęcam do polemiki i podzielenia się własnymi przemyśleniami. W moich przeważa rozczarowanie, niestety.
niedziela, 12 marca 2017
Garść cytatów na drugą rocznicę i Back in black
Smutną rocznicę. Rocznicę śmierci Terry'ego Pratchetta. Którego warto czytać, bo był niezwykłym, mądrym, zabawnym i kreatywnym pisarzem, a do tego rozumiał ludzi, jak mało kto.

Ramptopy zimą to parę sążni śniegu i lasy zmienione w zbiór cienistych tuneli pod zaspami. To leniwy wiatr, któremu nie chce się wiać dookoła ludzi, więc dmucha przez nich na wylot. Pomysł, że zima może przynosić radość, nigdy nie przyszedł do głowy nikomu z mieszkańców Ramptopów, którzy znają osiemnaście różnych określeń śniegu.*

*Niestety, żadne z nich nie nadaje się do druku.

Trzy wiedźmy

Był pulchnym młodym człowiekiem o cerze barwy czegoś, co żyje pod kamieniem. Inni zawsze mu doradzali, żeby zrobił coś ze swoim życiem. Zgadzał się z tym: chciałby z niego zrobić łóżko.

Panowie i damy

Szacunek społeczeństwa, myślała Angua. Tak, to wyrażenie Marchewy. Właściwie to wyrażenie Vimesa, chociaż sir Samuel zwykle spluwał po wymówieniu tych słów. Ale Marchewa w nie wierzył. To on zasugerował Patrycjuszowi, by zatwardziałym przestępcom dać szansę pracy „dla dobra społeczeństwa” przy odnawianiu domów osób starszych. Wprowadziło to dodatkowy element grozy do zwykłych lęków starości, a wobec poziomu przestępczości w Ankh-Morpork spowodowało, że przynajmniej jednej staruszce w ciągu sześciu miesięcy tyle razy wytapetowano pokój, iż teraz mogła do niego wchodzić tylko bokiem.


Na glinianych nogach


WSZYSTKO, CO ZASZŁO, POZOSTAJE ZASZŁE.
- Co to za filozofia?
JEDYNA, KTÓRA DZIAŁA.

Złodziej czasu

Byli co do jednego starcami. Ich zwykłe rozmowy składały się z litanii skarg na bolące stopy, brzuchy i grzbiety. Poruszali się wolno. Ale mieli pewien szczególny wygląd, szczególne spoj­rzenie.
Gdziekolwiek się znaleźli, mówiły ich oczy, już tutaj byli. Cokolwiek to było, już to robili, często więcej niż raz. Tylko nigdy, ale to nigdy nie kupiliby koszulki z nadrukiem. I wiedzieli, co to strach — to coś, co przytrafia się innym.

Ostatni bohater

- Co teraz zrobimy?
KUPIMY CI JAKIEŚ NOWE UBRANIE.
- To było nowe jeszcze dzisiaj... to znaczy wczoraj.
NAPRAWDĘ?
- Tato mówił, że ten sklep znany jest z taniej odzieży. - Mort biegł, żeby nie zostać w tyle.
UBÓSTWO JEST ZATEM JESZCZE BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCE NIŻ SĄDZIŁEM.

Mort

[O karze śmierci przez powieszenie]
Naprawdę sądzi pan, że to przeciwdziała przestępczości, panie Trooper?
– W ogólności... trudno powiedzieć, jako że trudno znaleźć dowody przestępstw niepopełnionych. – Kat jeszcze raz potrząsnął klapą. – Ale w konkretach jest bardzo skuteczne.
– To znaczy?
– To znaczy, proszę pana, że jeszcze nikogo tu nie widziałem więcej niż raz.

Piekło pocztowe

Back in black to krótki, wzruszający film dokumentalny, rodzaj hołdu dla Pratchetta i jego dorobku, o fanach i dla fanów, pełen niezwykłej, pozytywnej energii. Serdecznie polecam. Rocznicowo i nie tylko.
sobota, 04 marca 2017
Nic nie boli tak jak życie, czyli wspólny mianownik Moonlight i Manchester by the sea
W zeszły weekend obejrzałam w końcu dwa filmy, które najbardziej mnie intrygowały w Oscarowej stawce. Seanse okazały się mało weekendowe (oba w mocno minorowej tonacji), a jeden wywołał tzw. mieszane uczucia. Ale w obu przypadkach było warto.

Manchester by the sea to ten od mieszanych uczuć, a jednocześnie zdecydowanie bardziej przygnębiający. Powiedziałabym wręcz, że nie dla ludzi o słabych nerwach, czy nawet obniżonym nastroju. Niby obraz posługuje się schematami wytartymi do bólu (główny bohater, grany przez zdobywcę statuetki za najlepszą rolę męską Caseya Afflecka, po śmierci brata powraca do rodzinnego miasteczka, by zaopiekować się bratankiem), ale jednak zaskakuje na każdym kroku. Przede wszystkim poziomem autentyczności, po drugie puentą. Ale nie macie pojęcia, jak ci wszyscy szalenie realistyczni bohaterowie, z głównym na czele, działali mi na  nerwy. Nikt tam nie jest sympatyczny, nawet ten rudy nastoletni bratanek, którego przecież chcemy polubić, bo stracił ojca, jego matka zdecydowanie nie zostałaby nawet laureatką 365. miejsca w konkursie na Matkę Roku, a on, chyba jako jedyny, jest w miarę normalny. Ma jednak sporo za uszami. Wszyscy poza chłopakiem cierpią tak ostentacyjnie, że ma się ochotę po prostu na nich nawrzeszczeć, chociaż nie brzmi to dobrze. Ale naprawdę, ten film jest pod względem emocjonalnym jak chińska tortura wodna. Niekończący się festiwal cierpienia we wszystkich odcieniach czerni i heroicznych, choć podejmowanych bez większej nadziei na sukces, prób dalszego życia.
Achronologiczna narracja przez długi czas każe nam się zastanawiać, co takiego wydarzyło się w życiu Lee Chandlera, że jest emocjonalnym wrakiem, zalewającym regularnie zagadkowego robaka i prowokującym bójki w barach. Że tak mało zależy mu na życiu i najwyraźniej nieustannie próbuje się ukarać. Kiedy w końcu pada odpowiedź, jest jednocześnie prozaiczna i przerażająca. Jedno głupie niedopatrzenie obróciło w gruzy życie mnóstwa ludzi, i choć niektórzy radzą sobie z długoterminowymi konsekwencjami lepiej niż Lee, wszyscy są nieodwracalnie pokiereszowani. Najciekawsze jest chyba to, że los Lee może spotkać każdego. Być może dlatego tak trudno przejść obok tego filmu obojętnie, dlatego tak irytuje i trudno wyrzucić go z głowy. Po seansie oceniałam go gorzej niż Moonlight, ale im dłużej o nim myślę, tym wyraźniej widzę, że żadne inne zakończenie lepiej by tam nie pasowało. Ale dół jak stąd do nie widać i żadnej nadziei.

Moonlight
to niby też oparta na schemacie, ale jednak pisana mu wbrew, historia o dorastaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. W czarnej dzielnicy Miami problemem nie jest kolor skóry głównego bohatera - tu wszyscy są czarni, biedni jak myszy kościelne i chodzą do marnej publicznej szkoły, gdzie bardziej od nauki interesują ich bójki, a jedyną łatwo dostępną ścieżką kariery jest ta w handlu narkotykami, stanowiącym element codzienności. Chiron, niby taki sam jak wszyscy, jest jednak inny, i każdy oprócz niego wie o tym przed nim - zarówno uzależniona od narkotyków matka, jak i koledzy ze szkoły, którzy bezbłędnie, kierowani stadnym instynktem, wybierają go na swoją ofiarę. Nieco paradoksalnie, oparcie chłopiec znajduje w osobie, która bezpośrednio przyczyniła się do tego, że jego matka nie wywiązuje się ze swojej roli. Mentorem i opiekunem Chirona zostaje dość przypadkowo Juan, miejscowy diler (Mahershala Ali, znany dotąd głównie z seriali House of cards i Luke Cage, laureat Oscara za rolę drugoplanową, był z nim w zeszłym tygodniu ciekawy wywiad w Wysokich Obcasach). Film ma trójdzielną kompozycję, widzimy Chirona jako chłopca, nastolatka, który w końcu decyduje się odpowiedzieć swoim prześladowcom, a wreszcie dorosłego mężczyznę, który cały czas tłamsi istotną część swojej tożsamości. Tym razem, na szczęście, będzie coś w rodzaju happy endu, słodko-gorzkiego, ale dającego nieco nadziei na lepszą przyszłość dla bohatera. To taki kameralny film, że Oscar w najważniejszej kategorii był wielkim zaskoczeniem, ale według mnie jest zasłużony. Polecam.
czwartek, 22 grudnia 2016
Nie taki łotr uroczy, jak go malują
Zachęcona pozytywnymi recenzjami (i jeszcze pamiętając niesamowitą zeszłoroczną radochę, jaką był seans Przebudzenia Mocy), wybrałam się na Rouge One: A Star Wars Story. I nie podzielam dość powszechnej pozytywnej oceny. BĘDĄ SPOILERY. Owszem, było tu sporo świeżych i wartościowych elementów, zmierzających w dobrą, acz nietypową dla serii stronę - odbrązowienia Rebelii na przykład. Załatania jednej z najważniejszych logicznych dziur w Nowej Nadziei (czyli jakim cudem Luke strzelił akurat tak fartownie, że Gwiazda Śmierci się rozpadła). Były też ciekawe postaci, choć niestety nie główna bohaterka, której życiorys to taka sztampa, że aż zęby bolą. Jedyne, co trzeba Jyn Erso przyznać, to że konflikt Rebelia-Imperium miała tam, gdzie słońce nie dochodzi, co rzeczywiście było bardzo odświeżające. Niestety, pod koniec nawet to jej przeszło. Wyjątkowo mało fartownie trafił też Mads Mikkelsen, bo Galen Erso jest mimo swego - w teorii ciekawego - tragizmu postacią tak topornie napisaną, jakby jego partie stworzył George Lucas we własnej osobie. W sumie nie ma tam zbyt wielkiego pola manewru, bo mógł się albo zabić z honorem (wtedy za dużo by nie pograł), albo zostać i sabotować Gwiazdę Śmierci (na co się zdecydował). Ale, na litość Mocy i jej midichlorianów, czy nie mógł gadać jakoś sensowniej i mniej patetycznie? I mniej razy powtórzyć Gwiazdeczka? Najwyraźniej nie. Z całego tego bajzlu (bo w fabule mimo jej prostoty panuje nieustanny chaos, który dość szybko przestaje być zajmujący, a staje się nużący) najbardziej podobał mi się Cassian Andor, Rebeliant od brudnej roboty, i jego kompan, przeprogramowany robot imperialny K-2SO (Alan Tudyk z Firefly). Cassian nie urodził się w cieniu Przeznaczenia, ale poświęcił życie walce o wolność i robił różne nieciekawe rzeczy, z którymi nie zawsze czuł się najlepiej. Ale tego wymagał cel. Normalny aż miło. Takich nam pod sztandarami Mocy brakowało. A K-2SO jest fajnie cyniczny, ale lojalny, ładnie to wyszło. Dobrym pomysłem było też wprowadzenie Sawa Gerrery (Forrest Whitaker), którego wątek ładnie pokazuje, że w łonie Rebelii nie było zgody co do metod prowadzenia walki, przeważała linia zachowawcza i złudzenia co do tego, że uda się uniknąć konfrontacji, zaś realistów nazywano ekstremistami. Brzmi dziwnie znajomo. Po stronie plusów mogę jeszcze zapisać epizod Lorda Vadera (ale tylko rozmowę z dyrektorem Krennikiem, w końcówce wypadł b. groteskowo). I oczywiście zakończenie, zaskakująco realistyczne. Takiej rzeźni wśród pozytywnych bohaterów w tym uniwersum jeszcze nie było. Ale ogólnie, niestety, słabiutko. Ginie to wszystko w pretekstowej fabule, głupocie Imperialnych i naciąganych rozwiązaniach fabularnych, które wychodzą poza moją tolerancję dla konwencji. Mogło być o wiele lepiej. Dlatego u mnie dominującym uczuciem po seansie jest tym razem rozczarowanie. Maksymalnie 6/10.
niedziela, 27 listopada 2016
Sfilmować niefilmowalne, czyli Nowy początek
Polecałam tu zbiór Teda Chianga Historia twojego życia 10 lat temu - do tej pory pamiętam fabuły wszystkich opowiadań, co samo w sobie świadczy o ich jakości. Tytułowy tekst, zanurzony w teorii lingwistyki tak bardzo, że chyba trudno o wyższy poziom, wydawał mi się nie najlepszy (tu konkurencja była naprawdę mocna), ale z pewnością był jednym z ciekawszych, zarówno tematycznie, jak i strukturalnie, no i naprawdę skłaniał do interesujących przemyśleń. Jak to często mówię w takich przypadkach - zostawał w głowie.
Niemniej jednego byłam zdecydowanie pewna - nie da się go zekranizować, problematyka prezentuje zbyt wysoki poziom abstrakcji i hermetyzmu, zresztą tekst czysto fabularnie jest mocno statyczny, a dodatkowy problem stanowi jego nieoczywista forma, wyjaśniająca się dopiero na poziomie puenty. Subtelność, która jest największą siłą Historii twojego życia, w połączeniu z powyższymi elementami była też jej największym wrogiem na poziomie jakiejkolwiek adaptacji.
Wróciwszy z wczorajszego seansu Nowego początku, muszę ze zdumieniem poinformować, że jednak się dało:) Udało się zachować przesłanie opowiadania, koncentrację na roli języka w zetknięciu dwóch skrajnie odmiennych cywilizacji i w sposobie postrzegania przez nie świata, oryginalność podejścia do - w teorii skrajnie wyświechtanej - problematyki Pierwszego Kontaktu. A także klimat tajemnicy i złożoną warstwę emocjonalną. Czyli, w zasadzie, wszystko to, co najbardziej istotne.
Co oczywiste, nie sposób było uniknąć zmian, bo jednak jakąś akcję należało widzowi zaoferować (cały wątek polityczno-zamieszkowy został dodany, zmieniono sposób komunikacji z siedmionogami na bardziej atrakcyjny wizualnie i zakończenie). Większość modyfikacji jest jednak do przyjęcia, łącznie z bardziej łopatologicznym wyłożeniem puenty, bo rzeczywiście nie dało się tego obejść, chociaż może aż tak wielka maczuga nie była potrzebna. Nie do przyjęcia i niepotrzebna jest dla mnie jednak zmiana w przyszłości głównej bohaterki. Nie wejdę w szczegóły, żeby uniknąć spoilerów, kto czytał i obejrzy, będzie wiedział, o co chodzi. Kto nie czytał, też będzie zadowolony - przetestowane wczoraj na żywym organizmie:) Wielkim pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie świetna kreacja Amy Adams - według mnie to może być najlepsza rola w jej dotychczasowym dorobku. Dla tych, co znają literacki pierwowzór, ocena jakieś 7,5/10. Nieznającym zapewne całość bardziej przypadnie do gustu. I pamiętajcie - to wcale nie jest film o lądowaniu Obcych. To wielka pochwała siły komunikacji. To, że nie gustujecie w SF, naprawdę nie przeszkodzi wam obejrzeć Nowego początku z zainteresowaniem.
P.S. No i czytajcie Chianga, przed filmem, po filmie, czy bez filmu - wszystko jedno - po raz kolejny jego zbiór opowiadań został wznowiony przy okazji premiery ekranizacji. Ten facet to GENIUSZ.
niedziela, 16 października 2016
Przeszarżowany Tomek, czyli słów kilka o Ostatniej rodzinie
Na Ostatnią rodzinę wybraliśmy się rodzinnie (czyli podobnie, jak czytaliśmy - z zachwytem - książkę Grzebałkowskiej, choć film nie ma z nią poza bohaterami nic wspólnego) w zeszłą niedzielę.
I chyba po raz kolejny trochę mi zaszkodziły zawyżone oczekiwania, jak niedawno przy czwartym Mortce. Naczytałam się przed filmem wywiadów z aktorami, reżyserem etc. I być może za bardzo mi się udzielił ich entuzjazm.
Znowu - nie chcę być źle zrozumiana. Film jest świetny, znakomicie oddaje pewną (mniej istotne, na ile zgodną ze stanem faktycznym) wizję relacji w bardzo nietypowej rodzinie, zdominowanej przez dwie, wybitne i wybitnie trudne, dlatego zapewne niezdolne do porozumienia się, jednostki - ojca i syna. Ten tragiczny dysonans kładzie się cieniem na codzienności całej rodziny, w której nie brakuje humoru, ale brakuje ciepła. Stąd te wszystkie kolejne śmierci są akurat tam jakoś przerażająco na miejscu, a wymowa całości jest zdecydowanie przygnębiająca, mimo wspomnianych humorystycznych kontrapunktów i niewątpliwego ironicznego dystansu bohaterów do rzeczywistości.
Bardzo dobrze oddane zostały również zmieniające się realia (mieliśmy taką samą suszarkę, jak ta, którą Zdzisław suszy obraz!).
Jedyny problem, jaki mam z tym filmem, to wizja postaci Tomka Beksińskiego, jaka się z niego wyłania. I już nawet nie do końca chodzi o to, jak go zagrał Dawid Ogrodnik (czy nie zbyt ekspresyjnie - tak mi się wydaje, ale w sumie nie mam pojęcia, jaki on faktycznie był, a aktor przy budowaniu fizycznej części kreacji pracował z nagraniami, których była masa). Bardziej o to, co dostał do zagrania, jakie sceny są dla tej postaci przewidziane w scenariuszu, a jakich zupełnie zabrakło. Widzimy młodego Beksińskiego niemal wyłącznie w sytuacjach granicznych, z obu końców emocjonalnego spektrum. Nie ma prawie nic pomiędzy. Wiadomo, materia filmowa ma swoje ograniczenia, narzucone choćby czasem trwania całości, i pewnie scenarzyście zależało na wyeksponowaniu tych elementów osobowości syna, które najsilniej wpływały na życie rodziny. Osiągnął jednak, przynajmniej w moim odczuciu, efekt trochę przeciwny do zamierzonego. Rozkładając akcenty tak, a nie inaczej, odebrał postaci Tomka wiarygodność, zmieniając go trochę w odpustowego diabełka z pudełka. Postać przez to traci, zwłaszcza na tle o wiele bardziej spójnych i wiarygodnych kreacji Zdzisława i Zofii (świetni Seweryn i Konieczna, która miała chyba najtrudniej, a jednak zdołała nie pozostawić wątpliwości co do tego, kto miał w domu ostatnie słowo).
Niemniej, warto zobaczyć i przemyśleć na własną rękę, choć większe wrażenie zrobi zapewne na widzach nieznających Portretu podwójnego. Moja ocena: 8/10.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka