Wpisy z tagiem: film

niedziela, 12 marca 2017
Garść cytatów na drugą rocznicę i Back in black
Smutną rocznicę. Rocznicę śmierci Terry'ego Pratchetta. Którego warto czytać, bo był niezwykłym, mądrym, zabawnym i kreatywnym pisarzem, a do tego rozumiał ludzi, jak mało kto.

Ramptopy zimą to parę sążni śniegu i lasy zmienione w zbiór cienistych tuneli pod zaspami. To leniwy wiatr, któremu nie chce się wiać dookoła ludzi, więc dmucha przez nich na wylot. Pomysł, że zima może przynosić radość, nigdy nie przyszedł do głowy nikomu z mieszkańców Ramptopów, którzy znają osiemnaście różnych określeń śniegu.*

*Niestety, żadne z nich nie nadaje się do druku.

Trzy wiedźmy

Był pulchnym młodym człowiekiem o cerze barwy czegoś, co żyje pod kamieniem. Inni zawsze mu doradzali, żeby zrobił coś ze swoim życiem. Zgadzał się z tym: chciałby z niego zrobić łóżko.

Panowie i damy

Szacunek społeczeństwa, myślała Angua. Tak, to wyrażenie Marchewy. Właściwie to wyrażenie Vimesa, chociaż sir Samuel zwykle spluwał po wymówieniu tych słów. Ale Marchewa w nie wierzył. To on zasugerował Patrycjuszowi, by zatwardziałym przestępcom dać szansę pracy „dla dobra społeczeństwa” przy odnawianiu domów osób starszych. Wprowadziło to dodatkowy element grozy do zwykłych lęków starości, a wobec poziomu przestępczości w Ankh-Morpork spowodowało, że przynajmniej jednej staruszce w ciągu sześciu miesięcy tyle razy wytapetowano pokój, iż teraz mogła do niego wchodzić tylko bokiem.


Na glinianych nogach


WSZYSTKO, CO ZASZŁO, POZOSTAJE ZASZŁE.
- Co to za filozofia?
JEDYNA, KTÓRA DZIAŁA.

Złodziej czasu

Byli co do jednego starcami. Ich zwykłe rozmowy składały się z litanii skarg na bolące stopy, brzuchy i grzbiety. Poruszali się wolno. Ale mieli pewien szczególny wygląd, szczególne spoj­rzenie.
Gdziekolwiek się znaleźli, mówiły ich oczy, już tutaj byli. Cokolwiek to było, już to robili, często więcej niż raz. Tylko nigdy, ale to nigdy nie kupiliby koszulki z nadrukiem. I wiedzieli, co to strach — to coś, co przytrafia się innym.

Ostatni bohater

- Co teraz zrobimy?
KUPIMY CI JAKIEŚ NOWE UBRANIE.
- To było nowe jeszcze dzisiaj... to znaczy wczoraj.
NAPRAWDĘ?
- Tato mówił, że ten sklep znany jest z taniej odzieży. - Mort biegł, żeby nie zostać w tyle.
UBÓSTWO JEST ZATEM JESZCZE BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCE NIŻ SĄDZIŁEM.

Mort

[O karze śmierci przez powieszenie]
Naprawdę sądzi pan, że to przeciwdziała przestępczości, panie Trooper?
– W ogólności... trudno powiedzieć, jako że trudno znaleźć dowody przestępstw niepopełnionych. – Kat jeszcze raz potrząsnął klapą. – Ale w konkretach jest bardzo skuteczne.
– To znaczy?
– To znaczy, proszę pana, że jeszcze nikogo tu nie widziałem więcej niż raz.

Piekło pocztowe

Back in black to krótki, wzruszający film dokumentalny, rodzaj hołdu dla Pratchetta i jego dorobku, o fanach i dla fanów, pełen niezwykłej, pozytywnej energii. Serdecznie polecam. Rocznicowo i nie tylko.
sobota, 04 marca 2017
Nic nie boli tak jak życie, czyli wspólny mianownik Moonlight i Manchester by the sea
W zeszły weekend obejrzałam w końcu dwa filmy, które najbardziej mnie intrygowały w Oscarowej stawce. Seanse okazały się mało weekendowe (oba w mocno minorowej tonacji), a jeden wywołał tzw. mieszane uczucia. Ale w obu przypadkach było warto.

Manchester by the sea to ten od mieszanych uczuć, a jednocześnie zdecydowanie bardziej przygnębiający. Powiedziałabym wręcz, że nie dla ludzi o słabych nerwach, czy nawet obniżonym nastroju. Niby obraz posługuje się schematami wytartymi do bólu (główny bohater, grany przez zdobywcę statuetki za najlepszą rolę męską Caseya Afflecka, po śmierci brata powraca do rodzinnego miasteczka, by zaopiekować się bratankiem), ale jednak zaskakuje na każdym kroku. Przede wszystkim poziomem autentyczności, po drugie puentą. Ale nie macie pojęcia, jak ci wszyscy szalenie realistyczni bohaterowie, z głównym na czele, działali mi na  nerwy. Nikt tam nie jest sympatyczny, nawet ten rudy nastoletni bratanek, którego przecież chcemy polubić, bo stracił ojca, jego matka zdecydowanie nie zostałaby nawet laureatką 365. miejsca w konkursie na Matkę Roku, a on, chyba jako jedyny, jest w miarę normalny. Ma jednak sporo za uszami. Wszyscy poza chłopakiem cierpią tak ostentacyjnie, że ma się ochotę po prostu na nich nawrzeszczeć, chociaż nie brzmi to dobrze. Ale naprawdę, ten film jest pod względem emocjonalnym jak chińska tortura wodna. Niekończący się festiwal cierpienia we wszystkich odcieniach czerni i heroicznych, choć podejmowanych bez większej nadziei na sukces, prób dalszego życia.
Achronologiczna narracja przez długi czas każe nam się zastanawiać, co takiego wydarzyło się w życiu Lee Chandlera, że jest emocjonalnym wrakiem, zalewającym regularnie zagadkowego robaka i prowokującym bójki w barach. Że tak mało zależy mu na życiu i najwyraźniej nieustannie próbuje się ukarać. Kiedy w końcu pada odpowiedź, jest jednocześnie prozaiczna i przerażająca. Jedno głupie niedopatrzenie obróciło w gruzy życie mnóstwa ludzi, i choć niektórzy radzą sobie z długoterminowymi konsekwencjami lepiej niż Lee, wszyscy są nieodwracalnie pokiereszowani. Najciekawsze jest chyba to, że los Lee może spotkać każdego. Być może dlatego tak trudno przejść obok tego filmu obojętnie, dlatego tak irytuje i trudno wyrzucić go z głowy. Po seansie oceniałam go gorzej niż Moonlight, ale im dłużej o nim myślę, tym wyraźniej widzę, że żadne inne zakończenie lepiej by tam nie pasowało. Ale dół jak stąd do nie widać i żadnej nadziei.

Moonlight
to niby też oparta na schemacie, ale jednak pisana mu wbrew, historia o dorastaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. W czarnej dzielnicy Miami problemem nie jest kolor skóry głównego bohatera - tu wszyscy są czarni, biedni jak myszy kościelne i chodzą do marnej publicznej szkoły, gdzie bardziej od nauki interesują ich bójki, a jedyną łatwo dostępną ścieżką kariery jest ta w handlu narkotykami, stanowiącym element codzienności. Chiron, niby taki sam jak wszyscy, jest jednak inny, i każdy oprócz niego wie o tym przed nim - zarówno uzależniona od narkotyków matka, jak i koledzy ze szkoły, którzy bezbłędnie, kierowani stadnym instynktem, wybierają go na swoją ofiarę. Nieco paradoksalnie, oparcie chłopiec znajduje w osobie, która bezpośrednio przyczyniła się do tego, że jego matka nie wywiązuje się ze swojej roli. Mentorem i opiekunem Chirona zostaje dość przypadkowo Juan, miejscowy diler (Mahershala Ali, znany dotąd głównie z seriali House of cards i Luke Cage, laureat Oscara za rolę drugoplanową, był z nim w zeszłym tygodniu ciekawy wywiad w Wysokich Obcasach). Film ma trójdzielną kompozycję, widzimy Chirona jako chłopca, nastolatka, który w końcu decyduje się odpowiedzieć swoim prześladowcom, a wreszcie dorosłego mężczyznę, który cały czas tłamsi istotną część swojej tożsamości. Tym razem, na szczęście, będzie coś w rodzaju happy endu, słodko-gorzkiego, ale dającego nieco nadziei na lepszą przyszłość dla bohatera. To taki kameralny film, że Oscar w najważniejszej kategorii był wielkim zaskoczeniem, ale według mnie jest zasłużony. Polecam.
czwartek, 22 grudnia 2016
Nie taki łotr uroczy, jak go malują
Zachęcona pozytywnymi recenzjami (i jeszcze pamiętając niesamowitą zeszłoroczną radochę, jaką był seans Przebudzenia Mocy), wybrałam się na Rouge One: A Star Wars Story. I nie podzielam dość powszechnej pozytywnej oceny. BĘDĄ SPOILERY. Owszem, było tu sporo świeżych i wartościowych elementów, zmierzających w dobrą, acz nietypową dla serii stronę - odbrązowienia Rebelii na przykład. Załatania jednej z najważniejszych logicznych dziur w Nowej Nadziei (czyli jakim cudem Luke strzelił akurat tak fartownie, że Gwiazda Śmierci się rozpadła). Były też ciekawe postaci, choć niestety nie główna bohaterka, której życiorys to taka sztampa, że aż zęby bolą. Jedyne, co trzeba Jyn Erso przyznać, to że konflikt Rebelia-Imperium miała tam, gdzie słońce nie dochodzi, co rzeczywiście było bardzo odświeżające. Niestety, pod koniec nawet to jej przeszło. Wyjątkowo mało fartownie trafił też Mads Mikkelsen, bo Galen Erso jest mimo swego - w teorii ciekawego - tragizmu postacią tak topornie napisaną, jakby jego partie stworzył George Lucas we własnej osobie. W sumie nie ma tam zbyt wielkiego pola manewru, bo mógł się albo zabić z honorem (wtedy za dużo by nie pograł), albo zostać i sabotować Gwiazdę Śmierci (na co się zdecydował). Ale, na litość Mocy i jej midichlorianów, czy nie mógł gadać jakoś sensowniej i mniej patetycznie? I mniej razy powtórzyć Gwiazdeczka? Najwyraźniej nie. Z całego tego bajzlu (bo w fabule mimo jej prostoty panuje nieustanny chaos, który dość szybko przestaje być zajmujący, a staje się nużący) najbardziej podobał mi się Cassian Andor, Rebeliant od brudnej roboty, i jego kompan, przeprogramowany robot imperialny K-2SO (Alan Tudyk z Firefly). Cassian nie urodził się w cieniu Przeznaczenia, ale poświęcił życie walce o wolność i robił różne nieciekawe rzeczy, z którymi nie zawsze czuł się najlepiej. Ale tego wymagał cel. Normalny aż miło. Takich nam pod sztandarami Mocy brakowało. A K-2SO jest fajnie cyniczny, ale lojalny, ładnie to wyszło. Dobrym pomysłem było też wprowadzenie Sawa Gerrery (Forrest Whitaker), którego wątek ładnie pokazuje, że w łonie Rebelii nie było zgody co do metod prowadzenia walki, przeważała linia zachowawcza i złudzenia co do tego, że uda się uniknąć konfrontacji, zaś realistów nazywano ekstremistami. Brzmi dziwnie znajomo. Po stronie plusów mogę jeszcze zapisać epizod Lorda Vadera (ale tylko rozmowę z dyrektorem Krennikiem, w końcówce wypadł b. groteskowo). I oczywiście zakończenie, zaskakująco realistyczne. Takiej rzeźni wśród pozytywnych bohaterów w tym uniwersum jeszcze nie było. Ale ogólnie, niestety, słabiutko. Ginie to wszystko w pretekstowej fabule, głupocie Imperialnych i naciąganych rozwiązaniach fabularnych, które wychodzą poza moją tolerancję dla konwencji. Mogło być o wiele lepiej. Dlatego u mnie dominującym uczuciem po seansie jest tym razem rozczarowanie. Maksymalnie 6/10.
niedziela, 27 listopada 2016
Sfilmować niefilmowalne, czyli Nowy początek
Polecałam tu zbiór Teda Chianga Historia twojego życia 10 lat temu - do tej pory pamiętam fabuły wszystkich opowiadań, co samo w sobie świadczy o ich jakości. Tytułowy tekst, zanurzony w teorii lingwistyki tak bardzo, że chyba trudno o wyższy poziom, wydawał mi się nie najlepszy (tu konkurencja była naprawdę mocna), ale z pewnością był jednym z ciekawszych, zarówno tematycznie, jak i strukturalnie, no i naprawdę skłaniał do interesujących przemyśleń. Jak to często mówię w takich przypadkach - zostawał w głowie.
Niemniej jednego byłam zdecydowanie pewna - nie da się go zekranizować, problematyka prezentuje zbyt wysoki poziom abstrakcji i hermetyzmu, zresztą tekst czysto fabularnie jest mocno statyczny, a dodatkowy problem stanowi jego nieoczywista forma, wyjaśniająca się dopiero na poziomie puenty. Subtelność, która jest największą siłą Historii twojego życia, w połączeniu z powyższymi elementami była też jej największym wrogiem na poziomie jakiejkolwiek adaptacji.
Wróciwszy z wczorajszego seansu Nowego początku, muszę ze zdumieniem poinformować, że jednak się dało:) Udało się zachować przesłanie opowiadania, koncentrację na roli języka w zetknięciu dwóch skrajnie odmiennych cywilizacji i w sposobie postrzegania przez nie świata, oryginalność podejścia do - w teorii skrajnie wyświechtanej - problematyki Pierwszego Kontaktu. A także klimat tajemnicy i złożoną warstwę emocjonalną. Czyli, w zasadzie, wszystko to, co najbardziej istotne.
Co oczywiste, nie sposób było uniknąć zmian, bo jednak jakąś akcję należało widzowi zaoferować (cały wątek polityczno-zamieszkowy został dodany, zmieniono sposób komunikacji z siedmionogami na bardziej atrakcyjny wizualnie i zakończenie). Większość modyfikacji jest jednak do przyjęcia, łącznie z bardziej łopatologicznym wyłożeniem puenty, bo rzeczywiście nie dało się tego obejść, chociaż może aż tak wielka maczuga nie była potrzebna. Nie do przyjęcia i niepotrzebna jest dla mnie jednak zmiana w przyszłości głównej bohaterki. Nie wejdę w szczegóły, żeby uniknąć spoilerów, kto czytał i obejrzy, będzie wiedział, o co chodzi. Kto nie czytał, też będzie zadowolony - przetestowane wczoraj na żywym organizmie:) Wielkim pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie świetna kreacja Amy Adams - według mnie to może być najlepsza rola w jej dotychczasowym dorobku. Dla tych, co znają literacki pierwowzór, ocena jakieś 7,5/10. Nieznającym zapewne całość bardziej przypadnie do gustu. I pamiętajcie - to wcale nie jest film o lądowaniu Obcych. To wielka pochwała siły komunikacji. To, że nie gustujecie w SF, naprawdę nie przeszkodzi wam obejrzeć Nowego początku z zainteresowaniem.
P.S. No i czytajcie Chianga, przed filmem, po filmie, czy bez filmu - wszystko jedno - po raz kolejny jego zbiór opowiadań został wznowiony przy okazji premiery ekranizacji. Ten facet to GENIUSZ.
niedziela, 16 października 2016
Przeszarżowany Tomek, czyli słów kilka o Ostatniej rodzinie
Na Ostatnią rodzinę wybraliśmy się rodzinnie (czyli podobnie, jak czytaliśmy - z zachwytem - książkę Grzebałkowskiej, choć film nie ma z nią poza bohaterami nic wspólnego) w zeszłą niedzielę.
I chyba po raz kolejny trochę mi zaszkodziły zawyżone oczekiwania, jak niedawno przy czwartym Mortce. Naczytałam się przed filmem wywiadów z aktorami, reżyserem etc. I być może za bardzo mi się udzielił ich entuzjazm.
Znowu - nie chcę być źle zrozumiana. Film jest świetny, znakomicie oddaje pewną (mniej istotne, na ile zgodną ze stanem faktycznym) wizję relacji w bardzo nietypowej rodzinie, zdominowanej przez dwie, wybitne i wybitnie trudne, dlatego zapewne niezdolne do porozumienia się, jednostki - ojca i syna. Ten tragiczny dysonans kładzie się cieniem na codzienności całej rodziny, w której nie brakuje humoru, ale brakuje ciepła. Stąd te wszystkie kolejne śmierci są akurat tam jakoś przerażająco na miejscu, a wymowa całości jest zdecydowanie przygnębiająca, mimo wspomnianych humorystycznych kontrapunktów i niewątpliwego ironicznego dystansu bohaterów do rzeczywistości.
Bardzo dobrze oddane zostały również zmieniające się realia (mieliśmy taką samą suszarkę, jak ta, którą Zdzisław suszy obraz!).
Jedyny problem, jaki mam z tym filmem, to wizja postaci Tomka Beksińskiego, jaka się z niego wyłania. I już nawet nie do końca chodzi o to, jak go zagrał Dawid Ogrodnik (czy nie zbyt ekspresyjnie - tak mi się wydaje, ale w sumie nie mam pojęcia, jaki on faktycznie był, a aktor przy budowaniu fizycznej części kreacji pracował z nagraniami, których była masa). Bardziej o to, co dostał do zagrania, jakie sceny są dla tej postaci przewidziane w scenariuszu, a jakich zupełnie zabrakło. Widzimy młodego Beksińskiego niemal wyłącznie w sytuacjach granicznych, z obu końców emocjonalnego spektrum. Nie ma prawie nic pomiędzy. Wiadomo, materia filmowa ma swoje ograniczenia, narzucone choćby czasem trwania całości, i pewnie scenarzyście zależało na wyeksponowaniu tych elementów osobowości syna, które najsilniej wpływały na życie rodziny. Osiągnął jednak, przynajmniej w moim odczuciu, efekt trochę przeciwny do zamierzonego. Rozkładając akcenty tak, a nie inaczej, odebrał postaci Tomka wiarygodność, zmieniając go trochę w odpustowego diabełka z pudełka. Postać przez to traci, zwłaszcza na tle o wiele bardziej spójnych i wiarygodnych kreacji Zdzisława i Zofii (świetni Seweryn i Konieczna, która miała chyba najtrudniej, a jednak zdołała nie pozostawić wątpliwości co do tego, kto miał w domu ostatnie słowo).
Niemniej, warto zobaczyć i przemyśleć na własną rękę, choć większe wrażenie zrobi zapewne na widzach nieznających Portretu podwójnego. Moja ocena: 8/10.
sobota, 01 października 2016
Nowa Bridget Jones zaskakująco dobra!
A na pewno zdecydowanie lepsza od trzeciej książki, z którą film - na szczęście - nie ma kompletnie nic wspólnego. Idąc na seans, nie miałam w zasadzie żadnych oczekiwań. Jeśli już, to spodziewałam się rozczarowania, bo jestem wielką fanką dwóch poprzednich części i nie wydawało mi się możliwe, żeby po tylu latach przerwy trzeci raz udało się opowiedzieć historię z tymi samymi bohaterami na zbliżonym poziomie.
Jak dobrze się czasem kolosalnie mylić! Choć pełen nawiązań do poprzednich części (ale nienachalnych, bardzo sympatycznych), obraz podąża własną drogą. Fabuła jest oczywiście przewidywalna i prosta, jednak podana tak lekko, z humorem, tradycyjne świetnie dobraną muzyką i przeważnie udanymi one-linerami w ilości hurtowej, że nawet nie zwraca się na to uwagi. Poza tym nie złożoności fabularnej oczekujemy od komedii romantycznej, prawda?
Oczekujemy za to chemii między bohaterami, a pod tym względem genialnym trafieniem było dołączenie do Bridget (w najlepszej formie fizycznej i intelektualnej ever, miło, że przestali robić z niej idiotkę, bo w książkach nie była aż taka głupia) i smętnego posiwiałego Marka, który nadal zachowuje się, jakby kij połknął, Patricka Dempseya, znanego szerszej publiczności jako Derek Shepard, a tutaj wcielającego się w guru randkowania Jacka Quanta. Chemia pomiędzy nim a Bridget jest po prostu namacalna, co więcej, Jack z niezwykłą swobodą podkpiwa sobie ze sztywniackiego Darcy'ego.
Przyjemnie się na to patrzy, a do tego jest mnóstwo okazji, żeby naprawdę szczerze się pośmiać. Po ciężkim tygodniu w pracy idealne rozpoczęcie weekendu. Zdecydowanie polecam.
niedziela, 18 września 2016
Tym razem cztery filmy:)
I tylko jeden ciut słabszy:)

Iluzja 2 - o, właśnie ten. Znaczy, ja bardzo lobię filmy w tej konwencji, nudy nie było bynajmniej, a Lizzy Caplan była przeurocza. Ale mimo wszystko zabrakło świeżości jedynki, a twórcy odarli magię z magii i dodali na koniec tak o dwie tony za dużo cukru w cukrze. Ale żeby nie było - sporo rzeczy mi się podobało, choćby świetna podwójna kreacja Harrelsona. 6/10

Londyński bulwar
to niby taki dosyć standardowy kryminał noir (wypuszczony z paki skazaniec chce zerwać z przeszłością, ale nie bardzo mu wychodzi, a w dodatku musi bronić damy w opałach przed zgrają żądnych sensacji paparazzich). Ale, kurczę, jest tak genialnie obsadzony i do tego stopnia zaskakuje w chwili, gdy człowiek jest już pewien, że wie o fabule wszystko, że naprawdę warto zawiesić na nim oko. Świetne kreacje w zasadzie całej obsady (m.in. Farella, Knightley i Friel) i naprawdę nietuzinkowy psychopata, a jako wisienka na torcie nastrojowy soundtrack. 7/10

Trumbo
to lider dzisiejszego zestawienia, z hasłem - zdecydowanie lepiej późno nadrabiać braki w Oscarowych nominacjach, niż nie robić tego wcale:) Wykreowany przez Cranstona tytułowy bohater, pisarz i scenarzysta filmowy, odmówił odpowiedzi na pytanie o przynależność do partii komunistycznej i trafił do więzienia, a także na czarną listę Hollywood. Pisał jednak nadal, nie tylko do filmów gorszego sortu. Pod pseudonimem Richard Rich dostał Oscara, wcześniej oddał znajomemu autorstwo - również nagrodzonych - Rzymskich wakacji. Cenę jego uporu i niezłomności zapłaciła liczna rodzina, totalnie podporządkowana  twórczej obsesji Daltona. Ten film to zbiór perełek, wiele scen na długo pozostaje w pamięci dzięki błyskotliwym dialogom. Genialni są Helen Mirren w roli opętanej ideą zwalczania komunizmu autorki  opiniotwórczych felietonów i kronik filmowych oraz John Goodman jako właściciel wytwórni gorszego sortu - Frank King. Polecam! 8/10

Boska Florence
- czyli film o najgorszej śpiewaczce świata, a raczej o jej dwóch wielkich miłościach - muzyce i St. Clairze Bayfieldzie, niespełnionym aktorze i nieprawym potomku angielskiego szlachcica. Nie jest to może jakiś wybitny film, ale zarówno zabawny, jak i autentycznie wzruszający. I - po raz kolejny - świetnie obsadzony. O Streep nawet nie ma co pisać, choć fałszowanie musiało być dla niej wyzwaniem. Ale Hugh Grant gra najlepszą i najciekawszą rolę od wielu lat, jest niby to cyniczny i wyrachowany, a w gruncie rzeczy - wierny, opiekuńczy i troskliwy, a przy tym bardzo naturalny. Simon Helberg, czyli Howie z The Big Bang Theory, pokazuje wielki komediowy talent w roli pianisty Florence, Cosme McMoona. We trójkę tworzą na ekranie całość angażującą emocje i przykuwającą uwagę. Warto. 7/10
sobota, 27 sierpnia 2016
Trzy dobre filmy i jeden bardzo zły
Wśród bieżącego repertuaru kinowego mam problem ze znalezieniem czegoś, co by mnie zainteresowało na tyle, by zainwestować w bilet (choć teraz np. poszłabym na Boską Florence, bo Meryl Streep i Hugh Grant, ale w moim kinie dają dwa seanse dziennie w malutkich salkach, więc jednak spasowałam). Zabrałam się zatem do oglądania tytułów nieco starszych, które wpadły mi w oko w latach poprzednich i czekały na swój czas. Powiem wam, że była to bardzo dobra decyzja.

Dama w vanie to oparta faktach historia bezdomnej kobiety, która - niespodzianka! - mieszka w vanie:) Latami w tej samej dzielnicy, przeparkowując go od czasu do czasu w inne miejsce. Po zmianie przepisów dotyczących parkowania na ulicy zdominowany przez matkę pisarz i scenarzysta teatralny pozwala jej zaparkować w obrębie swojej posesji. Ich przedziwna koegzystencja (pisarz z jednej strony brzydzi się bezdomnej dotknąć, z drugiej jest nią zafascynowany, pragnie poznać historię jej życia i nie pozwala obcym zrobić jej krzywdy) trwa kilkanaście lat, aż do śmierci kobiety, która z czasem staje się coraz bardziej niedołężna. Tytułową i zarazem główną bohaterkę gra Maggie Smith, która, co tu dużo mówić, kradnie ten film, czy może raczej go samodzielnie buduje? Jest po prostu genialna, wspaniale oddaje swoją grą wewnętrzne rozdarcie bohaterki, jej pragnienie niezależności i szacunku tym większe, im trudniejsza staje się jej sytuacja życiowa. Jednocześnie starsza, schorowana kobieta, w teorii będąca społecznym pariasem, do samego końca potrafi czerpać autentyczną radość z drobiazgów, takich jak szybka jazda ulica na wózku inwalidzkim. Świetny, słodko-gorzki film.

Złota dama to kolejna historia oparta na faktach i kolejny popis znakomitej aktorki. Tym razem jest to Helen Mirren, wcielająca się w Żydówkę, która próbuje odzyskać portret swojej ciotki pędzla Klimta. Obraz został w czasie II WŚ skonfiskowany przez nazistów, a następnie przejęty przez austriackie władze, komisja reprywatyzacyjna nie chce go oddać, gdyż stal się jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie elementów kulturalnego dziedzictwa kraju. Krewna sportretowanej przez Klimta kobiety przy pomocy znajomego prawnika występuje więc na drogę sądową, ale batalia ta nie będzie łatwa. Bardzo dobry, bynajmniej nie łzawy i skłaniający do refleksji o historycznej odpowiedzialności kolaborujących z nazistami oraz konieczności naprawy historycznych krzywd film.

LEGO - Przygoda czyli dla odmiany całkowicie fikcyjny (i w całości zbudowany z klocków - niesamowicie się na to patrzy) oraz o wiele bardziej rozrywkowy element zestawu. Stara jak świat historia o Wybrańcu, który był nikim, a nagle musi zbawić całe klockowe uniwersum, pełna popkulturowych nawiązań i humoru. Bardzo przyjemny, odprężający seans.

Na koniec zachowałam ostrzeżenie:

Zakładnik z Wall Street - film, który powinien się nazywać: Clooneyowi i Roberts zabrakło kasy na drobne wydatki w stylu n-tej prywatnej wyspy, wskutek czego zdecydowali się zagrać w straszliwej szmirze. Co więcej, w roli epizodycznej zrobił to także Dominic West, ale jego łatwiej mi zrozumieć, bo mimo wszystko ma zdecydowanie mniej pieniędzy. W każdym razie Clooney prowadzi show, w którym doradza Amerykanom, jak inwestować, trochę się przy okazji wydurniając, bo inaczej nikt by tego nie oglądał. Na podstawie jednej z takich rad, w wyniku awarii algorytmu inwestycyjnego w firmie Westa, Amerykanie tracą w jednej chwili 800 milionów dolarów. Jeden z poszkodowanych wdziera się na plan programu (którego producentką jest Roberts) i stara się uzyskać od prowadzącego odpowiedź, co było przyczyną awarii. Ponieważ grozi mu bronią i zmusza do założenia kamizelki z ładunkiem wybuchowym, Clooney ulega sugestiom, a po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że chłopak w zasadzie ma słuszność i nie należy pozwolić antyterrorystom go zabić. Realne, nie? Zwłaszcza że postać Clooneya to rzekomo cyniczny egoista oraz dupek bez serca. Odpuściłam jakieś pół godziny przed końcem, gdy Clooney, osłaniając terrorystę własnym ciałem, udał się z nim na przechadzkę przez miasto w obstawie SWAT, by uzyskać od Westa odpowiedzi. Już drugi w tym roku film z Clooneyem (po Ave, Cezar!), który okazał się wielką pomyłką.
sobota, 15 sierpnia 2015
Filmy zaległe
Strasznie dawno nie było wpisu filmowego, a kilka tytułów mimo wszystko udało mi się obejrzeć. Chronologicznie:

Hobbit. Bitwa pięciu armii
- szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będzie gorzej, choć stężenie absurdów było naprawdę spore. Jednak sam fakt nieumierania z nudów mogę zapisać na plus. 6/10 (w kategorii dobry zły film, który można obejrzeć dla przyjemności punktowania bzdur:)

Pingwiny z Madagaskaru
- kolosalne nieporozumienie. Durnowata fabuła i DWA zabawne teksty na cały seans. 2/10

Tajemnice lasu
- co do tego musicalu miałam złe przeczucia i niestety były to przeczucia trafne. Początek niezły, ale potem takie smęty, że trzymałam kciuki za zgon bohaterów. Rychły i bolesny, by choć trochę skompensował cierpienia widza. 4/10

7 psychopatów
- film odjechany w moją stronę, tylko w środku trochę niepotrzebnej, choć sygnalizowanej z wyprzedzeniem i uzasadnionej koncepcyjnie dłużyzny. Warto. Harrelson i Walken nie biorą jeńców. 7/10

Mama
- zdecydowanie za dużo nic niewnoszących sekwencji w stosunku do mało odkrywczej treści, bardzo męczący i w sumie mocno rozczarowujący seans. Szkoda życia. 5/10

Za jakie grzechy, dobry Boże? - francuska komedia obyczajowa o uprzedzeniach rasowych, dosyć schematyczna, ale sympatyczna i w sumie zaskakująca w pozytywny sposób. 7/10

Jeziorak - Gdyby nieco mniej było polskiego The Killing, byłoby tylko lepiej. Choć dłużyzny prawie się udało skopiować. Pavetta Buzek na gościnnych występach miażdży. 6/10

Fotograf - Byłam w szoku, jak dobry jest to film. Na pewno lepszy pod względem intrygi i napięcia od Jezioraka. Jedyna wada to naciągane zakończenie. 7/10

Dzikie historie prowadzą aktualnie w wyścigu o tytuł filmu roku. Zbiór śmieszno-strasznych etiud o ludziach doprowadzonych do ostateczności przez rozmaite życiowe okoliczności, przywodzący na myśl Dzień świra. Gorąco polecam, 8,5/10

Kingsman: Tajne służby
to genialny pastisz kina szpiegowskiego. Świetni Firth i Jackson po obu stronach barykady. Letni seans obowiązkowy. 7,5/10

Dumni i wściekli - bardzo dobry, przezabawny, a zarazem poruszający i oparty na faktach film o grupie gejów i lesbijek, którzy w czasach górniczych strajków w Wielkiej Brytanii kwestowali na rzecz protestujących. Naprawdę polecam. Może w Polsce też kiedyś tak będzie, że znikną podziały oparte na uprzedzeniach i niewiedzy... 8/10

Polećcie jakieś dobre filmy, bo nie ma na czym oka zawiesić.
niedziela, 22 lutego 2015
Teoria wszystkiego, czyli ostatni wpis przed Oscarami i kilka moich typów
Adaptacja książki pierwszej żony Hawkinga, Jane, jest filmem, z którym mam - z upływem czasu od seansu - coraz większy problem. Na świeżo po projekcji dałam 8/10, dzisiaj już pewnie byłoby oczko niżej. Osobną sprawą jest naprawdę genialna kreacja słusznie nominowanego do nagrody aktorskiej Redmayne'a.
Jeśli przyjmiemy, że jest to przede wszystkim film o sile uczucia, które sprawdza się nawet wobec bardzo wielkich przeciwności (i które ostatecznie motywuje Hawkinga do największego poświęcenia, czyli uwolnienia żony od obowiązku opieki nad nim poprzez porzucenie jej na rzecz pielęgniarki) - to jest to film dobry. Z pewnością silnie oddziałuje na emocje, choć Jane przy Stephenie wypada tu blado, a w zasadzie to ona powinna być przecież w centrum tej opowieści.
Im dłużej się jednak nad tym zastanawiam, tym wyraźniej widzę, że sporo spraw ważnych zostało zaledwie zasygnalizowanych lub kompletnie przemilczanych. A te właśnie kwestie - np. seksualności, decyzji o kolejnych dzieciach, całkowitego obciążenia Jane obowiązkami domowymi i związanymi z wychowaniem dzieci, a także (czy wręcz przede wszystkim) niełatwą przecież opieką nad mężem - spycha się na bok z całkowitą beztroską, eksponując w to miejsce niewątpliwie piękną i ważną, ale przecież nie dominującą w codzienności więź intelektualną między małżonkami. Oraz krzywdzące podejrzenia rodziny, że ostatnie z dzieci Jane miała z przyjacielem domu. Jest to optyka z pewnością kusząca (i może tak rzeczywiście wyglądały wspomnienia Jane - tego nie wiem, bo nie czytałam), ale zarazem wręcz niebezpiecznie wypaczona.

***

A teraz kilka moich typów na dzisiejszą noc:

Najlepszy film: sercem jestem z Grand Budapest Hotel, ale rozum podpowiada, że jest on raczej bez szans. Na drugim miejscu Whiplash. A i tak pewnie wygra Boyhood.
Aktor pierwszoplanowy: Eddie Redmayne
Aktorka pierwszoplanowa: Julianne Moore
Aktor drugoplanowy: J.K. Simmons
(jako drugi Edward Norton)
Aktorka drugoplanowa: tu posiadam tylko typ negatywny - byle nie Emma Stone
Najlepszy reżyser: Wes Anderson (i tak wygra ten od Boyhoodu)
Scenariusz oryginalny: Grand Budapest Hotel
Scenariusz adaptowany: Gra tajemnic
Muzyka oryginalna: Grand Budapest Hotel
Kostiumy: Czarownica
Dźwięk: Whiplash
Dokument krótkometrażowy: Joanna

A wy jak typujecie?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka