Wpisy z tagiem: Elżbieta Cherezińska

sobota, 06 sierpnia 2016
O tej, co chciała Norwega, a poszła za Szweda
Moja przygoda z książkami Elżbiety Cherezińskiej to taki rollercoaster - do Sagi Sigrun miałam zastrzeżenia, Ja jestem Halderd mnie zachwyciła, Pasja według Einara wzbudziła mieszane uczucia, a Trzy młode pieśni bezwarunkowo mnie porwały. Podobnie z Piastami - Gra w kości była jak na mój gust za bardzo udziwniona, ale dwa tomy Odrodzonego królestwa dostarczyły mnóstwo czytelniczej satysfakcji. Od Legionu z pewnych przyczyn wolałam się trzymać z daleka, a z lektury Turnieju cieni zrezygnowałam po niecałej 1/10, bo zupełnie mnie nie obchodziło, co będzie dalej.
Z tych względów podchodziłam do Hardej jak pies do jeża, tym bardziej, że fragment opublikowany w Wyborczej z okazji rocznicy chrztu Polski nie był, delikatnie rzecz ujmując, zbyt zachęcający. Ale pojechałam do Krakowa i dostałam taką rekomendację, że pomyślałam - połączenie Wikingów i Piastów musiało się autorce udać.
I w zasadzie tak też jest. Choć da się, moim zdaniem, podzielić Hardą na dwie części, z których jedna jest wyraźnie lepsza od drugiej. Tą słabszą partią jest końcówka, co zapewne bierze się stąd, że nie mamy do czynienia ze zwartą całością, ale jedynie z połową historii, która będzie kontynuowana jesienią tego roku w powieści Królowa. Gdybym o tym wiedziała wcześniej, to zapewne bym się wstrzymała z lekturą, bo cliffhanger jest dość nieprzyjemny. Co polecam waszej uwadze.
Przechodząc jednak do meritum - autorka nie od dzisiaj jest zafascynowana Bolesławem Chrobrym, co widać, słychać i czuć. Bo choć największą siłą powieści jest kreacja jego siostry, Świętosławy, czyli tytułowej Hardej, to bez brata nie lśniłaby ona tak jasnym blaskiem. W ogóle pomysł na opowieść o Świętosławie, karygodnie pomijanej w szkolnych podręcznikach, a kluczowej dla polityki Mieszka i jego następcy poprzez jej strategiczne małżeństwa, to strzał w dziesiątkę. Od macochy, księżnej Ody, której szczerze nie znosi, Harda, ojcowskie oczko w głowie, uczy się meandrów alkowy i polityki, czyli sterowania mężczyznami. Mieszko pokazany jest w powieści jako polityk wielkiego formatu, planujący wiele ruchów naprzód i mimo przywiązania do dzieci na pierwszym miejscu stawiający nie ich osobiste szczęście, ale dobro kraju. Dzieci go podziwiają i choć nieco się buntują przeciwko tak instrumentalnemu traktowaniu, zarazem od najwcześniejszych lat jego wola jest dla nich rozkazem, którego nigdy nie kwestionują, choć często by chcieli. Oda w alkowie jest jednak w stanie roztopić tego mocarza jak wosk. Świętosława patrzy z ukrycia i zapamiętuje. Od dzieciństwa marzy o statusie królowej wdowy, zapatrzona w cesarzową - regentkę Teofano. Życie jednak udzieli jej gorzkiej lekcji co do niezbędności oparcia na męskim ramieniu. Ogólnie wątek piastowski, tak osadzony w państwie Polan, jak i perypetie Świętosławy w Szwecji, oceniam bardzo dobrze: dynamiczny, zajmujący, nadający szerszy kontekst powszechnie znanym, suchym historycznym faktom, a i pełen tych szerzej nieznanych. Dzięki wiarygodnym portretom bohaterów uzupełniony mięsistymi relacjami rodzinnymi.
Do całości kompletnie nie pasował mi natomiast wątek Olafa Trygvessona - cały ten motyw romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia (który chyba autorka zaczerpnęła od Jasienicy, mniejsza zresztą, skąd) może i był potrzebny, by tym bardziej podkreślić, że wierność interesom kraju miała dla bohaterki sporą osobistą cenę, ale rozpisany został dramatycznie kiepsko, zgodnie z najgorszymi tradycjami z Sagi Sigrun i Pasji według Einara. A już jak Olaf podjął decyzję o nie pojawianiu się w miejscu spotkania z ukochaną na podstawie wyglądu skały (!), że o pewnym białym psie wolałabym przez litość nie wspominać, to miałam poważny kryzys i moja ocena całości zaczęła pikować w dół.
Ogólnie to jednak wciągająca, interesująca lektura, może ciut gorsza tymczasem od Odrodzonego królestwa, ale z ostatecznymi ocenami wstrzymam się do czasu ukazania się drugiej części.
piątek, 05 września 2014
Gdyby nie ten smok...
To już by było całkiem dobrze, czyli ekspresowe wrażenia z zakończonej dosłownie przed momentem lektury Niewidzialnej korony Elżbiety Cherezińskiej:

- bestie herbowe zredukowane do minimum (hura!);
- powieść znacznie równiejsza pod względem tempa i ciekawsza (w tym sensie, że bez słabszych/nudniejszych wątków);
- o wiele mniej elementów fantastycznych w ogóle (kolejna zaleta, skoro nie idzie);
- motyw przewodni, czyli historia metamorfozy Łokietka, jednak nie tak imponująco epicki jak walka Przemysła II o dojrzewanie do ciężaru korony;
- mniej wyrazistych postaci, choć Jadwinia Łokietkowa dostaje w końcu swoje pięć minut, do udanych bohaterów wypada też zaliczyć Jakuba Gutensberga, który tym razem ma szersze pole do popisu, Jana Muskatę, biskupa krakowskiego, oraz obu koronowanych Przemyślidów;
- mniej humoru, nad czym boleję;
- główna wada - ta jedna bestia herbowa rozrośnięta do maksimum - czy naprawdę to było konieczne? Borch Trzy Kawki 2.0., wersja krakowska, z łuskami nawet wiadomo gdzie?

Szczerze powiedziawszy, była to dla mnie ciężka próba, o mały figiel dałabym sobie spokój z czytaniem. Ale wytrwałam, i było warto. W różnicach pomiędzy poszczególnymi tomami zalety przeważają nad wadami, co każe mi Niewidzialną koronę ocenić nawet wyżej, niż naprawdę dobrą Koronę śniegu i krwi. Oczywiste wobec tego, że polecam.

P.S. Czy czcionka we wpisach jest mniejsza?
wtorek, 26 sierpnia 2014
Po namyśle o Przemyśle

I innych uczestnikach wyścigu po Koronę śniegu i krwi. Powieść Elżbiety Cherezińskiej zaskoczyła mnie pod wieloma względami. Przede wszystkim pozytywnie - tym, że (pomimo moich obaw w tej kwestii) język nie przeszkadzał mi w odbiorze historii tak, jak miało to miejsce przy Grze w kości. Tym razem autorka zrezygnowała z szukania złotego środka i zdecydowała się na język współczesny. I w zasadzie dobrze.

Poza tym sama historia jest raczej dość słabo znana wszystkim chyba poza miłośnikami tej konkretnej epoki (nigdy się w ich poczet nie zaliczałam, czasy Wielkiego Rozbicia przytłaczały mnie wielością linii, koligacji i jakoś nie pociągały). A to takie ciekawe czasy! Jaki potencjał dramatyczny! Masa porwań, spiski, knowania, bitwy, mariaże. Kolejne przyjemne odkrycie.

Bohaterowie tworzą galerię różnorodnych typów, ale wszyscy są wiarygodni i można zrozumieć ich motywacje, choć nie ze wszystkimi się empatyzuje. Do moich faworytów należeli zdecydowanie Mściwój, Rikissa, Władek Karzeł i Henryk śląski. Ale historia Przemysła, z perspektywy całości utworu, też silnie do mnie przemówiła, bo można obserwować prawdziwą ewolucję tej postaci. Początkowo, szczerze mówiąc, raczej mnie irytował.

Co się natomiast wyraźnie nie udało, to wątki fantastyczne. Jest to tym bardziej przykre, że w cyklu norweskim magia wyszła naturalnie, a w berserków można było wręcz uwierzyć. Tutaj - porażka na porażce. Elfie uszy Bolesława krakowskiego, wilkołaczyca, mocno groteskowa Mokosz i - jakby w celu ostatecznego dobicia czytelnika - złoty smok w krakowskiej grocie. Serio? Miałam już nie wspominać o tych nieszczęsnych żywych zwierzętach herbowych, ale po prostu nie mogę, bo doprowadzały mnie do białej gorączki. Co to miało być? Żart? Metafora?  Nie wyszła.

Nie zmienia to faktu, że przy lekturze bawiłam się doskonale, wprost nie mogłam się oderwać (może poza fragmentami z Jakubem Świnką szukającym swoich korzeni - te były po prostu nudne). Żałowałam, że skończyły się czasy, kiedy mogłam czytać dniami i nocami. I natychmiast kupiłam kolejny tom. To więcej niż dobra powieść historyczna, którą fantastyka (po co ona tam?) niepotrzebnie ciągnie w dół. Nie jest to najlepsze dokonanie autorki (tę pozycję obroniła Ja jestem Halderd), nie jest to srebrny medalista (Trzy młode pieśni), ale na brąz się łapie.

Polecam. Naprawdę warto.

 

niedziela, 24 sierpnia 2014
Nie piszę, bo czytam Cherezińską
— Czytałeś Cronicae et gesta ducum sive principum Polonorum? — krzyknął zdumiony Bolesław.
Mściwój się otrząsnął.
— Ty mnie obrażasz, książę? Ja nie jestem mnichem, żebym musiał czytać!

Niepotrzebnie się obawiałam po Grze w kości - pierwszą część nowego cyklu Elżbiety Cherezińskiej, czyli Koronę śniegu i krwi, czyta się świetnie i na pewno napiszę więcej, jak skończę. Ale jest długa, a weekend krótki, więc w tym tygodniu wpisu merytorycznego nie będzie.
I to jest chwila, w której właściwie się cieszę, że odłożyłam lekturę, bo już na mnie czeka część druga, co jest luksusem rzadkim, a w momencie, gdy książka się podoba (ba, więcej niż podoba) pożądanym.
P.S. Choć te żywe zwierzęta herbowe mnie irytują niemożebnie, przyznam szczerze.
sobota, 09 marca 2013
Koniec Północnej Drogi
Cykl Elżbiety Cherezińskiej, zapoczątkowany Sagą Sigrun, w którego skład weszły także Ja jestem Halderd oraz Pasja według Einara, zamykają Trzy młode pieśni. Czytelników niezaznajomionych z cyklem gorąco zachęcam do sięgnięcia po wcześniejsze tomy (i nie zrażania się pewną cukierkowością baśniowego pierwszego, drugi jest o wiele lepszy, a trzeci specyficzny). Wtedy wróćcie do reszty niniejszej notki, bo zawiera drobne spoilery.
Bohaterami tej powieści są dzieci Sigrun i Regina: Bjorn i Grudrun, a także Ragnar, syn Halderd i Einara, który nie zna tożsamości swojego ojca. Prawie połowa książki to wydarzenia całkiem nowe, lub takie, o których we wcześniejszych powieściach były niewielkie wzmianki, ale które miały miejsce poza narracyjnym kadrem. Chyba tylko drugi tom jest lepszy od tego, co dostajemy obecnie. W końcu można w pełni docenić, jak drobiazgowo zaplanowaną całość stanowił od samego początku cykl. Nie brakuje tu autentycznych zaskoczeń, przy czym nie wszystkie są pozytywne (tożsamość Starego). Nie brak też elementów fantastycznych, i znów, niektóre wypadają bardzo dobrze (przeistoczenia berserków), inne budzą mieszane uczucia (wizje Gudrun, serce Starego).
Przede wszystkim jednak, dzięki trójce wyjątkowych narratorów, powstaje historia, od której nie można się oderwać. Osadzona w wiernie oddanych realiach, klimatyczna, porywająca, wyjątkowa. Prawdziwa saga, tylko że o codzienności. O przyjaźni, braterstwie,  nieoczekiwanej miłości, wielkiej cenie magii i gorzkich rozczarowaniach, jakie niesie życie. To naprawdę świetne zwieńczenie znakomitej serii. Szczerze zachęcam do zapoznania się z nim przede wszystkim tych, którzy po Pasji według Einara stracili serce do Północnej Drogi. Magia wróciła. Od dłuższego czasu polska powieść nie dostarczyła mi tak wiele przyjemności. Aż zastanawiam się na fali tego zachwytu nad sięgnięciem po Koronę śniegu i krwi.
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Świetna Brytania
Na wstępie nieco się wytłumaczę - czytam, ale wszystko idzie w recki, te jeszcze się nie pojawiły, a mnie później brakuje konceptu, żeby przerabiać i przycinać teksty raz napisane do formatu notki blogowej. Zainteresowani wiedzą, że teksty można kontrolować w zakładce Recenzencka mozaika po prawej stronie. Nie będę Was katować linkami, już z tego wyrosłam:) Ponadto naprawdę nie czytałam w ostatnim czasie nic wyjątkowego - ani w negatywnym, ani w pozytywnym sensie. Nieco rozczarował mnie trzeci tom Północnej Drogi Cherezińskiej - nie był zły, w żadnym razie, ale jednak odstawał poziomem od świetnego poprzedniego, a poza tym...po prostu spodziewałam się czegoś nieco innego.
Być może - ale jest to DUŻE być może - w najbliższym czasie uda mi się wreszcie sięgnąć po coś z własnych zakurzonych zasobów. Wtedy będzie notka literacka z prawdziwego zdarzenia. Nawet bana na biblioteki sobie nałożyłam, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo.

***

Wstęp mi się mimochodem rozrósł nieprzyzwoicie, a miało być o serialach brytyjskich. Eksploruję sobie na fali wspominanego wcześniej zachwytu Jekyllem ten obszar. W rezultacie miałam w ostatnich dniach niebywałą przyjemność zapoznania się z pierwszym sezonem produkcji zatytułowanej Criminal justice. Pomysł uroczy w swej prostocie - historia opowiedziana z perspektywy nastolatka oskarżonego o morderstwo, które nawet on sam nie jest do końca pewien - ze względu na okoliczności - czy popełnił czy nie. Wgląd "od wewnątrz" w najlepszy na świecie system wymiaru sprawiedliwości (opinia nie moja, a jego trybików - mnie osobiście przerażają systemy zawierające czynnik ludzki pod postacią ławy przysięgłych). Świetny scenariusz autorstwa Moffata, genialne aktorstwo, nawet w epizodach, klimat, który można kroić nożem. Plus ta ciągłą niepewność. Zrobił to, czy nie? W roli głównej Ben Wishaw znany m.in. z Pachnidła.

Obecnie bardzo bym chciała zapoznać się z sezonem drugim (nowa historia), ale napotkałam tak zwane "trudności obiektywne" w jego skompletowaniu. Jeśli ktoś z Czytelników może mi pomóc, będę niezmiernie wdzięczna:)

A wczoraj, wobec braku możliwości kontynuacji Criminal justice, rozpoczęłam przygodę z pierwszym sezonem Murphy's law (w roli tytułowej wychwalany przeze mnie za Jekylla i Monroe'a James Nesbitt). I po pierwszym, 90 minutowym epizodzie jestem zdecydowanie na TAK. Serial o pracy policjanta "pod przykrywką". Bohater - oczywiście - z Problemami i Przeszłością.

To się rozpisałam z nagła, po tygodniach krótszego formatu:P, pewnie nikt nie doczyta do końca:D Ale może chociaż do prośby o pomoc w temacie Criminal justice 2:)
czwartek, 13 maja 2010
Ja jestem Halderd
Zwykle nie linkuję tu recek z WP, ale zrobię wyjątek, bo książkę Elżbiety Cherezińskiej chciałabym bardzo gorąco polecić, nie tylko kobietom i nie tylko wielbicielom powieści historycznych z odrobiną obrzędowej magii. Ja jestem Halderd to druga część cyklu Północna Droga (wyraźnie lepsza według mnie od pierwszej, Sagi Sigrun, która zresztą też jest warta polecenia). Nie ma sensu pisać dwa razy tego samego, dlatego po szczegóły zapraszam tutaj.
WARTO!
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka