Wpisy z tagiem: not what it says on the tin

sobota, 24 listopada 2018
Trzy różne refleksje o polskich filmach (Kler, 7 uczuć i Moje córki krowy)
Nadejszła wiekopomna chwila. Nie mam nowej książki do omówienia, bo nie zdążyłam skończyć lektury Epoki diamentu Neala Stephensona. No to w końcu długo odkładany wpis filmowy z polską nutką. Nad zbyt długo odwlekaną Zimną wojną nie będę się tu jednak pastwiła za głupotę scenariusza, bo z czasem po prostu mi się odechciało. Krytycy i tak wiedzą lepiej.

Trzymając się chronologii seansów, zacznę od obejrzanych w TVN, z reklamami (doceńcie poświęcenie!), Moich córek krów. Od premiery minęły 3 lata, a ja wciąż miałam w głowie powszechny zachwyt tym obrazem. Jaki on świeży, jaki nie-polski, pełen humoru, z lekkością mówiący o sprawach trudnych, jak choroba i śmierć najbliższych. A jednocześnie taki autentyczny w obrazowaniu trudnych relacji rodzinnych. Koncertowy aktorsko. Nawet do kina się wybierałam swego czasu, szczęśliwie nic z tego nie wyszło. Gdyż rzeczywistość zaskrzeczała dość okrutnie. Początek nudny. Środek nudny. A potem, zupełnie znienacka, film się urywa i wchodzą napisy końcowe. W międzyczasie Kulesza jest przerysowana, Muskała tak histeryczna, ze nie idzie wytrzymać, a Dziędziel gra to, co zwykle. Ludzie chorują, umierają, siostry Kulesza i Muskała na siebie wrzeszczą, ale w ich relacjach nie dochodzi do żadnego przełomu. Humoru też nie stwierdzono (chyba miały to być przekleństwa Dziędziela), a ta rewolucja w obrazowaniu relacji rodzinnych to prawdopodobnie scena, w której ojciec z córką palą jointa. Publika szaleje. Duże rozczarowanie, nie polecam dość stanowczo.

Kler nie był tak przerysowany, jak się po trailerze (niereprezentatywnym dla całości) i Drogówce obawiałam, ale za to niepotrzebnie przeładowany całą litanią grzechów KK. Gdyby scenarzysta nie władował do jednego wora wszystkich najgłośniejszych kościelnych afer ostatnich lat, gdyby oparł się pokusie uprawiania tak szeroko zakrojonej publicystki i z kilku wątków zrezygnował, efekt na pewno byłby lepszy. Ale mogło też być o wiele gorzej. Tutaj naprawdę dostajemy świetne aktorstwo, w którym przoduje Jacek Braciak, grający zresztą zdecydowanie najciekawszą postać. Smarzowski tradycyjnie dla siebie dał w finale alegoryczną, mocną i zupełnie bezsensowną scenę, nie oparł się też przynajmniej raz pokusie przekroczenia granicy dobrego smaku ku potencjalnej uciesze pewnej części publiki (wątek kasety z ekscesami Towarzysza Prosiaczka). Był tu potencjał na coś o wiele lepszego, ale mimo sformułowanych zastrzeżeń zobaczyć naprawdę warto - solidne 7/10.

7 uczuć Marka Koterskiego to był dla mnie jako wielkiej fanki serii z Adasiem Miauczyńskim seans obowiązkowy, choć po pierwszym trailerze, z przaśnym dowcipem o teorii względności, zaczęłam mieć poważne wątpliwości. Drugi trailer poprawił sytuację i zaryzykowałam. Było średnio, niestety, choć wbrew moim obawom Michał Koterski w roli Adasia wypadł nadspodziewanie dobrze. Klamrę narracyjną stanowi seans psychoanalityczny, a scenariusz to długi akt oskarżenia wobec krzywdzicieli dzieci - rodziców, nauczycieli, szkolnych kolegów. Wygodnie jest przerzucić winę za wszystkie swoje grzeszki i niepowodzenia na zewnątrz, dostać rozgrzeszenie i poczuć się lepiej, ale mnie ta diagnoza nie przekonuje. Nie do końca. Wszyscy jesteśmy skądś, każdy ma jakiś bagaż doświadczeń i problemów, ale dorosłość powinna polegać między innymi na tym, żeby sobie z nimi radzić, a nie na tym, by wybierać ucieczkę ostateczną. Ubranie dorosłych aktorów w szkolne mundurki, kumulacja tragedii, końcowy monolog sprzątaczki - nie lubię, jak ktoś mnie wali łopatą po głowie. Wbrew intencjom, nie wzmacnia to przesłania, ale je ośmiesza i sprawia, że się przed nim odruchowo bronię. Nie jest to całkiem zły film, ale kolejny z potencjałem zmarnowanym przez scenarzystę - ewangelistę, który w pasji nauczania zabrnął zbyt daleko. Aktorsko za to prawdziwy koncert (o, tutaj Muskała jest genialna jako prymuska ze wsi!), a ogólnie rzecz daje do myślenia, więc czasu nie uważam za zmarnowany. 7/10, ale w tym plus 1 za sentyment dla serii, bo jest sporo nawiązań autotematycznych. Czyli jak ktoś ma alergię na Adasiowe neurozy, to najwyżej 6.

P.S. Polećcie jakieś dobre filmy, nie muszą być polskie.
sobota, 10 listopada 2018
Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

sobota, 06 października 2018
Perspektywa zmienia wszystko (Fatum i furia, Lauren Groff)
I kolejna dziwna pozycja, która najpierw odleżała swoje w kolejce do przeczytania, a następnie niemal dwa miesiące czekała na recenzję. Bezpośrednio po lekturze moje wrażenia były chaotyczne i przytłaczająco banalne. Szkoda miejsca na blogu - myślałam sobie. A jednocześnie nie dawało mi spokoju przeświadczenie, że w tej powieści musi być coś więcej, coś, czego nie dostrzegam, i jeśli tylko zrobię dwa kroki w tył i dam sobie więcej czasu, jeszcze to zauważę. W końcu była taka głośna, krajowej premierze towarzyszył spory szum (choć specjalnie żadnych tekstów na jej temat nie czytałam, żeby uniknąć spoilerów i zachować nieskażoną perspektywę).
Cóż, czas minął. Jeśli dam go sobie jeszcze więcej, całkowicie zapomnę, o czym była historia Lancelota (którego imię musiałam przed chwilą sprawdzić w książce, bo w międzyczasie nabrałam przekonania, że nazywał się Leonard, co samo w sobie jest symptomatyczne) i Mathilde. A była o miłości, czy raczej - bo do tego się niestety całość sprowadza - o tym, że zakochujemy się jedynie we własnym wyobrażeniu o drugiej osobie. Gdy ich poznajemy, wydają się kochankami idealnymi - nawet odcięcie od rodzinnej fortuny nie jest w stanie zmotywować Lotta do zakończenia spontanicznie zawartego małżeństwa ze zjawiskową fizycznie i tajemniczą dziewczyną, która w mgnieniu oka zawładnęła jego sercem i umysłem. Im jednak dalej w las (pierwsza połowa opowieści przedstawiona jest z perspektywy męża, druga - żony), tym bardziej oczywiste staje się, że nawet uroczo naiwny niewydarzony aktor, a w późniejszym okresie odnoszący sukcesy dramaturg, nie jest ze swoją wybranką całkiem szczery. Ona zaś cały ich związek zbudowała na kłamstwach o fundamentalnym ciężarze gatunkowym, po czym, niespodziewanie dla samej siebie, odkryła, że kocha go naprawdę, kiedy było już za późno.
Brzmi tandetnie i kliszowato? Cóż, na pocieszenie mogę wam powiedzieć, że to właśnie ujęcie z szerokiej perspektywy czytelnika zdystansowanego. W trakcie lektury jest znacznie lepiej, bo jednak autorka opowiada sprawnie (choć nie zachwyca na poziomie stylistycznym, czyta się ją w przekładzie Mateusza Borowskiego gładko i bezproblemowo) i tak wykłada karty, by czytelnik cały czas pozostawał zainteresowany, choć druga, demaskatorska część, w której głos dostaje Mathilde, wypada zarazem gorzej przez swoją tanią niekiedy sensacyjność i lepiej pod względem dynamiki. Słowem, udaje się Groff odbiorcę zaangażować, jednak finalnie zostawia go z mętlikiem sprzecznych odczuć, zaskoczonego, że to już wszystko, co miała do zaoferowania. Gdybym ja miała pisać blurba, brzmiałby on: Ambitniejsza wersja Zaginionej dziewczyny, która nie do końca się udała.
Czytaliście? Jak wasze wrażenia?
sobota, 22 września 2018
Bo zakochali się (Pokochać noc, Dennis Lehane)
Uwielbiam Lehane’a i sama nie wiem, czemu zaufałam mieszanym recenzjom i ocenie mojego taty, odkładając tak długo lekturę Pokochać noc. Pewnie przede wszystkim dlatego, że byłam trochę zawiedziona Brudnym szmalem, który więcej obiecywał, niż ostatecznie dał. Ale tutaj Lehane wraca do swoich najlepszych tradycji – do mieszania historii obyczajowej z intrygą kryminalną, tym razem w stylu heist movie. A wszystko to oprawia w ramy absolutnie niezwykłego uczucia między Rachel a Brianem. Ona – niegdyś gwiazda bostońskiego dziennikarstwa, rozpaczliwie poszukująca nieznanego sobie ojca po śmierci toksycznej i zaborczej matki psycholożki. Trafia do jego biura całkowitym przypadkiem, a on – początkujący detektyw – nie chce przyjąć jej zlecenia i przestrzega przed innymi naciągaczami. Choć ojca klientki znaleźć się nie udaje, ścieżki Rachel i Briana przecinają się jeszcze wielokrotnie. Brzmi jak stara dobra zagrywka z Chandlera, prawda?
Ale nic tutaj nie jest takim, jakim się początkowo wydaje. Tym bardziej, że w tle brzmi fatalistyczny szlagier o niszczącym uczuciu, Since I fell for you Lenny’ego  Welcha. Ta wielokrotnie przerabiana przez innych twórców piosenka jest też parafrazowana w oryginalnym tytule powieści Since we fell i stanowi klucz do fabuły. Kto szuka thrillera trzymającego w napięciu od pierwszych stron, ten rzeczywiście będzie zawiedziony. Niemal połowa Pokochać noc to powieść obyczajowa, skoncentrowana na biografii Rachel Childs, w której były dwa punkty przełomowe – śmierć matki i trzęsienie ziemi na Haiti. Skończyło się ostrą agorafobią, choć autor do ostatnich stron nie ujawnia czytelnikowi całej prawdy o przyczynach załamania bohaterki. Nie jest ona zresztą potrzebna. Wystarczy wiedza, że gdyby nie Brian Delacroix, który zajmował się nią przez dwa lata, kobieta niegdyś brylująca przed telewizyjnymi kamerami i na bostońskich salonach mogłaby już nigdy nie wyjść z domu.
A jednak Brian, choć uroczy, zabawny i troskliwy, oddany i niewątpliwie zakochany, coś ukrywa. I nie są to drobiazgi. W zasadzie Rachel powierzyła swoje życie osobie, której wcale nie znała, a gdy się o tym przekona, nie będzie miała czasu na przemyślenia i rozdzieranie szat, bo wydarzenia ruszą z kopyta.  Pokochać noc to unikalna, emocjonująca międzygatunkowa rozrywka, od której naprawdę trudno się oderwać. Autor prowadzi nas na manowce z właściwym sobie wdziękiem, co i raz zmuszając do przecierania oczu ze zdumienia. Polecam, z minimalnymi zastrzeżeniami co do finału, który jednak mieści się w ramach konwencji. Nie jest to konwencja klasycznego kryminału ani thrillera, żeby nie było niedomówień.
czwartek, 26 października 2017
Jak Zawód mnie zawiódł (Kamil Fejfer, Zawód. Opowieść o pracy w Polsce)
Pobiję chyba w tym zwolnieniowym tygodniu rekord częstotliwości pisania na blogu z ostatnich siedmiu lat:) Ale co poradzę, że infekcja odbiera chęć do czytania cegieł? A zarazem jakoś tak się składa, że mój wybór pada na tytuły, o których mam coś do powiedzenia. W tym przypadku: przeczytałam, żebyście wy nie musieli.
Nie byłam ufna w stosunku do tej książki. Co prawda promocyjny fragment o zawodzie ratownika medycznego, który znalazłam w sieci, był zachęcający, ale pomyślałam - poczekam na recenzje. Pojawiły się i były zdecydowanie pozytywne. Kupiłam, a dzień później redaktor Szot na Kurzojadach w kilku krótkich, żołnierskich słowach zrównał książkę z glebą.
Że miał rację, przekonałam się już na etapie lektury odautorskiego wstępu. W pierwszych słowach swojego listu Kamil Fejfer uświadamia czytelnikowi, czego w tej książce nie znajdzie. Nie ma małych miejscowości, Polski powiatowej, gdzie każdy każdego kryje, gdzie instytucje nie są w stanie zmyć z ofiar ich piętna, a sprawcy pozostają bezkarni i mogą się śmiać w twarz osobom, które skrzywdziły, napawając się widokiem tego, jak karleją, szarzeją i zginają się pod ciężarem bezradności i zaszczucia.
Tak kulawa gramatyka we wstępie świadczy o tym, że nie było też dobrej redakcji i korekty. Ale przyjmijmy, że raz może się zdarzyć, choć nie zachęca do dalszej lektury i każe wątpić, czy się dobrze zainwestowało niemal 18 złotych. Jednak ledwie kilka zdań dalej, niwecząc dramatyzm obrazu złego przeciętnego życia Polaka, pojawia się taki kwiatek: W Polsce − kraju w środku Europy, od lat należącego do struktur Unii Europejskiej − w połowie drugiej dekady XXI wieku takich osób było 2,8 miliona.
Mogłabym tak dalej, ale mi się nie chce. Z tego miejsca jedynie serdecznie pozdrawiam widniejące na karcie redakcyjnej korektorki Beatę Saracyn i Agnieszkę Gzylewską. Redaktora książka nie miała, a przynajmniej żaden się do niej nie przyznał, gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie. Ad rem. O czym, według autora, miała być książka? Książka oświetla miejsca niedoświetlone, pokazuje zwykłych ludzi, którzy biją się z polskim rynkiem pracy, starają się awansować, realizować marzenia. Spaja ich jedno – są w połowie drogi, nie cieszą się niedosukcesem. Przecież nie tak miało być, miało być tak, że osoba, która się uczy i uczciwie pracuje, może sobie pozwolić na godne życie. Nie każdy ma być milionerem, ale dobrze jakby był multitysiącerem.
Po lekturze mogę powiedzieć, o kim i o czym, według mnie, książka jest. O zderzeniu utopii z rzeczywistością. O absolwentach kierunków humanistycznych (dwukrotnie anglistyka, raz filozofia, dwukrotnie psychologia, podyplomówka z teorii sztuki), bo inne kierunki ukończyło tylko dwoje z dziesięciorga bohaterów (ratownictwo medyczne i informatyka, jedna bohaterka rzuciła towaroznawstwo, wykształcenie stróża z Jarosławia jest nieznane, wiadomo tylko, że studiował we Wrocławiu, ale co i czy skończył - już nie). O zdrowych fizycznie (tylko bohaterka ostatniego rozdziału choruje na Zespół Aspergera), mobilnych młodych ludziach, którzy pracują w dużych miastach (wyjątkiem jest bohater dzielący etat stróża z ojcem w Jarosławiu) i często nie mają jeszcze rodziny (tu jest pół na pół). Wszyscy mają pracę. Mają też pretensję do świata, że nie wygląda tak, jak im się wydawało. Monika z rozdziału o gastro dziwi się, że Polska jest krajem, w którym nie da się wyżyć z pisania o kulturze i nauczania teorii sztuki, a praca w teatrach i innych instytucjach kultury jest nisko płatna i trudno dostępna. Pracowała za dobre pieniądze w telewizji, ale odeszła, żeby robić to, w czym się spełnia. W tej chwili utrzymuje ją chłopak geoinformatyk (żyje z jego pieniędzy, ale nie potrafi powiedzieć, na czym polega jego zawód, urocze), bo w teatrze też było źle. Zła atmosfera była. Jak Monika widzi rozwiązanie swojego egzystencjalnego dylematu? Jeżeli jakaś gazeta, portal lub uczelnia zajmujące się tym, w czym się specjalizuję, zatrudniłyby mnie na etacie, to mogłabym z tego żyć. Ale etatów jest mało. Abym pracowała, muszą zwolnić się miejsca – mówi. – Po prostu ktoś musi tam umrzeć.
Czy winą za jej nieszczęście można obarczyć rynek pracy w Polsce? Sądzę, że mocno w to wątpię.
Maria była wielokrotną laureatką konkursu Studencki Nobel, skończyła psychologię ze specjalizacją kliniczną i pedagogiczną oraz politykę społeczną, zrobiła doktorat, ale nie została zatrudniona w poradni, w której robiła praktyki, a potem darmowy wolontariat, bo zatrudniono siostrzenicę szefowej. Jej kompetencje nie miały znaczenia. No, przykra sprawa. Raz miała wszystkie kompetencje z ogłoszenia i nawet ukończony kurs, na który chcieli dopiero wysyłać. Pewnie przez to nie dostała tej pracy, bo na kurs był grant z UE. Od czasu studiów wysłała kilkadziesiąt CV. Może nawet ponad sto. Do różnych miejsc. Była na ponad dwudziestu rozmowach kwalifikacyjnych. Uważa, że nie przyjmują jej i nie przyjmą, bo nie ma doświadczenia w zawodzie. Pracuje w banku, w obsłudze klienta, zaczęła jeszcze na studiach. Nie chce po prostu zmieniać pracy na inną. Nic jej nie da, jeśli przeniesie się z jednego miejsca pracy, gdzie nie pracuje w zawodzie, do innego, gdzie też nie będzie pracowała w zawodzie. Naprawdę lubi psychologię. Wie, że jest ona ważna.
I jak wam się wydaje, czy Maria jest ofiarą systemu? Ja, jak powszechnie wiadomo, nie mam serca, ale wydaje mi się, że po prostu jest ofiarą własnej wizji świata, w której kompetencje formalne powinny być przepustką do zatrudnienia. I tak jest z ośmioma z dziesięciorga bohaterów Fajfera - to oni, a nie kraj lub system, odpowiadają za własne niepowodzenia lub umowne, subiektywnie definiowane porażki. Bo czy można mówić o porażce w przypadku warszawskiej dziennikarki po filozofii, która pracowała jako freelancerka, a kiedy nie była w stanie zarobić w ten sposób czterech tysięcy netto miesięcznie, poszła pracować do banku? Nie rozśmieszajcie mnie.
Albo absolwent anglistyki, który narzeka, jak to amatorzy psują rynek tłumaczeń, ale sam, choć ma rzekomo znakomite kompetencje, nie pomyśli o tym, żeby zdać egzamin na tłumacza przysięgłego, co pozwoliłoby mu podnieść stawki. A odkryciem było dla niego, że do korepetycji trzeba się przygotowywać, żeby zostać poleconym w marketingu szeptanym. Czy to jest poważny człowiek, czy fantasta?
Dwa wyjątki to przywołany na wstępie ratownik medyczny, który jest świetny w tym, co robi, i pracuje głównie dla idei, a system istotnie mu tego nie ułatwia, oraz wspomniana informatyczka z ZA, która jednak traci szanse na porządne zatrudnienie - jak sama przyznaje - głównie dlatego, że prowadzi poczytnego bloga o życiu z chorobą i łatwo go znaleźć. Jest to powód nieracjonalny i dyskryminacja ze strony potencjalnych pracodawców - niewątpliwie. Te dwie historie to 20% książki i tylko one jakoś wpasowują się w jej rzekome założenia. Reszta jest totalnym zaprzeczeniem tezy autora i raczej ilustracją powiedzenia Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Dlatego Zawód uważam za wielkie nieporozumienie.
środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
niedziela, 19 marca 2017
Siedzimy tu przez nieporozumienie (Hymn narodowy, Przemysław Wojcieszek, Emilia Piech)
Dziś w rubryce rozmaitości wpis teatralny.  Otóż przyjechał do mnie gość z Krakowa na weekend i chciałam gościa uraczyć tym, co Legnica ma najlepszego. M.in. teatrem, w którym poprzednio byłam na gościnnym występie Janusza Gajosa. Ponieważ akurat grali Hymn narodowy, to - po zapoznaniu się z pozytywnymi recenzjami - zasiadłyśmy sobie wczoraj na Scenie Gadzickiego. Swoją ścieżką, sam teatr Modrzejewskiej jest dramatycznie niedostosowany do potrzeb osób z problemami ruchowymi, co nie ulega zmianie od lat, na scenę dodatkowo trzeba się dostać po kolejnych schodkach, a tam - siedzenia na schodkowym rusztowaniu, mega niewygodne składane krzesła, co też nie jest bez znaczenia, bo spektakl trwa 130 minut bez przerwy. A czemu nie ma przerwy, stało się dla mnie jasne dość szybko. Gdyby była, to, nie ukrywajmy, są spore szanse, że nikt by po niej na dalszą część nie wrócił.
Przemysława Wojcieszka kojarzyłam z ciekawym spektaklem sprzed lat - Made in Poland. Nic nie przygotowało mnie na poziom artystyczny jego najnowszej sztuki. Zacznijmy od fabuły. Główny bohater to Mick Jagger ruchu związkowego lat 80., obecnie 55-letni alkoholik, pracujący jako biegły z zakresu pożarnictwa - Zbigniew (Bogdan Grzeszczak). Wydaje mu się, że wszyscy o nim zapomnieli, choć był, jak sam mówi, drugi po Wałęsie. Ale chcą go jako symbol zarówno młodzi i dynamiczni zwolennicy obecnej władzy, jak i podzielona opozycja. Przy czym ta druga frakcja podsyła mu na wabia 20-letnią Alicję (współautorka scenariusza Emilia Piech), która ma mu zawrócić w głowie i namówić do ponownego zajęcia miejsca na czele ruchu oporu. Idzie jej to marnie, bo Zbigniewa znacznie bardziej od wspominana i reanimowania przeszłości interesuje alkohol i sama Alicja, młoda, ponętna (choć głupiutka) i skłonna się oddać dla sprawy. W międzyczasie PiSiory wrzeszczą na KODziarzy (i odwrotnie) z rusztowań ustawionych po bokach wyłożonej kawałkami styropianu sceny, a kiedy już znużonym bohaterom uda się zasnąć po libacji i jałowych dyskusjach, ewentualnie zbliżeniu pozbawionym rewolucyjnego entuzjazmu, nawiedzają ich demony. I jakkolwiek jest w tym spektaklu wiele złych rzeczy (zbędny hałas, płaskie dialogi, nieustanne wrzaski, błyski i dymy), to jednak te demony są zdecydowanie najgorsze. Jest coś takiego jak metafora, taki środek wyrazu. I te demony mają nią niby być. No więc równie dobrze można by wziąć młot pneumatyczny. Bo mamy Andrzeja Dudę czytającego ustawy po nocy, Kukiza wrzeszczącego bez sensu o JOWach, Antoniego Macierewicza onanizującego się do nagrania z prezydenckiego Tupolewa (obrzydliwość), Krychę P., co biega po scenie, i prawie że tocząc pianę, opowiada, jak by to reedukowała pedałów, ewentualnie odrzuca kapustę pekińską, jak sobie uświadamia, że to z Chin, bądź łapie za gitarę i zachęca publiczność, by razem z nią śpiewała nowy hymn narodowy (o Bogu, jednowersowy). Satyra najniższego lotu, po prostu żenada. I wtedy wchodzi Paweł Palcat, laureat tegorocznej nagrody WARTO, jako Jarosław Kaczyński. Wcześniej był Macierewiczem (przepraszam, Antonim M.), ale to, co wyrabia jako Jarek K., to już jest pukanie w dno od spodu. Jarek najpierw zmaga się z workiem na zwłoki, tzn. z bratem. Potem staje z nagim torsem pokrytym tatuażami i zachęca widzów, by go obrażali, bo się ich nienawiścią karmi. Następnie sam ich obraża. A człowiek siedzi  i się głęboko zastanawia, co tu zaszło i jakim cudem ktoś dopuścił do realizacji ten dramatycznie rozdarty wewnętrznie scenariusz, w którym groteskowo gruba kreska (dajmy litościwie na to, że kabaretowa) miesza się z prościutką fabułką, nieudolnie udającą dojrzałą refleksję nad stanem polskiego społeczeństwa i politycznego sporu. Której puenta brzmi - trzeba chodzić po domach i rozmawiać z ludźmi ich językiem, nikt tego za was nie zrobi. No, z takim językiem to naprawdę nie wiem, do jakich ludzi - i, co ważniejsze, z jakim konkretnie przesłaniem - twórca chciał dotrzeć. Bo jeśli to ma być najlepsze, co nasz teatr ma do zaoferowania, to zdecydowanie nie jestem adresatem docelowym przekazu. Jedyne lepsze momenty to scenki pomiędzy posadzonymi na widowni Ireną (Anita Poddębniak) i Marianem (Paweł Wolak). A to o 500+, a to o broni elektromagnetycznej używanej na niewinnych mieszkańcach Legnicy. I o tym, jak Rosjanie manipulowali Bolkiem.  W sumie z 10 minut. Reszta powinna być milczeniem.
P.S. Dla porównania kilka profesjonalnych recenzji, polecam zwłaszcza pierwszą: 1, 2, 3.
P.S. 2 Wywiad z Przemysławem Wojcieszkiem z dzisiejszego Dużego Formatu.
niedziela, 19 czerwca 2016
Ostatnie śledztwo Leocharesa
Miałam bardzo udany wyjazd, m.in. byłam na niesamowitym koncercie Zaz w krakowskiej Tauron Arenie, ale wczoraj trzeba już było wrócić...
Troszeczkę achronologicznie, ale za to w miarę na świeżo, opowiem wam zatem o wynikach mojego dochodzenia w sprawie nagrodzonej tegorocznym Wielkim Kalibrem powieści Jakuba Szamałka Czytanie z kości.
Jest to co prawda trzeci tom cyklu, ale można się z nim zapoznać bez czytania poprzednich, tak jak ja, za co autorowi należy się pierwszy plus.
Drugi - za czas i miejsce akcji. Etruskie miasto Veii, 421 rok p.n.e. Szamałek pisze o starożytności realistycznie i ciekawie, zwraca uwagę na detale codzienności odbiegające od kształtowanych przez sztukę wysoką  powszechnych wyobrażeń. Zarazem wszystkie te ciekawostki udaje mu się wpleść w tekst zgrabnie, bez serwowania nużących wykładów i samozachwytu własną erudycją w stylu Krajewskiego. A także, co równie ważne, bez popadania w tani dydaktyzm.
Złotnik z zawodu wyuczonego i detektyw z zamiłowania, Leochares, wylądował w niezłym bagnie finansowym i prywatnym. Z radością przyjął więc zlecenie wyjaśnienia okoliczności zabójstwa etruskiego władcy, któremu poderżnięto gardło w jego własnej łaźni, a więc tam, gdzie w teorii powinien czuć się najbezpieczniej. Jest to rozwiązanie o tyle ciekawe, że Leochares, Grek, w trakcie realizacji zadania odkrywa wraz z czytelnikiem cywilizację Etrusków, konfrontując zaskakującą pod wieloma względami (np. praktyczne równouprawnienie kobiet - wg bohatera straszliwy skandal!) rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami, ukształtowanymi na podstawie krążących pogłosek. Powiem tyle, że Etruskowie nie mieli dobrego PR. A nawet makabrycznie wprost kiepski.
Trzecim plusem jest styl - może nie jakoś szczególnie wyróżniający się indywidualizmem czy zachwycający, ale sprawny i nieprzeszkadzający w lekturze, z odpowiednią dozą humoru i ironii. Leochares jest zgorzkniałym cynikiem, pozbawionym jakichkolwiek złudzeń, samokrytycznym nie tylko wobec innych ludzi i otaczającego go świata, ale także, a może przede wszystkim, wobec siebie samego i własnych wątpliwych osiągnięć. Dzięki temu mimo wszystkich wad protagonisty łatwo go polubić i przyjemnie mu się towarzyszy.
Jest  jeden minus, może nie decydujący, ale jednak w przypadku kryminału dość poważny. A jest nim, niestety, konstrukcja intrygi, prosta niczym konstrukcja cepa. Tożsamość zabójcy dla czytelnika choćby minimalnie obytego z gatunkiem staje się oczywista bardzo szybko, a mające ją jakoby zamaskować zabiegi Jakuba Szamałka (łącznie z dodaniem całego wątku współczesnego) służą chyba raczej rozbudowaniu historii i portretów bohaterów niż faktycznemu kamuflażowi sprawcy. Niewątpliwie zagadka kryminalna interesowała autora w ostatniej kolejności. Mnie to aż tak bardzo, po uwzględnieniu innych, wspomnianych wyżej, walorów tekstu, nie przeszkadzało. Powieść jest mimo wszystko niezłą, wciągającą lekturą, można jej poświęcić dwa popołudnia bez ryzyka, a nawet z niejaką przyjemnością. Nagroda Wielkiego Kalibru może jednak zbudować pewne oczekiwania względem kryminalnej warstwy utworu, a te, niestety, pozostaną niezaspokojone.
niedziela, 05 czerwca 2016
Nie dajcie się nabrać - szkoda czasu
Z powodu weekendowego wyjazdu dziś tylko zalinikuję moją niedawną recenzję z WP, żeby inni wielbiciele Gillian Flynn i czytelnicy w miarę usatysfakcjonowani debiutem Pauli Hawkins nie wpadli tak jak ja w pułapkę marketingowej wydmuszki, którą okazała się Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie.


Nie ma za co:)

P.S. A tymczasem Nagrodę Wielkiego Kalibru za zeszły rok zdobył niejaki Jakub Szamałek. Czy coś mnie ominęło? Kto to w ogóle jest? Ktoś czytał tę nagrodzoną powieść? Warto?

P.S. 2 Całe szczęście, że nie Zaborowska...
czwartek, 18 czerwca 2015
May po raz trzeci
Jezioro tajemnic przeczytałam jeszcze w kwietniu, ale dopiero w ostatni weekend znalazłam czas na spisanie swoich wrażeń, co jest dosyć symptomatyczne i zarazem w ostatnich miesiącach stanowi normę. A teraz tekst jest już na łamach Fahrenheita. Zainteresowanych zapraszam do lektury. Dosyć paradoksalnie, to moim zdaniem najlepszy tom cyklu, silny sumą pewnych słabości, a brakiem innych, choć nadal niepozbawiony wad. Szczegóły w recenzji.
 
1 , 2
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka