Wpisy z tagiem: not what it says on the tin

środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
niedziela, 19 marca 2017
Siedzimy tu przez nieporozumienie (Hymn narodowy, Przemysław Wojcieszek, Emilia Piech)
Dziś w rubryce rozmaitości wpis teatralny.  Otóż przyjechał do mnie gość z Krakowa na weekend i chciałam gościa uraczyć tym, co Legnica ma najlepszego. M.in. teatrem, w którym poprzednio byłam na gościnnym występie Janusza Gajosa. Ponieważ akurat grali Hymn narodowy, to - po zapoznaniu się z pozytywnymi recenzjami - zasiadłyśmy sobie wczoraj na Scenie Gadzickiego. Swoją ścieżką, sam teatr Modrzejewskiej jest dramatycznie niedostosowany do potrzeb osób z problemami ruchowymi, co nie ulega zmianie od lat, na scenę dodatkowo trzeba się dostać po kolejnych schodkach, a tam - siedzenia na schodkowym rusztowaniu, mega niewygodne składane krzesła, co też nie jest bez znaczenia, bo spektakl trwa 130 minut bez przerwy. A czemu nie ma przerwy, stało się dla mnie jasne dość szybko. Gdyby była, to, nie ukrywajmy, są spore szanse, że nikt by po niej na dalszą część nie wrócił.
Przemysława Wojcieszka kojarzyłam z ciekawym spektaklem sprzed lat - Made in Poland. Nic nie przygotowało mnie na poziom artystyczny jego najnowszej sztuki. Zacznijmy od fabuły. Główny bohater to Mick Jagger ruchu związkowego lat 80., obecnie 55-letni alkoholik, pracujący jako biegły z zakresu pożarnictwa - Zbigniew (Bogdan Grzeszczak). Wydaje mu się, że wszyscy o nim zapomnieli, choć był, jak sam mówi, drugi po Wałęsie. Ale chcą go jako symbol zarówno młodzi i dynamiczni zwolennicy obecnej władzy, jak i podzielona opozycja. Przy czym ta druga frakcja podsyła mu na wabia 20-letnią Alicję (współautorka scenariusza Emilia Piech), która ma mu zawrócić w głowie i namówić do ponownego zajęcia miejsca na czele ruchu oporu. Idzie jej to marnie, bo Zbigniewa znacznie bardziej od wspominana i reanimowania przeszłości interesuje alkohol i sama Alicja, młoda, ponętna (choć głupiutka) i skłonna się oddać dla sprawy. W międzyczasie PiSiory wrzeszczą na KODziarzy (i odwrotnie) z rusztowań ustawionych po bokach wyłożonej kawałkami styropianu sceny, a kiedy już znużonym bohaterom uda się zasnąć po libacji i jałowych dyskusjach, ewentualnie zbliżeniu pozbawionym rewolucyjnego entuzjazmu, nawiedzają ich demony. I jakkolwiek jest w tym spektaklu wiele złych rzeczy (zbędny hałas, płaskie dialogi, nieustanne wrzaski, błyski i dymy), to jednak te demony są zdecydowanie najgorsze. Jest coś takiego jak metafora, taki środek wyrazu. I te demony mają nią niby być. No więc równie dobrze można by wziąć młot pneumatyczny. Bo mamy Andrzeja Dudę czytającego ustawy po nocy, Kukiza wrzeszczącego bez sensu o JOWach, Antoniego Macierewicza onanizującego się do nagrania z prezydenckiego Tupolewa (obrzydliwość), Krychę P., co biega po scenie, i prawie że tocząc pianę, opowiada, jak by to reedukowała pedałów, ewentualnie odrzuca kapustę pekińską, jak sobie uświadamia, że to z Chin, bądź łapie za gitarę i zachęca publiczność, by razem z nią śpiewała nowy hymn narodowy (o Bogu, jednowersowy). Satyra najniższego lotu, po prostu żenada. I wtedy wchodzi Paweł Palcat, laureat tegorocznej nagrody WARTO, jako Jarosław Kaczyński. Wcześniej był Macierewiczem (przepraszam, Antonim M.), ale to, co wyrabia jako Jarek K., to już jest pukanie w dno od spodu. Jarek najpierw zmaga się z workiem na zwłoki, tzn. z bratem. Potem staje z nagim torsem pokrytym tatuażami i zachęca widzów, by go obrażali, bo się ich nienawiścią karmi. Następnie sam ich obraża. A człowiek siedzi  i się głęboko zastanawia, co tu zaszło i jakim cudem ktoś dopuścił do realizacji ten dramatycznie rozdarty wewnętrznie scenariusz, w którym groteskowo gruba kreska (dajmy litościwie na to, że kabaretowa) miesza się z prościutką fabułką, nieudolnie udającą dojrzałą refleksję nad stanem polskiego społeczeństwa i politycznego sporu. Której puenta brzmi - trzeba chodzić po domach i rozmawiać z ludźmi ich językiem, nikt tego za was nie zrobi. No, z takim językiem to naprawdę nie wiem, do jakich ludzi - i, co ważniejsze, z jakim konkretnie przesłaniem - twórca chciał dotrzeć. Bo jeśli to ma być najlepsze, co nasz teatr ma do zaoferowania, to zdecydowanie nie jestem adresatem docelowym przekazu. Jedyne lepsze momenty to scenki pomiędzy posadzonymi na widowni Ireną (Anita Poddębniak) i Marianem (Paweł Wolak). A to o 500+, a to o broni elektromagnetycznej używanej na niewinnych mieszkańcach Legnicy. I o tym, jak Rosjanie manipulowali Bolkiem.  W sumie z 10 minut. Reszta powinna być milczeniem.
P.S. Dla porównania kilka profesjonalnych recenzji, polecam zwłaszcza pierwszą: 1, 2, 3.
P.S. 2 Wywiad z Przemysławem Wojcieszkiem z dzisiejszego Dużego Formatu.
niedziela, 19 czerwca 2016
Ostatnie śledztwo Leocharesa
Miałam bardzo udany wyjazd, m.in. byłam na niesamowitym koncercie Zaz w krakowskiej Tauron Arenie, ale wczoraj trzeba już było wrócić...
Troszeczkę achronologicznie, ale za to w miarę na świeżo, opowiem wam zatem o wynikach mojego dochodzenia w sprawie nagrodzonej tegorocznym Wielkim Kalibrem powieści Jakuba Szamałka Czytanie z kości.
Jest to co prawda trzeci tom cyklu, ale można się z nim zapoznać bez czytania poprzednich, tak jak ja, za co autorowi należy się pierwszy plus.
Drugi - za czas i miejsce akcji. Etruskie miasto Veii, 421 rok p.n.e. Szamałek pisze o starożytności realistycznie i ciekawie, zwraca uwagę na detale codzienności odbiegające od kształtowanych przez sztukę wysoką  powszechnych wyobrażeń. Zarazem wszystkie te ciekawostki udaje mu się wpleść w tekst zgrabnie, bez serwowania nużących wykładów i samozachwytu własną erudycją w stylu Krajewskiego. A także, co równie ważne, bez popadania w tani dydaktyzm.
Złotnik z zawodu wyuczonego i detektyw z zamiłowania, Leochares, wylądował w niezłym bagnie finansowym i prywatnym. Z radością przyjął więc zlecenie wyjaśnienia okoliczności zabójstwa etruskiego władcy, któremu poderżnięto gardło w jego własnej łaźni, a więc tam, gdzie w teorii powinien czuć się najbezpieczniej. Jest to rozwiązanie o tyle ciekawe, że Leochares, Grek, w trakcie realizacji zadania odkrywa wraz z czytelnikiem cywilizację Etrusków, konfrontując zaskakującą pod wieloma względami (np. praktyczne równouprawnienie kobiet - wg bohatera straszliwy skandal!) rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami, ukształtowanymi na podstawie krążących pogłosek. Powiem tyle, że Etruskowie nie mieli dobrego PR. A nawet makabrycznie wprost kiepski.
Trzecim plusem jest styl - może nie jakoś szczególnie wyróżniający się indywidualizmem czy zachwycający, ale sprawny i nieprzeszkadzający w lekturze, z odpowiednią dozą humoru i ironii. Leochares jest zgorzkniałym cynikiem, pozbawionym jakichkolwiek złudzeń, samokrytycznym nie tylko wobec innych ludzi i otaczającego go świata, ale także, a może przede wszystkim, wobec siebie samego i własnych wątpliwych osiągnięć. Dzięki temu mimo wszystkich wad protagonisty łatwo go polubić i przyjemnie mu się towarzyszy.
Jest  jeden minus, może nie decydujący, ale jednak w przypadku kryminału dość poważny. A jest nim, niestety, konstrukcja intrygi, prosta niczym konstrukcja cepa. Tożsamość zabójcy dla czytelnika choćby minimalnie obytego z gatunkiem staje się oczywista bardzo szybko, a mające ją jakoby zamaskować zabiegi Jakuba Szamałka (łącznie z dodaniem całego wątku współczesnego) służą chyba raczej rozbudowaniu historii i portretów bohaterów niż faktycznemu kamuflażowi sprawcy. Niewątpliwie zagadka kryminalna interesowała autora w ostatniej kolejności. Mnie to aż tak bardzo, po uwzględnieniu innych, wspomnianych wyżej, walorów tekstu, nie przeszkadzało. Powieść jest mimo wszystko niezłą, wciągającą lekturą, można jej poświęcić dwa popołudnia bez ryzyka, a nawet z niejaką przyjemnością. Nagroda Wielkiego Kalibru może jednak zbudować pewne oczekiwania względem kryminalnej warstwy utworu, a te, niestety, pozostaną niezaspokojone.
niedziela, 05 czerwca 2016
Nie dajcie się nabrać - szkoda czasu
Z powodu weekendowego wyjazdu dziś tylko zalinikuję moją niedawną recenzję z WP, żeby inni wielbiciele Gillian Flynn i czytelnicy w miarę usatysfakcjonowani debiutem Pauli Hawkins nie wpadli tak jak ja w pułapkę marketingowej wydmuszki, którą okazała się Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie.


Nie ma za co:)

P.S. A tymczasem Nagrodę Wielkiego Kalibru za zeszły rok zdobył niejaki Jakub Szamałek. Czy coś mnie ominęło? Kto to w ogóle jest? Ktoś czytał tę nagrodzoną powieść? Warto?

P.S. 2 Całe szczęście, że nie Zaborowska...
czwartek, 18 czerwca 2015
May po raz trzeci
Jezioro tajemnic przeczytałam jeszcze w kwietniu, ale dopiero w ostatni weekend znalazłam czas na spisanie swoich wrażeń, co jest dosyć symptomatyczne i zarazem w ostatnich miesiącach stanowi normę. A teraz tekst jest już na łamach Fahrenheita. Zainteresowanych zapraszam do lektury. Dosyć paradoksalnie, to moim zdaniem najlepszy tom cyklu, silny sumą pewnych słabości, a brakiem innych, choć nadal niepozbawiony wad. Szczegóły w recenzji.
niedziela, 20 lipca 2014
Melodramat zamiast kryminału
W dodatku ckliwy. Po przeczytaniu drugiej części trylogii kryminalnej Petera Maya Wyspa Lewis, zatytułowanej Człowiek z wyspy Lewis, jestem jeszcze bardziej na nie niż po pierwszym tomie. I jeszcze ta całkowicie absurdalna końcówka - skąd pastor wiedział, dokąd jechać, ja się uprzejmie zapytuję?
Więcej za jakiś czas na Fahrenheicie, bo książka do recenzji była. Ale, choć czyta się bez problemu, osobiście nie polecam, a już na pewno nie szukającym kryminału.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka