Wpisy z tagiem: not what it says on the tin

sobota, 22 września 2018
Bo zakochali się (Pokochać noc, Dennis Lehane)
Uwielbiam Lehane’a i sama nie wiem, czemu zaufałam mieszanym recenzjom i ocenie mojego taty, odkładając tak długo lekturę Pokochać noc. Pewnie przede wszystkim dlatego, że byłam trochę zawiedziona Brudnym szmalem, który więcej obiecywał, niż ostatecznie dał. Ale tutaj Lehane wraca do swoich najlepszych tradycji – do mieszania historii obyczajowej z intrygą kryminalną, tym razem w stylu heist movie. A wszystko to oprawia w ramy absolutnie niezwykłego uczucia między Rachel a Brianem. Ona – niegdyś gwiazda bostońskiego dziennikarstwa, rozpaczliwie poszukująca nieznanego sobie ojca po śmierci toksycznej i zaborczej matki psycholożki. Trafia do jego biura całkowitym przypadkiem, a on – początkujący detektyw – nie chce przyjąć jej zlecenia i przestrzega przed innymi naciągaczami. Choć ojca klientki znaleźć się nie udaje, ścieżki Rachel i Briana przecinają się jeszcze wielokrotnie. Brzmi jak stara dobra zagrywka z Chandlera, prawda?
Ale nic tutaj nie jest takim, jakim się początkowo wydaje. Tym bardziej, że w tle brzmi fatalistyczny szlagier o niszczącym uczuciu, Since I fell for you Lenny’ego  Welcha. Ta wielokrotnie przerabiana przez innych twórców piosenka jest też parafrazowana w oryginalnym tytule powieści Since we fell i stanowi klucz do fabuły. Kto szuka thrillera trzymającego w napięciu od pierwszych stron, ten rzeczywiście będzie zawiedziony. Niemal połowa Pokochać noc to powieść obyczajowa, skoncentrowana na biografii Rachel Childs, w której były dwa punkty przełomowe – śmierć matki i trzęsienie ziemi na Haiti. Skończyło się ostrą agorafobią, choć autor do ostatnich stron nie ujawnia czytelnikowi całej prawdy o przyczynach załamania bohaterki. Nie jest ona zresztą potrzebna. Wystarczy wiedza, że gdyby nie Brian Delacroix, który zajmował się nią przez dwa lata, kobieta niegdyś brylująca przed telewizyjnymi kamerami i na bostońskich salonach mogłaby już nigdy nie wyjść z domu.
A jednak Brian, choć uroczy, zabawny i troskliwy, oddany i niewątpliwie zakochany, coś ukrywa. I nie są to drobiazgi. W zasadzie Rachel powierzyła swoje życie osobie, której wcale nie znała, a gdy się o tym przekona, nie będzie miała czasu na przemyślenia i rozdzieranie szat, bo wydarzenia ruszą z kopyta.  Pokochać noc to unikalna, emocjonująca międzygatunkowa rozrywka, od której naprawdę trudno się oderwać. Autor prowadzi nas na manowce z właściwym sobie wdziękiem, co i raz zmuszając do przecierania oczu ze zdumienia. Polecam, z minimalnymi zastrzeżeniami co do finału, który jednak mieści się w ramach konwencji. Nie jest to konwencja klasycznego kryminału ani thrillera, żeby nie było niedomówień.
czwartek, 26 października 2017
Jak Zawód mnie zawiódł (Kamil Fejfer, Zawód. Opowieść o pracy w Polsce)
Pobiję chyba w tym zwolnieniowym tygodniu rekord częstotliwości pisania na blogu z ostatnich siedmiu lat:) Ale co poradzę, że infekcja odbiera chęć do czytania cegieł? A zarazem jakoś tak się składa, że mój wybór pada na tytuły, o których mam coś do powiedzenia. W tym przypadku: przeczytałam, żebyście wy nie musieli.
Nie byłam ufna w stosunku do tej książki. Co prawda promocyjny fragment o zawodzie ratownika medycznego, który znalazłam w sieci, był zachęcający, ale pomyślałam - poczekam na recenzje. Pojawiły się i były zdecydowanie pozytywne. Kupiłam, a dzień później redaktor Szot na Kurzojadach w kilku krótkich, żołnierskich słowach zrównał książkę z glebą.
Że miał rację, przekonałam się już na etapie lektury odautorskiego wstępu. W pierwszych słowach swojego listu Kamil Fejfer uświadamia czytelnikowi, czego w tej książce nie znajdzie. Nie ma małych miejscowości, Polski powiatowej, gdzie każdy każdego kryje, gdzie instytucje nie są w stanie zmyć z ofiar ich piętna, a sprawcy pozostają bezkarni i mogą się śmiać w twarz osobom, które skrzywdziły, napawając się widokiem tego, jak karleją, szarzeją i zginają się pod ciężarem bezradności i zaszczucia.
Tak kulawa gramatyka we wstępie świadczy o tym, że nie było też dobrej redakcji i korekty. Ale przyjmijmy, że raz może się zdarzyć, choć nie zachęca do dalszej lektury i każe wątpić, czy się dobrze zainwestowało niemal 18 złotych. Jednak ledwie kilka zdań dalej, niwecząc dramatyzm obrazu złego przeciętnego życia Polaka, pojawia się taki kwiatek: W Polsce − kraju w środku Europy, od lat należącego do struktur Unii Europejskiej − w połowie drugiej dekady XXI wieku takich osób było 2,8 miliona.
Mogłabym tak dalej, ale mi się nie chce. Z tego miejsca jedynie serdecznie pozdrawiam widniejące na karcie redakcyjnej korektorki Beatę Saracyn i Agnieszkę Gzylewską. Redaktora książka nie miała, a przynajmniej żaden się do niej nie przyznał, gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie. Ad rem. O czym, według autora, miała być książka? Książka oświetla miejsca niedoświetlone, pokazuje zwykłych ludzi, którzy biją się z polskim rynkiem pracy, starają się awansować, realizować marzenia. Spaja ich jedno – są w połowie drogi, nie cieszą się niedosukcesem. Przecież nie tak miało być, miało być tak, że osoba, która się uczy i uczciwie pracuje, może sobie pozwolić na godne życie. Nie każdy ma być milionerem, ale dobrze jakby był multitysiącerem.
Po lekturze mogę powiedzieć, o kim i o czym, według mnie, książka jest. O zderzeniu utopii z rzeczywistością. O absolwentach kierunków humanistycznych (dwukrotnie anglistyka, raz filozofia, dwukrotnie psychologia, podyplomówka z teorii sztuki), bo inne kierunki ukończyło tylko dwoje z dziesięciorga bohaterów (ratownictwo medyczne i informatyka, jedna bohaterka rzuciła towaroznawstwo, wykształcenie stróża z Jarosławia jest nieznane, wiadomo tylko, że studiował we Wrocławiu, ale co i czy skończył - już nie). O zdrowych fizycznie (tylko bohaterka ostatniego rozdziału choruje na Zespół Aspergera), mobilnych młodych ludziach, którzy pracują w dużych miastach (wyjątkiem jest bohater dzielący etat stróża z ojcem w Jarosławiu) i często nie mają jeszcze rodziny (tu jest pół na pół). Wszyscy mają pracę. Mają też pretensję do świata, że nie wygląda tak, jak im się wydawało. Monika z rozdziału o gastro dziwi się, że Polska jest krajem, w którym nie da się wyżyć z pisania o kulturze i nauczania teorii sztuki, a praca w teatrach i innych instytucjach kultury jest nisko płatna i trudno dostępna. Pracowała za dobre pieniądze w telewizji, ale odeszła, żeby robić to, w czym się spełnia. W tej chwili utrzymuje ją chłopak geoinformatyk (żyje z jego pieniędzy, ale nie potrafi powiedzieć, na czym polega jego zawód, urocze), bo w teatrze też było źle. Zła atmosfera była. Jak Monika widzi rozwiązanie swojego egzystencjalnego dylematu? Jeżeli jakaś gazeta, portal lub uczelnia zajmujące się tym, w czym się specjalizuję, zatrudniłyby mnie na etacie, to mogłabym z tego żyć. Ale etatów jest mało. Abym pracowała, muszą zwolnić się miejsca – mówi. – Po prostu ktoś musi tam umrzeć.
Czy winą za jej nieszczęście można obarczyć rynek pracy w Polsce? Sądzę, że mocno w to wątpię.
Maria była wielokrotną laureatką konkursu Studencki Nobel, skończyła psychologię ze specjalizacją kliniczną i pedagogiczną oraz politykę społeczną, zrobiła doktorat, ale nie została zatrudniona w poradni, w której robiła praktyki, a potem darmowy wolontariat, bo zatrudniono siostrzenicę szefowej. Jej kompetencje nie miały znaczenia. No, przykra sprawa. Raz miała wszystkie kompetencje z ogłoszenia i nawet ukończony kurs, na który chcieli dopiero wysyłać. Pewnie przez to nie dostała tej pracy, bo na kurs był grant z UE. Od czasu studiów wysłała kilkadziesiąt CV. Może nawet ponad sto. Do różnych miejsc. Była na ponad dwudziestu rozmowach kwalifikacyjnych. Uważa, że nie przyjmują jej i nie przyjmą, bo nie ma doświadczenia w zawodzie. Pracuje w banku, w obsłudze klienta, zaczęła jeszcze na studiach. Nie chce po prostu zmieniać pracy na inną. Nic jej nie da, jeśli przeniesie się z jednego miejsca pracy, gdzie nie pracuje w zawodzie, do innego, gdzie też nie będzie pracowała w zawodzie. Naprawdę lubi psychologię. Wie, że jest ona ważna.
I jak wam się wydaje, czy Maria jest ofiarą systemu? Ja, jak powszechnie wiadomo, nie mam serca, ale wydaje mi się, że po prostu jest ofiarą własnej wizji świata, w której kompetencje formalne powinny być przepustką do zatrudnienia. I tak jest z ośmioma z dziesięciorga bohaterów Fajfera - to oni, a nie kraj lub system, odpowiadają za własne niepowodzenia lub umowne, subiektywnie definiowane porażki. Bo czy można mówić o porażce w przypadku warszawskiej dziennikarki po filozofii, która pracowała jako freelancerka, a kiedy nie była w stanie zarobić w ten sposób czterech tysięcy netto miesięcznie, poszła pracować do banku? Nie rozśmieszajcie mnie.
Albo absolwent anglistyki, który narzeka, jak to amatorzy psują rynek tłumaczeń, ale sam, choć ma rzekomo znakomite kompetencje, nie pomyśli o tym, żeby zdać egzamin na tłumacza przysięgłego, co pozwoliłoby mu podnieść stawki. A odkryciem było dla niego, że do korepetycji trzeba się przygotowywać, żeby zostać poleconym w marketingu szeptanym. Czy to jest poważny człowiek, czy fantasta?
Dwa wyjątki to przywołany na wstępie ratownik medyczny, który jest świetny w tym, co robi, i pracuje głównie dla idei, a system istotnie mu tego nie ułatwia, oraz wspomniana informatyczka z ZA, która jednak traci szanse na porządne zatrudnienie - jak sama przyznaje - głównie dlatego, że prowadzi poczytnego bloga o życiu z chorobą i łatwo go znaleźć. Jest to powód nieracjonalny i dyskryminacja ze strony potencjalnych pracodawców - niewątpliwie. Te dwie historie to 20% książki i tylko one jakoś wpasowują się w jej rzekome założenia. Reszta jest totalnym zaprzeczeniem tezy autora i raczej ilustracją powiedzenia Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Dlatego Zawód uważam za wielkie nieporozumienie.
środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
niedziela, 19 marca 2017
Siedzimy tu przez nieporozumienie (Hymn narodowy, Przemysław Wojcieszek, Emilia Piech)
Dziś w rubryce rozmaitości wpis teatralny.  Otóż przyjechał do mnie gość z Krakowa na weekend i chciałam gościa uraczyć tym, co Legnica ma najlepszego. M.in. teatrem, w którym poprzednio byłam na gościnnym występie Janusza Gajosa. Ponieważ akurat grali Hymn narodowy, to - po zapoznaniu się z pozytywnymi recenzjami - zasiadłyśmy sobie wczoraj na Scenie Gadzickiego. Swoją ścieżką, sam teatr Modrzejewskiej jest dramatycznie niedostosowany do potrzeb osób z problemami ruchowymi, co nie ulega zmianie od lat, na scenę dodatkowo trzeba się dostać po kolejnych schodkach, a tam - siedzenia na schodkowym rusztowaniu, mega niewygodne składane krzesła, co też nie jest bez znaczenia, bo spektakl trwa 130 minut bez przerwy. A czemu nie ma przerwy, stało się dla mnie jasne dość szybko. Gdyby była, to, nie ukrywajmy, są spore szanse, że nikt by po niej na dalszą część nie wrócił.
Przemysława Wojcieszka kojarzyłam z ciekawym spektaklem sprzed lat - Made in Poland. Nic nie przygotowało mnie na poziom artystyczny jego najnowszej sztuki. Zacznijmy od fabuły. Główny bohater to Mick Jagger ruchu związkowego lat 80., obecnie 55-letni alkoholik, pracujący jako biegły z zakresu pożarnictwa - Zbigniew (Bogdan Grzeszczak). Wydaje mu się, że wszyscy o nim zapomnieli, choć był, jak sam mówi, drugi po Wałęsie. Ale chcą go jako symbol zarówno młodzi i dynamiczni zwolennicy obecnej władzy, jak i podzielona opozycja. Przy czym ta druga frakcja podsyła mu na wabia 20-letnią Alicję (współautorka scenariusza Emilia Piech), która ma mu zawrócić w głowie i namówić do ponownego zajęcia miejsca na czele ruchu oporu. Idzie jej to marnie, bo Zbigniewa znacznie bardziej od wspominana i reanimowania przeszłości interesuje alkohol i sama Alicja, młoda, ponętna (choć głupiutka) i skłonna się oddać dla sprawy. W międzyczasie PiSiory wrzeszczą na KODziarzy (i odwrotnie) z rusztowań ustawionych po bokach wyłożonej kawałkami styropianu sceny, a kiedy już znużonym bohaterom uda się zasnąć po libacji i jałowych dyskusjach, ewentualnie zbliżeniu pozbawionym rewolucyjnego entuzjazmu, nawiedzają ich demony. I jakkolwiek jest w tym spektaklu wiele złych rzeczy (zbędny hałas, płaskie dialogi, nieustanne wrzaski, błyski i dymy), to jednak te demony są zdecydowanie najgorsze. Jest coś takiego jak metafora, taki środek wyrazu. I te demony mają nią niby być. No więc równie dobrze można by wziąć młot pneumatyczny. Bo mamy Andrzeja Dudę czytającego ustawy po nocy, Kukiza wrzeszczącego bez sensu o JOWach, Antoniego Macierewicza onanizującego się do nagrania z prezydenckiego Tupolewa (obrzydliwość), Krychę P., co biega po scenie, i prawie że tocząc pianę, opowiada, jak by to reedukowała pedałów, ewentualnie odrzuca kapustę pekińską, jak sobie uświadamia, że to z Chin, bądź łapie za gitarę i zachęca publiczność, by razem z nią śpiewała nowy hymn narodowy (o Bogu, jednowersowy). Satyra najniższego lotu, po prostu żenada. I wtedy wchodzi Paweł Palcat, laureat tegorocznej nagrody WARTO, jako Jarosław Kaczyński. Wcześniej był Macierewiczem (przepraszam, Antonim M.), ale to, co wyrabia jako Jarek K., to już jest pukanie w dno od spodu. Jarek najpierw zmaga się z workiem na zwłoki, tzn. z bratem. Potem staje z nagim torsem pokrytym tatuażami i zachęca widzów, by go obrażali, bo się ich nienawiścią karmi. Następnie sam ich obraża. A człowiek siedzi  i się głęboko zastanawia, co tu zaszło i jakim cudem ktoś dopuścił do realizacji ten dramatycznie rozdarty wewnętrznie scenariusz, w którym groteskowo gruba kreska (dajmy litościwie na to, że kabaretowa) miesza się z prościutką fabułką, nieudolnie udającą dojrzałą refleksję nad stanem polskiego społeczeństwa i politycznego sporu. Której puenta brzmi - trzeba chodzić po domach i rozmawiać z ludźmi ich językiem, nikt tego za was nie zrobi. No, z takim językiem to naprawdę nie wiem, do jakich ludzi - i, co ważniejsze, z jakim konkretnie przesłaniem - twórca chciał dotrzeć. Bo jeśli to ma być najlepsze, co nasz teatr ma do zaoferowania, to zdecydowanie nie jestem adresatem docelowym przekazu. Jedyne lepsze momenty to scenki pomiędzy posadzonymi na widowni Ireną (Anita Poddębniak) i Marianem (Paweł Wolak). A to o 500+, a to o broni elektromagnetycznej używanej na niewinnych mieszkańcach Legnicy. I o tym, jak Rosjanie manipulowali Bolkiem.  W sumie z 10 minut. Reszta powinna być milczeniem.
P.S. Dla porównania kilka profesjonalnych recenzji, polecam zwłaszcza pierwszą: 1, 2, 3.
P.S. 2 Wywiad z Przemysławem Wojcieszkiem z dzisiejszego Dużego Formatu.
niedziela, 19 czerwca 2016
Ostatnie śledztwo Leocharesa
Miałam bardzo udany wyjazd, m.in. byłam na niesamowitym koncercie Zaz w krakowskiej Tauron Arenie, ale wczoraj trzeba już było wrócić...
Troszeczkę achronologicznie, ale za to w miarę na świeżo, opowiem wam zatem o wynikach mojego dochodzenia w sprawie nagrodzonej tegorocznym Wielkim Kalibrem powieści Jakuba Szamałka Czytanie z kości.
Jest to co prawda trzeci tom cyklu, ale można się z nim zapoznać bez czytania poprzednich, tak jak ja, za co autorowi należy się pierwszy plus.
Drugi - za czas i miejsce akcji. Etruskie miasto Veii, 421 rok p.n.e. Szamałek pisze o starożytności realistycznie i ciekawie, zwraca uwagę na detale codzienności odbiegające od kształtowanych przez sztukę wysoką  powszechnych wyobrażeń. Zarazem wszystkie te ciekawostki udaje mu się wpleść w tekst zgrabnie, bez serwowania nużących wykładów i samozachwytu własną erudycją w stylu Krajewskiego. A także, co równie ważne, bez popadania w tani dydaktyzm.
Złotnik z zawodu wyuczonego i detektyw z zamiłowania, Leochares, wylądował w niezłym bagnie finansowym i prywatnym. Z radością przyjął więc zlecenie wyjaśnienia okoliczności zabójstwa etruskiego władcy, któremu poderżnięto gardło w jego własnej łaźni, a więc tam, gdzie w teorii powinien czuć się najbezpieczniej. Jest to rozwiązanie o tyle ciekawe, że Leochares, Grek, w trakcie realizacji zadania odkrywa wraz z czytelnikiem cywilizację Etrusków, konfrontując zaskakującą pod wieloma względami (np. praktyczne równouprawnienie kobiet - wg bohatera straszliwy skandal!) rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami, ukształtowanymi na podstawie krążących pogłosek. Powiem tyle, że Etruskowie nie mieli dobrego PR. A nawet makabrycznie wprost kiepski.
Trzecim plusem jest styl - może nie jakoś szczególnie wyróżniający się indywidualizmem czy zachwycający, ale sprawny i nieprzeszkadzający w lekturze, z odpowiednią dozą humoru i ironii. Leochares jest zgorzkniałym cynikiem, pozbawionym jakichkolwiek złudzeń, samokrytycznym nie tylko wobec innych ludzi i otaczającego go świata, ale także, a może przede wszystkim, wobec siebie samego i własnych wątpliwych osiągnięć. Dzięki temu mimo wszystkich wad protagonisty łatwo go polubić i przyjemnie mu się towarzyszy.
Jest  jeden minus, może nie decydujący, ale jednak w przypadku kryminału dość poważny. A jest nim, niestety, konstrukcja intrygi, prosta niczym konstrukcja cepa. Tożsamość zabójcy dla czytelnika choćby minimalnie obytego z gatunkiem staje się oczywista bardzo szybko, a mające ją jakoby zamaskować zabiegi Jakuba Szamałka (łącznie z dodaniem całego wątku współczesnego) służą chyba raczej rozbudowaniu historii i portretów bohaterów niż faktycznemu kamuflażowi sprawcy. Niewątpliwie zagadka kryminalna interesowała autora w ostatniej kolejności. Mnie to aż tak bardzo, po uwzględnieniu innych, wspomnianych wyżej, walorów tekstu, nie przeszkadzało. Powieść jest mimo wszystko niezłą, wciągającą lekturą, można jej poświęcić dwa popołudnia bez ryzyka, a nawet z niejaką przyjemnością. Nagroda Wielkiego Kalibru może jednak zbudować pewne oczekiwania względem kryminalnej warstwy utworu, a te, niestety, pozostaną niezaspokojone.
niedziela, 05 czerwca 2016
Nie dajcie się nabrać - szkoda czasu
Z powodu weekendowego wyjazdu dziś tylko zalinikuję moją niedawną recenzję z WP, żeby inni wielbiciele Gillian Flynn i czytelnicy w miarę usatysfakcjonowani debiutem Pauli Hawkins nie wpadli tak jak ja w pułapkę marketingowej wydmuszki, którą okazała się Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie.


Nie ma za co:)

P.S. A tymczasem Nagrodę Wielkiego Kalibru za zeszły rok zdobył niejaki Jakub Szamałek. Czy coś mnie ominęło? Kto to w ogóle jest? Ktoś czytał tę nagrodzoną powieść? Warto?

P.S. 2 Całe szczęście, że nie Zaborowska...
czwartek, 18 czerwca 2015
May po raz trzeci
Jezioro tajemnic przeczytałam jeszcze w kwietniu, ale dopiero w ostatni weekend znalazłam czas na spisanie swoich wrażeń, co jest dosyć symptomatyczne i zarazem w ostatnich miesiącach stanowi normę. A teraz tekst jest już na łamach Fahrenheita. Zainteresowanych zapraszam do lektury. Dosyć paradoksalnie, to moim zdaniem najlepszy tom cyklu, silny sumą pewnych słabości, a brakiem innych, choć nadal niepozbawiony wad. Szczegóły w recenzji.
niedziela, 20 lipca 2014
Melodramat zamiast kryminału
W dodatku ckliwy. Po przeczytaniu drugiej części trylogii kryminalnej Petera Maya Wyspa Lewis, zatytułowanej Człowiek z wyspy Lewis, jestem jeszcze bardziej na nie niż po pierwszym tomie. I jeszcze ta całkowicie absurdalna końcówka - skąd pastor wiedział, dokąd jechać, ja się uprzejmie zapytuję?
Więcej za jakiś czas na Fahrenheicie, bo książka do recenzji była. Ale, choć czyta się bez problemu, osobiście nie polecam, a już na pewno nie szukającym kryminału.
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka