Wpisy z tagiem: Mike Carey

piątek, 09 września 2011
Feliks Castor powraca, by zatańczyć z Asmodeuszem przy świetle księżyca
Czekałam, czekałam i się doczekałam:) Kolejny tom opowieści o perypetiach dostawcy usług duchowych, czyli Nazwanie bestii, nieco odbiega konstrukcyjnie od pozostałych. Było to jednak do przewidzenia, bo już w finale Krwi nie wody stało się jasne, że tym razem tematem będzie pościg za Asmodeuszem i próby powstrzymania go. Co w ogóle ciężko zrobić, nie wspominając już o tym, że Fix ma zachcianki i przy okazji życzy sobie nie uszkodzić Rafiego Ditko. A to już mission hyperimpossible.
Ale co tam, nie takie rzeczy się robiło na chrzcinach, weselach i pogrzebach. Zwłaszcza na pogrzebach.
Nie ma więc tym razem głównej tajemnicy, a podstawowy problem sprowadza się do znalezienia sposobu na unieszkodliwienie potężnego demona. Który to demon, uwolniwszy się, bynajmniej nie próżnuje. Realizuje własny plan, a on też marzy o uwolnieniu się od ludzkiego nosiciela, nie zaprząta sobie przy tym głowy utrzymaniem go przy życiu. Zegar tyka. Castor, przyparty do ściany, sprzymierza się z jednym ze swoich najgorszych wrogów.
Jest natomiast zagadka mniejsza w miejsce kryminalnej intrygi, a mianowicie przemiana sukkuba, Juliet Salazar. Są też zagadki całkiem drobne, jak natura przedziwnego bytu, nawiedzającego londyński klub fitness.
Oraz, będąca elementem większej całości, powolna przemiana równowagi świata na poziomie ezoterycznym. Umarli rosną w siłę. Egzorcyści szukają nowych sposobów na poszerzenie skuteczności swoich talentów (tego typu eksperyment podejmuje także Fix, z interesującymi rezultatami).
W mniejszej zagadce zieje niestety spora dziura logiczna i jest to główna przyczyna, dla której tom oceniam najniżej z całej serii, wciąż jednak jest to ocena wysoka -7,5/10, bo i poziom nie uległ znacznemu obniżeniu, opowieść jest wartko podana, ciekawa i klimatyczna. Nie zawiodłam się, choć zachwytu też nie doświadczyłam. Bardzo solidna rozrywka, kilka interesujących rozwiązań.
środa, 02 lutego 2011
Fahrenheit 70
Tak jest, to nie ptak, nie samolot, ani nawet nie superbohater w rajtkach - to nowy numer Fahrenheita!
Tym razem ode mnie słów kilka o:

Krwi nie wodzie
czyli czwartej odsłonie przygód Fixa Castora Mike'a Careya
oraz dwóch tomach opowiadań z Meekhanu Roberta M. Wegnera (o każdym oddzielnie).

Zapraszam do lektury całego numeru.
***


Bonusowo link do recenzji Namiestniczki - zwykle tego nie robię, ale ostrzegać trzeba. Stąd wyjątek.

piątek, 28 stycznia 2011
Królewski maraton i nowy Fix
To znowu ja. Nie piszę, bo jestem w trakcie lektury Królów przeklętych (wczoraj skończyłam piąty tom). Lektura, niestety, z przystankami. Bo najchętniej bym ciągiem. A to dziwna historia, bo pierwszy raz próbowałam to czytać jakoś w środku podstawówki i nie podeszło mi zupełnie. Zresztą, i tym razem pierwsze 50 stron Króla z żelaza szlo ciężko. Tak więc - nie zniechęcać się. Dalej jest zdecydowanie lepiej. Może trochę mi pomogła konwersja na frankofoństwo w tak zwanem międzyczasie, ale nie sadzę. Po prostu trzeba się przyzwyczaić do stylu. Jest on nieco szorstki. Ze szkoły to pamiętam głównie Filipa Pięknego i jego boje z templariuszami. Tutaj jest więcej, ciekawiej i polecam. Aczkolwiek nie byłabym sobą, gdybym nie zaznaczyła, że w przekładzie (powszechnie chwalonym i zapewne słusznie) wytropiłam kilka większych baboli. Z franc. to nie będę przytaczać, bo i tak prawie nikt nie zrozumie, ale np. sweet heart jako słodkie serce było po prostu urocze.
No, ale wypadło przerwać, jak raz, też dla opowieści o królach (a raczej cesarzu i wanna-be-królu) - Gry w kości Elżbiety Cherezińskiej. Uczucia odnośnie tej ostatniej pozycji mam mocno mieszane. Druon wygrywa w przedbiegach. Wolę jak autorka pisze o Norwegii. Zdecydowanie.
A teraz znowu przerwa - i znowu historia o władczyni - Namiestniczka Szkolnikowej z serii wydawniczej NF. Rosyjskojęzyczna fantasy o objętości 800 stron+pierwszy tom trylogii = paniczna ucieczka z krzykiem. O dziwo, po 80 stronach nie jest tak źle, jak można by oczekiwać. Znaczy - cudów nie ma, żeby nie było nieporozumień, ale czyta się bezboleśnie. Może to zasługa tłumacza, Rafała Dębskiego? Damy radę.
***
Na koniec świetna (przynajmniej dla mnie) zapowiedź wydawnicza: piąty tom cyklu o Feliksie Castorze - Nazwanie bestii - ukaże się nakładem wydawnictwa MAG 29 kwietnia 2011.

niedziela, 28 listopada 2010
Mam pecha do zapowiedzi MAGa
Zawsze (no, dobrze, w 80% przypadków) zmieniają się akurat tak, ze wypada to, na co czekam najbardziej:/ Nie spieszyło mi się do Harrisona czy VanderMeera (mimo przełamania niechęci do tych autorów po ich ostatnio opublikowanych w Polsce pozycjach - odpowiednio Świetle i Podziemiach Veniss oraz drugiej połowie Shrieka. Ja najmocniej czekałam na:

1) Drood Simmona (w czołówce mojego prywatnego autorskiego topu) - miał być w końcówce 2009, a teraz nie mieści się w pierwszym kwartale 2011

2) The Republic of thieves Scotta Lyncha (to co prawda miało być w marcu, więc jest nadzieja, że obsuwa będzie niewielka)

3) The naming of beast Mike'a Careya, miało być w styczniu, a w pierwszym kwartale 2011 ani widu:/

Tego ostatniego chyba poszukam w wersji angielskiej. Tak samo jak dalszych (powyżej trzeciego) tomów Dresden files, bo wznowienie w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy ma zacząć wychodzić w maju, ale miało zacząć już w tym roku, więc nie mam specjalnych zludzeń, że znowu wypchnie tę solidną rozrywkę jakaś Kate czy inna Clare:/

Nie ma wyjścia, trzeba poczekać. Ale jakoś nie sadzę, żeby Harrison czy VanderMeer mieli szansę osiągnąć lepsze wyniki sprzedaży niż Carey i Lynch (choć chyba kolejność dwóch ostatnich nazwisk powinna być odwrotna). Przy Simmonsie się nie upieram, choć za nim serce łka najbardziej, bo to jednak niekomercyjna literatura jest.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Kolejny Castor
Po dłuższej przerwie z powodów wiadomych, jak i innych, wracam do (mam nadzieję) normalnego prowadzenia bloga. Na początek kilka słów o czwartej części przygód londyńskiego egzorcysty, Feliksa C., zwanego Fixem.

Krew nie woda to zdecydowanie najmroczniejszy z dotychczasowych tomów serii, a że w poprzednich odsłonach mieliśmy torturowane i mordowane imigrantki, małe dziewczynki składane w ofierze i seryjne morderczynie szukające zemsty zza grobu, o czymś to świadczy. Powieść faktycznie dosłownie pływa we krwi, atmosfera jest ciężka, duszna i przygnębiająca i chwilami, idąc śladem bohaterów, uwięzionych na przeklętym osiedlu, człowiek ma ochotę się pociąć. Jakby mało było klaustrofobicznego blokowiska naznaczonego życiową klęską mieszkańców, dochodzą masowe okaleczenia i narastająca przemoc o zagadkowym źródle. By rozwiązać zagadkę, Castor, podejrzewany o brutalne zamordowanie prześladowcy z lat dziecinnych, musi wrócić do przeszłości i do rodzinnego Liverpoolu, choć nie ma zbytniej ochoty na sentymentalne wspominki. Jednak o tym, co zamieszkało na osiedlu, nawet demonica Juliet nie chce mówić. Czego może się bać demon, który wyssał setki dusz?

Do gęstego klimatu autor dodał (jak zazwyczaj) interesującą fabułę. Po raz pierwszy dowiadujemy się tak wiele o przeszłości głównego bohatera, a i jedna z fundamentalnych zagadek świata przedstawionego znajduje wreszcie rozwiązanie. Może i wątek, nazwijmy to, obyczajowy trąci nieco telenowelą, ale poprowadzony jest nienajgorzej - choć jak zwykle Carey ma kłopoty z niespaleniem go przedwcześnie i musi stosować chwilami mocno niezręczne wygibasy, by Castor nie dotarł do kłębka, mając w dłoniach zaledwie część nitki. Jednak odwraca uwagę czytelnika stężeniem makabry, zarówno tej fantastycznej, jaki bardziej prozaicznej, czysto życiowej.

Wolę Castora w nieco bardziej finezyjnym wydaniu (jak w Moim własnym diable - wg mnie najlepszej części), ale mocny też jest dobry, nie da się zaprzeczyć. Zirytował mnie jedynie wyjątkowo chamski cliffhanger w finale, do tej pory Carey nie pozwalał sobie na takie numery. Ale chyba jest szansa na kontynuację jeszcze w tym roku. Wyglądać jej będę z niecierpliwością.
 
sobota, 12 września 2009
Od ostatniej notki przeczytałam
Mike Carey Przebierańcy

Będzie recenzja w F, podlinkuję, tymczasem tylko napiszę, że czytało się błyskiem, wspaniale przy najnowszych przygodach Fixa odpoczęłam i uważam tom 3 za lepszy od drugiego, choć nie tak dobry, jak pierwszy. Oprócz elementów standardowych będzie wyprawa do Hameryki, jako też mafia amerykańska na gościnnych pozagrobowych występach w Lądku Zdroju, to znaczy, oczywiście, Londynie. Polecam fanom cyklu, nie-fanów odsyłając jednakowoż do wciąż dzierżącego palmę bezdyskusyjnego pierwszeństwa tomu pierwszego - Mojego własnego diabła

Marcin Mortka Miecz i kwiaty tom I

Jak wyżej, tzn. zrecenzowany dla F. Odpuściłam ostatnimi czasu Mortkę bez żalu, ale sentyment do "Ostatniej sagi" kazał się zainteresować jego najnowszym dziełem, osadzonym w realiach trzeciej krucjaty. Jest ciekawie, choć zdecydowanie nie bez wad. Główny plus to bohater, młody Gaston de Baideaux z Pikardii, któremu zderzenie z realiami Ziemi Świętej burzy uświęcone wyobrażenia o rycerskim etosie. Poza tym sympatyczna z niego sierota i uczy się co nieco o sztuce (prze)życia od...swojego własnego Diabła. Ot, wyszło niezamierzone nawiązanie intertekstualne:) 

Maja Lidia Kossakowska Upiór południa. Czerń.
 
Garść impresji.

Z tego miejsca chciałabym pozdrowić Anteriona, gdyż, czytając Czerń, po raz pierwszy byłam gotowa zgodzić się w całej rozciągłości z lansowaną niegdyś przez niego (a zwalczaną - m.in. - przeze mnie) tezą, że Kossakowska jest grafomanką:)

Maja Lidia Kossakowska Upiór Południa. Pamięć umarłych. Drugi tom cyklu trafił do mnie znacznie bardziej niż pierwszy - bardziej przekonująco udało się tym razem wykreować nastrój "czegoś wiszącego w powietrzu" upalnego Dzikiego Zachodu posecesyjnej Ameryki. Nie ma tu sztuczności i egzaltacji, jest klimat i choć całość budzi mocne skojarzenia z Kingowską Zieloną milą, to jednak ta opowieść o etosie rewolwerowca wyrównującego rachunki krzywd zza grobu potrafi zaangażować emocjonalnie. Fabularnie jest przewidywalna, a niektóre "elementy fantastyczne" oddano zbyt grubą kreską, ale z czystym sumieniem daję 7/10. Choć do Faulknera temu Upiorowi równie daleko jak poprzedniemu do Fight clubu.

Obecnie przypominam sobie natomiast Króla Bezmiarów Kresa Feliksa i jest to prawdziwa przyjemność, bo choć ogólny zarys fabuły pamiętam, to jednak detale wywietrzały przez ponad 4 lata. Pozostało ogólne wspomnienie znakomitej marinistycznej powieści przygodowej, tak dobrej, że nie zdołał jej zepsuć nawet trącący na milę brazylijskim tasiemcem wątek Ridi i córek. Miło znowu spotkać Raladana, który należy do moich ulubionych bohaterów cyklu szererskiego:D No i Kres jest znakomity językowo.

Idealna odmiana po tych cholernych aktach prawnych do egzaminu wstępnego na aplikację:/ Jeszcze tydzień. Potem jeszcze 3 tygodnie pisania memoire i jako szczęśliwa bezrobotna (tj. poszukująca pracy:) będę mogła znowu systematyczniej prowadzić bloga.


| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka