Wpisy z tagiem: tłumaczenia

sobota, 30 września 2017
Kilka refleksji Michała Kłobukowskiego o sztuce przekładu
Dziś Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Z tej okazji proponuję fragment rozmowy z Michałem Kłobukowskim (tłumaczem m.in. zbioru opowiadań 10 grudnia), zatytułowanej Wyrywanie wątroby, z książki Przejęzyczenie Zofii Zaleskiej, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Ku refleksji przy święcie i w ramach zachęty do lektury całości. Tradycyjnie też zapytam - macie swoich ulubionych tłumaczy? Dlaczego właśnie tych? I jak uważacie, czy Kłobukowski ma rację? Całość rozmowy opublikował Dwutygodnik.

Przyszłym językiem Europy jest przekład” – głosił dwadzieścia lat temu Umberto Eco. Od tamtej pory pojawiły się publikacje na temat teorii przekładu, poświęcone mu seminaria i kierunki uniwersyteckie, tłumacze dostają nagrody i wyjeżdżają na stypendia. Sytuacja tłumaczy nigdy nie była lepsza?
Rzetelnie potrafię powiedzieć tylko, czy i jak zmieniła się moja sytuacja, a na ile można to uogólniać – trzeba by się zastanowić. Poprawa sytuacji tłumacza wydaje mi się czymś co najmniej nieoczywistym. Owszem, mamy stypendia, nagrody i te wszystkie miłe rzeczy, które pani wymieniła – ale to są kwiaty na Dzień Kobiet, a codzienność wygląda zupełnie inaczej. W stopce pod recenzją teatralną wymienia się nazwiska czterech charakteryzatorek i ani jednego tłumacza. W umowach wydawniczych pojawiają się klauzule sprzeczne z prawem autorskim, a o brzmieniu tytułu często decyduje dział sprzedaży, którego pracownicy przeczytali książkę najwyżej raz, a nie kilka lub kilkanaście razy, tak jak przeczytał ją tłumacz. Po ukazaniu się Alicji w Krainie Czarów w przekładzie Elżbiety Tabakowskiej jakiś internauta napisał: „Fajne! Ktoś tłumaczył czy Googlem?”. I rzeczywiście zdarzają się ogłoszenia typu: „Poszukuję redaktorów do opracowywania tekstów przepuszczonych przez Google translator”. Niektórzy wydawcy zamawiają próbki przekładu kolejnych fragmentów książki u kilkunastu osób, a potem dają to komuś do zredagowania i mają tekst za darmo, a że bohaterowie mówią co chwila innym stylem i z kieszeni, do której schowali rewolwer, wyjmują pistolet, to już mniejsza. Wielu tłumaczy (zwłaszcza tłumaczących z angielskiego) nie zasługuje zresztą na dużo lepsze traktowanie. Mam wrażenie, że sztuka przekładu upada. Co nie znaczy, że już nigdy się nie podniesie i że w tym upadku nie ma chwilowych wzlotów.
Kiedyś było inaczej?
W PRL-u cykle wydawnicze były długie, nad książką pracowało się kilka lat, terminy były odległe, od korekty do korekty mijały długie miesiące, a na koniec książka zalegała jeszcze w wydawniczych szufladach. Zaletą tych skądinąd złych czasów był brak pośpiechu. Natomiast w tej chwili, po pierwsze – pośpiech jest wszechobecny, a po drugie – wszyscy tłumaczą. Za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś gazeta znowu zwolniła dwieście osób, myślę: no tak, teraz połowa z nich pójdzie tłumaczyć z angielskiego, bo uważają, że potrafią, a co gorsza, większość wydawców też tak uważa.
Dawniej zawód tłumacza literatury był bardziej zamknięty?
Tak. Ja sam przez długi czas trwałem w przekonaniu, że bardzo trudno jest zostać tłumaczem literackim. Kiedy zaczynałem współpracować z czasopismami, wyobrażałem sobie, że miną lata, zanim dostanę pierwszą książkę do zrobienia. W moim przypadku stało się to znacznie szybciej, ale znałem kilka osób ze swojego pokolenia, które niekoniecznie z braku talentu, ale po prostu z powodu braku zapotrzebowania na aż tylu tłumaczy, musiały zająć się czymś innym. Dziś jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem z łapanki.
To właśnie w tym umasowieniu zawodu upatruje pan przyczynę upadku sztuki przekładu?
Dzieje się tak z bardzo wielu powodów. Na pewno w znacznym stopniu winę za to ponosi zbytnia dostępność tego zawodu i nierzetelność wydawców. Poza tym doszło też do ogólnego upadku języka. Prawdopodobnie wynika on z tego, że czytamy coraz szybciej i coraz niechlujniej. Człowiek pisze mail i blog – albo co gorsza maila i bloga – i nikt tych tekstów po nim już nie poprawia, więc trafiają do czytelników w takiej formie, w jakiej spadły z palców na klawiaturę. Coraz bardziej nas to uodparnia na niechlujny i byle jaki język. Oczywiście nonszalancja też bywa w literaturze potrzebna. Jednym z kardynalnych błędów starszych tłumaczy było pedantyczne, polonistyczne tłumaczenie wszystkiego – nawet jeśli oryginał został napisany w pijanym widzie i wszyscy bohaterowie byli lumpami, to w przekładzie mówili jak profesorowie. Niechlujstwo bywa czasem wręcz wskazane, ale dziś najczęściej jest niezamierzone.
Absolutnym zabójstwem dla każdej sztuki jest pośpiech i krótkie terminy. Wydawca najchętniej dziś podpisałby umowę z agentem, a już nazajutrz miał gotowy przekład, żeby książka szybko przynosiła zysk. Oczywiście zdarzają się szlachetne wyjątki. Zbyt częste są jednak sytuacje, że na ekrany wchodzi filmowa adaptacja książki albo autor dostał nagrodę, albo po prostu książka musi być w księgarniach przed Gwiazdką – i wtedy nawet misterną, wymagającą wielu pomysłów prozę tłumaczy się w pośpiechu.
Zdarzało się to panu?
Tak, parę razy podjąłem się czegoś takiego, bo zależało mi na książce. Miałem ochotę ją przetłumaczyć i robiłem to w trzy miesiące, wściekając się, że nie mam na to roku. Wychodziło w miarę przyzwoicie, ale gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym to lepiej. Gdyby jednak taka książka trafiła do kogoś bardziej niefrasobliwego, czytelnicy dostaliby kolejny prezent w postaci marnego przekładu. Tak tworzy się błędne koło nakręcające psucie języka: im więcej złych przekładów, tym więcej następnych złych przekładów i w ogóle byle jak napisanych tekstów. To niechlujstwo nie jest związane z nadejściem młodego pokolenia tłumaczy, zdarza się też ludziom bardzo doświadczonym. Coraz więcej osób wykształconych posługuje się językiem z klocków („robi się grubszy” zamiast „grubieje”) i używa skundlonych idiomów. Czytałem niedawno, że ktoś kogoś „pobił na łeb, na szyję”, zamiast „na głowę”. I tak dobrze, że nie „na złamanie karku”.
Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić.
„Poezją jest to, co przepada w tłumaczeniu” – mówił amerykański poeta Robert Frost. Co umyka w tłumaczeniu?
Wiele rzeczy, choć zdarzają się przekłady lepsze niż oryginał. Najczęściej świadczy to o tym, że był on językowo nieporadny. Każdy pisarz, który jest cokolwiek wart, stara się przynajmniej chwilami pisać tak, jak nikt przed nim. Używa śmiałej składni, nieoczekiwanych zestawień słów, szuka swojego indywidualnego języka. Potem pojawia się tłumacz, a trzeba pamiętać, że nawet najbardziej utalentowany tłumacz zazwyczaj jest większym konserwatystą językowym niż autor. Dlatego nawet przy najlepszych chęciach w przekładzie następuje przeważnie mniejsze lub większe spłaszczenie stylistyczne w stosunku do oryginału. Potem wkracza redaktor, który jest jeszcze bardziej zachowawczy językowo – nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują. To jest kwestia psychologiczna, kwestia pewnej śmiałości, wzięcia odpowiedzialności za słowo i powiedzenia: ja to tak właśnie napisałem. Na końcu przychodzi korektor i jeszcze bardziej wyprasowuje tekst, jeśli mu się tego nie udaremni. To wszystko psuje przekład.
sobota, 13 lutego 2016
David, grasz pięknie! Może zagraj coś nowego, bez fałszywych nut?
Uwielbiam czytanie Mitchella. Mało kto tak sprawnie posługuje się językiem i ma tak genialną tłumaczkę w Polsce jak Justyna Gardzińska. Sądzicie, że przesadzam? To przeczytajcie ten fragment:

Dzisiejszy młyn w Bladym Biskupie to pełen przegląd kwiatu młodzieży: „Tak, Stephen Hawking i Dalajlama. Który ma rację? Wiesz, to zależy”. Modne dżinsowe minispódniczki, koszule GAP, markowe zapalniczki, za duże swetry Kurta Cobaina, levisy, gdzie trzeba gustownie przetarte; „Widziałaś, jak zbok czatuje przy kiblach? Bo drzwi do klopa są ciągle otwarte”. Jak słucham tego kawałka The Pogues, to wali mi serce i miękną kolana; „Wszystko ze sklepów Armii Zbawienia jest w świerzbie, masakra, swędzi mnie od rana”. Zaduch lakieru i dezodorantu, zmieszany z Chanel numer pięć. Zadbane zęby bez żadnej plomby w sztucznym uśmiechu do zdjęć. „Słyszałaś dziś newsa, że kot Schrödingera zdechł, żyje, zdechł, żyje, zdechł, żyje? Cholera...”. „Dalton ma znowu grać Bonda? To bzdura”. Upadek Barretta i era Gilmoura. O symulacjach i symulakrach, o kursie dolara do funta. O Sartrze, Barcie Simpsonie, o Barthesie, o Chile, Peru i juntach. „Łoił podwójne, zalał się jak bela”. Trzydniowy zarost George’a Michaela. „Bo koniec The Smiths to koniec muzyki”. Dziedzice fortuny, białe kołnierzyki. Zastępy przyszłych ekspertów i sędziów, bankierów 
in statu pupillari. Spłodziły ich lędźwie światowej elity, a Cambridge ich doskonali. Władza i pieniądz lepią się do siebie, jak miód do Kubusia Puchatka, nie, wcale tego nie krytykuję, tego uczyła mnie matka. Czy kiedyś mówił ci ktoś, że wyglądasz jak Demi Moore w Uwierz w Ducha? Na górze róże, na dole fiołki, ja gadam, a Ness chce mnie słuchać.
 
Jakieś wątpliwości?:) Czasomierzy wyglądałam z utęsknieniem, kupiłam, jak tylko się ukazały, i niedługo potem zaczęłam czytać. Mniej więcej do 3/4 powieści byłam po prostu urzeczona historią i w zasadzie nie przeszkadzało mi, że autor po raz kolejny korzysta z tego samego schematu, co w genialnym Atlasie chmur i debiutanckim Widmopisie, czyli kompozycji opartej na zmianie narratorów, których łączy (tym razem) osoba głównej bohaterki - Holly Sykes. Holly poznajemy, gdy ma 15 lat, w roku 1984, a rozstajemy się z nią niemal 60 lat później, w 2043 roku, gdy wie, że jej dni są już policzone. W międzyczasie pałeczkę narratora przejmują: niezwykle utalentowany oszust, dziennikarz wojenny, pisarz, którego wczesna sława szybko przebrzmiała, oraz Marinus. I to właśnie partia tej postaci wszystko dla mnie w powieści zepsuła. Ba, zdołała mi też w znacznym stopniu zepsuć bardzo dobre wspomnienia z lektury Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta.
I mam o to do autora wielki żal. Już wcześniej próbował subtelnie łączyć swoje powieści, delikatnie sugerując, że wszystkie rozgrywają się w ramach tego samego uniwersum. Po raz pierwszy jednak możemy na kartach Czasomierzy spotkać zarówno bohatera Tysiąca jesieni, jak i bohaterkę Widmopisu. Nie jest to korzystna zmiana, gdyż dosłowna fantastyka Mitchellowi wychodzi bardzo słabo. Nie zawaham się powiedzieć, że stanowi jego piętę Achillesową. Co więcej, wydaje mi się, że autor świetnie zdaje sobie z tego sprawę, dlatego zwykle wątki fantastyczne (za wyjątkiem futurologicznych) rozgrywa poprzez aluzje, niedopowiedzenia. W końcu musi jakąś słabość mieć, byłoby nie w porządku wobec wszechświata, gdyby we wszystkim był tak genialny, jak w posługiwaniu się językiem, żonglowaniu literackimi konwencjami, kreowaniu postaci i obserwacjach społecznych, a nawet prowadzeniu narracji.  Ale im lepsza jest książka jako całość, tym większa staje się waga jej słabego punktu. Tym słabym punktem jest w Czasomierzach wątek atemporalnych. I znów, nie sposób odmówić Mitchellowi konsekwencji, bo jeden z przedstawicieli tego gatunku pojawił się już w jego debiutanckiej powieści, a do wątku dusz skazanych wyrokiem losu na nieprzerwane reinkarnacje powracał w taki czy inny sposób w każdym kolejnym utworze.  Ale to, co zrobił z nim tym razem, dokładając naturalnym atemporalnym przeciwników, złaknione nieśmiertelności bractwo Anachoretów, którzy w celu przedłużenia swojego życia nie wahają się odbierać go innym ludziom, bardzo mi się nie podobało. Już sama pełna nazwa Złych mówi wszystko: Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn. A cała koncepcja powstania tego Kręgu Zła i jego funkcjonowania jest tak komiksowo groteskowa, że miałam ochotę wrzeszczeć: to właśnie z powodu takich motywów tak zwany główny nurt wyśmiewa się z fantastyki.
Jeśli tak utalentowany autor jak Mitchell robi z tak świetną książką jak Czasomierze coś podobnego, to jak może być inaczej?
Nie może. Ale i tak serdecznie polecam, choć moją ulubioną realizacją wariacji na ten sam temat w wykonaniu Davida M. pozostaje (zapewne Prawem Pierwszej Książki) Atlas chmur.
P.S. Dodatkowy plus za wspaniałe rozwinięcie - również powracającego w twórczości autora - wątku dalekosiężnych konsekwencji negatywnej recenzji:))) To było mistrzostwo.
czwartek, 29 maja 2014
Siła klasyki
Najpierw myślałam, że będzie jak z Narnią. W pewnym wieku już za późno na pierwszy raz. Ale przekonywali mnie na Zaginionej Bibliotece, że chociaż Czarnoksiężnik z Archipelagu był za moich czasów na liście lektur nadobowiązkowych do klasy piątej lub szóstej SP (raczej piątej, próbowałam, wtedy nie zmogłam) - to nie jest ten przypadek.
Cóż, mieli rację, a mnie po lekturze jeszcze bardziej dziwi, kto podjął decyzję o umieszczeniu tej powieści na wspomnianej liście. Jedno z dwojga: a) ktoś, kto jej kompletnie nie zrozumiał; b) ktoś, kto przecenił dojrzałość intelektualną jedenastolatków.
Bo Czarnoksiężnik nie jest powieścią dla dzieci, choć chyba zawiera pierwowzór Hogwartu. Nie jest, wbrew wszelkim pozorom, powieścią prostą. Czy raczej - jest dokładnie tak prosty jak najważniejsze dylematy filozofii. Z wymową fabularną całości jest trochę jak ze stylem Le Guin - niby oszczędny, ascetyczny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. A jednak właśnie dzięki temu wprost magnetyczny, przykuwający uwagę, wymagający, a jednocześnie dyskretnie piękny (tak, trochę się zakochałam w tym stylu - dlaczego tak późno?!:). Magia dzieje się tu mimochodem. Oczywiście, spora część tego cudu to zapewne zasługa znakomitych tłumaczy - Stanisława Barańczaka,  Piotra W. Cholewy (Grobowce Atuanu) i Pauliny Braiter (Najdalszy brzeg). Niemniej, taka stylistyczna uczta trafia się bardzo rzadko.
Czarnoksiężnika można potraktować jako jedną z najbardziej kameralnych wiwisekcji ludzkiej duszy, z jakimi się dotąd spotkałam na swojej czytelniczej drodze. Naprawdę robi wrażenie. Dodatkowo uniwersum Le Guin, konstrukcja magii, rola imion - to motywy, od których aż się roi u późniejszych twórców fantasy. Jednocześnie, zwłaszcza gdy uwzględnić czas powstania utworu (rok 1968), wielokulturowość uniwersum jest wręcz zaskakująco prorocza. Podobnie jak przemyślenia na temat rasizmu.
Choć podobał mi się każdy z tomów trylogii o Gedzie, który zaczynał jako pastuch kóz, a został najpotężniejszym magiem Ziemiomorza, najbardziej porwały mnie Grobowce Atuanu. Być może jest w tym zasługa głównej bohaterki, czyli Tenar, z uwagi na datę urodzenia odebranej rodzicom i oddanej na służbę pradawnym potęgom. Ale jednak to chyba w największym stopniu kwestia tematyki, bo to w końcu historia o wyzwoleniu z więzienia własnych przekonań, opartych na tradycji, którego piękną i monumentalną metaforą są tytułowe grobowce. Kiedy Tenar poznaje w końcu smak wolności, nie sposób nie przeżywać tego razem z nią. A to niezwykłe doświadczenie, choć - podobnie jak droga do niego wiodąca - niełatwe. I bez obowiązkowego szczęśliwego zakończenia, co jest jednym z większych walorów powieści.
Najdalszy brzeg to najmroczniejsza i najdojrzalsza odsłona trylogii. Opowiada o tragicznych konsekwencjach, do jakich wiodą próby naruszenia naturalnego porządku poprzez realizację największego marzenia ludzkości, jakim jest pokonanie śmierci. Skutkiem jest powolne obumieranie świata i szaleństwo ludzi, przedstawione przez autorkę w charakterystyczny dla niej, kameralny, a zarazem niezwykle sugestywny sposób. Zarazem to realizacja jednego z żelaznych gatunkowych motywów, jakim jest ocalenie krainy poprzez powrót zapowiadanego od wieków władcy. Kto nim będzie, jest oczywiste w zasadzie od samego początku, oczywiście - dla wszystkich z wyjątkiem samego zainteresowanego. To akurat początkowo mocno mnie irytowało, ale szybko zeszło na dalszy plan, bo mroczna, nastrojowa i chyba najbardziej nasycona magią spośród dotychczasowych historia po prostu mnie pochłonęła.
Podsumowując - gorąco polecam trylogię o Gedzie. O ile w ogóle jest jeszcze jeszcze ktoś, kto - jak ja - jej nie zna. Warto nadrobić tę zaległość, bo pozwala zrozumieć, gdzie leży siła prawdziwej klasyki i dlaczego nigdy się ona nie zestarzeje.
poniedziałek, 30 września 2013
Międzynarodowy Dzień Tłumacza
Mamy dzisiaj. Zostawiając na boku świętego Hieronima, przedstawiam więc prywatną Pierwszą Trójkę Polskich Tłumaczy Literackich (cenię pracę o wiele większej ilości z nich, ale rozsądek nakazuje jakoś się ograniczyć, w przeciwnym razie nie skończyłabym wpisu do przyszłego roku):

1) Stanisław Barańczak, za np. limeryki takie, jak poniższy:

Ma limeryk coś w sobie z Lee Merrick, panny,
Którą tylko ścisłe kwarantanny
Uchronią od eskapad
Do złych dzielnic, gdzie napad,
Hazard, sprośność i ochlaj naganny
.

(Limeryk o limeryku, Morris Bishop w: Fioletowa krowa. Antologia angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej, s.266, wydawnictwo a5)

2) Piotr W. Cholewa - głównie za cuda, które wyprawia przy przekładaniu nieprzekładalnego, czyli  żartów słownych Terry'ego Pratchetta, w tym zwłaszcza za popis translatorskiej maestrii, jaki stanowi Ostatni kontynent (np. Rozpyepsh czy Czyżeśpiwoszynióskol), czy masę takich majstersztyków, jak: Jakąż różnicę znajdziesz między sokołem łownym? Takąż, że jedną nóżkę bardziej ma niż drugą.).

3) Wojciech Szypuła za przekłady Simmonsa, Lyncha, Stephensona, Stovera i Sheparda.

A wy jakich tłumaczy najbardziej cenicie? Zwracacie w ogóle przy czytaniu uwagę na tłumaczenie? Ja bardzo dużą. Jakość przekładu ma dla mnie wielkie znaczenie, a odkąd amatorsko tłumaczę seriale, jeszcze bardziej doceniam ogrom wykonywanej przez tłumaczy pracy.
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka