Wpisy z tagiem: tłumaczenia

niedziela, 02 grudnia 2018
Daj dziecku mądrze napisany elementarz, a zmienisz nie tylko jego świat (Neal Stephenson, Epoka diamentu)
Najpierw będzie autotematyczny wtręt czytelniczy, więc – jeśli kogoś nie interesuje historia mojej fascynacji pisarstwem Neala Stephensona – może od razu przejść do kolejnego akapitu. Otóż zaczęło się w 2003 roku, w początkach mojej przygody z fantastyką, od pierwszego tomu Cyklu barokowego, czyli Żywego srebra. Ten wspaniały miks gatunków po prostu rzucił mnie na kolana i nawet podjęłam szaleńczą próbę przeczytania drugiego tomu, czyli Zamętu, w oryginale, bo MAG wydawał trylogię niespiesznie i w ośmiu kawałkach. Szybko jednak zaniechałam, bo i po polsku jest to tekst bardzo wymagający, mocno osadzony w historii i rozmaitych dziedzinach nauki. Myślałam, że to opus magnum autora, jednak Peanatema, traktat filozoficzny w kosmicznym sztafażu, przekonała mnie, że się myliłam. I że Neal jest jeszcze mądrzejszy, niż myślałam, a jednocześnie posiada niezwykły dar przystępnego przekazywania swoich przemyśleń czytelnikowi. Potem dopadłam wcześniejszy chronologicznie, choć z akcją rozgrywającą się o wiele później i licznymi nawiązaniami do Cyklu barokowego, Cryptonomicon. I pomyślałam, że Stephenson jest po prostu geniuszem. Rozumiem, że nie wszystkim opisana tam opowieść może się wydać fascynująca – nie każdy interesuje się historią drugiej wojny światowej, programowaniem czy kryptografią, a to właśnie wokół tych zagadnień skupiają się główne wątki fabuły, będącej jednak przede wszystkim hołdem dla nieograniczonego potencjału ludzkiego intelektu. Ten element łączy Cryptonomicon nie tylko z Peanatemą, ale także z Cyklem barokowym. I tak sobie trwałam w zachwycie, również powszechnie krytykowanym w środowisku fanów fantastyki sensacyjnym Reamde. Aż przyszło 7 EW, powieść świadcząca, co się może zdarzyć, gdy autor da się ponieść hermetycznej naukowej stronie zagadnienia i zapomni dać szaraczkowi czytelnikowi fabułę.

Chciałam znowu pokochać Neala i w tym celu planowałam sięgnąć po kurzący się na półce od 2005 roku Diamentowy wiek w wydaniu ISY (mam jeszcze takąż Zamieć). Nim jednak przekułam zamiary w czyn, ukazał się nowy przekład powieści, autorstwa jednego z moich ulubionych tłumaczy, czyli Wojciecha Szypuły. I tę wersję, zachęcona dodatkowo informacjami o pominiętych w poprzedniej fragmentach, wybrałam. Zaczynałam z fascynacją, gdyż Stephenson, jak zwykle, miał pomysł na świat przedstawiony. Oto rzeczywistość po nanotechnologicznym przełomie, w której ludzkość nie musi się już martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo jedzenie, najtańsze ubrania i podstawowe sprzęty każdy kompiluje sobie za darmo w publicznych kompilatorach materii. Czy dzięki temu zapanowała równość społeczna? Wręcz przeciwnie, ludzie, o ile to tylko możliwe, stali się jeszcze większymi snobami, zamykając się w elitarnych społecznościach zwanych fylami, z których każda hołduje innym wartościom. Mamy na przykład Neowiktorian, restrykcyjnie przestrzegających norm rodem z XIX wieku. Zaś postęp wykorzystano m.in. do rozwinięcia tak zaawansowanych narzędzi inwigilacyjnych, że o rewolucji, gdyby ktoś chciał – choćby z nudów – takową przeprowadzić, nie ma co marzyć. Struktura klasowa dzięki nanobotom została zacementowana na dobre.

I tu, tradycyjnie dla autora, na scenę wkracza geniusz – John Hackworth, neowiktoriański specjalista od projektowania nowych nanotechnologicznych urządzeń. Na polecenie jednego z najważniejszych lordów udziałowców swojej fyli ma stworzyć dla jego wnuczki interaktywny elementarz, który wychowa dziewczynkę inaczej, niż by sobie tego życzyli jej rodzice. Nauczy ją odważnego, nieszablonowego, a nade wszystko samodzielnego myślenia. Nagrodą za wykonanie zlecenia ma być tytuł szlachecki, jednak dla ludzi takich jak nasz bohater to jedynie dodatkowa, czysto formalna zachęta. Samo wyzwanie i natura projektu to więcej niż dostateczna zapłata. Hackworth znakomicie realizuje zlecenie, nie może się jednak oprzeć pokusie podarowania elementarza również własnej córce, Fionie. By uzyskać dostęp do niepodłączonego do publicznej sieci kompilatora, zawiera układ z wpływowym rozgrywającym chińskiego półświatka, niejakim Doktorem X. A ponieważ, jak większość geniuszy, w sprawach tzw. normalnego życia John Hackworth błądzi jak dziecko we mgle, jest dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy – wracając do domu z nielegalnym egzemplarzem elementarza – zostaje napadnięty i traci bezcenny przedmiot. Na skutek zbiegu okoliczności książka trafia do kilkuletniej Nell, pochodzącej z patologicznej rodziny. Tak rozpoczyna się zasadnicza fabuła, a treść elementarza i proces wychowania dziewczynki przez podręcznik stanowią jej bardzo istotny element.

Sam pomysł jest więc podwójnie fascynujący: na poziomie mechaniki elementarza – bo np. interaktywną książkę mieli obsługiwać opłacani aktorzy, a kończy się na tym, że z Nell pracuje tylko jedna osoba – Miranda, interaktorka, która dla tego niezwykłego zlecenia, równoważnego w zasadzie macierzyństwu, porzuca dobrze się zapowiadającą karierę – a także dlatego, że fabuła osadzona poza historiami z książki zostaje z nimi ściśle skorelowana. Do stopnia, który nawet przed czytelnikiem pozostaje ukryty aż do finałowych partii Epoki diamentu. Dostajemy więc w zasadzie dwie powieści, jedną skompilowaną z przypowieści o charakterze dydaktycznym, a drugą o tym, jak niezwykły wpływ na świat mogą wywrzeć nieszablonowo myślące jednostki. Jeśli tylko dać im odpowiednie narzędzia. Nie przekreślać ich z racji pochodzenia. Wszystko w niezwykłych ramach świata funkcjonującego dzięki nanotechnologii, tytułowej epoki diamentu.

Wyczuwacie nadchodzące zastrzeżenia? Macie rację. W pewnym momencie ta misterna konstrukcja zaczyna się bowiem Stephensonowi troszkę sypać. Mniej więcej wtedy, gdy Nell kończy szkołę i rusza na spotkanie prawdziwemu życiu. Wielka geopolityczna zmiana wywołana przez armię dziewczynek uzbrojonych w nielegalnie skompilowane elementarze, przy wsparciu podwodnej subkultury, której udało się stworzyć niezależny obieg informacji, nie przystaje mi do tej kameralnej w gruncie rzeczy opowieści o umożliwionym przez przypadek imponującym samorozwoju jednostki. Jest do niej pośpiesznie przyszyta, ale trzyma się na słowo honoru, nie jak piękny, misterny haft. Raczej jak nieporadna fastryga kilkulatki. Stephenson miał już wtedy imponujący, wielopoziomowy pomysł. Ale jeszcze brakowało mu późniejszego warsztatu, żeby go odpowiednio spójnie zrealizować. Dlatego Epoka diamentu, choć stanowi bez wątpienia satysfakcjonującą lekturę, zachęca czytelnika znającego dalszy dorobek autora głównie do przemyśleń o tym, czym mogłaby być, gdyby powstała nieco później. Wielki potencjał pomysłu wyjściowego nie został tu w pełni wykorzystany. Ale mimo wszystko warto.
sobota, 10 listopada 2018
Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

sobota, 07 lipca 2018
Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)
Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie - mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów - przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.
niedziela, 08 kwietnia 2018
Segregacja jako klucz do integracji (Paul Beatty, Sprzedawczyk)
Jak już wielokrotnie pisałam, do książek nagradzanych (w tym przypadku Man Booker Prize 2016) mam stosunek wybitnie nieufny. Jednak Sprzedawczyk spełnił z nawiązką moje oczekiwania, a po przeczytaniu blurba spodziewałam się po prostu interesującej lektury. Tymczasem – choć oczywiście jest to w sumie lekka, zabawna i mocno ironiczna historia – między kolejnymi żartami i perypetiami głównego bohatera przemyca refleksję o tym, czy segregacja faktycznie się w USA zakończyła. I daje odpowiedź łatwą do przewidzenia – zakończyła się formalnie, ale nie faktycznie, a żeby tę smutną prawdę obnażyć, trzeba spróbować ją przywrócić, choćby tylko na lokalną skalę. Skutki tego społecznego eksperymentu mogą okazać się zaskakujące.
Zaczyna się od wykreślenia miasta Dickens z mapy. Jak dowiadujemy się z przypisów tłumacza Piotra Tarczyńskiego, bez których powieść, naszpikowana odniesieniami do historii segregacji, byłaby bez wątpienia dla polskiego czytelnika o wiele mniej zrozumiała, Dickens jest fikcyjnym miejscem, ale pod wieloma względami stanowi odpowiednik Compton, miasta leżącego w samym środku hrabstwa Los Angeles, na południe od centrum miasta Los Angeles. W Compton, jak w Dickens, znajdują się tereny rolnicze i to Compton uznaje się za jedną ze stolic gangsterskiego rapu. Kiedyś zamieszkane w przeważającej większości przez czarnych, dziś Compton jest w 65% latynoskie, Afroamerykanie zaś stanowią tylko około jednej trzeciej mieszkańców.
Główny bohater, tytułowy Sprzedawczyk, jest z wykształcenia rolnikiem, hoduje zwierzęta, uprawia z sukcesami autorskie odmiany warzyw i owoców, w wolnych chwilach surfuje i popala marihuanę. Jest też – wbrew własnej woli – posiadaczem niewolnika, który był swego czasu dziecięcą gwiazdą filmową, ale to osobna ciekawa historia, po szczegóły której odsyłam do książki. Natomiast czynnikiem zasadniczym dla biografii protagonisty były nie jego własne życiowe wybory, ale fakt, na który nie miał wpływu. Był synem czarnego psychologa, który jako jedyny praktyk specjalizował się we własnej, autorskiej dziedzinie – psychologii wyzwolenia, a chodziło o wyzwolenie czarnej rasy.  Z syna, którego wychowywał samotnie, od jego najwcześniejszego dzieciństwa uczynił obiekt eksperymentów. Tym zatem bohater był, czarnym mieszkańcem Dickens i synem swojego ojca, który – mimo pokładanych w nim nadziei – okazał się dla rodzica wielkim rozczarowaniem.
Problem pojawił się, kiedy ojciec umarł, a miasto, przynajmniej w sensie administracyjnym, zniknęło. Bohater musiał odnaleźć własną tożsamość, a że nie był w stanie – mimo prób – zastąpić ojca na stanowisku Zaklinacza Czarnuchów, postanowił na początek przywrócić miasto Dickens jego osieroconym obywatelom. Po drodze do tego celu odkrył, kim jest, a przy okazji udowodnił w praktyce, że segregacja może stanowić dla czarnej społeczności spoiwo i – nieco paradoksalnie – pozytywny bodziec rozwojowy. Nie jest prawdą, że wszyscy są równi, mówi Beatty, i dlatego udawanie, że rasa nie ma znaczenia, mija się z celem. Można jednak spróbować nowego, pozytywnego podejścia, takiego, w którym czarna skóra nie jest równoznaczna z piętnem gorszych szans, ale stanowi przepustkę do elitarnego klubu, do którego biali nie mają wstępu.
Jest to myśl ciekawa i mimo wszystko optymistyczna, a stanowi puentę naprawdę zwariowanej historii, którą czyta się lekko i z rosnącym zainteresowaniem mimo sporej zawartości materiału do historiozoficznej refleksji. Został on bowiem wpleciony w fabułę z wyjątkową gracją i w zasadzie niepostrzeżenie się go przyswaja. Wielka w tym zasługa humoru, dobrze oddanego w przekładzie. Słowem, nie jest to może jakieś arcydzieło wywierające na odbiorcy niezatarte wrażenie, ale niewątpliwie powieść ciekawa i niebanalna, warta poświęconego jej czasu.
P. S. A także pierwsza, którą przeczytałam na nowym czytniku – Kindle Paperwhite 3.
P.S. 2 Tłumaczenie jest naprawdę brawurowe, a z pewnością nie było łatwe.
sobota, 17 marca 2018
System nie działa (Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce)
Bezprawie rodzi przemoc. Nie jest to teza szokująca, wydaje się wręcz oczywista, ale, z drugiej strony, przecież nie żyjemy w średniowieczu czy w czasach amerykańskich pionierów, prawda? Ameryka, bastion wolności i demokracji, samozwańczy lider wolnego świata, powinna świecić przykładem, jeśli idzie o skuteczność systemu prawnego. Przynajmniej w kwestii wykrywalności najpoważniejszych przestępstw, takich jak zabójstwa. To już przecież kraj, w którym, od zniesienia segregacji, wszyscy obywatele są oficjalnie równi wobec prawa i wszyscy powinni dostawać od państwa takie same gwarancje bezpieczeństwa. Jednak to tylko teoria. Praktykę jak w soczewce można zaobserwować w Watts, południowej dzielnicy Los Angeles, zamieszkiwanej przez wysoki odsetek czarnoskórych obywateli. Strzały i trupy to tam smutna codzienność, śmiertelność wśród czarnych mężczyzn przed trzydziestką jest w tym miejscu tak wysoka, że rodziny przeprowadzają się, by ratować życie swoich synów. I wcale nie trzeba być w gangu ani nawet nosić barw żadnego z nich (pomarańczowa apaszka to wystarczający powód, by stać się celem). Jeśli należy się do grupy ryzyka – młodych, czarnych mężczyzn – można zginąć przez całkowity przypadek. Nie ma wtedy znaczenia, że jesteś synem dobrego, skutecznego, zaangażowanego w sprawy lokalnej społeczności policjanta. Jesteś w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. A potem już cię nie ma. System daje na to przyzwolenie, latami zabójstwa wewnątrz czarnej rasy były dla wymiaru sprawiedliwości mniej istotne, zgodnie z cyniczną dewizą Zawsze jednego czarnucha mniej. Policja zapracowała sobie na nieufność czarnoskórych obywateli, a co więcej, współpraca z organami ścigania, zeznawanie w sądzie w charakterze świadka, to narażanie życia własnego i całej swojej rodziny. Zatem obecnie nawet przy najlepszej woli policjantom nie jest łatwo znaleźć w Watts sprawcę zabójstwa. Jedyny dowód to najczęściej łuska i zakrwawione ubranie ofiary. Mimo to znajdują się – po obu stronach barykady - tacy, którzy próbują, dla których życie czarnych ma taką samą wartość jak każde inne. Ale system, nastawiony na prewencję i statystki, wcale im w tych staraniach nie pomaga. O tym wszystkim i wielu innych wstrząsająco przygnębiających kwestiach jest znakomita – i świetnie przetłumaczona przez Janusza Ochaba, którego fanką jestem od czasu Ameksyki – książka byłej reporterki LA Timesa, Jill Leovy. Zatytułowana Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce (a w oryginale jeszcze bardziej adekwatnie do treści - Ghettoside: A True Story of Murder in America). Autorka przeprowadziła wieloletni i bardzo solidny research, latami siedziała w jednej sali z policjantami z komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej, którzy stali się bohaterami tej opowieści. Zabrała sporo wstrząsających historii śledztw i zabójstw, które potrafiła przedstawić tak, by za ich pomocą stworzyć szerszy obraz badanego zagadnienia – systemowej bezwładności,  skutkującej wzrostem przemocy i coraz silniejszym odcięciem porzuconej przez państwo grupy od reszty społeczeństwa. Czyta się to znakomicie, choć z narastającą zgrozą. Kolejna ważna i potrzebna pozycja w Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarnego.
***
A jako uzupełnienie lektury polecam – poświęcony tej samej problematyce i przygnębiająco spójny z opisywanym reportażem w sferze diagnozy, wniosków i ogólnej wymowy – nowy serial twórczyni The Killing, dostępny od niedawna na platformie Netflix, czyli Seven Seconds. Czarnoskóry chłopak, Brenton, jedzie rowerem do szkoły i zostaje potrącony przez samochód. Pierwsze pytanie, jakie  policja zadaje rodzicom ofiary, to czy przypadkiem syn nie był w gangu i nie jest notowany. A serial świetny, moim zdaniem lepszy niż najlepszy, pierwszy sezon The Killing.
sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
sobota, 02 grudnia 2017
Która wersja jest prawdziwa? (Margaret Atwood, Grace i Grace)
Z Nancy żadna wielka dama,
A wciąż pomiata mną,
Przez dzień cały mnie pogania,
Aż mnie zapędzi w grób.
Grace dobrego kochała Kinneara,
McDermott ukochał swą Grace,
I powiadam, to właśnie miłość
Przyniosła nieszczęścia te.
O Grace, bądź ukochaną mą,
Och nie, to nie może być,
Wpierw żeby dowieść miłość swą,
Zabijesz Nancy Montgomery.

Pośród tych rozwścieczonych szaleńców rozpoznałam twarz Grace Marks – już nie smutną i zrozpaczoną, lecz rozjaśnioną płomieniem szaleństwa i promieniejącą odrażającą, szatańską radością. Spostrzegłszy, że obserwują ją nieznajomi, uciekła do jednego z pokoi, skrzecząc niczym strzyga. Zdaje się, że nawet w najdzikszych atakach choroby nadal ją prześladują straszliwe wspomnienia. Nieszczęsna dziewczyna! Kiedy skończą się męki jej kary i pokuty? Kiedy zasiądzie u stóp Jezusa, odziana w niepokalaną szatę jego sprawiedliwości, kiedy krwawa plama zostanie zmyta z jej dłoni, a grzechy odkupione i odpuszczone…?
Miejmy nadzieję, że całą jej winę można przypisać początkom tej potwornej choroby.

Susanna Moodie
Life in the Clearings, 1853

Grace Marks istniała naprawdę. Irlandka, której wielodzietna rodzina wyemigrowała do Kanady za lepszym życiem, i której matka nie przeżyła morskiej podróży. Służąca,  w listopadzie 1843 roku, w wieku 16 lat, skazana na śmierć przez powieszenie za podżeganie do zabójstwa swojego ówczesnego pracodawcy Thomasa Kinneara, dokonanego przez jego stajennego Jamesa McDermotta. Jednak sędzia zarekomendował ławie przysięgłych ułaskawienie dziewczyny i choć dwudziestoletni McDermott zawisł niecałe trzy tygodnie po zakończeniu procesu, wyrok Grace zmieniono na dożywotnie więzienie. Karę odbywała w więzieniu w Kingston. Po ponad ośmiu latach odsiadki zaczęła się dziwnie zachowywać: w ciągu dnia miała zwidy, nocami nie mogła spać, cierpiała na gwałtowne zmiany nastroju. Odesłano ją na leczenie do domu dla obłąkanych w Toronto, gdzie spędziła półtora roku. Po tym czasie uznano, że jej stan poprawił się na tyle, by mogła wrócić do więzienia. Sprawa Grace budziła wielkie zainteresowanie społeczne i od samego początku czyniono wysiłki w kierunku jej uwolnienia, które jednak przyniosły owoce dopiero po trzydziestu latach. Margaret Atwood zabiera zaś czytelnika na kartach swojej powieści, opartej na rzetelnej pracy z historycznymi źródłami, ale będącej czymś zdecydowanie więcej niż prostą rekonstrukcją, charakterystyczną dla gatunku true crime, w okres przejściowy. Do roku 1959, gdy przygotowywana jest kolejna petycja w sprawie zwolnienia Grace i w celu zwiększenia szans jej powodzenia komitet angażuje młodego amerykańskiego psychiatrę, doktora Simona Jordana. Ma on popracować z panną Marks nad rekonstrukcją wspomnień o feralnym dniu, w którym doszło do zabójstw (zginęła także gospodyni Kinneara, Nancy Montgomery, ale - wobec skazania obojga sprawców na śmierć za pierwszą zbrodnię - drugi proces uznano za bezprzedmiotowy). Skazana konsekwentnie utrzymuje, że kluczowych wypadków po prostu nie pamięta. By zwalczyć amnezję, doktor Jordan odbywa z Grace serię rozmów o całym jej życiu. Jest kobietą – bo w chwili ich pierwszego spotkania Marks ma już 32 lata – zafascynowany. A jednocześnie wewnętrznie rozdarty pomiędzy pokusą zaufania jej wersji i obawą, że pada właśnie ofiarą wyrafinowanego oszustwa przebiegłej zbrodniarki. Jak wygląda prawda?
Dzięki naprzemiennej narracji – przetykanej rozmowami bohaterów i kolejnymi fragmentami retrospektywnej opowieści Grace - mamy wgląd zarówno w myśli panny Marks, jak i doktora Jordana. Powstaje tym samym bardzo interesująca mozaika, w której ostatecznie żaden element nie jest tym, czym się wydaje na pierwszy rzut oka. Weźmy doktora: jako mężczyzna i naukowiec ma wobec swojej rozmówczyni poczucie wyższości. Jest człowiekiem wolnym i wykształconym, a ona uwięzioną prostaczką pełną przesądów, takich jak wiara w boga. Od jego raportu zależą jej dalsze losy i szanse na wolność. Przy nim władza i kontrola. Ale wystarczy, że z domu, w którym Simon wynajmuje pokój, odejdzie służąca, a okazuje się, że pan i władca w podstawowych sprawach życia codziennego jest bezradny jak niemowlę. Nie umie gotować, nie wie, jak zrobić zakupy na targu, sprzątanie to dla niego zadanie ponad siły. Jedynym wyjściem z impasu okazuje się przekupienie służącej, by wróciła i ocaliła ład.
Może zatem to Grace Marks, służąca od młodych lat, jest czarnym koniem tego wyścigu? W końcu to ona decyduje, co doktorowi opowie i jak to zrobi. Jest mistrzynią w szyciu (dlatego wolno jej pracować w domu komendanta więzienia) i jak kontroluje ścieg, tak panuje nad swoją historią i swoim zachowaniem, od którego zależy opinia doktora Jordana o jej osobie. Stopniowo, niepostrzeżenie, owija go sobie dookoła palca.
Powieść Atwood jest jak wymarzona kołdra Grace Marks – Rajska jabłoń: z mnóstwa różnokolorowych, starannie połączonych kwadratów wyłania się godny podziwu wzór. Przy czym ciężar ostatecznej odpowiedzi na pytanie postawione w tytule notki zostaje przesunięty na czytelnika, pisarka rozrzuca rozmaite tropy, ale niczego definitywnie nie przesądza. Jest to w efekcie dobra i angażująca intelektualnie lektura, ale mimo wszystko blednie w zestawieniu z Opowieścią podręcznej. Nie pomaga też najnowszemu wydaniu przekład Aldony Możdżyńskiej, w którym zdania często gęsto wyglądają na przetłumaczone dosłownie z angielskiego, bez poszanowania reguł polskiej gramatyki, co daje pokraczny i drażniący efekt. Niestety, na czytniku nie chciało mi się zaznaczać, więc nie mogę podać konkretnych przykładów. Ponadto zapewne mało kto jest tak wrażliwy na poprawność gramatyczną jak ja. Ale jeśli jesteś gramatycznym nazistą, nie powielaj mojego błędu i sięgnij po oryginał, czyli Alias Grace, o ile czytasz po angielsku.
sobota, 18 listopada 2017
Wszystkie negry chodzą w koło (Marlon James, Księga nocnych kobiet)
Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. W takie koło jak słońce, w takie jak księżyc, jak złe nowiny, co zdają się przebrzmiałe, ale zawsze wrócą. Kobiety pracują wokół słońca, a śpią wokół księżyca, czasem pracują wokół jednego i drugiego, zwłaszcza w czas żniw. Innym razem kobiety czekają na księżyc, czy pękaty będzie od krwi i wzniesie się nisko nad Górami Błękitnymi. To byłaby pora, którą rządzi Sasa, Asaase Jaa, Ogun i inni zapomniani bogowie.

Jest jednak taka negra na plantacji trzciny cukrowej w majątku Montpelier na Jamajce, która długo zrozumieć tego nie chce. Pewnie dlatego, że krew u niej nie do końca czarna. Można to poznać po oczach, które u Lilit zielone jak szmaragdy, co u prawdziwych negrów się nie trafia. Zanim się dowie, że jej mama i tata nie z jej krwi, już wie, że chce czegoś więcej niż inne niewolnice. Nie chce pracować w polu, nie chce oddawać się batowym. Chce i potrafi walczyć. Pierwsze odruchowe, paniczne zwycięstwo sprawia, że dziewczyna – zamiast do pracy w polu – trafia do piwnicy majątku i pod opiekę głównej domowej niewolnicy, Homer. Ale status domowej niewolnicy to dla niej za mało, Lilit uważa się za lepszą od innych i myśli, że może zakochać się w białym, w massa. A ten będzie jej księciem, którego widywała w dzieciństwie na ilustracji wydartej z jakiejś książki, obudzi ją ze snu służby i zabierze do prawdziwego życia.
Okrutnej, bezwzględnej lekcji udzieli Lilit rzeczywistość. Zakpi z niej na najróżniejsze sposoby, wychłoszcze nie tylko dosłownie, choć bata i innych bolesnych atrakcji krnąbrnej dziewczynie nie zabraknie. Pokaże, że domieszka białej krwi to nie tylko o wiele za mało, by być białym. To także za wiele, by być czarnym. Lilit nigdzie poza własną duszą nie będzie u siebie. Powieść Marlona Jamesa Księga nocnych kobiet to przejmujący wyimek z pełnej smutnych i beznadziejnych powtórek historii jamajskiego niewolnictwa, ale o jej sile stanowi kreacja głównej bohaterki. Niezwykły indywidualizm i wiarygodność jej świadectwa, wybrzmiewającego tak mocno głównie z uwagi na językową odrębność, którą według mnie w sposób fenomenalny oddał w swoim przekładzie Robert Sudół. To język sprawia, że od pierwszych zdań tej historii, choć jeszcze większość przerażających wydarzeń przed nami, na plecach mamy ciarki. Jednocześnie przykuwa nas do tekstu niczym łańcuch niewolnika, nie pozwalając na oderwanie się od tej smutnej i dramatycznej opowieści. Gdyby nie formuła narracji, byłaby to pewnie kolejna opowieść, jakich wiele. O okrutnym, ale oklepanym już i przez to oswojonym jako coś znanego, losie ludzi, których kolor skóry strącił na sam dół społecznej drabiny. Którzy raz po raz próbują wejść wyżej i mimo wielokrotnego strącania nie rezygnują, choć szczeble drabiny śliskie, bo wielokrotnie spłynęły krwią ich pokonanych przodków.
Tutaj jednak dostajemy coś więcej, razem z Lilit w sposób osobisty i dogłębny przeżywamy kolejny cykl, ale mocno i bez znieczulenia. Bo dla nas, jak dla niej, jest on pierwszym, choć nie ostatnim. Znakomita powieść, jedna z najlepszych, jakie przeczytałam w tym roku, choć tylko dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach. Kilka razy myślałam, że nie zdołam skończyć. Takie lektury się odchorowuje. Mimo to – a może właśnie dlatego – gorąco polecam.

Wszystkie negry chodzą w koło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Inna sprawa, że czasem to koło do białego należy, nie do negra, a w tym białym kole są i góry, i doliny, i rzeczy, co biały mówi, a znaczą co innego. Czarny otwiera oczy, żeby znaleźć swoje koło, a ono się zaczyna kajdanami u jego szyi. Biały zatacza koło takie, jakie sobie wybierze. Wielu może sobie iść przed siebie, odejść, ale wielu też wraca tam, skąd wyszli. Inni w ogóle się nie ruszą. A jak negr wciągnięty w życie białego, to to samo koło zatacza.
sobota, 30 września 2017
Kilka refleksji Michała Kłobukowskiego o sztuce przekładu
Dziś Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Z tej okazji proponuję fragment rozmowy z Michałem Kłobukowskim (tłumaczem m.in. zbioru opowiadań 10 grudnia), zatytułowanej Wyrywanie wątroby, z książki Przejęzyczenie Zofii Zaleskiej, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Ku refleksji przy święcie i w ramach zachęty do lektury całości. Tradycyjnie też zapytam - macie swoich ulubionych tłumaczy? Dlaczego właśnie tych? I jak uważacie, czy Kłobukowski ma rację? Całość rozmowy opublikował Dwutygodnik.

Przyszłym językiem Europy jest przekład” – głosił dwadzieścia lat temu Umberto Eco. Od tamtej pory pojawiły się publikacje na temat teorii przekładu, poświęcone mu seminaria i kierunki uniwersyteckie, tłumacze dostają nagrody i wyjeżdżają na stypendia. Sytuacja tłumaczy nigdy nie była lepsza?
Rzetelnie potrafię powiedzieć tylko, czy i jak zmieniła się moja sytuacja, a na ile można to uogólniać – trzeba by się zastanowić. Poprawa sytuacji tłumacza wydaje mi się czymś co najmniej nieoczywistym. Owszem, mamy stypendia, nagrody i te wszystkie miłe rzeczy, które pani wymieniła – ale to są kwiaty na Dzień Kobiet, a codzienność wygląda zupełnie inaczej. W stopce pod recenzją teatralną wymienia się nazwiska czterech charakteryzatorek i ani jednego tłumacza. W umowach wydawniczych pojawiają się klauzule sprzeczne z prawem autorskim, a o brzmieniu tytułu często decyduje dział sprzedaży, którego pracownicy przeczytali książkę najwyżej raz, a nie kilka lub kilkanaście razy, tak jak przeczytał ją tłumacz. Po ukazaniu się Alicji w Krainie Czarów w przekładzie Elżbiety Tabakowskiej jakiś internauta napisał: „Fajne! Ktoś tłumaczył czy Googlem?”. I rzeczywiście zdarzają się ogłoszenia typu: „Poszukuję redaktorów do opracowywania tekstów przepuszczonych przez Google translator”. Niektórzy wydawcy zamawiają próbki przekładu kolejnych fragmentów książki u kilkunastu osób, a potem dają to komuś do zredagowania i mają tekst za darmo, a że bohaterowie mówią co chwila innym stylem i z kieszeni, do której schowali rewolwer, wyjmują pistolet, to już mniejsza. Wielu tłumaczy (zwłaszcza tłumaczących z angielskiego) nie zasługuje zresztą na dużo lepsze traktowanie. Mam wrażenie, że sztuka przekładu upada. Co nie znaczy, że już nigdy się nie podniesie i że w tym upadku nie ma chwilowych wzlotów.
Kiedyś było inaczej?
W PRL-u cykle wydawnicze były długie, nad książką pracowało się kilka lat, terminy były odległe, od korekty do korekty mijały długie miesiące, a na koniec książka zalegała jeszcze w wydawniczych szufladach. Zaletą tych skądinąd złych czasów był brak pośpiechu. Natomiast w tej chwili, po pierwsze – pośpiech jest wszechobecny, a po drugie – wszyscy tłumaczą. Za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś gazeta znowu zwolniła dwieście osób, myślę: no tak, teraz połowa z nich pójdzie tłumaczyć z angielskiego, bo uważają, że potrafią, a co gorsza, większość wydawców też tak uważa.
Dawniej zawód tłumacza literatury był bardziej zamknięty?
Tak. Ja sam przez długi czas trwałem w przekonaniu, że bardzo trudno jest zostać tłumaczem literackim. Kiedy zaczynałem współpracować z czasopismami, wyobrażałem sobie, że miną lata, zanim dostanę pierwszą książkę do zrobienia. W moim przypadku stało się to znacznie szybciej, ale znałem kilka osób ze swojego pokolenia, które niekoniecznie z braku talentu, ale po prostu z powodu braku zapotrzebowania na aż tylu tłumaczy, musiały zająć się czymś innym. Dziś jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem z łapanki.
To właśnie w tym umasowieniu zawodu upatruje pan przyczynę upadku sztuki przekładu?
Dzieje się tak z bardzo wielu powodów. Na pewno w znacznym stopniu winę za to ponosi zbytnia dostępność tego zawodu i nierzetelność wydawców. Poza tym doszło też do ogólnego upadku języka. Prawdopodobnie wynika on z tego, że czytamy coraz szybciej i coraz niechlujniej. Człowiek pisze mail i blog – albo co gorsza maila i bloga – i nikt tych tekstów po nim już nie poprawia, więc trafiają do czytelników w takiej formie, w jakiej spadły z palców na klawiaturę. Coraz bardziej nas to uodparnia na niechlujny i byle jaki język. Oczywiście nonszalancja też bywa w literaturze potrzebna. Jednym z kardynalnych błędów starszych tłumaczy było pedantyczne, polonistyczne tłumaczenie wszystkiego – nawet jeśli oryginał został napisany w pijanym widzie i wszyscy bohaterowie byli lumpami, to w przekładzie mówili jak profesorowie. Niechlujstwo bywa czasem wręcz wskazane, ale dziś najczęściej jest niezamierzone.
Absolutnym zabójstwem dla każdej sztuki jest pośpiech i krótkie terminy. Wydawca najchętniej dziś podpisałby umowę z agentem, a już nazajutrz miał gotowy przekład, żeby książka szybko przynosiła zysk. Oczywiście zdarzają się szlachetne wyjątki. Zbyt częste są jednak sytuacje, że na ekrany wchodzi filmowa adaptacja książki albo autor dostał nagrodę, albo po prostu książka musi być w księgarniach przed Gwiazdką – i wtedy nawet misterną, wymagającą wielu pomysłów prozę tłumaczy się w pośpiechu.
Zdarzało się to panu?
Tak, parę razy podjąłem się czegoś takiego, bo zależało mi na książce. Miałem ochotę ją przetłumaczyć i robiłem to w trzy miesiące, wściekając się, że nie mam na to roku. Wychodziło w miarę przyzwoicie, ale gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym to lepiej. Gdyby jednak taka książka trafiła do kogoś bardziej niefrasobliwego, czytelnicy dostaliby kolejny prezent w postaci marnego przekładu. Tak tworzy się błędne koło nakręcające psucie języka: im więcej złych przekładów, tym więcej następnych złych przekładów i w ogóle byle jak napisanych tekstów. To niechlujstwo nie jest związane z nadejściem młodego pokolenia tłumaczy, zdarza się też ludziom bardzo doświadczonym. Coraz więcej osób wykształconych posługuje się językiem z klocków („robi się grubszy” zamiast „grubieje”) i używa skundlonych idiomów. Czytałem niedawno, że ktoś kogoś „pobił na łeb, na szyję”, zamiast „na głowę”. I tak dobrze, że nie „na złamanie karku”.
Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić.
„Poezją jest to, co przepada w tłumaczeniu” – mówił amerykański poeta Robert Frost. Co umyka w tłumaczeniu?
Wiele rzeczy, choć zdarzają się przekłady lepsze niż oryginał. Najczęściej świadczy to o tym, że był on językowo nieporadny. Każdy pisarz, który jest cokolwiek wart, stara się przynajmniej chwilami pisać tak, jak nikt przed nim. Używa śmiałej składni, nieoczekiwanych zestawień słów, szuka swojego indywidualnego języka. Potem pojawia się tłumacz, a trzeba pamiętać, że nawet najbardziej utalentowany tłumacz zazwyczaj jest większym konserwatystą językowym niż autor. Dlatego nawet przy najlepszych chęciach w przekładzie następuje przeważnie mniejsze lub większe spłaszczenie stylistyczne w stosunku do oryginału. Potem wkracza redaktor, który jest jeszcze bardziej zachowawczy językowo – nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują. To jest kwestia psychologiczna, kwestia pewnej śmiałości, wzięcia odpowiedzialności za słowo i powiedzenia: ja to tak właśnie napisałem. Na końcu przychodzi korektor i jeszcze bardziej wyprasowuje tekst, jeśli mu się tego nie udaremni. To wszystko psuje przekład.
sobota, 13 lutego 2016
David, grasz pięknie! Może zagraj coś nowego, bez fałszywych nut?
Uwielbiam czytanie Mitchella. Mało kto tak sprawnie posługuje się językiem i ma tak genialną tłumaczkę w Polsce jak Justyna Gardzińska. Sądzicie, że przesadzam? To przeczytajcie ten fragment:

Dzisiejszy młyn w Bladym Biskupie to pełen przegląd kwiatu młodzieży: „Tak, Stephen Hawking i Dalajlama. Który ma rację? Wiesz, to zależy”. Modne dżinsowe minispódniczki, koszule GAP, markowe zapalniczki, za duże swetry Kurta Cobaina, levisy, gdzie trzeba gustownie przetarte; „Widziałaś, jak zbok czatuje przy kiblach? Bo drzwi do klopa są ciągle otwarte”. Jak słucham tego kawałka The Pogues, to wali mi serce i miękną kolana; „Wszystko ze sklepów Armii Zbawienia jest w świerzbie, masakra, swędzi mnie od rana”. Zaduch lakieru i dezodorantu, zmieszany z Chanel numer pięć. Zadbane zęby bez żadnej plomby w sztucznym uśmiechu do zdjęć. „Słyszałaś dziś newsa, że kot Schrödingera zdechł, żyje, zdechł, żyje, zdechł, żyje? Cholera...”. „Dalton ma znowu grać Bonda? To bzdura”. Upadek Barretta i era Gilmoura. O symulacjach i symulakrach, o kursie dolara do funta. O Sartrze, Barcie Simpsonie, o Barthesie, o Chile, Peru i juntach. „Łoił podwójne, zalał się jak bela”. Trzydniowy zarost George’a Michaela. „Bo koniec The Smiths to koniec muzyki”. Dziedzice fortuny, białe kołnierzyki. Zastępy przyszłych ekspertów i sędziów, bankierów 
in statu pupillari. Spłodziły ich lędźwie światowej elity, a Cambridge ich doskonali. Władza i pieniądz lepią się do siebie, jak miód do Kubusia Puchatka, nie, wcale tego nie krytykuję, tego uczyła mnie matka. Czy kiedyś mówił ci ktoś, że wyglądasz jak Demi Moore w Uwierz w Ducha? Na górze róże, na dole fiołki, ja gadam, a Ness chce mnie słuchać.
 
Jakieś wątpliwości?:) Czasomierzy wyglądałam z utęsknieniem, kupiłam, jak tylko się ukazały, i niedługo potem zaczęłam czytać. Mniej więcej do 3/4 powieści byłam po prostu urzeczona historią i w zasadzie nie przeszkadzało mi, że autor po raz kolejny korzysta z tego samego schematu, co w genialnym Atlasie chmur i debiutanckim Widmopisie, czyli kompozycji opartej na zmianie narratorów, których łączy (tym razem) osoba głównej bohaterki - Holly Sykes. Holly poznajemy, gdy ma 15 lat, w roku 1984, a rozstajemy się z nią niemal 60 lat później, w 2043 roku, gdy wie, że jej dni są już policzone. W międzyczasie pałeczkę narratora przejmują: niezwykle utalentowany oszust, dziennikarz wojenny, pisarz, którego wczesna sława szybko przebrzmiała, oraz Marinus. I to właśnie partia tej postaci wszystko dla mnie w powieści zepsuła. Ba, zdołała mi też w znacznym stopniu zepsuć bardzo dobre wspomnienia z lektury Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta.
I mam o to do autora wielki żal. Już wcześniej próbował subtelnie łączyć swoje powieści, delikatnie sugerując, że wszystkie rozgrywają się w ramach tego samego uniwersum. Po raz pierwszy jednak możemy na kartach Czasomierzy spotkać zarówno bohatera Tysiąca jesieni, jak i bohaterkę Widmopisu. Nie jest to korzystna zmiana, gdyż dosłowna fantastyka Mitchellowi wychodzi bardzo słabo. Nie zawaham się powiedzieć, że stanowi jego piętę Achillesową. Co więcej, wydaje mi się, że autor świetnie zdaje sobie z tego sprawę, dlatego zwykle wątki fantastyczne (za wyjątkiem futurologicznych) rozgrywa poprzez aluzje, niedopowiedzenia. W końcu musi jakąś słabość mieć, byłoby nie w porządku wobec wszechświata, gdyby we wszystkim był tak genialny, jak w posługiwaniu się językiem, żonglowaniu literackimi konwencjami, kreowaniu postaci i obserwacjach społecznych, a nawet prowadzeniu narracji.  Ale im lepsza jest książka jako całość, tym większa staje się waga jej słabego punktu. Tym słabym punktem jest w Czasomierzach wątek atemporalnych. I znów, nie sposób odmówić Mitchellowi konsekwencji, bo jeden z przedstawicieli tego gatunku pojawił się już w jego debiutanckiej powieści, a do wątku dusz skazanych wyrokiem losu na nieprzerwane reinkarnacje powracał w taki czy inny sposób w każdym kolejnym utworze.  Ale to, co zrobił z nim tym razem, dokładając naturalnym atemporalnym przeciwników, złaknione nieśmiertelności bractwo Anachoretów, którzy w celu przedłużenia swojego życia nie wahają się odbierać go innym ludziom, bardzo mi się nie podobało. Już sama pełna nazwa Złych mówi wszystko: Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn. A cała koncepcja powstania tego Kręgu Zła i jego funkcjonowania jest tak komiksowo groteskowa, że miałam ochotę wrzeszczeć: to właśnie z powodu takich motywów tak zwany główny nurt wyśmiewa się z fantastyki.
Jeśli tak utalentowany autor jak Mitchell robi z tak świetną książką jak Czasomierze coś podobnego, to jak może być inaczej?
Nie może. Ale i tak serdecznie polecam, choć moją ulubioną realizacją wariacji na ten sam temat w wykonaniu Davida M. pozostaje (zapewne Prawem Pierwszej Książki) Atlas chmur.
P.S. Dodatkowy plus za wspaniałe rozwinięcie - również powracającego w twórczości autora - wątku dalekosiężnych konsekwencji negatywnej recenzji:))) To było mistrzostwo.
 
1 , 2
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka