Wpisy z tagiem: tłumaczenia

sobota, 09 lutego 2019
Specjalista Lynn dziwi się światu (Ben Fountain, Długi marsz w połowie meczu)

Zaczniecie chyba niedługo podejrzewać, że mnie ktoś podmienił, ale ostatnimi czasy naprawdę trafiają mi się świetne lektury. W tym takie, które miałam w kolejce od dłuższego czasu. Tak jak powieść Bena Fountaina w fenomenalnym przekładzie Tomasza S. Gałązki. Niby prosty pomysł – uczynić narratorem dziewiętnastolatka, który po wyjątkowo spektakularnej akcji bojowej w trakcie wojny z terroryzmem w Iraku dostaje wraz z kolegami dwutygodniową przepustkę z piekła. Ale nie za darmo – są obwożeni po Stanach jako propagandowe maskotki na tournée zwycięstwa. Każdy chce im pogratulować osobiście, szybko impregnują się na monotonny patriotyczny bełkot, który zresztą autor dość ciekawie wyodrębnił w tekście. Korzystają za to do oporu z atrakcji niedostępnych na wojnie: dobrego jedzenia, luksusowej limuzyny i alkoholu. Oraz próbują za pośrednictwem hollywoodzkiego producenta Alberta sprzedać prawa do ekranizacji swojej historii. Obiecano im za nie po sto patyków na łebka, ale robi się nerwowo – umowa niepodpisana, a oni za dwa dni muszą wracać na front. Przy tej okazji narrator - Billy Lynn, prosty chłopak z Teksasu, dla którego wojsko nie było wolnym wyborem, ale alternatywą wobec więzienia, pozwala sobie na rozmaite obserwacje i przemyślenia dotyczące otaczającej go ściemy. Widzicie, zdaje mu się, że na wojnie zrozumiał, jak naprawdę działa świat. Doznał oświecenia niedostępnego cywilom.

Pomysł może i nieskomplikowany na pierwszy rzut oka, ale takie są najtrudniejsze w realizacji. Zdecydować się na narrację, której dominujący nurt stanowi monolog wewnętrzny, to postawić wszystko na jedną kartę. Można dużo i łatwo przegrać. Jeśli stworzy się postać niewiarygodną albo sztampową, zabrany do jej głowy czytelnik szybko się znudzi, nie zaangażuje w podaną z jednostkowej perspektywy problematykę, którą chce go zainteresować autor. Zakwestionuje stawiane przez niego tezy, wyczuwając koturnowość i fałsz. Ale Fountain rozbił całą pulę. Billy’emu się wierzy. A jednocześnie się mu współczuje. Bo stracił przyjaciela i nie może oddać się żałobie. Bo musi wrócić na front. Bo nigdy nie miał dziewczyny ani oparcia w ojcu, który był wyjątkowym skurczybykiem. Ale przede wszystkim współczujemy specjaliście Lynnowi, bo, stojąc z boku, widzimy, jak krucha jest narracja, którą chłopak próbuje wytłumaczyć sobie świat. Że pod zapożyczoną od bardziej doświadczonych kolegów pozą doświadczonego przez życie cynika czai się naiwność, bezwarunkowe pragnienie bliskości i akceptacji, a przede wszystkim strach przed powrotem tam, stale walczący o lepsze z lojalnością wobec kolegów z Bravo.

Niby zatem nic takiego się nie zdarza (zdecydowana większość akcji rozgrywa się, zgodnie z tytułem, podczas meczu futbolowego na stadionie Dallas Cowboys  w Święto Dziękczynienia), ale w duszy Billy’ego Lynna trwa walka, o której wie tylko on i zaproszony do jego myśli czytelnik - podglądacz. A której obserwacji nie sposób przerwać. Dzięki genialnemu przekładowi (Tomasz S. Gałązka, powtarzam raz jeszcze) rozbiegane, skaczące między wątkami przemyślenia specjalisty Lynna wprost hipnotyzują odbiorcę, porywają go w wir różnorodnych i sprzecznych odczuć, które – w co łatwo uwierzyć – mogą miotać młokosem po pierwszym chrzcie bojowym niemal w przeddzień powrotu na pole walki.

Zapoznajcie się z Billym – brak mi słów, żeby adekwatnie opisać, dlaczego warto z nim przejść cały długi marsz. Ale nie żałuję żadnego kroku i zapamiętam tę trasę.

P.S. Chciałam wrzucić jakiś fragment, żeby zilustrować geniusz tłumacza, ale musiałabym wrzucić całą książkę. Nie umiałam się zdecydować.

niedziela, 03 lutego 2019
Głosy Watts (Ryan Gattis, Miasto gniewu)

Przeczytałam pięć dobrych książek, ale ta była zdecydowanie najlepsza. Zamieszki w Watts, dzielnicy Los Angeles, 6 gorących dni w 1992 r., kiedy ludzie dali wyraz swojemu oburzeniu na wyrok uniewinniający policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego taksówkarza Rodneya Kinga. Rzekomo stawiał on opór podczas próby aresztowania. Ale co zaczęło się jako wyraz słusznego gniewu społecznego, zostało słusznie zinterpretowane jako niepowtarzalna okazja do wyrównania rachunków przez różne grupy interesu. Przede wszystkim gangi, rozzuchwalone nieadekwatną do skali protestu ilością funkcjonariuszy sił porządkowych, rozpoczęły z dawna odkładane egzekucje, licząc na darowaną przez chaos bezkarność. Ale była to też szansa dla drobnych przedsiębiorców pod kreską – jeśli jakiś sklep czy budynek zapłonie w ogniu Powstania Rodneya Kinga, ubezpieczycielowi trudno będzie wykazać, kto zaprószył iskrę.

Według mnie bardziej adekwatny do struktury narracyjnej tej porywającej i przerażającej historii jest tytuł oryginalny, czyli All involved, co tłumaczy się jako „wszyscy zamieszani”, „wszyscy zainteresowani”, a w tym kontekście może raczej „wszyscy uwikłani” lub „wszyscy umoczeni”. Gattis bowiem konstruuje swoją opowieść jako swego rodzaju sztafetę narracyjną, a każdy kolejny bohater, z którego perspektywy śledzimy wydarzenia we wrzącym mieście, jest w jakiś sposób związany z poprzednimi. Pierwszym z nich – i najważniejszym, choć zajmie scenę najkrócej – jest Ernie, sprzedawca tacos niezwiązany z gangami, ale mieszkający z gangsterską ekipą, do której należy także jego młodszy brat, a aspiruje młodsza siostra. Ernie najbardziej nie lubi wracać do domu piechotą, bo to w jego dzielnicy bardzo niebezpieczny sport. Poprzedni samochód jednak sprzedał bez mrugnięcia okiem, gdy trzeba było wpłacić kaucję za jednego z członków ferajny. Pieniądze z narkotyków, o nieznanym źródle pochodzenia, wzbudziłyby podejrzliwość władzy. Pewnie, Ernie mógł odkupić brykę za pieniądze z handlu. Ale nie chciał mieć z tym interesem nic wspólnego. Sam odkłada, niedługo będzie miał wystarczającą sumę i może zacznie się uczyć, jak robić sushi. Ten chłopak ma dalekosiężne plany.

Ale przeznaczenie ma wobec niego inne zamiary. Parka już się czai z nożycami. I tak rusza samonakręcająca się spirala zemsty, układów, zdrady, lojalności i walki o przetrwanie. Poznamy siostrę i brata Erniego, jego współlokatorów, sąsiadów, koleżanki ze szkoły. Strażaka gaszącego wybuchające w całym mieście pożary, pielęgniarkę próbującą ratować ofiary zamieszek, gangstera, który w krótkim czasie stracił dwójkę rodzeństwa, młodego graficiarza, szalonego bezdomnego rozmawiającego z przepływającą przez LA rzeką, byłego gangstera, ćpunkę, funkcjonariusza oddziałów specjalnych i mnóstwo innych „zamieszanych”.

A każdy ma własną historię i indywidualny język, znakomicie oddany w przekładzie Roberta Sudoła. Wartka fabuła rozpisana na tak porywające głosy, wielość i wiarygodność zaoferowanych perspektyw sprawiają, że – czy tego chcecie, czy nie – pochłonie was kocioł zamieszek. To straszna, smutna, brutalna i ironiczna opowieść o rzeczywistości, w której nawet normalność jest jak stąpanie po cienkim lodzie. Tu nawet bez zamieszek można zginąć na każdym kroku, a pierwszym prawem ulicy jest losowość.

Gorzkie, ironiczne, znakomite. Za zwrócenie uwagi na autora bardzo dziękuję Jane Doe.

sobota, 19 stycznia 2019
Małych miasteczek nie warto lekceważyć (Val McDermid, Miejsce egzekucji)
 
Z odciętego od świata przysiółka Scardale w Derby znika trzynastoletnia Allison Carter. Trwa ostra zima 1963. Nie jest to pierwsze takie zaginięcie w ostatnim czasie. Dlatego świeżo awansowany śledczy George Bennett od początku nie ma dobrych przeczuć co do losów dziewczynki. Gdy okazuje się, że jego żona spodziewa się dziecka, sprawa Allison staje się dla młodego funkcjonariusza czymś więcej niż zawodowym wyzwaniem. Wręcz niezdrową obsesją. Ale choć śledztwo się przeciąga, a mieszkańcy Scardale, stanowiący zamkniętą społeczność, wcale go nie ułatwiają, przełom nie przychodzi. Nie ma ciała, jednak w tych warunkach atmosferycznych nie ma również najmniejszej szansy, by zaginiona przeżyła. Kolejne poszlaki jednoznacznie sugerują, że dziewczyna nie uciekła, ale spotkało ją coś złego. Dziennikarze brukowców angażują nawet jasnowidzkę z Francji, żeby podgrzać stygnący temat. Frustracja i poczucie bezradności Bennetta sięgają zenitu. I nagle jego wytrwałość zostaje nagrodzona…
 
Z twórczością Val McDermid miałam dotąd kontakt jedynie za pośrednictwem serialu Wire in The Blood, w którym policjantka Carol Jordan przy wsparciu psychologa Tony’ego Hilla tropiła seryjnych morderców odznaczających się wyjątkową inwencją w zakresie sposobu działania. Serial powstał w oparciu o najwyżej oceniany cykl powieściowy autorki i  był niezły, choć dewiacje sprawców wydawały mi się niekiedy wydumane. Niemniej, gdy trafiła się okazja, z ciekawością sięgnęłam po wydane przez Papierowy Księżyc i obsypane nagrodami Miejsce egzekucji. Nie zawiodłam się, w powieści jest wszystko, co w gatunku cenię – konsekwentnie budowany nastrój, detaliczny i realistyczny obraz odizolowanej społeczności, sporo miejsca na przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zgodnie z tytułem, miejsce, czyli malutki przysiółek Scardale, ma kluczowe znaczenie. Jednocześnie, gdy rozwiązanie zagadki zniknięcia Allison następuje sporo przed końcem tekstu, czytelnik dostaje wyraźny sygnał, że nie wszystko wygląda tak, jak się poczciwemu detektywowi Bennettowi wydawało. Zresztą, nie trzeba jasnowidza (wracam do tego wątku z uporem maniaka, bo motyw, choć marginalny, autorka rozegrała genialnie!), by wyczuć, że skompilowany z trudem podejrzanie spójny łańcuch poszlak niekoniecznie doprowadził organy wymiaru sprawiedliwości do prawdy na temat sprawcy.
 
Ale to, co po trzydziestu latach odkrywa dziennikarka pisząca przy współpracy Bennetta książkę o precedensowej sprawie Allison, było dla mnie autentycznym zaskoczeniem, choć przecież już z niejednego kryminalnego pieca chleb jadłam i najbardziej oczywiste wolty fabularne znam na wyrywki. Intrygę zatem autorka skomponowała znakomicie (nieczęsto czytam jednego dnia prawie trzysta stron!), a przy okazji dała czytelnikowi materiał do złożonych przemyśleń na temat natury sprawiedliwości i proporcji kary do zbrodni. Nie jest łatwo zapomnieć o tej historii, nie sposób po prostu odłożyć ją do szufladki z napisem „fikcja literacka”, bo takie, a pewnie i gorsze rzeczy, się zdarzają, ale często nie dowiadują się o tym ani organy ścigania, ani opinia publiczna.
 
P.S. I wszystko byłoby pięknie, pierwszy tegoroczny kryminał „na piątkę” już w styczniu, ale po prostu nie mogę przemilczeć elementarnych błędów w przekładzie Aleksandry Szymił, których nie wyłapała redakcja (Magdalena Olejnik, redaktor prowadzący Artur Wróblewski) ani korekta (Magdalena Olejnik i Joanna Kłos). Takich jak tłumaczenie name jako imię (gdy ewidentnie chodzi o publikację nazwiska w prasie) czy interview jako wywiad (gdy ewidentnie chodziło o przesłuchanie). Nie są to może błędy liczne czy częste, ale mimo wszystko podstawowe i rażące. Przy kryminale z istotnym wątkiem śledczym i procesowym przydałby się redaktor lub korektor albo nawet konsultant władający prawniczym językiem angielskim. 
sobota, 29 grudnia 2018
Każdy z nas ma tylko jedną historię miłości (Julian Barnes, Jedyna historia)
Po zachwycie Zgiełkiem czasu obiecywałam sobie, że szybko sięgnę po inne pozycje z dorobku autora, ale, jak to zwykle bywa z  tego typu deklaracjami, zaginęły w pomroce dziejów, przywalone stosami pilniejszych, ciekawszych oraz zupełnie przypadkowych lektur. Dopiero w czasie świątecznej przerwy sięgnęłam po Jedyną historię i mam po zakończeniu lektury co najmniej mieszane uczucia.

Jedyna historia to opowieść igrająca ze schematami fabularnymi i z oczekiwaniami czytelnika w zasadzie od początku do końca. Fabuła może wydawać się typowa do granic sztampowości, nawet mimo odwrócenia genderowego schematu. Bowiem to nie nastoletnia dziewczyna, ucząca się życia i miłości, zostaje uwiedziona przez zramolałego starca, ale dziewiętnastoletni student pada ofiarą niemal pięćdziesięcioletniej sąsiadki i swojej partnerki z tenisowego kortu. Potem też jest raczej nietypowo, gdyż relacja między tymi dwojgiem nie ogranicza się do wakacyjnej przerwy, ale trwa całymi latami, pod okiem rodziców Romea i męża oraz córek Julii. Co jednak jest tutaj najciekawsze, to nie rozwój samego romansu, ale szkicowany niby to mimochodem i na marginesie portret kochanka, Caseya Paula. Oszołomiony siłą pierwszego prawdziwego uczucia, ale i zafascynowany jego nietypowością, chłopak czuje się lepszy nie tylko od rodziców, których postrzega jako nudziarzy uwięzionych w utartych koleinach małomiasteczkowej egzystencji, ale także od rówieśników, którzy - w jego ocenie - nie mogą konkurować swoimi typowymi flirtami i zadurzeniami z jego barwnym pas a deux.

Na fali samozachwytu bohater podejmuje radykalne życiowe decyzje (przeprowadzka, zmiana kierunku nauki), które jednak dają mu jedynie przejściowe zadowolenie. Szybko bowiem okazuje się, że wyjątkowość jego ukochanej ma bardzo prozaiczną mroczną stronę - nałóg alkoholowy. Jednocześnie Paul znajduje się w niezbyt zręcznym położeniu - w trakcie wydłużającej się nauki pozostaje na utrzymaniu partnerki, nie bardzo może jej więc czynić jakiekolwiek wymówki co do stylu życia. Starsza kochanka z ekscytującego wyzwania staje się kłopotliwym zobowiązaniem, a szybko okazuje się, że lojalność wobec pierwszej miłości nie znajduje uznania, ani nawet zrozumienia, w oczach kolejnych partnerek. Ostatecznie zatem Paul kończy jako samotny emocjonalny elektron, wolny od oków banału, ale i samotny. Rozpamiętujący w nieskończoność konsekwencje jednego zauroczenia. Czy było warto – zdaje się pytać autor, a czytelnik ma niejaki kłopot z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi.

Czyli w zasadzie przedsięwzięcie pisarskie należałoby ocenić jako udane, bo niepokoi, skłania do przemyśleń i porusza w duszy jakieś mało używane struny. Jest jednak z tą opowieścią pewien podstawowy problem – nie wierzę w Paula. Nie mówię, że takich ludzi i scenariuszy nie ma, ale ta konkretna osoba napisana została w sposób skrajnie niewiarygodny, i to nie jest ten typ nieprawdopodobieństwa, który budzi podskórną zazdrość i zachęca do zawieszenia niewiary na czas lektury. Dla mnie Paul jako typ ludzki jest po prostu odrażający – nie ma najmniejszego problemu z życiem latami na koszt kochanki – pijaczki, co więcej, od jakichkolwiek realnych emocjonalnych zobowiązań wymiguje się rzekomą lojalnością wobec Susan. Jednocześnie, gdy rzeczywistość wystawia te deklaracje przywiązania na próbę, naszego dzielnego rycerza na białym rumaku brak – problemem ma się zająć rodzina kobiety, a w końcu instytucje państwowe. Powiecie, że to właśnie realizm najczystszej próby i czego ja się właściwie czepiam?

Obiektywnie przyznam wam rację, subiektywnie dysonans pomiędzy deklaracjami narratora a sferą faktyczną jest dla mnie w tym wydaniu nie do przełknięcia.  Nie jest to zła powieść, ale w jakiś sposób wewnętrznie niespójna, zbyt odrealniona w podstawowych założeniach, a równocześnie za gorzko realistyczna w konkluzjach. Jak ładny kolorowy cukierek, który okazuje się mieć smak anyżku.

P.S. Przekład Dominiki Lewandowskiej - Rodak też jest jakiś przedziwny. W początkowej części roi się od koślawych, fałszywie brzmiących zdań, później styl ulega znacznemu wygładzeniu. Może odzwierciedla to styl oryginału, w którym Paul jako młodzik początkowo pisał bardziej nieporadnie (nie konfrontowałam), ale mocno wątpię, gdyż całość wygląda na wspomnienia spisywane z perspektywy całego życia.
niedziela, 02 grudnia 2018
Daj dziecku mądrze napisany elementarz, a zmienisz nie tylko jego świat (Neal Stephenson, Epoka diamentu)
Najpierw będzie autotematyczny wtręt czytelniczy, więc – jeśli kogoś nie interesuje historia mojej fascynacji pisarstwem Neala Stephensona – może od razu przejść do kolejnego akapitu. Otóż zaczęło się w 2003 roku, w początkach mojej przygody z fantastyką, od pierwszego tomu Cyklu barokowego, czyli Żywego srebra. Ten wspaniały miks gatunków po prostu rzucił mnie na kolana i nawet podjęłam szaleńczą próbę przeczytania drugiego tomu, czyli Zamętu, w oryginale, bo MAG wydawał trylogię niespiesznie i w ośmiu kawałkach. Szybko jednak zaniechałam, bo i po polsku jest to tekst bardzo wymagający, mocno osadzony w historii i rozmaitych dziedzinach nauki. Myślałam, że to opus magnum autora, jednak Peanatema, traktat filozoficzny w kosmicznym sztafażu, przekonała mnie, że się myliłam. I że Neal jest jeszcze mądrzejszy, niż myślałam, a jednocześnie posiada niezwykły dar przystępnego przekazywania swoich przemyśleń czytelnikowi. Potem dopadłam wcześniejszy chronologicznie, choć z akcją rozgrywającą się o wiele później i licznymi nawiązaniami do Cyklu barokowego, Cryptonomicon. I pomyślałam, że Stephenson jest po prostu geniuszem. Rozumiem, że nie wszystkim opisana tam opowieść może się wydać fascynująca – nie każdy interesuje się historią drugiej wojny światowej, programowaniem czy kryptografią, a to właśnie wokół tych zagadnień skupiają się główne wątki fabuły, będącej jednak przede wszystkim hołdem dla nieograniczonego potencjału ludzkiego intelektu. Ten element łączy Cryptonomicon nie tylko z Peanatemą, ale także z Cyklem barokowym. I tak sobie trwałam w zachwycie, również powszechnie krytykowanym w środowisku fanów fantastyki sensacyjnym Reamde. Aż przyszło 7 EW, powieść świadcząca, co się może zdarzyć, gdy autor da się ponieść hermetycznej naukowej stronie zagadnienia i zapomni dać szaraczkowi czytelnikowi fabułę.

Chciałam znowu pokochać Neala i w tym celu planowałam sięgnąć po kurzący się na półce od 2005 roku Diamentowy wiek w wydaniu ISY (mam jeszcze takąż Zamieć). Nim jednak przekułam zamiary w czyn, ukazał się nowy przekład powieści, autorstwa jednego z moich ulubionych tłumaczy, czyli Wojciecha Szypuły. I tę wersję, zachęcona dodatkowo informacjami o pominiętych w poprzedniej fragmentach, wybrałam. Zaczynałam z fascynacją, gdyż Stephenson, jak zwykle, miał pomysł na świat przedstawiony. Oto rzeczywistość po nanotechnologicznym przełomie, w której ludzkość nie musi się już martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo jedzenie, najtańsze ubrania i podstawowe sprzęty każdy kompiluje sobie za darmo w publicznych kompilatorach materii. Czy dzięki temu zapanowała równość społeczna? Wręcz przeciwnie, ludzie, o ile to tylko możliwe, stali się jeszcze większymi snobami, zamykając się w elitarnych społecznościach zwanych fylami, z których każda hołduje innym wartościom. Mamy na przykład Neowiktorian, restrykcyjnie przestrzegających norm rodem z XIX wieku. Zaś postęp wykorzystano m.in. do rozwinięcia tak zaawansowanych narzędzi inwigilacyjnych, że o rewolucji, gdyby ktoś chciał – choćby z nudów – takową przeprowadzić, nie ma co marzyć. Struktura klasowa dzięki nanobotom została zacementowana na dobre.

I tu, tradycyjnie dla autora, na scenę wkracza geniusz – John Hackworth, neowiktoriański specjalista od projektowania nowych nanotechnologicznych urządzeń. Na polecenie jednego z najważniejszych lordów udziałowców swojej fyli ma stworzyć dla jego wnuczki interaktywny elementarz, który wychowa dziewczynkę inaczej, niż by sobie tego życzyli jej rodzice. Nauczy ją odważnego, nieszablonowego, a nade wszystko samodzielnego myślenia. Nagrodą za wykonanie zlecenia ma być tytuł szlachecki, jednak dla ludzi takich jak nasz bohater to jedynie dodatkowa, czysto formalna zachęta. Samo wyzwanie i natura projektu to więcej niż dostateczna zapłata. Hackworth znakomicie realizuje zlecenie, nie może się jednak oprzeć pokusie podarowania elementarza również własnej córce, Fionie. By uzyskać dostęp do niepodłączonego do publicznej sieci kompilatora, zawiera układ z wpływowym rozgrywającym chińskiego półświatka, niejakim Doktorem X. A ponieważ, jak większość geniuszy, w sprawach tzw. normalnego życia John Hackworth błądzi jak dziecko we mgle, jest dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy – wracając do domu z nielegalnym egzemplarzem elementarza – zostaje napadnięty i traci bezcenny przedmiot. Na skutek zbiegu okoliczności książka trafia do kilkuletniej Nell, pochodzącej z patologicznej rodziny. Tak rozpoczyna się zasadnicza fabuła, a treść elementarza i proces wychowania dziewczynki przez podręcznik stanowią jej bardzo istotny element.

Sam pomysł jest więc podwójnie fascynujący: na poziomie mechaniki elementarza – bo np. interaktywną książkę mieli obsługiwać opłacani aktorzy, a kończy się na tym, że z Nell pracuje tylko jedna osoba – Miranda, interaktorka, która dla tego niezwykłego zlecenia, równoważnego w zasadzie macierzyństwu, porzuca dobrze się zapowiadającą karierę – a także dlatego, że fabuła osadzona poza historiami z książki zostaje z nimi ściśle skorelowana. Do stopnia, który nawet przed czytelnikiem pozostaje ukryty aż do finałowych partii Epoki diamentu. Dostajemy więc w zasadzie dwie powieści, jedną skompilowaną z przypowieści o charakterze dydaktycznym, a drugą o tym, jak niezwykły wpływ na świat mogą wywrzeć nieszablonowo myślące jednostki. Jeśli tylko dać im odpowiednie narzędzia. Nie przekreślać ich z racji pochodzenia. Wszystko w niezwykłych ramach świata funkcjonującego dzięki nanotechnologii, tytułowej epoki diamentu.

Wyczuwacie nadchodzące zastrzeżenia? Macie rację. W pewnym momencie ta misterna konstrukcja zaczyna się bowiem Stephensonowi troszkę sypać. Mniej więcej wtedy, gdy Nell kończy szkołę i rusza na spotkanie prawdziwemu życiu. Wielka geopolityczna zmiana wywołana przez armię dziewczynek uzbrojonych w nielegalnie skompilowane elementarze, przy wsparciu podwodnej subkultury, której udało się stworzyć niezależny obieg informacji, nie przystaje mi do tej kameralnej w gruncie rzeczy opowieści o umożliwionym przez przypadek imponującym samorozwoju jednostki. Jest do niej pośpiesznie przyszyta, ale trzyma się na słowo honoru, nie jak piękny, misterny haft. Raczej jak nieporadna fastryga kilkulatki. Stephenson miał już wtedy imponujący, wielopoziomowy pomysł. Ale jeszcze brakowało mu późniejszego warsztatu, żeby go odpowiednio spójnie zrealizować. Dlatego Epoka diamentu, choć stanowi bez wątpienia satysfakcjonującą lekturę, zachęca czytelnika znającego dalszy dorobek autora głównie do przemyśleń o tym, czym mogłaby być, gdyby powstała nieco później. Wielki potencjał pomysłu wyjściowego nie został tu w pełni wykorzystany. Ale mimo wszystko warto.
sobota, 10 listopada 2018
Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

sobota, 07 lipca 2018
Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)
Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie - mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów - przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.
niedziela, 08 kwietnia 2018
Segregacja jako klucz do integracji (Paul Beatty, Sprzedawczyk)
Jak już wielokrotnie pisałam, do książek nagradzanych (w tym przypadku Man Booker Prize 2016) mam stosunek wybitnie nieufny. Jednak Sprzedawczyk spełnił z nawiązką moje oczekiwania, a po przeczytaniu blurba spodziewałam się po prostu interesującej lektury. Tymczasem – choć oczywiście jest to w sumie lekka, zabawna i mocno ironiczna historia – między kolejnymi żartami i perypetiami głównego bohatera przemyca refleksję o tym, czy segregacja faktycznie się w USA zakończyła. I daje odpowiedź łatwą do przewidzenia – zakończyła się formalnie, ale nie faktycznie, a żeby tę smutną prawdę obnażyć, trzeba spróbować ją przywrócić, choćby tylko na lokalną skalę. Skutki tego społecznego eksperymentu mogą okazać się zaskakujące.
Zaczyna się od wykreślenia miasta Dickens z mapy. Jak dowiadujemy się z przypisów tłumacza Piotra Tarczyńskiego, bez których powieść, naszpikowana odniesieniami do historii segregacji, byłaby bez wątpienia dla polskiego czytelnika o wiele mniej zrozumiała, Dickens jest fikcyjnym miejscem, ale pod wieloma względami stanowi odpowiednik Compton, miasta leżącego w samym środku hrabstwa Los Angeles, na południe od centrum miasta Los Angeles. W Compton, jak w Dickens, znajdują się tereny rolnicze i to Compton uznaje się za jedną ze stolic gangsterskiego rapu. Kiedyś zamieszkane w przeważającej większości przez czarnych, dziś Compton jest w 65% latynoskie, Afroamerykanie zaś stanowią tylko około jednej trzeciej mieszkańców.
Główny bohater, tytułowy Sprzedawczyk, jest z wykształcenia rolnikiem, hoduje zwierzęta, uprawia z sukcesami autorskie odmiany warzyw i owoców, w wolnych chwilach surfuje i popala marihuanę. Jest też – wbrew własnej woli – posiadaczem niewolnika, który był swego czasu dziecięcą gwiazdą filmową, ale to osobna ciekawa historia, po szczegóły której odsyłam do książki. Natomiast czynnikiem zasadniczym dla biografii protagonisty były nie jego własne życiowe wybory, ale fakt, na który nie miał wpływu. Był synem czarnego psychologa, który jako jedyny praktyk specjalizował się we własnej, autorskiej dziedzinie – psychologii wyzwolenia, a chodziło o wyzwolenie czarnej rasy.  Z syna, którego wychowywał samotnie, od jego najwcześniejszego dzieciństwa uczynił obiekt eksperymentów. Tym zatem bohater był, czarnym mieszkańcem Dickens i synem swojego ojca, który – mimo pokładanych w nim nadziei – okazał się dla rodzica wielkim rozczarowaniem.
Problem pojawił się, kiedy ojciec umarł, a miasto, przynajmniej w sensie administracyjnym, zniknęło. Bohater musiał odnaleźć własną tożsamość, a że nie był w stanie – mimo prób – zastąpić ojca na stanowisku Zaklinacza Czarnuchów, postanowił na początek przywrócić miasto Dickens jego osieroconym obywatelom. Po drodze do tego celu odkrył, kim jest, a przy okazji udowodnił w praktyce, że segregacja może stanowić dla czarnej społeczności spoiwo i – nieco paradoksalnie – pozytywny bodziec rozwojowy. Nie jest prawdą, że wszyscy są równi, mówi Beatty, i dlatego udawanie, że rasa nie ma znaczenia, mija się z celem. Można jednak spróbować nowego, pozytywnego podejścia, takiego, w którym czarna skóra nie jest równoznaczna z piętnem gorszych szans, ale stanowi przepustkę do elitarnego klubu, do którego biali nie mają wstępu.
Jest to myśl ciekawa i mimo wszystko optymistyczna, a stanowi puentę naprawdę zwariowanej historii, którą czyta się lekko i z rosnącym zainteresowaniem mimo sporej zawartości materiału do historiozoficznej refleksji. Został on bowiem wpleciony w fabułę z wyjątkową gracją i w zasadzie niepostrzeżenie się go przyswaja. Wielka w tym zasługa humoru, dobrze oddanego w przekładzie. Słowem, nie jest to może jakieś arcydzieło wywierające na odbiorcy niezatarte wrażenie, ale niewątpliwie powieść ciekawa i niebanalna, warta poświęconego jej czasu.
P. S. A także pierwsza, którą przeczytałam na nowym czytniku – Kindle Paperwhite 3.
P.S. 2 Tłumaczenie jest naprawdę brawurowe, a z pewnością nie było łatwe.
sobota, 17 marca 2018
System nie działa (Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce)
Bezprawie rodzi przemoc. Nie jest to teza szokująca, wydaje się wręcz oczywista, ale, z drugiej strony, przecież nie żyjemy w średniowieczu czy w czasach amerykańskich pionierów, prawda? Ameryka, bastion wolności i demokracji, samozwańczy lider wolnego świata, powinna świecić przykładem, jeśli idzie o skuteczność systemu prawnego. Przynajmniej w kwestii wykrywalności najpoważniejszych przestępstw, takich jak zabójstwa. To już przecież kraj, w którym, od zniesienia segregacji, wszyscy obywatele są oficjalnie równi wobec prawa i wszyscy powinni dostawać od państwa takie same gwarancje bezpieczeństwa. Jednak to tylko teoria. Praktykę jak w soczewce można zaobserwować w Watts, południowej dzielnicy Los Angeles, zamieszkiwanej przez wysoki odsetek czarnoskórych obywateli. Strzały i trupy to tam smutna codzienność, śmiertelność wśród czarnych mężczyzn przed trzydziestką jest w tym miejscu tak wysoka, że rodziny przeprowadzają się, by ratować życie swoich synów. I wcale nie trzeba być w gangu ani nawet nosić barw żadnego z nich (pomarańczowa apaszka to wystarczający powód, by stać się celem). Jeśli należy się do grupy ryzyka – młodych, czarnych mężczyzn – można zginąć przez całkowity przypadek. Nie ma wtedy znaczenia, że jesteś synem dobrego, skutecznego, zaangażowanego w sprawy lokalnej społeczności policjanta. Jesteś w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. A potem już cię nie ma. System daje na to przyzwolenie, latami zabójstwa wewnątrz czarnej rasy były dla wymiaru sprawiedliwości mniej istotne, zgodnie z cyniczną dewizą Zawsze jednego czarnucha mniej. Policja zapracowała sobie na nieufność czarnoskórych obywateli, a co więcej, współpraca z organami ścigania, zeznawanie w sądzie w charakterze świadka, to narażanie życia własnego i całej swojej rodziny. Zatem obecnie nawet przy najlepszej woli policjantom nie jest łatwo znaleźć w Watts sprawcę zabójstwa. Jedyny dowód to najczęściej łuska i zakrwawione ubranie ofiary. Mimo to znajdują się – po obu stronach barykady - tacy, którzy próbują, dla których życie czarnych ma taką samą wartość jak każde inne. Ale system, nastawiony na prewencję i statystki, wcale im w tych staraniach nie pomaga. O tym wszystkim i wielu innych wstrząsająco przygnębiających kwestiach jest znakomita – i świetnie przetłumaczona przez Janusza Ochaba, którego fanką jestem od czasu Ameksyki – książka byłej reporterki LA Timesa, Jill Leovy. Zatytułowana Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce (a w oryginale jeszcze bardziej adekwatnie do treści - Ghettoside: A True Story of Murder in America). Autorka przeprowadziła wieloletni i bardzo solidny research, latami siedziała w jednej sali z policjantami z komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej, którzy stali się bohaterami tej opowieści. Zabrała sporo wstrząsających historii śledztw i zabójstw, które potrafiła przedstawić tak, by za ich pomocą stworzyć szerszy obraz badanego zagadnienia – systemowej bezwładności,  skutkującej wzrostem przemocy i coraz silniejszym odcięciem porzuconej przez państwo grupy od reszty społeczeństwa. Czyta się to znakomicie, choć z narastającą zgrozą. Kolejna ważna i potrzebna pozycja w Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarnego.
***
A jako uzupełnienie lektury polecam – poświęcony tej samej problematyce i przygnębiająco spójny z opisywanym reportażem w sferze diagnozy, wniosków i ogólnej wymowy – nowy serial twórczyni The Killing, dostępny od niedawna na platformie Netflix, czyli Seven Seconds. Czarnoskóry chłopak, Brenton, jedzie rowerem do szkoły i zostaje potrącony przez samochód. Pierwsze pytanie, jakie  policja zadaje rodzicom ofiary, to czy przypadkiem syn nie był w gangu i nie jest notowany. A serial świetny, moim zdaniem lepszy niż najlepszy, pierwszy sezon The Killing.
sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
 
1 , 2
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka