Wpisy z tagiem: David Mitchell

piątek, 19 maja 2017
Sidequel Czasomierzy, ale bez wewnętrznego pęknięcia (Slade house, David Mitchell)
O ile Czasomierze byłyby genialną powieścią, gdyby nie ostatnia część, o tyle Slade house, opowiadający o dwójce renegatów Drogi Cienia i ich kilkorgu ofiarach (tak, główny nurt to Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn - znani i nielubiani, przynajmniej przeze mnie), to ze strony Mitchella pójście na łatwiznę. Kilkukrotne odegranie tego samego refrenu w konwencji grozy z nutką horroru, z podmienianiem li i jedynie  głównych aktorów i subtelnym powiązaniem ich losów oraz nawiązaniami do innych powieści - dla autora z warsztatem Mitchella to betka. Pod względem objętościowym ten przypis do Czasomierzy to niemal nowelka, ale wychodzi jej na dobre i niewielka objętość, i jednorodna stylistyka.
Nie da się ukryć, mimo wewnętrznej powtarzalności i przewidywalnego od pierwszej strony zakończenia znakomicie się to czyta. Tym razem nie ma słownej waty. Jest za to, jak zwykle, gęsty klimat, świetny styl i sprawnie nakreślone, przekonujące postaci o różnorodnych życiorysach i pragnieniach. Oraz znakomity przekład Justyny Gardzińskiej.
Wciąż chciałabym, żeby autor Widmopisu wyszedł w końcu ze swojej tematycznej i formalnej strefy komfortu i ponownie mnie olśnił, jak mu się trzykrotnie udało.
Ale jeśli odgrzewany kotlet ma smakować tak jak Slade house, to następnym też nie pogardzę. Może wspomnienie nie zostaje na długo, ale niestrawność nie grozi.
sobota, 13 lutego 2016
David, grasz pięknie! Może zagraj coś nowego, bez fałszywych nut?
Uwielbiam czytanie Mitchella. Mało kto tak sprawnie posługuje się językiem i ma tak genialną tłumaczkę w Polsce jak Justyna Gardzińska. Sądzicie, że przesadzam? To przeczytajcie ten fragment:

Dzisiejszy młyn w Bladym Biskupie to pełen przegląd kwiatu młodzieży: „Tak, Stephen Hawking i Dalajlama. Który ma rację? Wiesz, to zależy”. Modne dżinsowe minispódniczki, koszule GAP, markowe zapalniczki, za duże swetry Kurta Cobaina, levisy, gdzie trzeba gustownie przetarte; „Widziałaś, jak zbok czatuje przy kiblach? Bo drzwi do klopa są ciągle otwarte”. Jak słucham tego kawałka The Pogues, to wali mi serce i miękną kolana; „Wszystko ze sklepów Armii Zbawienia jest w świerzbie, masakra, swędzi mnie od rana”. Zaduch lakieru i dezodorantu, zmieszany z Chanel numer pięć. Zadbane zęby bez żadnej plomby w sztucznym uśmiechu do zdjęć. „Słyszałaś dziś newsa, że kot Schrödingera zdechł, żyje, zdechł, żyje, zdechł, żyje? Cholera...”. „Dalton ma znowu grać Bonda? To bzdura”. Upadek Barretta i era Gilmoura. O symulacjach i symulakrach, o kursie dolara do funta. O Sartrze, Barcie Simpsonie, o Barthesie, o Chile, Peru i juntach. „Łoił podwójne, zalał się jak bela”. Trzydniowy zarost George’a Michaela. „Bo koniec The Smiths to koniec muzyki”. Dziedzice fortuny, białe kołnierzyki. Zastępy przyszłych ekspertów i sędziów, bankierów 
in statu pupillari. Spłodziły ich lędźwie światowej elity, a Cambridge ich doskonali. Władza i pieniądz lepią się do siebie, jak miód do Kubusia Puchatka, nie, wcale tego nie krytykuję, tego uczyła mnie matka. Czy kiedyś mówił ci ktoś, że wyglądasz jak Demi Moore w Uwierz w Ducha? Na górze róże, na dole fiołki, ja gadam, a Ness chce mnie słuchać.
 
Jakieś wątpliwości?:) Czasomierzy wyglądałam z utęsknieniem, kupiłam, jak tylko się ukazały, i niedługo potem zaczęłam czytać. Mniej więcej do 3/4 powieści byłam po prostu urzeczona historią i w zasadzie nie przeszkadzało mi, że autor po raz kolejny korzysta z tego samego schematu, co w genialnym Atlasie chmur i debiutanckim Widmopisie, czyli kompozycji opartej na zmianie narratorów, których łączy (tym razem) osoba głównej bohaterki - Holly Sykes. Holly poznajemy, gdy ma 15 lat, w roku 1984, a rozstajemy się z nią niemal 60 lat później, w 2043 roku, gdy wie, że jej dni są już policzone. W międzyczasie pałeczkę narratora przejmują: niezwykle utalentowany oszust, dziennikarz wojenny, pisarz, którego wczesna sława szybko przebrzmiała, oraz Marinus. I to właśnie partia tej postaci wszystko dla mnie w powieści zepsuła. Ba, zdołała mi też w znacznym stopniu zepsuć bardzo dobre wspomnienia z lektury Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta.
I mam o to do autora wielki żal. Już wcześniej próbował subtelnie łączyć swoje powieści, delikatnie sugerując, że wszystkie rozgrywają się w ramach tego samego uniwersum. Po raz pierwszy jednak możemy na kartach Czasomierzy spotkać zarówno bohatera Tysiąca jesieni, jak i bohaterkę Widmopisu. Nie jest to korzystna zmiana, gdyż dosłowna fantastyka Mitchellowi wychodzi bardzo słabo. Nie zawaham się powiedzieć, że stanowi jego piętę Achillesową. Co więcej, wydaje mi się, że autor świetnie zdaje sobie z tego sprawę, dlatego zwykle wątki fantastyczne (za wyjątkiem futurologicznych) rozgrywa poprzez aluzje, niedopowiedzenia. W końcu musi jakąś słabość mieć, byłoby nie w porządku wobec wszechświata, gdyby we wszystkim był tak genialny, jak w posługiwaniu się językiem, żonglowaniu literackimi konwencjami, kreowaniu postaci i obserwacjach społecznych, a nawet prowadzeniu narracji.  Ale im lepsza jest książka jako całość, tym większa staje się waga jej słabego punktu. Tym słabym punktem jest w Czasomierzach wątek atemporalnych. I znów, nie sposób odmówić Mitchellowi konsekwencji, bo jeden z przedstawicieli tego gatunku pojawił się już w jego debiutanckiej powieści, a do wątku dusz skazanych wyrokiem losu na nieprzerwane reinkarnacje powracał w taki czy inny sposób w każdym kolejnym utworze.  Ale to, co zrobił z nim tym razem, dokładając naturalnym atemporalnym przeciwników, złaknione nieśmiertelności bractwo Anachoretów, którzy w celu przedłużenia swojego życia nie wahają się odbierać go innym ludziom, bardzo mi się nie podobało. Już sama pełna nazwa Złych mówi wszystko: Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn. A cała koncepcja powstania tego Kręgu Zła i jego funkcjonowania jest tak komiksowo groteskowa, że miałam ochotę wrzeszczeć: to właśnie z powodu takich motywów tak zwany główny nurt wyśmiewa się z fantastyki.
Jeśli tak utalentowany autor jak Mitchell robi z tak świetną książką jak Czasomierze coś podobnego, to jak może być inaczej?
Nie może. Ale i tak serdecznie polecam, choć moją ulubioną realizacją wariacji na ten sam temat w wykonaniu Davida M. pozostaje (zapewne Prawem Pierwszej Książki) Atlas chmur.
P.S. Dodatkowy plus za wspaniałe rozwinięcie - również powracającego w twórczości autora - wątku dalekosiężnych konsekwencji negatywnej recenzji:))) To było mistrzostwo.
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka