Wpisy z tagiem: serial

niedziela, 18 czerwca 2017
Serialowisko 2017 (3)

Dziś mam dla was sporo zaległych polecanek serialowych. I jedną niepolecankę.

Anne with an E (Ania, nie Anna) - serialowa adaptacja jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa, czyli Ani z Zielonego Wzgórza. Za wcześniejszymi wersjami nie przepadałam, więc, jak łatwo się domyślić, także co do tej byłam sceptyczna. Ale jest naprawdę świetna, nawet mimo całkiem niepotrzebnie wprowadzonego wątku kryminalnego, dostarczającego końcowy cliffhanger. Zasługa w tym całej obsady (początkowo nie mogłam się przekonać do Mateusza, ale i on szybko skradł moje serce), ale jednak przede wszystkim odtwórczyni roli tytułowej, Amybeth McNulty. Ta szesnastolatka ma przed sobą wielką aktorską przyszłość, jest Anią z całą jej egzaltacją, radością życia, skłonnością do wpadania z euforii prosto w otchłań rozpaczy. W recenzjach pojawiały się zarzuty, że serial jest zbyt mroczny, a przeszłe traumy Ani nadmiernie podkreślone, ale mnie akurat ten aspekt jak najbardziej przekonuje. 8,5/10

Opowieść podręcznej - i znowu, po zachwycie książką, przeczytaną na początku roku z myślą o serialu, nie wierzyłam, że można ją sensownie przenieść na mały ekran. A dostałam coś równie imponującego jak literacki pierwowzór, jednocześnie wiernego powieści i uzupełniającego oraz uwspółcześniającego jej treść w sposób spójny z przesłaniem, a nawet wzmacniający jego wydźwięk. Fanką Elisabeth Moss, grającej Offred (polska Freda brzmi jakoś kulawo), jestem od czasów Mad men, gdzie pokazała ogrom swoich możliwości, prowadząc Peggy od zakompleksionej szarej myszki do roli królowej reklamy. Tu dzielnie wspiera ją reszta obsady, przede wszystkim Fiennes i Strahovsky w roli małżeństwa Waterfordów (Serenę odmłodzono, co okazało się dobrą decyzją, podobnie jak dodanie retrospekcji dotyczących jej związku z Fredem), a także błyszcząca w roli Janine Madeline Brewer, ale cały casting jest znakomity, osobiście podziwiam też grę Ann Dowd jako Ciotki Lydii. Ale to przede wszystkim unikatowa kreacja Moss tworzy ten serial, tak jak postać Offred decydowała o sile powieści. Jak dla mnie bezdyskusyjny hit sezonu. Tylko moim zdaniem żadna kontynuacja nie jest potrzebna. 10/10

The Crown - z historią o początkach panowania Elżbiety II męczyłam się od listopada, w zasadzie nie wiem, dlaczego, bo ostatecznie całość bardzo mi się podobała. Nie mogłam wejść w opowieść i złapać chemii z początkowymi odcinkami (konkretnie problemem były pierwsze 3). A przecież wszystko jest jak trzeba - świetne aktorstwo (jestem wielką fanką premiera Churchilla, czyli Trójkowego z Dextera, oraz księżniczki Małgorzaty), ciekawy scenariusz, sporo emocji, dobrze oddane realia epoki (znakomity odcinek smogowy). W sumie to królowa irytowała mnie chyba najbardziej, ale tak, zdaje się, być miało, bo serial skupia się właśnie na tym, jak młoda kobieta stara się udźwignąć ciężar przedwcześnie odziedziczonej korony. W każdym razie polecam. 8/10

House of Cards, sezon 5 – szczerze, to mam już serdecznie dość tego serialu. Underwoodowie zostali w tym sezonie przegięci w sposób ostateczny i o ile jeszcze do czasu rozstrzygnięcia wyborów obchodziło mnie, co tam się dzieje i co będzie dalej, to dalsza część sezonu, choć naładowana akcją, w ogóle mnie nie obeszła. Była, poza wszystkim, dość przewidywalna. A Claire jako groteskowa lady Makbet w ogóle mnie nie przekonuje. Nie umiejąc zrezygnować ze swojego okrętu flagowego, Netflix go solidnie podtopił. A mogli skończyć w zeszłym roku, zachowałabym dobre wspomnienia. Mimo wszystko 6/10.

Orange Is The New Black, sezon 5 – już rok temu były symptomy, że – podobnie jak przy początkowo genialnym Weeds – pomysł Jenji Kohan na ten serial się kończy, a ona nie chce z niego zrezygnować. Ten absolutnie beznadziejny sezon, w całości poświęcony trzydniowej okupacji więzienia przez osadzone i pełen groteskowych epizodów, stanowczo to potwierdza. Mimo tego Netflix przedłużył produkcję na kolejne 2 lata. Gorąco odradzam, 3/10.

P.S. Publikacja tego wpisu była gehenną.

środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
sobota, 28 stycznia 2017
Serialowisko 2017 (1)
Zabrałam się niemal dwa tygodnie temu za Wowę. Wołodię. Władimira. Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich i jestem aktualnie w 55%. Fascynująca, ale monumentalna lektura, niemal 800 stron drobną czcionką. Pomyślałam sobie zatem, że to dobry moment, by po raz kolejny podjąć próbę bieżącego opisywania oglądanych seriali.

Sneaky Pete - już same nazwiska twórców: Davida Shore'a, ojca Dr House'a, i Briana Cranstona (który zresztą gra główny czarny charakter) wystarczyły, żebym dała szansę. A że gra jeszcze Margo Maritndale (Justified, The Americans), zaś w scenariuszu maczał palce Graham Yost (Justified) - nowa produkcja Amazonu po prostu nie mogła być zła. I nie jest. Niby prosta historia - oszust Marius, specjalizujący się w tak zwanych long cons (wyrafinowane przekręty z wielką stawką), wychodzi z więzienia, gdzie schronił się przed zemstą swojej ostatniej ofiary. Ponieważ nadal musi się ukrywać, podszywa się pod sąsiada z celi, którego rzewnych opowieści z dzieciństwa słuchał przez ostatnich parę lat. I jedzie do jego dziadków, którzy nie widzieli wnuka ponad dwadzieścia lat. Okazuje się, że rodzinny biznes to poręczenia majątkowe i chwytanie zbiegów, którzy po wpłaceniu kaucji nie zamierzają stawić się na procesie. A jeden z kuzynów jest policjantem. Równocześnie nasz bohater musi oddać swojej ostatniej ofierze, granej przez Cranstona, 100 tysięcy dolarów. Ma na to tydzień, inaczej jego brat będzie systematycznie pozbawiany różnych kawałków ciała. Naprawdę jednak Marius marzy głównie o zemście. Dobre. Ciekawe postacie, przyzwoity scenariusz, inteligentny humor. 7,5/10

Sherlock, sezon 4
- miałam nie oglądać, ale po przyzwoitej Abominable Bride dałam się skusić. I żałuję. Twórcy już kompletnie odlecieli, więc mimo całej sympatii dla aktorów i postaci raczej tylko się męczyłam. Były momenty (początek pierwszego i drugiego odcinka), były fajne motywy (pani Hudson!), ale poza trzecią, obiektywnie  najbardziej  wydumaną historią, kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje i jak to się skończy. W zasadzie zgadzam się z opinią Anneke o całym sezonie, z tym zastrzeżeniem, że trzeci odcinek uważam za lepszy od drugiego (w drugim groteską skandalicznie zmarnowali pięknie się zapowiadającego Złego). W trzecim przynajmniej z zainteresowaniem obserwowałam zmagania Sherlocka z samym sobą i z członkiem rodziny, no i Mycroft wyszedł na idiotę, co było uroczo odświeżające.

Endeavour
- zwykle był jasnym punktem trudnego do przetrwania początku stycznia, ale po 3 z 4 odcinków tegoroczny sezon będzie zdecydowanie najsłabszym. Widać wyraźne zmęczenie materiału, intrygi są wydumane, rozwlekłe i bez pazura. Wielka szkoda.

Taboo - taki był szum wokół tego serialu, bo Tom Hardy, bo mrok, bo od twórcy Peaky Blinders, o jerum pajtasz. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku byłam trochę zażenowana, bo straszliwa postać Hardy'ego raczej mnie bawiła swoim ostentacyjnym stylem emo, a już pies żywiący się zwłokami naprawdę nie był potrzebny. Ale dam jeszcze szansę, bo akcja w sumie nawet nie zdążyła się zacząć, a fama głosi, że coś się z tego wykluwa. Ktoś widział dalszy ciąg i może potwierdzić lub zaprzeczyć?

Chance - zabrałam się, bo Hugh Laurie, ale po pierwszym odcinku jakoś mnie nie porwało. Wczoraj po dłuższej przerwie obejrzałam odcinek drugi i dalej w zasadzie nic się nie wydarzyło, oprócz konfrontacji z mężem tajemniczej pacjentki (Cooper z Private Practice umie być groźny:O) i jakichś (prawdopodobnie) zwidów głównego bohatera pod koniec. Warto to kontynuować?

The Path, sezon 2 - pierwszy sezon oglądało się całkiem przyjemnie, w czym duża zasługa aktorów (Aaron Paul, Hugh Dancy, Michelle Monaghan), choć i scenariusz, początkowo dość sztampowy - bohater traci wiarę i odchodzi od sekty - ciekawie się z czasem rozkręcił. Ale dwa pierwsze odcinki nowego sezonu prowadzą opowieść w stronę, która kompletnie mi się nie podoba, wprowadzając elementy fantastyki, sugerujące, że Drabina i Światło to nie kocopały, tylko prawda, a Eddie (bohater Paula) ma być przepowiedzianym Zbawcą Ludzkości. Obym się myliła.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego? W najbliższych planach mam dokończenie powszechnie chwalonego The Crown, którego pierwszy odcinek, widziany dawno temu, też jakoś mnie nie porwał.
sobota, 10 grudnia 2016
Wrażenia po pierwszym sezonie Westworld
Jak ktoś nie słyszał o Westworld, to albo temat go kompletnie nie interesuje, albo może wrócić do wpisu po obejrzeniu całego sezonu, gdyż oczywiście będą SPOILERY. Seans nie będzie stratą czasu, jako że występują m.in. Anthony Hopkins i Ed Harris, a za scenariusz odpowiada m.in. Johnathan Nolan, któremu mimo koszmarnego skaszanienia Interstellar nadal należy się wielki szacunek za wcześniejsze dokonania i w zasadzie można na nim polegać. Zwłaszcza jeśli bazą całości jest pomysł Michaela Crichtona, wykorzystany w filmie z 1973 roku.
Moja przygoda z Westworldem miała trzy główne etapy. Najpierw było olśnienie pilotem, który przedstawiał intrygujący świat futurystycznego parku rozrywki, zaludnionego przez androidy na oko nieodróżnialne od ludzi, i składał wielkie obietnice co do fabuły. Bowiem w funkcjonującej przez dziesiątki lat (trzy z okładem) bez zarzutu maszynce do zarabiania pieniędzy, jaką była realistyczna symulacja Dzikiego Zachodu dla znudzonych codziennością przedstawicieli wyższych sfer, ktoś zaczął grzebać. Gospodarze (czyli androidy) zaczęli się wyłamywać z ram narzuconych przez narrację, zyskali zdolność zachowywania wspomnień i zaczęli przejawiać inicjatywę. Szykowała się intrygująca fabuła, w której zagadek przybywało z każdym kolejnym odcinkiem.
Jednocześnie od trzeciego do szóstego epizodu zachwyt mój opadał, zaczynała za to narastać irytacja, bo odcinki bywały mocno przegadane, zdarzały się rzeczy pozbawione racjonalnego uzasadnienia (nadal uważam za niewyjaśnione, dlaczego technicy pomagali Maeve). a informacje posuwające akcję do przodu dozowane były bardzo skąpo. Zaczynałam się obawiać, że skończy się jak z The Leftovers, najnudniejszym serialem w historii HBO, z którego zrezygnowałam po przedostatnim odcinku pierwszego sezonu, co mówi samo za siebie.
Szczęśliwie odcinki od siódmego do dziesiątego były dynamiczne, naładowane wyjaśnieniami i twistami jak prosięta pieczone kaszą i jako że nie śledziłam na bieżąco internetowych teorii, za to miałam własne, przeżyłam kilka chwil satysfakcji (tajemnica labiryntu) i kilka zaskoczeń, z których tożsamość Człowieka w Czerni była tym najmniej przyjemnym (choć doceniam zręcznie przeprowadzoną sztuczkę narracyjną). Natomiast bardzo rozczarowała mnie przemiana doktora Forda, którą uznałam za kompletnie niewiarygodną, a - było nie było - miała kluczowe znaczenie dla całej fabuły, prowadzącej ku wypadkom finałowym. Ostatecznie ujawniona motywacja tego bohatera była całkowicie niespójna z jego charakterem i czynami popełnianymi od początku serialu. Znowu zapachniało tanim sentymentalizmem, który Nolan - scenarzysta Memento wykpiłby ze wzgardą u Nolana - scenarzysty Interstellar.
Przede wszystkim zaś uważam, że Westworld jest już zamkniętą historią i jakikolwiek kolejny sezon nie ma racji bytu, podobnie jak powinno być w przypadku Homeland, który - gdyby skończył się po pierwszej serii - byłby serialem genialnym, a tak...
Czy się mylę, przekonamy się w 2018. Gdyż drugi sezon Westworld dostał już zielone światło. Ale niezależnie od dalszych losów produkcji pierwszy sezon warto zobaczyć. Czegoś tak świeżego i ciekawego telewizja dawno nie zaproponowała.
P.S. Wspominałam o Hopknisie i Harrisie, prawda?:))
niedziela, 04 grudnia 2016
The Missing - sezon 2 (2016)
2016 zbliża się do końca, a w ostatni czwartek wyemitowano finałowy odcinek serialu, który z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością (bo chyba już nie rzucą 4 sezonu Mostu nad Sundem) będzie moim serialem roku.
Jedyną postacią łączącą obie historie (tę z pierwszego i drugiego sezonu) jest detektyw Julien Baptiste. Tym razem rzecz dotyczy badanego przez niego wiele lat wcześniej zaginięcia dziewczynki, Sophie Giroux. Inna zaginiona od 11 lat dziewczyna, Alice Webster, tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2014 pojawia się nagle w fikcyjnym miasteczku Eckhausen w pobliżu Hanoweru, gdzie znajduje się garnizon brytyjskiej armii (ojciec Alice jest żołnierzem). I wymienia, majacząc, nazwisko Sophie. Detektyw przybywa więc do Niemiec, by przyjrzeć się sprawie i w miarę możliwości ustalić, kto porwał obie dziewczynki i czy Francuzka jeszcze żyje. Wszyscy cieszą się z niespodziewanego powrotu i oswobodzenia Alice, tylko Baptiste jest podejrzliwy wobec składanych przez młodą kobietę wyjaśnień.
Drugi sezon jest dziełem tych samych scenarzystów, co pierwszy. Umieją wyśmienicie dawkować informacje, budować napięcie tak, że po zakończeniu przedostatniego odcinka ma się ochotę obgryźć sobie wszystkie paznokcie z niecierpliwości, jak to się skończy, a co najważniejsze - oferują satysfakcjonujące zakończenie i nie pozostawiają luźnych wątków. I tylko w jednej małej kwestii w finale idą na ciut schematyczną łatwiznę. Ale za całą resztę można im to wybaczyć, bo od zaoferowanej w 8 odcinkach misternie tkanej mozaiki wzajemnych zależności między osobami i wydarzeniami po prostu nie sposób się oderwać. Fabuła jest tym razem jeszcze ciekawsza i bardziej skomplikowana, tak z uwagi na wielość planów czasowych (3 główne, w tym najważniejsze osadzone w 2014 i 2016 roku, a i pobocznych nie brakuje), bohaterów, wątków, jak i miejsc akcji. Równie ważne, co znalezienie sprawcy, jest tutaj pokazanie, jak wieloletnia nieobecność ofiar i nagły - już chyba nawet niewyczekiwany - powrót jednej z nich wpłynęły na życie ich rodzin. Ważny jest też, oczywiście, sam Baptiste, którego pogoń za rozwiązaniem jest próbą ucieczki przed prywatnym strachem. To taki przypadek, że powiedzenie czegokolwiek więcej mogłoby być niewybaczalnym spoilerem. Grają między innymi takie brytyjskie gwiazdy jak Laura Fraser (Lip Service, Single Father i Linda z Breaking Bad) i Roger Allam (Endeavour, The Politician's Husband), no i David Morrissey, ale cała obsada jest dobrana bez pudła.
De-li-cje.
P.S. Jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie nadróbcie pierwszy sezon. Dwa słowa: James Nesbitt.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Temoins, czyli nie wszystko złoto, co zagraniczne
Jestem na urlopie, na który - jak zwykle - miałam bardzo ambitne plany z zakresu must read i must watch. Między innymi, łącząc przyjemne z pożytecznym, planowałam odrdzewić swój francuski.
Z pomocą przyszedł mi zeszłoroczny serial Świadkowie, który kurzył się na dysku od jakiegoś czasu, i całkiem nieoczekiwanie okazał się być w języku Moliera.
I tak sobie patrzyłam (dość szybko okazało się, po początkowym wstrząsie, że z francuskim jest jak z jazdą na rowerze i ku swemu zaskoczeniu rozumiem praktycznie wszystko, co do mnie płynie z ekranu!), nie mogąc się oprzeć refleksji, że produkcji bliżej do naszych rodzimych kryminałów silących się na zachodni sznyt niż do choćby przeciętnego brytyjskiego czy amerykańskiego serialu z tego gatunku.
Przede wszystkim wspólnym mianownikiem była spora teatralność, bo jakoś tak się dziwnie składa, że często gęsto miałam poczucie, iż patrzę na Prokuratora (z którym wiązałam wielkie nadzieje, a rzeczywistość bolała tak bardzo, że odpuściłam sobie pisanie o niej i wcale mnie nie dziwi, że nie będzie kolejnego sezonu...). Problem Świadków jest dosyć podobny - nieźli aktorzy, w sumie całkiem fajny klimat i pomysł na intrygę z korzeniami w przeszłości i w życiu osobistym protagonisty, ale wykonanie tak przerysowane i koturnowe, realizacja tak słaba, że aż patrzeć hadko.
Gdyby się za to wziął scenarzysta Line of duty, z tego samego materiału (ktoś wykopuje świeżych nieboszczyków i upozowuje ich w domkach pokazowych na szczęśliwe rodzinki, zostawiając za każdym razem na miejscu zdarzenia przedmiot, który może rozpoznać tylko główny bohater - niegdyś genialny śledczy, obecnie wrak człowieka) zrobiłby bez trudu cudeńko.
Z powodu topornych paraleli i niepotrzebnych przerysowań Francuzom wyszedł snuj z przeogromną ilością zmarnowanego potencjału.
niedziela, 31 lipca 2016
Trapped (Ófærð), czyli mroczny kryminał z Islandii
Niewielkie portowe miasteczko, zamieć, która praktycznie odcina je od świata, bezgłowe zwłoki wyłowione z wody, uwięzieni na promie podejrzani pasażerowie i mroczne tajemnice z przeszłości.
Brzmi nieźle? A jest jeszcze lepsze. Śledztwo w sprawie makabrycznego kadłubka prowadzi zesłany na prowincję ze stolicy za zbyt brawurowe poczynania Andri - rudy, solidny miś, kochający ojciec dwoch córeczek, mieszkający z teściami po tym, jak żona go zostawiła, by budować sobie nowe życie. Jemu akurat załamanie pogody, które uniemożliwia przybycie posiłków ze stolicy, jest bardzo na rękę. Znowu może się poczuć potrzebny i wykonywać prawdziwą policyjną robotę. Niestety, to, co na początku wydaje się zagadkową acz niezbyt skomplikowaną i sprowadzającą się do wyłuskania podejrzanego spośród pasażerów promu kwestią, stopniowo okazuje się być zawikłaną i uwikłaną w życie lokalnej społeczności wielowątkową historią.
Mimo pozornie sztampowego początku znakomity, duszny, klimatyczny i wielopoziomowy kryminał z rozbudowaną warstwą obyczajową i zaskakującą intrygą, od którego nie sposób się oderwać. A w dodatku bohaterowie wyglądają jak zwykli ludzie, a nie modele z katalogu. 10 odcinków, po 50 minut.
Serdecznie polecam.
Ocena 8/10. Kolejna trafiona rekomendacja od Seriale, których nie znasz, a powinieneś.
sobota, 09 lipca 2016
Sekret, który mógłby nigdy nie wyjść na jaw
Dwa słowa: James Nesbitt <3. Uwielbiam tego aktora od czasu Jekylla, w którym pokazał czysty aktorski geniusz w podwójnej roli, i oglądam absolutnie wszystko, w czym gra. Szczęśliwie dla mnie i mojej nieszkodliwej, acz wieloletniej już, obsesji, gra w samych dobrych rzeczach. Nieszczęśliwie dla mnie, grając Irlandczyków, mówi wyjątkowo niewyraźnie. Ale dla niego jestem w stanie znieść nawet wymagające ćwiczenia fonetyczne. Zawsze warto. Nie inaczej jest w najnowszym serialu z jego udziałem. Czteroodcinkowy Secret produkcji ITV oparto na prawdziwej historii Colina Howella, w którego wciela się Nesbitt. Zarys jest dosyć znany, bo o sprawie było swego czasu bardzo głośno. Howell, głęboko religijny członek kościoła baptystycznego, dentysta i oddany ojciec dziesięciorga dzieci, skrywa tytułowy mroczny sekret. Swego czasu wdał się w romans z nauczycielką szkółki niedzielnej, podobnie jak on - zamężną i mającą dzieci. Uczucie łączące go z Hazel było bardzo silne, ale rozwód nie wchodził w rachubę, gdyż oznaczałby wykluczenie z kościelnej wspólnoty. Ponieważ oboje byli nieszczęśliwi w swoich aktualnych związkach, znaleźli sposób, by zachować wszystko, co dla nich ważne, a jednocześnie usunąć swoich partnerów.
Policja stwierdziła, że żona Howella i mąż Hazel popełnili samobójstwo. Każde z kochanków poszło własną drogą i znalazło sobie nowego partnera. Collin miał z drugą żoną kolejną piątkę dzieci. Dopiero po 19 latach przyznał się do zbrodni. Kreacja człowieka zmagającego się przez cały ten czas z własnymi demonami to kolejny przykład maestrii jednego z moich ulubionych aktorów. Serial jest mroczny, duszny, angażujący i naprawdę przerażający. Paradoks stanowiący jego oś -  religijność i potrzeba przynależności do kościelnej wspólnoty stały się motorem zbrodni, która nie wyszła by na jaw, gdyby Howell nie przyznał się ostatecznie kościelnej starszyźnie i nie został nakłoniony do pójścia na policję - jest chyba najstraszniejszy. Chociaż nie wiem, czy nie bardziej fascynuje mnie wątek Hazel - przedziwnej kobiety, która w planie zabicia dwojga ludzi widziała tylko jedną wadę - że raczej nie uda się ukryć winy ich małżonków. Potem zerwała kontakty z zabójcą, ale jednocześnie prowadziła zupełnie normalne życie, a gdy Howell się przyznał, zgrywała jego bezwolną ofiarę. Dobrali się w korcu maku, jak słowo daję. W każdym razie mocna rzecz, polecam.
P.S. Howell niedawno zasłabł w więzieniu, gdzie prowadził głodówkę w proteście przeciwko wyrokowi sądu pozbawiającemu go funduszy odłożonych na emeryturę. Wyrok zapadł, bo Howell molestował seksualnie pacjentki, którym wykonywał zabiegi w znieczuleniu.
sobota, 11 czerwca 2016
Serialowisko 2016 (2)
Mam wprawdzie 3 nieopisane lektury, ale walczę z przeziębieniem, praca mnie wyżęła intelektualnie, a katar nie sprzyja pogłębionym analizom, których wymagają dwie z nich:) Dlatego pomyślałam, że w końcu wprowadzę w czyn chwalebny zamiar w miarę aktualnego opisywania oglądanych seriali, zwłaszcza że tutaj również mam aż 3 tytuły. Dwa brytyjskie i jeden amerykański.

Zdecydowanie najlepszy z nich to licząca już 3 sezony produkcja Line of Duty. Głównymi bohaterami są policjanci pracujący w wydziale wewnętrznym i tropiący nadużycia we własnych szeregach. Choć każdy dotychczasowy sezon poświęcony był innej zabłąkanej owieczce, są także wątki, które konsekwentnie scenarzyści prowadzą w tle przez cały czas, tzw. intryga ramowa. Kurczę, zęby zjadłam na serialach tego typu, bo je lubię, ale chyba ostatni raz na The Shield aż tak bardzo (metaforycznie) obgryzałam paznokcie z przejęcia. Wciąga jak bagno, a każdy kolejny sezon (3 to w sumie 17 odcinków) jest lepszy od poprzedniego. Gorąco polecam i nie mogę się nadziwić, że mi umknął i nie oglądałam na bieżąco...

Making a murderer to amerykański rodzynek i serial, który ukończyłam dopiero niedawno, choć zaczęłam w styczniu. Obejrzałam 6 odcinków i musiałam zrobić przerwę (długą), bo tak mnie zdołował, że po prostu nie dawałam już rady. A najgorsze było jeszcze przede mną... Uważam jednak, że każdy, kto ma jakiekolwiek złudzenia co do wymiaru sprawiedliwości w ogóle, a wyższości systemu commmon law (USA&GB) nad kontynentalnym procesem w szczególności, obowiązkowo powinien go obejrzeć. A zwłaszcza politycy bredzący o wprowadzaniu czynnika społecznego do procesu. Krótko: to realizowany przez wiele lat dokument, historia człowieka, który najpierw spędził 18 lat w więzieniu za gwałt i uniewinniono go na podstawie badań DNA. Następnie, po kilku latach od uwolnienia i tuż przed zakończeniem procesu, jaki wytoczył policji stanowej, został ponownie oskarżony, tym razem o zabójstwo, i skazany na dożywocie bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia. A głównym dowodem przeciwko niemu były zeznania wymuszone przez funkcjonariuszy na jego mocno opóźnionym w rozwoju siostrzeńcu, kompletnie zresztą niekoherentne. Siostrzeniec ten w osobnym procesie, w którym był sądzony jak dorosły, choć w chwili rzekomego czynu miał 17 lat, został skazany za pomocnictwo do zabójstwa, zbezczeszczenie zwłok i gwałt, i wyjdzie najwcześniej w 2048 roku. W zasadzie jednym dowodem przeciwko niemu były jego własne, wymuszone zeznania, które potem odwołał. Nie pomogły żadne apelacje. Wszystkie odrzucono. Owszem, serial niewątpliwie jest tendencyjny. Ale patologie, które pokazuje, jasno dowodzą, że nawet jeśli wujek faktycznie zamordował, to nie dowiedziono mu winy ponad wszelką uzasadnioną wątpliwość, a siostrzeniec najprawdopodobniej siedzi za niewinność. KONIECZNIE.

Marcella to ośmioodcinkowy serial ITV, na który w pierwszym rzędzie zwrócił moją uwagę fakt, że jego scenarzystą jest Hans Rosenfeldt, współautor całkiem dobrych kryminałów i twórca genialnego serialu Broen. Potem okazało się, że główną rolę gra Anna Friel, którą pamiętam z uroczo szalonego Pushing Daisies. Punkt wyjścia jest dosyć sztampowy, główna bohaterka wraca do pracy w policji po 11 latach przerwy na życie rodzinne. Jej małżeństwo rozpadło się, mąż znienacka oświadczył, że odchodzi do innej kobiety. Dzieci, już w marę odchowane, przebywają w prywatnej szkole z internatem. Tak się dogodnie składa, że akurat, po równie wieloletniej przerwie, działalność wznawia seryjny zabójca, którego nasza bohaterka ściągała dawno temu bez rezultatu, choć miała wytypowanego podejrzanego. Akurat wyszedł z więzienia. Czy to tylko przypadkowa zbieżność? Marcella mną jednak jeszcze jeden, dosyć mroczny sekret. W chwilach szczególnego wzburzenia traci kontrolę, staje się agresywna, a potem nawet nie wie, co robiła. W pierwszej scenie widzimy ją w wannie pełnej krwi...
Bardzo zgrabnie poprowadzona intryga, choć Broen to nie jest. Mimo to wciąga, polecam.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka