Wpisy z tagiem: opowiadania

sobota, 03 marca 2018
Literacka błyskotka (Paweł Sołtys, Mikrotyki)
Jeszcze tydzień temu, w trakcie lektury, byłam przekonana, że wyląduje tu pean pochwalny na cześć zbioru niedługich historii z życia zwykłych mieszkańców warszawskiego osiedla Stegny. Czytając, byłam nimi bowiem po prostu urzeczona. Aż musiałam sprawdzić, kim autor jest z wykształcenia, i wcale się nie zdziwiłam, że rusycystą. To musiała być filologia, ktoś z takim wyczuciem języka, oczytany, płynnie operujący kontekstami, myślący niezwykle plastycznymi obrazami, inne studia wybrałby pewnie wyłącznie z czystego pragmatyzmu. A ten kompletnie mi do Pablopavo nie pasował. Muzyk debiutujący zbiorem krótkich opowiadań, w jakimś stopniu chyba autobiograficznych, bo pewne motywy i osoby zbyt często przewijają się w tle, ma do swoich bohaterów, jak sam powiedział w wywiadzie dla Wyborczej, stosunek miłosno-liryczny. Stąd pewnie tytuł całości, nawiązujący do erotyków, gdyż autora-narratora fascynuje przede wszystkim żywot zwykłych ludzi. To ich egzystencję stara się uchwycić w swoich migawkowych, niezwykle sugestywnych opowiadaniach. Jak wyjaśnia: Nie piszę o zamożnej wyższej klasie średniej, bo po prostu nie bardzo mnie to interesuje. To wynika w dużej mierze z mojego trybu życia. Nie mam samochodu. Jeżdżę autobusami albo przemieszczam się na piechotę. Komunikacja miejska siłą rzeczy sprawia, że jestem blisko tak zwanego "zwykłego życia miasta". Z samochodu mało co widać - jedziesz zamknięty, słuchasz muzyki, a wieczorami spotykasz się na piwo z grupą przyjaciół, w której ciągle się obracasz. Nie widzisz wtedy świata na zewnątrz. Ja żyję troszeczkę inaczej. Stąd się biorą pomysły na piosenki i opowiadania - z tego, co widzę. Wsiadam na przykład w autobus na Targówek, jadę do ostatniego przystanku, a potem szwendam się po dzielnicy, zaglądam, słucham, patrzę. Gdybym był bardzo zamożnym człowiekiem i poruszałbym się dobrym samochodem między siłownią, korporacją a prywatnym przedszkolem, widziałbym znacznie mniej.
I rzeczywiście, ma to bezpośrednie odbicie w tekstach. Dworzec, autobus, klatka schodowa, knajpa, ulica – stąd, poza własną, bliskich i znajomych biografią, Sołtys czerpie inspirację. Językowo jest mistrzem, potrafi w całym tekście błyskotliwie ogrywać jedną i tę samą metaforę, a kiedy indziej jednym zdaniem trafia w emocjonalne sedno. Tylko że ta magia jest krótkotrwała, działa wyłącznie w trakcie czytania. Opowiadania są sensualistyczne, niezwykle autentyczne, wyraziste, żywe. Jakby się oglądało krótkie filmy. To robi wrażenie. Ale ono nie wytrzymuje nawet bardzo krótkiej próby czasu. Minęło siedem dni, a ja – poza pojedynczymi motywami i bohaterami, krótkimi przebłyskami oraz opisanymi wyżej ogólnymi bardzo pozytywnymi wrażeniami – nie pamiętam z Mikrotyków nic. Poza ogólną wymową całości, że w życiu piękne są tylko chwile, a w większości jest ono jednak do niczego. Niezbyt to odkrywcze, nie da się ukryć. Choć od prawdy nie odbiega. W każdym razie – warto dla ulotnych chwil zachwytu podczas czytania, ale wielka ani ponadczasowa literatura to nie jest. Choć, bardzo uczciwie, nie zdradza nawet takich ambicji.
sobota, 24 lutego 2018
Monstrualna dawka pesymizmu (Harlan Ellison, To, co najlepsze, tom I)
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na lekturze pierwszej części przekrojowego zbioru utworów wybranych z pięćdziesięcioletniego dorobku Harlana Ellisona. To, co najlepsze tom I ukazało się w zeszły piątek nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Nie była to lektura łatwa, trochę też poziom części utworów odbiegał od moich oczekiwań, rozbuchanych latami wysłuchiwania peanów na temat geniuszu autora. Niemniej, nie żałuję poświęconego na te 672 strony czasu. Mało która pozycja wzbudziła u mnie taką ilość przemyśleń i sprzecznych emocji, choć uczciwie ostrzegam - Ellison nie ma złudzeń co do ludzkości i przeczytanie dużej ilości utworów za jednym podejściem może wywołać depresję. A jako ze wczoraj mieliśmy światowy dzień walki z tą okropną chorobą, osobom o obniżonym nastroju zdecydowanie odradzam czytanie. Recenzję można od wczoraj przeczytać na łamach portalu naekranie.pl.
sobota, 16 grudnia 2017
O dziwnym prezencie na trzydzieste urodziny wiedźmina Geralta (antologia Wiedźmin. Szpony i kły)

Mówili, że lepiej nie czytać antologii pokonkursowej, złożonej z jedenastu tekstów, które startowały (a cztery z nich zdobyły nawet nagrody) w konkursie na trzydziestą rocznicę publikacji opowiadania Wiedźmin na łamach miesięcznika Nowa Fantastyka. A tymi, co mówili, byli fani nad fanami białowłosego zabójcy potworów, wieloletni aktywni forumowicze Wieży Błaznów. Nie posłuchałam. Miałam w zeszłym tygodniu słabsze popołudnie, zachciało mi się poprawy nastroju i lotu na skrzydłach nostalgii. I na dzień dobry dostałam po oczach zwycięskim opowiadaniem, Kresem cudów Piotra Jedlińskiego. Nie owijając w bawełnę, powiem, że było to wyjątkowo bolesne doświadczenie. Grand Prix to temu utworowi by się należało, ale w kategorii „Wydaje mi się, że umiem pisać jak Andrzej Sapkowski, tylko że jednak nawet w przybliżeniu nie”. Zresztą, żadne słowa nie oddadzą tego, do jakiego stopnia autor starał się poza granicę swoich – skromnych – możliwości imitować styl twórcy wiedźmina. Szczęśliwie, tekst jest dostępny w całości i może przemówić sam za siebie. Werdykt konkursowego jury po lekturze całego zbioru jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, gdyż jest to jedno ze słabszych opowiadań w zestawie. I bardzo dobrze, bo gdyby reszta utworów prezentowała niższy poziom niż niemiłosiernie wymęczony Kres cudów, nie byłoby sensu marnować czasu na lekturę Szponów i kłów.


Wiem co nieco o wiedźmińskich fanfikach. Latami czytałam te publikowane na stronie Andrzej Sapkowski Zone. Stąd nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie ma przeszkód, by amatorski tekst fana był koncepcyjnie i warsztatowo bardzo dobry, a jednocześnie spełniał formalne wymogi opowiadania, to jest miał fabułę trzymającą się kupy i takąż strukturę narracyjną. Niestety, dalece nie o wszystkich tekstach z tego zbioru można to powiedzieć. W zasadzie według mnie tak postawione warunki spełniają cztery utwory znajdujące się w końcowej części antologii, z czego dwa napisali fachowcy, mający już na koncie publikacje książkowe. Tym większe brawa należą się amatorom, czyli Przemysławowi Gulowi za Lekcję samotności (która według mnie powinna wygrać te zawody, ale przynajmniej dostała wyróżnienie szefa działu prozy polskiej NF, Michała Cetnarowskiego) oraz Tomaszowi Zliczewskiemu za Nie będzie śladu. Obaj autorzy stworzyli ponadto historie autentycznie angażujące i oddające ducha prozy Andrzeja Sapkowskiego – gorzki cynizm i brak złudzeń co do prawdziwej natury ludzi, potworów i porządku tego świata. Co do utworów profesjonalistów, opowiadanie Andrzeja W. Sawickiego (który w konkursie startował incognito jako Dorota Chłosta) o dalszych losach elfki Toruviel z Doliny Kwiatów niestety mi się nie spodobało. Za gruba kreska, mocno groteskowi antagoniści i za dużo sentymentalizmu. Natomiast tekst tytułowy, czyli Szpony i kły Jacka Wróbla, jest naprawdę wart uwagi. Tak się powinno podejmować dialog z tekstem oryginalnym, czyli w tym przypadku z legendarnym opowiadaniem Wiedźmin, od którego wszystko się zaczęło. Autor przedstawia opisane tam wypadki z perspektywy strzygi, a raczej królewny Addy. Łatwo powiedzieć, trudniej ciekawie i przekonująco zrobić. Jackowi Wróblowi to się udało. Dał królewnie przekonujący głos i ciekawą historię nie-życia, na oryginalnym opowiadaniu opierając się tylko o tyle, o ile było to absolutnie konieczne.


A że jest to sztuka trudna, najlepiej świadczy tekst Barbary Szeląg Bez wzajemności. Odwrócony pod względem wymowy prequel Trochę poświęcenia, ze starszą siostrą Essi Daven w roli głównej i groteskowym Jaskrem na przystawkę, oraz Małą syrenką bez szczęśliwego Disnejowskiego zakończenia w tle. Drętwe stylistycznie, warsztat bardzo marny, może gdyby na tych dwóch niwach było lepiej, całość nie byłaby tak przeraźliwie sztuczna, a autorka miałaby jakiekolwiek szanse zrealizować swoje ambitne zamierzenie. Największą ciekawostką, czy raczej kuriozum, w tym kontekście jawi się fakt, że ten tekst również zdobył konkursowe wyróżnienie, przyznane przez Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego NF. Przecież samo zestawienie z genialnym Trochę poświęcenia boleśnie obnaża mizerię Bez wzajemności. Żeby pisać o uczuciach, trzeba najpierw umieć pisać, bo do tego niezbędna jest subtelność.


Z pozostałych utworów bardzo podobała mi się Skala powinności Katarzyny Gielicz - zaskoczyła mnie na plus po poprzedzającej ją mizerii, bo była ładnie i z wyczuciem napisana, ASowa w wymowie, o Coenie i jego towarzyszce poznanej na szlaku. Co z tego, że trochę zbyt rwana i stanowiąca raczej ciąg obrazków niż opowiadanie z prawdziwego zdarzenia? Co z tego, że miejscami zbyt sentymentalna, a u samych swych podstaw ma wątpliwe założenie, że wiedźmin zgarnąłby z traktu pierwszą lepszą dziewuchę i narażał ją przy robocie tylko po to, żeby mieć towarzystwo? Przekonująco oddana relacja między bohaterami jest siłą tego tekstu.


Coś dobrego mogłoby jeszcze wyjść z Ironii losu Sobiesława Kolanowskiego, bo pomysł jest ciekawy i ma potencjał – potwór daje wiedźminowi zlecenie na innego potwora. Ale warsztat woła o pomstę do nieba, tekst powinien zostać mocno skrócony, za dużo przerzucania się niby błyskotliwymi puentami, kawa zbyt dosłownie wyłożona na ławę. Niestety, redaktora antologia – podobnie jak Sezon burz – nie miała. I pozostawały w niej w rezultacie kwiatki w takim stylu: Szybka zarówno na łapach – dzięki lwiemu tułowiowi – jak i w przestworzach dzięki silnym, nietoperzym skrzydłom. Śmiertelnie niebezpieczna. Jad z jej podobnego do skorpionowego ogona zabijał w ciągu kilku sekund – o ile wcześniej bestia nie rozszarpała swych ofiar wyposażonymi ją przez Naturę solidnymi kłami czy pazurami. To opis mantikory.


Reszta tekstów jest milczeniem, choć chciałoby się rzucić kilka obelżywych słów o stanowiącej festiwal żenady Balladzie o Kwiatuszku  Michała Smyka (indywidualne wyróżnienie szefa działu zagranicznego NF, Marcina Zwierzchowskiego - bez komentarza). Ale leżącego kopać się nie godzi. Sami zdecydujcie, czy czytać.

niedziela, 27 sierpnia 2017
Wznowienie Dwóch kart Agnieszki Hałas i premierowe opowiadanie ze świata Zmroczy gratis!
Od lat regularnie zachęcam czytelników tego bloga do zapoznania się z twórczością Agnieszki Hałas i jest ku temu kolejna znakomita okazja. Dom Wydawniczy REBIS będzie teraz wznawiał jej sztandarowy cykl, czyli Teatr Węży. Tom pierwszy, czyli Dwie karty, ukaże się już 12 września 2017 r. Treść w żaden sposób nie odbiega od pierwszego wydania, które ukazało się nakładem świętej pamięci lubelskiego wydawnictwa Ifryt w 2011 roku. Dlatego pozwolę sobie przypomnieć moją recenzję powieści, która pierwotnie ukazała się pod tytułem Dwie barwy magii i więcej niż jedna tajemnica na łamach portalu książki.wp.pl (wrzuciłabym linka, ale serwis przeszedł jakąś radykalną metamorfozę i nie jestem w stanie znaleźć tekstu). Zanim jednak przejdziemy do recenzji, nadmienię, że przy okazji premiery wznowienia Dwóch kart REBIS w celach promocyjnych udostępnia wraz z fragmentem powieści za darmo premierowe opowiadanie ze świata Zmroczy, w którym rozgrywa się akcja trylogii, czyli Królestwo i jego cienie. Tekst można pobrać w Publio, Virtualo i Ebookpoint. Ponadto dostępne jest nominowane do tegorocznej Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla opowiadanie Panicz z Ertel-Sega z antologii Na nocnej zmianie. Tekst nie wygrał, laur zgarnął wczoraj Wywiad z Borutą Łukasza Orbitowskiego i Michała Cetnarowskiego, niemniej to też dobra okazja do zapoznania się z głównym bohaterem Teatru Węży, Brune Keare.
 
A teraz moja recenzja Dwóch kart, które są taką przystawką, wprowadzeniem w świat opowieści. Dalej jest jeszcze lepiej.
 
Nie znałam dotąd żadnego tekstu o Krzyczącym w Ciemności, ale nazwisko autorki opowiadań kojarzyłam z pozytywnymi opiniami czytelników. Z zainteresowaniem sięgnęłam zatem po jej debiutancką powieść. Uniwersum Dwóch kart to świat intrygujący, w którym po wojnie bogów z Wrogiem stanęła bariera, mająca pod nieobecność najpotężniejszych nieśmiertelnych chronić ludzkość przed Otchłanią – Zmrocza. Utrzymanie delikatnej równowagi osłony wymaga wyważenia występującego na świecie dobra i zła. Jest to głównym zadaniem srebrnych magów, których tylko umownie i w sporym uproszczeniu nazwać można dobrymi. Jeśli bowiem Ekwilibrium tego wymaga, nie tylko przymykają oczy na zło, ale i sami je czynią.

 A jednak to główny bohater opowieści jest tym umownie złym – czarnym magiem, ka-ira, którego moc płynie z bólu i cierpienia. Niczym wampir, karmi się życiową energią innych i zmuszony jest unikać słońca. Stara się jednak ze wszystkich sił panować nad swoim darem i używać go do pomagania innym. Nie jest bynajmniej altruistą, zabraniają tego zresztą magiczne prawa, które głoszą, między innymi, że nie ma nic za darmo. Nie jest też aniołkiem, boryka się – poza bezlikiem innych problemów – z pociągiem do opium i czymś, co wygląda na początki szaleństwa. To, niestety, częsty skutek uboczny talentu związanego z Czernią, drugą, obok Srebra, barwą magii. Kreacja Krzyczącego w Ciemności nie jest przeszarżowana w kierunku wszechmocy, intryguje i ma w sobie spory potencjał.

Niejednoznaczna moralnie, interesująca mechanika społeczna świata przedstawionego - opisanego zresztą dość szczegółowo i kontrastowo – nędza i bogactwo są mniej elastyczne interpretacyjnie niż dobro i zło, zwłaszcza obraz nędzy i rozpaczy odmalowany został tutaj drobiazgowo - należy do najważniejszych zalet powieści. Podobało mi się również, że niemal każda z pojawiających się postaci, nawet na drugim i trzecim planie, miała w sobie jakiś charakterystyczny, nadający jej prawdziwe życie i indywidualność, rys. Takie podejście  pomagało  budować wiarygodny nastrój, który także zaliczam do walorów Dwóch kart.

Zagadka przeszłości głównego bohatera, choć początkowo nieco trąci schematem (amnezja), rozwija się bardzo interesująco. I całe szczęście, gdyż pozostałe elementy fabuły, powiązane, przynajmniej przez większość objętości powieści, dosyć luźno, nie są szczególnie fascynujące (co nie znaczy w żadnym razie, że wieje nudą – po prostu w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z kilkoma niezależnymi historiami).

Powieść Agnieszki Hałas oferuje wszystko, czym powinna legitymować się literatura rozrywkowa z ambicjami: pomysły, zagadki, przykuwającego uwagę bohatera, gęsty klimat, masę splątanych intryg i dynamiczne sceny walk. Jej dodatkową zaletę stanowi sprawność językowa, z jaką została napisana, co sprawia, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. Może i po wszystkich usłyszanych przez lata pochwałach spodziewałam się czegoś więcej, fenomenu na miarę, nie przymierzając, wiedźmina, ale dostałam całkiem sporo. Na pewno wystarczająco wiele, by z zainteresowaniem sięgnąć po kolejne odsłony cyklu Teatr węży. Zdecydowanie polecam jego pierwszy tom miłośnikom mroczniejszej fantasy z więcej niż odrobiną refleksji. Mam też nadzieję, że na kontynuację nie będzie trzeba czekać zbyt długo, bo fabuła urywa się – a jakże – w wyjątkowo interesującym momencie.
sobota, 14 stycznia 2017
O laniu wody, czyli Planeta Woda
Zacznijmy od tego, że mimo narastającego z najnowszymi tomami serii rozczarowania, na Erasta Fandorina chora jestem nieuleczalnie. Dlatego z wielką radością przyjęłam ukazanie się zbioru 3 opowiadań Borysa Akunina z udziałem tej postaci (choć niby Czarne miasto miało być ostatnią odsłoną cyklu). Jak to ostatnio pięknie napisały Kurzojady w kontekście Jeżycjady - ciągnie narkomankę do meliny:) Dostajemy trzy utwory, z czego tytułowy, najdłuższy (i najbardziej rozczarowujący) został przez autora sklasyfikowany jako kryminał technokratyczny. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, a szkoda, bo może byłabym lepiej przygotowana psychicznie na meandry intrygi. Zaczyna się dosyć ciekawie - Fandorin wraz z Masą szukają zatopionego skarbu, testując przy okazji prototyp łodzi podwodnej w pięknych okolicznościach przyrody karaibskich wysp (stacjonują na Arubie). Potem jednak pojawia się agent Scotland Yardu i przedstawia detektywowi - teoretycznie od dawna byłemu - propozycję nie do odrzucenia. Fandorin ma przeniknąć do prywatnego przedsiębiorstwa na wyspie Saint Constantin, by powstrzymać mordercę zwanego Liliowym Maniakiem, który na ofiary wybiera pacjentki zlokalizowanego na wyspie dziecięcego sanatorium przeciwgruźliczego. Na krzywdę dzieci szlachetny mąż nie może patrzeć biernie, ale zleceniodawca chce upiec na ogniu jego szlachetności także większą, własną pieczeń. Chcę uniknąć spoilerów, napiszę więc tylko tyle, że najbardziej atrakcyjnym elementem skrajnie niewiarygodnej, groteskowej intrygi jest groźny idealistyczny wariat, w istocie będący Napoleonem:) Który - jakże oryginalnie - chce władać światem i buduje podwodne technocentrum (sic!), mające mu przejęcie władzy umożliwić. Z góry jednak wiadomo, że tam, gdzie są Fandorin i Masa, taki plan nie może się udać. Kończą się Akuninowi wiarygodne pomysły na intrygi, a sf to zdecydowanie nie jego bajka, tyle powiem.

Samotny żagiel
, czyli kryminał nostalgiczny, to powrót Fandorna do Rosji. Bohater chce wyjaśnić zagadkę mordu na przeoryszy prowincjonalnego monasteru, znanej czytelnikom serii z Dekoratora jako niedoszła miłość jego życia. Gdy Fandorin sam wymierzył sprawiedliwość zabójcy, ona wybrała Boga. Teraz padła ofiarą makabrycznego mordu. To trochę zagadka zamkniętego pokoju, z uwagi na nietypową lokalizację monasteru i zamknięty krąg podejrzanych. Sama intryga jest więc lepsza, przy tej okazji wychodzi jednak z Fandorina paskudny seksista. Spotykając wyzwoloną i niezależną kobietę, lekarkę Annuszkinę, nie może jej znieść.

Dawniej takich kobiet chyba nie było na Rusi. Były nihilistki i ofiarne pracownice ziemstw; wśród jednych i drugich zdarzały się kobiety o męskim typie osobowości, nawet wyglądem przypominające mężczyzn, ale podobnych do doktor Annuszkiny Erast Pietrowicz jeszcze nie widywał. Ludmiła Sokratowna nie próbowała udawać mężczyzny, pozostawała absolutną, stuprocentową kobietą – a przy tym nie było w niej za grosz kobiecości. Jakaś brytyjska sufrażystka, z gatunku tych, co palą portrety króla i przykuwają się do ogrodzenia pałacu Buckingham. Sympatyczne rosyjskie imię w ogóle nie harmonizowało ze zdecydowanie nierosyjskimi manierami. Nie sposób wyobrazić sobie Rusłana, który pokochałby taką Ludmiłę.

Kobiety, które nie chcą zachowywać się jak kobiety, można traktować jak mężczyzn.

Kobieta jest jak wąż dusiciel, zdolna kochać tylko króliki (..).

Tego typu myślenie u światłego i postępowego człowieka jest przykre, choć zapewne typowe dla epoki. W każdym razie już mi Erasta nie żal, że - lecząc kryzys wieku średniego - związał się z puściuteńką aktoreczką, bo była fizycznie podobna do jego pierwszej żony:)

Od tejże aktoreczki ucieka w trzecim opowiadaniu (kryminale zaiste absurdalnym Dokąd płyniemy?) i to wprost z pociągu, co dowodzi wyjątkowej desperacji. Rusza w pogoń za niejakim Cukiereczkiem, psychopatycznym przestępcą z obsesją na punkcie czystości, który obrabował pociąg (jak się z czasem okaże, na zlecenie knujących komunistów, w tym Lenina i Stalina). Pogoń prowadzi Erasta do Krakowa, a nawet na gzyms Grand Hotelu na Sławkowskiej (na studiach przez trzy lata mieszkałam tuż obok!:) Fandorin daje się złapanemu przestępcy zrobić w konia jak ostatni kretyn, po czym ponownie musi go szukać, i tak spędza sylwestrowy wieczór w jednym lokalu z knującymi komunistami. Dosyć dziwaczna, choć ładnie ornamentowana historia, znów kompletnie niespójna z tym, co o Fandorinie wiemy z poprzednich odsłon.

Ponadto nie podobało mi się sentymentalne zakończenie drugiego opowiadania, psujące dawno i skutecznie zamknięty - w niebanalny sposób - wątek romantycznej relacji kliszą tandetną i niemiłosierną. I chyba o to mam do Akunina największy żal. O ile czytając drugie i trzecie opowiadanie bawiłam się - mimo zastrzeżeń - nie najgorzej, o tyle pierwsze i najdłuższe to totalne nieporozumienie.
sobota, 09 kwietnia 2016
Pocztówki z beznadziei
Przeczytałam zbiór opowiadań Nica Pizzolatto W drodze nad morze żółte 11 dni temu. Czytało się go naprawdę dobrze, bo jeśli autor potrafi coś robić na najwyższym poziomie, to jest tą rzeczą budowanie nastroju i kreślenie tła. Jednak już w trakcie lektury miałam przeczucie, że za dużo z niej - poza właśnie ogólnymi wrażeniami i odczuciami - w pamięci mi nie utkwi.
Zabierając się dzisiaj do napisania tego tekstu, postanowiłam zweryfikować, ile historii pamiętam bez jakiegokolwiek wspomagania (a, nie chwaląc się, pamięć to mój dar i przekleństwo). I tak pamiętam opowieść o strażniku parku narodowego skaczącym z budynków, tę o trzech potencjalnych ojcach dziecka, które zginęło w tragicznym wypadku, tę o ojcu i synu na wyścigach konnych, tę o młodocianym włamywaczu, tę o witrażyście i tę o pracowniku firmy kanalizacyjnej, pomagającym swojemu dawnemu trenerowi. Jestem w stanie przywołać zarys historii o chłopcu, którego ojciec chciał uwierzyć w UFO, i o nauczycielu, którego z nieznanych przyczyn porzuciła żona. Mgliście kojarzę także coś o ciężarnej nastolatce, której brat zginął, a dosyć wyraźnie przypominam sobie dramat chłopaka podszywającego się pod własnego nieżyjącego brata i uwięzionego w domu na odludziu z ojcem degeneratem. Poszło mi zatem o wiele lepiej, niż się spodziewałam - 10  trafionych i tylko jeden (niby bardzo wyrazisty, bo chodzi o matkę poszukującą syna -ekstremisty, który uciekł z domu) zatopiony.
Ale minęło dopiero jedenaście dni. Jestem gotowa się założyć, że za 3 miesiące będę pamiętać może o 3-4 opowiadaniach z tego zbioru. Nie dlatego, że są to teksty kiepskie. Owszem, prezentują zróżnicowany poziom (przy czym generalna zasada jest taka, że umieszczone w dalszej części zbioru, bardziej rozbudowane utwory, gdzie jest więcej miejsca na prezentację kontekstu i samych bohaterów, dzięki czemu historia robi większe wrażenie, są lepsze niż początkowe migawkowe miniatury). Raczej dlatego, że wszystkie są o tym samym - o różnych odcieniach beznadziei codzienności przeciętnych Amerykanów mieszkających na prowincji. Oraz dlatego, że nie ma tu ani jednego szczęśliwego człowieka. Naprawdę, wiem, że życie to nie pudełko czekoladek, ale też i nie zawsze w życiu trafia się zamiast czekoladki na kulkę gnoju. Mimo fabularnej różnorodności, której nie sposób im odmówić, teksty Pizzolatty są właściwie jedną, przygnębiająco spójną narracją o beznadziei ludzkiej egzystencji. Tym samym zlewają się ze sobą, rozmywają i odbierają sobie wzajemnie siłę oddziaływania, bo przy którymś takim smętnym landszafcie z kolei w odruchu psychicznej samoobrony obojętnieje się na nieszczęście. Nie powinny stać obok siebie, rozrzucone po kilku antologiach, albo publikowane w czasopismach, pewnie broniłyby się lepiej. Tak powstaje wrażenie, że autor z lubością masochisty babrze się w ludzkiej beznadziei i ma ograniczony wachlarz umiejętności, gdyż ani razu nawet nie próbuje wyjść poza swoją - dosyć makabryczną - strefę komfortu.
sobota, 16 stycznia 2016
Zaległości lekturowe - grudniowe i styczniowe
Gdyż czas, niestety, z gumy nie jest, a przez podsumowania wszelkiej maści, jak zwykle o tej porze roku, nazbierało mi się sporo pozycji przeczytanych, a nieopisanych. Z uwagi na trzymające mnie w szponach paskudne przeziębienie, omówienia będą dosyć syntetyczne. Według kolejności czytania.

Legendy polskie - darmowa antologia opowiadań 6 autorów kojarzonych głównie z fantastyką. Każdy z tekstów trawestuje jedno popularne podanie. Wrażenia miałam mieszane. Cherezińska miała fajny pomysł na Bazyliszka (historia alternatywna, i sam stwór też mocno alternatywny), ale IMHO przedobrzyła z odniesieniami do nośnych obecnie sporów polityczno-obyczajowych i w ogóle władowała za dużo grzybów w barszcz. Kosikowi kompletnie nie wyszło humorystyczne podejście do śpiących rycerzy. Rak i Małecki stworzyli ciekawe, nastrojowe i silnie obyczajowe wariacje na temat kwiatu paproci i Twardowskiego, ale na kolana mnie nie rzucili. Wegner zaproponował za to bardzo ciekawe, świeże podejście do Dratewki. Ale najpełniej założenia zbioru zrealizował według mnie Orbitowski, który wziął na warsztat motyw wody życia. Zachowując całkowicie ducha historii, najpełniej i najpłynniej przeszczepił ją we współczesne realia. Antologię można pobrać tutaj. Dostępna w formatach epub, mobi i pdf. Warto.

Dziewięciu książąt Amberu Rogera Zelaznego to pierwszy tom cyklu, który pierwotnie planowałam na urlopie przeczytać w całości, czyli Kronik Amberu. Nie urzekł mnie jednak na tyle, bym pragnęła natychmiast poznać kontynuację. Często mam ten problem z klasykami fantastyki, a zwłaszcza z tym konkretnym autorem. Koncepcyjnie to geniusz, ale też właśnie koncept interesuje go najbardziej. W efekcie jest dużo szybkiej akcji, mało opisów, bohaterowie są zaledwie szkicowani, a styl jest suchy i rzeczowy, bo narracja pełni funkcję ściśle użytkową. Po zasłyszanych pochwałach było to więc do pewnego stopnia rozczarowanie i w stosunku do objętości czytało się dosyć ciężko, ale jednocześnie sam pomysł zaintrygował mnie na tyle, że na pewno sięgnę po kontynuację. Tymczasem zatem pozostawiam bez oceny.

Marsjanin Andy'ego Weira jest zbyt wielkim hitem, bym sięgała po niego bez obaw. Zgodnie z rekomendacjami, okazał się jednak przedziwnie wciągającą i przyjemną lekturą. Ta książka to dla mnie wielki paradoks. Niby z góry wiadomo, jak się skończy, bo to w końcu Wielka Amerykańska Opowieść. Dlatego mimo przeciwności piętrzących się na drodze bohatera w zasadzie nie ma tu napięcia. Jest masa fragmentów tak nudnych (opisy żmudnych czynności zapewniających przetrwanie na Czerwonej Planecie, technikalia), że w zasadzie wielokrotnie miałam ochotę dać sobie spokój. Jednocześnie bohater jest tak naturalny, sympatyczny i prezentuje takie niewymuszone poczucie humoru, że nie sposób go na tym Marsie zostawić. Całość mimo wszelkich zastrzeżeń (do powyższych dołączę mnóstwo naciąganych zbiegów okoliczności) pochłonęłam w dwa dni. Dobra powieść, nie da się powiedzieć inaczej. Kiepskiej by się tak zachłannie nie czytało. 7,5/10

Kwartet olandzki, czyli cztery kryminały Johana Theorina osadzone w realiach małej wyspy, których spoiwem jest były kapitan Gerlof, dożywający swoich dni w domu opieki, towarzyszyły mi w okresie świąteczno-noworocznym. Lepiej wybrać nie mogłam, bo autor jest mistrzem gatunku. To wirtuoz budowania nastroju. Rozumie i potrafi opisać mroczne zakątki ludzkiej duszy, ale także pozytywne emocje i zwykłą codzienności. Wie, jak z przeszłych i teraźniejszych elementów ułożyć absorbującą układankę zaskakującej intrygi. Potrafi uzupełnić realizm szczyptą magii (tylko w najsłabszej według mnie części cyklu, czyli Smudze krwi 7/10, zdecydowanie z tym przesadził). W efekcie każdy, kto sięgnie po pierwszą i zdecydowanie najlepszą odsłonę cyklu, czyli Zmierzch (9/10, irytowała mnie tam jedynie córka Gerlofa, ale zapewne dlatego, że jestem osobą bezdzietną i bez serca:>), nie będzie potrzebował żadnej zachęty do zapoznania się z kontynuacjami. Nocna zamieć 8/10, Duch na wyspie 8,5/10. Autor dołączył do mojego prywatnego topu i mam wielką nadzieję, że niedługo napisze coś nowego.
 
W ramach odpoczynku od kryminałów i fantastyki sięgnęłam już w nowym roku po dwie od dawna planowane i zarazem wiecznie spychane na dalszy plan przez coś pilniejszego lektury.

Profesor Stoner Johna Williamsa to było wspaniałe przeżycie, książka jednocześnie bardzo smutna i pełna nieokreślonego ciepła, pasji, optymizmu. W zasadzie nic wielkiego, życiorys człowieka, który miał studiować rolnictwo, ale na obowiązkowych zajęciach odkrył w sobie pasję do literatury, a ta, podobnie jak nauczanie, nadała sens jego życiu. Obserwacja przemian, jakie w Stonerze zachodziły, jego rozczarowań, sukcesów i licznych przegranych walk, a także rzadkich chwil spełnienia i prawdziwego szczęścia, to unikalna, rzadko się trafiająca przyjemność. Lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury i nie tylko. 9/10

I dusza moja
Michała Cetnarowskiego, szczerze mówiąc, średnio przypadła mi do gustu. Choć sama historia jest mocna, a sposób opowiadania sugestywny, warsztatowo również niczego nie można zarzucić. Z całości bije jednak bolesna sztuczność, bohaterowie są tak wyraźnie sformatowani do pełnienia w fabule określonych funkcji, że nie sposób traktować ich jak prawdziwych ludzi, myślą kliszami, mówią nienaturalnie. Nie ma tu życia, a tym samym nie ma żadnych emocji, choć miała to być historia o sprawach mocno ostatecznych. Za poprawność 6/10.

Uff, miało być krótko, a wyszło jak zwykle. A co tam u was, jakieś olśnienia w nowym roku, ambitne plany nadrabiania zaległości? A może wpadliście na jakieś literackie miny, na które trzeba uważać?
sobota, 28 listopada 2015
Anatomia cudu - kolejne opowiadanie o Domeniku Jordanie
Długie i znakomite. Najlepsze z trzech nowych, przynajmniej moim zdaniem. Można je przeczytać w grudniowym numerze Nowej Fantastyki, do kupienia także na czytniki. Nieustannie zachęcam do zapoznania się z tym cyklem opowiadań Anny Kańtoch, który przypadnie do gustu każdemu miłośnikowi klasycznych, posępnych kryminałów. Równie dobrze można zacząć przygodę od tego tekstu, jest naprawdę świetny, choć pod pewnymi względami niereprezentatywny dla cyklu, bo akcja nie rozgrywa się w Okcytanii, ale w egzotycznej scenerii.

Dziś napisałam tylko recenzję Miniera, bo od poprzedniej notki nie zdołałam skończyć nic nowego, ale może jutro zbiorę się wreszcie na nadrobienie zaległości w opisywaniu obejrzanych seriali - jest kilka tytułów, które chciałabym polecić.

Czytam teraz Inną duszę Łukasza Orbitowskiego. Książki tego autora zawsze wykańczają mnie psychicznie i ta nie jest wyjątkiem. To podobno jego pierwsza powieść całkowicie wolna od fantastyki. Ciekawe, czy będzie tak dobrze, jak się spodziewam. Od lat (mniej więcej od czasów Świętego Wrocławia) wątki fantastyczne w mojej ocenie były dla tego autora i jego opowieści wyłącznie balastem.
środa, 01 lipca 2015
Sztuka porozumienia - do poczytania:)
Opowiadanie Sztuka porozumienia, jak wspominałam - nominowane do tegorocznej Nagrody imienia Janusza A. Zajdla - autorka tekstu, Anna Kańtoch, umieściła na swoim blogu. Zachęcam do czytania i dzielenia się wrażeniami, w tym zwłaszcza interpretacjami.
niedziela, 28 czerwca 2015
Mamy nominację!
My, czyli Fahrenheit:) Chyba najlepszy możliwy prezent na tegoroczną osiemnastkę najstarszego polskiego e-zinu poświęconego fantastyce. Opublikowany na naszych łamach w lipcu zeszłego roku tekst Doroty Dziedzic-Chojnackiej, zatytułowany Teleturniej, głosami fanów fantastyki został nominowany do najważniejszej środowiskowej nagrody w Polsce, czyli Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla. Nominację w kategorii powieść za Nomen omen zdobyła również wieloletnia współpracowniczka Fahrenheita - Marta  Kisiel - Małecka, która swego czasu debiutowała na naszych łamach opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna.
 Dla mnie ogłoszenie tegorocznych nominacji w kategorii opowiadań to święto podwójne, bo nominowany został również redagowany przeze mnie tekst Sztuka porozumienia Anny Kańtoch z antologii Światy równoległe - znakomite połączenie czarnego kryminału, science fiction i fantasy. Niedługo zapewne wszystkie nominowane opowiadania i fragmenty powieści zostaną - zgodnie z nową, dobrą świecką tradycją - udostępnione w sieci, także w formatach czytnikowych.
P.S. Mam trzy zaległe lektury do opisania, ale w ten weekend postanowiłam nadrabiać zaległości recenzenckie gdzie indziej, notka merytoryczna po raz kolejny będzie musiała poczekać.
 
1 , 2 , 3
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka