Wpisy z tagiem: opowiadania

sobota, 14 stycznia 2017
O laniu wody, czyli Planeta Woda
Zacznijmy od tego, że mimo narastającego z najnowszymi tomami serii rozczarowania, na Erasta Fandorina chora jestem nieuleczalnie. Dlatego z wielką radością przyjęłam ukazanie się zbioru 3 opowiadań Borysa Akunina z udziałem tej postaci (choć niby Czarne miasto miało być ostatnią odsłoną cyklu). Jak to ostatnio pięknie napisały Kurzojady w kontekście Jeżycjady - ciągnie narkomankę do meliny:) Dostajemy trzy utwory, z czego tytułowy, najdłuższy (i najbardziej rozczarowujący) został przez autora sklasyfikowany jako kryminał technokratyczny. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, a szkoda, bo może byłabym lepiej przygotowana psychicznie na meandry intrygi. Zaczyna się dosyć ciekawie - Fandorin wraz z Masą szukają zatopionego skarbu, testując przy okazji prototyp łodzi podwodnej w pięknych okolicznościach przyrody karaibskich wysp (stacjonują na Arubie). Potem jednak pojawia się agent Scotland Yardu i przedstawia detektywowi - teoretycznie od dawna byłemu - propozycję nie do odrzucenia. Fandorin ma przeniknąć do prywatnego przedsiębiorstwa na wyspie Saint Constantin, by powstrzymać mordercę zwanego Liliowym Maniakiem, który na ofiary wybiera pacjentki zlokalizowanego na wyspie dziecięcego sanatorium przeciwgruźliczego. Na krzywdę dzieci szlachetny mąż nie może patrzeć biernie, ale zleceniodawca chce upiec na ogniu jego szlachetności także większą, własną pieczeń. Chcę uniknąć spoilerów, napiszę więc tylko tyle, że najbardziej atrakcyjnym elementem skrajnie niewiarygodnej, groteskowej intrygi jest groźny idealistyczny wariat, w istocie będący Napoleonem:) Który - jakże oryginalnie - chce władać światem i buduje podwodne technocentrum (sic!), mające mu przejęcie władzy umożliwić. Z góry jednak wiadomo, że tam, gdzie są Fandorin i Masa, taki plan nie może się udać. Kończą się Akuninowi wiarygodne pomysły na intrygi, a sf to zdecydowanie nie jego bajka, tyle powiem.

Samotny żagiel
, czyli kryminał nostalgiczny, to powrót Fandorna do Rosji. Bohater chce wyjaśnić zagadkę mordu na przeoryszy prowincjonalnego monasteru, znanej czytelnikom serii z Dekoratora jako niedoszła miłość jego życia. Gdy Fandorin sam wymierzył sprawiedliwość zabójcy, ona wybrała Boga. Teraz padła ofiarą makabrycznego mordu. To trochę zagadka zamkniętego pokoju, z uwagi na nietypową lokalizację monasteru i zamknięty krąg podejrzanych. Sama intryga jest więc lepsza, przy tej okazji wychodzi jednak z Fandorina paskudny seksista. Spotykając wyzwoloną i niezależną kobietę, lekarkę Annuszkinę, nie może jej znieść.

Dawniej takich kobiet chyba nie było na Rusi. Były nihilistki i ofiarne pracownice ziemstw; wśród jednych i drugich zdarzały się kobiety o męskim typie osobowości, nawet wyglądem przypominające mężczyzn, ale podobnych do doktor Annuszkiny Erast Pietrowicz jeszcze nie widywał. Ludmiła Sokratowna nie próbowała udawać mężczyzny, pozostawała absolutną, stuprocentową kobietą – a przy tym nie było w niej za grosz kobiecości. Jakaś brytyjska sufrażystka, z gatunku tych, co palą portrety króla i przykuwają się do ogrodzenia pałacu Buckingham. Sympatyczne rosyjskie imię w ogóle nie harmonizowało ze zdecydowanie nierosyjskimi manierami. Nie sposób wyobrazić sobie Rusłana, który pokochałby taką Ludmiłę.

Kobiety, które nie chcą zachowywać się jak kobiety, można traktować jak mężczyzn.

Kobieta jest jak wąż dusiciel, zdolna kochać tylko króliki (..).

Tego typu myślenie u światłego i postępowego człowieka jest przykre, choć zapewne typowe dla epoki. W każdym razie już mi Erasta nie żal, że - lecząc kryzys wieku średniego - związał się z puściuteńką aktoreczką, bo była fizycznie podobna do jego pierwszej żony:)

Od tejże aktoreczki ucieka w trzecim opowiadaniu (kryminale zaiste absurdalnym Dokąd płyniemy?) i to wprost z pociągu, co dowodzi wyjątkowej desperacji. Rusza w pogoń za niejakim Cukiereczkiem, psychopatycznym przestępcą z obsesją na punkcie czystości, który obrabował pociąg (jak się z czasem okaże, na zlecenie knujących komunistów, w tym Lenina i Stalina). Pogoń prowadzi Erasta do Krakowa, a nawet na gzyms Grand Hotelu na Sławkowskiej (na studiach przez trzy lata mieszkałam tuż obok!:) Fandorin daje się złapanemu przestępcy zrobić w konia jak ostatni kretyn, po czym ponownie musi go szukać, i tak spędza sylwestrowy wieczór w jednym lokalu z knującymi komunistami. Dosyć dziwaczna, choć ładnie ornamentowana historia, znów kompletnie niespójna z tym, co o Fandorinie wiemy z poprzednich odsłon.

Ponadto nie podobało mi się sentymentalne zakończenie drugiego opowiadania, psujące dawno i skutecznie zamknięty - w niebanalny sposób - wątek romantycznej relacji kliszą tandetną i niemiłosierną. I chyba o to mam do Akunina największy żal. O ile czytając drugie i trzecie opowiadanie bawiłam się - mimo zastrzeżeń - nie najgorzej, o tyle pierwsze i najdłuższe to totalne nieporozumienie.
sobota, 09 kwietnia 2016
Pocztówki z beznadziei
Przeczytałam zbiór opowiadań Nica Pizzolatto W drodze nad morze żółte 11 dni temu. Czytało się go naprawdę dobrze, bo jeśli autor potrafi coś robić na najwyższym poziomie, to jest tą rzeczą budowanie nastroju i kreślenie tła. Jednak już w trakcie lektury miałam przeczucie, że za dużo z niej - poza właśnie ogólnymi wrażeniami i odczuciami - w pamięci mi nie utkwi.
Zabierając się dzisiaj do napisania tego tekstu, postanowiłam zweryfikować, ile historii pamiętam bez jakiegokolwiek wspomagania (a, nie chwaląc się, pamięć to mój dar i przekleństwo). I tak pamiętam opowieść o strażniku parku narodowego skaczącym z budynków, tę o trzech potencjalnych ojcach dziecka, które zginęło w tragicznym wypadku, tę o ojcu i synu na wyścigach konnych, tę o młodocianym włamywaczu, tę o witrażyście i tę o pracowniku firmy kanalizacyjnej, pomagającym swojemu dawnemu trenerowi. Jestem w stanie przywołać zarys historii o chłopcu, którego ojciec chciał uwierzyć w UFO, i o nauczycielu, którego z nieznanych przyczyn porzuciła żona. Mgliście kojarzę także coś o ciężarnej nastolatce, której brat zginął, a dosyć wyraźnie przypominam sobie dramat chłopaka podszywającego się pod własnego nieżyjącego brata i uwięzionego w domu na odludziu z ojcem degeneratem. Poszło mi zatem o wiele lepiej, niż się spodziewałam - 10  trafionych i tylko jeden (niby bardzo wyrazisty, bo chodzi o matkę poszukującą syna -ekstremisty, który uciekł z domu) zatopiony.
Ale minęło dopiero jedenaście dni. Jestem gotowa się założyć, że za 3 miesiące będę pamiętać może o 3-4 opowiadaniach z tego zbioru. Nie dlatego, że są to teksty kiepskie. Owszem, prezentują zróżnicowany poziom (przy czym generalna zasada jest taka, że umieszczone w dalszej części zbioru, bardziej rozbudowane utwory, gdzie jest więcej miejsca na prezentację kontekstu i samych bohaterów, dzięki czemu historia robi większe wrażenie, są lepsze niż początkowe migawkowe miniatury). Raczej dlatego, że wszystkie są o tym samym - o różnych odcieniach beznadziei codzienności przeciętnych Amerykanów mieszkających na prowincji. Oraz dlatego, że nie ma tu ani jednego szczęśliwego człowieka. Naprawdę, wiem, że życie to nie pudełko czekoladek, ale też i nie zawsze w życiu trafia się zamiast czekoladki na kulkę gnoju. Mimo fabularnej różnorodności, której nie sposób im odmówić, teksty Pizzolatty są właściwie jedną, przygnębiająco spójną narracją o beznadziei ludzkiej egzystencji. Tym samym zlewają się ze sobą, rozmywają i odbierają sobie wzajemnie siłę oddziaływania, bo przy którymś takim smętnym landszafcie z kolei w odruchu psychicznej samoobrony obojętnieje się na nieszczęście. Nie powinny stać obok siebie, rozrzucone po kilku antologiach, albo publikowane w czasopismach, pewnie broniłyby się lepiej. Tak powstaje wrażenie, że autor z lubością masochisty babrze się w ludzkiej beznadziei i ma ograniczony wachlarz umiejętności, gdyż ani razu nawet nie próbuje wyjść poza swoją - dosyć makabryczną - strefę komfortu.
sobota, 16 stycznia 2016
Zaległości lekturowe - grudniowe i styczniowe
Gdyż czas, niestety, z gumy nie jest, a przez podsumowania wszelkiej maści, jak zwykle o tej porze roku, nazbierało mi się sporo pozycji przeczytanych, a nieopisanych. Z uwagi na trzymające mnie w szponach paskudne przeziębienie, omówienia będą dosyć syntetyczne. Według kolejności czytania.

Legendy polskie - darmowa antologia opowiadań 6 autorów kojarzonych głównie z fantastyką. Każdy z tekstów trawestuje jedno popularne podanie. Wrażenia miałam mieszane. Cherezińska miała fajny pomysł na Bazyliszka (historia alternatywna, i sam stwór też mocno alternatywny), ale IMHO przedobrzyła z odniesieniami do nośnych obecnie sporów polityczno-obyczajowych i w ogóle władowała za dużo grzybów w barszcz. Kosikowi kompletnie nie wyszło humorystyczne podejście do śpiących rycerzy. Rak i Małecki stworzyli ciekawe, nastrojowe i silnie obyczajowe wariacje na temat kwiatu paproci i Twardowskiego, ale na kolana mnie nie rzucili. Wegner zaproponował za to bardzo ciekawe, świeże podejście do Dratewki. Ale najpełniej założenia zbioru zrealizował według mnie Orbitowski, który wziął na warsztat motyw wody życia. Zachowując całkowicie ducha historii, najpełniej i najpłynniej przeszczepił ją we współczesne realia. Antologię można pobrać tutaj. Dostępna w formatach epub, mobi i pdf. Warto.

Dziewięciu książąt Amberu Rogera Zelaznego to pierwszy tom cyklu, który pierwotnie planowałam na urlopie przeczytać w całości, czyli Kronik Amberu. Nie urzekł mnie jednak na tyle, bym pragnęła natychmiast poznać kontynuację. Często mam ten problem z klasykami fantastyki, a zwłaszcza z tym konkretnym autorem. Koncepcyjnie to geniusz, ale też właśnie koncept interesuje go najbardziej. W efekcie jest dużo szybkiej akcji, mało opisów, bohaterowie są zaledwie szkicowani, a styl jest suchy i rzeczowy, bo narracja pełni funkcję ściśle użytkową. Po zasłyszanych pochwałach było to więc do pewnego stopnia rozczarowanie i w stosunku do objętości czytało się dosyć ciężko, ale jednocześnie sam pomysł zaintrygował mnie na tyle, że na pewno sięgnę po kontynuację. Tymczasem zatem pozostawiam bez oceny.

Marsjanin Andy'ego Weira jest zbyt wielkim hitem, bym sięgała po niego bez obaw. Zgodnie z rekomendacjami, okazał się jednak przedziwnie wciągającą i przyjemną lekturą. Ta książka to dla mnie wielki paradoks. Niby z góry wiadomo, jak się skończy, bo to w końcu Wielka Amerykańska Opowieść. Dlatego mimo przeciwności piętrzących się na drodze bohatera w zasadzie nie ma tu napięcia. Jest masa fragmentów tak nudnych (opisy żmudnych czynności zapewniających przetrwanie na Czerwonej Planecie, technikalia), że w zasadzie wielokrotnie miałam ochotę dać sobie spokój. Jednocześnie bohater jest tak naturalny, sympatyczny i prezentuje takie niewymuszone poczucie humoru, że nie sposób go na tym Marsie zostawić. Całość mimo wszelkich zastrzeżeń (do powyższych dołączę mnóstwo naciąganych zbiegów okoliczności) pochłonęłam w dwa dni. Dobra powieść, nie da się powiedzieć inaczej. Kiepskiej by się tak zachłannie nie czytało. 7,5/10

Kwartet olandzki, czyli cztery kryminały Johana Theorina osadzone w realiach małej wyspy, których spoiwem jest były kapitan Gerlof, dożywający swoich dni w domu opieki, towarzyszyły mi w okresie świąteczno-noworocznym. Lepiej wybrać nie mogłam, bo autor jest mistrzem gatunku. To wirtuoz budowania nastroju. Rozumie i potrafi opisać mroczne zakątki ludzkiej duszy, ale także pozytywne emocje i zwykłą codzienności. Wie, jak z przeszłych i teraźniejszych elementów ułożyć absorbującą układankę zaskakującej intrygi. Potrafi uzupełnić realizm szczyptą magii (tylko w najsłabszej według mnie części cyklu, czyli Smudze krwi 7/10, zdecydowanie z tym przesadził). W efekcie każdy, kto sięgnie po pierwszą i zdecydowanie najlepszą odsłonę cyklu, czyli Zmierzch (9/10, irytowała mnie tam jedynie córka Gerlofa, ale zapewne dlatego, że jestem osobą bezdzietną i bez serca:>), nie będzie potrzebował żadnej zachęty do zapoznania się z kontynuacjami. Nocna zamieć 8/10, Duch na wyspie 8,5/10. Autor dołączył do mojego prywatnego topu i mam wielką nadzieję, że niedługo napisze coś nowego.
 
W ramach odpoczynku od kryminałów i fantastyki sięgnęłam już w nowym roku po dwie od dawna planowane i zarazem wiecznie spychane na dalszy plan przez coś pilniejszego lektury.

Profesor Stoner Johna Williamsa to było wspaniałe przeżycie, książka jednocześnie bardzo smutna i pełna nieokreślonego ciepła, pasji, optymizmu. W zasadzie nic wielkiego, życiorys człowieka, który miał studiować rolnictwo, ale na obowiązkowych zajęciach odkrył w sobie pasję do literatury, a ta, podobnie jak nauczanie, nadała sens jego życiu. Obserwacja przemian, jakie w Stonerze zachodziły, jego rozczarowań, sukcesów i licznych przegranych walk, a także rzadkich chwil spełnienia i prawdziwego szczęścia, to unikalna, rzadko się trafiająca przyjemność. Lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury i nie tylko. 9/10

I dusza moja
Michała Cetnarowskiego, szczerze mówiąc, średnio przypadła mi do gustu. Choć sama historia jest mocna, a sposób opowiadania sugestywny, warsztatowo również niczego nie można zarzucić. Z całości bije jednak bolesna sztuczność, bohaterowie są tak wyraźnie sformatowani do pełnienia w fabule określonych funkcji, że nie sposób traktować ich jak prawdziwych ludzi, myślą kliszami, mówią nienaturalnie. Nie ma tu życia, a tym samym nie ma żadnych emocji, choć miała to być historia o sprawach mocno ostatecznych. Za poprawność 6/10.

Uff, miało być krótko, a wyszło jak zwykle. A co tam u was, jakieś olśnienia w nowym roku, ambitne plany nadrabiania zaległości? A może wpadliście na jakieś literackie miny, na które trzeba uważać?
sobota, 28 listopada 2015
Anatomia cudu - kolejne opowiadanie o Domeniku Jordanie
Długie i znakomite. Najlepsze z trzech nowych, przynajmniej moim zdaniem. Można je przeczytać w grudniowym numerze Nowej Fantastyki, do kupienia także na czytniki. Nieustannie zachęcam do zapoznania się z tym cyklem opowiadań Anny Kańtoch, który przypadnie do gustu każdemu miłośnikowi klasycznych, posępnych kryminałów. Równie dobrze można zacząć przygodę od tego tekstu, jest naprawdę świetny, choć pod pewnymi względami niereprezentatywny dla cyklu, bo akcja nie rozgrywa się w Okcytanii, ale w egzotycznej scenerii.

Dziś napisałam tylko recenzję Miniera, bo od poprzedniej notki nie zdołałam skończyć nic nowego, ale może jutro zbiorę się wreszcie na nadrobienie zaległości w opisywaniu obejrzanych seriali - jest kilka tytułów, które chciałabym polecić.

Czytam teraz Inną duszę Łukasza Orbitowskiego. Książki tego autora zawsze wykańczają mnie psychicznie i ta nie jest wyjątkiem. To podobno jego pierwsza powieść całkowicie wolna od fantastyki. Ciekawe, czy będzie tak dobrze, jak się spodziewam. Od lat (mniej więcej od czasów Świętego Wrocławia) wątki fantastyczne w mojej ocenie były dla tego autora i jego opowieści wyłącznie balastem.
środa, 01 lipca 2015
Sztuka porozumienia - do poczytania:)
Opowiadanie Sztuka porozumienia, jak wspominałam - nominowane do tegorocznej Nagrody imienia Janusza A. Zajdla - autorka tekstu, Anna Kańtoch, umieściła na swoim blogu. Zachęcam do czytania i dzielenia się wrażeniami, w tym zwłaszcza interpretacjami.
niedziela, 28 czerwca 2015
Mamy nominację!
My, czyli Fahrenheit:) Chyba najlepszy możliwy prezent na tegoroczną osiemnastkę najstarszego polskiego e-zinu poświęconego fantastyce. Opublikowany na naszych łamach w lipcu zeszłego roku tekst Doroty Dziedzic-Chojnackiej, zatytułowany Teleturniej, głosami fanów fantastyki został nominowany do najważniejszej środowiskowej nagrody w Polsce, czyli Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla. Nominację w kategorii powieść za Nomen omen zdobyła również wieloletnia współpracowniczka Fahrenheita - Marta  Kisiel - Małecka, która swego czasu debiutowała na naszych łamach opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna.
 Dla mnie ogłoszenie tegorocznych nominacji w kategorii opowiadań to święto podwójne, bo nominowany został również redagowany przeze mnie tekst Sztuka porozumienia Anny Kańtoch z antologii Światy równoległe - znakomite połączenie czarnego kryminału, science fiction i fantasy. Niedługo zapewne wszystkie nominowane opowiadania i fragmenty powieści zostaną - zgodnie z nową, dobrą świecką tradycją - udostępnione w sieci, także w formatach czytnikowych.
P.S. Mam trzy zaległe lektury do opisania, ale w ten weekend postanowiłam nadrabiać zaległości recenzenckie gdzie indziej, notka merytoryczna po raz kolejny będzie musiała poczekać.
piątek, 22 maja 2015
Magia krótkich form Gaimana
Początkowo byłam sceptyczna, ale im dalej w Drażliwe tematy, tym mocniej przypominałam sobie, co i jak Gaiman potrafi zrobić z tekstem (i czytelnikiem), czasem nawet bez użycia dużej ilości słów. Choć faktem jest, że - przynajmniej w mojej ocenie - zwykle najlepiej wychodzą mu dłuższe formy, gdzie ma więcej miejsca na zbudowanie klimatu i prezentację konceptu. Poniżej mój top zbioru w kolejności nieznaczącej. Uwaga, będzie tego całkiem sporo i z zupełnie różnych parafii. Ale i wydawnictwo jest bogate, zawiera aż 24 utwory, w tym 6 wierszy, z których o palmę pierwszeństwa w moim sercu walczą Przestrzegać formalności i Czarownica, ale ponieważ sam Neil napisał we wstępie, nieco żartobliwie, że wiersze to taki gratis, dla przejrzystości zestawienia wyłączymy je z konkursu. Zostaje zatem 18 tekstów prozatorskich, także bardzo zróżnicowanych, zarówno formalnie, jak i tematycznie. Do mnie najmocniej przemówiły:

"Prawda to jaskinia w czarnych górach..." - tekst inspirowany podaniem z rejonu Hebrydów Zewnętrznych (które, swoją drogą, robią ostatnio niesamowitą literacką karierę), a zatem nastrojowy i mroczny; w trakcie lektury czytelnikowi towarzyszą dreszcze, a finalnie gorzka i niezbyt etyczna satysfakcja. To nie jest opowieść o dobrych ludziach, ani o przeklętym złocie.

Śmierć i miód - czyli Sherlock Holmes na emeryturze rozwiązuje zagadkę nieśmiertelności. Dużą rolę odgrywają pszczoły. Tekst podobał mi się nawet bardziej niż oryginalne opowiadania Conan Doyle'a (ale za niego zabrałam się zdecydowanie za późno, proszę to wziąć pod uwagę).

Śpiąca i wrzeciono - czyli co się może zdarzyć, gdy królewna Śnieżka zabiera się za budzenie Śpiącej Królewny, z niewielką pomocą wiernych krasnoludków. Moim zdaniem bardzo udany retelling klasycznych baśni (a zatem jednocześnie crossover), zwłaszcza puenta mocna i niebanalna.

Godzina nic - do tej pory ominęła mnie moda na Doktora Who, ale po lekturze tego tekstu, osadzonego w świecie serialu, nabrałam niezwykłej ochoty na nadrobienie braków w temacie policyjnej budki przemieszczającej się pod prąd czasu. Trochę za to Gaimana nienawidzę, co samo w sobie świadczy o sile oddziaływania tej historii.

Problem z Cassandrą - tekst niezwykle charakterystyczny dla całej twórczości autora, niby mocno zakorzeniony w codzienności (cóż prostszego, niż wymyślić sobie dziewczynę, żeby kumple w końcu przestali się z ciebie wyśmiewać?), a jednocześnie pełen magicznej niezwykłości i zakończony w nieoczekiwany sposób.

No i oczywiście nie mogło tu zabraknąć zamykającego zbiór Czarnego psa, nastrojowej historii łączącej motyw depresji i dawnych wierzeń, a osadzonej w uniwersum moich ukochanych Amerykańskich bogów.

Z krótszych tekstów największe wrażenie zrobiły na mnie Pomarańcz (forma - kwestionariusz dla świadka + niezwykły koncept - do czego może prowadzić przedawkowanie samoopalacza:), Klik-Klak Grzechotka (czysta, pierwotna, maksymalnie skondensowana groza) oraz Żeńskie końcówki (nietypowy list miłosny z krakowskim akcentem).

Wymieniłabym jeszcze Kalendarz opowieści, gdyby niektóre części nie odstawały tak wyraźnie na minus, ale miejcie na uwadze, że nie brakuje tam genialnych kawałków.

Dodatkową wielką zaletą zbioru jest w mojej ocenie szczegółowy opis okoliczności towarzyszących powstaniu każdego utworu. Uwielbiam takie wprowadzenia, okazuje się, że Gaiman też. Nawet ze słabszych tekstów coś zwykle zostaje w głowie, choćby nie do końca wykorzystany koncept (Powrót Chudego Białego Księcia aż się prosił o rozwinięcie), a niektórych pewnie nie mogłam w pełni docenić z braku kontekstów (Księżycowy labirynt, Inwokacja indyferencji). Oczywistością przy tekstach Gaimana ukazujących się w Polsce jest, że wspaniale przełożyła je Paulina Braiter. Podsumowując - dobra rzecz, naprawdę polecam.
poniedziałek, 23 marca 2015
Domenic Jordan powróci(ł)
Pamiętacie jeszcze bohatera dwóch zbiorów opowiadań Anny Kańtoch - Diabła na wieży (O ciekawości innych demonach, drugi tekst od góry) i Zabawek diabła (Lekcja psychoanalizy doktora Jordana, drugi tekst od dołu)? Dla fanów to pytanie retoryczne:) I dla nich mam znakomitą wiadomość, którą Anna Kańtoch niedawno potwierdziła oficjalnie na swoim blogu - będzie kolejne opowiadanie z jego udziałem, do czego, nie chwaląc się (no dobra, chwaląc się bezwstydnie), wydatnie przyczyniła się Pierwsza Fangirl Domenika Jordana w Galaktyce, znaczy się - ja. Co prawda wiele lat musiałam czekać na owoce wygranego zakładu, ale słowo stało się ciałem i nowe opowiadanie o okcytańskim specjaliście od mrocznych tajemnic ludzkiej duszy ujrzy światło dzienne już niebawem, w zbiorze tekstów autorki z ostatnich lat, który wydać ma Uroboros. Jeśli ktoś jeszcze nie nawiązał znajomości z cynicznym absolwentem medycyny zafascynowanym demonologią, a jest miłośnikiem klasycznych zagadek kryminalnych z elementem nadprzyrodzonym, to serdecznie polecam oba dostępne obecnie zbiory opowiadań. Nie zrażajcie się okładkami, na których Domenic wygląda w najlepszym razie jak niedysponowane zombie. I co wydanie jest gorzej. Naprawdę warto.
P.S. Nowe opowiadanie oczywiście już przeczytałam, HA! Nawet dwa razy.
P.S. 2 Tak, jestem dziecinna, i cieszę się jak dziecko, które dostało dawno obiecywany cukierek. Pozwijcie mnie.*
*Pamiętając, że jestem prawnikiem:)
wtorek, 23 grudnia 2014
Opowieść wigilijna
W tym roku postanowiłam odstąpić od zacnej tradycji katowania czytelników Wiedźmikołajem (którego sama oczywiście zamierzam dzisiaj czytać, bo odkąd go poznałam, żadna inna rzecz tak bardzo nie wprowadza mnie w atmosferę świąt). W zamian proponuję opowiadanie Tomasza Pacyńskiego, w którym w zasadzie wszystko odbiega od schematu i czytelniczych oczekiwań. Gdybyście polubili bohaterów tego tekstu, odnajdziecie ich w opowiadaniach ze zbiorów Linia ognia oraz Szatański interes. Drugi z nich można wygrać w fahrenheitowym konkursie, który trwa do 2 stycznia 2015 roku. Coby nie było, że na święta bez prezentów:)

Życzę wam wszystkiego dobrego - zdrowia, spokoju, odpoczynku i oczywiście wspaniałych książek pod choinką:)
piątek, 27 września 2013
O adekwatnym tytule
Przeczytałam wczoraj dwa pierwsze opowiadania (z szesnastu) ze zbioru Petera Wattsa, zatytułowanego Odtrutka na optymizm. I już na podstawie tej próbki (Nimbus, Ciało stalo się słowem) tytuł wydaje mi się wręcz eufemizmem. Ale opowiadania dobre, dla równowagi może posłucham wesołej muzyki, żeby się całkiem nie załamać:)

P.S. Oraz wrócił James Spader, czyli Alan z ostatniego sezonu The practice i z Boston Legal, w roli głównej w The Blacklist. Pilot zaskoczył mnie pozytywnie, ale i tak będę oglądać ze względu na aktora. Wiem, nie ma się na co napalać, bo to NBC, a oni wszystko kasują po pierwszym sezonie, zaś wyjątek od reguły przypadł już na Hannibala. Ale i tak się cieszę.
 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka