Wpisy z tagiem: książkoholizm

sobota, 11 marca 2017
Lecą Żuławie
Staram się w tym roku wyjątkowo uczciwie przygotować do głosowania elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego, ale idzie mi to przedsięwzięcie jak po grudzie. Może właśnie z tego powodu, że się zmuszam? Ale z własnej woli czytam w ostatnich latach, po rozpoczęciu pracy etatowej i rezygnacji ze stałej współpracy recenzenckiej z książkami.wp na rzecz okazjonalnych recenzji za egzemplarz oraz wycofaniu się z recenzowania dla Fahrenheita, mało polskiej fantastyki. W całym 2016 roku przeczytałam dwie pozycje z tej kategorii - I duszę moją Cetnarowskiego w styczniu, z miernymi wrażeniami, oraz przedpremierowo w ramach betareadingu znakomitą pozycję, która ukaże się we wrześniu tego roku. Próbowałam czytać w listopadzie Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego, bo bardzo lubię jego twórczość oraz uniwersum, w którym osadzona jest akcja najnowszej powieści, a i prelekcja na wrocławskim Polconie była zachęcająca, ale początek tymczasowo mnie pokonał. Dam jej jeszcze na pewno szansę, ale Elizka Żmijewska tej książce nie pomaga. Strasznie irytujący babsztyl. Premier z 2016 miałam więc w styczniu 2017 na koncie okrągłe 0. Czyli było co nadrabiać, bo kalendarz jest nieubłagany. Głosowanie elektorów każdorazowo kończy się w pierwszej połowie kwietnia, zostało więc jeszcze żenująco mało czasu.
Do dziś zdążyłam zapoznać się z dwoma tomami Kronik Rozdartego Świata Aleksandry Janusz, głównie dzięki rekomendacji Agnieszki Hałas. I cóż mogę powiedzieć? Sympatyczna fantastyka rozrywkowa, przyjemnie się czyta, sprawna stylistycznie, choć mocno jednorodna w tej warstwie, w konstrukcji świata, szczególnie magii, jest sporo oryginalnych elementów, ale jednak zarówno w fabule, jak i w konstrukcji bohaterów, prym wiodą schematy. Przez to brak napięcia, całość jest mocno przewidywalna, choć w połowie drugiego tomu robi się nieco bardziej mrocznie, co pozwala wiązać niejakie nadzieje z finałową odsłoną. Ale choć to dość na dwa czy trzy popołudnia relaksu, jednak zdecydowanie za mało na nominację do nagrody literackiej. Przynajmniej moim zdaniem.
Zabrałam się w  poniedziałek za najnowszy Kontrapunkt Powergraphu, czyli Puste niebo Radosława Raka i, niestety, znowu pudło. Realizm magiczny w Lublinie, w tym wydaniu, które mi akurat kompletnie nie odpowiada. Za dużo tu wszystkiego. Niby króciak, a przez cały tydzień z trudem dotarłam do 40%. Postaram się jeszcze skończyć, ale szkoda mi było weekendu na zmagania z tą oporną materią i wczoraj wieczorem zaczęłam Projekt Mefisto Marcina Mortki. Lubię autora, ostatnio czytałam (strasznie dawno) Miecz i kwiaty, może nam się wspólnie uda przełamać złą passę.
I w tym miejscu docieram do sedna tej notki. Ludzie będący na bieżąco z polską fantastyką 2016: co zrobiłam źle? Co przegapiłam? Po co warto sięgnąć? Mam jeszcze Dymiące zwierciadło Zembatego, Clovisa LaFay Lange i Zagrodę zębów Szostaka, która raczej nie kwalifikuje się jako fantastyka. Pomożecie?
UPDATE: Oczywiście, czytałam jeszcze Olgę i osty Agnieszki Hałas, tyle że w 2015 i przedpremierowo. Dlatego nie pamiętałam, że ukazała się w zeszłym roku. Tę powieść na pewno nominuję i ponownie wszystkim polecam.
środa, 01 marca 2017
Odwrócony Bookrage z Wydawnictwem Czarne
Aż trudno uwierzyć, ale w uruchomionej właśnie edycji Bookrage jeszcze przez chwilkę można kupić 6 papierowych reportaży z Wydawnictwa Czarne za 10 złotych (słownie DZIESIĘĆ). Szybciutko się decydujcie, bo wraz ze wzrostem liczby sprzedanych pakietów cena też będzie rosła. A i ilość pakietów jest ograniczona.
niedziela, 12 lutego 2017
Czwarty rok z czytnikiem - z trzymiesięcznym pooślizgiem
W zasadzie poślizg nie wynikł z zapominalstwa, a z tego, że w listopadzie uznałam robienie kolejnego wpisu z tego cyklu za bezsensowne. Powód był banalnie prosty - między 14 listopada 2015 a 14 listopada 2016 przeczytałam 6 książek papierowych. Były to:

1. Rada mniejszości Kate Griffin, czyli czwarty tom przygód londyńskiego czarnoksiężnika Matthew Swifta (w grudniu 2015);
2. Dziewięciu książąt Amberu Rogera Zelaznego (w grudniu 2015);
3. Crimen Józefa Hena (w lutym 2016);
4. Obudź się i śnij Iana R. MacLeoda (w maju 2016);
5.Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie Jessiki Knoll (w maju 2016);
6. Ostre cięcia Joego Abercrombiego (w lipcu 2016).

Dwie spośród nich to książki pożyczone, trzy - otrzymane do recenzji, a tylko jedna (MacLeod) pochodziła z moich własnych, wciąż niemałych, półkowych zasobów.

Do dnia dzisiejszego liczba ta uległa zwiększeniu o 0,5 (dwa tomy nowego czterotomowego wydania Przygód dobrego wojaka Szwejka czasu wojny światowej).

Nie kupuję już papierowych książek (Pratchett już nic nie napisze, więc najbliższy wyjątek od tej reguły przypadnie zapewne na kolejną powieść Jo Nesbo), niemal niczego nie recenzuję (poza kolejnymi tomami Akt Dresdena, ale zanim przyjdzie recenzencki papierowy egzemplarz, dawno mam przeczytaną wersję elektroniczną), w prezencie też dostaję głównie e-booki, bo sama o to proszę. Niedawno kupiłam dwie papierowe książki (Nocny film oraz Dom z liści), by podarować je w prezencie. Ponieważ Nocny film otrzymał entuzjastyczną recenzję od obdarowanej, kilka dni temu kupiłam sobie w promocyjnej cenie e-booka. I nie chodzi tylko o to, że w domu skończyło się miejsce na książki (choć to prawda, bo nawet na najnowszej półce nad monitorem leżą w stosach, na które czasem patrzę z lekką obawą, czy półka wytrzyma). Po prostu na czytniku lektura jest o wiele większą przyjemnością, przyzwyczaiłam się do możliwości powiększania czcionki, a przede wszystkim do jego małego ciężaru. Oraz, nie da się ukryć, zdecydowana większość książek, także z dotychczasowego papierowego księgozbioru, to pozycje jednorazowe, do których więcej nie wrócę.  Nie ma sensu, żeby zajmowały miejsce i pokrywały się kurzem na półkach.

Nie dalej jak przedwczoraj, po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, natknęłam się na brak wersji elektronicznej przy próbie zakupu Najlepiej w życiu ma twój kot - zbioru listów Szymborskiej i Filipowicza. Ale nie pojawił się przymus kupienia wersji papierowej. Raczej refleksja o wciąż rosnącej liście must read i o tym, że mogę spokojnie poczekać, aż będzie e-book.

Chyba się starzeję:)

P.S. Ten wpis to typowa zapchajdziura. Od zeszłego piątku walczę z przeziębieniem najgorszego sortu, tj. takim, które wykańcza, ale nie kwalifikuje się na L4 (brak gorączki). Dlatego nie byłam w stanie oddać w ten weekend sprawiedliwości Opowieści podręcznej Atwood ani napisać nic merytorycznego.

P.S.2 Tradycyjnie zapytam: ktoś zaczął niedawno przygodę z e-czytelnictwem lub kontynuuje ją od jakiegoś czasu? Jaki czytnik? Jakieś wrażenia i refleksje? Czy tylko u mnie ekspansja e-booków jest tak dynamiczna i wynika z mojego wygodnictwa, czy może to powszechniejsze zjawisko?
sobota, 23 kwietnia 2016
Spotkanie z Jo Nesbo w Teatrze Capitol we Wrocławiu - relacja
W tym roku na Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich miałam niesamowitą atrakcję w postaci okazji posłuchania na żywo najlepszego moim zdaniem z obecnie tworzących autorów kryminałów, czyli Jo Nesbo. Radość moja była tym większa, że zdążyłam już odbyć żałobę po tym spotkaniu, na które szykowałam się od czasu jego ogłoszenia. Nie udało mi się bowiem zarezerwować bezpłatnej wejściówki, a ich ilość była ograniczona pojemnością budynku teatru. W czwartek niepodziewanie okazało się, że moja rehabilitantka wykorzystała swoje dojścia i załatwiła mi wejściówkę:))))) Taka jest kochana! Nie mogłam uwierzyć we własny fart, nawet wtedy, gdy już usiadłam na sali, w dodatku w pierwszym rzędzie za przedstawicielami prasy, a po jakimś czasie na scenie pojawili się autor, tłumaczka (naprawdę podziwiałam jej profesjonalizm, bo Jo udzielał zazwyczaj długich i wielowątkowych odpowiedzi - po angielsku - a jej w tłumaczeniu udało się niczego istotnego nie pominąć) oraz współprowadzący - Irek Grin i Mariusz Bonaszewski (czyta audiobooki Nesbo i - jak pokazały dalsze wypadki, jest jego naprawdę wielkim fanem:).
Najważniejsza wiadomość jest taka, że Harry Hole powróci w marcu 2017 roku.
Poza tym Jo obalił mit o swojej rzekomej niechęci do przebywania z ludźmi - stwierdził, że bardzo lubi spotkania oraz interakcje towarzyskie, ale też lubi mieć możliwość opuszczenia zgromadzenia w dowolnie wybranym przez siebie momencie (dlatego na imprezy w Oslo zawsze jeździ rowerem - nie lubi nawet czekania na taksówkę). Ciekawie opowiadał też o tym, dlaczego zaczął pisać - przede wszystkim dlatego, że dużo czytał, i w pewnym momencie poczuł, że przyszła kolej na jego własną opowieść. Poczucie to, jego zdaniem, miało swoje korzenie także w panującej w jego rodzinie tradycji opowiadania historii przy okazji świątecznych spotkań. Często były to te same historie, które jednak z każdym rokiem morfowały - rzecz zatem była nie w znanej puencie, ale w rozłożeniu akcentów, pominiętych czy dodanych w danej wersji wątkach. A Jo patrzył, słuchał i też chciał być opowiadaczem. Teraz, kiedy pisze, czerpie satysfakcję z popularności i ze świadomości, że ludzie czytają każde napisane przez niego słowo. Ale ważne jest dla niego również przekonanie, że stworzył coś dobrego, które przychodzi z upływem czasu, gdy spogląda na daną powieść z perspektywy i jest z niej zadowolony (porównał się do cieśli, który po latach mija wybudowany dom, a choć aktualni mieszkańcy nie wiedzą, że to on go wybudował, on wie i jest zadowolony z dobrze wykonanej pracy). Zdradził też nieco z tajników swojego warsztatu - podobno ma w mieszkaniu specjalną pracownię, z robionym na zamówienie biurkiem, wielkim monitorem, świetnym sprzętem audio i kolekcją ulubionej muzyki. Pracownia ta jest jedynym miejscem na świecie, gdzie Nesbo nie potrafi napisać ani jednego zdania:) Zwykle po przebudzeniu nie wstaje od razu, ale zostaje w łóżku i planuje, o czym będzie pisał danego dnia (fakt, że nawet wylegiwanie się w łóżku pisarz może uznać za pracę, Nesbo uważa za jedną z większych zalet tego zawodu). Gdy już się z łóżka wygrzebie i dotrze do swojego miejsca pracy - pobliskiej narożnej kafejki - jego stolik jest już więc zwykle zajęty. Mimo to, uprzednio grzecznie zapytawszy o zgodę, przysiada się (Norwegowie są bardzo uprzejmi, więc żaden nie odmawia), po czym siedzi i gapi się na intruza, mrożąc go spojrzeniem, aż go nie wypłoszy:) Wtedy pisze, w słuchawkach wytłumiających hałas i często w kurtce, bo jego stolik stoi przy drzwiach, które stale się otwierają i jest zimno. Lubi też pisać na lotniskach i w pociągach, ma wtedy poczucie, ze nie traci czasu, z tego też względu bywa jedyną osobą, która cieszy się z ogłoszeń o opóźnionych samolotach. W ramach researchu do książek robił już rzeczy niezgodne z prawem, o których z oczywistych względów nie mógł opowiedzieć przed przedawnieniem karalności. Jest zdania, że najlepszym przygotowaniem do pisania jest bezpośrednie doświadczenie rzeczy, o których się pisze, i że różnica pomiędzy takim a czysto książkowym czy internetowym researchem jest wyczuwalna w trakcie lektury. Pracując nad Synem, spędził kilka dni (i noc) w schronisku dla narkomanów, w tym takich, którzy wciąż brali narkotyki i  nimi handlowali. Jednocześnie mocno podkreślał, że, konstruując Holego, chciał, by nałóg był jedynie jedną z jego cech jako człowieka, niezbędną w ocenie Nesbo z punktu widzenia atrakcyjności bohatera piętą Achillesową, ale by go nie definiował i nie był przedstawiony w stereotypowy sposób. W tym kontekście autor wspomniał, że nawet jeśli przy tworzeniu bohatera wykorzystał jakąś cząstkę siebie, to ją wyolbrzymił i wyeksponował, by była niczym kryptonit dla Supermana (który nawet z kryptonitem jest w jego ocenie piekielnie nudny). Na bezpośrednie pytanie Jo (wszyscy zadający pytania z publiczności zwracali się do niego na ty, nie miał nic przeciwko temu) odpowiedział, że w czasach, kiedy jeździł w trasy ze swoim zespołem (rzekomo śpiewał tylko o dziewczynach:), pił sporo, aż pewnego razu po zakończeniu trasy wydarzyło się coś, co uświadomiło mu, że posuwa się w piciu za daleko i musi to zmienić. Po zastanowieniu dodał, że choć nadal pije, to zupełnie inaczej, a naprawdę pijany nie był od dwudziestu lat.
Sporo opowiedział o swoim udziale w Projekcie Szekspir - miał wątpliwości, długo się zastanawiał, a ostatecznie postawił warunek, że jeśli w to wejdzie, to musi dostać Makbeta. Miał zresztą z tym tekstem ciężki orzech do zgryzienia, bo choć docenia u Szekspira poetycki kunszt i psychologię postaci, to nie uważa, by Makbet był idealną fabułą. Element fantastyczny w postaci trzech wiedźm w jego opinii nie pasował do utworu i zaburzał jego harmonię. W swojej wersji Nesbo zostawił tylko fabularny szkielet sztuki, sporo zmienił w życiorysach postaci, a fabułę przeniósł do lat 70. XX wieku, eksponując mroczniejszą stronę tego okresu. Jego Makbet będzie skorumpowanym komendantem Policji, a trzy wiedźmy - trzema bossami narkotykowymi.
Na decyzje dotyczące filmu na podstawie Pierwszego śniegu autor nie miał i nie chciał mieć wpływu, z jednym wyjątkiem - wyboru reżysera. Kilku odrzucił, by zaakceptować Tomasa Alfredsona, znanego m.in. ze Szpiega na podstawie powieści Le Carre. Potem ponoć zadzwonił do niego i kazał mu nie przejmować się za bardzo książką, tylko zrobić dobry film, bo inaczej go zastrzeli:D Poza tym rozbrajająco szczerze oznajmił, że jest bogaty, ale większość forsy w zasadzie się na niego marnuje, bo on potrzebuje jej tylko na dom, podróże, książki i płyty. Nie ma i nie zamierza mieć samochodu, nie interesują go zabawki w stylu jachtów. Z ulubionych autorów wymienił m.in. Twaina (Tom Sawyer i Przygody Hucka  to najważniejsze książki jego dzieciństwa), Schulza, Bukowskiego i Nabokowa, z reżyserów - Scorsese i Coppolę. 
Jak, mam nadzieję, widać z powyższej relacji, Jo Nesbo sprawił bardzo sympatyczne wrażenie, faceta z dystansem i poczuciem humoru, a jednocześnie z ugruntowanymi poglądami na wiele spraw. Cieszę się, że mogłam być dzisiaj na tym spotkaniu:)
sobota, 14 listopada 2015
Trzeci rok z czytnikiem
Mija dziś. Wypadałoby, podobnie jak w dwóch poprzednich rocznicowych wpisach (pierwszy i drugi), przedstawić statystyki dotyczące udziału e-booków w ogólnym rocznym czytelnictwie. Tyle że, całkiem niespodziewanie, nastąpiło totalne odwrócenie porządków i proporcji. W ciągu roku, jaki upłynął od poprzedniego podsumowania, przeczytałam jedynie 21 książek papierowych, w samym 2015 - 18:

Paskudna historia

Pół świata

Rozłąka

Jezioro Tajemnic

Pół króla

Czarne Światła. Łzy Mai

Kolekcjoner skór

Kolonia

Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

Widmopis

Smoki na zamku Ukruszon

Uczeń skrytobójcy

Ogród z brązu

Winni 2

Winni 3

Zadziwiający Maurycy

Czas honoru 1 i Czas honoru 2

Z jednym wyjątkiem - Gwiazdkowego Pratchetta -  były to książki otrzymane do recenzji (gwoli całkowitej precyzji, Pół króla i Pół świata to egzemplarze patronackie z puli Fahrenheita), więc z własnych zasobów czytałam w 2015 w zasadzie wyłącznie e-booki. W okresie od 14 listopada 2014 do dziś przeczytałam łącznie 76 książek (mniej więcej). Tym samym udział papieru zmalał do ok. 1/4, dokładnie wyniósł 27,6 %.

Doszło do tego, że nie przeczytałam do tej pory kupionego w lutym Macleoda z UW, bo jest za ciężki i ma za małą czcionkę. Przed kupnem e-booka powstrzymują mnie w tym wypadku ocalałe resztki zdrowego rozsądku. A do papieru przymusza mnie aktualnie w zasadzie głównie recenzencki obowiązek. Sama nie wiem, jak mam to skomentować i zinterpretować:)

Tradycyjnie zapytam: ktoś zaczął niedawno przygodę z e-czytelnictwem lub kontynuuje ją od jakiegoś czasu? Jaki czytnik? Jakieś wrażenia i refleksje? Czy tylko u mnie ekspansja e-booków jest tak dynamiczna i wynika z mojego wygodnictwa, czy może to powszechniejsze zjawisko?

P.S. Miały być dzisiaj zaległe recenzje, ale po przeczytaniu porannych wiadomości nie byłam w stanie skupić się na niczym wymagającym.
sobota, 10 października 2015
Są nowe Akta Dresdena!
Dziś tylko krótki, entuzjastyczny przerywnik z cyklu: Z pamiętnika książkoholika. Bo muszę napisać trudną, przedpremierową recenzję z Wróżenia z wnętrzności Wita Szostaka, niezwykłej powieści, o której myślę już niemal tydzień, i ciągle nie wiem, czy jestem gotowa ubrać rezultat tych przemyśleń w adekwatne słowa.

A zatem. Harry Dresden, jedyny  mag występujący oficjalnie w książce telefonicznej miasta Chicago, powrócił z kolejnymi przygodami w polskim przekładzie. W środę miała miejsce długo oczekiwana premiera piątego i szóstego tomu cyklu - Śmiertelnych masek oraz Krwawych rytuałów. Jim Butcher, autor cyklu Akta Dresdena, był jednym z pionierów tej odmiany literatury, tj. miksu urban fantasy z kryminałem spod znaku noir. Jednym z jego licznych obecnie aktywnych epigonów jest np. Ben Aaronovitch (który moim skromnym zdaniem nie jest godzien wiązać Butcherowi rzemyka u sandałów:). A Butcher wciąż publikuje kolejne tomy swojej serii, i stale zbierają one wysokie czytelnicze oceny. Nie ma w tym nic dziwnego, nie czytałam bowiem do tej pory żadnego poza Aktami Dresdena cyklu urban fantasy, który po kilku (góra 4) tomach nie wpadłby w pułapkę powtarzalności. Nie wspominając już o tych, które są wtórne od samego początku. A Butcher w każdej odsłonie, kontynuując zapoczątkowane wcześniej wątki fabularne, pokazuje zupełnie nowe aspekty swojego magicznego świata i NAPRAWDĘ każdy kolejny tom jest lepszy od poprzedniego.
Dlatego serdecznie zachęcam do zapoznania się z tą serią. Jest na to teraz bardzo dobra okazja, bo z uwagi na długą (ponad dwuletnią) przerwę w publikacji wydawca, czyli MAG, z premierą nowych tomów połączył wznowienie poprzednich, w tym także w formie e-booków. Można też kupić całość w formie papierowej w atrakcyjnym cenowo pakiecie.
 Dla zainteresowanych, moje recenzje czterech pierwszych tomów:
Front burzowy
Pełnia księżyca
Śmiertelna groźba
Rycerz Lata
Pięć pierwszych tomów cyklu przetłumaczył znany i lubiany (jak również wybitny w swoim fachu) Piotr W. Cholewa. Tom szósty to translatorskie dzieło kolejnego z moich ulubionych magów przekładu - Wojciecha Szypuły.
Wydawca wstępnie zapowiada na początek przyszłego roku dwa kolejne tomy i ogólne przyspieszenie w wydawaniu serii. Tak że - bierzcie i bawcie się równie znakomicie jak ja, bo Harry Dresden to naprawdę sympatyczny facet:)
sobota, 28 lutego 2015
Przepraszam, ale mnie wciągnęło:)
Na pewno zastanawiacie się, czemu nie ma nowych wpisów o książkach (akurat ktoś się zastanawia, jak nikt tego nie czyta:). Przyczyna jest prozaiczna - pochłonął mnie cykl, składający się z trzech tomów, a każdy kolejny jest grubszy od poprzedniego. Jest to dość stary cykl z gatunku w miarę klasycznej fantasy - Skrytobójca Robin Hobb. Całkiem niedawno po raz kolejny wznowiło go po polsku nieocenione wydawnictwo MAG, a ja pomyślałam, że skoro akurat po dłuższej przerwie odczuwam głód fantasy, to świetnie się składa, bo już od dłuższego czasu miałam zamiar poznajomić się z autorką. Pierwszy tom, Uczeń skrytobójcy, zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Choć bowiem zdaje się operować na do reszty już dziś zajechanych gatunkowych kliszach (książęcy bękart o wyjątkowych zdolnościach musi przetrwać na pełnym intryg królewskim dworze - no, błagam!), oferuje o wiele więcej. Przede wszystkim przejmująco realistyczną warstwę psychologiczną i ciekawie ewoluujące postaci. Istotną rolę w powieści odgrywają również zwierzęta, z którymi głównego bohatera łączy szczególna, cenna, ale i bolesna więź. Przede wszystkim jednak jest to historia o samotnym sześciolatku, a później dorastającym chłopaku, który rozpaczliwie pragnie gdzieś przynależeć i być akceptowany. Obszerniej swoje wrażenia z lektury pierwszego tomu opisałam tutaj.

Ta niby to schematyczna historia - nieoczekiwanie dla mnie samej - wciągnęła mnie ze skarpetkami, także za sprawą płynnego stylu autorki, który czynił z lektury prawdziwą przyjemność. Było więc zupełnie naturalne, że po zakończeniu pierwszego tomu chwyciłam za drugi, czyli Królewskiego skrytobójcę. Tutaj jest w pewnym sensie jeszcze ciekawiej, bo Bastard (imię głównego protagonisty) nagle zaczyna pragnąć wiecznie nienawidzonej samotności, a utkana misternie przez lata pajęczyna kłamstw uniemożliwia mu odnalezienie prawdziwego szczęścia u boku ukochanej. Jest to również opowieść o cenie lojalności - w imię złożonej swojemu królewskiemu dziadkowi przysięgi chłopak musi zrezygnować w zasadzie ze wszystkiego i podejmować działania niezgodne z własnymi przekonaniami.  Ten klincz autorka odmalowuje tak sugestywnie, że po prostu nie sposób się oderwać. Znacie na pewno przymus dotykania językiem bolącego zęba. Lektura drugiego tomu to coś w tym rodzaju, tylko że z trzonowcem.

Czytanie cyklu zakończonego ma tę zaletę, że nie trzeba czekać latami na dalszy ciąg. Tak, już wiecie, co zamierzam czytać w najbliższym czasie. Ostatni tom trylogii, czyli Wyprawę skrytobójcy (jedyne 995 stron). Co oznacza, że wpisów książkowych w dającej się przewidzieć przyszłości także nie będzie. Wszyscy jednak znamy radość obcowania z dobrym cyklem, więc mam nadzieję, że okażecie zrozumienie:)
P.S. Próbuję ustawić czcionkę na Palatino Linotype, ale edytor bloxa stawia zdecydowany opór. Czy ktoś wie, dlaczego i co zrobić, żeby przestał?:) W ogóle blox dziś świruje.

sobota, 15 listopada 2014
Drugi rok z czytnikiem
Minął wczoraj. W ciągu tego roku zakupiliśmy dwa kolejne czytniki dla pozostałych domowników, coby sobie jednego nie wyrywać:) W każdym razie ten rok był mocno odmienny od poprzedniego [w nawiasach kwadratowych podawać będę rezultaty zeszłoroczne]. Przeczytałam o wiele więcej e-booków -  37 [19], gdy wszystkich książek było 79 [82]. O ile w pierwszym roku udział e-booków kształtował się na poziomie ok. 1/4, to w tym zbliżał się do połowy. Przyczyniła się do tego przede wszystkim mniejsza ilość pozycji do recenzji w drugim półroczu, miałam więcej czasu na własne lektury. Od listopada 2013 do listopada 2014 kupiłam 6 [4] książek papierowych. Od stycznia kupiłam 16 [34] e-booków i 2 [0] pakiety Bookrage (miejski i esejów o kulturze). Wykazałam więc godną pochwały powściągliwością zakupową. Najtańszy tegoroczny e-book kosztował 6 zł [1 zł], najdroższy - 29,90 [25,10].
W dalszym ciągu doceniam wszystkie zalety czytnika, o których wspominałam w poprzednim wpisie:)
Zobaczymy, czy tendencja wzrostowa e-czytelnictwa się utrzyma. Ktoś z was rozpoczął w ciągu ostatniego roku przygodę z książką elektroniczną? Jaki czytnik? Jak wrażenia?
sobota, 25 października 2014
Czarne miasto, czyli ostatni weekend z Erastem Pietrowiczem
Właśnie zaraz się zacznie:) Trudno mi wyobrazić sobie lepsze "zaoczne" celebrowanie trwających właśnie Targów Książki w Krakowie niż pochłanianie ostatniego tomu cyklu Akunina. Czytnik już naładowany, a teraz jeszcze tylko spełnię swoja recenzencką powinność (co trochę mi zajmie, bo Echopraksja Wattsa to powieść, którą układam sobie w głowie już trzeci dzień) i oddalam się w kierunku czytelniczej orgii. Co tam, że poprzedni tom, czyli Świat jest teatrem, mocno mnie rozczarował. Wierzę, że Akunin godnie zakończy swój sztandarowy projekt.
Kiedy ostatnio baliście się otworzyć książkę jednego ze swoich ulubieńców i jaka to była?

środa, 01 października 2014
Wiedźmin kapeku powrócił!
Mam już na czytniku nowego Szackiego, 769 stron według Calibre. I tak się zastanawiam, czy przerwać Wołanie kukułki, czy odroczyć sobie przyjemność, skoro to ostatni Szacki i ostatni kryminał Miłoszewskiego?

Mały update 4.10.14 (nie piszę, bo czytam:) - stan na 60% tekstu: zdecydowanie są szanse na najlepszy tom o Szackim:) Trochę drżę o zakończenie.
P.S. Kogo ja oszukuję?:D
P.S. 2 Po raz kolejny e-booki górą!
P.S. 3 A do kupienia w Sępiku epub i mobi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka