Wpisy z tagiem: kryminał

sobota, 22 września 2018
Bo zakochali się (Pokochać noc, Dennis Lehane)
Uwielbiam Lehane’a i sama nie wiem, czemu zaufałam mieszanym recenzjom i ocenie mojego taty, odkładając tak długo lekturę Pokochać noc. Pewnie przede wszystkim dlatego, że byłam trochę zawiedziona Brudnym szmalem, który więcej obiecywał, niż ostatecznie dał. Ale tutaj Lehane wraca do swoich najlepszych tradycji – do mieszania historii obyczajowej z intrygą kryminalną, tym razem w stylu heist movie. A wszystko to oprawia w ramy absolutnie niezwykłego uczucia między Rachel a Brianem. Ona – niegdyś gwiazda bostońskiego dziennikarstwa, rozpaczliwie poszukująca nieznanego sobie ojca po śmierci toksycznej i zaborczej matki psycholożki. Trafia do jego biura całkowitym przypadkiem, a on – początkujący detektyw – nie chce przyjąć jej zlecenia i przestrzega przed innymi naciągaczami. Choć ojca klientki znaleźć się nie udaje, ścieżki Rachel i Briana przecinają się jeszcze wielokrotnie. Brzmi jak stara dobra zagrywka z Chandlera, prawda?
Ale nic tutaj nie jest takim, jakim się początkowo wydaje. Tym bardziej, że w tle brzmi fatalistyczny szlagier o niszczącym uczuciu, Since I fell for you Lenny’ego  Welcha. Ta wielokrotnie przerabiana przez innych twórców piosenka jest też parafrazowana w oryginalnym tytule powieści Since we fell i stanowi klucz do fabuły. Kto szuka thrillera trzymającego w napięciu od pierwszych stron, ten rzeczywiście będzie zawiedziony. Niemal połowa Pokochać noc to powieść obyczajowa, skoncentrowana na biografii Rachel Childs, w której były dwa punkty przełomowe – śmierć matki i trzęsienie ziemi na Haiti. Skończyło się ostrą agorafobią, choć autor do ostatnich stron nie ujawnia czytelnikowi całej prawdy o przyczynach załamania bohaterki. Nie jest ona zresztą potrzebna. Wystarczy wiedza, że gdyby nie Brian Delacroix, który zajmował się nią przez dwa lata, kobieta niegdyś brylująca przed telewizyjnymi kamerami i na bostońskich salonach mogłaby już nigdy nie wyjść z domu.
A jednak Brian, choć uroczy, zabawny i troskliwy, oddany i niewątpliwie zakochany, coś ukrywa. I nie są to drobiazgi. W zasadzie Rachel powierzyła swoje życie osobie, której wcale nie znała, a gdy się o tym przekona, nie będzie miała czasu na przemyślenia i rozdzieranie szat, bo wydarzenia ruszą z kopyta.  Pokochać noc to unikalna, emocjonująca międzygatunkowa rozrywka, od której naprawdę trudno się oderwać. Autor prowadzi nas na manowce z właściwym sobie wdziękiem, co i raz zmuszając do przecierania oczu ze zdumienia. Polecam, z minimalnymi zastrzeżeniami co do finału, który jednak mieści się w ramach konwencji. Nie jest to konwencja klasycznego kryminału ani thrillera, żeby nie było niedomówień.
sobota, 18 sierpnia 2018
Szczupaczyńska lekko słabuje (Maryla Szymiczkowa, Seans w Domu Egipskim)
Jestem fanką cyklu o krakowskiej profesorowej i trzeciego tomu jej przygód wyglądałam od pierwszych zapowiedzi, a postanowiłam przeczytać na pociechę po urlopie. Poszło szybko i nie było nieprzyjemnie. Wszystkie elementy na swoim miejscu: klasyczna "zagadka zamkniętego pokoju", poszlaki obciążające praktycznie wszystkich podejrzanych i autentyczne zaskoczenie osobą oraz motywacją sprawcy. Do tego opis świątecznych przygotowań, krakowskiej szopki, a nade wszystko walki starego z nowym, czyli pozytywizmu z młodopolską dekadencją. Symbolami tej ostatniej są tytułowy seans oraz jeden z podejrzanych - Stanisław Przybyszewski, z lubością budujący swój mit Szatana i przyjmujący hołdy zapatrzonej w niego zgrai aspirujących artystów oraz społecznych wyrzutków. A jako wisienka na torcie modus operandi sprawcy - trucizna w kieliszku z absyntem. Wszystko pasuje: stara receptura, nowe dodatki, zgrabnie skrojone rozwiązanie zagadki.
A jednak - nie porwała mnie najnowsza koprodukcja Tarczyńskiego i Dehnela. Z całego cyklu tę odsłonę - mimo naprawdę ciekawego finału intrygi - oceniam najsłabiej.
Powodów jest kilka, ale pierwszy i chyba jeden z istotniejszych wyłożyli sami autorzy w otwarciu jednego z rozdziałów:

Jadąc spod Paonu do Pszornów, Zofia myślała o sprawie Beringera. Nie, nie o tym, kto go zabił, ani o tym, ile czasu jej zostało przed oficjalnym wszczęciem śledztwa – ale o tym, jak niewiele jej poszukiwania różnią się od zwykłych, monotonnych zajęć żony profesora uniwersytetu. Cóż bowiem robi innego niż kiedyś? Odwiedza kolejne mieszkania, hotele, kawiarnie, prowadząc z członkami krakowskiej socjety długie i do niczego, jak dotąd, nieprowadzące rozmowy. Tu złoży kondolencje, tam puści w obieg plotkę, jeszcze gdzie indziej naciągnie kogoś na zwierzenia, wszędzie wypijając herbatę czy kawę, pogryzając ciastka i pomadki. Jakże różniło się to od zwiedzania podłych nor na Dębnikach czy telepania się pociągiem do Bochni!

Jest mocno monotonnie, po prostu. Szczupaczyńska odhacza kolejnych podejrzanych na liście i jakoś brak w tym nerwu, który przykuwałby do kolejnych stron. Dodatkowo nie przepadam za Młodą Polską, a choć Przybyszewski przemawia cytatami z samego siebie, to same opisy środowiska, może z uwagi na niechęć profesorowej do jego przedstawicieli, też są mocno przerysowane. Jak na moją tolerancję - za mocno. Nie było źle, jednak dotąd bywało zdecydowanie lepiej. Nie odradzam, ale trzymam kciuki za powrót pani Szymiczkowej do dawnej formy, bo mimo wszystko chętnie poczytałabym kontynuację, o ile będzie na nią sensowny pomysł.
sobota, 28 lipca 2018
Lato z kryminałem 2018 (2): Dziewczyna we mgle, Sprawa Ewy Moreno i Ślad na piasku
Donato Carrisi Dziewczyna we mgle to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść tego autora i od razu warta polecenia. Nie mogę nie polecić autora, który tak zgrabnie wodził mnie za nos, że od początku do końca nie przejrzałam jego gry przed tym momentem, w którym zdecydował się pokazać kluczowe karty. Dodatkowym, bardzo interesującym i oryginalnym elementem, jest ukazanie śledztwa nie jako poszukiwania prawdy o zdarzeniu (w tym przypadku porwaniu nastolatki), ale jako rozgrywki, w której wygrywa strona jako pierwsza sprzedająca najlepszą marketingowo wersję mediom. Autor zadbał, żebyśmy pogardzali śledczym, który konsekwentnie przedstawiany jest jako grający wyłącznie na siebie i niezainteresowany losem ofiary, a tym bardziej ustaleniem tożsamości faktycznego sprawcy. Automatycznie nasza sympatia jest po stronie podejrzanego, poczciwego nauczyciela literatury, którego ze sprawą nie łączy nic poza zbiorem słabiutkich poszlak. Prawda jednak jest o wiele bardziej skomplikowana. Świetna lektura, choć po jej zakończeniu, z perspektywy całości, przychodzą refleksje o naciąganych czy wręcz zbędnych elementach intrygi. Dlatego - nie arcydzieło, ale naprawdę dobry, zgrabnie przemyślany i przewrotny kryminał. Na pewno sięgnę po inne książki tego autora.

Hakan Nesser Sprawa Ewy Moreno - na lato zawsze zachowuję sobie kolejny tom cyklu o policjantach z Maardam. W tym jest upalnie i urlopowo, a inspektor Moreno łączy wakacyjny wyjazd z nowym partnerem z próbą rozwikłania zagadki zaginięcia dziewczyny, którą przypadkowo poznała w pociągu. Zniknięcie osiemnastolatki okazuje się mieć związek z mrocznymi wydarzeniami z przeszłości jej rodziny, które, trzeba trafu, są w uzdrowiskowej miejscowości swoistą legendą. Wątek współczesny przeplata się z retrospekcjami, które mają wyjaśnić, co się wtedy faktycznie zdarzyło. Nesser jak zawsze buduje niezłą atmosferę, sprawnie żongluje wątkami i dobrze kontroluje opowieść, uzupełniając ją o prywatne dylematy bohaterki. Moreno jest po trzydziestce, jeden jej długoletni związek się rozpadł, a z najnowszego również nie jest zadowolona, choć nie potrafi dokładnie sprecyzować, dlaczego. Usiłuje przekonać samą siebie, że marzy o stabilizacji i założeniu rodziny, ale nie idzie jej ta autoperswazja. Dodatkowo policyjny informator mówi jej, że wśród jej kolegów z posterunku jest pedofil. Niezbyt wakacyjny miks, prawda? Niby zatem wszystko jest na miejscu, ale ostateczne wyjaśnienie historii jest tym razem trochę za mocno naciągane jak na mój gust. Zatem ogólnie nieźle, ale na tle cyklu co najwyżej średnio.

Andrea Camilleri Ślad na piasku - podobnie racjonuję sobie po jednym tomie rocznie śledztwa komisarza Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. I w tym roku trafiło mi się słabsze, niestety. Nie przepadam za tomami, w których główną fabularną atrakcją jest kolejne zauroczenie Salvo piękną kobietą. W tym przypadku jest to amazonka, a oś intrygi stanowi uprowadzenie i torturowanie konia, który ucieka prześladowcom i pada akurat na plaży pod domem komisarza. A potem jego ciało znika. Kto i po co zabrał martwe zwierzę? Wszystko się oczywiście wyjaśnia, ale, jak wspominałam, intryga nie jest najlepszą w dorobku autora. Z trzech opisanych pozycji ta była zdecydowanie największym rozczarowaniem.
sobota, 16 czerwca 2018
Lato z kryminałem 2018 (1): Motywy osobiste i Kartoteka 64
Jako że upały są z nami już od dawna, czas zainaugurować tegoroczne Lato z kryminałem. W pierwszym zestawie dosyć zróżnicowane pozycje.

Motywy osobiste to kolejna odsłona cyklu o Nastii Kamieńskiej, w której, po przejściu na emeryturę, bohaterka odkrywa, że poza pracą także istnieje życie. Swoją drogą, nieustannie mnie śmieszy, że Kamieńska, mając lat 49, postrzega siebie jako staruszkę. Ciekawe, ile w tym przeniesienia osobistych odczuć i problemów autorki. Ale wracając do naszych baranów - tym razem Nastia ma wyjaśnić zagadkę zabójstwa staruszka, który i tak był już terminalnie chory i zostało mu bardzo niewiele życia. Śledczy uznali, że sprawcą był włamywacz i szukaj wiatru w polu, ale to nie przekonuje córki zmarłego, która zleca agencji detektywistycznej Stasowa przeprowadzenie dochodzenia. A że tak się dogodnie składa, iż zdarzenie miało miejsce w nadmorskim kurorcie, zaś dochodzenie ma być prowadzone w okresie, gdy przypadają w niedługim odstępie czasu dwa święta państwowe i sporo dni wolnych, Kamieńska postanawia zabrać ze sobą męża i połączyć dochodzenie z wakacjami.
I w tym miejscu szczerze przyznam, że wątek relacji Kamieńskiej z Czistiakowem, ich wspólnej pracy, a przede wszystkim pierwszego od bardzo dawna wspólnego urlopu, był dla mnie najciekawszą częścią powieści. Jasne, intryga, jak zawsze u tej autorki, jest drobiazgowo przemyślana. Jak często u niej bywa, przyczyna zabójstwa kryje się w odległej przeszłości, a samo odkrycie tożsamości zabójcy ma podrzędne znaczenie, ważniejsze są historie i motywacje poszczególnych bohaterów (stąd zresztą tytuł). Jeśli kogoś nie nęci pogłębiona warstwa obyczajowa, to uczciwie ostrzegam - dostajemy tym razem głównie ten element, intryga kryminalna raczej się snuje niż rozwija, i to zdecydowanie w tle. Mnie to nie przeszkadzało, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czytelnika sięgającego po ten tom z gatunkowym nastawieniem lektura nieźle wymęczy.

Kartoteka 64 to czwarta część serii Adlera-Olsena o Departamencie Q, w której ponownie spotykamy się z wiecznie niezadowolonym Carlem Morckiem i jego tajemniczym asystentem Hasanem al-Assadem, specjalizującymi się w wyjaśnianiu dawno porzuconych spraw. Tym razem zajmą się serią skumulowanych w czasie zagadkowych zaginięć sprzed ćwierćwiecza i szukając wspólnego punktu między ofiarami, trafią prosto w wyjątkowo mocno cuchnące nazistowską ideologią bagno, w którym unurzane były także instytucje duńskiego państwa. Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Zresztą, również w poprzednich częściach pomysły były zdecydowanie najmocniejszą stroną autora, z wykonaniem bywało już rozmaicie. Niestety, tym razem realizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie wystarczy, jak się okazuje, wziąć na warsztat gorącego tematu, dorzucić tajnej organizacji skupiającej funkcjonariuszy państwowych rozmaitego autoramentu, a modus operandi mszczącej się ofiary pożyczyć od Agathy Christie, żeby wszystko zagrało, jak należy. Może nie byłoby jeszcze tak kiepsko, gdyby główny zły nie okazał się tak groteskową postacią, a w szpary kryminalno-politycznej intrygi Adler-Olsen, w rozpaczliwej próbie wprowadzenia wątku realistyczno-humorystycznego, nie powtykał naturalistycznych do granic dobrego smaku, a czasem i poza nie, opisów epidemii grypy na komendzie. Dla mnie gwoździem do trumny tej pozycji okazało się fatalne tłumaczenie - tłumaczka jest ta sama od początku, więc nie wiem, co się wydarzyło. Czy zmienił się redaktor, czy korektor, czy może ktoś przez pomyłkę puścił do druku tłumaczenie w surowej wersji? Nie mam, niestety, możliwości, żeby to prześledzić, bo poprzednich części wyzbyłam się bez większego żalu. Czytałam e-booka, a zaznaczenia na czytniku kompletnie mnie nie przekonują, zatem nie mam przykładów, ale w tekście po prostu roi się od stylistycznych nieporadności, które częstokroć nie mają nic wspólnego z polską składnią i sprawiają wrażenie, że tłumaczył translator. Z wszystkich wymienionych powodów - zdecydowanie nie polecam.
niedziela, 06 maja 2018
Lektury majówkowe (J. D. Barker, Czwarta małpa i R. Harris, Monachium)
Przed majówką skończyłam Sendlerową. W ukryciu Anny Bikont, ale o niej będzie osobno. Dziś o dwóch lżejszych lekturach.

Po Czwartą małpę sama bym na pewno nie sięgnęła, poleciła mi ją przyjaciółka. Powieść J.D. Barkera okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałam po obciążającej psychicznie książce Bikont i dłuższym okresie ciężkiej pracy. Page-turner w pełnym znaczeniu tego słowa. Dawno nie czytałam książki, której po prostu nie da się odłożyć, bo każdy kolejny rozdział zmusza do przeczytania następnego. I nawet końcówka nie jest żenująca! Temat dość klasyczny - śledczy od pięciu lat bezskutecznie tropi seryjnego zabójcę, który więzi i okalecza swoje ofiary, nawiązując do trzech mądrych małp - nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego. A sam wierzy w istnienie tytułowej czwartej małpy i w to, że swoimi działaniami wymierza sprawiedliwość. Bieżące wydarzenia przeplatane są fragmentami pamiętnika opisującego dzieciństwo zabójcy. O tym, że autor dobrze wyczuł i zrealizował konwencję, najlepiej świadczy, że nawet tak marudny czytelnik jak ja dał mu się wciągnąć w opowieść na tyle mocno, że nie znalazł nawet chwili, by spojrzeć na fabułę z zewnątrz i zauważyć jej w sumie dość przewidywalne z perspektywy całości utworu pułapki. Jeśli zatem szukacie relaksu przy dynamicznym kryminale, ta pozycja będzie idealnym wyborem. Ostatni raz książka z tego gatunku wciągnęła mnie tak bardzo jakieś 1,5 roku temu i było to Raz na zawsze Andreasa Pflügera. Niestety, tam finisz okazał się rozczarowaniem.

Monachium Roberta Harrisa również czytało się bardzo płynnie, ale całościowo powieść do pewnego stopnia mnie zawiodła. Za dużo tam raportowej faktografii, a za mało fabularnego mięsa. Harris opisuje okoliczności, w jakich doszło do zawarcia układu monachijskiego, porozumienia, na mocy którego, za oddanie Rzeszy sporego kawałka Czechosłowacji, Wielka Brytania i Francja kupiły dodatkowe 11 miesięcy pokoju. Czytelnik postrzega wydarzenia z perspektywy dwójki przyjaciół, Brytyjczyka i Niemca, którzy wspólnie studiowali w Oksfordzie, a teraz pracują w dyplomacji swoich państw. Przestali utrzymywać kontakt po tym, jak sześć lat wcześniej wybrali się razem na wakacje i trafili m.in. do Monachium, pod dom Hitlera, gdzie doszło do wydarzeń, które ich poróżniły. Co takiego zaszło między niegdysiejszymi przyjaciółmi? Harris niemal do końca trzyma to w tajemnicy, ale ostateczne wyjaśnienie nie kompensuje detalicznie dokumentalnego tonu reszty opowieści. Żeby była jasność - dzięki lekkiemu pióru autora przez tekst po prostu się mknie, ale dodatkowe wątki, które mają utrzymać zainteresowanie czytelnika (bo finał prac nad porozumieniem jest wszak z góry znany), są po prostu zbyt wątłe, a ich bohaterowie zbyt bezbarwni. Nie mogę zatem polecić z czystym sumieniem.
niedziela, 22 kwietnia 2018
Jak wam się nie podoba, to windą do nieba (Jo Nesbo, Macbeth)
Ponoć Jo Nesbo zgodził się na udział w Projekcie Szekspir tylko pod warunkiem, że przypadnie mu właśnie Makbet. Jest to moja pierwsza powieść z projektu, choć mam w planach jeszcze co najmniej Otella (Ten nowy Tracy Chevalier) i Burzę (Czarci pomiot Margaret Atwood). Oraz, rzecz jasna, Hamleta Gillian Flynn, jak tylko się ukaże. Tymczasem nie mam więc jeszcze pojęcia, jak z zadaniem przeszczepienia prac wielkiego klasyka na współczesny grunt poradzili sobie inni pisarze. Ale co do rezultatu starań Norwega uczucia mam, niestety, mocno mieszane.
Makbet nie jest sztuką łatwą, jako opowieść o żądzy władzy, sile miłości, szaleństwie, magii i przeznaczeniu. Niezwykły, unikalny wręcz miks wątków rodem z antycznej tragedii i ludowych podań. To, co składa się na jego wielkość, wszelkie próby reinterpretacji czyni niesamowicie ryzykownymi. Nesbo zdecydował się zrobić z tego wielowarstwowego materiału kryminał noir osadzony w niezidentyfikowanym mieście na amerykańskim wybrzeżu, a bohatera tytułowego uczynić funkcjonariuszem policyjnej jednostki specjalnej. Pod wpływem swojej ukochanej, Lady, właścicielki kasyna borykającej się z traumą dzieciobójstwa, młody człowiek, były wychowanek sierocińca i niebiorący od lat narkoman, zaczyna piąć się po szczeblach kariery, a każdy kolejny awans to trupy, w tym także ludzi mu najbliższych. Widać, że od pomysłu przedstawionego na spotkaniu we Wrocławiu dwa lata temu fabuła powieści jeszcze ewoluowała, bo początkowo na przykład trzy wiedźmy miały być trzema bossami narkotykowymi, a ostatecznie stały się jedynie wytwórczyniami silnie uzależniającego narkotyku, znanego jako wywar.
Czyta się Macbetha bardzo dobrze, bo jest w tej nowej fabule, na wielu poziomach podejmującej mimo wszystko udany dialog z oryginałem, ten sam magnetyczny pierwiastek, co w opowieści człowieka ze Stanfordu. Szaleństwo zarówno Macbetha, jak i Lady, dostaje przekonującą podbudowę. Także pozostałe postaci, nawet te poboczne, mają spójne motywacje i żywe charaktery. Są ludzkie, trudno nimi bezwarunkowo pogardzać jedynie dlatego, że okazują słabości rozmaitego rodzaju. Ale jednak magia nie działa na tyle mocno, żeby stos trupów dogodnie padających pod stopy bohatera i fura bezczelnych egzekucji w biały dzień, w tym takich na dzieciach i nawet niemowlętach, nie zaczęły w pewnym momencie wyglądać absurdalnie. Miasto przecież nie istnieje w próżni, a fakt, że od dawna zżerała je korupcja, nie oznacza jeszcze, że wszyscy grzecznie łykną ostrzelanie wiejskiego domu z działek bojowych, bo ukrywał się tam rzekomy zdrajca. Nowy komendant obejmuje urząd i nagle wszystkie próby zatrzymania kończą się śmiercią podejrzanych. Każdy siedzi u kogoś w kieszeni. Nikomu nie można zaufać, a już najmniej własnemu umysłowi. Jak to w kryminale noir, ale w tym wypadku wyznaczniki konwencji wyostrzone są daleko poza granice absurdu.
W teorii wszystko zgadza się z oryginalną fabułą i z genialnym podsumowaniem autorstwa Stanisława Barańczaka, tj.:
Szkot: bestia bitna.
Żona: ambitna.
Ręce umywa. Ma gdzieś.
Bór: marsz na mur! Finał: rzeź.

W praktyce rzeźnia zaczyna się za wcześnie, a choć są momenty czy rozwiązania znakomite, to jednak całość wydaje się przeszarżowana. Nie polecam, nie odradzam, nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Ale oczekiwania miałam sporo większe.
sobota, 24 marca 2018
Jeden Rhyme na trzy lata to optimum (Jeffery Deaver, Pocałunek stali)
Tak, znowu to zrobiłam. I nie mam poczucia straconego czasu. Nie jestem też nawet specjalnie zirytowana, bo już dobrych klika lat temu pogodziłam się z tym, że Deaver przestał być ambitnym pisarzem kryminałów, a stał się sprawnym rzemieślnikiem, regularnie dostarczającym sporemu gronu odbiorców towar o oczekiwanych przez nich parametrach. Powiem więcej - trzy lata, które minęły od polskiego wydania poprzedniego (jedenastego) odcinka przygód byłej modelki Amelii Sachs i sparaliżowanego kryminalistyka - okazały się interwałem idealnym. Nie pamiętałam już niedostatków tomu poprzedniego, a nawet krótki program obowiązkowy (pozorne bądź rzeczywiste zagrożenie życia głównych bohaterów, choć z góry wiadomo, że nie może im się stać nic poważnego), grany po takiej przerwie, aż tak nie raził.
Przy czym muszę oddać autorowi, że stałe fragmenty gry w Pocałunku stali ograniczył do naprawdę niezbędnego minimum. Dążył za to w zamian - a przynajmniej przez niemal połowę powieści udało mu się sprawiać takie wrażenie tak udatnie, że nawet ja uwierzyłam - do czegoś w rodzaju nowego otwarcia. Chyba sam już zaczął się troszkę dusić w stworzonej przez siebie klatce dowodów fizycznych, białych tablic, chodzenia po siatce i szumu spektrometru z chromatografem. W rezultacie punkt wyjścia mamy taki, że Lincoln Rhyme już nie pracuje dla policji. Dlaczego odszedł z funkcji konsultanta, tego się zbyt szybko nie dowiemy. W każdym razie - na prośbę swojej narzeczonej - nasz bohater zgadza się pomóc przy formułowaniu roszczeń w sprawie cywilnej, w której powódką ma być wdowa po mężczyźnie zabitym w wyniku awarii ruchomych schodów w centrum handlowym. Po latach śledztw kryminalnych kulisy odpowiedzialności cywilnej za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny mają w sobie niewątpliwie coś świeżego, zwłaszcza dla czytelników niebędących prawnikami.
Do tego dochodzą prywatne sprawy Sachs - choroba matki oraz niespodziewane przedterminowe zwolnienie jej byłego partnera, Nicka Carelliego. Były policjant, po wyroku za korupcję i napaść z bronią w ręku, przekonuje Amelię, że był niewinny, a przyznał się tylko po to, by ratować życie brata, który nie przetrwałby w więzieniu. Kobieta zaczyna wspominać ich związek, nie odmawia Nickowi pomocy w oczyszczeniu dobrego imienia. Jednocześnie zataja sprawę przed Lincolnem.
Młody Pulaski realizuje jakąś zagadkową operację pod przykryciem na własną rękę. Rhyme ma nową asystentkę, swoją studentkę, podobnie jak on niepełnosprawną, choć dopiero uczącą się życia tetraplegika. Słowem, jest ciekawie, a przecież jeszcze nawet nie wspomniałam o mordercy! Który oczywiście być musi, a dodatkowo musi posługiwać się bronią niebanalną i na czasie. Tym razem będą to inteligentne sprzęty, czyli tak zwany "Internet rzeczy".
I choć około połowy powieść wraca w znane z reszty cyklu utarte koleiny, muszę przyznać, że czytało mi się ją bardzo przyjemnie, błyskawicznie i z autentycznym zainteresowaniem. Dopiero pod koniec parę drobiazgów zazgrzytało, a raz autor posłużył się naprawdę nieuczciwą wobec czytelnika zagrywką. Natomiast jeden ważny twist miał w sobie sporo elegancji i klasy jego pierwszych, najlepszych powieści. Generalnie - stany średnie Deavera, z maleńkim plusem za próby regeneracji schematu.
wtorek, 06 lutego 2018
Czy tańczyłeś kiedyś z psychopatą przy dźwiękach Mahlera? (Bernard Minier, Noc)
W zeszłym tygodniu ostrzegałam przed najnowszymi przygodami komendanta Martina Servaza, dziś ostrzeżenie ponawiam w szerszej formie na łamach Fahrenheita. Chętnych zapraszam do lektury tekstu, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: Co tu się odbyło? Bo nie wypadało zatytułować recenzji WTF:D
poniedziałek, 29 stycznia 2018
O Cieniach Wojciecha Chmielarza dla naekranie.pl
W tym tygodniu książkę recenzowałam na łamach portalu naekranie.pl. Kto ciekaw moich wrażeń z najnowszej odsłony przygód Jakuba Mortki, tego zapraszam tutaj. Gdyby recenzja miała tytuł, brzmiałby: Kiedy system zawodzi. Muszę przyznać, że jestem z tego tekstu całkiem zadowolona, co nie zdarza mi się często.
P.S. Darujcie sobie za to najnowszego Miniera. Absolutnie do dupy.
sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka