Wpisy z tagiem: w lengłydżu

sobota, 03 listopada 2018
Kiedy mięso się buntuje (Peter Watts, Poklatkowa rewolucja)

Mało która książka, jaką przeczytałam, była dla mnie tak rozwijająca poznawczo, jak Ślepowidzenie. Nie łudzę się, że je w pełni zrozumiałam, bo, powiedzmy sobie szczerze, w porównaniu z Peterem Wattsem, Kanadyjczykiem z magisterką z nauk ścisłych i doktoratem z zoologii, zdecydowana większość populacji to półgłówki. Ja na pewno tak się czuję w obliczu jego wiedzy. Ale to zarazem taki autor, który nie każe czytelnikowi wstydzić się jego własnych ograniczeń – przeciwnie, prowadzi go cierpliwie za rączkę przez meandry swoich wywodów o tym, że w zasadzie wszyscy jesteśmy przygłupimi, bezwolnymi marionetkami, skazanymi na zagładę. Dzięki temu można poczuć się, paradoksalnie, zarazem gorzej (bo wszyscy marnie zginiemy) i o wiele lepiej (bo wszyscy jesteśmy przygłupami, nie ma zatem sensu posiadanie kompleksów). Nie jest to jednak proza dla czytelnika o słabej konstrukcji psychicznej, bo skrajny pesymizm to w zasadzie jej trzon. Ale warto, bo choć Echopraksja stoi w mojej prywatnej klasyfikacji nieco niżej niż Ślepowidzenie, a poziom opowiadań ze zbioru Odtrutka na optymizm waha się od czystego geniuszu do przeciętności, każde spotkanie z prozą Wattsa to jakieś małe odkrycie. We wspomnianym zbiorze zawarte było m.in. opowiadanie zatytułowane Wyspa. Akcja tekstu rozgrywała się na statku kosmicznym napędzanym czarną dziurą, który budował bramki na swego rodzaju autostradzie tuneli czasoprzestrzennych (wormhole). Drogą tą mieliby podróżować potomkowie załogantów, którzy wyruszyli z umierającej Ziemi, by zapewnić reszcie ludzkości jakąś drogę ucieczki. Wyruszyli niewyobrażalnie dawno, ale przeżyli jedynie niewielki ułamek tego okresu, bo przez większość czasu pozostają zahibernowani. Szymp, sztuczna inteligencja sterująca statkiem i botami budującymi kolejne bramki, budzi ludzi jedynie w sytuacjach krytycznych, gdy jego algorytmy nie pozwalają na podjęcie optymalnej decyzji, bo pojawia się zbyt wielka ilość niepewnych zmiennych. Załoga żyje więc w zasadzie wiecznie, jednak tego rodzaju migawkowa egzystencja niesie ze sobą liczne obciążenia.

Poklatkowa rewolucja, wydana kilka dni temu w serii Uczta wyobraźni wydawnictwa MAG, rozgrywa się na tym samym statku, co Wyspa. Opisuje jednak o wiele wcześniejsze wydarzenia. Bunt ludzkich załogantów, którzy przeciwstawiają się sztucznej inteligencji. Uważają ją za głupszą od siebie, i w zasadzie niebezpodstawnie. Biorąc pod uwagę długość trwania misji, Szymp, którego podstawowym zadaniem miała być realizacja jej celów, wręcz musiał być przygłupi. Gdyby był zbyt inteligentny, prędzej czy później (raczej prędzej) przejawiłby własną inicjatywę i odszedł od predefiniowanych dyrektyw. Musiał być głupszy od ludzkiej załogi. Sprawny jak kalkulator, ale nie na tyle sprytny, by coś kombinować na boku. Kiedy więc mięsuchy (tak tłumacz, Wojciech M. Próchniewicz, korzystając z podpowiedzi czytelnika, któremu podziękował za pomoc, przełożył oryginalne meat i meatsacks) nabierają podejrzeń, że Szymp zwraca się przeciwko nim i postanawiają go wyeliminować, nie spodziewają się większych trudności. Poza tymi obiektywnymi: są budzeni w losowo dobieranych składach, na krótkie odcinki czasu, co kilkadziesiąt tysięcy lat. Szymp wszystko widzi i słyszy. Sam pomysł rewolucji w takich warunkach brzegowych jest równie fascynujący, co karkołomny. Kto wygra: ludzie, czy tępawa AI?

Tylko że jeżeli przeczytaliście najpierw Wyspę, wiecie już, jak się całe przedsięwzięcie skończy, więc nowy tekst nie ma dla was w zasadzie żadnego fabularnego napięcia. Ciekawie śledzi się starania załogi, podejmowane działania, wymyślne sposoby komunikacji, stopniowe przewerbowywanie kolejnych ludzi. Zwłaszcza że główną bohaterką Watts czyni Sunday, oddaną misji i początkowo mającą bardzo dobre relacje z Szympem, do tego stopnia, że inni uważają ją za pieszczocha nadzorcy. Stopniowo nastawienie bohaterki do istoty sterującej statkiem ulega jednak zmianie. Jeśli czytaliście Wyspę, to jednak też już wiecie. Poklatkowa rewolucja jest w takiej sytuacji niczym więcej niż pogłębiającą obraz świata przedstawionego i konstrukcję postaci oraz dynamikę relacji między nimi ciekawostką. Ma twist na końcu, ale nie kompensuje on gigantycznego spoilera, jaki stanowi Wyspa.

Zmierzam do tego, że teksty z cyklu o budowniczych bramek (Sunflowers) powinno się czytać według chronologii opisanych w nich wydarzeń, a nie w porządku, w jakim powstawały. Jeśli czytacie po angielsku, to polecam taką kolejność (dostępne legalnie w Internecie): Hotshot, Poklatkowa rewolucja, Giants, The Island. Olbrzymy ukazały się po polsku w Nowej Fantastyce z września 2014 r. Czytane w odpowiedniej kolejności teksty z tego uniwersum robią o wiele większe wrażenie i szczerze mówiąc, trochę mnie dziwi, że nie zostały wydane w jednym zbiorze. Ale powiem wam, że mimo spalenia głównego fabularnego wątku po zakończeniu lektury natychmiast musiałam przypomnieć sobie Wyspę, a potem, po prześledzeniu dyskusji na anglojęzycznym forum, wchłonęłam jak gąbka dwa nieznane mi wcześniej opowiadania. Może i Watts nie jest mistrzem w opisywaniu życia wewnętrznego swoich bohaterów (choć w Poklatkowej rewolucji zauważalna jest pod tym względem znacząca poprawa), ale pomysły na kreowanie światów i warstwa problemowa jego twórczości mają niesamowitą siłę rażenia. I raczej nie ma drugiego autora, który skłoniłby mnie do pieczołowitego wynotowywania w czasie lektury wyróżnionych na czerwono losowych literek z tekstu. W tym przypadku wiem, że warto, bo na końcu czeka dodatkowa niespodzianka.

Polecam, choć nie na początek przygody z twórczością tego autora. Zacząć trzeba od Ślepowidzenia.

niedziela, 14 października 2018
Koń, labrador i emocjonalne przedszkole (Robert Galbraith, Lethal White)

Być może ktoś jeszcze pamięta, że poprzednią część z cyklu o detektywie z amputowaną nogą i jego sekretarce ze skomplikowaną przeszłością, czyli Żniwa zła, oceniłam najlepiej z trzech dotychczasowych, choć jednocześnie nie polemizowałam z powszechną opinią, że miała najsłabszą intrygę kryminalną. Bo było to faktem, gdyby Strike spojrzał na sprawę z odpowiedniego dystansu, rozwiązałby ją o wiele wcześniej.

Nic jednak (może poza analogicznym spadkiem poziomu pomiędzy czwartym a piątym tomem Harry’ego Pottera, którego pierwsze cztery tomy także ukazywały się rok po roku, a na Zakon Feniksa przyszło poczekać 3 lata – i okazał się przeładowany pustosłowiem) nie przygotowało mnie na katorgę, jaką była lektura w oryginale 660 stron Lethal White. Rzuciłam się na tom w dniu premiery i z miejsca wpadłam na to, za czym, mówiąc łagodnie, nie przepadam, ale czego po finale Żniw należało się spodziewać. Czyli dalszy ciąg ślubu Robin i Matthew. W rozwlekłym prologu nowożeńcy prawie że się rozstają, a detektywi przeżywają Znaczący Moment Na Schodach. Bez jakichkolwiek dalszych konsekwencji, bo w końcu ślub kosztował masę pieniędzy i trzeba uszanować gości. Potem Robin już, już, ma się rozstać z mężem, ale akurat, jakże dogodnie, pada on w czasie podroży poślubnej ofiarą przypadkowej, acz groźnie wyglądającej infekcji. Tak mija rok – szczęśliwie poza kadrem, bo już w prologu odchodziło takie emocjonalne przedszkole, że czułam się prawie jak inżynier Mamoń na polskim filmie. Ale nie wyszłam (nie przerwałam lektury), która zajęła mi łącznie 19 dni. I żałuję poświęconego jej czasu. Mogłam w tym czasie, z trudem wygospodarowywanym, czytać zdecydowanie lepszą literaturę, nawet jeśli tylko rozrywkową. Na pewno tak bym się nie wynudziła i nie czuła się finalnie tak bardzo wystrychnięta na dudka.

Zaczyna się akcja (ha, ha, w tej książce do połowy praktycznie nic się nie dzieje, a i potem poza jednym trupem niewiele więcej) naprawdę ciekawie, gdyż do biura Cormorana wpada bez zapowiedzi bardzo pobudzony młodzieniec i zaczyna bełkotać coś bez ładu i składu o dzieciobójstwie sprzed lat, którego był świadkiem. Jest to, trzeba przyznać, intrygujące. Tajemniczy Billy, słysząc, że tymczasowa zastępczyni Robin wzywa policję, znika jednak jak kamfora i dużo wody upłynie, nim znowu go na kartach Zabójczej Bieli zobaczymy. A w tej mętnej wodzie politycznych spisków zatonie cały entuzjazm znudzonego czytelnika. Klientem agencji zostaje bowiem ostatecznie minister handlu, który jest szantażowany. A choć podejrzewa, przez kogo, nie chce wyjawić, czym. Chowa się za ogólnikami, mówiąc, że nie popełnił żadnego przestępstwa. Ale być może istnieją zdjęcia, które zdolne są zakończyć polityczną karierę ministra. A to twardy zawodnik, podniósł się z wielu wizerunkowych ciosów – skandalicznego rozwodu oraz śmiertelnego wypadku, który jego syn, Rafael, spowodował pod wpływem alkoholu i narkotyków. Teraz jednak minister się boi. Robin, by znaleźć haki na  przeciwników i potencjalnych szantażystów klienta, zatrudnia się jako Venetia Hall w jego biurze w Izbie Gmin.

W tle rozpada się relacja Robin z Matthew, a także najnowszy związek Strike’a, który oczywiście ma nową, sympatyczną, zabawną partnerkę, Lorelei, właścicielkę sklepu z odzieżą. Ta, choć początkowo zgodziła się na związek bez zobowiązań, po niemal roku się zaangażowała. A żądanie czegoś więcej działa na Cormorana jak płachta na byka. Coraz mniej go lubię, szczerze mówiąc. A Rowling/Galbraith stracił/a chyba dryg do opisywania wątków obyczajowych, bo wychodzi jej w tej sferze irytująca dziecinada i nic ponadto. Wolanie kukułki miało obnażyć mroczne sekrety świata mody, Jedwabnik zaprosił nas za kulisy pracy wydawców, a Żniwa zła pozwoliły nam prześledzić dawne śledztwa Strike’a. Tym razem Galbraith chciał wziąć pod lupę zepsucie politykującej arystokracji, ale wyszło to słabiej niż średnio, głównie z powodu źle skomponowanej, rozwlekłej intrygi i ostatecznie rozczarowujących, podobnych kapiszonom rozwiązań. Wszystko się składa, ale jest wysilone, przerysowane, nieprawdziwe, nużące i kompletnie czytelnika nie obchodzi. Powiedzieć, że nie polecam, to mało. Trzymajcie się z daleka.

sobota, 08 września 2018
Antychryst udomowiony (Terry Pratchett, Neil Gaiman, Dobry Omen)
Tę pozycję odkładałam długo, ale zapowiedź serialu BBC z Michaelem Sheenem i Davidem Tennantem w rolach anioła Azirafala i demona Crowleya zmotywowała mnie do nadrobienia zaległości. Jako że o polskim przekładzie krążą niezbyt dobre opinie, idąc za ciosem po Dresdenie, ponownie sięgnęłam po wersję oryginalną. Parę słów o fabule: po narodzinach Antychrysta dochodzi do pomyłki i chłopiec, zamiast wychowywać się wśród satanistów, dorasta w niewielkim, idyllicznym brytyjskim miasteczku, które kocha z całego serca. Gdy w jedenaste urodziny Adama pojawia się piekielny ogar, by stanąć u boku swego pana i pomóc mu sprowadzić Apokalipsę, ze zdumieniem odkrywa, że oczekuje się od niego raczej aportowania. Kiedy legiony Nieba i Piekła sposobią się do ostatecznego starcia, ich ziemscy wysłannicy – Azirafal, dawny strażnik wrót Raju, oraz Crowley, dawny Wąż, odkrywają, że przez sześć minionych tysiącleci przywiązali się do świata i zdecydowanie woleliby, żeby nie stanął on w płomieniach. Postanawiają sabotować Koniec Czasów. Tymczasem Czterej Jeźdźcy wsiadają na dwudziestowieczny odpowiednik imponujących rumaków, czyli motocykle, i wyruszają do siedziby Antychrysta, by wypełniło się to, co zostało przepowiedziane. A jest jeszcze Anatema Device, potomkini Agnes Nutter, jedynej prorokini w dziejach, która trafnie (choć bardzo enigmatycznie) przepowiedziała całą przyszłość, nim spłonęła na stosie.

Brzmi dobrze, prawda? Niestety, z wykonaniem jest troszeczkę gorzej. Początek wypada świetnie, podobnie jak końcowa ćwiartka, natomiast w środek wkrada się sporo chaosu i tempo zdecydowanie siada. Być może ma to pewien związek z faktem, że powieść pisały dwie osoby, w dodatku przesyłając sobie pocztą dyskietki i konsultując się przez telefon (Dobry Omen powstawał pod koniec lat 80.). Sam pomysł zamiany dzieci i zawiązania akcji był dziełem Gaimana, jak popchnąć akcję dalej, wymyślił natomiast Pratchett. On też stworzył niedocenioną przez jej współczesnych prorokinię Agnes Nutter i opisywał większą część perypetii Adama i grupki jego przyjaciół, w rodzinnym miasteczku znanych jako Oni. Gaiman prowadził motocyklistów Apokalipsy, a resztę napisali na przemian (Pratchett nieznacznie więcej, on też zredagował całość). Nie bez znaczenia jest też zapewne, że dla Gaimana był to pisarski debiut, a Pratchett miał wtedy na koncie dopiero dwa pierwsze, najbardziej slapstickowe i w zasadzie nieprzystające do reszty cyklu, tomy Świata Dysku, czyli Kolor magii i Blask fantastyczny. W dużym stopniu humor Dobrego Omenu jest podobny, co nie znaczy bynajmniej, że brakuje w nim zabawnych scen – przeciwnie, jest ich cała masa, może właśnie aż za dużo, przez co cierpi na tej ilości harmonijny rozwój fabuły. Zapewne inaczej odbieram tę książkę, bo znam cały późniejszy, o ileż dojrzalszy pod każdym względem, dorobek obu autorów. Jednak to, co charakterystyczne dla stylu każdego z nich, jest w niej już obecne i sprawia, że mimo pewnej sinusoidalności to wciąż bardzo przyjemna lektura. Zwłaszcza relacja anioła i demona opisana jest znakomicie. Mimo masy gagów nie brakuje też filozoficznej refleksji o wartościach fundamentalnych. Nienachalnej, pogodnej, pozbawionej dydaktyzmu i wplecionej mimochodem, czyli takiej, którą przyswaja się najlepiej. Gaiman, wypełniając ostatnią prośbę Pratchetta, pracuje nad serialem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znajdzie się w nim wszystko, co w tej książce najlepsze. Mimo pewnych zastrzeżeń bawiłam się przy lekturze bardzo dobrze i na pewno nie żałuję poświęconego jej czasu.

sobota, 01 września 2018
Ostateczne starcie z Czerwonym Dworem (Jim Butcher, Changes)
Wczoraj był Dzień Blogera. Z tej okazji daruję wam i sobie zaległe recenzje tak zwanej literatury ambitnej, w tym reportaży (jakoś łatwiej i przyjemniej mi się czyta reportaże niż o nich pisze, ciekawe, dlaczego?). W zamian zrobię przyjemność, nie ukrywajmy, głównie sobie, opisując wrażenia z lektury kolejnego tomu jednego z moich ulubionych cykli powieściowych, czyli Akt Dresdena. A przy okazji popsioczę trochę na bezlitosne prawa rynku. Changes to 12 z 15 dotychczas napisanych tomów cyklu. Po ostatnim autor ma dłuższą przerwę, ale może to i lepiej, bo przez lata pisał regularnie, utrzymując naprawdę wysoki poziom. Wiem, że powtarzam to za każdym razem i pewnie jestem już nie tylko nudna, ale i brzmię jak fanatyczna katarynka, niemniej: nie ma drugiego cyklu, który byłby tak dobry tak długo. A przynajmniej ja takiego nie znam. Autor cały czas dokłada coś zarówno do świata przedstawionego, jak i do historii, konsekwentnie udowadniając, że kolejne tomy nie stanowią odcinania kuponów, ale realizację planu, który, przynajmniej w ogólnych zarysach, istniał od samego początku. Jeden jedyny raz, na etapie Drobnej przysługi, miałam wątpliwości w tym względzie, bo, powiedzmy sobie szczerze, choć bardzo dynamiczny, nie wniósł ten tom za wiele nowego. Potem jednak był znakomity Zdrajca (premiera polskiego przekładu 28 lipca 2017 r.), który zaostrzył mój apetyt na ciąg dalszy. Będąc na urlopie, doszłam do wniosku, że nie chce mi się dłużej czekać na polskiego wydawcę, czyli Wydawnictwo MAG, i zabrałam się za lekturę oryginału. Bo polski wydawca ma gdzieś czytelników tego cyklu, który zresztą ma na naszym rynku wybitnego pecha. Pierwszy tom, czyli Front burzowy, ukazał się u nas nakładem Wydawnictwa Amber już w 2004 roku, czyli cztery lata po premierze oryginału. Amber zrobił do cyklu jeszcze drugie podejście, wznawiając go w formacie kieszonkowym od 2006 r. Jednak, za sprawą tragicznego tłumaczenia, nawet ja odpadałam na etapie tomu trzeciego, choć udało im się wydać pięć (premiera Śmiertelnych masek w lipcu 2005 r., zaledwie dwa lata po oryginale). Naprawdę polubiłam bohatera i zaciekawił mnie świat, ale nie da się ukryć, że to, co najlepsze w tej serii, zaczyna się od czwartego tomu. Tłumaczenie trzeciego tak mnie zniechęciło, że za pierwszym podejściem dalej nie dotarłam. I wtedy weszło Wydawnictwo Mag, które w 2011 roku przejęło prawa do cyklu i wydało pierwszy tom w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Porównanie tych dwóch przekładów (z Maga i Amberu) świetnie pokazuje, jak bardzo można książkę skrzywdzić i że każdą krzywdę da się naprawić. Niestety, jakkolwiek jestem wielką fanką talentu translatorskiego PWC, powierzenie mu tego akurat cyklu do tłumaczenia nie okazało się tak doskonałym wyborem, jak mi się pierwotnie wydawało (a zapewne wydawcy również). Nie wiem, jakie dokładnie były powody i czy odpowiadał za to wyłącznie tłumacz, ale przekład piątej części zaliczał sporą obsuwę (trzy pierwsze  ukazały się w ciągu roku, do października 2012, a czwarta w sierpniu 2013) i pojawił się dopiero w październiku 2015, po ponad dwóch latach przerwy, wraz z premierowym na polskim rynku tomem szóstym (przekładu dokonał już Wojciech Szypuła). Nie znam się, rzecz jasna, na biznesie wydawniczym, ale dosyć oczywiste wydaje mi się, że czytelnicy, którzy polubili cykl w poprzednim wydaniu, nie byli do tej pory zainteresowani wznowieniem. Cykl sprzedawał się poniżej oczekiwań i raczej upatrywałabym przyczyny w tej dwuletniej dziurze niż w czymkolwiek innym, ale co ja tam wiem. W porównaniu z paranormalami Cassandry Clare czy tomiszczami Brenta Weeksa to jest na pewno niszowe przedsięwzięcie, podobnie jak większość cykli wartych lektury. W każdym razie w 2016 roku wyszły trzy kolejne tomy, w 2017 roku dwa, a w 2018 nie będzie żadnego. Tymczasem Akta Dresdena są jak serial. Każdy tom czyta się kilka dni. Pokażcie mi człowieka, który będzie cierpliwie czekał na kolejny odcinek (nie sezon) serialu przez dwa lata. Nie znacie? No właśnie. Ja też już nim nie jestem, wyzbyłam się resztek poczucia winy względem wydawcy i zabrałam się za oryginał, bo mogłam.
Nie tylko nie żałuję, bo wbrew moim obawom nie miałam żadnych problemów językowych, również na poziomie znanych mi dotąd jedynie z tłumaczenia nazw własnych, ale i jestem bardzo zadowolona. Lektura uprzyjemniła mi urlop, pozwoliła przetrwać upały i ogólnopolski rekord ciepła, który akurat padł nad morzem (prawie 38 stopni). W warstwie językowej Butcher nie jest trudny, pisze dynamicznie, nawiązania do innych tekstów kultury też raczej udawało mi się identyfikować, tym razem dziwnym trafem były to głównie Gwiezdne Wojny. Changes znakomicie ilustrują przy tym mechanizm, o którym wspominałam na wstępie, gdyż główna oś fabularna stanowi bezpośrednią konsekwencję pojedynku z diukiem Ortegą z Czerwonego Dworu, który Harry stoczył w Śmiertelnych maskach (czyli 7 tomów wcześniej). Nie jest łatwo zabić wampira, zwłaszcza tak potężnego jak Paolo Ortega, i Dresdenowi się nie udało. Zrobił to jednak jego protektor, Ebenezar McCoy. Arianna Ortega, wdowa, odwlekała zemstę do czasu, gdy obok załatwienia prywatnych zaszłości mogła za jej sprawą wzmocnić swoją pozycję w hierarchii Czerwonego Dworu. Jednak posługując się jako zakładnikiem osobą najbliższą Dresdenowi, mówiąc bardzo łagodnie, nie postąpiła rozsądnie. Dla rodziny Harry gotowy jest prawie na wszystko, nawet na odrzucany konsekwentnie przez wiele lat układ z Mab. Jego własna moc nie wystarczy bowiem, by rzucić wyzwanie wierchuszce Czerwonego Dworu w samym sercu jej terytorium, czyli w Meksyku. Zarówno przygotowania, jak i samo starcie, tworzą pasjonującą całość, od której oderwać się podobnie trudno, jak np. od klasycznych przygód Indiany Jonesa. A dodatkowo autor do ostatniej chwili trzyma w rękawie kilka kart atutowych, po wyłożeniu których czytelnik musi zbierać szczękę z podłogi. Niby mimochodem stawia również bohatera w obliczu trudnych decyzji, każąc mu redefiniować w krańcowych okolicznościach rzekomo nienaruszalną hierarchię wartości. Słowem – kwintesencja rozrywkowej fantastyki, a dodatkowo coś więcej. Bardzo gorąco polecam. Cieszę się, że zostały mi jeszcze trzy tomy.
sobota, 12 września 2015
Mind how you go, czyli pożeganie z Dyskiem
No i stało się - jestem po lekturze Shepherd's Crown. Więcej nowych historii ze świata płynącego przez kosmos na żółwiu nie będzie. Samo to spowodowało, że do czytania przystępowałam na smutno. A rzeczy, które wydarzają się na kartach kolejnej opowieści o Tiffany Aching, czarownicy z Kredy, ostatecznie odnajdującej swoją drogę i sposób uprawiania tego niezwykłego zawodu, choć spójne i logiczne, smutek ten wydatnie pogłębiły. Jest to opowieść o tym, iż śmierć nie jest końcem, a jedynie nowym początkiem, podwaliną zmian. Od tych, którzy pozostają, zależy, czy będą to zmiany na lepsze, czy raczej wręcz przeciwnie. Z jednej strony, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości (co zresztą potwierdza posłowie autorstwa Roba Wilkinsa), że pewne kluczowe wydarzenia tej powieści autor planował od dawna, być może nawet od początku swojego pisania o małej serowarce z Kredy. Z drugiej - mimo to utwór, jak żaden inny od czasu diagnozy Pratchetta (postawionej w roku ukończenia znakomitej i gorąco polecanej przeze mnie swego czasu Nacji), naznaczony jest świadomością nadchodzącego końca.
Nie brakuje w nim przejmujących sekwencji, które wyciskają łzy. Dawno tak okropnie nie płakałam nad książką, choć Pratchett, tradycyjnie dla siebie, pisze o sprawach ostatecznych z dużą dozą pogody, traktując przemijanie jako naturalną kolej rzeczy. Każe nie opłakiwać zmarłych, ale pielęgnować wspomnienia o nich. Podkreśla, że liczy się przede wszystkim bilans ludzkiej egzystencji - jeśli udało nam się choćby trochę poprawić świat swoimi uczynkami, przeżyliśmy dobre życie i nawet Śmierć potrafi to docenić.
Równolegle w wątku nowego bohatera - Geoffreya, trzeciego syna szlacheckiego rodu, który zamiast miłować polowanie, promuje pacyfizm i wegetarianizm, a nade wszystko pragnie zostać męskim odpowiednikiem czarownicy - Pratchett powraca do wątków z Równoumagicznienia, twórczo je rozwijając. Wiele zresztą jest w Shepherd's Crown takich powrotów, m.in. do zagrożenia ze strony elfów. Pokonana niegdyś przez Tiffany Królowa musi się mierzyć z wewnętrzną opozycją na swoim dworze, bo bariery wokół ludzkiego świata uległy osłabieniu i jej poddani domagają się kolejnej inwazji.
W posłowiu Wilkins wspomina, że Pratchett nie zdążył dopracować swojej ostatniej powieści. Miejscami to widać. Mogłaby to zapewne być jeszcze lepsza książka, gdyby autor miał czas ją wyszlifować. Na pewno byłaby pełniejsza, pewne elementy zostałyby bardziej rozbudowane. Ale jest naprawdę dobra, pełna Mac Nac Feegle'ów, czarownictwa, dyskretnej mądrości i humoru. To godne zakończenie wyjątkowego cyklu, takie, którego niewątpliwie nie da się zapomnieć.
P.S. Oczywiście, przeczytam też polski przekład, bo w pełni zrozumieć Feegle'ów potrafi tylko PWC:)
sobota, 06 grudnia 2014
Gone girl
Z uwagi na rozbieżne opinie na temat najnowszego filmu Finchera nie poszłam do kina (zaufałam Nolanowi i dostałam za swoje, o czym pisałam wcześniej). Postanowiłam zacząć od książki, w oryginale (w tłumaczeniu można trafić na fakty autentyczne i aktualne zdjęcia - w sensie "prawdziwe", nie bieżące), co zniechęca.Tak, dziś Dzień Eufemizmów.
Konstrukcja z dwojgiem narratorów, Amy i Nickiem, z których jedno (Amy) początkowo opisuje w dzienniku przeszłe wydarzenia, a oczami drugiego postrzegamy teraźniejsze wypadki, zapoczątkowane tytułowym zniknięciem, sprawdza się bardzo dobrze. W tym miejscu muszę nadmienić, że, już przystępując do lektury, wiedziałam rzecz najważniejszą, bo ktoś mi (na moją prośbę) umotywował dosyć szczegółowo krytyczną opinię o filmie.
Nie przeszkodziło mi to w czerpaniu przyjemności z czytania, bo intryga, która w sumie jest dosyć przewidywalna, choć skonstruowana poprawnie, nie stanowi moim zdaniem najciekawszego elementu powieści.
Najciekawsze są portrety psychologiczne bohaterów, ich postrzeganie innych postaci oraz wgląd w ich rozumowanie. Dostajemy bowiem w zasadzie dwa nieprzerwane monologi wewnętrzne na tle powieściowych wypadków. Można tu prześledzić, że nawet (a może przede wszystkim) na własny użytek protagoniści się autokreują, maskę nawet w zaciszu własnych głów zsuwają stopniowo i niechętnie. Czyni to obcowanie z tekstem niezwykle zajmującym doświadczeniem. Jedynym rozczarowaniem było dla mnie zakończenie: choć być może nie można odmówić mu pewnej spójności z szerszej perspektywy, to nie przystawało do ostatecznego obrazu żadnego z bohaterów, jaki wytworzyłam sobie podczas czytania. Ale może właśnie autorce chodziło o to, by po raz kolejny pokazać czytelnikowi, że maski wbrew pozorom mają jeszcze jedną warstwę? W każdym razie zdecydowanie nie żałuję czasu poświęconego oryginałowi i polecam, choć zarazem ostrzegam: czysto fabularnie szału nie ma.
środa, 14 maja 2014
Case histories - w kryminale nie zawsze chodzi głównie o fabułę
Tak jest! Udało mi się przeczytać coś po angielsku. Pierwszą z serii powieści Kate Atkinson o byłym policjancie, a obecnie prywatnym detektywie - Jacksonie Brodym. Akcja powieści osadzona jest w Cambridge, a w jej toku bohater prowadzi równolegle trzy sprawy - zaginięcia dziecka sprzed 30 lat, morderstwa sprzed 20 i zlokalizowania dziewczynki oddanej do adopcji w wyniku dramatycznych wydarzeń, jakie miały miejsce w jej biologicznej rodzinie.
Właściwie nie zamierzałam czytać tej powieści, bo znałam już fabułę i rozwiązania wszystkich wątków (w tym z życia prywatnego bohatera - tu jednak okazało się, że serialowi scenarzyści co nieco od siebie dodali, by "uatrakcyjnić" widowisko), przeniesionych na mały ekran w dwóch pierwszych odcinkach pierwszego sezonu brytyjskiego serialu pod tym samym tytułem. Pod wpływem pozytywnych recenzji polskiej wersji, na które natknęłam się w sieci, postanowiłam jednak spróbować.
I okazało się to dobrym wyborem, powieść Atkinson jest bowiem skonstruowana bardzo nietypowo jak na kryminał w tym sensie, że poszczególne sprawy to przede wszystkim historie ludzkich losów, do których tajemnica czy tragedia są jedynie dodatkiem.
Rzadko spotykana umiejętność wczucia się w emocje bohaterów, pochodzących ze skrajnie odmiennych środowisk, sprawia, że czujemy się w trakcie lektury, jakbyśmy nie tylko podglądali ich przez dziurkę od klucza, ale wręcz siedzieli w ich głowach.
Choć intrygi są skonstruowane bardzo dobrze, we wszystkich wątkach, a informacje dawkowane umiejętnie, to właśnie warstwa obyczajowa jest w mojej ocenie największym walorem Case histories.
Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na lekturę w oryginale, bo styl Atkinson jest jedyny w swoim rodzaju, wciąga w opowieść. Na pewnym etapie wręcz przestałam zauważać, że czytam w obcym języku, co samo w sobie świadczy o poziomie powieści. Serdecznie polecam i na pewno sięgnę po kolejne tomy perypetii śledczych i prywatnych Jacksona Brody'ego. Taki wariant kryminału jest bardzo ożywczy.
wtorek, 26 listopada 2013
Seks, wszy i womit, czyli Bridget Jones 15 lat później
Wcielając w życie niedawne postanowienie wykorzystania czytnika w celach obcowania z literaturą obcojęzyczną, sięgnęłam ze zdrożnej ciekawości po Mad About the Boy, czyli trzeci tom cyklu Helen Fielding o perypetiach Bridget Jones. Uczucia po lekturze mam mieszane. Poniżej drobne spoilery.
Z jednej strony, dostajemy w zasadzie to samo, co zwykle: rozterki uczuciowe bohaterki (by było to możliwe, Mark Darcy musiał zniknąć, a ponieważ rozwód w przypadku tej WNM byłby skrajnie nielogiczny, jedyną dostępną opcją była tragedia), dylematy dotyczące wyglądu, a zwłaszcza pożałobnej tuszy, problemy zawodowe (tym razem Bridget usiłuje sprzedać scenariusz własnego autorstwa) i ogólny brak ogarnięcia podstawowych spraw, takich jak zasada działania pilota do TV (tu bez zmian).
Istotną nowość stanowi sprawowanie przez panią Darcy opieki nad dziećmi (swoją drogą, trochę późno się na potomstwo z Markiem zdecydowali, skoro w czasie akcji, gdy Bridget ma 51 lat, jej syn Billy ma niecałe 8, a córka Mabel niecałe 6). Nie jest to jednak wielki problem, bo Bridget, z racji pozycji zawodowej męża, finansowo nie została bynajmniej na lodzie. Choć bez pracy, ma więc nianię Chloe i sprzątaczkę Grażynę. Może spokojnie wychodzić z żałoby, co zajmuje jej 4 lata (część powieści to zapiski retrospektywne).
Napotkamy też starych znajomych (z wyjątkiem Shazzer, która zrzuciła skórę feminazistki i ustatkowała się u boku męża-informatyka w Dolinie Krzemowej), czyli Toma, Magdę, Jude, Daniela Cleavera i oczywiście niezawodną matkę Bridget (która oddała się do luksusowego odpowiednika domu starców) oraz nowych bohaterów (matki szkolnych kolegów dzieci, ekscentryczną sąsiadkę, no i 21 lat młodszego od głównej bohaterki Roxstera, nowego chłopaka, czy raczej tytułowego chłopca, poznanego na Twitterze).
Z drugiej strony, choć niby nie można oczekiwać, że ktoś, kto był głupi, naiwny, płytki i roztrzepany w wieku lat 36, w wieku lat 51 przejdzie nieoczekiwaną mentalną metamorfozę, to jednak już choćby tylko samo macierzyństwo (nie wspominając o innych wydarzeniach) powinno chyba Bridget nieco bardziej zmienić. Tymczasem nawet własne dzieci traktują ją pobłażliwie, jak sierotę zagubioną we mgle samotnej (bezmęskiej) codzienności. Wygląda na to, że przez 10 lat małżeństwa z Markiem po prostu w sprawach praktycznych Bridget całkowicie zdawała się na niego.
51 latka żartująca na poziomie 16 latki jest mimo wszystko lekko żenująca.
Fabuła zatem standardowa, z twistem, który daje się przewidzieć na długo przed końcem. W sumie jednak to wciąż dosyć wciągające czytadło i choć - w odróżnieniu od tomów poprzednich - raczej do niego nie wrócę, to lektury nie żałuję. Ciekawym doświadczeniem było zapoznanie się z naszpikowanym skrótowcami i specyficznymi konstrukcjami stylem narracji Fielding w języku angielskim (poprzednie tomy czytałam tylko po polsku). Zdecydowanie potrzebna była chwila na oswojenie się, ale potem lektura nie nastręczała już trudności. Podsumowując: raczej tylko dla fanów serii.
czwartek, 23 lutego 2012
Na krawędź świata i z powrotem oraz to Dagoska and back - Abercrombiego odsłona druga
Zaniedbuję was okrutnie, drodzy czytelnicy, ale cóż robić, wszystko drożeje, a żyć trzeba, jak mawiał pewien mój znajomy komornik:)
Tym niemniej o was pamiętam, a i o blogu zapominać nie mam zamiaru.

W dzisiejszej - krótkiej - odsłonie refleksji czytelniczych chciałam podzielić się wrażeniami z Before they're hanged, czyli drugiego tomu trylogii Pierwsze Prawo. Uwaga - mogą się pojawić delikatne spoilery.

A zatem - sformowana w pierwszym tomie niezbyt wesoła drużyna w składzie: barbarzyńca gadający z duchami, barbarzynka opętana zemstą, Pierwszy z Magów, Pierwszy z Dupków, Ględzący Bez Ustanku Kartograf oraz Nagle Sponurzały Uczeń Maga wyrusza w podróż na krawędź świata po...Ziarno, które jest skałą z Drugiej Strony (niezły spoiler, nie?).

I w sumie najpierw ta podróż, a raczej jej opisy, mnie nużyły, ale im bliżej krawędzi, tym robiło się ciekawej, ze względu na a) interakcje między niektórymi postaciami b) transformacje innych. A już na samej krawędzi zrobiło się całkiem zabawnie i za to, co znalazło się u celu wyprawy, Abercrombie ma u mnie jednego z największych plusów, jeśli chodzi o tę powieść. Ładne kilka razy pozytywnie mnie zaskoczył w tym początkowo wybitnie słabo rokującym wątku.
Dwa pozostałe są dużo łatwiejsze w odbiorze (a przynajmniej ja śledziłam je z dużo większą ciekawością):

- wojenny, z łatwą do przewidzenia klęską i nie do końca przewidywalnymi następstwami tejże w postaci długiej tułaczki grupki ocalałych w wybitnie ekstremalnych górskich warunkach zimowych, prowokujących do wybitnie ekstremalnych (a zatem adekwatnych) zachowań i reakcji - z których zwłaszcza jedna bardzo, ale to bardzo mnie uradowała:)

- wojenny egzotyczny, choć bardziej polityczny czyli perypetie mojego niekwestionowanego faworyta Glokty w gorącej tak meteorologicznie, jak i geopolitycznie Dagosce (przygotowujacej się do oblężenia, a następnie je odpierającej) - w tle zagadka zniknięcia poprzedniego naczelnego inkwizytora twierdzy oraz poszukiwania zdrajcy wewnątrz rady miejskiej; też trafiają się zaskakujące niespodzianki, m.in. Glokta odrywa, że nie całe człowieczeństwo w nim umarło oraz podejmuje kilka decyzji o dalekosiężnych skutkach.

Reasumując: drugi tom oceniam lepiej niż pierwszy, na mocne 8/10. polecam, a sama jestem już w 1/4 trzeciego, czyli The last argument of kings.
czwartek, 02 lutego 2012
Logen nie ma palca, Glokta nogi, a Jezal mózgu:) Abercrombiego odsłona pierwsza
Zacznijmy od tego, że jestem z siebie bardzo dumna, bo po długiej przerwie udało mi się przeczytać bez trudu książkę po angielsku. Jak już chyba wspominałam na blogu, kupiłam na początku roku cały cykl Abercrombiego Pierwsze prawo w oryginale, żeby nie czekać, aż ISA skończy go wydawać po polsku. Wczoraj udało mi się zakończyć weekendową głównie lekturę pierwszego tomu, czyli The blade itself.
Wrażenia mam, szczerze mówiąc, mieszane. Najgorszy był początek (rozumiem przez to tak do 130 strony na 515), kiedy to czytałam na zasadzie "aby do rozdziału z Gloktą". Później było coraz lepiej, a pod koniec męczyły mnie właściwie tylko partie Logena.
Refleksje po lekturze nie są zbyt głębokie, bo i nie jest to głęboka książka, a po prostu porządne, choć na razie nie jakoś szczególnie ponadprzeciętne, rozrywkowe fantasy. Lubię takie, choć Stover leży kilka półek wyżej, o Lynchu już w ogóle nie wspominając. The blade itself stanowi w zasadzie bardzo rozbudowany wstęp do właściwej opowieści, służący głównie przedstawieniu postaci.
I to postacie są tej pozycji główną zaletą. W pierwszym rzędzie oczywiście straszliwie okaleczony w więzieniach Imperatora były żołnierz, a obecny inkwizytor - Sand dan Glokta. Jest to postać cudownie wprost cyniczna, a zarazem bardziej skomplikowana wewnętrznie niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka. Mój zdecydowany faworyt.
Następnie Jezal dan Luthar, chłoptaś piękny, dobrze urodzony i na pierwszy rzut oka pusty oraz płytki, który jednak z czasem zaczyna ulegać nieoczekiwanej - także dla siebie samego - przemianie.
Oczywiście jest jeszcze Logen Dziewięciopalcy, Krawa Dziewiątka, mocno nietypowy barbarzyńca, który z całych sił stara się zostawić za sobą swoją krwawą legendę i mroczną sławę. Jednak w praktyce kiepsko mu to wychodzi.
Z czasem Abercrombie wprowadza też inne postaci, w tym obowiązkowego Maga (choć przeczącego wszelkim stereotypom i bez laski z gałką na czubku), które mają dołączyć do Drużyny i wypełnić Misję (wciąż niezbyt jasną), a tym samym - to akurat jasne - uratować świat.
Stylistą Abercrombie nie jest przesadnie dobrym, mówiąc łagodnie, choć one-linery często mu się udają, to już opisy są jego piętą Achillesową.
Niemniej, radzi sobie z prowadzeniem fabuły i utrzymywaniem zainteresowania czytelnika. Po zamknięciu pierwszego tomu mam ochotę sięgnąć po kolejny, co samo w sobie stanowi rekomendację. Mocne 7/10, z małym plusikiem za Gloktę. Ale coś mi mówi, że dalej będzie tylko lepiej.
 
1 , 2
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka