Wpisy z tagiem: w lengłydżu

sobota, 12 września 2015
Mind how you go, czyli pożeganie z Dyskiem
No i stało się - jestem po lekturze Shepherd's Crown. Więcej nowych historii ze świata płynącego przez kosmos na żółwiu nie będzie. Samo to spowodowało, że do czytania przystępowałam na smutno. A rzeczy, które wydarzają się na kartach kolejnej opowieści o Tiffany Aching, czarownicy z Kredy, ostatecznie odnajdującej swoją drogę i sposób uprawiania tego niezwykłego zawodu, choć spójne i logiczne, smutek ten wydatnie pogłębiły. Jest to opowieść o tym, iż śmierć nie jest końcem, a jedynie nowym początkiem, podwaliną zmian. Od tych, którzy pozostają, zależy, czy będą to zmiany na lepsze, czy raczej wręcz przeciwnie. Z jednej strony, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości (co zresztą potwierdza posłowie autorstwa Roba Wilkinsa), że pewne kluczowe wydarzenia tej powieści autor planował od dawna, być może nawet od początku swojego pisania o małej serowarce z Kredy. Z drugiej - mimo to utwór, jak żaden inny od czasu diagnozy Pratchetta (postawionej w roku ukończenia znakomitej i gorąco polecanej przeze mnie swego czasu Nacji), naznaczony jest świadomością nadchodzącego końca.
Nie brakuje w nim przejmujących sekwencji, które wyciskają łzy. Dawno tak okropnie nie płakałam nad książką, choć Pratchett, tradycyjnie dla siebie, pisze o sprawach ostatecznych z dużą dozą pogody, traktując przemijanie jako naturalną kolej rzeczy. Każe nie opłakiwać zmarłych, ale pielęgnować wspomnienia o nich. Podkreśla, że liczy się przede wszystkim bilans ludzkiej egzystencji - jeśli udało nam się choćby trochę poprawić świat swoimi uczynkami, przeżyliśmy dobre życie i nawet Śmierć potrafi to docenić.
Równolegle w wątku nowego bohatera - Geoffreya, trzeciego syna szlacheckiego rodu, który zamiast miłować polowanie, promuje pacyfizm i wegetarianizm, a nade wszystko pragnie zostać męskim odpowiednikiem czarownicy - Pratchett powraca do wątków z Równoumagicznienia, twórczo je rozwijając. Wiele zresztą jest w Shepherd's Crown takich powrotów, m.in. do zagrożenia ze strony elfów. Pokonana niegdyś przez Tiffany Królowa musi się mierzyć z wewnętrzną opozycją na swoim dworze, bo bariery wokół ludzkiego świata uległy osłabieniu i jej poddani domagają się kolejnej inwazji.
W posłowiu Wilkins wspomina, że Pratchett nie zdążył dopracować swojej ostatniej powieści. Miejscami to widać. Mogłaby to zapewne być jeszcze lepsza książka, gdyby autor miał czas ją wyszlifować. Na pewno byłaby pełniejsza, pewne elementy zostałyby bardziej rozbudowane. Ale jest naprawdę dobra, pełna Mac Nac Feegle'ów, czarownictwa, dyskretnej mądrości i humoru. To godne zakończenie wyjątkowego cyklu, takie, którego niewątpliwie nie da się zapomnieć.
P.S. Oczywiście, przeczytam też polski przekład, bo w pełni zrozumieć Feegle'ów potrafi tylko PWC:)
sobota, 06 grudnia 2014
Gone girl
Z uwagi na rozbieżne opinie na temat najnowszego filmu Finchera nie poszłam do kina (zaufałam Nolanowi i dostałam za swoje, o czym pisałam wcześniej). Postanowiłam zacząć od książki, w oryginale (w tłumaczeniu można trafić na fakty autentyczne i aktualne zdjęcia - w sensie "prawdziwe", nie bieżące), co zniechęca.Tak, dziś Dzień Eufemizmów.
Konstrukcja z dwojgiem narratorów, Amy i Nickiem, z których jedno (Amy) początkowo opisuje w dzienniku przeszłe wydarzenia, a oczami drugiego postrzegamy teraźniejsze wypadki, zapoczątkowane tytułowym zniknięciem, sprawdza się bardzo dobrze. W tym miejscu muszę nadmienić, że, już przystępując do lektury, wiedziałam rzecz najważniejszą, bo ktoś mi (na moją prośbę) umotywował dosyć szczegółowo krytyczną opinię o filmie.
Nie przeszkodziło mi to w czerpaniu przyjemności z czytania, bo intryga, która w sumie jest dosyć przewidywalna, choć skonstruowana poprawnie, nie stanowi moim zdaniem najciekawszego elementu powieści.
Najciekawsze są portrety psychologiczne bohaterów, ich postrzeganie innych postaci oraz wgląd w ich rozumowanie. Dostajemy bowiem w zasadzie dwa nieprzerwane monologi wewnętrzne na tle powieściowych wypadków. Można tu prześledzić, że nawet (a może przede wszystkim) na własny użytek protagoniści się autokreują, maskę nawet w zaciszu własnych głów zsuwają stopniowo i niechętnie. Czyni to obcowanie z tekstem niezwykle zajmującym doświadczeniem. Jedynym rozczarowaniem było dla mnie zakończenie: choć być może nie można odmówić mu pewnej spójności z szerszej perspektywy, to nie przystawało do ostatecznego obrazu żadnego z bohaterów, jaki wytworzyłam sobie podczas czytania. Ale może właśnie autorce chodziło o to, by po raz kolejny pokazać czytelnikowi, że maski wbrew pozorom mają jeszcze jedną warstwę? W każdym razie zdecydowanie nie żałuję czasu poświęconego oryginałowi i polecam, choć zarazem ostrzegam: czysto fabularnie szału nie ma.
środa, 14 maja 2014
Case histories - w kryminale nie zawsze chodzi głównie o fabułę
Tak jest! Udało mi się przeczytać coś po angielsku. Pierwszą z serii powieści Kate Atkinson o byłym policjancie, a obecnie prywatnym detektywie - Jacksonie Brodym. Akcja powieści osadzona jest w Cambridge, a w jej toku bohater prowadzi równolegle trzy sprawy - zaginięcia dziecka sprzed 30 lat, morderstwa sprzed 20 i zlokalizowania dziewczynki oddanej do adopcji w wyniku dramatycznych wydarzeń, jakie miały miejsce w jej biologicznej rodzinie.
Właściwie nie zamierzałam czytać tej powieści, bo znałam już fabułę i rozwiązania wszystkich wątków (w tym z życia prywatnego bohatera - tu jednak okazało się, że serialowi scenarzyści co nieco od siebie dodali, by "uatrakcyjnić" widowisko), przeniesionych na mały ekran w dwóch pierwszych odcinkach pierwszego sezonu brytyjskiego serialu pod tym samym tytułem. Pod wpływem pozytywnych recenzji polskiej wersji, na które natknęłam się w sieci, postanowiłam jednak spróbować.
I okazało się to dobrym wyborem, powieść Atkinson jest bowiem skonstruowana bardzo nietypowo jak na kryminał w tym sensie, że poszczególne sprawy to przede wszystkim historie ludzkich losów, do których tajemnica czy tragedia są jedynie dodatkiem.
Rzadko spotykana umiejętność wczucia się w emocje bohaterów, pochodzących ze skrajnie odmiennych środowisk, sprawia, że czujemy się w trakcie lektury, jakbyśmy nie tylko podglądali ich przez dziurkę od klucza, ale wręcz siedzieli w ich głowach.
Choć intrygi są skonstruowane bardzo dobrze, we wszystkich wątkach, a informacje dawkowane umiejętnie, to właśnie warstwa obyczajowa jest w mojej ocenie największym walorem Case histories.
Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na lekturę w oryginale, bo styl Atkinson jest jedyny w swoim rodzaju, wciąga w opowieść. Na pewnym etapie wręcz przestałam zauważać, że czytam w obcym języku, co samo w sobie świadczy o poziomie powieści. Serdecznie polecam i na pewno sięgnę po kolejne tomy perypetii śledczych i prywatnych Jacksona Brody'ego. Taki wariant kryminału jest bardzo ożywczy.
wtorek, 26 listopada 2013
Seks, wszy i womit, czyli Bridget Jones 15 lat później
Wcielając w życie niedawne postanowienie wykorzystania czytnika w celach obcowania z literaturą obcojęzyczną, sięgnęłam ze zdrożnej ciekawości po Mad About the Boy, czyli trzeci tom cyklu Helen Fielding o perypetiach Bridget Jones. Uczucia po lekturze mam mieszane. Poniżej drobne spoilery.
Z jednej strony, dostajemy w zasadzie to samo, co zwykle: rozterki uczuciowe bohaterki (by było to możliwe, Mark Darcy musiał zniknąć, a ponieważ rozwód w przypadku tej WNM byłby skrajnie nielogiczny, jedyną dostępną opcją była tragedia), dylematy dotyczące wyglądu, a zwłaszcza pożałobnej tuszy, problemy zawodowe (tym razem Bridget usiłuje sprzedać scenariusz własnego autorstwa) i ogólny brak ogarnięcia podstawowych spraw, takich jak zasada działania pilota do TV (tu bez zmian).
Istotną nowość stanowi sprawowanie przez panią Darcy opieki nad dziećmi (swoją drogą, trochę późno się na potomstwo z Markiem zdecydowali, skoro w czasie akcji, gdy Bridget ma 51 lat, jej syn Billy ma niecałe 8, a córka Mabel niecałe 6). Nie jest to jednak wielki problem, bo Bridget, z racji pozycji zawodowej męża, finansowo nie została bynajmniej na lodzie. Choć bez pracy, ma więc nianię Chloe i sprzątaczkę Grażynę. Może spokojnie wychodzić z żałoby, co zajmuje jej 4 lata (część powieści to zapiski retrospektywne).
Napotkamy też starych znajomych (z wyjątkiem Shazzer, która zrzuciła skórę feminazistki i ustatkowała się u boku męża-informatyka w Dolinie Krzemowej), czyli Toma, Magdę, Jude, Daniela Cleavera i oczywiście niezawodną matkę Bridget (która oddała się do luksusowego odpowiednika domu starców) oraz nowych bohaterów (matki szkolnych kolegów dzieci, ekscentryczną sąsiadkę, no i 21 lat młodszego od głównej bohaterki Roxstera, nowego chłopaka, czy raczej tytułowego chłopca, poznanego na Twitterze).
Z drugiej strony, choć niby nie można oczekiwać, że ktoś, kto był głupi, naiwny, płytki i roztrzepany w wieku lat 36, w wieku lat 51 przejdzie nieoczekiwaną mentalną metamorfozę, to jednak już choćby tylko samo macierzyństwo (nie wspominając o innych wydarzeniach) powinno chyba Bridget nieco bardziej zmienić. Tymczasem nawet własne dzieci traktują ją pobłażliwie, jak sierotę zagubioną we mgle samotnej (bezmęskiej) codzienności. Wygląda na to, że przez 10 lat małżeństwa z Markiem po prostu w sprawach praktycznych Bridget całkowicie zdawała się na niego.
51 latka żartująca na poziomie 16 latki jest mimo wszystko lekko żenująca.
Fabuła zatem standardowa, z twistem, który daje się przewidzieć na długo przed końcem. W sumie jednak to wciąż dosyć wciągające czytadło i choć - w odróżnieniu od tomów poprzednich - raczej do niego nie wrócę, to lektury nie żałuję. Ciekawym doświadczeniem było zapoznanie się z naszpikowanym skrótowcami i specyficznymi konstrukcjami stylem narracji Fielding w języku angielskim (poprzednie tomy czytałam tylko po polsku). Zdecydowanie potrzebna była chwila na oswojenie się, ale potem lektura nie nastręczała już trudności. Podsumowując: raczej tylko dla fanów serii.
czwartek, 23 lutego 2012
Na krawędź świata i z powrotem oraz to Dagoska and back - Abercrombiego odsłona druga
Zaniedbuję was okrutnie, drodzy czytelnicy, ale cóż robić, wszystko drożeje, a żyć trzeba, jak mawiał pewien mój znajomy komornik:)
Tym niemniej o was pamiętam, a i o blogu zapominać nie mam zamiaru.

W dzisiejszej - krótkiej - odsłonie refleksji czytelniczych chciałam podzielić się wrażeniami z Before they're hanged, czyli drugiego tomu trylogii Pierwsze Prawo. Uwaga - mogą się pojawić delikatne spoilery.

A zatem - sformowana w pierwszym tomie niezbyt wesoła drużyna w składzie: barbarzyńca gadający z duchami, barbarzynka opętana zemstą, Pierwszy z Magów, Pierwszy z Dupków, Ględzący Bez Ustanku Kartograf oraz Nagle Sponurzały Uczeń Maga wyrusza w podróż na krawędź świata po...Ziarno, które jest skałą z Drugiej Strony (niezły spoiler, nie?).

I w sumie najpierw ta podróż, a raczej jej opisy, mnie nużyły, ale im bliżej krawędzi, tym robiło się ciekawej, ze względu na a) interakcje między niektórymi postaciami b) transformacje innych. A już na samej krawędzi zrobiło się całkiem zabawnie i za to, co znalazło się u celu wyprawy, Abercrombie ma u mnie jednego z największych plusów, jeśli chodzi o tę powieść. Ładne kilka razy pozytywnie mnie zaskoczył w tym początkowo wybitnie słabo rokującym wątku.
Dwa pozostałe są dużo łatwiejsze w odbiorze (a przynajmniej ja śledziłam je z dużo większą ciekawością):

- wojenny, z łatwą do przewidzenia klęską i nie do końca przewidywalnymi następstwami tejże w postaci długiej tułaczki grupki ocalałych w wybitnie ekstremalnych górskich warunkach zimowych, prowokujących do wybitnie ekstremalnych (a zatem adekwatnych) zachowań i reakcji - z których zwłaszcza jedna bardzo, ale to bardzo mnie uradowała:)

- wojenny egzotyczny, choć bardziej polityczny czyli perypetie mojego niekwestionowanego faworyta Glokty w gorącej tak meteorologicznie, jak i geopolitycznie Dagosce (przygotowujacej się do oblężenia, a następnie je odpierającej) - w tle zagadka zniknięcia poprzedniego naczelnego inkwizytora twierdzy oraz poszukiwania zdrajcy wewnątrz rady miejskiej; też trafiają się zaskakujące niespodzianki, m.in. Glokta odrywa, że nie całe człowieczeństwo w nim umarło oraz podejmuje kilka decyzji o dalekosiężnych skutkach.

Reasumując: drugi tom oceniam lepiej niż pierwszy, na mocne 8/10. polecam, a sama jestem już w 1/4 trzeciego, czyli The last argument of kings.
czwartek, 02 lutego 2012
Logen nie ma palca, Glokta nogi, a Jezal mózgu:) Abercrombiego odsłona pierwsza
Zacznijmy od tego, że jestem z siebie bardzo dumna, bo po długiej przerwie udało mi się przeczytać bez trudu książkę po angielsku. Jak już chyba wspominałam na blogu, kupiłam na początku roku cały cykl Abercrombiego Pierwsze prawo w oryginale, żeby nie czekać, aż ISA skończy go wydawać po polsku. Wczoraj udało mi się zakończyć weekendową głównie lekturę pierwszego tomu, czyli The blade itself.
Wrażenia mam, szczerze mówiąc, mieszane. Najgorszy był początek (rozumiem przez to tak do 130 strony na 515), kiedy to czytałam na zasadzie "aby do rozdziału z Gloktą". Później było coraz lepiej, a pod koniec męczyły mnie właściwie tylko partie Logena.
Refleksje po lekturze nie są zbyt głębokie, bo i nie jest to głęboka książka, a po prostu porządne, choć na razie nie jakoś szczególnie ponadprzeciętne, rozrywkowe fantasy. Lubię takie, choć Stover leży kilka półek wyżej, o Lynchu już w ogóle nie wspominając. The blade itself stanowi w zasadzie bardzo rozbudowany wstęp do właściwej opowieści, służący głównie przedstawieniu postaci.
I to postacie są tej pozycji główną zaletą. W pierwszym rzędzie oczywiście straszliwie okaleczony w więzieniach Imperatora były żołnierz, a obecny inkwizytor - Sand dan Glokta. Jest to postać cudownie wprost cyniczna, a zarazem bardziej skomplikowana wewnętrznie niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka. Mój zdecydowany faworyt.
Następnie Jezal dan Luthar, chłoptaś piękny, dobrze urodzony i na pierwszy rzut oka pusty oraz płytki, który jednak z czasem zaczyna ulegać nieoczekiwanej - także dla siebie samego - przemianie.
Oczywiście jest jeszcze Logen Dziewięciopalcy, Krawa Dziewiątka, mocno nietypowy barbarzyńca, który z całych sił stara się zostawić za sobą swoją krwawą legendę i mroczną sławę. Jednak w praktyce kiepsko mu to wychodzi.
Z czasem Abercrombie wprowadza też inne postaci, w tym obowiązkowego Maga (choć przeczącego wszelkim stereotypom i bez laski z gałką na czubku), które mają dołączyć do Drużyny i wypełnić Misję (wciąż niezbyt jasną), a tym samym - to akurat jasne - uratować świat.
Stylistą Abercrombie nie jest przesadnie dobrym, mówiąc łagodnie, choć one-linery często mu się udają, to już opisy są jego piętą Achillesową.
Niemniej, radzi sobie z prowadzeniem fabuły i utrzymywaniem zainteresowania czytelnika. Po zamknięciu pierwszego tomu mam ochotę sięgnąć po kolejny, co samo w sobie stanowi rekomendację. Mocne 7/10, z małym plusikiem za Gloktę. Ale coś mi mówi, że dalej będzie tylko lepiej.
sobota, 14 stycznia 2012
Lubię Gloktę od pierwszego akapitu
Pracowity tydzień, nie było czasu na blogowanie. Przeczytałam w zeszły weekend następną Kamieńską (a raczej poprzednią, bo Płotki giną pierwsze w cyklu chronologicznie poprzedzają Śmierć i trochę miłości). Za wiele nowego do refleksji o pisarstwie Marininej dodać nie mogę, ale uważam za warte podkreślenia, że Płotki to pod każdym względem najlepsza z pięciu przeczytanych przeze mnie odsłon cyklu o przygodach leniwej analityczki z komputerem zamiast mózgu. Tak się wciągnęłam, że całość łyknęłam w niecałą dobę.
Nie polecam natomiast Obsydianowego serca Ju Honisch, którego pierwszy tom domęczyłam w tygodniu, a do drugiego wcale mi się nie śpieszy. Książka reklamuje się jako powieść gotycka z dozą czarnego humoru i szczyptą steampunku, ale im bardziej się w nią zagłębiałam, tym bardziej żadnego z tych elementów tam nie było.
Była nuda, przegadanie i chaos. Więcej w recce, jak już ją napiszę.

A, dostałam od Mikołaja jeszcze stówkę. I nie mogłam się oprzeć (a i zbyt mocno się nie starałam), by nie kupić 3 tomów trylogii Abercrombiego Pierwsze Prawo w oryginale. Książki przyszły w idealnym stanie, choć nie były opisane jako nowe, a kosztowały mnie wraz z wysyłką zawrotną sumę 66 PLN. Tak że: transakcja życia na początek roku:) Plus przyjemne z pożytecznym, bo strasznie dawno nie czytałam niczego po angielsku.
Stąd też tytuł notki, bo ledwo zdążyłam zacząć The blade itself, już polubiłam cyniczne komentarze inkwizytora Glokty:D
poniedziałek, 06 września 2010
Przerwa z powodu plonącego kabla
Dorwałam nowego Rhyme'a w oryginale, niestety mam go tylko do wtorku wieczorem, jestem dopiero w połowie, bo po angielsku, mimo większej czcionki, interlinii etc. i tak wychodzi mi wolniej niż w wygodnym języku rodzimym. Fajny, juz się wkręciłam. Jednak co Lincoln i Amy, to Lincoln i Amy. Te książki Deaverowi wychodzą całkiem po prostu najlepiej. No i powrót Zegarmistrza w tle! (niezorientowanych w Deaverkach przepraszam za maniackie bełkotanie szyfrem:)
Przerwałam nawet Pentagram Nesbo w bardzo pasjonującym miejscu. Siła wyższa.
Stąd brak postów.
P.S. Post niniejszy nazwać można epokowym - pierwszy napisany na nowym komputerze:)
poniedziałek, 08 lutego 2010
Unseen Academicals - Pratchett w świetnej formie
Teoretycznie najnowsza powieść ze Świata Dysku jest przede wszystkim o piłce nożnej (w wersji Dyskowej foot-the-ball), w praktyce jednak to kolejne podejście do tematyki inności i samoakceptacji. Lubię takiego Pratchetta, lekkiego, niezobowiązującego, przemycającego pozorne truizmy o ludzkiej naturze z wdziękiem, niby to przypadkiem i bez zabójczego dla takich tematów patosu czy mentorstwa. Za to z dawką prześmiesznego humoru.
Jak zwykle w książkach "cywilizacyjnych", sir Terry tworzy nowych bohaterów. Tym razem są to Glenda Sugarbean, szefowa nocnej kuchni na Niewidocznym Uniwersytecie, Trevor Likely, syn największej legendy ulicznego footballu w Ankh Morpork, również pracownik pomocniczy NU (konkretnie candle dribbler - urabia świece, zeby wyglądały odpowiednio "magicznie") oraz tajemniczy Nutt, goblin, podopieczny Lady Margolotty z Uberwaldu, wysłany do A-M dla własnego bezpieczeństwa.
Ze znanych nam bohaterów największą rolę odgrywają magowie, zmuszeni do wystawienia własnej drużyny footballowej (zgadnijcie, na jakiej pozycji zagra Bibliotekarz?:) oraz lord Vetinari, postanawiający z ich nie do końca dobrowolną pomocą zreformować zasady społecznie popularnej gry.
Przewija się także wątek pokazów mody (w bardzo oryginalnej formie) oraz, oczywiście, waśni w środowisku kibiców piłkarskich.
W epizodach pojawiają się Angua, Vimes, de Worde, GSP Dibbler i inni starzy znajomi:)
Nie będąc fanką piłki nożnej, podchodziłam do książki z pewną taką nieśmiałością. Kończyłam ją zachwycona, według mnie zdecydowanie powyżej Dyskowej średniej, a w cyklu "cywilizacyjnym" ustępuje może jedynie Prawdzie, a i to niewiele. Współczuję jedynie tłumaczowi, niektóre gry słowne to będzie trudny orzech do zgryzienia.
Najbardziej cieszy mnie to, że, mimo choroby, Pratchett wciąż pisze świetnie i nie stracił serca do tego zajęcia. Wydaje się, że są spore szanse, iż nie będzie to ostatni tom cyklu.

niedziela, 08 listopada 2009
Jeffery Deaver "The roadside crosses" - chwilowy spadek formy, czy twórcze wypalenie?
Wolałabym mimo wszystko tę pierwszą opcję, jako pozostawiającą nadzieję, że Deaver nie pójdzie w ślady Sapkowskiego i nie pogrąży się w błogostanie rzemieślniczego samozadowolenia, opartym na (skądinąd słusznym, niestety) przekonaniu, że fani łykną wszystko, co raczy sygnować swoim nazwiskiem.
Tak czy owak, jego najnowszy produkt, druga powieść z cyklu o specjalistce od przesłuchań i niewerbalnego wykrywania kłamstwa, Kathryn Dance, jest jakości dramatycznie słabej. Jedyną słabszą od Przydrożnych krzyży (że tak sobie bezczelnie przetłumaczę;p) powieścią jego autorstwa [choć kilku jeszcze nie czytałam, ale z tych, które znam, a jest ich mimo wszystko zdecydowana większość] jest Konflikt interesów (tytuł oryginału Mistress of Justice zdradza zdecydowanie zbyt wiele czytelnikowi inteligentniejszemu od średnio lotnego szympansa, więc tym razem wygibas tłumacza uważam za usprawiedliwiony:). Ta ostatnia należy jednak do prac najwcześniejszych, a ponadto to, co zostało wydane, stanowi przeróbkę jednej z pierwszych literackich wprawek autora w ogóle - i, nie da się ukryć, mimo wygładzania jest to widoczne jak na dłoni.
Tymczasem pierwszy tom o Dance był naprawdę niezły (po słabszym  Rhyme'owym Zegarmistrzu), nawet z poprawką na ewidentne naginanie rzeczywistych możliwości analizy kinezycznej do potrzeb fabuły.

Dygresja mode on: Choć o prawdziwym bezczelnym przekłamywaniu w prezentacji technik niewerbalnego wykrywania kłamstwa Deaver nie ma pojęcia - powinien
się facet zapisać na korepetycje do twórców Lie to me - zaczęlam oglądać niedawno i jak wpadłam w podziw, tak sobie na razie trwam, pociągnę, póki nie przegną powyżej progu tolerancji.A mam wysoki, bo na razie tylko mnie to bawi:)/dygresja mode off

Rozpoczęcie cyklu z nową bohaterką i nową tematyką było chyba Deaverowi pisarsko potrzebne, jako odskocznia od kryminalistycznej precyzji laboratorium Rhyme'a. Remedium jednak nie działało długo.Owszem, po Śpiącej laleczce powstało świetne moim zdaniem Rozbite okno, przywracające świeżość serii o sparaliżowanym kryminalistyku i jego rudowłosej partnerce. Natomiast dalszego pomysłu na Dance Deaverowi wyraźnie brakuje. Nie potrafił interesująco pogłębić tej postaci, pozostała sztamowym szkicem milej, dobrej, inteligentnej wdowy dzielnie wychowującej z pomocą rodziców dwójkę dzieci. Nie zyskała żadnego nowego - w porównaniu z pierwszą powieścią - rysu charakteru. Nie potrafię jej sobie wyobrazić, a nawet nie mam ochoty próbować.
Fabuła Przydrożnych to osobna żenująca historia - agentka, przez 250 stron podążająca fałszywym tropem, nie dostrzega, że dowody obciążające podejrzanego są zbyt dogodnie jednoznaczne i prawdopodobnie zostały w związku z tym podrzucone przez prawdziwego sprawcę. Niespodzianka! Innego niż podejrzany. Klapki na bystrze wychwytujących minimalne oznaki kłamstwa oczach? Co gorsza, idąc za ciosem BW, Deaver po raz kolejny opiera intrygę na zagrożeniach internetu: tym razem na blogach i tak zwanym dziennikarstwie obywatelskim, a z drugiej strony na RPG online. Podejrzany większość czasu spędza w świecie gry wzorowanej na WoW. A ponieważ śledztwo prowadzą "starzy", dużą część powieści zajmują wykłady o podstawach funkcjonowania blogosfery i mechanice RPG. Uzupełnione, o zgrozo, notkami z bloga "dziennikarza obywatelskiego", który odgrywa w fabule znaczącą rolę. W pewnym momencie (o ileż za późno!), autor orientuje się, że zabrnął w grzęzawisko nudy, zgubił napięcie i uśpił czytelnika. Nawet kolejny flirt Dance z cyklu " i chciałabym i boję się" oraz wątek jej nieporozumień z matka nie ratują ponad połowy książki. Za stroną 250 wraca tempo i chęć do czytania, ale prowadzi to przyspieszenie do rodzaju twistów, które ja akurat lubię najmniej - nachalnych, wyjętych z kapelusza, naciąganych jak gumka od starych kalesonów, ale za to ZASKAKUJĄCYCH. Co z tego, ze na bakier z logiką? Deaverowi nie chce się już komponować finezyjnej intrygi, wie, że nie musi. Pozwala sobie na numery w stylu Krajewskiego. Jest to smutne, bo ten sam facet napisał Kamienną małpę, Maga i Modlitwę o sen oraz masę innych bardzo fajnych rzeczy, a teraz tłucze przeciętne produkcyjniaki. Ale - kto bogatemu zabroni?
P.S. Wczoraj skończyłam pozacyklową powieść Deavera z 2008 - Porzucone ofiary (org. The bodies left behind), która jest o tyle lepsza, ze akcja występuje już od pierwszej strony i można sie wciągnąć. Niektóre twisty nieco zgrabniejsze, ale ogólnie nie wychodzi poza schemat: dzielna policjantka z prowincji vs. bezwzględni zawodowi mordercy i 10 tysięcy akrów parku stanowego...
P.S. 2 Dla odmiany coś dobrego do czytania - Gromowładny :)


 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka