Wpisy z tagiem: David Fincher

niedziela, 14 grudnia 2014
Zaginiona dziewczyna - wersja filmowa
Obejrzałam. I po raz kolejny potwierdził się fakt, że niektóre książki do ekranizowania nadają się słabo, a co najmniej - nie wszystko da się przenieść na ekran. Seans niebawem po lekturze boleśnie obnaża wszystkie słabe punkty tej ekranizacji, której nie pomógł ani wysoki stopień fabularnej zgodności z oryginałem (tak z 85%), ani świetny reżyser, ani autorka powieści jako autorka scenariusza.
Już recenzując powieść, sygnalizowałam, że fabularnie szału nie ma. Najmocniejszą stroną tekstu był wgląd w myśli bohaterów, ich oceny partnera, innych osób, otoczenia, przemian społecznych. Poza tym dosyć przewidywalną fabułę ratowała konstrukcja z naprzemienną narracją, retardacja, dzięki której powstawało napięcie.
W filmie tego oczywiście nie ma, a zastąpić takich elementów naprawdę nie było czym. Wszystkie wypadki są o wiele bardziej skondensowane, poszczególne elementy intrygi wychodzą na jaw w innym porządku (znacznie szybciej, powstaje wręcz momentami wrażenie pewnego chaosu, osoba nieznająca powieści może nie nadążyć), a to, co musiało zostać wycięte, stanowiło dla mnie największą wartość pierwowzoru. Zmiany, choć nieliczne, bardzo źle wpływają na odbiór całości (zwłaszcza sposób uwolnienia się Amy w książce wypadał o wiele lepiej, w filmie dość groteskowo).
Ben Aflfeck kompletnie nie pasował do mojego wyobrażonego wizerunku Nicka Dunna, bardzo mi przykro. Miał być czarującym chłopcem z Missouri, a jest klocem drewna. Serio, nie wiem, co ta studentka w nim widziała. Z Amy nieco lepiej, z Margo i matką Amy bardzo dobrze (i znów - znaczna redukcja roli rodziców Amy jest zrozumiałą koniecznością, ale w konsekwencji korzenie psychopatii tej uroczej dziewczyny dla widza nieznającego książki pozostaną tajemnicą, by nie powiedzieć wręcz, że jej zachowanie wyda mu się z rzyci wzięte).
7/10, ogląda się dobrze, nie dłuży się (a to w końcu 150 minut), ale w konfrontacji z książką wypada znacznie gorzej (jakieś 5/10) - zdecydowanie polecam lekturę.
wtorek, 05 lutego 2013
Powtarzam się, wiem
Ale naprawdę - nie przegapcie House of cards. Mam za sobą 7 odcinków i nie wiem, czym zachwycać się bardziej: aktorstwem, fabułą czy dialogami. Nie tylko Spacey jest siłą tej serii.
Dramat polityczny zrealizowany na najwyższym poziomie. Trochę na kolanach go oglądam.
niedziela, 03 lutego 2013
Raport z serialowiska
Bo dawno już nie było.

The good wife - trzyma niesamowity poziom, postaci epizodyczne często kradną głównym większą część show. Można pisać inteligentne, przewrotne scenariusze na poziomie i utrzymywać wysoką oglądalność? Voila.

The Mentalist - właściwie bardziej siłą rozpędu, ale momenty się jeszcze zdarzają. Chyba lepiej niż w poprzedniej serii.

Once upon a time - zgodnie z tym, co mi się zdawało, powinni byli skończyć po pierwszej serii. Ale oglądam dalej, bo Rumpel.

Castle - a Rick coraz to szerszy. Ale jakimś cudem romans jeszcze nie zrujnował serii.

Call the midwife - drugi sezon perypetii londyńskich położnych trzyma wysoki poziom warsztatu i realizmu.

Justified - zapowiada się najlepszy sezon od czasu pierwszego.

Criminal minds - powoli podnosili się z żenady, aż nastała historia stalkera "dziewczyny" Reida i... brak mi słów:>

Suits - druga seria poważnie dołuje, szkoda. Acz Buck z The Wire jako ojciec Rachel w ostatnim odcinku wywołał na mej twarzy wielki uśmiech:D

Grey's anatomy (tak, można się śmiać:P) - lepiej niż rok temu, ale to w sumie niewielkie osiągnięcie.

Death in paradise - druga seria przygód londyńskiego inspektora zesłanego na karaibską wysepkę trzyma poziom, średnia intrygi chyba nawet wyższa niż rok temu. Polecam, na zimę idealna.

ZAKOŃCZONE:

Homeland - zdecydowanie trzeba było wysadzić Brody'ego rok temu. Teraz to już zupełnie nie wiem, co zamierzają z nim zrobić.

Dexter - kończcie, Showtime, wstydu sobie oszczędźcie.

PREMIERY:

The Following - a miało być tak pięknie. Wyszła schematyczna amerykańska kaszanka dla mas.

The Americans - to zapowiada się o wiele lepiej po pierwszym odcinku, choć Rosjanie rozmawiający między sobą po angielsku po prostu mnie rozwalają. Powrót - w głównej roli - Kevina z Brothers and sisters.

House of cards
- Kevin Spacey! David Fincher!  Po pierwszym epizodzie zapowiada się znakomity serial polityczny. I w dodatku dają wszystko na raz. Serdecznie zachęcam.

CZEKAM NA:

The Fall, Hannibala, Southland

poniedziałek, 25 października 2010
Dola geniusza
Po Benku Guziku szłam na nowego Finchera z pewną taką nieśmiałością jednakowoż. Na szczęście, tym razem obawy okazały się bezpodstawne. Co prawda zdecydowanie nie zgadzam się z twierdzeniami, pojawiającymi się gdzieniegdzie, że jest to najlepszy film w dorobku reżysera. Moim zdaniem Siedem i Fight club zostawiają go w tyle bez trudu.
Nie zmienia to jednak faktu, że film o ewolucji najpopularniejszego obecnie portalu społecznościowego ogląda sie znakomicie, a to za sprawą kilku czynników - świetnej obsady, bardzo fajnie wymyślonych scen (tylko kilka przykrych, łopatologicznych zagrań, m.in. w pierwszej scenie, gdy Mark zostaje porzucony przez swoją ówczesną dziewczynę, i w prawie ostatniej, gdy prawniczka poucza go z powagą, że wcale nie jest takim dupkiem) - trudno wymieniać, bo wyszedłby prawie cały film:) Z najbardziej pozostających w pamięci: audiencja u dziekana (klamka!), scena na przyjęciu po regatach (mistrz!), motyw kurczaka (nie chcę spoilerować:) i poranek w mieszkaniu Justina Timberlake'a (swoją drogą, nigdy bym się nie spodziewała, że facet umie grać:O). Ostatnim czynnikiem są dialogi, których jest masa, a skopanych łopatologią i tanim moralizatorstwem bardzo niewiele.
No i najważniejsze - film nie jest o Facebooku, to tylko pretekst do opowieści o cenie geniuszu, jaką często bywa alienacja wybitnej jednostki. Reżyser pokazuje Marka Z. jako człowieka całkowicie wyzbytego empatii, a jednak dominujące u mnie po seansie uczucie to nie pogarda, ale współczucie dla niego.
Warto było czekać, zdecydowanie polecam.
Teraz na pierwszym miejscu listy oczekiwanych przeze mnie premier Czarny łabędź.

sobota, 31 stycznia 2009
Ciekawy przypadek Benka Guzika

Zacząć trzeba od tego, że po Siedem i Fight clubie wyrobił mi się odruch bezwarunkowy - otóż napalam się na filmy Finchera jak szczerbaty na suchary. To nie jest zdrowe. Podkręca też krytycyzm wobec filmu - ale tu Fincher sam sobie winien - było poprzednich takich genialnych nie robić. Dodam przed przystąpieniem do rzeczy, że nie znam opowiadania, które posłużyło za kanwę obrazu (i chyba całe szczęście, bo choć teraz zdecydowanie zapoznać się z nim zamierzam, wydaje mi się na czysto intuicyjnym poziomie, że mogło zostać, jak to często bywa, adaptacją zniekształcone...ale o tym jeszcze się jeszcze przekonam), oceniam go zatem w oderwaniu od literackiego kontekstu.

Początkowo wydaje się - dość długo nawet - że będzie to niezwykła historia o inności. Niezwykła, bo nie jest to standardowa filmowa inność: nieszczęśliwa i złakniona akceptacji. To inność afirmująca samą siebie, nie pogodzona, a zadowolona z własnej sytuacji. Niczego nie szukająca, nowości i zmiany witająca z radością, ale ich niewyglądająca. Nienegująca nawet śmierci. Jak może ją negować ktoś, kto urodził się bezradnym starcem i w domu starców spędził pierwsze lata życia? Dziecko w ciele starca, którego największą tajemnicą jest fakt, że nie jest tak stary, na jakiego wygląda i że młodnieje z każdym dniem - to właśnie główny bohater Benjamin Button (genialnie postarzony - a następnie odmłodzony - Brad Pitt).

W pewnym momencie reżyser jednak najwyraźniej zmienia koncepcję, bo film przekształca się w sentymentalną historię o miłości - najpierw długo niespełnionej, następnie przejściowo szczęśliwej, ale skazanej na tragiczny finał. I ja wcale nie mówię, że nie porusza mnie ta historia. Że nie jest dobrze zagrana. Ja tylko mówię, że widać w filmie wyraźne wewnętrzne rozdarcie i ostatecznie skręca on w stronę, która wydaje mi się marnowaniem tkwiącego w historii potencjału. Denerwujące są narracyjne i inne podobieństwa do Forresta Gumpa. Irytująca jest też "filozoficzna łopatologia", symbolizowana najpełnej przez nieszczęsnego kolibra (ale nie tylko, podobnych chwytów jest masa, kapitan "artysta", Tilda przepływająca kanał La Manche w wieku 68 lat, zegar pana Gateau). Spłycanie, walenie po łbie oczywistościami, które przecież są w filmie tak wyraźne, że naprawdę nie wymagają dodatkowych podkreśleń.

To mógł być wielki film, a w efekcie ma tylko wielkie momenty. Są też, niestety, dlużyzny (które pojawiły się już w Zodiacu, wtedy miałam nadzieję, że to jednorazowy wypadek przy pracy). Ale mimo wad zobaczyć zdecydowanie warto, a i wzruszyć się można - szczególnie końcówka jest okrutna.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka