Wpisy z tagiem: Lincoln Rhyme

wtorek, 14 kwietnia 2015
Rhyme i Sachs po raz 11
Korzystając ze zwolnienia chorobowego, postaram się ponadrabiać w tym tygodniu zaległości rozmaitego autoramentu, w tym także blogowe, bo zdaję sobie sprawę, że trochę tu ostatnimi czasy pustawo. No, nie rozdwoję się, nie dam rady czytać dwóch książek jednocześnie. Już nie:( W każdym razie do recenzji miałam niedawno Kolekcjonera skór Deavera. Jest to powieść, co do której po lekturze mam mieszane uczucia. Szczegółowo dałam im wyraz tutaj. A wy czytacie jeszcze ten cykl? Czytacie powieści Deavera o Kathryn Dance? Co sądzicie o jego twórczości z ostatnich lat?
poniedziałek, 05 sierpnia 2013
Deaver i ja
Historia naszej relacji przypomina nieco tandetną powieść obyczajową, tylko bez obowiązkowego szczęśliwego zakończenia. Bo zakończenia jeszcze nie ma, właściwie - o dziwo. Najpierw była wielka, eksplodująca niczym supernova miłość. Bo kiedyś Deaver pisał świetne powieści. Postać Lincolna Rhyme'a, sparaliżowanego kryminalistyka, miała w sobie niezwykły potencjał. Bardziej już nie dało się postawić ludzkiego umysłu, uwięzionego w klatce bezwładnego ciała, w centrum i wynieść jego mocy na wyższy piedestał. A autorowi chciało się dopracowywać fabuły. Mag, Tańczący trumniarz czy Kamienna małpa to do dzisiaj mój prywatny kryminalny top. Również teksty spoza cyklu o Lincolnie i Amelii, takie jak Panieński grób czy Modlitwa o sen, gwarantowały znakomitą, wciągająca, trzymającą w napięciu lekturę. W okolicach Zegarmistrza coś się zaczęło psuć. Gdy Deaver zaczął pisać "na dwa fronty" tj. w jednym roku publikując powieść z Dance, w kolejnym z Rhymem, jeszcze nie chciałam przyjąć do wiadomości, że to produkcja taśmowa. Jak z Woodym Allenem, łudziłam się i dawałam szanse przez parę lat. Aż przyszedł Hak, który był tak nudny, że sygnowanie go nazwiskiem Deavera wydawało mi się kolosalnym nieporozumieniem. Z Dance dałam sobie spokój po wyjątkowo nędznych Przydrożnych krzyżach, do tej pory nie tknęłam Twojego cienia (swoją drogą, interesujące tłumaczenie XO:).
Ale nie umiałam porzucić Lincolna Rhyme'a, nawet słabsze powieści z jego udziałem ciągle coś w sobie miały (mimo irytującej powtarzalności schematów), a Rozbite okno było wręcz bardzo dobre. Nie tak dawno sięgnęłam po nowelkę A textbook case i... umęczyłam się z nią okrutnie. Takiego  króciaka pozostawiłam w jednej trzeciej na jakiś tydzień, cały koncept, już po doczytaniu, wydał mi się naciągany, efekciarski i sztuczny.
Mimo wszystko wciąż nie umiem zrezygnować z lektury najnowszej Rhyme'owej powieści, czyli Kill roomu. Ale chyba po raz kolejny ja, która Rhyme'a czytałam w oryginale na długo przed polską premierą (jedyny autor - obok Pratchetta - którego wyróżniałam w ten sposób w erze przedKindle'owej), nie żałując niewielkich zasobów finansowych na hardcovery, nie zapoznam się z najnowszym tekstem przed polską premierą, zapowiedzianą na wrzesień. I wcale mnie to nie martwi. A perspektywa lektury nieco mnie przeraża, bo co będzie, jeśli dłużej nie zdołam podtrzymywać złudzeń?:)
Na szczęście miejsce Deavera w moim sercu zajął tymczasem Jo Nesbo, oby sukcesy zbyt szybko nie uderzyły mu do głowy.
poniedziałek, 22 listopada 2010
Jutro nowy Rhyme PL
Szybciutko, w UK wyszedł w lipcu, co daje "naszym" rekordowy AFAIK wynik 4 miesięcy na wydanie. Trochę mnie zdziwiło tłumaczenie tytułu The burning wire jako Pod napięciem (za bardzo mi się kojarzy z okropnym programem Marcina Wrony sprzed lat), ale, po zastanowieniu, doszłam do wniosku, że nie umiem zaproponować nic lepszego:) W związku z czym się nie czepiam. Zresztą polski tłumacz Deavera, Łukasz Praski, od wielu lat robi bardzo solidne przekłady.

Sprawdziłam, że poza relacją "na żywo" z gorączkowej wrześniowej lektury angielskiej wersji, nie napisałam tu nic więcej, zatem - przedpremierowo - kilka zdań o najnowszej odsłonie przygód Rhyme'a i Sachs.

W Pod napięciem intrygujący jest przede wszystkim pomysł na zabójcze narzędzie - wszechobecne i w nieuprawniony sposób powszechnie lekceważone - czyli właśnie sieć elektryczną. Stąd same przestępstwa są ciekawie zaaranżowane, a ofiary właściwie same sobie robią krzywdę, nieświadomie zamykając obwody ustawione przez sprawcę. Czarny charakter dysponuje imponujacą wiedzą o elektryczności, która pozwala mu osiągać piorunujące efekty.

Drugim ciekawym aspektem najnowszej powieści o sparaliżowanym kryminalistyku jest powrót do problematyki fizyczności bohatera, właściwie niezbyt często poruszanej. Po Kolekcjonerze kości i Pustym krześle (kiedy Rhyme rozważał inwazyjny i wiążący się ze sporym ryzykiem zabieg kręgosłupa) kalectwo Rhyme'a przesunęło się na dalszy plan. Owszem, ma ograniczenia, ale żyje w luksusowych warunkach, posiada wszystkie najnowsze udogodnienia, ma pielęgniarza na każde skinienie. Tym razem znów obserwujemy, że jego stan może mieć decydujący (negatywny) wpływ na prowadzone śledztwo.

W tle, jako wątek równoległy, powraca pościg za Zegarmistrzem - jedynym jak dotąd przestępcą, który zdołał wymknąć się duetowi.

Nie da się jednak ukryć, że z powieści po raz kolejny przebija Deaverowy schemat prowadzenia fabuły, od kilku odsłon (ostatnią wolną od tej wady był Zegarmistrz) obniżający jakość lektury. Nastawienie twistowe jest zbyt ostentacyjne, chwyty narracyjne stały czytelnik zna na pamięć. Deaver się nie stara. I nawet z ciekawego pomysłu nie wyciska tyle, ile dawniej by mógł.

Pod napięciem jest interesujące, czyta się dużo lepiej niż Przydrożne krzyże, ale moim zdaniem ustępuje zarówno fabularnie, jak i koncepcyjnie Rozbitemu oknu, czyli poprzednim przygodom Linca i Amy. Twist, jak na ostatnie dokonania Deavera na tym polu, można zaklasyfikować jako w miarę subtelny.

Zatem ogólnie nieźle, jak na Deavera jednak 4-

Tutaj okładka.

poniedziałek, 06 września 2010
Przerwa z powodu plonącego kabla
Dorwałam nowego Rhyme'a w oryginale, niestety mam go tylko do wtorku wieczorem, jestem dopiero w połowie, bo po angielsku, mimo większej czcionki, interlinii etc. i tak wychodzi mi wolniej niż w wygodnym języku rodzimym. Fajny, juz się wkręciłam. Jednak co Lincoln i Amy, to Lincoln i Amy. Te książki Deaverowi wychodzą całkiem po prostu najlepiej. No i powrót Zegarmistrza w tle! (niezorientowanych w Deaverkach przepraszam za maniackie bełkotanie szyfrem:)
Przerwałam nawet Pentagram Nesbo w bardzo pasjonującym miejscu. Siła wyższa.
Stąd brak postów.
P.S. Post niniejszy nazwać można epokowym - pierwszy napisany na nowym komputerze:)
wtorek, 02 lutego 2010
Brakujący Rhyme - wreszcie wznowiony
Nie wiem, czemu tak późno, ale zdecydowanie lepiej późno niż wcale. Prószyński wznowił drugi tom cyklu o Jeffery'ego Deavera o sparaliżowanym kryminalistyku i jego rudowłosej partnerce. Mowa o Tańczącym trumniarzu. Tym samym zamknięto wznowienie w nowej (nie zawsze korzystniejszej od dawnej) szacie graficznej. Pod względem skomplikowania zagadki jest to jeden z lepszych tomów serii. Na drugim planie dochodzi w nim do przełomu we wzajemnych relacjach Rhyme'a i Sachs. Po raz kolejny zachęcam do zapoznania się z cyklem, teraz skompletowanie go i chronologiczna lektura nie będą już przedstawiać trudności. Dla ułatwienia - rozpiska:

1. Kolekcjoner kości,
2. Tańczący trumniarz,
3. Puste krzesło,
4. Kamienna małpa,
5. Mag, 
6. Dwunasta karta,
7. Zegarmistrz,
8. Rozbite okno

A gdybym miała ustawiać wg jakości, kolejność byłaby następująca: 4,5,8,2,7,6,1,3:)

poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Erast, Ebi i Lincoln porwali mnie do odwołania

Znaczy się, magisterka już naprawdę w pisaniu, w czytaniu natomiast Akuniny brakujące do zamknięcia cyklu (jeszcze 4,5, choć dzisiaj, po prawdzie, grzebię głównie w Azazelu, gdyż prokuruję bio rejestratora kolegialnego F.).

W następnej kolejności szykuje się szybki maraton ciemnymi zaułkami Breslau, a potem New York, New York i NYPD. Dlatego teraz szybciutko napiszę o tym, co ostatnio przeczytałam.

Święty Wrocław Łukasza Orbitowskiego byłby genialny, gdyby wywalić w kosmos ostatnie 25 stron. A tak genialny nie jest, ale mimo to zdecydowanie wart polecenia. Facet ma oko do ludzi i umie w jednym  zdaniu zamknąć obserwacje tak trafne, że aż boli. Więcej w najbliższym F.

Taniec nad przepaścią Eleny Malinowskiej zdołałam w końcu domęczyć, ale jeśli nie szukacie maksymalnego odmóżdżenia, to nie polecam. Właściwie, to zdecydowanie i energicznie odradzam.

http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/rid,39298,recenzja.html

Przedksiężycowi 1 Anny Kańtoch - rzecz nowa na tle polskiej fantastyki, psychologia w sztafażu s-f, najprawdopodobniej najlepsza powieść autorki. Bardzo warto. Po ukazaniu sie recki niezwłocznie podlinkuję. 8/10

Lewiatan, Śmierć Achillesa, Walet pikowy, Dekorator, Radca stanu Borysa Akunina - problem ze wskazaniem jednoznacznego faworyta (jestem rozdarta między Śmiercią, a Radcą), za to szacunek dla autora przyrasta geometrycznie. Cykl jest wspanialy, różnorodny i nieodmiennie zaskakujący.

W kolejce mam Zadrę 2, Viriconium, Na ziemi niczyjej, Bliznę i Making money, ale będą musiały jeszcze sporo poczekać:(

Proszę o trzymanie kciuków, aby projekt magisterski nie zawalil mi się na glowę:) I jakby ktoś miał esej Rogera Caillois Powieść kryminalna ze zbioru Odpowiedzialność i styl (PiW), to nie pogardzę, naprawdę.

poniedziałek, 09 kwietnia 2007
Owen, Phillip, Jeffery i inni

W kolejności pochłaniania:P

Lekcja jej śmierci czyli kolejny Deaverek. Morderstwo studentki, a tak naprawdę książka o dziecku mającym trudności z nauką z powodu dysleksji i dyskalkulii oraz o jego rodzicach, mających problemy ze sobą. Ojciec, rzecz jasna, jest policjantem prowadzącym śledztwo. Może niezbyt lotnym (miła odmiana po wszechwiedzacym Lincolnie R.), za to nadrabiającym intelektualne braki uporem i konsekwencją w działaniu. Mimo rozbudowanego i wyjątkowo nudnego zawiązania akcji, jedna z najlepszych książek tego autora. Pod warunkiem, że się przebrnie wspomniany trudny początek. Co dla części czytelników, rozbestwionych dynamicznym stylem pozostałych tytułów tego autora, może się wydawać nie warte zachodu. Zapewniam - jest wręcz przeciwnie.

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant czyli mój pierwszy raz z Dickiem. Udany nad wyraz, acz motyw "fantastyczny" uważam za ciut mało wiarygodny. Ja jednak odbieram tę powieść przede wszystkim jako psychologiczno-socjologiczne studium jednostki zagubionej w systemie. Wyobraźcie sobie, ze giną wam wszystkie dokumenty, bez których nie możecie nawet wyjść na ulicę, bo pierwszy napotkany patrol policji wyśle was na reedukacyjne wczasy w obozie pracy. Lęki Dicka, ich skala i wiarygodność, po prostu wbiły mnie w fotel. Ciężka lektura, malo rozrywkowa, ale nie żałuję.

Furtka do ogrodu wspomnień czyli mój drugi Dębski, a pierwszy, który przypadł mi do gustu. Wcześniej była Królewska roszada przez którą nawet nie chciało mi się brnąć. Dobrze, że dałam szansę Owenowi Yeatesowi - pure enterteinment bez jakichkolwiek większych pretensji, za to doskonały. Tylko za krótki. KTO MA POŻYCZYĆ WCZEŚNIEJSZE TOMY?

Teraz czytam antologię WAB Niebezpieczne kobiety - będąc w połowie stwierdzam, że na razie prezentuje wyższy poziom niż przeciętne wydawnictwa tego typu, a 3 na 8 przeczytanych tekstów (w sumie jest ich, bagatelka, sztuk 20) zrobiły na mnie wrażenie. Więcej, jak skończę.

niedziela, 04 czerwca 2006
Lincoln versus Ebi versus Magpyr Family

Wziąwszy sobie na dni parę wolne od rzeczywistości, utonęłam ( jutro się okaże, azali zasłużenie) w otchłaniach lektury. Otóż od ostatniego wpisu w tej kategorii przeczytałam:

1) pozostałe do kompletu Deaverki in Polish, to jest "Tańczącego trumniarza", który okazał się niesamowity, a przy okazji pozwolił mi dowiedzieć się czegoś o samolotach oraz "Puste krzesło", które okazało się najsłabszym tomem serii (co nie znaczy, że słabym!!!) i kopalnią informacji o królestwie owadów. Krótka autorefleksja - jest coś strasznego w tym, że czytając o tetraplegiku Rhymie odnotowuję każdorazowo poprawę samopoczucia...bo on ma gorzej.

2) kolejny tom mojego ukochanego Świata Dysku - z dawna wyczekiwany przekład "carpe Jugulum", który utwierdził mnie w przekonaniu (skądinąd i tak głębokim oraz niezłomnym niczym Wielki A'Thuin) o translatorskim geniuszu Piotra W. Cholewy. Po głębszym zastanowieniu oraz konsultacji porównawczej z biegłą w lengłydżu koleżanką doszłam do wniosku, że to jednak nie o to chodzi, że jestem głupia i nie wszystko rozumiem z warstwy humorystycznej in English. Po prostu humor w tych tłumaczeniach ma swój specyficzny, niepowtarzalny walor, którego pozbawione są oryginały.A poza tym uważam, że: górą ESME WEATHERWAX!

3)teraz jestem w trakcie lektury zabranego z domu do pociągu drugiego tomu przygód radcy Eberharda Mocka (zdrobniale Ebi - rozbraja mnie to:) Po 100 stronach podoba mi się nawet bardziej niż część pierwsza. Ebi jako alkoholik i damski bokser też ma swój urok, jak dziwnie by to nie zabrzmiało. Więcej, jak skończę.

W kolejce czekają - poza nieprzeczytanymi pozycjami z poprzedniej listy (przeczytane na bieżąco wykreślam):

1) Dan Simmons "Hyperion"

2) Neil Gaiman "Amerykańscy bogowie"

3) Leksykon fantasy

4) Ryszard Kapuściński "Heban"

5) Jarosław Grzędowicz "Pan lodowego ogrodu tom I" priorytet recenzyjny

6) "Punkt omega" priorytet recenzyjny

środa, 24 maja 2006
Uniwersalna mądrość Wschodu

Kamienna małpa Jeffreya Deavera, historia o imigrantach, chińskich dysydentach szukających schronienia w Pięknym Kraju, który okazuje się bardzo niepiękny, to wyjątkowa, mocna rzecz. Osadzona w chińskiej obyczajowości, mentalności, wierzeniach i przesądach. Jak zwykle - niezwykła i zaskakująca.

Jak zwykle - zginął mój ulubiony bohater. Ale zanim to zrobił, powiedział Lincolnowi Rhyme'owi kilka ważkich słów w związku z planowaną przez niego ryzykowną operacją rdzenia kręgowego:

Przyjmij swoje ograniczenia...Los to sprawił, Loaban [Szefie-przyp. Siekiera]. I sprawił to w jakimś celu. Może jesteś lepszym detektywem z powodu tego, co się stało. Twoje życie jest teraz w równowadze, mówię.

Gdybyż przychodziło to tak łatwo, jak Deaverowi pisanie znakomitych, inteligentnych kryminałów.

niedziela, 07 maja 2006
Fik, mik i Mag znikł

Deaver ciągle mnie zaskakuje. "Mag" to trzecia przeczytana przeze mnie książka z cyklu o Rhymie -  nie umiem powiedzieć, czy lepsza, czy gorsza od poprzedniczek. Zupełnie inna. Łączy je tylko jedno - jednakowo zasysają. Ta niezwykła podróż w świat scenicznej iluzji od kuchni, zmyłek fizycznych i psychicznych, dymu, pirowaty i zniknięć, które stały się narzędziem obłąkanej zemsty...to było COŚ. Tradycyjnie kilka rozglośnych opadów szczeny, największy pod koniec. Ciężko pisać merytorycznie o literaturze tego typu. To trzeba po prostu przeczytać, wsiąknąć samemu, przejść się "po siatce" na miejscu przestępstwa, pobserwować chromatograf sprzężony ze spektometrem masowym, poobgryzać paznokcie z przejęcia. Polecam. Dodałam linka do oficjałki Autora. Mój szacunek do jego pracy wzrasta z każdą przeczytaną książką. Gość zna się na rzeczy, wie, co to PORZĄDNA literatura rozrywkowa.

ZAPAMIĘTAĆ - pod zadnym pozorem nie brać od Olgi trzech pozostałych części cyklu o Lincolnie R. przed 18 maja, godziną 17:00:)

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka