Wpisy z tagiem: polecanka

sobota, 30 września 2017
Kilka refleksji Michała Kłobukowskiego o sztuce przekładu
Dziś Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Z tej okazji proponuję fragment rozmowy z Michałem Kłobukowskim (tłumaczem m.in. zbioru opowiadań 10 grudnia), zatytułowanej Wyrywanie wątroby, z książki Przejęzyczenie Zofii Zaleskiej, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Ku refleksji przy święcie i w ramach zachęty do lektury całości. Tradycyjnie też zapytam - macie swoich ulubionych tłumaczy? Dlaczego właśnie tych? I jak uważacie, czy Kłobukowski ma rację? Całość rozmowy opublikował Dwutygodnik.

Przyszłym językiem Europy jest przekład” – głosił dwadzieścia lat temu Umberto Eco. Od tamtej pory pojawiły się publikacje na temat teorii przekładu, poświęcone mu seminaria i kierunki uniwersyteckie, tłumacze dostają nagrody i wyjeżdżają na stypendia. Sytuacja tłumaczy nigdy nie była lepsza?
Rzetelnie potrafię powiedzieć tylko, czy i jak zmieniła się moja sytuacja, a na ile można to uogólniać – trzeba by się zastanowić. Poprawa sytuacji tłumacza wydaje mi się czymś co najmniej nieoczywistym. Owszem, mamy stypendia, nagrody i te wszystkie miłe rzeczy, które pani wymieniła – ale to są kwiaty na Dzień Kobiet, a codzienność wygląda zupełnie inaczej. W stopce pod recenzją teatralną wymienia się nazwiska czterech charakteryzatorek i ani jednego tłumacza. W umowach wydawniczych pojawiają się klauzule sprzeczne z prawem autorskim, a o brzmieniu tytułu często decyduje dział sprzedaży, którego pracownicy przeczytali książkę najwyżej raz, a nie kilka lub kilkanaście razy, tak jak przeczytał ją tłumacz. Po ukazaniu się Alicji w Krainie Czarów w przekładzie Elżbiety Tabakowskiej jakiś internauta napisał: „Fajne! Ktoś tłumaczył czy Googlem?”. I rzeczywiście zdarzają się ogłoszenia typu: „Poszukuję redaktorów do opracowywania tekstów przepuszczonych przez Google translator”. Niektórzy wydawcy zamawiają próbki przekładu kolejnych fragmentów książki u kilkunastu osób, a potem dają to komuś do zredagowania i mają tekst za darmo, a że bohaterowie mówią co chwila innym stylem i z kieszeni, do której schowali rewolwer, wyjmują pistolet, to już mniejsza. Wielu tłumaczy (zwłaszcza tłumaczących z angielskiego) nie zasługuje zresztą na dużo lepsze traktowanie. Mam wrażenie, że sztuka przekładu upada. Co nie znaczy, że już nigdy się nie podniesie i że w tym upadku nie ma chwilowych wzlotów.
Kiedyś było inaczej?
W PRL-u cykle wydawnicze były długie, nad książką pracowało się kilka lat, terminy były odległe, od korekty do korekty mijały długie miesiące, a na koniec książka zalegała jeszcze w wydawniczych szufladach. Zaletą tych skądinąd złych czasów był brak pośpiechu. Natomiast w tej chwili, po pierwsze – pośpiech jest wszechobecny, a po drugie – wszyscy tłumaczą. Za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś gazeta znowu zwolniła dwieście osób, myślę: no tak, teraz połowa z nich pójdzie tłumaczyć z angielskiego, bo uważają, że potrafią, a co gorsza, większość wydawców też tak uważa.
Dawniej zawód tłumacza literatury był bardziej zamknięty?
Tak. Ja sam przez długi czas trwałem w przekonaniu, że bardzo trudno jest zostać tłumaczem literackim. Kiedy zaczynałem współpracować z czasopismami, wyobrażałem sobie, że miną lata, zanim dostanę pierwszą książkę do zrobienia. W moim przypadku stało się to znacznie szybciej, ale znałem kilka osób ze swojego pokolenia, które niekoniecznie z braku talentu, ale po prostu z powodu braku zapotrzebowania na aż tylu tłumaczy, musiały zająć się czymś innym. Dziś jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem z łapanki.
To właśnie w tym umasowieniu zawodu upatruje pan przyczynę upadku sztuki przekładu?
Dzieje się tak z bardzo wielu powodów. Na pewno w znacznym stopniu winę za to ponosi zbytnia dostępność tego zawodu i nierzetelność wydawców. Poza tym doszło też do ogólnego upadku języka. Prawdopodobnie wynika on z tego, że czytamy coraz szybciej i coraz niechlujniej. Człowiek pisze mail i blog – albo co gorsza maila i bloga – i nikt tych tekstów po nim już nie poprawia, więc trafiają do czytelników w takiej formie, w jakiej spadły z palców na klawiaturę. Coraz bardziej nas to uodparnia na niechlujny i byle jaki język. Oczywiście nonszalancja też bywa w literaturze potrzebna. Jednym z kardynalnych błędów starszych tłumaczy było pedantyczne, polonistyczne tłumaczenie wszystkiego – nawet jeśli oryginał został napisany w pijanym widzie i wszyscy bohaterowie byli lumpami, to w przekładzie mówili jak profesorowie. Niechlujstwo bywa czasem wręcz wskazane, ale dziś najczęściej jest niezamierzone.
Absolutnym zabójstwem dla każdej sztuki jest pośpiech i krótkie terminy. Wydawca najchętniej dziś podpisałby umowę z agentem, a już nazajutrz miał gotowy przekład, żeby książka szybko przynosiła zysk. Oczywiście zdarzają się szlachetne wyjątki. Zbyt częste są jednak sytuacje, że na ekrany wchodzi filmowa adaptacja książki albo autor dostał nagrodę, albo po prostu książka musi być w księgarniach przed Gwiazdką – i wtedy nawet misterną, wymagającą wielu pomysłów prozę tłumaczy się w pośpiechu.
Zdarzało się to panu?
Tak, parę razy podjąłem się czegoś takiego, bo zależało mi na książce. Miałem ochotę ją przetłumaczyć i robiłem to w trzy miesiące, wściekając się, że nie mam na to roku. Wychodziło w miarę przyzwoicie, ale gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym to lepiej. Gdyby jednak taka książka trafiła do kogoś bardziej niefrasobliwego, czytelnicy dostaliby kolejny prezent w postaci marnego przekładu. Tak tworzy się błędne koło nakręcające psucie języka: im więcej złych przekładów, tym więcej następnych złych przekładów i w ogóle byle jak napisanych tekstów. To niechlujstwo nie jest związane z nadejściem młodego pokolenia tłumaczy, zdarza się też ludziom bardzo doświadczonym. Coraz więcej osób wykształconych posługuje się językiem z klocków („robi się grubszy” zamiast „grubieje”) i używa skundlonych idiomów. Czytałem niedawno, że ktoś kogoś „pobił na łeb, na szyję”, zamiast „na głowę”. I tak dobrze, że nie „na złamanie karku”.
Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić.
„Poezją jest to, co przepada w tłumaczeniu” – mówił amerykański poeta Robert Frost. Co umyka w tłumaczeniu?
Wiele rzeczy, choć zdarzają się przekłady lepsze niż oryginał. Najczęściej świadczy to o tym, że był on językowo nieporadny. Każdy pisarz, który jest cokolwiek wart, stara się przynajmniej chwilami pisać tak, jak nikt przed nim. Używa śmiałej składni, nieoczekiwanych zestawień słów, szuka swojego indywidualnego języka. Potem pojawia się tłumacz, a trzeba pamiętać, że nawet najbardziej utalentowany tłumacz zazwyczaj jest większym konserwatystą językowym niż autor. Dlatego nawet przy najlepszych chęciach w przekładzie następuje przeważnie mniejsze lub większe spłaszczenie stylistyczne w stosunku do oryginału. Potem wkracza redaktor, który jest jeszcze bardziej zachowawczy językowo – nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują. To jest kwestia psychologiczna, kwestia pewnej śmiałości, wzięcia odpowiedzialności za słowo i powiedzenia: ja to tak właśnie napisałem. Na końcu przychodzi korektor i jeszcze bardziej wyprasowuje tekst, jeśli mu się tego nie udaremni. To wszystko psuje przekład.
sobota, 23 września 2017
Możesz próbować ucieczki, ale Amgash zabierzesz wszędzie ze sobą (Elisabeth Strout, Mam na imię Lucy)

Mieszkaliśmy w dolinie Sauk, gdzie można ruszyć przed siebie i dojrzeć najwyżej jeden albo dwa domy otoczone polami. Jak już wspomniałam, obok naszego nie stał żaden. Żyliśmy wśród ciągnących się po horyzont łanów kukurydzy i soi, a za horyzontem była świńska farma Pedersonów. Pośrodku pola kukurydzy rosło drzewo. Uderzała nas jego surowość. Przez wiele lat uważałam je za przyjaciela. Było moim przyjacielem. Nasz dom stał przy bardzo długiej polnej drodze nieopodal Rock River i kilku drzew chroniących pola kukurydzy przed wiatrem. Nie mieliśmy w pobliżu żadnych sąsiadów. Nie mieliśmy też telewizora, gazet, czasopism ani książek. 

 Tak dorastała Lucy Barton, jedna z trójki rodzeństwa, jedyna, której – dzięki ciężkiej pracy i wrodzonej inteligencji – udało się wyrwać z małego miasteczka i szponów społecznego ostracyzmu, jaki otaczał jej ubogą rodzinę. Być może odniosła sukces także dlatego, że zimą po lekcjach dobrowolnie zostawała w szkole, żeby nie marznąć, gdyż w jej własnym domu było bardzo zimno. W pustej klasie mogła skupić się na nauce i odrabianiu prac domowych. Od samotności uciekała w książki i marzyła o zostaniu pisarką. Dostała pełne stypendium na uczelni na przedmieściach Chicago, gdzie poznała swojego przyszłego męża. A jednak ciągle towarzyszył jej strach, że przez swoje luki w wiedzy o kulturze masowej zostanie zdemaskowana jako nieprzynależąca do studenckiej braci. Najbardziej bała się mimo wszystko czego innego:

Pamiętam jedno. Kiedy przyjechałam do domu na Święto Dziękczynienia, w nocy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że moje życie na uczelni to tylko sen. Bałam się, że po przebudzeniu znów utknę w tym domu i zostanę w nim na zawsze, a wydawało mi się to nie do zniesienia. Pomyślałam: nie, i powtarzałam to słowo w myślach tak długo, że w końcu zasnęłam.

Ten strach zatruwał jej każdy sukces, mącił każdą satysfakcję.

 Strout proponuje tym razem wyjątkowo przejmującą historię, być może nawet lepszą niż Olive Kitteridge, choć pod wieloma względami bardzo do niej podobną. Kameralną, rozgrywającą się – poza retrospekcjami – głównie w szpitalnej sali, gdzie protagonistka zmuszona jest z nie do końca jasnej przyczyny walczyć o życie przez dziewięć długich tygodni. Nas interesuje jednak głównie kilka dni, gdy przy łóżku Lucy czuwa matka. Opowiada córce różne historie o ludziach  z rodzinnego miasteczka, które wywołują u niej refleksje i wspomnienia na co dzień pieczołowicie spychane na margines świadomości.

Jest to opowieść o zasłużenie  spełnionych marzeniach, których słodycz zatruwa poczucie zdrady. Odcięcie się od korzeni i od trudnej przeszłości nie udaje się Lucy do końca, a wszelkie prywatne niepowodzenia kobieta postrzega jak zasłużoną karę za to, że zerwała więzi z rodziną, wybierając miłość do męża. Za swój wstyd. Za to, że matka nigdy nie okazywała jej miłości. Lucy jest skonfliktowana wewnętrznie, dręczy ją paradoksalna potrzeba, by matka, która nie walczyła o swoją obecność w jej dorosłym życiu, a w dzieciństwie nie wywiązywała się ze swojej roli, okazała jej zainteresowanie i uznanie. W głębi serca, nawet już jako odnosząca sukcesy nowojorska pisarka, Lucy na zawsze pozostaje dzieckiem z Amgash, które szukało ciastek w śmietniku za cukiernią i w Święto Dziękczynienia chodziło na obiad dla ubogich.

Przecież styl to treść – mówi w pewnym momencie Lucy swojemu przelotnemu kochankowi, malarzowi i snobowi. I taka też jest proza Strout, tym bardziej przejmująca i bardziej trafiająca w sedno, im bardziej pozbawiona ozdobników i lapidarna. Zupełnie jak życie.

sobota, 16 września 2017
Grunt to rodzinka, chyba że kto rodzinkę niefajną ma (Bloodline, Ozark i Atypical)

 Czyli o serialach obejrzanych ostatnio, w których rodzina jest kluczowa. Wszystkie dostępne na Netfliksie, do którego jednak łatwo się przyzwyczaić, bo jest, skubaniec, wygodny.

Bloodline to serial, do oglądania którego zabierałam się przez trzy lata, aż się zebrałam, jak się skończył (i w sumie dobrze się stało, że w wakacyjnej przerwie, bo inaczej nie wiem, czy miałabym cierpliwość do całości). Chciałam obejrzeć dla Kyle’a Chandlera, którego zapamiętałam jako charyzmatycznego trenera footballu z Friday Night Lights. A skończyło się na tym, że pierwszy sezon dokończyłam głównie dla Bena Mendelsohna, czyli jego serialowego brata Danny’ego, czarnej owcy rodu Rayburnów. Familia ta od lat prowadzi pensjonat na Florydzie i udaje jej się wszystko (łącznie z dziećmi – policjantem Johnem granym przez Chandlera, prawniczką Meg i właścicielem przystani Kevinem, najmłodszym z synów, wciąż niedorosłym mentalnie). Jedynie najstarsza latorośl, czyli Danny, się wypaczyła. Stąd nikt się nie cieszy, gdy z okazji rodzinnej uroczystości postać grana przez Mendelsohna wraca do domu i okazuje się, że chce zostać i pracować w rodzinnym biznesie. Danny wiele ma rodzicom i rodzeństwu za złe, jak się stopniowo okazuje – więcej niż zasadnie. Rodzinna sielanka Rayburnów to tylko krucha fasada, która nie wytrzymuje powrotu osoby nieustannie przypominającej samym swym widokiem wszystkie mroczne sekrety przeszłości. A Danny nie ogranicza się do milczącej obecności, o nie, jest jednostką bardzo ekspresyjną i ekspansywną, niepoddającą się sile konwenansów. To się nie może dobrze skończyć. I istotnie kończy się źle, co zapowiadają retrospekcje umieszczone w każdym odcinku (narracja jest poprowadzona dosyć ciekawie). Pierwszy sezon, choć formalnie najciekawszy, jest zarazem najbardziej rozwlekły, co może i miało służyć budowaniu napięcia, ale retardacje poszły zdecydowanie za daleko. W dwóch kolejnych odsłonach dzieje się już więcej, ale zdecydowanie bardziej bezsensownie (za dużo życzeniowego myślenia u scenarzystów), szczególnie sam finał mocno rozczarowuje. Niemniej, mimo niewykorzystania pełni potencjału pomysłu wyjściowego rzecz jest na tyle interesująca, że nie żałuję poświęconego jej czasu. Dużo dobrego aktorstwa, w tym Sissy Spacek w roli matki i żony, ostoi pensjonatu – Sally Rayburn. 7/10

Ozark to taki miks Breaking bad i Justified. Główny bohater, genialny inwestor giełdowy Marty Byrde (Jason Bateman, znakomita kreacja i chyba największy walor serialu) wraz ze wspólnikiem pierze pieniądze kartelu narkotykowego w swojej firmie w Chicago. Żona Marty’ego, Wendy (Laura Linney), niegdyś pośredniczka w handlu nieruchomościami, a teraz pełnoetatowa kura domowa, nudę i osamotnienie osładza sobie skokiem w bok. Nie wie tylko, że zdrada nie jest już jej tajemnicą. I akurat ten moment kartel wybiera sobie na test lojalności. Gdy wychodzi na jaw, że jego wspólnik okradał mafię, Marty, by ocalić życie, wraz z całą rodziną (w tym córką w wieku licealnym i kilka lat młodszym synem) przenosi się do Ozark w stanie Missouri. Ma tam zorganizować pranie pieniędzy na o wiele większą skalę niż dotychczas. Jeśli nie wypierze pięciu milionów dolarów w trzy miesiące, zginie.  A musi jeszcze użerać się z dzieciakami i rozpadem swojego małżeństwa. Mimo intrygującego otwarcia pierwsza połowa serii jest nierówna, a niektóre zwroty akcji wręcz groteskowe. Na szczęście dalej robi się o wiele ciekawiej, gdy plany biznesowe Marty’ego zakłócają lokalny ekosystem kryminalny, i w rezultacie po finale perspektywa drugiego sezonu cieszy. 7,5/10

Atypical to serial, którego głównym bohaterem jest Sam, licealista ze stosunkowo łagodną postacią autyzmu. Motor napędowy fabuły to marzenie chłopaka o tym, żeby mieć dziewczynę (do tej pory interesowały go głównie pingwiny). Osiem trzydziestoparominutowych odcinków daje nam wgląd nie tylko w romantyczne potyczki nietypowego, zgodnie z tytułem, protagonisty, ale też w to, jaki wpływ mają one na życie całej jego rodziny. Nadopiekuńcza matka (w tej roli mocno przerysowana i często groteskowa, ale i tak znakomita Jennifer Jason Leigh) zostaje nagle zepchnięta na boczny tor, Sam polega bardziej na radach ojca (Michael Rapaport, którego dotąd znałam tylko z roli Daryla Crowe’a w Justified, więc to ciekawa zmiana emploi), z którym dotąd nie łączyła go nić porozumienia. Ojciec się z tej zmiany cieszy, matka nie potrafi się w nowej dynamice odnaleźć. Jest i starsza siostra Casey, odnosząca sukcesy biegaczka, której problemy (nowy związek, szansa na stypendium sportowe w elitarnej szkole) zawsze pozostają na dalszym planie, bo najważniejszy jest Sam. Mimo licznych uproszczeń i mało realistycznych rozwiązań (dziewczyna na pierwszej randce proponuje Samowi seks, zaraz potem pojawia się następna kandydatka na partnerkę) całość jest ciekawa i w sumie dosyć zabawna, choć nie stroni od poważniejszych aspektów i chwilami miewa nachalnie edukacyjny charakter. 7/10

sobota, 09 września 2017
Opowieść niosąca odpowiedź (Anna Kańtoch, Niepełnia, przedpremierowo)

Komu spodobało się Czarne, ten wyzwaniem, jakie stanowi lektura najnowszej powieści Anny Kańtoch, zatytułowanej Niepełnia, będzie zachwycony. Choć na żadnej innej płaszczyźnie poza tym, że ich forma jest zaproszeniem dla czytelnika do zdekodowania nieoczywistego przesłania, utwory te nie są podobne.

Struktura Niepełni ma unikalny charakter, który łatwo przegapić, bo w pierwszej chwili wszystko wydaje się zwodniczo proste. Na prowincjonalnym posterunku policji, przed zmęczoną funkcjonariuszką, która w zasadzie powinna już skończyć dyżur, siedzi chłopak, znaleziony w opuszczonym domku letniskowym, i próbuje wytłumaczyć, co tam właściwie robił. Policjantkę nie bardzo to obchodzi, ale ponieważ śnieżyca uwięziła ich oboje w tym miejscu, nie wiadomo na jak długo, z braku alternatywy zaczyna słuchać dziwnej, niby zupełnie niezwiązanej z sytuacją, opowieści zatrzymanego. Jest to opowieść o dziewczynie, która tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2015 zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach na katowickim rynku. Stanowi pierwsze ogniwo misternego łańcucha powiązanych ze sobą historii. Jak w matrioszce, w pewnym momencie bohaterowie każdej fabuły trafiają na następną, w której znowu ktoś inny czyta o losach kolejnych postaci. Powstaje intrygująca spirala różnorodnych gatunkowo i tematycznie opowieści, zapisanych czy to na stronach internetowych, czy na zwykłych, pokrytych wyblakłymi śladami ołówka kartkach. Spirala, która wciąga tak bardzo, że nie sposób wyrwać się z jej meandrów przed dotarciem do ostatniej kartki.

Wspólne mianowniki są liczne. Ten sam biały dom, z osobną piwnicą, w gminie Radziechowy, nieopodal Golgoty Beskidów. W każdej opowieści para bohaterów – mężczyzna i kobieta (czasem dziewczyna i chłopak). Oprócz jednej, której protagonista ma jednocześnie cechy męskie i żeńskie. Ulotny zapach cytrusów. Atmosfera tajemnicy i zagrożenia. Dziwne, niewytłumaczalne zniknięcia i desperackie poszukiwania. Sporo pozorów i kłamstw. Liczne trupy, lub przynajmniej domniemane trupy. I te metaforyczne, chowane w szafie przeszłości, z której lubią nieoczekiwanie wypadać, i jak najbardziej dosłowne. Powracający motyw White Christmas, melodii tak idyllicznej, że aż ironicznej, jeśli wziąć pod uwagę, dla czego stanowi podkład dźwiękowy. Jak łatwo zgadnąć, podobieństwa nie są kwestią przypadku. Niepełnia to precyzyjna, spójna konstrukcja, w której każdy element ma znaczenie.

Co łączy dwójkę maturzystów, dwójkę studentów kulturoznawstwa, dawną licealna parę i rodzeństwo włamujące się do letniskowych domów po sezonie? Jaką rolę pełni w historiach wszystkich bohaterów biały dom, przyciągający ich niczym magnes? Czemu służy opowieść snuta przez dziwnego chłopaka na policyjnym posterunku? Niepełnia, najnowsza pozycja w serii wydawnictwa Powergraph Kontrapunkty, to wiele więcej niż odpowiedź na wszystkie te pytania. Przekonajcie się sami, premiera już 29 września 2017.

P.S. Polecam też (choć może lepiej po lekturze) bardzo ciekawą rozmowę o książce, jaką z autorką, przy okazji prapremiery na tegorocznym Polconie, przeprowadził Stanisław Krawczyk.

niedziela, 03 września 2017
Lato z kryminałem 2017 (2): Smak strachu, Co nas nie zabije, Karambol, Oczy Eugene'a Kallmana
Zajęłam się tego lata cegłami rozmaitego autoramentu i trochę zaniedbałam kryminały. W ostatnim czasie nieco się na tym polu zrehabilitowałam, czego rezultaty przedstawiam poniżej.

Hakan Nesser Oczy Eugene'a Kallmana - to w zasadzie nie do końca kryminał, choć są tajemnicze zgony i kilku detektywów-amatorów (uczniowie i nauczyciele liceum z niedużego szwedzkiego miasteczka). Nesser w kilku ostatnich powieściach próbuje czegoś nowego, wyzwalając się z ram wymogów literatury gatunkowej. W sumie mam w stosunku do tej książki nieco mieszane uczucia i bynajmniej nie dlatego, że oczekiwałam klasycznego kryminału. Według mnie ten rozpisany na kilka zróżnicowanych głosów i na kilka planów czasowych obyczajowy obraz prowincjonalnej rzeczywistości jest bardzo zajmujący, a element kryminalnej intrygi wręcz mu ciąży. A już najbardziej niepotrzebny jest komponent fantastyczny, czyli rzekoma moc spojrzenia Kallmana. Nie jest to najlepszy Nesser, ale nawet nie najlepszy Nesser jest dobry.

David Lagercrantz  Co nas nie zabije - czwarty to Millenium, po który sięgnęłam na fali reklam kolejnej części i zapotrzebowania na odmóżdżacz. Choć trylogię Larssona przeczytałam z przyjemnością, byłam zdania, że jest w niej wiele irytujących elementów i przede wszystkim masa zbędnego pustosłowia. Fanfik Lagercrantza od części tych wad jest wolny - przede wszystkim bardziej skondensowany i mniej naszpikowany reklamami, co się chwali. Brak mu jednak także pazura, który Larsson mimo wszystko, nawet z poprawką na różne mało prawdopodobne zagrywki fabularne, miał.  Jest to całkiem zajmujący, ale w sumie bardzo przeciętny i nie stroniący od wyświechtanych motywów (genialny autysta, i to z akurat takim kombo talentów, jakie jest niezbędne fabularnie, dobra i zła bliźniaczka) thriller. Czyli można, ale nie trzeba.

Sarah Hillary Smak strachu to była u mnie powieść ostatniej szansy dla Marnie Rome i Noaha Jake'a. Szczęśliwie autorka zaproponowała tym razem lepszą i mniej przewidywalną historię niż w mocno rozczarowującej Nie ma innej ciemności. Najnowszy zwyrodnialec opiekuje się bezdomnymi dziewczętami, które zgarnia z ulic, ubiera w mundurki i w zamian za poczucie bezpieczeństwa oraz dach nad głową wymaga, by nie dorastały. Jest jednak tak zafiksowany na swoim urojonym obrazku idealnej rodziny, że umykają mu pewne drobne, ale istotne szczegóły. W końcu misterna konstrukcja zaczyna się sypać, a odrzucone fragmenty stają się przedmiotem śledztwa. Nie powiem, tym razem intryga jest bardzo wciągająca i potrafi autentycznie zaskoczyć. Wielką zaletą jest zminimalizowanie do minimum wewnętrznych dylematów Marnie i Noaha, które poprzednią powieść niemal mi obrzydziły. Tę mogę polecić z czystym sumieniem, jedynie nieznacznie ustępuje świetnemu W obcej skórze.

Hakan Nesser Karambol - cykl z - na tym etapie już byłym - komisarzem Van Veeterenem i ekipą śledczych z Maardam oszczędzam sobie i czytam po jednym tomie rocznie. Tegoroczna odsłona była bodaj najlepszą z dotychczasowych, a to sporo znaczy, bo to równa i niebanalna seria. Przesądza o tym niezwykle zgrabna fabularna konstrukcja, w której fatalnie skumulowane zbiegi okoliczności (oporna dziewczyna, uciekający autobus, deszczowa pogoda, brak wolnej taksówki) zapoczątkowują ciąg upadających kostek makabrycznego domina. Czy, jak chcą bohaterowie, interakcję bilardowych kul. Jedną z tych padających kostek jest syn Van Veeterena, co sprawia, że do wyjaśnienia sprawy rzucone zostają wszystkie policyjne zasoby. Nie na wiele się to jednak zdaje, bo to złożona historia. Kryminał na najwyższym poziomie i zarazem traktat filozoficzny. Tak się to powinno robić. Gorąco polecam.
niedziela, 27 sierpnia 2017
Wznowienie Dwóch kart Agnieszki Hałas i premierowe opowiadanie ze świata Zmroczy gratis!
Od lat regularnie zachęcam czytelników tego bloga do zapoznania się z twórczością Agnieszki Hałas i jest ku temu kolejna znakomita okazja. Dom Wydawniczy REBIS będzie teraz wznawiał jej sztandarowy cykl, czyli Teatr Węży. Tom pierwszy, czyli Dwie karty, ukaże się już 12 września 2017 r. Treść w żaden sposób nie odbiega od pierwszego wydania, które ukazało się nakładem świętej pamięci lubelskiego wydawnictwa Ifryt w 2011 roku. Dlatego pozwolę sobie przypomnieć moją recenzję powieści, która pierwotnie ukazała się pod tytułem Dwie barwy magii i więcej niż jedna tajemnica na łamach portalu książki.wp.pl (wrzuciłabym linka, ale serwis przeszedł jakąś radykalną metamorfozę i nie jestem w stanie znaleźć tekstu). Zanim jednak przejdziemy do recenzji, nadmienię, że przy okazji premiery wznowienia Dwóch kart REBIS w celach promocyjnych udostępnia wraz z fragmentem powieści za darmo premierowe opowiadanie ze świata Zmroczy, w którym rozgrywa się akcja trylogii, czyli Królestwo i jego cienie. Tekst można pobrać w Publio, Virtualo i Ebookpoint. Ponadto dostępne jest nominowane do tegorocznej Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla opowiadanie Panicz z Ertel-Sega z antologii Na nocnej zmianie. Tekst nie wygrał, laur zgarnął wczoraj Wywiad z Borutą Łukasza Orbitowskiego i Michała Cetnarowskiego, niemniej to też dobra okazja do zapoznania się z głównym bohaterem Teatru Węży, Brune Keare.
 
A teraz moja recenzja Dwóch kart, które są taką przystawką, wprowadzeniem w świat opowieści. Dalej jest jeszcze lepiej.
 
Nie znałam dotąd żadnego tekstu o Krzyczącym w Ciemności, ale nazwisko autorki opowiadań kojarzyłam z pozytywnymi opiniami czytelników. Z zainteresowaniem sięgnęłam zatem po jej debiutancką powieść. Uniwersum Dwóch kart to świat intrygujący, w którym po wojnie bogów z Wrogiem stanęła bariera, mająca pod nieobecność najpotężniejszych nieśmiertelnych chronić ludzkość przed Otchłanią – Zmrocza. Utrzymanie delikatnej równowagi osłony wymaga wyważenia występującego na świecie dobra i zła. Jest to głównym zadaniem srebrnych magów, których tylko umownie i w sporym uproszczeniu nazwać można dobrymi. Jeśli bowiem Ekwilibrium tego wymaga, nie tylko przymykają oczy na zło, ale i sami je czynią.

 A jednak to główny bohater opowieści jest tym umownie złym – czarnym magiem, ka-ira, którego moc płynie z bólu i cierpienia. Niczym wampir, karmi się życiową energią innych i zmuszony jest unikać słońca. Stara się jednak ze wszystkich sił panować nad swoim darem i używać go do pomagania innym. Nie jest bynajmniej altruistą, zabraniają tego zresztą magiczne prawa, które głoszą, między innymi, że nie ma nic za darmo. Nie jest też aniołkiem, boryka się – poza bezlikiem innych problemów – z pociągiem do opium i czymś, co wygląda na początki szaleństwa. To, niestety, częsty skutek uboczny talentu związanego z Czernią, drugą, obok Srebra, barwą magii. Kreacja Krzyczącego w Ciemności nie jest przeszarżowana w kierunku wszechmocy, intryguje i ma w sobie spory potencjał.

Niejednoznaczna moralnie, interesująca mechanika społeczna świata przedstawionego - opisanego zresztą dość szczegółowo i kontrastowo – nędza i bogactwo są mniej elastyczne interpretacyjnie niż dobro i zło, zwłaszcza obraz nędzy i rozpaczy odmalowany został tutaj drobiazgowo - należy do najważniejszych zalet powieści. Podobało mi się również, że niemal każda z pojawiających się postaci, nawet na drugim i trzecim planie, miała w sobie jakiś charakterystyczny, nadający jej prawdziwe życie i indywidualność, rys. Takie podejście  pomagało  budować wiarygodny nastrój, który także zaliczam do walorów Dwóch kart.

Zagadka przeszłości głównego bohatera, choć początkowo nieco trąci schematem (amnezja), rozwija się bardzo interesująco. I całe szczęście, gdyż pozostałe elementy fabuły, powiązane, przynajmniej przez większość objętości powieści, dosyć luźno, nie są szczególnie fascynujące (co nie znaczy w żadnym razie, że wieje nudą – po prostu w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z kilkoma niezależnymi historiami).

Powieść Agnieszki Hałas oferuje wszystko, czym powinna legitymować się literatura rozrywkowa z ambicjami: pomysły, zagadki, przykuwającego uwagę bohatera, gęsty klimat, masę splątanych intryg i dynamiczne sceny walk. Jej dodatkową zaletę stanowi sprawność językowa, z jaką została napisana, co sprawia, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. Może i po wszystkich usłyszanych przez lata pochwałach spodziewałam się czegoś więcej, fenomenu na miarę, nie przymierzając, wiedźmina, ale dostałam całkiem sporo. Na pewno wystarczająco wiele, by z zainteresowaniem sięgnąć po kolejne odsłony cyklu Teatr węży. Zdecydowanie polecam jego pierwszy tom miłośnikom mroczniejszej fantasy z więcej niż odrobiną refleksji. Mam też nadzieję, że na kontynuację nie będzie trzeba czekać zbyt długo, bo fabuła urywa się – a jakże – w wyjątkowo interesującym momencie.
sobota, 12 sierpnia 2017
Czy mnie jeszcze pamiętasz? (Ósme życie I, Grzesiuk - król życia i Skrytobójca błazna)
Chomikowanie nieopisanych lektur jest dobre, o ile nie trwa zbyt długo. Dlatego teraz nadrabiam zaległości z czerwca i lipca.

Ósme życie tom I Nino Haratischwili zebrało swego czasu mnóstwo dobrych recenzji i zachwyciło moją mamę. W ramach postanowienia, by czytać w tym roku więcej cegieł, zabrałam się także za nie. Niestety, nie porwała mnie historia córek fabrykanta czekolady. Za dużo tam było romansu, tandetnego melodramatu, a poza tym najstarsza z nich zachowywała się jak bierna, a zarazem roszczeniowa i kompletnie oderwana od realiów codziennego życia idiotka. Irytowała mnie tak bardzo, że na jej tle już nawet pozostałe siostry (z których jedna była dewotką, druga marzyła tylko o zamążpójściu, a trzecia była pięknością stworzoną do życia w luksusie)  oraz jej własne dzieci - też niezbyt biegłe w surfowaniu na fali codzienności - wypadały lepiej. Warstwa historyczna dla kogoś choćby pobieżnie zainteresowanego historią powszechną XX wieku nie ma w sobie nic odkrywczego. O Gruzji w zasadzie same ogólniki. Styl nie powala. Być może sięgnę po kontynuację, ale ponoć jest jeszcze słabsza, więc wątpię. Ogólnie - spore rozczarowanie. Nie polecam.

Grzesiuk - król życia Bartosza Janiszewskiego to pozycja, która zapewne nie rozczarowałaby mnie w takim stopniu, gdybym nie miała w stosunku do niej tak wygórowanych oczekiwań. Jestem wielką fanką książek Grzesiuka (Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu oraz Na marginesie życia) i znam je w zasadzie na pamięć, a mimo to odświeżam sobie od czasu do czasu. Strasznie chciałam dowiedzieć się o Stanisławie czegoś więcej niż to, co sam napisał, i byłam podekscytowana perspektywą uzupełnienia o dodatkowe fakty tego zafałszowanego subiektywizmem obrazu, jaki wyłaniał się z trylogii. Tymczasem z dziesięciu części książki Janiszewskiego pięć (Dzielnica, Wojna, Niewola, Choroba i Dom) w zasadzie powiela informacje z dzieł Grzesiuka. A to jest połowa materiału. ciekawe są fragmenty o życiu jego rodziców, tak przed powrotem do Warszawy, jak i w późniejszym czasie. Ale już o żonie i dzieciach swojego bohatera Janiszewski pisze bardzo pobieżnie, o obozie nie dodaje właściwie nic nowego, kontrowersje wokół Pięciu lat kacetu, w tym procesy sądowe, w zasadzie zbywa ogólnikami. Najciekawsze są poza szpitalne fragmenty powojenne, czyli bardzo niewielka część całości. Szkoda.

Skrytobójca Błazna Robin Hobb okazał się za to cegłą (816 stron) wspaniałą pod każdym względem, która umiliła mi czerwcowy tygodniowy urlop. Jest to pierwszy tom trzeciej trylogii fantasy z tymi samymi bohaterami, cyklu zapoczątkowanego dwadzieścia dwa lata temu Uczniem skrytobójcy, który już kiedyś tu polecałam i czynię to ponownie. W tym gatunku mało jest serii na takim poziomie. Całość zaczyna się jak bardzo schematyczna fantasy (na litość, główny bohater to książęcy bękart!), ale ewoluuje w o wiele bardziej złożoną, epicką opowieść, a przede wszystkim poglębione studium psychologiczne człowieka samotnego, który najpierw rozpaczliwie pragnął gdzieś przynależeć, a gdy to pragnienie zostało okrutnie wykorzystane, zamarzył z kolei o samotności. Z uwagi na objętość poszczególnych tomów czytelnik ma czas, by postaci stały się członkami jego wyimaginowanej rodziny, a każda kolejna odsłona jest niczym powrót do domu. W części siódmej Bastard w końcu dostaje swoje długo wyczekiwane szczęście, w dawnym dworku ojca, u boku ukochanej kobiety. Zupełnie niepodziewanie, bo w jesieni życia, rodzi mu ona kolejne dziecko, które już w czasie rozwoju prenatalnego łamie wszelkie normy. Podobnie jak jej ojciec, Pszczoła będzie uwikłana w przepowiednie, a jej mimo wszystko idylliczne dzieciństwo zostanie gwałtownie przerwane. Hoob ma niezwykłą władzę nad powieściową materią, opowieść, przez większość objętości niespieszna, hipnotyzuje, przez co finałowe przyspieszenie (dyskretnie i logicznie umocowane w misternej konstrukcji całości) robi tym mocniejsze wrażenie. Wprost nie mogę się doczekać kontynuacji, bo te ponad 800 stron to w tym wypadku o wiele za mało.
sobota, 05 sierpnia 2017
Serialowisko 2017 (5)
Wakacyjna przerwa między sezonami amerykańskich i brytyjskich produkcji to dla mnie zwykle czas na nadrabianie zaległości. Nie inaczej było w tym roku. Zbiegło się to częściowo z dwutygodniowym urlopem, który pozwolił mi poświęcić trochę czasu na szukanie ciekawych tytułów.

Bedrag sezon 2 – kolejna odsłona perypetii funkcjonariuszy duńskiej policji gospodarczej oraz ściganych przez nich przestępców. O ile pierwszy sezon koncentrował się na przekrętach związanych z odnawialnymi źródłami energii (farmy wiatrowe), to drugi, choć główny zły pozostaje ten sam, kręci się wokół nadużyć banków. Jest moim zdaniem jeszcze ciekawiej, do czego niewątpliwie obok scenariusza przyczynia się fakt, że odpada konieczność przedstawiania zdecydowanej większości bohaterów. Sama idea skupienia się na przestępstwach gospodarczych w zalewie kryminałów skupionych na zabójstwach ma w sobie coś ożywczego. W wątkach pobocznych są pewne gatunkowe klisze, zdarzają się naciągnięcia prawdopodobieństwa, ale całokształt zasługuje na uwagę i mocne 8/10

Springfloden ze Szwecji to kolejny reprezentant klasycznego podejścia do gatunku. Studentka Akademii Policyjnej, Olivia, w ramach wakacyjnego projektu podejmuje próbę ustalenia, czy nowoczesne techniki śledcze pozwoliłyby na rozwiązanie zagadki zabójstwa kobiety utopionej przez przypływ przed 25 laty. Nie jest kwestią przypadku, że nad tą samą nierozwiązaną sprawą pracował jako śledczy nieżyjący już ojciec Olivii. Jego ówczesny partner, także błyskotliwy policjant, od lat z wyboru jest bezdomnym. A właśnie teraz nieznani napastnicy zaczynają na bezdomnych polować. Pobicia filmują i zamieszczają w Internecie. Dla policji sprawa  nie jest priorytetowa, więc dawny śledczy z osobistych pobudek postanawia odkurzyć swoje umiejętności oraz kontakty i zidentyfikować sprawców. Wątki oczywiście się przeplotą, w efekcie powstanie całkiem ciekawa historia mimo nieco melodramatycznej puenty. 7/10

Legion – jak przystało na serial scenarzysty Fargo, w ścisłym fabularnym sensie za wiele się w tych 8 odcinkach nie wydarza. Cała historia ostatecznie daje się streścić w kilku zdaniach. Jednocześnie jakakolwiek próba opisu fabuły zahaczy nieuchronnie już na początkowym etapie o niewybaczalny spoiler. Jeśli podobała wam się Incepcja czy Prestiż i lubicie grać z twórcą w grę popatrz uważnie i zgadnij, co jest prawdą, a co narzuconym majakiem, ten serial jest dla was. To naprawdę mocno i umiejętnie zakręcona, a w dodatku przepięknie zrealizowana, w tym od strony wizualnej, zagadka tego właśnie rodzaju. Dwa czy trzy pierwsze odcinki mogą się dla mniej wytrwałych okazać nie do przejścia, bo jest mocno mętnie, ale potem wszystko zostaje elegancko wyklarowane. Rozczarowaniem była dla mnie jedynie sama końcówka, bo, jak to często bywa, zamiast zamknąć historię konsekwentną, logiczną puentą, Noah Hawley musiał otworzyć sobie furtkę do kontynuacji. Ale i tak 8/10, dość unikalne cacko. Choć drugi sezon raczej nie utrzyma poziomu.

Muszę jeszcze napisać o Bloodline, ale to osobno.

piątek, 28 lipca 2017
Wielki come back Władka Łokietka (Elżbieta Cherezińska, Płomienna korona)
Wielki tak w przenośni, jak i zupełnie dosłownie, bo - wynagradzając fanom cyklu Odrodzone królestwo trzy lata oczekiwania na finałową odsłonę - autorka dorzuciła dodatkowe 300 stron. Całość w wersji papierowej ma 1084 strony. I bez tych bonusowych trzystu wypadałaby według mnie o wiele lepiej.
Jest to zapewne cena sukcesu Cherezińskiej, gdyż podobne przegadanie widać było już w Hardej, a zwłaszcza w Królowej, która była sporym rozczarowaniem, do tego stopnia, że pisanie o niej ostatecznie sobie odpuściłam. Bestsellerowym autorom wolno więcej, a i redaktor na mniej może sobie pozwolić (choć tu nie mam wiedzy, być może autorka napisała 2000 stron, a redaktorka, ciepło wspomniana przez nią w posłowiu, wywaliła połowę - niemniej, niewątpliwie wywaliła za mało). Po prostu za dużo tu wszystkiego. Mamy i wątek krzyżacko-joannicko-templariuszowski, powiązany z mieczem Łokietka, i wewnętrzne rozgrywki Krzyżaków, i tarcia między frakcjami pogańskimi (Dębina kontra Starcy, a jeszcze i Jaćwież). A to dopiero początek, bo i bunt wójta Alberta, i szarpanina z Brandenburgią o Pomorze, cały wątek czeski, skoncentrowany wokół Rikissy i Henryka z Lipy (prywatnie jeden z moich ulubionych), starania polskich duchownych o bullę koronacyjną w Awinionie, konflikt Łokietka z biskupem Muskatą (też bardzo ciekawy). I jeszcze nieszczęsny Michał Zaremba w smoka zaklęty, któremu, za sprawą ambitnego rodowca, peron odjeżdża w sposób ostateczny. Bynajmniej nie wymieniłam wszystkich istotnych fabularnie kwestii.

Skakanie między wątkami i zmiana miejsc akcji oraz aktorów dramatu powinny zwiększać dynamikę opowieści oraz podtrzymywać zainteresowanie czytelnika. Ogromna ilość tych wątków, osób i miejsc w Płomiennej koronie daje jednak efekt wręcz odwrotny. Zanim obskoczymy wszystkich, już nie bardzo pamiętamy, co się działo na początku w wątku wyjściowym. Co i raz musimy od nowa wchodzić w każdą z opowieści, a następnie autorka nas z niej wyrywa. I skoro mam takie wrażenia ja, fanka epickiego fantasy, gdzie wielość osób i miejsc jest cechą immanentną, coś musi być na rzeczy. Przerwa w czasie między tomem drugim i trzecim zadania nie ułatwia, gdyż autorka często nawiązuje do detali, które przez 3 lata mogły się zatrzeć w pamięci czytelników. W rezultacie powieść, choć niewątpliwie epicka, pozbawiona jest niestety przez ogromną większość objętości fabularnego nerwu i raczej nuży zamiast porywać. Trzeba było z czegoś zrezygnować – albo z paru wątków, albo z koncepcji trylogii na rzecz tetralogii. W efekcie tego, że żadna z tych decyzji nie zapadła, Płomienna korona  ledwie słabiutko się żarzy przy poprzedniczkach, w tym zwłaszcza otwierającej cykl Koronie śniegu i krwi. Miło było wrócić do świata i bohaterów, ale od finału oczekiwałam czegoś więcej.

sobota, 08 lipca 2017
Serialowisko 2017 (4)
Czyli końcówka sezonu.

Better Call Saul - sezon 3 - zdecydowany faworyt zestawienia. O ile w poprzednim sezonie tempo rozwoju wydarzeń zaczynało mnie już irytować mimo całego przywiązania do bohaterów, to w tym wszystko było skalibrowane idealnie. Wszystkie wątki ruszyły, co więcej, w końcu doszło do przełomu w najważniejszym, dotyczącym relacji Jimmy'ego z bratem. Wprost nie mogę się doczekać dalszego ciągu. 8,5/10

Fargo - sezon 3
- mimo mocno niemrawego i nieproporcjonalnie rozbudowanego początku oraz dodatkowych dziwnych wstawek narracyjnych pod koniec sezon złapał tempo. Nieco paradoksalnie, w sumie głównie dzięki kreacjom aktorskim, sezon - przez większość odcinków rozlazły jak nieszczęście i słabszy od poprzedniego - wypadło ostatecznie ocenić lepiej. Wystarczy, że w finale nie było UFO. Za to główny Zły, czyli Varga, był absolutnie obrzydliwy. Te zęby, w połączeniu z dłubaniem w nich, sprawiały, że za każdym jego pojawieniem się na ekranie było mi niedobrze, co w sumie chyba świadczy o geniuszu Davida Thewlisa (i pomyśleć, że to poczciwy Lupin z Harry'ego Pottera!) oraz autorów castingu. 7/10

The Americans - sezon 5
- jestem wielką fanką tego serialu i cieszę się, że w końcu zaczął dostawać zasłużone od lat nagrody, ale ten sezon był mocno statyczny, i to także na polu relacji między bohaterami oraz ich wewnętrznej ewolucji, na czym wyraźnie koncentrował się scenariusz. Powstało wrażenie krążenia w kółko i międlenia tych samych problemów. Fajny wątek w ZSRR z Burowami, ale końcówka mocno przewidywalna. 7,5/10

American Gods
- mimo niezłego otwarcia odcinki 2 i 3 okazały się pewnym rozczarowaniem. Na szczęście popisowy numer Fullera, czyli kobieta wracająca z martwych (żona Cienia, Laura), tchnął w opowieść życie. Bardzo podobał mi się odcinek w całości poświęcony Szalonemu Sweeneyowi, retrospekcje dotyczące relacji Cienia z żoną, no i finał - ciekawa interpretacja Wielkiejnocy, typowo Fullerowska wizualnie, a pod względem wymowy wierna duchowi powieści. Taki jest zresztą cały serial (wstawki o poszczególnych bogach, z cyklu Przybycie do Ameryki, w większości udane), choć podejrzewam, że mimo wszystko bardziej przypadnie do gustu fanom Fullera niż Gaimana. Gwiazdą na firmamencie castingu jest bezspornie Ian McShane, czyli niezapomniany Al z Deadwood, jako pan Wednesday. Anansi nie do końca mnie przekonał. Wg mnie warto zobaczyć i ciekawa jestem, jak się to rozwinie. Oby Fuller tradycyjnie dla siebie nie skręcił w krainę własnych fascynacji. 7/10

Sillicon Valley po raz pierwszy mnie nużyło. Zaczęło zjadać własny ogon i poza momentami (romans Danesha z hakerką!) nie jest już tak zabawne jak dawniej. Szkoda.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka