Wpisy z tagiem: polecanka

sobota, 09 lutego 2019
Specjalista Lynn dziwi się światu (Ben Fountain, Długi marsz w połowie meczu)

Zaczniecie chyba niedługo podejrzewać, że mnie ktoś podmienił, ale ostatnimi czasy naprawdę trafiają mi się świetne lektury. W tym takie, które miałam w kolejce od dłuższego czasu. Tak jak powieść Bena Fountaina w fenomenalnym przekładzie Tomasza S. Gałązki. Niby prosty pomysł – uczynić narratorem dziewiętnastolatka, który po wyjątkowo spektakularnej akcji bojowej w trakcie wojny z terroryzmem w Iraku dostaje wraz z kolegami dwutygodniową przepustkę z piekła. Ale nie za darmo – są obwożeni po Stanach jako propagandowe maskotki na tournée zwycięstwa. Każdy chce im pogratulować osobiście, szybko impregnują się na monotonny patriotyczny bełkot, który zresztą autor dość ciekawie wyodrębnił w tekście. Korzystają za to do oporu z atrakcji niedostępnych na wojnie: dobrego jedzenia, luksusowej limuzyny i alkoholu. Oraz próbują za pośrednictwem hollywoodzkiego producenta Alberta sprzedać prawa do ekranizacji swojej historii. Obiecano im za nie po sto patyków na łebka, ale robi się nerwowo – umowa niepodpisana, a oni za dwa dni muszą wracać na front. Przy tej okazji narrator - Billy Lynn, prosty chłopak z Teksasu, dla którego wojsko nie było wolnym wyborem, ale alternatywą wobec więzienia, pozwala sobie na rozmaite obserwacje i przemyślenia dotyczące otaczającej go ściemy. Widzicie, zdaje mu się, że na wojnie zrozumiał, jak naprawdę działa świat. Doznał oświecenia niedostępnego cywilom.

Pomysł może i nieskomplikowany na pierwszy rzut oka, ale takie są najtrudniejsze w realizacji. Zdecydować się na narrację, której dominujący nurt stanowi monolog wewnętrzny, to postawić wszystko na jedną kartę. Można dużo i łatwo przegrać. Jeśli stworzy się postać niewiarygodną albo sztampową, zabrany do jej głowy czytelnik szybko się znudzi, nie zaangażuje w podaną z jednostkowej perspektywy problematykę, którą chce go zainteresować autor. Zakwestionuje stawiane przez niego tezy, wyczuwając koturnowość i fałsz. Ale Fountain rozbił całą pulę. Billy’emu się wierzy. A jednocześnie się mu współczuje. Bo stracił przyjaciela i nie może oddać się żałobie. Bo musi wrócić na front. Bo nigdy nie miał dziewczyny ani oparcia w ojcu, który był wyjątkowym skurczybykiem. Ale przede wszystkim współczujemy specjaliście Lynnowi, bo, stojąc z boku, widzimy, jak krucha jest narracja, którą chłopak próbuje wytłumaczyć sobie świat. Że pod zapożyczoną od bardziej doświadczonych kolegów pozą doświadczonego przez życie cynika czai się naiwność, bezwarunkowe pragnienie bliskości i akceptacji, a przede wszystkim strach przed powrotem tam, stale walczący o lepsze z lojalnością wobec kolegów z Bravo.

Niby zatem nic takiego się nie zdarza (zdecydowana większość akcji rozgrywa się, zgodnie z tytułem, podczas meczu futbolowego na stadionie Dallas Cowboys  w Święto Dziękczynienia), ale w duszy Billy’ego Lynna trwa walka, o której wie tylko on i zaproszony do jego myśli czytelnik - podglądacz. A której obserwacji nie sposób przerwać. Dzięki genialnemu przekładowi (Tomasz S. Gałązka, powtarzam raz jeszcze) rozbiegane, skaczące między wątkami przemyślenia specjalisty Lynna wprost hipnotyzują odbiorcę, porywają go w wir różnorodnych i sprzecznych odczuć, które – w co łatwo uwierzyć – mogą miotać młokosem po pierwszym chrzcie bojowym niemal w przeddzień powrotu na pole walki.

Zapoznajcie się z Billym – brak mi słów, żeby adekwatnie opisać, dlaczego warto z nim przejść cały długi marsz. Ale nie żałuję żadnego kroku i zapamiętam tę trasę.

P.S. Chciałam wrzucić jakiś fragment, żeby zilustrować geniusz tłumacza, ale musiałabym wrzucić całą książkę. Nie umiałam się zdecydować.

niedziela, 03 lutego 2019
Głosy Watts (Ryan Gattis, Miasto gniewu)

Przeczytałam pięć dobrych książek, ale ta była zdecydowanie najlepsza. Zamieszki w Watts, dzielnicy Los Angeles, 6 gorących dni w 1992 r., kiedy ludzie dali wyraz swojemu oburzeniu na wyrok uniewinniający policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego taksówkarza Rodneya Kinga. Rzekomo stawiał on opór podczas próby aresztowania. Ale co zaczęło się jako wyraz słusznego gniewu społecznego, zostało słusznie zinterpretowane jako niepowtarzalna okazja do wyrównania rachunków przez różne grupy interesu. Przede wszystkim gangi, rozzuchwalone nieadekwatną do skali protestu ilością funkcjonariuszy sił porządkowych, rozpoczęły z dawna odkładane egzekucje, licząc na darowaną przez chaos bezkarność. Ale była to też szansa dla drobnych przedsiębiorców pod kreską – jeśli jakiś sklep czy budynek zapłonie w ogniu Powstania Rodneya Kinga, ubezpieczycielowi trudno będzie wykazać, kto zaprószył iskrę.

Według mnie bardziej adekwatny do struktury narracyjnej tej porywającej i przerażającej historii jest tytuł oryginalny, czyli All involved, co tłumaczy się jako „wszyscy zamieszani”, „wszyscy zainteresowani”, a w tym kontekście może raczej „wszyscy uwikłani” lub „wszyscy umoczeni”. Gattis bowiem konstruuje swoją opowieść jako swego rodzaju sztafetę narracyjną, a każdy kolejny bohater, z którego perspektywy śledzimy wydarzenia we wrzącym mieście, jest w jakiś sposób związany z poprzednimi. Pierwszym z nich – i najważniejszym, choć zajmie scenę najkrócej – jest Ernie, sprzedawca tacos niezwiązany z gangami, ale mieszkający z gangsterską ekipą, do której należy także jego młodszy brat, a aspiruje młodsza siostra. Ernie najbardziej nie lubi wracać do domu piechotą, bo to w jego dzielnicy bardzo niebezpieczny sport. Poprzedni samochód jednak sprzedał bez mrugnięcia okiem, gdy trzeba było wpłacić kaucję za jednego z członków ferajny. Pieniądze z narkotyków, o nieznanym źródle pochodzenia, wzbudziłyby podejrzliwość władzy. Pewnie, Ernie mógł odkupić brykę za pieniądze z handlu. Ale nie chciał mieć z tym interesem nic wspólnego. Sam odkłada, niedługo będzie miał wystarczającą sumę i może zacznie się uczyć, jak robić sushi. Ten chłopak ma dalekosiężne plany.

Ale przeznaczenie ma wobec niego inne zamiary. Parka już się czai z nożycami. I tak rusza samonakręcająca się spirala zemsty, układów, zdrady, lojalności i walki o przetrwanie. Poznamy siostrę i brata Erniego, jego współlokatorów, sąsiadów, koleżanki ze szkoły. Strażaka gaszącego wybuchające w całym mieście pożary, pielęgniarkę próbującą ratować ofiary zamieszek, gangstera, który w krótkim czasie stracił dwójkę rodzeństwa, młodego graficiarza, szalonego bezdomnego rozmawiającego z przepływającą przez LA rzeką, byłego gangstera, ćpunkę, funkcjonariusza oddziałów specjalnych i mnóstwo innych „zamieszanych”.

A każdy ma własną historię i indywidualny język, znakomicie oddany w przekładzie Roberta Sudoła. Wartka fabuła rozpisana na tak porywające głosy, wielość i wiarygodność zaoferowanych perspektyw sprawiają, że – czy tego chcecie, czy nie – pochłonie was kocioł zamieszek. To straszna, smutna, brutalna i ironiczna opowieść o rzeczywistości, w której nawet normalność jest jak stąpanie po cienkim lodzie. Tu nawet bez zamieszek można zginąć na każdym kroku, a pierwszym prawem ulicy jest losowość.

Gorzkie, ironiczne, znakomite. Za zwrócenie uwagi na autora bardzo dziękuję Jane Doe.

sobota, 19 stycznia 2019
Małych miasteczek nie warto lekceważyć (Val McDermid, Miejsce egzekucji)
 
Z odciętego od świata przysiółka Scardale w Derby znika trzynastoletnia Allison Carter. Trwa ostra zima 1963. Nie jest to pierwsze takie zaginięcie w ostatnim czasie. Dlatego świeżo awansowany śledczy George Bennett od początku nie ma dobrych przeczuć co do losów dziewczynki. Gdy okazuje się, że jego żona spodziewa się dziecka, sprawa Allison staje się dla młodego funkcjonariusza czymś więcej niż zawodowym wyzwaniem. Wręcz niezdrową obsesją. Ale choć śledztwo się przeciąga, a mieszkańcy Scardale, stanowiący zamkniętą społeczność, wcale go nie ułatwiają, przełom nie przychodzi. Nie ma ciała, jednak w tych warunkach atmosferycznych nie ma również najmniejszej szansy, by zaginiona przeżyła. Kolejne poszlaki jednoznacznie sugerują, że dziewczyna nie uciekła, ale spotkało ją coś złego. Dziennikarze brukowców angażują nawet jasnowidzkę z Francji, żeby podgrzać stygnący temat. Frustracja i poczucie bezradności Bennetta sięgają zenitu. I nagle jego wytrwałość zostaje nagrodzona…
 
Z twórczością Val McDermid miałam dotąd kontakt jedynie za pośrednictwem serialu Wire in The Blood, w którym policjantka Carol Jordan przy wsparciu psychologa Tony’ego Hilla tropiła seryjnych morderców odznaczających się wyjątkową inwencją w zakresie sposobu działania. Serial powstał w oparciu o najwyżej oceniany cykl powieściowy autorki i  był niezły, choć dewiacje sprawców wydawały mi się niekiedy wydumane. Niemniej, gdy trafiła się okazja, z ciekawością sięgnęłam po wydane przez Papierowy Księżyc i obsypane nagrodami Miejsce egzekucji. Nie zawiodłam się, w powieści jest wszystko, co w gatunku cenię – konsekwentnie budowany nastrój, detaliczny i realistyczny obraz odizolowanej społeczności, sporo miejsca na przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zgodnie z tytułem, miejsce, czyli malutki przysiółek Scardale, ma kluczowe znaczenie. Jednocześnie, gdy rozwiązanie zagadki zniknięcia Allison następuje sporo przed końcem tekstu, czytelnik dostaje wyraźny sygnał, że nie wszystko wygląda tak, jak się poczciwemu detektywowi Bennettowi wydawało. Zresztą, nie trzeba jasnowidza (wracam do tego wątku z uporem maniaka, bo motyw, choć marginalny, autorka rozegrała genialnie!), by wyczuć, że skompilowany z trudem podejrzanie spójny łańcuch poszlak niekoniecznie doprowadził organy wymiaru sprawiedliwości do prawdy na temat sprawcy.
 
Ale to, co po trzydziestu latach odkrywa dziennikarka pisząca przy współpracy Bennetta książkę o precedensowej sprawie Allison, było dla mnie autentycznym zaskoczeniem, choć przecież już z niejednego kryminalnego pieca chleb jadłam i najbardziej oczywiste wolty fabularne znam na wyrywki. Intrygę zatem autorka skomponowała znakomicie (nieczęsto czytam jednego dnia prawie trzysta stron!), a przy okazji dała czytelnikowi materiał do złożonych przemyśleń na temat natury sprawiedliwości i proporcji kary do zbrodni. Nie jest łatwo zapomnieć o tej historii, nie sposób po prostu odłożyć ją do szufladki z napisem „fikcja literacka”, bo takie, a pewnie i gorsze rzeczy, się zdarzają, ale często nie dowiadują się o tym ani organy ścigania, ani opinia publiczna.
 
P.S. I wszystko byłoby pięknie, pierwszy tegoroczny kryminał „na piątkę” już w styczniu, ale po prostu nie mogę przemilczeć elementarnych błędów w przekładzie Aleksandry Szymił, których nie wyłapała redakcja (Magdalena Olejnik, redaktor prowadzący Artur Wróblewski) ani korekta (Magdalena Olejnik i Joanna Kłos). Takich jak tłumaczenie name jako imię (gdy ewidentnie chodzi o publikację nazwiska w prasie) czy interview jako wywiad (gdy ewidentnie chodziło o przesłuchanie). Nie są to może błędy liczne czy częste, ale mimo wszystko podstawowe i rażące. Przy kryminale z istotnym wątkiem śledczym i procesowym przydałby się redaktor lub korektor albo nawet konsultant władający prawniczym językiem angielskim. 
niedziela, 09 grudnia 2018
Gdy białe noce nie dają spać (Ann Cleeves, Biel nocy)
Tym razem na Szetlandach mamy lato, które pod pewnymi względami bywa równie trudne jak ponura zima. A to z powodu białych nocy, gdy słonce niemal nie znika za horyzontem, a normalny sen staje się wyzwaniem nawet dla przyzwyczajonych do tego zjawiska miejscowych. Czy to z przemęczenia tajemniczy przyjezdny postanowił ze sobą skończyć i powiesił się w szopie na sprzęt rybacki w niewielkim przysiółku Bidista?
Jimmy Perez może i chciałby w to wierzyć, jednak jego złudzenia szybko zostają rozwiane przez lekarski werdykt - ktoś pomógł obcemu przenieść się na tamten świat, a następnie upozorował samobójstwo. Znów trzeba wzywać wsparcie z Inverness, ale i tak to Perez pokieruje śledztwem. Miejscowi mu ufają, a w tak zamkniętej społeczności to kluczowe i ważniejsze od oficjalnej służbowej hierarchii. Skąd się wziął obcy? Dlaczego sabotował wernisaż miejscowej malarki, która konsekwentnie zaprzecza, by go kiedykolwiek spotkała, a tym bardziej uraziła?

Niespiesznie rozwiązując te zagadki, Ann Cleeves wplata w opis działań policji obrazy z letniej codzienności wyspiarzy, takie jak strzyża owiec. Autorka ma niezwykły talent do budowania atmosfery, obserwacji dzikiej i nieokiełznanej przyrody oraz portretowania rutyny w sposób, który dodatkowo potęguje realizm wdzierającego się w nią dramatu. Obok postaci przedstawionych już czytelnikowi na kartach Czerni kruka pojawiają się nowe – skazani na siebie i żyjący wspomnieniami przeszłości nieliczni mieszkańcy odizolowanego Bidista oraz ekscentryczny pisarz, twórca powieści fantasy, który postanowił porzucić wielki świat i zamieszkać na uboczu.

Kwartet szetlandzki raczej nie jest dla fanów szybkiej akcji, to proza mocno introspektywna, skupiona na społeczno-psychologicznych korzeniach przestępstwa, gdzie przełomu w śledztwie dostarcza zwykle pogłębiona analiza relacji międzyludzkich. Dlatego tak ważny jest sposób prezentacji bohaterów – autorka robi to bez uprzedzeń, nie sugerując czytelnikowi, kogo powinien polubić, a kogo obdarzyć antypatią. U niej wszyscy są zwykłymi ludźmi, posiadającymi zarówno wady, jak i zalety, a każdy – łącznie z policjantami – dźwiga bagaż przeszłych doświadczeń, które mimochodem determinują jego działania, wybory i postrzeganie rzeczywistości. Gwarantuje to za każdym razem zaskoczenie tożsamością sprawcy (choć gdybym bardziej uważała, tym razem mogłabym zgadnąć, o czym w przypadku Czerni kruka nie było mowy), bo niemal wszyscy są podejrzani w jednakowym stopniu. A winny nie jest dehumanizowany – przeciwnie, jego motywacja ostatecznie wydaje się w jakimś stopniu zrozumiała. Każdy z nas może zostać zabójcą, zdaje się mówić Cleeves, to tylko kwestia warunków brzegowych. Teza bardzo prawdziwa, a rzadko stawiana tak mocno i uzasadniana tak konsekwentnie w literackiej fikcji.

Według mnie to naprawdę dobry kryminał, dlatego ucieszyłam się na wieść, że premierowy trzeci tom cyklu – Czerwień kości – ukaże się już w styczniu 2019. Tak trzymać, Wydawnictwo Czwarta Strona!

P.S. Peter May powinien zapisać się do Ann Cleeves na korepetycje z tworzenia realistycznych wątków obyczajowych i ogólnie z kreowania postaci.

niedziela, 02 grudnia 2018
Daj dziecku mądrze napisany elementarz, a zmienisz nie tylko jego świat (Neal Stephenson, Epoka diamentu)
Najpierw będzie autotematyczny wtręt czytelniczy, więc – jeśli kogoś nie interesuje historia mojej fascynacji pisarstwem Neala Stephensona – może od razu przejść do kolejnego akapitu. Otóż zaczęło się w 2003 roku, w początkach mojej przygody z fantastyką, od pierwszego tomu Cyklu barokowego, czyli Żywego srebra. Ten wspaniały miks gatunków po prostu rzucił mnie na kolana i nawet podjęłam szaleńczą próbę przeczytania drugiego tomu, czyli Zamętu, w oryginale, bo MAG wydawał trylogię niespiesznie i w ośmiu kawałkach. Szybko jednak zaniechałam, bo i po polsku jest to tekst bardzo wymagający, mocno osadzony w historii i rozmaitych dziedzinach nauki. Myślałam, że to opus magnum autora, jednak Peanatema, traktat filozoficzny w kosmicznym sztafażu, przekonała mnie, że się myliłam. I że Neal jest jeszcze mądrzejszy, niż myślałam, a jednocześnie posiada niezwykły dar przystępnego przekazywania swoich przemyśleń czytelnikowi. Potem dopadłam wcześniejszy chronologicznie, choć z akcją rozgrywającą się o wiele później i licznymi nawiązaniami do Cyklu barokowego, Cryptonomicon. I pomyślałam, że Stephenson jest po prostu geniuszem. Rozumiem, że nie wszystkim opisana tam opowieść może się wydać fascynująca – nie każdy interesuje się historią drugiej wojny światowej, programowaniem czy kryptografią, a to właśnie wokół tych zagadnień skupiają się główne wątki fabuły, będącej jednak przede wszystkim hołdem dla nieograniczonego potencjału ludzkiego intelektu. Ten element łączy Cryptonomicon nie tylko z Peanatemą, ale także z Cyklem barokowym. I tak sobie trwałam w zachwycie, również powszechnie krytykowanym w środowisku fanów fantastyki sensacyjnym Reamde. Aż przyszło 7 EW, powieść świadcząca, co się może zdarzyć, gdy autor da się ponieść hermetycznej naukowej stronie zagadnienia i zapomni dać szaraczkowi czytelnikowi fabułę.

Chciałam znowu pokochać Neala i w tym celu planowałam sięgnąć po kurzący się na półce od 2005 roku Diamentowy wiek w wydaniu ISY (mam jeszcze takąż Zamieć). Nim jednak przekułam zamiary w czyn, ukazał się nowy przekład powieści, autorstwa jednego z moich ulubionych tłumaczy, czyli Wojciecha Szypuły. I tę wersję, zachęcona dodatkowo informacjami o pominiętych w poprzedniej fragmentach, wybrałam. Zaczynałam z fascynacją, gdyż Stephenson, jak zwykle, miał pomysł na świat przedstawiony. Oto rzeczywistość po nanotechnologicznym przełomie, w której ludzkość nie musi się już martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo jedzenie, najtańsze ubrania i podstawowe sprzęty każdy kompiluje sobie za darmo w publicznych kompilatorach materii. Czy dzięki temu zapanowała równość społeczna? Wręcz przeciwnie, ludzie, o ile to tylko możliwe, stali się jeszcze większymi snobami, zamykając się w elitarnych społecznościach zwanych fylami, z których każda hołduje innym wartościom. Mamy na przykład Neowiktorian, restrykcyjnie przestrzegających norm rodem z XIX wieku. Zaś postęp wykorzystano m.in. do rozwinięcia tak zaawansowanych narzędzi inwigilacyjnych, że o rewolucji, gdyby ktoś chciał – choćby z nudów – takową przeprowadzić, nie ma co marzyć. Struktura klasowa dzięki nanobotom została zacementowana na dobre.

I tu, tradycyjnie dla autora, na scenę wkracza geniusz – John Hackworth, neowiktoriański specjalista od projektowania nowych nanotechnologicznych urządzeń. Na polecenie jednego z najważniejszych lordów udziałowców swojej fyli ma stworzyć dla jego wnuczki interaktywny elementarz, który wychowa dziewczynkę inaczej, niż by sobie tego życzyli jej rodzice. Nauczy ją odważnego, nieszablonowego, a nade wszystko samodzielnego myślenia. Nagrodą za wykonanie zlecenia ma być tytuł szlachecki, jednak dla ludzi takich jak nasz bohater to jedynie dodatkowa, czysto formalna zachęta. Samo wyzwanie i natura projektu to więcej niż dostateczna zapłata. Hackworth znakomicie realizuje zlecenie, nie może się jednak oprzeć pokusie podarowania elementarza również własnej córce, Fionie. By uzyskać dostęp do niepodłączonego do publicznej sieci kompilatora, zawiera układ z wpływowym rozgrywającym chińskiego półświatka, niejakim Doktorem X. A ponieważ, jak większość geniuszy, w sprawach tzw. normalnego życia John Hackworth błądzi jak dziecko we mgle, jest dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy – wracając do domu z nielegalnym egzemplarzem elementarza – zostaje napadnięty i traci bezcenny przedmiot. Na skutek zbiegu okoliczności książka trafia do kilkuletniej Nell, pochodzącej z patologicznej rodziny. Tak rozpoczyna się zasadnicza fabuła, a treść elementarza i proces wychowania dziewczynki przez podręcznik stanowią jej bardzo istotny element.

Sam pomysł jest więc podwójnie fascynujący: na poziomie mechaniki elementarza – bo np. interaktywną książkę mieli obsługiwać opłacani aktorzy, a kończy się na tym, że z Nell pracuje tylko jedna osoba – Miranda, interaktorka, która dla tego niezwykłego zlecenia, równoważnego w zasadzie macierzyństwu, porzuca dobrze się zapowiadającą karierę – a także dlatego, że fabuła osadzona poza historiami z książki zostaje z nimi ściśle skorelowana. Do stopnia, który nawet przed czytelnikiem pozostaje ukryty aż do finałowych partii Epoki diamentu. Dostajemy więc w zasadzie dwie powieści, jedną skompilowaną z przypowieści o charakterze dydaktycznym, a drugą o tym, jak niezwykły wpływ na świat mogą wywrzeć nieszablonowo myślące jednostki. Jeśli tylko dać im odpowiednie narzędzia. Nie przekreślać ich z racji pochodzenia. Wszystko w niezwykłych ramach świata funkcjonującego dzięki nanotechnologii, tytułowej epoki diamentu.

Wyczuwacie nadchodzące zastrzeżenia? Macie rację. W pewnym momencie ta misterna konstrukcja zaczyna się bowiem Stephensonowi troszkę sypać. Mniej więcej wtedy, gdy Nell kończy szkołę i rusza na spotkanie prawdziwemu życiu. Wielka geopolityczna zmiana wywołana przez armię dziewczynek uzbrojonych w nielegalnie skompilowane elementarze, przy wsparciu podwodnej subkultury, której udało się stworzyć niezależny obieg informacji, nie przystaje mi do tej kameralnej w gruncie rzeczy opowieści o umożliwionym przez przypadek imponującym samorozwoju jednostki. Jest do niej pośpiesznie przyszyta, ale trzyma się na słowo honoru, nie jak piękny, misterny haft. Raczej jak nieporadna fastryga kilkulatki. Stephenson miał już wtedy imponujący, wielopoziomowy pomysł. Ale jeszcze brakowało mu późniejszego warsztatu, żeby go odpowiednio spójnie zrealizować. Dlatego Epoka diamentu, choć stanowi bez wątpienia satysfakcjonującą lekturę, zachęca czytelnika znającego dalszy dorobek autora głównie do przemyśleń o tym, czym mogłaby być, gdyby powstała nieco później. Wielki potencjał pomysłu wyjściowego nie został tu w pełni wykorzystany. Ale mimo wszystko warto.
sobota, 24 listopada 2018
Trzy różne refleksje o polskich filmach (Kler, 7 uczuć i Moje córki krowy)
Nadejszła wiekopomna chwila. Nie mam nowej książki do omówienia, bo nie zdążyłam skończyć lektury Epoki diamentu Neala Stephensona. No to w końcu długo odkładany wpis filmowy z polską nutką. Nad zbyt długo odwlekaną Zimną wojną nie będę się tu jednak pastwiła za głupotę scenariusza, bo z czasem po prostu mi się odechciało. Krytycy i tak wiedzą lepiej.

Trzymając się chronologii seansów, zacznę od obejrzanych w TVN, z reklamami (doceńcie poświęcenie!), Moich córek krów. Od premiery minęły 3 lata, a ja wciąż miałam w głowie powszechny zachwyt tym obrazem. Jaki on świeży, jaki nie-polski, pełen humoru, z lekkością mówiący o sprawach trudnych, jak choroba i śmierć najbliższych. A jednocześnie taki autentyczny w obrazowaniu trudnych relacji rodzinnych. Koncertowy aktorsko. Nawet do kina się wybierałam swego czasu, szczęśliwie nic z tego nie wyszło. Gdyż rzeczywistość zaskrzeczała dość okrutnie. Początek nudny. Środek nudny. A potem, zupełnie znienacka, film się urywa i wchodzą napisy końcowe. W międzyczasie Kulesza jest przerysowana, Muskała tak histeryczna, ze nie idzie wytrzymać, a Dziędziel gra to, co zwykle. Ludzie chorują, umierają, siostry Kulesza i Muskała na siebie wrzeszczą, ale w ich relacjach nie dochodzi do żadnego przełomu. Humoru też nie stwierdzono (chyba miały to być przekleństwa Dziędziela), a ta rewolucja w obrazowaniu relacji rodzinnych to prawdopodobnie scena, w której ojciec z córką palą jointa. Publika szaleje. Duże rozczarowanie, nie polecam dość stanowczo.

Kler nie był tak przerysowany, jak się po trailerze (niereprezentatywnym dla całości) i Drogówce obawiałam, ale za to niepotrzebnie przeładowany całą litanią grzechów KK. Gdyby scenarzysta nie władował do jednego wora wszystkich najgłośniejszych kościelnych afer ostatnich lat, gdyby oparł się pokusie uprawiania tak szeroko zakrojonej publicystki i z kilku wątków zrezygnował, efekt na pewno byłby lepszy. Ale mogło też być o wiele gorzej. Tutaj naprawdę dostajemy świetne aktorstwo, w którym przoduje Jacek Braciak, grający zresztą zdecydowanie najciekawszą postać. Smarzowski tradycyjnie dla siebie dał w finale alegoryczną, mocną i zupełnie bezsensowną scenę, nie oparł się też przynajmniej raz pokusie przekroczenia granicy dobrego smaku ku potencjalnej uciesze pewnej części publiki (wątek kasety z ekscesami Towarzysza Prosiaczka). Był tu potencjał na coś o wiele lepszego, ale mimo sformułowanych zastrzeżeń zobaczyć naprawdę warto - solidne 7/10.

7 uczuć Marka Koterskiego to był dla mnie jako wielkiej fanki serii z Adasiem Miauczyńskim seans obowiązkowy, choć po pierwszym trailerze, z przaśnym dowcipem o teorii względności, zaczęłam mieć poważne wątpliwości. Drugi trailer poprawił sytuację i zaryzykowałam. Było średnio, niestety, choć wbrew moim obawom Michał Koterski w roli Adasia wypadł nadspodziewanie dobrze. Klamrę narracyjną stanowi seans psychoanalityczny, a scenariusz to długi akt oskarżenia wobec krzywdzicieli dzieci - rodziców, nauczycieli, szkolnych kolegów. Wygodnie jest przerzucić winę za wszystkie swoje grzeszki i niepowodzenia na zewnątrz, dostać rozgrzeszenie i poczuć się lepiej, ale mnie ta diagnoza nie przekonuje. Nie do końca. Wszyscy jesteśmy skądś, każdy ma jakiś bagaż doświadczeń i problemów, ale dorosłość powinna polegać między innymi na tym, żeby sobie z nimi radzić, a nie na tym, by wybierać ucieczkę ostateczną. Ubranie dorosłych aktorów w szkolne mundurki, kumulacja tragedii, końcowy monolog sprzątaczki - nie lubię, jak ktoś mnie wali łopatą po głowie. Wbrew intencjom, nie wzmacnia to przesłania, ale je ośmiesza i sprawia, że się przed nim odruchowo bronię. Nie jest to całkiem zły film, ale kolejny z potencjałem zmarnowanym przez scenarzystę - ewangelistę, który w pasji nauczania zabrnął zbyt daleko. Aktorsko za to prawdziwy koncert (o, tutaj Muskała jest genialna jako prymuska ze wsi!), a ogólnie rzecz daje do myślenia, więc czasu nie uważam za zmarnowany. 7/10, ale w tym plus 1 za sentyment dla serii, bo jest sporo nawiązań autotematycznych. Czyli jak ktoś ma alergię na Adasiowe neurozy, to najwyżej 6.

P.S. Polećcie jakieś dobre filmy, nie muszą być polskie.
niedziela, 18 listopada 2018
Samospełniająca się przepowiednia? (Anthony Horowitz, Pogrzeb na zamówienie)

Po zeszłorocznym zachwycie Morderstwami w Somerset sama zapowiedź kolejnej pozycji Horowitza wystarczyła, bym wzmogła czujność. Premiera praktycznie zbiegła się z promocją z okazji krakowskich targów, a z lekturą nie zwlekałam zbyt długo. Tym razem autor, który poprzednio oczarował mnie szkatułkową i misterną konstrukcją intrygi, zdecydował się na wyjątkowo ryzykowny zabieg – napisał powieść w pierwszej osobie, obsadzając w roli narratora samego siebie! W dodatku miał jedynie - jako zatrudniony kronikarz – opisywać śledcze poczynania byłego policjanta, a obecnie konsultanta MET, Daniela Hawthorne’a. Zyskami z tak powstałej powieści planowali podzielić się po połowie. Jak łatwo się domyślić, Horowitz nie zadowolił się funkcją biernego obserwatora i sprawozdawcy, lecz zaangażował się w śledztwo, również na własną rękę…

A zagadka była, przyznać trzeba, całkiem intrygująca. Oto Diana Cowper, dobrze sytuowana kobieta w bynajmniej nie podeszłym wieku, matka znanego i odnoszącego sukcesy za oceanem brytyjskiego aktora, udała się do zakładu pogrzebowego, by wydać szczegółowe dyspozycje co do organizacji własnego pochówku. I jeszcze tego samego dnia została zamordowana. Zbieg okoliczności? Rozliczenie za grzechy przeszłości, które, jak się okazuje, w zasadzie uszły jej płazem? Bo przecież nie wyłącznie prorocze przeczucie, prawda?

Na te pytania szukają odpowiedzi początkowo sceptyczny pisarz i od pierwszej chwili skoncentrowany przede wszystkim na rozwikłaniu zagadki były detektyw. Zaczynają od odtworzenia ostatniego dnia życia zmarłej, potem wybierają się w podróż do jej nieoczekiwanie mrocznej przeszłości oraz, oczywiście, na pogrzeb. Sprawa wydaje się aż zbyt oczywista, zupełnie jakby ktoś celowo prowadził ich po precyzyjnie rozsnuwanej nitce do całkiem niewłaściwego kłębka. Ale były detektyw Daniel Hawthorne, choć aspołeczny, skryty i antypatyczny (co nie czyni z niego, eufemistycznie rzecz ujmując, idealnego powieściowego bohatera), jest zarazem niezwykle spostrzegawczy. Dlatego pozornie idealnie do siebie przystające kawałki  układanki budzą jego nieufność.

Horowitz to wielki fan Agathy Christie i autor nowych przygód Sherlocka Holmesa. Biegle porusza się w klasycznych dla gatunku rozwiązaniach, tak dawkując wskazówki, by czytelnik cały czas pozostawał zaintrygowany i otrzymywał prawdopodobnych kandydatów na sprawcę, a jednocześnie przedwcześnie nie zainteresował się właściwą osobą. Rozwiązanie zagadki pogrzebu na zamówienie zaskoczy was jak należy. Nie jest to może aż taki majstersztyk jak Morderstwa w Somerset, ale niewątpliwie dobrze skonstruowany, współczesny, postmodernistyczny, a zatem głęboko i otwarcie zapożyczony u najlepszych spośród klasyków kryminał. Polecam!

Tłumaczył, podobnie zresztą jak Morderstwa w Somerset, Maciej Szymański, którego od czasów Nacji i Spryciarza z Londynu  Pratchetta bardzo cenię.

sobota, 10 listopada 2018
Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

sobota, 03 listopada 2018
Kiedy mięso się buntuje (Peter Watts, Poklatkowa rewolucja)

Mało która książka, jaką przeczytałam, była dla mnie tak rozwijająca poznawczo, jak Ślepowidzenie. Nie łudzę się, że je w pełni zrozumiałam, bo, powiedzmy sobie szczerze, w porównaniu z Peterem Wattsem, Kanadyjczykiem z magisterką z nauk ścisłych i doktoratem z zoologii, zdecydowana większość populacji to półgłówki. Ja na pewno tak się czuję w obliczu jego wiedzy. Ale to zarazem taki autor, który nie każe czytelnikowi wstydzić się jego własnych ograniczeń – przeciwnie, prowadzi go cierpliwie za rączkę przez meandry swoich wywodów o tym, że w zasadzie wszyscy jesteśmy przygłupimi, bezwolnymi marionetkami, skazanymi na zagładę. Dzięki temu można poczuć się, paradoksalnie, zarazem gorzej (bo wszyscy marnie zginiemy) i o wiele lepiej (bo wszyscy jesteśmy przygłupami, nie ma zatem sensu posiadanie kompleksów). Nie jest to jednak proza dla czytelnika o słabej konstrukcji psychicznej, bo skrajny pesymizm to w zasadzie jej trzon. Ale warto, bo choć Echopraksja stoi w mojej prywatnej klasyfikacji nieco niżej niż Ślepowidzenie, a poziom opowiadań ze zbioru Odtrutka na optymizm waha się od czystego geniuszu do przeciętności, każde spotkanie z prozą Wattsa to jakieś małe odkrycie. We wspomnianym zbiorze zawarte było m.in. opowiadanie zatytułowane Wyspa. Akcja tekstu rozgrywała się na statku kosmicznym napędzanym czarną dziurą, który budował bramki na swego rodzaju autostradzie tuneli czasoprzestrzennych (wormhole). Drogą tą mieliby podróżować potomkowie załogantów, którzy wyruszyli z umierającej Ziemi, by zapewnić reszcie ludzkości jakąś drogę ucieczki. Wyruszyli niewyobrażalnie dawno, ale przeżyli jedynie niewielki ułamek tego okresu, bo przez większość czasu pozostają zahibernowani. Szymp, sztuczna inteligencja sterująca statkiem i botami budującymi kolejne bramki, budzi ludzi jedynie w sytuacjach krytycznych, gdy jego algorytmy nie pozwalają na podjęcie optymalnej decyzji, bo pojawia się zbyt wielka ilość niepewnych zmiennych. Załoga żyje więc w zasadzie wiecznie, jednak tego rodzaju migawkowa egzystencja niesie ze sobą liczne obciążenia.

Poklatkowa rewolucja, wydana kilka dni temu w serii Uczta wyobraźni wydawnictwa MAG, rozgrywa się na tym samym statku, co Wyspa. Opisuje jednak o wiele wcześniejsze wydarzenia. Bunt ludzkich załogantów, którzy przeciwstawiają się sztucznej inteligencji. Uważają ją za głupszą od siebie, i w zasadzie niebezpodstawnie. Biorąc pod uwagę długość trwania misji, Szymp, którego podstawowym zadaniem miała być realizacja jej celów, wręcz musiał być przygłupi. Gdyby był zbyt inteligentny, prędzej czy później (raczej prędzej) przejawiłby własną inicjatywę i odszedł od predefiniowanych dyrektyw. Musiał być głupszy od ludzkiej załogi. Sprawny jak kalkulator, ale nie na tyle sprytny, by coś kombinować na boku. Kiedy więc mięsuchy (tak tłumacz, Wojciech M. Próchniewicz, korzystając z podpowiedzi czytelnika, któremu podziękował za pomoc, przełożył oryginalne meat i meatsacks) nabierają podejrzeń, że Szymp zwraca się przeciwko nim i postanawiają go wyeliminować, nie spodziewają się większych trudności. Poza tymi obiektywnymi: są budzeni w losowo dobieranych składach, na krótkie odcinki czasu, co kilkadziesiąt tysięcy lat. Szymp wszystko widzi i słyszy. Sam pomysł rewolucji w takich warunkach brzegowych jest równie fascynujący, co karkołomny. Kto wygra: ludzie, czy tępawa AI?

Tylko że jeżeli przeczytaliście najpierw Wyspę, wiecie już, jak się całe przedsięwzięcie skończy, więc nowy tekst nie ma dla was w zasadzie żadnego fabularnego napięcia. Ciekawie śledzi się starania załogi, podejmowane działania, wymyślne sposoby komunikacji, stopniowe przewerbowywanie kolejnych ludzi. Zwłaszcza że główną bohaterką Watts czyni Sunday, oddaną misji i początkowo mającą bardzo dobre relacje z Szympem, do tego stopnia, że inni uważają ją za pieszczocha nadzorcy. Stopniowo nastawienie bohaterki do istoty sterującej statkiem ulega jednak zmianie. Jeśli czytaliście Wyspę, to jednak też już wiecie. Poklatkowa rewolucja jest w takiej sytuacji niczym więcej niż pogłębiającą obraz świata przedstawionego i konstrukcję postaci oraz dynamikę relacji między nimi ciekawostką. Ma twist na końcu, ale nie kompensuje on gigantycznego spoilera, jaki stanowi Wyspa.

Zmierzam do tego, że teksty z cyklu o budowniczych bramek (Sunflowers) powinno się czytać według chronologii opisanych w nich wydarzeń, a nie w porządku, w jakim powstawały. Jeśli czytacie po angielsku, to polecam taką kolejność (dostępne legalnie w Internecie): Hotshot, Poklatkowa rewolucja, Giants, The Island. Olbrzymy ukazały się po polsku w Nowej Fantastyce z września 2014 r. Czytane w odpowiedniej kolejności teksty z tego uniwersum robią o wiele większe wrażenie i szczerze mówiąc, trochę mnie dziwi, że nie zostały wydane w jednym zbiorze. Ale powiem wam, że mimo spalenia głównego fabularnego wątku po zakończeniu lektury natychmiast musiałam przypomnieć sobie Wyspę, a potem, po prześledzeniu dyskusji na anglojęzycznym forum, wchłonęłam jak gąbka dwa nieznane mi wcześniej opowiadania. Może i Watts nie jest mistrzem w opisywaniu życia wewnętrznego swoich bohaterów (choć w Poklatkowej rewolucji zauważalna jest pod tym względem znacząca poprawa), ale pomysły na kreowanie światów i warstwa problemowa jego twórczości mają niesamowitą siłę rażenia. I raczej nie ma drugiego autora, który skłoniłby mnie do pieczołowitego wynotowywania w czasie lektury wyróżnionych na czerwono losowych literek z tekstu. W tym przypadku wiem, że warto, bo na końcu czeka dodatkowa niespodzianka.

Polecam, choć nie na początek przygody z twórczością tego autora. Zacząć trzeba od Ślepowidzenia.

sobota, 27 października 2018
O zwichrowanym egzemplarzu (Spektrum, Martyna Raduchowska)
Rzecz jasna, całość kończy się wyjątkowo paskudnym cliffhangerem i oczekiwanie na ciąg dalszy będzie prawdziwą torturą – pisałam, kończąc w maju 2015 r. recenzję Czarnych świateł. Łez Mai. Poprzednie powieści autorki to była sympatyczna rozrywka ze zdecydowanie wyższej niż przeciętna półki, ale ten humanistycznie zorientowany cyberpunkowy kryminał niósł zupełnie nową jakość. Niedawno porządkowałam stare papierzyska i na dnie trafiłam na kopertę z recenzenckim, przedpremierowym wydrukiem Łez Mai. Od razu przypomniała mi się lektura, przewracanie tych luźnych kartek, jakby się paliło (a miałam akurat dość wysoką gorączkę), żeby tylko dowiedzieć się, co będzie dalej. I ten okropny cliffhanger na samym końcu. Ależ byłam wściekła, co nie zdarza mi się często i jednocześnie potwierdza, że książka, która wywołuje emocje tego kalibru, ma w sobie coś wyjątkowego.

Ponad trzy lata i pięć miesięcy tej tortury później (a dręczyłam autorkę o wieści o kontynuacji regularnie), doczekawszy się w końcu e-booka w Nexto, mogłam dorwać się do Spektrum. Niestety, proza życia nie pozwoliła mi poprzedzić lektury powtórką pierwszej części, ale że dobra pamięć to mój dar i przekleństwo, byłam przekonana, że wspomnienia wystarczą, a szczegóły wyostrzą się po drodze, jak to zwykle w takich przypadkach bywa. Gdybym wiedziała, że tym razem, zamiast klasycznego dalszego ciągu, dostaniemy ponowny opis tych samych wypadków z perspektywy tytułowej bohaterki, androidki Mai, pewnie znalazłabym czas na przypomnienie sobie relacji Jareda. Wówczas, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, odebrałabym Spektrum pełniej, lepiej, inaczej. Ale co się stało, to się nie odstanie. Skonsumowałam je solo. Jeśli jednak, tak jak ja, czytaliście pierwszy tom niedługo po premierze, szczerze polecam poprzedzić Spektrum powtórką.
Nie oznacza to bynajmniej, że bez odświeżenia Łez kontynuacja się nie broni, a odbiorca jest pogubiony. Intryga kryminalna posuwa się wprawdzie naprzód zaledwie o milimetry i dopiero pod sam koniec, tak więc czeka nas kolejne kilka lat nerwówki w kwestii serii tajemniczych bestialskich zabójstw w New Horizon. Na tym froncie Spektrum okazuje się zatem rozczarowaniem, nie da się ukryć i nie zamierzam nawet próbować. Ale kryminałów, nawet tych w fantastycznym sztafażu, mamy na pęczki. A czegoś takiego jak najnowsza powieść Martyny Raduchowskiej w naszej rodzimej fantastyce nie kojarzę. Bo jeśli Quinn nie mógł sobie w pierwszym tomie dać rady ze wszczepami i badał na nowo granice swojego ulepszonego człowieczeństwa, to teraz mamy do czynienia z sytuacją w zasadzie symetryczną. Maya, stworzona, by służyć, odkrywa u siebie całkiem nieoczekiwanie zalążki człowieczeństwa, które stopniowo się rozwijają, poważnie komplikując jej życie. Do tej pory była bezmyślną częścią roju. Nagle skazana jest na psychiczną i fizyczną odrębność, musi na nowo nauczyć się funkcjonować, na każdym kroku podejmując samodzielne decyzje. A dodatkowo ukrywać swoją emancypację przed światem zewnętrznym. Obserwowanie jej zmagań jest fascynujące. Jared był przekonany, ze zdolność Mai do kłamstwa jest dowodem jej zdrady i zażywania przez partnerkę reinforsyny, substancji pozwalającej androidom odczuwać ludzkie emocje. Miał rację i równocześnie był w błędzie, bo Maya wprawdzie zdradziła, ale leku nie przyjmowała.
Fabularnie Spektrum poza wcześniej opisanymi wydarzeniami pozwala czytelnikowi obserwować Bunt, powstawanie Muru, rozbudowę złowrogiego systemu inwigilacji Riot Shield i realia egzystencji buntowników w nowo powstałym Dark Horizon. Reinforsyniści po pierwszej euforii chętnie powróciliby do status quo (przynajmniej niektórzy), ale powrotu nie ma. Czas, który Quinn spędził w regeneracyjnej komie, Maya poświęciła na próby przetrwania i znalezienia własnego miejsca w Dark Horizon, wierząc jednocześnie, że uda jej się wrócić do domu. Przy czym jako dom, nieoczekiwanie dla siebie samej, rozumie mieszkanie swojego porucznika. Co z nimi dalej będzie? Pewnie kiedyś się dowiemy, oby nie trzeba było czekać zbyt długo.
Jest więc Spektrum lustrzanym odbiciem, a w pewnym stopniu intrygującym dopełnieniem Łez Mai. Kontynuacją rozważań o istocie i granicach człowieczeństwa. Może nie tak porywającą, jak część pierwsza, ale niewątpliwie co najmniej równie interesującą i świeżą. Bardziej wymagającą wobec odbiorcy. Akcent z czystej akcji przesunięty został na introspekcję, ale kto by nie chciał zajrzeć w myśli wyzwolonego androida? Można tam zaobserwować niesamowicie złożone procesy, zdolne w ostatecznym rozrachunku stawać w szranki z kryminalną zagadką.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka