Wpisy z tagiem: polecanka

sobota, 17 lutego 2018
anarchia sjurealizm moderna (Jarosław Kamiński, Tylko Lola)
Ten tekst musiał odczekać. Ta lektura musiała mi się ułożyć w głowie. W międzyczasie nadeszła - jak na zamówienie - dyplomatyczna awantura z polskimi obozami śmierci na cały świat, któremu władza wykrzykuje, że Polacy wyłącznie ratowali Żydów. A przecież to nie była prawda. Jaka była postawa większości, wymownie świadczy marzec '68 i brak szerokiej społecznej reakcji na wypędzanie polskich obywateli. Świadczy o tym także biografia głównej bohaterki powieści, Niny Molskiej, która dopiero przy okazji przed marcowych szykan dowiaduje się, że jest Żydówką i nazywa się Moel. Choć dla wszystkich dookoła było to oczywiste, ją rodzice przed tą wiedzą całe życie chronili. A gdyby bycie Żydem w powojennej Polsce nie stanowiło balastu, po co by tak robili? Dlaczego zmienialiby nazwisko?

Tytułowa Lola w przedziwny sposób łączy ścieżki dwóch głównych bohaterek i naprzemiennych narratorek powieści. Lidii, starszej komunistki, która niegdyś była anarchistką, surrealistką, modernistką, a potem została funkcjonariuszką partyjną w TVP, wykorzystując znajomości scementowane na hiszpańskich barykadach. Oraz Niny, córki kuzyna Loli, młodej, naiwnej i egoistycznej dziewczyny, marzącej o karierze i przekonanej, że świat powinien się położyć u jej stóp tylko dlatego, iż ma na to ochotę. Z uwagi na uczucie, które łączyło ją z Lolą w czasach młodości, Lidia pomaga Michałowi, ojcu Niny, znaleźć po śmierci żony mieszkanie i pracę w Warszawie, a w końcu samej Ninie załatwia pracę prowadzącej młodzieżowy program w telewizji. Dziewczyna fizycznie przypomina jej Lolę, a tym samym krótki okres szczęścia, jaki Lidia przeżyła, kiedy były razem. By utrzymać to wspomnienie jak najdłużej, Lidia podejmuje coraz trudniejsze z moralnego punktu widzenia decyzje, gdyż władza znajduje nagle wroga publicznego w postaci Żydów. By represje nie spadły na Ninę, muszą dotknąć kogoś innego.

Wejście w lekturę Tylko Loli nie było prostą sprawą – początkowe partie pamiętnika Lidii z pewnych uzasadnionych powodów napisane są chaotycznym, wymagającym językiem, pozbawionym interpunkcji. To męczy i irytuje, choć sytuacja – również z pewnych uzasadnionych powodów – stopniowo ulega poprawie. Przetrwajcie ten początek, nie poddawajcie się, powalczcie trochę z oporną literacką materią, bo naprawdę warto. Tym bardziej, że fragmenty wspomnień Lidii przeplatają się z wersją Niny, już o wiele przystępniejszą językowo.
W nagrodę za wytrwałość dostaniecie przejmującą opowieść o miłości, historii, skrajnym egoizmie i bezwzględności systemu. Jak również o przewrotności losu. Bez Loli, nieprzypadkowo figurującej w tytule, nic z tego by się nie wydarzyło. Powstaje pytanie, czy tak dla obu bohaterek nie byłoby lepiej? Bo tak naprawdę Tylko Lola może być też interpretowana jako studium samotności jednostki, rozpaczliwego poszukiwania swojego miejsca w życiu. Nie jest łatwo nikomu: lesbijce, Żydówce, sierocie, wdowcowi, emigrantom dobrowolnym, tym wyjeżdżającym przymusowo ani tym, którzy zostają. Ale wszyscy próbują, każdy szuka swojego punktu odniesienia, czegoś, co nada kierunek dryfowi codziennego życia. To opowieść świadcząca o tym, że nie jest łatwo go znaleźć, a i nie warto kurczowo trzymać się jednego, odnalezionego w którymś momencie nieodwracalnie już minionej przeszłości. Choć, kto wie, może lepiej miniony niż żaden? Także wielość pytań, możliwych odpowiedzi  na nie, wariantów oceny działań bohaterów stanowi moim zdaniem wielką wartość dodaną tej prozy. Kilka tygodni po zakończeniu lektury sam powrót do niej myślą sprawia, że pytania i wątpliwości buzują na nowo. A to chyba najlepsze świadectwo, że mamy do czynienia z książką niebanalną, choć niewolną od wad (język erotycznych fantazji Lidii jest tak nieporadny, że aż w jakimś stopniu uroczy – ale skąd miała brać inne słownictwo?). Przynajmniej spróbujcie, bo nie będę się tym razem upierała, że to pozycja dla każdego.
sobota, 10 lutego 2018
Hrabia w hotelu (Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie)
Powieść Amora Towlesa rozpoczyna się fragmentem wiersza, który uratował życie jej głównemu bohaterowi. Gdyby nie autorstwo prorewolucyjnego Gdzie on teraz jest? z 1913 roku, hrabia Aleksander Iljicz Rostow w roku 1922 zostałby przez Komisję Nadzwyczajną Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych bez żadnej wątpliwości skazany na śmierć za przynależność klasową. Ponieważ jednak wiersz napisał, skazano go na areszt domowy w moskiewskim Hotelu Metropol. Krok za próg – kula w łeb. Musiał oczywiście opuścić zajmowany od 1918 luksusowy apartament 317 i zadowolić się skromną klitką na poddaszu. Władza pewnie myślała, że trzydziestotrzyletni w chwili wydania wyroku Rostow nie wytrzyma w zamknięciu zbyt długo i problem sam się rozwiąże. Ale wytrzymał kolejne trzydzieści dwa lata. I o tym – w zasadzie – jest ta monumentalna powieść.
Już słyszę te jęki zawodu – co można robić w hotelu przez ponad trzydzieści lat, by czytelnik nie umarł z nudów, czytając ich opis? Z pewnością nie jest to pozycja dla zwolenników dynamicznej akcji. Podzielona na pięć części, z których każda stanowi pewien etap wewnętrznej ewolucji Rostowa, powieść – zdaniem samego autora – przypomina diament leżący na boku. U podstawy jest on najszerszy, gdyż w początkowym okresie aresztu bohater eksploruje Metropol i odkrywa, że w tych czterech ścianach kryje się cały wielki świat, ukryty przed oczyma przelotnych bywalców. Po zbadaniu infrastruktury hrabia nawiązuje bliższe stosunki, które z czasem nabierają charakteru głębokiej przyjaźni, z pracownikami obsługi. Wykorzystując wrodzone predyspozycje do rozsadzania gości przy stole, zostaje kierownikiem sali w prestiżowej restauracji Bojarska. Nowa władza, z którą kolejne państwa stopniowo nawiązują stosunki dyplomatyczne, widząc, że nigdzie się ona nie wybiera, także postanawia wykorzystać obycie towarzyskie i znajomość języków obcych Rostowa, który musi szkolić jej wysokiego funkcjonariusza. To jedna warstwa. Najbardziej powierzchowna.
Ale są i inne. Pod względem psychologicznym Rostow musi zaakceptować nową sytuację, a następnie się do niej dostosować, co nie przychodzi mu łatwo, choć dla postronnych przywdziewa maskę stoika, tytułowego dżentelmena, niezachwianego wobec przeciwności losu. Nie potrafi uciec przed wspominaniem przeszłości, którą zresztą systematycznie przypominają mu wizyty przyjaciela z lat studenckich, obecnie gorliwego zwolennika zwycięskich bolszewików. Wspominki jednak nie wystarczą, nowemu życiu, poza codzienną rutyną, trzeba nadać jakiś sens. I tu przewrotny los zdaje się sprzyjać hrabiemu, gdyż stawia na jego drodze dziewczynkę i kobietę, które wydatnie mu w tym pomogą.
Jest to opowieść nie tylko o starym, które, chcąc nie chcąc, ustępuje nowemu, starając się ocalić jak najwięcej własnych wartości i zrozumieć, jakie wady dawnej epoki przyczyniły się do tryumfu rewolucji. To także pisana mimochodem i na marginesach kronika historii ZSRR (braki w hotelowej kuchni skądś się biorą, a porządek dziobania w partii podlega stałym zmianom, dostrzegalnym przy ustalaniu, kto gdzie będzie siedział na przyjęciach w prywatnej sali restauracji Bojarska). A przede wszystkim subtelna, pełna ciepła, humoru i wzruszeń historia o przyjaźni, miłości i przywiązaniu, które sprawiają, że cztery ściany domowego aresztu wystarczą za cały wielki i szczęśliwy świat. Do czasu, gdy w imię miłości trzeba będzie podjąć wielkie ryzyko i opuścić bezpieczne schronienie w Metropolu. Ku temu momentowi leżący na boku diament, jakim jest narracyjna struktura tej historii, systematycznie się zawęża.
Diamentowa metafora Towlesa, którą wyczytałam w wywiadzie dotyczącym powieści, dostępnym na jego stronie internetowej (po angielsku), idealnie pasuje do moich odczuć w trakcie lektury – Dżentelmen w Moskwie zaskoczył mnie i oczarował na podobieństwo fasetowanego diamentu,  tym bardziej że w ogóle nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. A dostałam prawdziwą literacką ucztę, wykwintną i zróżnicowaną jak menu restauracji Bojarska w Metropolu. Takie książki trafiają się rzadko, ale to dobrze, bo można je bardziej docenić. Nie przegapcie!
poniedziałek, 29 stycznia 2018
O Cieniach Wojciecha Chmielarza dla naekranie.pl
W tym tygodniu książkę recenzowałam na łamach portalu naekranie.pl. Kto ciekaw moich wrażeń z najnowszej odsłony przygód Jakuba Mortki, tego zapraszam tutaj. Gdyby recenzja miała tytuł, brzmiałby: Kiedy system zawodzi. Muszę przyznać, że jestem z tego tekstu całkiem zadowolona, co nie zdarza mi się często.
P.S. Darujcie sobie za to najnowszego Miniera. Absolutnie do dupy.
niedziela, 28 stycznia 2018
Gdy wielki talent nie wystarczy (I, Tonya)
Filmowy 2018 zaczęłam bardzo dobrze. Po znakomitych Trzech billboardach trafiłam na kolejny wartościowy i poruszający kawałek kina. Biografia łyżwiarki figurowej Tonyi Harding (znakomita i słusznie nominowana do Oscara Margot Robbie), która jako pierwsza Amerykanka (i druga kobieta) w historii wykonała potrójnego Axla, to bardzo smutna opowieść, zarówno w wątku sportowym, jak i prywatnym.
Tonya urodziła się z darem do łyżew, pierwsze zawody wygrała, zanim skończyła 5 lat. Ale dopóki nie pokonała wszystkich rywalek sprawnością, wykonując nieosiągalny dla innych skok, zawsze przegrywała, bo obcinano jej punkty za prezencję. Pochodziła z biednej rodziny, ojciec wcześnie zostawił matkę (absolutnie przerażającego babsztyla, który nie okazywał jedynaczce ani odrobiny uczucia - kolejna świetna kreacja, tym razem w wykonaniu Allison Janney), kiepsko zarabiającą i wiecznie rozczarowaną córką kelnerkę. Spragniona miłości Tonya wyszła za swojego pierwszego chłopaka, mimo że bił ją już przed ślubem (matka zdołała ją wcześniej przekonać, że na bicie zasługuje). Brak pieniędzy przekładał się na brak eleganckich strojów – sama je sobie szyła – a osobowość zawodniczki, prosta, butna i arogancka, w zestawieniu z jej bynajmniej nie filigranową posturą, także nie wpisywała się w oczekiwania jurorów. Tonya wszystko robiła nie tak, łącznie z wyborem podkładu muzycznego. Chciała na lodzie być sobą, a to nie było dopuszczalne. Kto chciał zwyciężać i reprezentować USA na świecie, musiał mieścić się w szablonie, który wymagał między innymi pochodzenia ze szczęśliwej amerykańskiej rodziny.
Kiedy zaś nikt już nie mógł zaprzeczyć, że Tonya naprawdę jest najlepsza, zaplątała się w swoje korzenie i straciła szansę na olimpijski tryumf. Straciła nawet więcej, wtedy pewnie uważała, że sens życia. Jak do tego doszło? Przekonajcie się sami, oglądając ten bardzo ciekawy film, zrealizowany w konwencji paradokumentu (wywiady z bohaterką i jej byłym mężem oraz jej matką, przeplatane retrospekcjami z ich życia). Na końcu można zobaczyć fragmenty prawdziwych dokumentów i tym bardziej docenić casting oraz charakteryzację. Aktorzy są bardzo podobni do odtwarzanych przez siebie postaci, a wszelkie detale idealnie oddają klimat przełomu lat 80. i 90. (te swetry, mój boże, to trzeba zobaczyć!). Ta opowieść to zaprzeczenie amerykańskiego mitu Od pucybuta do milionera i twardy dowód, że gdy gwiazda przyjdzie na świat w nieodpowiedniej rodzinie, nie  będzie miała szans, choćby była najlepsza na świecie. Gorąco polecam!
niedziela, 21 stycznia 2018
Ostatni bastion sprzeciwu wobec bezradności (Trzy billboardy za Ebbing, Missouri)
Spróbuję się wziąć na sposób i pisać choćby krótkie notki o filmach bezpośrednio po seansach. Wtedy może tak świetne obrazy jak Trzy billboardy nie przepadną w mrokach zapomnienia. Jeślibyście mieli zobaczyć w tym roku tylko jeden film, to gdyby to był ten, nie będziecie żałowali. Choć klasyfikowanie go jako komedii (nawet czarnej) uważam za gigantyczne nieporozumienie. Według mnie to  dramat wagi ciężkiej.
Tytuł może się wydawać dziwny, ale w zasadzie właśnie o billboardy w tym filmie chodzi. Mildred Hayes (w tej Oscarowej roli absolutnie niesamowita Frances McDormand), matka zgwałconej i zamordowanej dziewczyny, nie może się pogodzić z tym, że nie znaleziono sprawcy, a śledztwo utknęło w miejscu. Nie ma świadków, DNA nie należy do żadnego notowanego mężczyzny, stróże prawa, którym przewodzi chory na raka trzustki w terminalnym stadium komendant Willoughby (świetny Woody Harrelson), nie mają żadnego punktu zaczepienia. Wściekła Mildred wynajmuje zatem na rok przestrzeń reklamową opisaną w tytule i zamieszcza na niej kilka motywujących słów pod adresem komendanta. Uruchamia to lawinę rozmaitych zdarzeń. Przede wszystkim współczująca jej do tej pory społeczność miasteczka uważa, że swoim czynem przekroczyła akceptowalne granice żałobnego rozgoryczenia. W końcu komendant to porządny chłop, który zrobił, co mógł, a Mildred nie daje mu umrzeć w spokoju.
Gniew społeczności kieruje się również przeciwko właścicielowi agencji reklamowej, który billboardy udostępnił, i przybiera mocno agresywne formy. Jednak żadne z nich nie chce się cofnąć. Cierpi na tym również pozostała przy życiu rodzina Mildred - syn prześladowany w szkole, a nawet były mąż brutal, umawiający się aktualnie z głupiutką (matko, jaka ona jest głupia - taką głupotę naprawdę ciężko zagrać i zachować powagę, tym większe brawa dla Samary Weaving) dziewiętnastolatką.
Naprawdę warto zobaczyć, jak to się rozwinie, gdyż obok historii matki walczącej o sprawiedliwość są tu i inne - ciekawe i niebanalne - wątki. W innym filmie, w innym ujęciu, wyszłaby z tego natłoku ludzkich problemów łzawa melodramatyczna papka. Ale tutaj, dzięki wyważonemu scenariuszowi, sporej dozie czarnego humoru i genialnie dobranej obsadzie, wszystko komponuje się idealnie. Polecam!
sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
niedziela, 14 stycznia 2018
Zróbmy to tak, by nikt nie widział (Poznań. Miasto grzechu, Marcin Kącki)
Miałam najpierw napisać o licznych pominiętych na blogu z braku czasu lekturach z roku poprzedniego, ale pierwsza pozycja przeczytana w 2018 zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że plan ten uległ zmianie.
Po znakomitym, choć przygnębiającym i przerażającym Białymstoku Marcin Kącki zabrał się za swój matecznik, czyli Poznań. I udało mu się po raz kolejny stworzyć bardzo sugestywny i - eufemistycznie mówiąc - niewesoły obraz miejskiej rzeczywistości. Kluczem do zbioru jest jedno z mott, fragment autobiograficznych zapisków Marii Rudowicz, zatytułowanych Grzeszne miasto. Brzmi on tak: Dziwny dom i dziwni mieszkańcy. Dla oka, przed ludźmi tworzyli niby porządną rodzinę, a każdy z nich żył własnym życiem, odrębnym i tylko w niedzielę następowała pewna zmiana.
Znajduje odwzorowanie w strukturze Poznania, którego cztery części to kolejno: Synowie, Rodzina, Kościół i Matki. W pierwszym rozdziale przeczytamy o dorosłych, którzy jako chłopcy należeli do chóru Polskie Słowiki (jeden z trzech podrozdziałów stanowi przedruk z reportażu Maestro). Nie wszyscy bohaterowie byli ofiarami dyrygenta Kroloppa. Ich dalsze losy także były bardzo zróżnicowane, podobnie jak stosunek ich rodziców do wydarzeń w chórze. W rozdziale Rodzina przeczytamy o historii rodziców pierwszego polskiego ujawnionego dorosłego dziecka poczętego metodą in vitro oraz o zagadkowym zniknięciu ujawnionego geja, a zarazem znanego i szanowanego lekarza, który prowadził bardzo bujne i towarzyskie życie, lecz choć miał wielu przyjaciół, praktycznie nie miał kontaktów z własną rodziną. W rozdziale Kościół znajdziemy historię księdza, który po obnażeniu bezradności instytucjonalnej KK wobec molestowania kleryków w sprawie abp. Paetza zrzucił sutannę. I jak wcześniej był poważany w środowisku naukowym, tak później stał się trędowatym. Jest biografia dziennikarza lokalnej katolickiej gazety, który był przez długi czas blisko z Paetzem. A także bardzo ciekawy - śmieszno-straszny - podrozdział poświęcony historii pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, zburzonego przez hitlerowców, który obecnie usiłuje się odbudować. Rozdział Matki był dla mnie chyba najciekawszy - otwiera go bowiem podrozdział Jeżycjada (na wszelki wypadek z symbolem znaku towarowego), o rodzinie Barańczaków. Małgorzata Musierowicz to siostra genialnego poety i tłumacza Stanisława, córka "czerwonego lekarza" Jana Barańczaka. W opowieść o tej niezwykłej rodzinie wplecione są też losy mało znanego poznańskiego poety Wojciecha Bąka, zdradzonego przez własne środowisko. Historia jak z Lotu nad kukułczym gniazdem Keseya. W tym rozdziale Kącki umieścił też portret mało poznańskiej matki - wspomnianej na wstępie Marii Rudowicz, autorki Grzesznego miasta. Byłaby takim Grzesiukiem Poznania, gdyby nie to, że życie od dzieciństwa miała przerażająco ciężkie, a momentu zasłużonej sławy i sukcesu związanego ze spisaniem wspomnień w nim zabrakło. Niemniej - postać absolutnie fascynująca. Na jej tle nieco mniejsze wrażenie robi sylwetka  Marii Wicherkiewicz, malarki, literatki i historyczki, skupionej na historii społecznej Poznania. Nieco mniejsze, ale nadal wielkie, bo - jak na czasy, w których przyszło jej żyć oraz posiadany status społeczny - była prawdziwą pionierką feministycznej niezależności. Ale ma ta biografia i dość zagadkowy, a w pewnym stopniu nieprzystający do pięknego obrazka fragment. Jaki? Nie zdradzę, by nie psuć przyjemności z lektury.
Choć to taka masochistyczna przyjemność - bo mimo że całość jest niewątpliwie interesująca, miejscami wręcz fascynująca, to jednak jawi się ten Poznań miejscem dusznym, hołdującym pozorom i nieprzyjaznym jakiemukolwiek indywidualizmowi. Jest to zapewne przesada wynikająca z doboru materiału, jednak nie da się ukryć, że w znacznym stopniu mentalność poznańska to po prostu nasza mentalność narodowa. Niestety. Autor wykonał gigantyczną pracę i udało mu się na jej podstawie stworzyć opowieść - diagnozę, po którą niewątpliwie warto sięgnąć.
piątek, 22 grudnia 2017
Niełatwo być tchórzem (Julian Barnes, Zgiełk czasu)
Bohaterstwo jest znacznie łatwiejsze. Żeby być bohaterem, trzeba wykazać się tylko chwilą odwagi – kiedy wyciąga się broń, zrzuca bombę, wciska przycisk detonatora, likwiduje się dyktatora, a także samego siebie. Tchórzostwo zaś to kariera na całe życie. Nigdy nie można się odprężyć. Należy umieć przewidzieć następną sytuację, kiedy trzeba się będzie usprawiedliwiać, wahać, płaszczyć, zapoznać na nowo ze smakiem butów i stanem swojej nędznej upadłej duszy. Tchórzostwo wymaga nieustępliwości, wytrwałości, niechęci do zmiany – co w pewien sposób czyni z niego rodzaj odwagi. Uśmiechnął się do siebie i zapalił kolejnego papierosa. Jeszcze potrafił czerpać przyjemność z poczucia ironii.

Zaczynając lekturę tej kameralnej powieści, której początkowe partie bezwzględnie odsiewają odbiorców oczekujących klasycznej i przystępnej narracji, nie wiedziałam o Dymitrze Szostakowiczu niczego poza tym, że istniał i był kompozytorem. Zapewne inaczej podchodzą do Zgiełku czasu osoby znające jego muzykę i życiorys, ale czy wtedy lektura jest bardziej satysfakcjonująca, tego już nie jestem taka pewna.
Dla laika wszystko tutaj będzie nowe i zaskakujące, od druzgocącej recenzji Lady Makbet mceńskiego powiatu począwszy, a na osobistym telefonie Stalina skończywszy. Laik zamiast wielkiego kompozytora zobaczy przede wszystkim człowieka – obdarzonego genialnym talentem i zarazem słabym charakterem. Zdominowanego przez matkę, marzącego tylko o tym, by jego muzyka była wykonywana, a jego najbliżsi byli bezpieczni. Są to pragnienia niewygórowane, które łatwo zrozumieć i trudno potępić jedynie z tego powodu, że miejsce i czas, w których Szostakowiczowi przyszło żyć i tworzyć, za ich realizację wymagały niebotycznie wysokiej ceny.
Trójdzielna kompozycja utworu nie jest przypadkowa – mamy tu dramat w trzech aktach, a w każdym z nich, symbolizowanym przez innych środek lokomocji, bohater coś traci, by przetrwać. Najpierw szacunek do samego siebie, bo doskonale wie, że zdradziłby przyjaciela i protektora nawet i bez tortur, by ocalić życie, własne i rodziny. Nie musiał tego zrobić jedynie dzięki przypadkowi. Potem poważanie na świecie, gdy podczas międzynarodowego kongresu mówi tylko to, czego od niego oczekuje władza. A na koniec resztki godności, gdy – już po śmierci wielkiego wodza – ostatecznie sprzedaje duszę jego następcy, ustępuje z ostatniej wewnętrznej reduty. Wstępuje do partii.
Potępienie jest reakcją łatwą i kuszącą, tym bardziej że bohater sam sobą pogardza. Jednak pisarski kunszt, z jakim Barnes oddaje wewnętrzne zmagania Dymitra, oddala od ferowania łatwych wyroków. Pozwala na spojrzenie z innej perspektywy, z której każda kolejna decyzja kompozytora jawi się jako nieuchronna konsekwencja jego poprzednich wyborów. A pierwszego z nich chyba nikt by nie potępił, bo bohaterami się nie rodzimy. Nie jest to powieść wybitna, ale niewątpliwie niebanalna, naszpikowana błyskotliwymi frazami, którymi można by się było delektować, gdyby tylko nie były tak gorzkie i tak prawdziwe.

Poczucie ironii ma też swoje granice. Nie można na przykład być ironicznym oprawcą; albo ironiczną ofiarą tortur. Tak samo nie można ironicznie wstąpić do partii. To jest albo szczere, albo cyniczne: innych możliwości nie ma. A osobie z zewnątrz może być obojętne, co wybraliśmy, bo jedno i drugie może uważać za godne pogardy. Młodszy on, stojący na skraju drogi, zobaczyłby na tylnym siedzeniu samochodu zgrzybiały stary słonecznik, już nie zwrócony ku słońcu stalinowskiej konstytucji, ale wciąż dążący ku niemu, wciąż przyciągany przez światło władzy.
Ironia, kiedy zatracasz jej poczucie, ścina się w sarkazm. I co z niej wtedy? Sarkazm to ironia, która straciła duszę.


I angażująca emocjonalnie jak rzadko która.

Czytajcie!
sobota, 09 grudnia 2017
Każdy kogoś stracił, ale trzeba żyć dalej (Łukasz Orbitowski, Exodus)
Zacznę od tego, że lubiłam czytać Orbitowskiego, zanim to było modne. Czyli w czasach, kiedy pisał fantastykę, od której od dobrych paru lat dość mocno się odcina (co jest o tyle ciekawym paradoksem, że dopiero ostatnio udało mu się zdobyć nagrodę fandomu, za opowiadanie/słuchowisko Wywiad z Borutą, napisane wspólnie z Michałem Cetnarowskim w ramach projektu Legendy polskie, które można pobrać za darmo tutaj, także w wersji audio). Nie chwaląc się, już dawno, bo w maju 2009 roku, postulowałam, by od fantastyki odszedł, gdyż zaczyna ciągnąć jego pisanie w dół i stanowić zbędny balast. Po raz kolejny Łukasz Orbitowski ściga się sam ze sobą, sprawdzając, czy potrafi napisać coś jeszcze bardziej przytłaczającego niż dotychczas - tak z kolei pisałam w recenzji Szczęśliwej ziemi i myśl ta w dalszym ciągu pozostaje aktualna w przypadku Exodusu. W najnowszym wpisie blogowym, datowanym na 4 grudnia 2017 roku, autor napisał rzecz kluczową dla interpretacji jego najnowszej powieści: A potem, przy najnowszej książce, zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.

Przeczytawszy, mogę potwierdzić, że jest to prawda. Exodus to pierwsza powieść Orbitowskiego całkowicie wolna od elementów fantastycznych. Nawet w Innej duszy, która ukazała się w serii Na F/aktach, się one pojawiały, w widzeniach Jędrka, który zresztą jest wspominany przez jednego z bohaterów Exodusu. Tu ich nie ma. I teraz okaże się, że jestem osobą, której nie sposób zadowolić. Dostałam, czego chciałam od lat – czystą powieść obyczajową autora. I znowu mam jakieś ale. Zanim jednak o nich, co nieco o powieściowej materii.

Jest to historia ucieczki Jana, podzielonej na cztery etapy, a każdemu z nich patronuje inny typ osobowości – choleryk, melancholik, flegmatyk i sangwinik. Startujemy z Warszawy, uciekamy w popłochu, palimy za sobą wszystkie mosty. Jan czyści konta bankowe, niszczy karty, spuszcza w kiblu komórkę. Zasadnie przypuszczamy, iż zrobił coś bardzo złego. Na kolejnych etapach swojej Księgi wyjścia bohater szuka zapomnienia w alkoholu i balandze (to w Berlinie), szuka odkupienia w pracy na rzecz potrzebujących (to w słoweńskim obozie dla uchodźców Imagine), porzuca wszelką aktywność i z rezygnacją poddaje się swojemu losowi (to bezdomność i żebranina w Lublanie), a w końcu próbuje mimo wszystko zacząć od nowa i zapomnieć o przeszłości, co jednak nie będzie mu dane (to głównie na greckiej wyspie Salaminie). W międzyczasie, w każdym rozdziale, powraca jak refren stopniowo rozwijany opis zdarzenia, od którego droga Jana się zaczęła, praprzyczyny, punktu zapalnego. A w bieżący wątek opowieści autor wplata retrospekcje z życia bohatera sprzed. I, niestety, ta część – wraz z zagadką: co takiego zmusiło Jana do porzucenia swojego życia? – to według mnie jedyna część udana. A przynajmniej jedyna, która mnie jako odbiorcę interesowała i emocjonalnie angażowała. Cała reszta, w której bohater beznadziejnie się miotał, była, nie ukrywajmy, głównie męcząca, a sporymi fragmentami także dość groteskowa. Z wyłączeniem części ostatniej, greckiej i sangwinicznej, gdzie wszystko było już w zasadzie wyjaśnione. I tu jednak nie zabrakło zwrotu akcji niczym z greckiej – a zatem dopasowanej do scenerii - tragedii. Szczęściem, autor nie zdecydował się na wariant scenariusza pozornie oczywisty, a dla bohatera bardzo kuszący, gdyż to już pogrzebałoby książkę w sposób ostateczny. Kazał Janowi wrócić do punktu wyjścia i zmierzyć się z prawdą, przed którą próbował on uciec.

Celowo nie piszę, o czym jest ta powieść, choć mocno utrudnia mi to jej krytyczne recenzowanie. Jak sam autor sygnalizuje w przytoczonym wyżej fragmencie bloga – wziął tym razem na warsztat chyba najgorszą tragedię, jaka może się przydarzyć człowiekowi. Ale mimo pieczołowitego konstruowania formy opowieści, dobierania intrygujących dekoracji, które pewnie dadzą mu uznanie krytyków i kolejne branżowe nagrody – nie zdołał tchnąć w nią, a przynajmniej w większą jej część, ducha. A emocje dla tej historii są kluczowe. Muszę zastrzec, że wiele zależy tu zapewne od indywidualnego odbioru każdego czytelnika. Wy, być może, będziecie zachwyceni. Ja jestem głównie rozczarowana, że autor, w którego wierzyłam, nie udźwignął swojego projektu. Widać jednak potwory były łatwiejsze niż czysta groza prawdziwego życia. Ale czytajcie i oceńcie sami.

sobota, 02 grudnia 2017
Która wersja jest prawdziwa? (Margaret Atwood, Grace i Grace)
Z Nancy żadna wielka dama,
A wciąż pomiata mną,
Przez dzień cały mnie pogania,
Aż mnie zapędzi w grób.
Grace dobrego kochała Kinneara,
McDermott ukochał swą Grace,
I powiadam, to właśnie miłość
Przyniosła nieszczęścia te.
O Grace, bądź ukochaną mą,
Och nie, to nie może być,
Wpierw żeby dowieść miłość swą,
Zabijesz Nancy Montgomery.

Pośród tych rozwścieczonych szaleńców rozpoznałam twarz Grace Marks – już nie smutną i zrozpaczoną, lecz rozjaśnioną płomieniem szaleństwa i promieniejącą odrażającą, szatańską radością. Spostrzegłszy, że obserwują ją nieznajomi, uciekła do jednego z pokoi, skrzecząc niczym strzyga. Zdaje się, że nawet w najdzikszych atakach choroby nadal ją prześladują straszliwe wspomnienia. Nieszczęsna dziewczyna! Kiedy skończą się męki jej kary i pokuty? Kiedy zasiądzie u stóp Jezusa, odziana w niepokalaną szatę jego sprawiedliwości, kiedy krwawa plama zostanie zmyta z jej dłoni, a grzechy odkupione i odpuszczone…?
Miejmy nadzieję, że całą jej winę można przypisać początkom tej potwornej choroby.

Susanna Moodie
Life in the Clearings, 1853

Grace Marks istniała naprawdę. Irlandka, której wielodzietna rodzina wyemigrowała do Kanady za lepszym życiem, i której matka nie przeżyła morskiej podróży. Służąca,  w listopadzie 1843 roku, w wieku 16 lat, skazana na śmierć przez powieszenie za podżeganie do zabójstwa swojego ówczesnego pracodawcy Thomasa Kinneara, dokonanego przez jego stajennego Jamesa McDermotta. Jednak sędzia zarekomendował ławie przysięgłych ułaskawienie dziewczyny i choć dwudziestoletni McDermott zawisł niecałe trzy tygodnie po zakończeniu procesu, wyrok Grace zmieniono na dożywotnie więzienie. Karę odbywała w więzieniu w Kingston. Po ponad ośmiu latach odsiadki zaczęła się dziwnie zachowywać: w ciągu dnia miała zwidy, nocami nie mogła spać, cierpiała na gwałtowne zmiany nastroju. Odesłano ją na leczenie do domu dla obłąkanych w Toronto, gdzie spędziła półtora roku. Po tym czasie uznano, że jej stan poprawił się na tyle, by mogła wrócić do więzienia. Sprawa Grace budziła wielkie zainteresowanie społeczne i od samego początku czyniono wysiłki w kierunku jej uwolnienia, które jednak przyniosły owoce dopiero po trzydziestu latach. Margaret Atwood zabiera zaś czytelnika na kartach swojej powieści, opartej na rzetelnej pracy z historycznymi źródłami, ale będącej czymś zdecydowanie więcej niż prostą rekonstrukcją, charakterystyczną dla gatunku true crime, w okres przejściowy. Do roku 1959, gdy przygotowywana jest kolejna petycja w sprawie zwolnienia Grace i w celu zwiększenia szans jej powodzenia komitet angażuje młodego amerykańskiego psychiatrę, doktora Simona Jordana. Ma on popracować z panną Marks nad rekonstrukcją wspomnień o feralnym dniu, w którym doszło do zabójstw (zginęła także gospodyni Kinneara, Nancy Montgomery, ale - wobec skazania obojga sprawców na śmierć za pierwszą zbrodnię - drugi proces uznano za bezprzedmiotowy). Skazana konsekwentnie utrzymuje, że kluczowych wypadków po prostu nie pamięta. By zwalczyć amnezję, doktor Jordan odbywa z Grace serię rozmów o całym jej życiu. Jest kobietą – bo w chwili ich pierwszego spotkania Marks ma już 32 lata – zafascynowany. A jednocześnie wewnętrznie rozdarty pomiędzy pokusą zaufania jej wersji i obawą, że pada właśnie ofiarą wyrafinowanego oszustwa przebiegłej zbrodniarki. Jak wygląda prawda?
Dzięki naprzemiennej narracji – przetykanej rozmowami bohaterów i kolejnymi fragmentami retrospektywnej opowieści Grace - mamy wgląd zarówno w myśli panny Marks, jak i doktora Jordana. Powstaje tym samym bardzo interesująca mozaika, w której ostatecznie żaden element nie jest tym, czym się wydaje na pierwszy rzut oka. Weźmy doktora: jako mężczyzna i naukowiec ma wobec swojej rozmówczyni poczucie wyższości. Jest człowiekiem wolnym i wykształconym, a ona uwięzioną prostaczką pełną przesądów, takich jak wiara w boga. Od jego raportu zależą jej dalsze losy i szanse na wolność. Przy nim władza i kontrola. Ale wystarczy, że z domu, w którym Simon wynajmuje pokój, odejdzie służąca, a okazuje się, że pan i władca w podstawowych sprawach życia codziennego jest bezradny jak niemowlę. Nie umie gotować, nie wie, jak zrobić zakupy na targu, sprzątanie to dla niego zadanie ponad siły. Jedynym wyjściem z impasu okazuje się przekupienie służącej, by wróciła i ocaliła ład.
Może zatem to Grace Marks, służąca od młodych lat, jest czarnym koniem tego wyścigu? W końcu to ona decyduje, co doktorowi opowie i jak to zrobi. Jest mistrzynią w szyciu (dlatego wolno jej pracować w domu komendanta więzienia) i jak kontroluje ścieg, tak panuje nad swoją historią i swoim zachowaniem, od którego zależy opinia doktora Jordana o jej osobie. Stopniowo, niepostrzeżenie, owija go sobie dookoła palca.
Powieść Atwood jest jak wymarzona kołdra Grace Marks – Rajska jabłoń: z mnóstwa różnokolorowych, starannie połączonych kwadratów wyłania się godny podziwu wzór. Przy czym ciężar ostatecznej odpowiedzi na pytanie postawione w tytule notki zostaje przesunięty na czytelnika, pisarka rozrzuca rozmaite tropy, ale niczego definitywnie nie przesądza. Jest to w efekcie dobra i angażująca intelektualnie lektura, ale mimo wszystko blednie w zestawieniu z Opowieścią podręcznej. Nie pomaga też najnowszemu wydaniu przekład Aldony Możdżyńskiej, w którym zdania często gęsto wyglądają na przetłumaczone dosłownie z angielskiego, bez poszanowania reguł polskiej gramatyki, co daje pokraczny i drażniący efekt. Niestety, na czytniku nie chciało mi się zaznaczać, więc nie mogę podać konkretnych przykładów. Ponadto zapewne mało kto jest tak wrażliwy na poprawność gramatyczną jak ja. Ale jeśli jesteś gramatycznym nazistą, nie powielaj mojego błędu i sięgnij po oryginał, czyli Alias Grace, o ile czytasz po angielsku.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka