Wpisy z tagiem: polecanka

niedziela, 15 kwietnia 2018
Mogło być lepiej, a wyszło jak zawsze (Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski)
Ze sporym zdumieniem odkryłam najnowszą powieść Miłoszewskiego na liście pomocniczej dla elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego. A jako że 2017 był w polskiej fantastyce wyjątkowo ubogi (dwa tygodnie temu miałam 4 książki warte choćby rozważenia przy nominowaniu, przy czym wyłącznie co do Niepełni Anny Kańtoch miałam niezbite przekonanie, że na tę nominację zasługuje), postanowiłam, jak na dobrego elektora przystało, przed końcem głosowania nadrobić tę zaległość.
Pomysł na powieść jest niezbyt skomplikowany – para małżeńska z pięćdziesięcioletnim stażem, Ludwik i Grażyna, podczas prywatnych obchodów okrągłej rocznicy rozpoczęcia swojego związku cofają się w czasie do jego początku. Znów jest rok 1963, a oni dostają unikalną szansę – mogą ponownie przeżyć swoje życie, razem albo osobno. Jednak, choć bohaterowie mieszkają mniej więcej w tych samych miejscach w Warszawie, nie wszystkie okoliczności przyrody pozostały bez zmian. I modernistyczna architektura blokowiska Ludwika nie stanowi najważniejszej różnicy. Po kilku latach powojennych rządów komuniści zostali obaleni z pomocą Francji. Polską rządzi prezydent Eugeniusz Kwiatkowski i popierająca go liberalno-chłopska większość parlamentarna, a w Warszawie zamiast Pałacu Kultury stoi Wieża Przyjaźni. Grażyna pracuje jako nauczycielka zarządzania gospodarstwem domowym w państwowej szkole Kobiety Bez Granic, do której, w ramach wyrównywania szans na zostanie damą z międzynarodowego towarzystwa, dziewczęta przyjmowane są bez względu na pochodzenie. Ludwik jak był terapeutą, tak jest nim nadal. Jak miał żonę – naukowca (którą zostawił dla Grażyny), tak nadal ma. Jednak w nową rzeczywistość bohaterowie wchodzą z doświadczeniem przeżytych pięćdziesięciu lat. Ciekawie się patrzy, jak wpływa to na ich decyzje, choć – podobnie jak w piosence, od której wziął się tytuł – zarówno miłość, jak i historia w końcu wracają na stare tory.
Jako że jestem zdania, iż Zygmunt Miłoszewski pisał do tej pory dobre powieści, ale kryminały kiepskie, z bardzo naciąganymi fabułami, nie przeszkadza mi zmiana gatunkowej konwencji, do której sam autor ironicznie nawiązuje w rozmowie Ludwika z potencjalnym wydawcą polskiej wersji przygód Roberta Langdona i Harry’ego Pottera. Przyznam się wręcz do nadziei, że bez gatunkowego gorsetu pisarz stworzy w końcu coś pełnego. Niestety, powieść pozostawia ostatecznie spory niedosyt. Dobrze się to wszystko czyta, ciekawie odkrywa alternatywną, frankofilską Warszawę lat 60. i jest w Jak zawsze na wielu poziomach potencjał, który jednak na żadnym nie zostaje w pełni wykorzystany. Realia polityczne opisane są wyrywkowo i niemiłosiernie spłycone, więc choć pomysł wyjściowy jest intrygujący, to jednak zostaje zarżnięty poprzez proste przeniesienie pół wieku wstecz aktualnego narodowego sporu politycznego. Realia społeczne też zostają zaledwie liźnięte, a szkoda, bo nawet przy tak pobieżnym potraktowaniu pojawiają się ciekawe elementy. Prywatne sprawy bohaterów pozostają ostatecznie w zawieszeniu.
Powieść pisana jest ewidentnie pod rynek francuski i choć w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi chęć zdyskontowania odniesionego tam sukcesu, to jednak autor trochę zbyt negatywnie i stereotypowo przedstawia Polaków (jako prostych i poczciwych, a jednocześnie swarliwych i w sumie łatwych do omamienia konsumentów wódki i kapusty), a zdecydowanie zbyt łagodnie na tym tle obchodzi się z Francuzami, co do których uzasadnionych stereotypów również nie brakuje (choć owszem, wspomina ich niechęć do nauki języków obcych oraz poczucie wyższości, ale tak delikatnie, żeby na pewno się nie pogniewali). Rozumiem, że to jest satyra, a frankofilowi neoficie trudno zdjąć różowe okulary, ale nieciekawie taka dysproporcja wygląda i drażni. A skoro drażni nawet mnie, podzielającą autorską diagnozę naszego narodowego charakteru, to podejrzewam, że coś jest na rzeczy.   
Zaś chyba najbardziej mam Miłoszewskiemu za złe, że także warstwy fantastycznej nie zdecydował się domknąć. Przeniósł bohaterów w czasie i geopolitycznych realiach. Zasugerował, że jedna i druga rzeczywistość wzajemnie się przenikają. I na tym poprzestał. Tak że fantastyka też z tego żadna. Najlepiej broni się zatem warstwa psychologiczno-obyczajowa. Jak zawsze u tego autora.
niedziela, 08 kwietnia 2018
Segregacja jako klucz do integracji (Paul Beatty, Sprzedawczyk)
Jak już wielokrotnie pisałam, do książek nagradzanych (w tym przypadku Man Booker Prize 2016) mam stosunek wybitnie nieufny. Jednak Sprzedawczyk spełnił z nawiązką moje oczekiwania, a po przeczytaniu blurba spodziewałam się po prostu interesującej lektury. Tymczasem – choć oczywiście jest to w sumie lekka, zabawna i mocno ironiczna historia – między kolejnymi żartami i perypetiami głównego bohatera przemyca refleksję o tym, czy segregacja faktycznie się w USA zakończyła. I daje odpowiedź łatwą do przewidzenia – zakończyła się formalnie, ale nie faktycznie, a żeby tę smutną prawdę obnażyć, trzeba spróbować ją przywrócić, choćby tylko na lokalną skalę. Skutki tego społecznego eksperymentu mogą okazać się zaskakujące.
Zaczyna się od wykreślenia miasta Dickens z mapy. Jak dowiadujemy się z przypisów tłumacza Piotra Tarczyńskiego, bez których powieść, naszpikowana odniesieniami do historii segregacji, byłaby bez wątpienia dla polskiego czytelnika o wiele mniej zrozumiała, Dickens jest fikcyjnym miejscem, ale pod wieloma względami stanowi odpowiednik Compton, miasta leżącego w samym środku hrabstwa Los Angeles, na południe od centrum miasta Los Angeles. W Compton, jak w Dickens, znajdują się tereny rolnicze i to Compton uznaje się za jedną ze stolic gangsterskiego rapu. Kiedyś zamieszkane w przeważającej większości przez czarnych, dziś Compton jest w 65% latynoskie, Afroamerykanie zaś stanowią tylko około jednej trzeciej mieszkańców.
Główny bohater, tytułowy Sprzedawczyk, jest z wykształcenia rolnikiem, hoduje zwierzęta, uprawia z sukcesami autorskie odmiany warzyw i owoców, w wolnych chwilach surfuje i popala marihuanę. Jest też – wbrew własnej woli – posiadaczem niewolnika, który był swego czasu dziecięcą gwiazdą filmową, ale to osobna ciekawa historia, po szczegóły której odsyłam do książki. Natomiast czynnikiem zasadniczym dla biografii protagonisty były nie jego własne życiowe wybory, ale fakt, na który nie miał wpływu. Był synem czarnego psychologa, który jako jedyny praktyk specjalizował się we własnej, autorskiej dziedzinie – psychologii wyzwolenia, a chodziło o wyzwolenie czarnej rasy.  Z syna, którego wychowywał samotnie, od jego najwcześniejszego dzieciństwa uczynił obiekt eksperymentów. Tym zatem bohater był, czarnym mieszkańcem Dickens i synem swojego ojca, który – mimo pokładanych w nim nadziei – okazał się dla rodzica wielkim rozczarowaniem.
Problem pojawił się, kiedy ojciec umarł, a miasto, przynajmniej w sensie administracyjnym, zniknęło. Bohater musiał odnaleźć własną tożsamość, a że nie był w stanie – mimo prób – zastąpić ojca na stanowisku Zaklinacza Czarnuchów, postanowił na początek przywrócić miasto Dickens jego osieroconym obywatelom. Po drodze do tego celu odkrył, kim jest, a przy okazji udowodnił w praktyce, że segregacja może stanowić dla czarnej społeczności spoiwo i – nieco paradoksalnie – pozytywny bodziec rozwojowy. Nie jest prawdą, że wszyscy są równi, mówi Beatty, i dlatego udawanie, że rasa nie ma znaczenia, mija się z celem. Można jednak spróbować nowego, pozytywnego podejścia, takiego, w którym czarna skóra nie jest równoznaczna z piętnem gorszych szans, ale stanowi przepustkę do elitarnego klubu, do którego biali nie mają wstępu.
Jest to myśl ciekawa i mimo wszystko optymistyczna, a stanowi puentę naprawdę zwariowanej historii, którą czyta się lekko i z rosnącym zainteresowaniem mimo sporej zawartości materiału do historiozoficznej refleksji. Został on bowiem wpleciony w fabułę z wyjątkową gracją i w zasadzie niepostrzeżenie się go przyswaja. Wielka w tym zasługa humoru, dobrze oddanego w przekładzie. Słowem, nie jest to może jakieś arcydzieło wywierające na odbiorcy niezatarte wrażenie, ale niewątpliwie powieść ciekawa i niebanalna, warta poświęconego jej czasu.
P. S. A także pierwsza, którą przeczytałam na nowym czytniku – Kindle Paperwhite 3.
P.S. 2 Tłumaczenie jest naprawdę brawurowe, a z pewnością nie było łatwe.
poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Powinniśmy być wdzięczni Hitlerowi (Młyny Boże, Jacek Leociak)
Święta Wielkiejnocy, w czasie których Sanhedryn doprowadził do skazania Jezusa (będącego, o czym wielu nie chce pamiętać, Żydem) na śmierć, już za nami, ale książka Jacka Leociaka, zbiór luźnych zapisków o Kościele i Zagładzie, może i powinna być czytana w każdym czasie. Ja bym ją nawet wpisała na listę licealnych lektur obowiązkowych, bo otwiera oczy na wiele spraw związanych z nastawieniem Kościoła Katolickiego (tak hierarchów, jak i szeregowych księży), a w szczególności katolickich mieszkańców ziem polskich przed II WŚ oraz w jej trakcie,  do Żydów. Jest może miejscami lekko tendencyjna, chwilami autor nieco się zapędza w argumentacji, ale też i nie sposób się dziwić, że go ponosi, bo zwraca uwagę czytelnika na fakty bulwersujące, a mało znane szerszej publiczności. Gdy właśnie znane i nagłaśniane być powinny, w szczególności teraz, zwłaszcza w naszym kraju. Usiłuje się u nas bowiem obecnie - wbrew faktom - stworzyć narrację, zgodnie z którą naród polski składał się z samych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, nic innego nie robił, tylko Żydów z narażeniem życia i zdrowia ratował od Zagłady. Antysemityzmu przed wojną w Polsce jakoby nie było, tak jak i teraz go ponoć nie ma. Stodołę w Jedwabnem podpalili ludzie bez narodowości, podobni wywołali pogrom kielecki. Podczas gdy rzeczywiste nastroje społeczne, dominujące tendencje i proporcja ratujących do ogółu populacji, na froncie rozwiązania kwestii żydowskiej raczej okupantowi kibicującemu, wcale tak spektakularnie nie wyglądały, a niechęć do Żydów umacniały w wiernych nauki KK. W samym polskim kościele pełno było zajadłych nacjonalistów i antysemitów, nawet kryształowy prymas Wyszyński miał w tej kwestii sporo na sumieniu. Ale jak wymagać od szeregowych księży, ludzi często prostych, nawet od lokalnego prymasa, gdy przykład odwracania oczu od tragedii i umywania rąk dawał papież Pius XII? I ten obraz, zarówno szeroką, jak i wąską, jednostkową perspektywę, stawia nam przed oczami Leociak. A gdy się na niego spojrzy, oczy robią się coraz większe. Ze zgrozy, oburzenia, przerażenia i obrzydzenia. Nie ma gdzie tych oczu podziać ze wstydu za naszych rodaków, według których  Hitler był straszny, bo prześladował naród polski, ma wszakże jedną zasługę – załatwił dla nas (czy za nas) sprawę żydowską.
Czytajcie koniecznie. Może i nie jest to stuprocentowo wyważone i obiektywne opracowanie, ale na pewno to potrzebna i wartościowa, zbudowana na pracy ze źródłami, przeciwwaga dla wspaniałego obrazka, jaki tron i ołtarz pospołu post factum starają się nam w kwestii żydowskiej odmalować.
sobota, 24 marca 2018
Jeden Rhyme na trzy lata to optimum (Jeffery Deaver, Pocałunek stali)
Tak, znowu to zrobiłam. I nie mam poczucia straconego czasu. Nie jestem też nawet specjalnie zirytowana, bo już dobrych klika lat temu pogodziłam się z tym, że Deaver przestał być ambitnym pisarzem kryminałów, a stał się sprawnym rzemieślnikiem, regularnie dostarczającym sporemu gronu odbiorców towar o oczekiwanych przez nich parametrach. Powiem więcej - trzy lata, które minęły od polskiego wydania poprzedniego (jedenastego) odcinka przygód byłej modelki Amelii Sachs i sparaliżowanego kryminalistyka - okazały się interwałem idealnym. Nie pamiętałam już niedostatków tomu poprzedniego, a nawet krótki program obowiązkowy (pozorne bądź rzeczywiste zagrożenie życia głównych bohaterów, choć z góry wiadomo, że nie może im się stać nic poważnego), grany po takiej przerwie, aż tak nie raził.
Przy czym muszę oddać autorowi, że stałe fragmenty gry w Pocałunku stali ograniczył do naprawdę niezbędnego minimum. Dążył za to w zamian - a przynajmniej przez niemal połowę powieści udało mu się sprawiać takie wrażenie tak udatnie, że nawet ja uwierzyłam - do czegoś w rodzaju nowego otwarcia. Chyba sam już zaczął się troszkę dusić w stworzonej przez siebie klatce dowodów fizycznych, białych tablic, chodzenia po siatce i szumu spektrometru z chromatografem. W rezultacie punkt wyjścia mamy taki, że Lincoln Rhyme już nie pracuje dla policji. Dlaczego odszedł z funkcji konsultanta, tego się zbyt szybko nie dowiemy. W każdym razie - na prośbę swojej narzeczonej - nasz bohater zgadza się pomóc przy formułowaniu roszczeń w sprawie cywilnej, w której powódką ma być wdowa po mężczyźnie zabitym w wyniku awarii ruchomych schodów w centrum handlowym. Po latach śledztw kryminalnych kulisy odpowiedzialności cywilnej za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny mają w sobie niewątpliwie coś świeżego, zwłaszcza dla czytelników niebędących prawnikami.
Do tego dochodzą prywatne sprawy Sachs - choroba matki oraz niespodziewane przedterminowe zwolnienie jej byłego partnera, Nicka Carelliego. Były policjant, po wyroku za korupcję i napaść z bronią w ręku, przekonuje Amelię, że był niewinny, a przyznał się tylko po to, by ratować życie brata, który nie przetrwałby w więzieniu. Kobieta zaczyna wspominać ich związek, nie odmawia Nickowi pomocy w oczyszczeniu dobrego imienia. Jednocześnie zataja sprawę przed Lincolnem.
Młody Pulaski realizuje jakąś zagadkową operację pod przykryciem na własną rękę. Rhyme ma nową asystentkę, swoją studentkę, podobnie jak on niepełnosprawną, choć dopiero uczącą się życia tetraplegika. Słowem, jest ciekawie, a przecież jeszcze nawet nie wspomniałam o mordercy! Który oczywiście być musi, a dodatkowo musi posługiwać się bronią niebanalną i na czasie. Tym razem będą to inteligentne sprzęty, czyli tak zwany "Internet rzeczy".
I choć około połowy powieść wraca w znane z reszty cyklu utarte koleiny, muszę przyznać, że czytało mi się ją bardzo przyjemnie, błyskawicznie i z autentycznym zainteresowaniem. Dopiero pod koniec parę drobiazgów zazgrzytało, a raz autor posłużył się naprawdę nieuczciwą wobec czytelnika zagrywką. Natomiast jeden ważny twist miał w sobie sporo elegancji i klasy jego pierwszych, najlepszych powieści. Generalnie - stany średnie Deavera, z maleńkim plusem za próby regeneracji schematu.
sobota, 17 marca 2018
System nie działa (Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce)
Bezprawie rodzi przemoc. Nie jest to teza szokująca, wydaje się wręcz oczywista, ale, z drugiej strony, przecież nie żyjemy w średniowieczu czy w czasach amerykańskich pionierów, prawda? Ameryka, bastion wolności i demokracji, samozwańczy lider wolnego świata, powinna świecić przykładem, jeśli idzie o skuteczność systemu prawnego. Przynajmniej w kwestii wykrywalności najpoważniejszych przestępstw, takich jak zabójstwa. To już przecież kraj, w którym, od zniesienia segregacji, wszyscy obywatele są oficjalnie równi wobec prawa i wszyscy powinni dostawać od państwa takie same gwarancje bezpieczeństwa. Jednak to tylko teoria. Praktykę jak w soczewce można zaobserwować w Watts, południowej dzielnicy Los Angeles, zamieszkiwanej przez wysoki odsetek czarnoskórych obywateli. Strzały i trupy to tam smutna codzienność, śmiertelność wśród czarnych mężczyzn przed trzydziestką jest w tym miejscu tak wysoka, że rodziny przeprowadzają się, by ratować życie swoich synów. I wcale nie trzeba być w gangu ani nawet nosić barw żadnego z nich (pomarańczowa apaszka to wystarczający powód, by stać się celem). Jeśli należy się do grupy ryzyka – młodych, czarnych mężczyzn – można zginąć przez całkowity przypadek. Nie ma wtedy znaczenia, że jesteś synem dobrego, skutecznego, zaangażowanego w sprawy lokalnej społeczności policjanta. Jesteś w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. A potem już cię nie ma. System daje na to przyzwolenie, latami zabójstwa wewnątrz czarnej rasy były dla wymiaru sprawiedliwości mniej istotne, zgodnie z cyniczną dewizą Zawsze jednego czarnucha mniej. Policja zapracowała sobie na nieufność czarnoskórych obywateli, a co więcej, współpraca z organami ścigania, zeznawanie w sądzie w charakterze świadka, to narażanie życia własnego i całej swojej rodziny. Zatem obecnie nawet przy najlepszej woli policjantom nie jest łatwo znaleźć w Watts sprawcę zabójstwa. Jedyny dowód to najczęściej łuska i zakrwawione ubranie ofiary. Mimo to znajdują się – po obu stronach barykady - tacy, którzy próbują, dla których życie czarnych ma taką samą wartość jak każde inne. Ale system, nastawiony na prewencję i statystki, wcale im w tych staraniach nie pomaga. O tym wszystkim i wielu innych wstrząsająco przygnębiających kwestiach jest znakomita – i świetnie przetłumaczona przez Janusza Ochaba, którego fanką jestem od czasu Ameksyki – książka byłej reporterki LA Timesa, Jill Leovy. Zatytułowana Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce (a w oryginale jeszcze bardziej adekwatnie do treści - Ghettoside: A True Story of Murder in America). Autorka przeprowadziła wieloletni i bardzo solidny research, latami siedziała w jednej sali z policjantami z komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej, którzy stali się bohaterami tej opowieści. Zabrała sporo wstrząsających historii śledztw i zabójstw, które potrafiła przedstawić tak, by za ich pomocą stworzyć szerszy obraz badanego zagadnienia – systemowej bezwładności,  skutkującej wzrostem przemocy i coraz silniejszym odcięciem porzuconej przez państwo grupy od reszty społeczeństwa. Czyta się to znakomicie, choć z narastającą zgrozą. Kolejna ważna i potrzebna pozycja w Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarnego.
***
A jako uzupełnienie lektury polecam – poświęcony tej samej problematyce i przygnębiająco spójny z opisywanym reportażem w sferze diagnozy, wniosków i ogólnej wymowy – nowy serial twórczyni The Killing, dostępny od niedawna na platformie Netflix, czyli Seven Seconds. Czarnoskóry chłopak, Brenton, jedzie rowerem do szkoły i zostaje potrącony przez samochód. Pierwsze pytanie, jakie  policja zadaje rodzicom ofiary, to czy przypadkiem syn nie był w gangu i nie jest notowany. A serial świetny, moim zdaniem lepszy niż najlepszy, pierwszy sezon The Killing.
sobota, 10 marca 2018
Wojna bez zwycięzców (Don Winslow, Z psich pazurów)
To wojna, której nie da się wygrać, dopóki narkotyki będą nielegalne. Ale na początku tej opowieści, obejmującej 29 lat, od roku 1975 do roku 2004, Art Keller, młody funkcjonariusz raczkującej DEA (Drug Enforcement Administration, amerykańskiej Agencji Antynarkotykowej), utworzonej przez prezydenta Nixona 1 lipca 1973 roku, jeszcze o tym nie wie.
Wie, że nawet właśni koledzy nie chcą go na meksykańskiej placówce, do której trafił. Jest trędowaty, bo zielony, został zwerbowany z CIA. Zna się na wojnie (był w Wietnamie, w oddziałach specjalnych), ale nie na wojnie narkotykowej.
A jeśli trzeba by scharakteryzować Arta jednym przymiotnikiem, to byłby to uparty. Nie mogąc inaczej wkupić się w łaski swoich, nawiązuje kontakt z miejscowym funkcjonariuszem policji, Miguelem Barrerą. Dzięki uzyskanym od niego informacjom DEA organizuje Operację Kondor, niszcząc meksykańskie pola maku (wówczas głównym towarem przemycanym przez granicę meksykańsko-amerykańską jest opium). Keller nie wie jednak najważniejszego – jego sukces był pozorny, a tak naprawdę był sukcesem jego informatora, który wykorzystał DEA do wyeliminowania konkurencji i założył własny, nowy kartel. Kartel z Guadalajary. Który szybko przerzucił się na nowy towar – kokainę z Kolumbii.
Na próby naprawienia tego błędu naiwnego żółtodzioba Keller poświęci następne ćwierć wieku, raz odnosząc pewne sukcesy, innym razem znaczące porażki. Kartel też będzie raz na wozie, raz pod wozem, przejdzie wewnętrzną wojnę o przywództwo i przekształcenia modelu operacyjnego. A dzięki talentowi narracyjnemu Dona Winslowa czytelnik może obserwować zarówno osobistą rozgrywkę Arta z Barrerami, jak i meksykańską trampolinę (mechanizm przemytu kokainy z Kolumbii, przez Meksyk do USA) w działaniu po obu stronach granicy. Połączenie perspektywy prywatnej bohaterów z szerokim rzutem na całość przemytniczego mechanizmu pozwala uzyskać unikalny, niesamowicie angażujący efekt. Powieść jest bardzo filmowa, między innymi dzięki dynamicznym zmianom perspektyw narracyjnych i planów akcji, a także zaburzeniom chronologii, ale najważniejsze wątki są oparte na prawdziwych wydarzeniach, a bohaterowie – choć noszą inne nazwiska – poza detalami mają życiorysy realnie istniejących postaci. Tak jest, prawie wszystko w tej kipiącej akcją, wciągającej, pełnej grozy, pieniędzy i krwi historii zdarzyło się naprawdę.
Kto oglądał serial Narcos, wie, co się działo w Kolumbii, będącej źródłem przemycanej kokainy. Kto czytał znakomitą Ameksykę Eda Vulliamy’ego, jest w stanie sobie powierzchownie wyobrazić, jak wygląda wojna narkotykowa na samej granicy. Kto nie oglądał ani nie czytał, a interesuje go ta problematyka, temu zdecydowanie polecam obie pozycje. Powieść Winslowa oferuje kolejny istotny element tej układanki, a poza ponurą refleksją o bezsensie osobistej zemsty i wojny z narkotykami w amerykańskim wydaniu, także niesamowicie wciągającą rozrywkę. Z psich pazurów jest monumentalne, liczy ponad 600 stron, a pochłonęłam je w ciągu tygodnia, w międzyczasie normalnie chodząc do pracy. Bo poza wszystkim innym to opowieść o jednostkach, ich marzeniach, ambicjach, dążeniach, planach i winach. O próbach odkupienia grzechów. Wszak tytuł nieprzypadkowo pochodzi z Księgi Psalmów (w ramach ciekawostki, różne wersje tłumaczenia tego fragmentu można zobaczyć tutaj). Lekturę wydatnie uprzyjemniał znakomity przekład, za który wyrazy uznania należą się Piotrowi Chojnackiemu (znanemu też jako Zacofany w lekturze) i Katarzynie Bażyńskiej - Chojnackiej. Szkoda, że tak świetna powieść wyszła w tak niszowym wydawnictwie jak Vizja Press & IT i obecnie, po 11 latach, jest bardzo trudno dostępna (sama szukałam prawie 2 lata). Ale poszukajcie, gwarantuję, że warto. Za polecenie tytułu i zwrócenie uwagi na autora dziękuję Jane Doe.
sobota, 03 marca 2018
Literacka błyskotka (Paweł Sołtys, Mikrotyki)
Jeszcze tydzień temu, w trakcie lektury, byłam przekonana, że wyląduje tu pean pochwalny na cześć zbioru niedługich historii z życia zwykłych mieszkańców warszawskiego osiedla Stegny. Czytając, byłam nimi bowiem po prostu urzeczona. Aż musiałam sprawdzić, kim autor jest z wykształcenia, i wcale się nie zdziwiłam, że rusycystą. To musiała być filologia, ktoś z takim wyczuciem języka, oczytany, płynnie operujący kontekstami, myślący niezwykle plastycznymi obrazami, inne studia wybrałby pewnie wyłącznie z czystego pragmatyzmu. A ten kompletnie mi do Pablopavo nie pasował. Muzyk debiutujący zbiorem krótkich opowiadań, w jakimś stopniu chyba autobiograficznych, bo pewne motywy i osoby zbyt często przewijają się w tle, ma do swoich bohaterów, jak sam powiedział w wywiadzie dla Wyborczej, stosunek miłosno-liryczny. Stąd pewnie tytuł całości, nawiązujący do erotyków, gdyż autora-narratora fascynuje przede wszystkim żywot zwykłych ludzi. To ich egzystencję stara się uchwycić w swoich migawkowych, niezwykle sugestywnych opowiadaniach. Jak wyjaśnia: Nie piszę o zamożnej wyższej klasie średniej, bo po prostu nie bardzo mnie to interesuje. To wynika w dużej mierze z mojego trybu życia. Nie mam samochodu. Jeżdżę autobusami albo przemieszczam się na piechotę. Komunikacja miejska siłą rzeczy sprawia, że jestem blisko tak zwanego "zwykłego życia miasta". Z samochodu mało co widać - jedziesz zamknięty, słuchasz muzyki, a wieczorami spotykasz się na piwo z grupą przyjaciół, w której ciągle się obracasz. Nie widzisz wtedy świata na zewnątrz. Ja żyję troszeczkę inaczej. Stąd się biorą pomysły na piosenki i opowiadania - z tego, co widzę. Wsiadam na przykład w autobus na Targówek, jadę do ostatniego przystanku, a potem szwendam się po dzielnicy, zaglądam, słucham, patrzę. Gdybym był bardzo zamożnym człowiekiem i poruszałbym się dobrym samochodem między siłownią, korporacją a prywatnym przedszkolem, widziałbym znacznie mniej.
I rzeczywiście, ma to bezpośrednie odbicie w tekstach. Dworzec, autobus, klatka schodowa, knajpa, ulica – stąd, poza własną, bliskich i znajomych biografią, Sołtys czerpie inspirację. Językowo jest mistrzem, potrafi w całym tekście błyskotliwie ogrywać jedną i tę samą metaforę, a kiedy indziej jednym zdaniem trafia w emocjonalne sedno. Tylko że ta magia jest krótkotrwała, działa wyłącznie w trakcie czytania. Opowiadania są sensualistyczne, niezwykle autentyczne, wyraziste, żywe. Jakby się oglądało krótkie filmy. To robi wrażenie. Ale ono nie wytrzymuje nawet bardzo krótkiej próby czasu. Minęło siedem dni, a ja – poza pojedynczymi motywami i bohaterami, krótkimi przebłyskami oraz opisanymi wyżej ogólnymi bardzo pozytywnymi wrażeniami – nie pamiętam z Mikrotyków nic. Poza ogólną wymową całości, że w życiu piękne są tylko chwile, a w większości jest ono jednak do niczego. Niezbyt to odkrywcze, nie da się ukryć. Choć od prawdy nie odbiega. W każdym razie – warto dla ulotnych chwil zachwytu podczas czytania, ale wielka ani ponadczasowa literatura to nie jest. Choć, bardzo uczciwie, nie zdradza nawet takich ambicji.
niedziela, 25 lutego 2018
Oldman i Day-Lewis, czyli Oscarowych seansów ciąg dalszy
Staram się trzymać postanowienia o krótkim opisywaniu oglądanych filmów. Dziś o Czasie mroku mogę powiedzieć, że zaskoczył mnie pozytywnie. Na geniusz Gary'ego Oldmana w roli Winstona Churchilla byłam przygotowana, choć chwilami troszkę szarżował. Ale - mimo że ewidentnie skrojony pod show jednego aktora - scenariusz przedstawia też szerszą opowieść, która wciąga i pozwala śledzić wypadki doskonale przecież znane z historii z autentycznym zainteresowaniem. Bezpardonowa walka frakcyjnych buldogów już nawet nie pod, a wprost na parlamentarnym dywanie, to tylko jeden z tych przygnębiająco wręcz ponadczasowych aspektów dodatkowych. Warto zatem poświęcić dwie godziny z małym haczykiem, nie tylko na koncert jednego znakomitego aktora.

Niestety nie jestem w stanie z czystym sumieniem powiedzieć tego samego o kolejnym ponaddwugodzinnym filmie ze znakomitym aktorem w roli głównej, czyli Nici widmo. W zasadzie powinnam się tego spodziewać, gdyż po Magnolii wiem, że filmy Paula Thomasa Andersona nie są dla mnie. Ale nie oparłam się pokusie podziwiania Daniela Day-Lewisa, którego niezaprzeczalna aktorska maestria nie jest jednak w stanie skompensować ewidentnych niedostatków scenariusza. Tym razem dostajemy może i potencjalnie ciekawą oniryczną baśń o utalentowanym krawcu opętanym pracą, cierpiącym ewidentnie na jakieś zaburzenie ze spektrum autyzmu, który z toksycznego związku z siostrą przechodzi w toksyczny - także dosłownie - związek z własną modelką. Ale jakie to jest niemiłosiernie rozwleczone, napuszone, pretensjonalne i nudne! Jaki ten Day-Lewis w swoich natręctwach wkurzający! Gdyby obciąć ze trzy kwadranse, coś by się dało z tej w sumie ciekawej historii uratować. W obecnej formie, która jest zainteresowana głównie samą sobą, widzowi zostają znużenie i irytacja. Odradzam, chyba że jesteście fanami tego reżysera.
sobota, 17 lutego 2018
anarchia sjurealizm moderna (Jarosław Kamiński, Tylko Lola)
Ten tekst musiał odczekać. Ta lektura musiała mi się ułożyć w głowie. W międzyczasie nadeszła - jak na zamówienie - dyplomatyczna awantura z polskimi obozami śmierci na cały świat, któremu władza wykrzykuje, że Polacy wyłącznie ratowali Żydów. A przecież to nie była prawda. Jaka była postawa większości, wymownie świadczy marzec '68 i brak szerokiej społecznej reakcji na wypędzanie polskich obywateli. Świadczy o tym także biografia głównej bohaterki powieści, Niny Molskiej, która dopiero przy okazji przed marcowych szykan dowiaduje się, że jest Żydówką i nazywa się Moel. Choć dla wszystkich dookoła było to oczywiste, ją rodzice przed tą wiedzą całe życie chronili. A gdyby bycie Żydem w powojennej Polsce nie stanowiło balastu, po co by tak robili? Dlaczego zmienialiby nazwisko?

Tytułowa Lola w przedziwny sposób łączy ścieżki dwóch głównych bohaterek i naprzemiennych narratorek powieści. Lidii, starszej komunistki, która niegdyś była anarchistką, surrealistką, modernistką, a potem została funkcjonariuszką partyjną w TVP, wykorzystując znajomości scementowane na hiszpańskich barykadach. Oraz Niny, córki kuzyna Loli, młodej, naiwnej i egoistycznej dziewczyny, marzącej o karierze i przekonanej, że świat powinien się położyć u jej stóp tylko dlatego, iż ma na to ochotę. Z uwagi na uczucie, które łączyło ją z Lolą w czasach młodości, Lidia pomaga Michałowi, ojcu Niny, znaleźć po śmierci żony mieszkanie i pracę w Warszawie, a w końcu samej Ninie załatwia pracę prowadzącej młodzieżowy program w telewizji. Dziewczyna fizycznie przypomina jej Lolę, a tym samym krótki okres szczęścia, jaki Lidia przeżyła, kiedy były razem. By utrzymać to wspomnienie jak najdłużej, Lidia podejmuje coraz trudniejsze z moralnego punktu widzenia decyzje, gdyż władza znajduje nagle wroga publicznego w postaci Żydów. By represje nie spadły na Ninę, muszą dotknąć kogoś innego.

Wejście w lekturę Tylko Loli nie było prostą sprawą – początkowe partie pamiętnika Lidii z pewnych uzasadnionych powodów napisane są chaotycznym, wymagającym językiem, pozbawionym interpunkcji. To męczy i irytuje, choć sytuacja – również z pewnych uzasadnionych powodów – stopniowo ulega poprawie. Przetrwajcie ten początek, nie poddawajcie się, powalczcie trochę z oporną literacką materią, bo naprawdę warto. Tym bardziej, że fragmenty wspomnień Lidii przeplatają się z wersją Niny, już o wiele przystępniejszą językowo.
W nagrodę za wytrwałość dostaniecie przejmującą opowieść o miłości, historii, skrajnym egoizmie i bezwzględności systemu. Jak również o przewrotności losu. Bez Loli, nieprzypadkowo figurującej w tytule, nic z tego by się nie wydarzyło. Powstaje pytanie, czy tak dla obu bohaterek nie byłoby lepiej? Bo tak naprawdę Tylko Lola może być też interpretowana jako studium samotności jednostki, rozpaczliwego poszukiwania swojego miejsca w życiu. Nie jest łatwo nikomu: lesbijce, Żydówce, sierocie, wdowcowi, emigrantom dobrowolnym, tym wyjeżdżającym przymusowo ani tym, którzy zostają. Ale wszyscy próbują, każdy szuka swojego punktu odniesienia, czegoś, co nada kierunek dryfowi codziennego życia. To opowieść świadcząca o tym, że nie jest łatwo go znaleźć, a i nie warto kurczowo trzymać się jednego, odnalezionego w którymś momencie nieodwracalnie już minionej przeszłości. Choć, kto wie, może lepiej miniony niż żaden? Także wielość pytań, możliwych odpowiedzi  na nie, wariantów oceny działań bohaterów stanowi moim zdaniem wielką wartość dodaną tej prozy. Kilka tygodni po zakończeniu lektury sam powrót do niej myślą sprawia, że pytania i wątpliwości buzują na nowo. A to chyba najlepsze świadectwo, że mamy do czynienia z książką niebanalną, choć niewolną od wad (język erotycznych fantazji Lidii jest tak nieporadny, że aż w jakimś stopniu uroczy – ale skąd miała brać inne słownictwo?). Przynajmniej spróbujcie, bo nie będę się tym razem upierała, że to pozycja dla każdego.
sobota, 10 lutego 2018
Hrabia w hotelu (Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie)
Powieść Amora Towlesa rozpoczyna się fragmentem wiersza, który uratował życie jej głównemu bohaterowi. Gdyby nie autorstwo prorewolucyjnego Gdzie on teraz jest? z 1913 roku, hrabia Aleksander Iljicz Rostow w roku 1922 zostałby przez Komisję Nadzwyczajną Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych bez żadnej wątpliwości skazany na śmierć za przynależność klasową. Ponieważ jednak wiersz napisał, skazano go na areszt domowy w moskiewskim Hotelu Metropol. Krok za próg – kula w łeb. Musiał oczywiście opuścić zajmowany od 1918 luksusowy apartament 317 i zadowolić się skromną klitką na poddaszu. Władza pewnie myślała, że trzydziestotrzyletni w chwili wydania wyroku Rostow nie wytrzyma w zamknięciu zbyt długo i problem sam się rozwiąże. Ale wytrzymał kolejne trzydzieści dwa lata. I o tym – w zasadzie – jest ta monumentalna powieść.
Już słyszę te jęki zawodu – co można robić w hotelu przez ponad trzydzieści lat, by czytelnik nie umarł z nudów, czytając ich opis? Z pewnością nie jest to pozycja dla zwolenników dynamicznej akcji. Podzielona na pięć części, z których każda stanowi pewien etap wewnętrznej ewolucji Rostowa, powieść – zdaniem samego autora – przypomina diament leżący na boku. U podstawy jest on najszerszy, gdyż w początkowym okresie aresztu bohater eksploruje Metropol i odkrywa, że w tych czterech ścianach kryje się cały wielki świat, ukryty przed oczyma przelotnych bywalców. Po zbadaniu infrastruktury hrabia nawiązuje bliższe stosunki, które z czasem nabierają charakteru głębokiej przyjaźni, z pracownikami obsługi. Wykorzystując wrodzone predyspozycje do rozsadzania gości przy stole, zostaje kierownikiem sali w prestiżowej restauracji Bojarska. Nowa władza, z którą kolejne państwa stopniowo nawiązują stosunki dyplomatyczne, widząc, że nigdzie się ona nie wybiera, także postanawia wykorzystać obycie towarzyskie i znajomość języków obcych Rostowa, który musi szkolić jej wysokiego funkcjonariusza. To jedna warstwa. Najbardziej powierzchowna.
Ale są i inne. Pod względem psychologicznym Rostow musi zaakceptować nową sytuację, a następnie się do niej dostosować, co nie przychodzi mu łatwo, choć dla postronnych przywdziewa maskę stoika, tytułowego dżentelmena, niezachwianego wobec przeciwności losu. Nie potrafi uciec przed wspominaniem przeszłości, którą zresztą systematycznie przypominają mu wizyty przyjaciela z lat studenckich, obecnie gorliwego zwolennika zwycięskich bolszewików. Wspominki jednak nie wystarczą, nowemu życiu, poza codzienną rutyną, trzeba nadać jakiś sens. I tu przewrotny los zdaje się sprzyjać hrabiemu, gdyż stawia na jego drodze dziewczynkę i kobietę, które wydatnie mu w tym pomogą.
Jest to opowieść nie tylko o starym, które, chcąc nie chcąc, ustępuje nowemu, starając się ocalić jak najwięcej własnych wartości i zrozumieć, jakie wady dawnej epoki przyczyniły się do tryumfu rewolucji. To także pisana mimochodem i na marginesach kronika historii ZSRR (braki w hotelowej kuchni skądś się biorą, a porządek dziobania w partii podlega stałym zmianom, dostrzegalnym przy ustalaniu, kto gdzie będzie siedział na przyjęciach w prywatnej sali restauracji Bojarska). A przede wszystkim subtelna, pełna ciepła, humoru i wzruszeń historia o przyjaźni, miłości i przywiązaniu, które sprawiają, że cztery ściany domowego aresztu wystarczą za cały wielki i szczęśliwy świat. Do czasu, gdy w imię miłości trzeba będzie podjąć wielkie ryzyko i opuścić bezpieczne schronienie w Metropolu. Ku temu momentowi leżący na boku diament, jakim jest narracyjna struktura tej historii, systematycznie się zawęża.
Diamentowa metafora Towlesa, którą wyczytałam w wywiadzie dotyczącym powieści, dostępnym na jego stronie internetowej (po angielsku), idealnie pasuje do moich odczuć w trakcie lektury – Dżentelmen w Moskwie zaskoczył mnie i oczarował na podobieństwo fasetowanego diamentu,  tym bardziej że w ogóle nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. A dostałam prawdziwą literacką ucztę, wykwintną i zróżnicowaną jak menu restauracji Bojarska w Metropolu. Takie książki trafiają się rzadko, ale to dobrze, bo można je bardziej docenić. Nie przegapcie!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka