Wpisy z tagiem: brytyjskie

sobota, 19 stycznia 2019
Małych miasteczek nie warto lekceważyć (Val McDermid, Miejsce egzekucji)
 
Z odciętego od świata przysiółka Scardale w Derby znika trzynastoletnia Allison Carter. Trwa ostra zima 1963. Nie jest to pierwsze takie zaginięcie w ostatnim czasie. Dlatego świeżo awansowany śledczy George Bennett od początku nie ma dobrych przeczuć co do losów dziewczynki. Gdy okazuje się, że jego żona spodziewa się dziecka, sprawa Allison staje się dla młodego funkcjonariusza czymś więcej niż zawodowym wyzwaniem. Wręcz niezdrową obsesją. Ale choć śledztwo się przeciąga, a mieszkańcy Scardale, stanowiący zamkniętą społeczność, wcale go nie ułatwiają, przełom nie przychodzi. Nie ma ciała, jednak w tych warunkach atmosferycznych nie ma również najmniejszej szansy, by zaginiona przeżyła. Kolejne poszlaki jednoznacznie sugerują, że dziewczyna nie uciekła, ale spotkało ją coś złego. Dziennikarze brukowców angażują nawet jasnowidzkę z Francji, żeby podgrzać stygnący temat. Frustracja i poczucie bezradności Bennetta sięgają zenitu. I nagle jego wytrwałość zostaje nagrodzona…
 
Z twórczością Val McDermid miałam dotąd kontakt jedynie za pośrednictwem serialu Wire in The Blood, w którym policjantka Carol Jordan przy wsparciu psychologa Tony’ego Hilla tropiła seryjnych morderców odznaczających się wyjątkową inwencją w zakresie sposobu działania. Serial powstał w oparciu o najwyżej oceniany cykl powieściowy autorki i  był niezły, choć dewiacje sprawców wydawały mi się niekiedy wydumane. Niemniej, gdy trafiła się okazja, z ciekawością sięgnęłam po wydane przez Papierowy Księżyc i obsypane nagrodami Miejsce egzekucji. Nie zawiodłam się, w powieści jest wszystko, co w gatunku cenię – konsekwentnie budowany nastrój, detaliczny i realistyczny obraz odizolowanej społeczności, sporo miejsca na przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zgodnie z tytułem, miejsce, czyli malutki przysiółek Scardale, ma kluczowe znaczenie. Jednocześnie, gdy rozwiązanie zagadki zniknięcia Allison następuje sporo przed końcem tekstu, czytelnik dostaje wyraźny sygnał, że nie wszystko wygląda tak, jak się poczciwemu detektywowi Bennettowi wydawało. Zresztą, nie trzeba jasnowidza (wracam do tego wątku z uporem maniaka, bo motyw, choć marginalny, autorka rozegrała genialnie!), by wyczuć, że skompilowany z trudem podejrzanie spójny łańcuch poszlak niekoniecznie doprowadził organy wymiaru sprawiedliwości do prawdy na temat sprawcy.
 
Ale to, co po trzydziestu latach odkrywa dziennikarka pisząca przy współpracy Bennetta książkę o precedensowej sprawie Allison, było dla mnie autentycznym zaskoczeniem, choć przecież już z niejednego kryminalnego pieca chleb jadłam i najbardziej oczywiste wolty fabularne znam na wyrywki. Intrygę zatem autorka skomponowała znakomicie (nieczęsto czytam jednego dnia prawie trzysta stron!), a przy okazji dała czytelnikowi materiał do złożonych przemyśleń na temat natury sprawiedliwości i proporcji kary do zbrodni. Nie jest łatwo zapomnieć o tej historii, nie sposób po prostu odłożyć ją do szufladki z napisem „fikcja literacka”, bo takie, a pewnie i gorsze rzeczy, się zdarzają, ale często nie dowiadują się o tym ani organy ścigania, ani opinia publiczna.
 
P.S. I wszystko byłoby pięknie, pierwszy tegoroczny kryminał „na piątkę” już w styczniu, ale po prostu nie mogę przemilczeć elementarnych błędów w przekładzie Aleksandry Szymił, których nie wyłapała redakcja (Magdalena Olejnik, redaktor prowadzący Artur Wróblewski) ani korekta (Magdalena Olejnik i Joanna Kłos). Takich jak tłumaczenie name jako imię (gdy ewidentnie chodzi o publikację nazwiska w prasie) czy interview jako wywiad (gdy ewidentnie chodziło o przesłuchanie). Nie są to może błędy liczne czy częste, ale mimo wszystko podstawowe i rażące. Przy kryminale z istotnym wątkiem śledczym i procesowym przydałby się redaktor lub korektor albo nawet konsultant władający prawniczym językiem angielskim. 
sobota, 29 grudnia 2018
Każdy z nas ma tylko jedną historię miłości (Julian Barnes, Jedyna historia)
Po zachwycie Zgiełkiem czasu obiecywałam sobie, że szybko sięgnę po inne pozycje z dorobku autora, ale, jak to zwykle bywa z  tego typu deklaracjami, zaginęły w pomroce dziejów, przywalone stosami pilniejszych, ciekawszych oraz zupełnie przypadkowych lektur. Dopiero w czasie świątecznej przerwy sięgnęłam po Jedyną historię i mam po zakończeniu lektury co najmniej mieszane uczucia.

Jedyna historia to opowieść igrająca ze schematami fabularnymi i z oczekiwaniami czytelnika w zasadzie od początku do końca. Fabuła może wydawać się typowa do granic sztampowości, nawet mimo odwrócenia genderowego schematu. Bowiem to nie nastoletnia dziewczyna, ucząca się życia i miłości, zostaje uwiedziona przez zramolałego starca, ale dziewiętnastoletni student pada ofiarą niemal pięćdziesięcioletniej sąsiadki i swojej partnerki z tenisowego kortu. Potem też jest raczej nietypowo, gdyż relacja między tymi dwojgiem nie ogranicza się do wakacyjnej przerwy, ale trwa całymi latami, pod okiem rodziców Romea i męża oraz córek Julii. Co jednak jest tutaj najciekawsze, to nie rozwój samego romansu, ale szkicowany niby to mimochodem i na marginesie portret kochanka, Caseya Paula. Oszołomiony siłą pierwszego prawdziwego uczucia, ale i zafascynowany jego nietypowością, chłopak czuje się lepszy nie tylko od rodziców, których postrzega jako nudziarzy uwięzionych w utartych koleinach małomiasteczkowej egzystencji, ale także od rówieśników, którzy - w jego ocenie - nie mogą konkurować swoimi typowymi flirtami i zadurzeniami z jego barwnym pas a deux.

Na fali samozachwytu bohater podejmuje radykalne życiowe decyzje (przeprowadzka, zmiana kierunku nauki), które jednak dają mu jedynie przejściowe zadowolenie. Szybko bowiem okazuje się, że wyjątkowość jego ukochanej ma bardzo prozaiczną mroczną stronę - nałóg alkoholowy. Jednocześnie Paul znajduje się w niezbyt zręcznym położeniu - w trakcie wydłużającej się nauki pozostaje na utrzymaniu partnerki, nie bardzo może jej więc czynić jakiekolwiek wymówki co do stylu życia. Starsza kochanka z ekscytującego wyzwania staje się kłopotliwym zobowiązaniem, a szybko okazuje się, że lojalność wobec pierwszej miłości nie znajduje uznania, ani nawet zrozumienia, w oczach kolejnych partnerek. Ostatecznie zatem Paul kończy jako samotny emocjonalny elektron, wolny od oków banału, ale i samotny. Rozpamiętujący w nieskończoność konsekwencje jednego zauroczenia. Czy było warto – zdaje się pytać autor, a czytelnik ma niejaki kłopot z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi.

Czyli w zasadzie przedsięwzięcie pisarskie należałoby ocenić jako udane, bo niepokoi, skłania do przemyśleń i porusza w duszy jakieś mało używane struny. Jest jednak z tą opowieścią pewien podstawowy problem – nie wierzę w Paula. Nie mówię, że takich ludzi i scenariuszy nie ma, ale ta konkretna osoba napisana została w sposób skrajnie niewiarygodny, i to nie jest ten typ nieprawdopodobieństwa, który budzi podskórną zazdrość i zachęca do zawieszenia niewiary na czas lektury. Dla mnie Paul jako typ ludzki jest po prostu odrażający – nie ma najmniejszego problemu z życiem latami na koszt kochanki – pijaczki, co więcej, od jakichkolwiek realnych emocjonalnych zobowiązań wymiguje się rzekomą lojalnością wobec Susan. Jednocześnie, gdy rzeczywistość wystawia te deklaracje przywiązania na próbę, naszego dzielnego rycerza na białym rumaku brak – problemem ma się zająć rodzina kobiety, a w końcu instytucje państwowe. Powiecie, że to właśnie realizm najczystszej próby i czego ja się właściwie czepiam?

Obiektywnie przyznam wam rację, subiektywnie dysonans pomiędzy deklaracjami narratora a sferą faktyczną jest dla mnie w tym wydaniu nie do przełknięcia.  Nie jest to zła powieść, ale w jakiś sposób wewnętrznie niespójna, zbyt odrealniona w podstawowych założeniach, a równocześnie za gorzko realistyczna w konkluzjach. Jak ładny kolorowy cukierek, który okazuje się mieć smak anyżku.

P.S. Przekład Dominiki Lewandowskiej - Rodak też jest jakiś przedziwny. W początkowej części roi się od koślawych, fałszywie brzmiących zdań, później styl ulega znacznemu wygładzeniu. Może odzwierciedla to styl oryginału, w którym Paul jako młodzik początkowo pisał bardziej nieporadnie (nie konfrontowałam), ale mocno wątpię, gdyż całość wygląda na wspomnienia spisywane z perspektywy całego życia.
niedziela, 09 grudnia 2018
Gdy białe noce nie dają spać (Ann Cleeves, Biel nocy)
Tym razem na Szetlandach mamy lato, które pod pewnymi względami bywa równie trudne jak ponura zima. A to z powodu białych nocy, gdy słonce niemal nie znika za horyzontem, a normalny sen staje się wyzwaniem nawet dla przyzwyczajonych do tego zjawiska miejscowych. Czy to z przemęczenia tajemniczy przyjezdny postanowił ze sobą skończyć i powiesił się w szopie na sprzęt rybacki w niewielkim przysiółku Bidista?
Jimmy Perez może i chciałby w to wierzyć, jednak jego złudzenia szybko zostają rozwiane przez lekarski werdykt - ktoś pomógł obcemu przenieść się na tamten świat, a następnie upozorował samobójstwo. Znów trzeba wzywać wsparcie z Inverness, ale i tak to Perez pokieruje śledztwem. Miejscowi mu ufają, a w tak zamkniętej społeczności to kluczowe i ważniejsze od oficjalnej służbowej hierarchii. Skąd się wziął obcy? Dlaczego sabotował wernisaż miejscowej malarki, która konsekwentnie zaprzecza, by go kiedykolwiek spotkała, a tym bardziej uraziła?

Niespiesznie rozwiązując te zagadki, Ann Cleeves wplata w opis działań policji obrazy z letniej codzienności wyspiarzy, takie jak strzyża owiec. Autorka ma niezwykły talent do budowania atmosfery, obserwacji dzikiej i nieokiełznanej przyrody oraz portretowania rutyny w sposób, który dodatkowo potęguje realizm wdzierającego się w nią dramatu. Obok postaci przedstawionych już czytelnikowi na kartach Czerni kruka pojawiają się nowe – skazani na siebie i żyjący wspomnieniami przeszłości nieliczni mieszkańcy odizolowanego Bidista oraz ekscentryczny pisarz, twórca powieści fantasy, który postanowił porzucić wielki świat i zamieszkać na uboczu.

Kwartet szetlandzki raczej nie jest dla fanów szybkiej akcji, to proza mocno introspektywna, skupiona na społeczno-psychologicznych korzeniach przestępstwa, gdzie przełomu w śledztwie dostarcza zwykle pogłębiona analiza relacji międzyludzkich. Dlatego tak ważny jest sposób prezentacji bohaterów – autorka robi to bez uprzedzeń, nie sugerując czytelnikowi, kogo powinien polubić, a kogo obdarzyć antypatią. U niej wszyscy są zwykłymi ludźmi, posiadającymi zarówno wady, jak i zalety, a każdy – łącznie z policjantami – dźwiga bagaż przeszłych doświadczeń, które mimochodem determinują jego działania, wybory i postrzeganie rzeczywistości. Gwarantuje to za każdym razem zaskoczenie tożsamością sprawcy (choć gdybym bardziej uważała, tym razem mogłabym zgadnąć, o czym w przypadku Czerni kruka nie było mowy), bo niemal wszyscy są podejrzani w jednakowym stopniu. A winny nie jest dehumanizowany – przeciwnie, jego motywacja ostatecznie wydaje się w jakimś stopniu zrozumiała. Każdy z nas może zostać zabójcą, zdaje się mówić Cleeves, to tylko kwestia warunków brzegowych. Teza bardzo prawdziwa, a rzadko stawiana tak mocno i uzasadniana tak konsekwentnie w literackiej fikcji.

Według mnie to naprawdę dobry kryminał, dlatego ucieszyłam się na wieść, że premierowy trzeci tom cyklu – Czerwień kości – ukaże się już w styczniu 2019. Tak trzymać, Wydawnictwo Czwarta Strona!

P.S. Peter May powinien zapisać się do Ann Cleeves na korepetycje z tworzenia realistycznych wątków obyczajowych i ogólnie z kreowania postaci.

niedziela, 18 listopada 2018
Samospełniająca się przepowiednia? (Anthony Horowitz, Pogrzeb na zamówienie)

Po zeszłorocznym zachwycie Morderstwami w Somerset sama zapowiedź kolejnej pozycji Horowitza wystarczyła, bym wzmogła czujność. Premiera praktycznie zbiegła się z promocją z okazji krakowskich targów, a z lekturą nie zwlekałam zbyt długo. Tym razem autor, który poprzednio oczarował mnie szkatułkową i misterną konstrukcją intrygi, zdecydował się na wyjątkowo ryzykowny zabieg – napisał powieść w pierwszej osobie, obsadzając w roli narratora samego siebie! W dodatku miał jedynie - jako zatrudniony kronikarz – opisywać śledcze poczynania byłego policjanta, a obecnie konsultanta MET, Daniela Hawthorne’a. Zyskami z tak powstałej powieści planowali podzielić się po połowie. Jak łatwo się domyślić, Horowitz nie zadowolił się funkcją biernego obserwatora i sprawozdawcy, lecz zaangażował się w śledztwo, również na własną rękę…

A zagadka była, przyznać trzeba, całkiem intrygująca. Oto Diana Cowper, dobrze sytuowana kobieta w bynajmniej nie podeszłym wieku, matka znanego i odnoszącego sukcesy za oceanem brytyjskiego aktora, udała się do zakładu pogrzebowego, by wydać szczegółowe dyspozycje co do organizacji własnego pochówku. I jeszcze tego samego dnia została zamordowana. Zbieg okoliczności? Rozliczenie za grzechy przeszłości, które, jak się okazuje, w zasadzie uszły jej płazem? Bo przecież nie wyłącznie prorocze przeczucie, prawda?

Na te pytania szukają odpowiedzi początkowo sceptyczny pisarz i od pierwszej chwili skoncentrowany przede wszystkim na rozwikłaniu zagadki były detektyw. Zaczynają od odtworzenia ostatniego dnia życia zmarłej, potem wybierają się w podróż do jej nieoczekiwanie mrocznej przeszłości oraz, oczywiście, na pogrzeb. Sprawa wydaje się aż zbyt oczywista, zupełnie jakby ktoś celowo prowadził ich po precyzyjnie rozsnuwanej nitce do całkiem niewłaściwego kłębka. Ale były detektyw Daniel Hawthorne, choć aspołeczny, skryty i antypatyczny (co nie czyni z niego, eufemistycznie rzecz ujmując, idealnego powieściowego bohatera), jest zarazem niezwykle spostrzegawczy. Dlatego pozornie idealnie do siebie przystające kawałki  układanki budzą jego nieufność.

Horowitz to wielki fan Agathy Christie i autor nowych przygód Sherlocka Holmesa. Biegle porusza się w klasycznych dla gatunku rozwiązaniach, tak dawkując wskazówki, by czytelnik cały czas pozostawał zaintrygowany i otrzymywał prawdopodobnych kandydatów na sprawcę, a jednocześnie przedwcześnie nie zainteresował się właściwą osobą. Rozwiązanie zagadki pogrzebu na zamówienie zaskoczy was jak należy. Nie jest to może aż taki majstersztyk jak Morderstwa w Somerset, ale niewątpliwie dobrze skonstruowany, współczesny, postmodernistyczny, a zatem głęboko i otwarcie zapożyczony u najlepszych spośród klasyków kryminał. Polecam!

Tłumaczył, podobnie zresztą jak Morderstwa w Somerset, Maciej Szymański, którego od czasów Nacji i Spryciarza z Londynu  Pratchetta bardzo cenię.

niedziela, 21 października 2018
Poszlaki wiodące donikąd (Czerń kruka, Ann Cleeves)
Gdy na Szetlandach ginie w niewyjaśnionych okolicznościach chadzająca własnymi drogami nastolatka Catherine, podejrzenie pada na Magnusa - żyjącego samotnie staruszka, który przed wielu laty był już zamieszany w zaginięcie o wiele młodszej dziewczynki. Wtedy ciała nie odnaleziono, ale nikt nie miał wątpliwości, że Catriona nie żyje. Spraw tych jednak, poza osobą dziwacznego i żyjącego poza nawiasem niewielkiej społeczności staruszka, nic nie łączy. Inny wiek ofiar, inny sposób działania, wieloletnia przerwa. Miejscowy policjant, Jimmy Perez, który, choć tu się uczył i zna wyspy oraz ich mieszkańców jak własną kieszeń, mimo wszystko czuje się outsiderem, nie chce ulegać pokusie najprostszego rozwiązania. Nie wierzy w winę Magnusa. Zaczyna, przy wsparciu funkcjonariuszy z Inverness, szukać prawdy.
Powieść jest paradoksalna, ujawnia bowiem dwoistą naturę wysp. Z jednej strony to najbezpieczniejsze miejsce do wychowywania dzieci. Wszyscy się tu znają, nic się nie ukryje na dłuższą metę przed oczami złaknionych jakiejkolwiek atrakcji tutejszych. Z drugiej strony, jeśli do kogoś raz przylgnie jakaś etykietka, nie sposób się od niej uwolnić. Życie na wyspach to zatem nie idylla, ale wyrafinowana gra pozorów - innym wolno pokazywać tylko to, co powinni zobaczyć, a prawdziwe oblicze trzeba zachowywać dla siebie. Młodziutka, lecz przenikliwa Catherine Ross dostrzegła to rozdwojenie. Nie zdawała sobie tylko sprawy, że próba jego obnażenia może mieć daleko idące konsekwencje.
Cleeves umieszcza zbrodnię na marginesie, nie jako główną atrakcję, zdarzenie nieoczekiwane, obce i irracjonalne, lecz jako logiczną konsekwencję pewnego ciągu zdarzeń. A ciąg ten stopniowo i z wyczuciem przed czytelnikiem odkrywa. W centrum jej zainteresowania pozostają zróżnicowane typy ludzkie oraz rozmaite prozaiczne okoliczności, które determinują osobowości i decyzje poszczególnych bohaterów. Nie są oni wyrafinowani, ale zwykli, prości, nieskomplikowani, a przez to prawdziwi i bardzo wiarygodni. Jeden z nich jest zabójcą, a autorka potrafi tak nas zmylić, by podejrzenie nie padło przed czasem na właściwą osobę.
Mamy zatem wszystkie składowe dobrego kryminału, a Jimmy Perez chyba dopiero się rozkręca. Na pewno sięgnę po dalszy ciąg.
niedziela, 14 października 2018
Koń, labrador i emocjonalne przedszkole (Robert Galbraith, Lethal White)

Być może ktoś jeszcze pamięta, że poprzednią część z cyklu o detektywie z amputowaną nogą i jego sekretarce ze skomplikowaną przeszłością, czyli Żniwa zła, oceniłam najlepiej z trzech dotychczasowych, choć jednocześnie nie polemizowałam z powszechną opinią, że miała najsłabszą intrygę kryminalną. Bo było to faktem, gdyby Strike spojrzał na sprawę z odpowiedniego dystansu, rozwiązałby ją o wiele wcześniej.

Nic jednak (może poza analogicznym spadkiem poziomu pomiędzy czwartym a piątym tomem Harry’ego Pottera, którego pierwsze cztery tomy także ukazywały się rok po roku, a na Zakon Feniksa przyszło poczekać 3 lata – i okazał się przeładowany pustosłowiem) nie przygotowało mnie na katorgę, jaką była lektura w oryginale 660 stron Lethal White. Rzuciłam się na tom w dniu premiery i z miejsca wpadłam na to, za czym, mówiąc łagodnie, nie przepadam, ale czego po finale Żniw należało się spodziewać. Czyli dalszy ciąg ślubu Robin i Matthew. W rozwlekłym prologu nowożeńcy prawie że się rozstają, a detektywi przeżywają Znaczący Moment Na Schodach. Bez jakichkolwiek dalszych konsekwencji, bo w końcu ślub kosztował masę pieniędzy i trzeba uszanować gości. Potem Robin już, już, ma się rozstać z mężem, ale akurat, jakże dogodnie, pada on w czasie podroży poślubnej ofiarą przypadkowej, acz groźnie wyglądającej infekcji. Tak mija rok – szczęśliwie poza kadrem, bo już w prologu odchodziło takie emocjonalne przedszkole, że czułam się prawie jak inżynier Mamoń na polskim filmie. Ale nie wyszłam (nie przerwałam lektury), która zajęła mi łącznie 19 dni. I żałuję poświęconego jej czasu. Mogłam w tym czasie, z trudem wygospodarowywanym, czytać zdecydowanie lepszą literaturę, nawet jeśli tylko rozrywkową. Na pewno tak bym się nie wynudziła i nie czuła się finalnie tak bardzo wystrychnięta na dudka.

Zaczyna się akcja (ha, ha, w tej książce do połowy praktycznie nic się nie dzieje, a i potem poza jednym trupem niewiele więcej) naprawdę ciekawie, gdyż do biura Cormorana wpada bez zapowiedzi bardzo pobudzony młodzieniec i zaczyna bełkotać coś bez ładu i składu o dzieciobójstwie sprzed lat, którego był świadkiem. Jest to, trzeba przyznać, intrygujące. Tajemniczy Billy, słysząc, że tymczasowa zastępczyni Robin wzywa policję, znika jednak jak kamfora i dużo wody upłynie, nim znowu go na kartach Zabójczej Bieli zobaczymy. A w tej mętnej wodzie politycznych spisków zatonie cały entuzjazm znudzonego czytelnika. Klientem agencji zostaje bowiem ostatecznie minister handlu, który jest szantażowany. A choć podejrzewa, przez kogo, nie chce wyjawić, czym. Chowa się za ogólnikami, mówiąc, że nie popełnił żadnego przestępstwa. Ale być może istnieją zdjęcia, które zdolne są zakończyć polityczną karierę ministra. A to twardy zawodnik, podniósł się z wielu wizerunkowych ciosów – skandalicznego rozwodu oraz śmiertelnego wypadku, który jego syn, Rafael, spowodował pod wpływem alkoholu i narkotyków. Teraz jednak minister się boi. Robin, by znaleźć haki na  przeciwników i potencjalnych szantażystów klienta, zatrudnia się jako Venetia Hall w jego biurze w Izbie Gmin.

W tle rozpada się relacja Robin z Matthew, a także najnowszy związek Strike’a, który oczywiście ma nową, sympatyczną, zabawną partnerkę, Lorelei, właścicielkę sklepu z odzieżą. Ta, choć początkowo zgodziła się na związek bez zobowiązań, po niemal roku się zaangażowała. A żądanie czegoś więcej działa na Cormorana jak płachta na byka. Coraz mniej go lubię, szczerze mówiąc. A Rowling/Galbraith stracił/a chyba dryg do opisywania wątków obyczajowych, bo wychodzi jej w tej sferze irytująca dziecinada i nic ponadto. Wolanie kukułki miało obnażyć mroczne sekrety świata mody, Jedwabnik zaprosił nas za kulisy pracy wydawców, a Żniwa zła pozwoliły nam prześledzić dawne śledztwa Strike’a. Tym razem Galbraith chciał wziąć pod lupę zepsucie politykującej arystokracji, ale wyszło to słabiej niż średnio, głównie z powodu źle skomponowanej, rozwlekłej intrygi i ostatecznie rozczarowujących, podobnych kapiszonom rozwiązań. Wszystko się składa, ale jest wysilone, przerysowane, nieprawdziwe, nużące i kompletnie czytelnika nie obchodzi. Powiedzieć, że nie polecam, to mało. Trzymajcie się z daleka.

niedziela, 30 września 2018
Zemsta przebrana za sprawiedliwość (Ciszej niż śmierć, Sarah Hilary)
Czwarte śledztwo komisarz Marnie Rome i sierżanta Noaha Jake’a rozgrywa się w mroźnym klimacie, gdyż w Londynie trwa wyjątkowo ostra zima. Śledczy badają serię napaści na pozornie przypadkowe osoby, które łączy jedno – mają na sumieniu grzechy z przeszłości. A sprawca je zna i dostosowuje do nich swój sposób działania. Wydaje się jednak, że nie zamierza zabijać, do momentu, gdy kolejna napaść wymyka się spod kontroli. Naturalnymi podejrzanymi są dawne ofiary napadniętych. Zatem Noah i Marnie wracają na blokowisko, znane czytelnikom z poprzedniego tomu, gdyż mieszka tam młodzieniec, który w dzieciństwie padł ofiarą porywaczki. Gdy okazuje się, że chłopak zniknął, a dodatkowo, eufemistycznie mówiąc, sprawiał poważne problemy wychowawcze, policjanci nabierają przekonania, że to on jest tajemniczym mścicielem. Nie jest to jednak tak prosta zagadka, a podejrzany nie jest jedynym zaginionym dzieciakiem z blokowiska. Równolegle Marnie boryka się z zagadkowym włamaniem do swojego rodzinnego domu, z którego nie zginęło nic oprócz bardzo prywatnych i dobrze ukrytych pamiątek z jej dzieciństwa. Schował je zabójca jej rodziców, ich adoptowany syn Steven Keele. Natomiast Noah stara się pomóc bratu, który usiłował odejść z gangu, co bardzo nie spodobało się jego dawnym kompanom. Oboje muszą się też dogadać z nową przełożoną, gdyż ich szef zmaga się z nawrotem choroby nowotworowej.

Słowem, akcji nie brakuje. Mimo to początkowo byłam poirytowana, bo autorka znowu postanowiła pogrzebać w straumatyzowanej psychice jakże wrażliwej, a mimo to heroicznie twardej komisarz Rome, podrzucając poszlaki wskazujące, że za tajemniczym mścicielem może stać jej odsiadujący wyrok przybrany brat Steven. A tego wątku po prostu nie znoszę. Kreacja Marnie wyjątkowo działa mi na nerwy, gdyż jest ona może nie typową Mary Sue (tj. postacią przerysowaną i zbyt idealną, aż groteskową), ale mocno się o tę kategorię ociera. Dlatego im mniej miejsca zajmują jej wątki prywatne, tym zazwyczaj lepiej dla powieści jako całości. Na szczęście, tym razem następuje w  relacjach komisarz Rome ze Stevenem dosyć radykalny przełom, mogący wskazywać, że ich rodzice wydatnie przyczynili się do tego, co ich spotkało. Daje to pewne nadzieje na przyszłość, bo dzięki temu zarówno czarny, jak i biały charakter zyskał więcej ludzkich cech i automatycznie oboje zaczęli być znacznie mniej irytujący i koturnowi, a bardziej intrygujący. Sama intryga również potoczyła się w mniej oczekiwanym kierunku, do tego stopnia, że autorce udało się mnie zaskoczyć tożsamością sprawcy. Mimo pewnych ciągot do psychologizowania i schematów Sarah Hilary naprawdę dobrze kontroluje swoje opowieści, których istotny element zawsze stanowi tło społeczne, co dla mnie zawsze jest dużym walorem. Zarówno ofiary, jak i sprawcy dawnych przestępstw pochodzą z różnych środowisk, które autorka potrafi wiarygodnie przedstawić, często za pomocą kilku zdań i drobnych detali powplatanych w narrację. Tego rodzaju wrażliwość jest rzadka i dodatnio wpływa na całościową ocenę powieści, niwelując jej ewidentne słabości i chwilowe mielizny. Inną kwestią jest, że Hilary najwyraźniej jako sposób pisania przyjęła przerabianie na intrygę określonych problemów społecznych. Tych niby nie brakuje, jako metoda pisarska zagraża to jednak pewną przewidywalnością. Tymczasem niewątpliwie nadal nieźle działa.
sobota, 25 listopada 2017
Szkatułka z zagadkami (Anthony Horowitz, Morderstwa w Somerset)
Powieść Anthony’ego Horowitza Morderstwa w Somerset poleciła mi w zeszły czwartek Anneke. Ona rzadko bywa entuzjastyczna w stosunku do kryminałów, więc, choć akurat w tym gatunku nasz gust się niekiedy rozjeżdża (wolę postmodernistyczne wariacje na temat klasyki, ona jest miłośniczką zagadek w starym stylu), pędem nabyłam. Potrzebowałam jakiejś niezobowiązującej rozrywki na reset po wyjątkowo obciążającej psychicznie Księdze nocnych kobiet. Pomysł jest prosty, a przynajmniej tak się początkowo wydaje – wraz z redaktorką Susan czytamy najnowszą odsłonę bestsellerowego cyklu kryminalnego Alana Conwaya o przygodach Atticusa Pünda, detektywa, byłego więźnia obozów koncentracyjnych. Już od pierwszych zdań przekładu Macieja Szymańskiego, który tłumaczył między innymi Spryciarza z Londynu Pratchetta, kupił mnie styl tej książki w książce.
Zanosiło się na pogrzeb.
Dwaj grabarze, stary Jeff Weaver i jego syn Adam, wstali o brzasku i teraz wszystko było już gotowe: grób miał właściwe proporcje, a piach leżał w schludnych stertach po obu stronach. Kościół pod wezwaniem Świętego Botolfa w Saxby-on-Avon nigdy nie wyglądał piękniej niż teraz, gdy poranne słońce rozświetlało witraże. Wzniesiono go w XII wieku, lecz oczywiście przez stulecia wielokrotnie był przebudowywany. Nową mogiłę wykopano po wschodniej stronie, opodal ruin starego prezbiterium, od dawna porośniętych bujną trawą, gdzie spod zburzonych łuków pięły się ku niebu stokrotki i dmuchawce.
Wioska była, jak zawsze, cicha, a jej uliczki puste. Mleczarz wykonał już swoją robotę i odjechał, pobrzękując butelkami w skrzynkach na pace furgonetki. Jak to zwykle w sobotę, nikt inny nie wybierał się do pracy, a i dla mieszkańców okolicznych domów było jeszcze zbyt wcześnie, by zajmować się weekendowymi obowiązkami. Miejscowy sklepik otwierał podwoje dopiero od dziewiątej, za to z sąsiedniej piekarni dolatywał już aromat świeżo upieczonego chleba. Wkrótce mieli się zjawić pierwsi klienci, ci sami, którzy po śniadaniu zamierzali dołączyć do zgodnego chóru kosiarek do trawy. Był lipiec, czas wzmożonej pracy dla zapalonych ogrodników z Saxby-on-Avon. Do Święta Plonów pozostał ledwie miesiąc i przycinanie krzewów różanych oraz mierzenie kabaczków trwało już w najlepsze. O trzynastej trzydzieści miał się odbyć mecz krykieta na jednym z miejscowych boisk. Zapowiedziano przyjazd chłodni z lodami, dzieci zaproszono do zabawy, a zmotoryzowanych gości spoza wioski – na piknik. Herbaciarnia miała pracować pełną parą. Ot, idealne, letnie popołudnie w sielskiej Anglii.

Alan Conway jest dobrym pisarzem, potrafił stworzyć piekielnie wciągający kryminał w stylu Agathy Christie, więc tym bardziej niespodzianka, którą szykuje Susan, a z nią czytelnikowi, przebiegły i bezwzględnie kontrolujący grę od pierwszego napisanego zdania Anthony Horowitz, nie pozostawi obojętnym żadnego miłośnika gatunku. Bo, widzicie, szukałam odprężającej rozrywki, a trafiłam na jeden z najlepszych, najciekawszych konstrukcyjnie kryminałów, jakie dane mi było przeczytać w ciągu ostatnich paru lat. I dokładnie w tym miejscu zaczyna się mój poważny problem z tą recenzją. Napisałabym, bez trudu i obszernie, co konkretnie tak bardzo mnie w powieści zachwyciło, ale w takim przypadku częściowo zrujnowałabym wam frajdę z samodzielnego odkrywania przygotowanych przez Horowitza niespodzianek. A tego bym sobie nie darowała, bo sama bawiłam się naprawdę wyśmienicie. Zaś wspomnianych niespodzianek jest mrowie. Autentycznie podziwiam autora: za pomysł, ale przede wszystkim za jego genialną, drobiazgową realizację. Na każdym poziomie, do najdrobniejszych szczegółów, takich jak nazwy ulic, miejscowości czy nazwiska postaci. Ta powieść jest hołdem złożonym klasyce kryminału, przede wszystkim twórczości Agathy Christie, przez utalentowanego i oddanego (by nie powiedzieć: maniakalnego) fana. Ale jest nim jedynie przy okazji. Mówię to jako osoba znająca tylko kilka powieści tej autorki, która bez wyjaśnień Susan w zasadzie niemal żadnych nawiązań sama by nie zauważyła. Horowitz toczy tu bowiem grę także sam ze sobą, spajając fabułę Morderstw w Somerset z życiorysem wymyślonego przez siebie pisarza, Alana Conwaya. Każde słowo więcej na temat fabuły byłoby niewybaczalną zbrodnią. Otwórzcie sami tę szkatułkę z zagadkami i przekonajcie się, jak wam pójdzie typowanie ze szpaleru wiarygodnych podejrzanych. Miłej zabawy!

czwartek, 12 października 2017
Krótko i ciszej nad tą trumną (Edward St Aubyn, Patrick Melrose. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja)
Dałam się namówić tym wszystkim zapiewajłom na pierwsze 3 tomy losów Patricka Melrose'a. Nie była to dobra decyzja. Książka mimo epatowania okropnościami rozmaitego autoramentu (kazirodczy gwałt na pięciolatku, który uszkadza tego pięciolatka tak bardzo, że jeszcze 17 lat później żadna ilość narkotyków nie wystarczy, by mógł się znieczulić na rzeczywistość) i bycia och, ach, niemalże autobiografią autora jest przede wszystkim nudna jak cholera. Totalne nieporozumienie. Ostrzegam, bo jakoś na dniach wychodzi druga część, więc pewnie marketingowcy znowu rozstawią sidła. Nie wpadnijcie w nie. Spędziłam tydzień, szukając jakiegoś samorodka w kupie kompostu, którą można by streścić Szlachta nie pracuje, a nuda prowadzi do wszelkiego rodzaju zwyrodnień i jest niebezpieczna dla zdrowia fizycznego, psychicznego oraz życia rodzinnego. Trud mój nie został uwieńczony sukcesem, znalazłam co najwyżej kilka bon-motów. Plon nieproporcjonalny do mozołu, z jakim brnęłam przez - niedługie w sumie - zbiorcze wydanie trzech minipowieści. W zasadzie tytuł pierwszej i drugiej części pasuje niemal idealnie do moich czytelniczych odczuć, natomiast nawet w teoretycznie katartycznej części trzeciej nadziei nie dostrzegłam nijakiej, jeno gniazdo smutnych, snobistycznych żmij. Całość zatytułowałabym raczej Wiele hałasu o nic, a nawet Rzecz o niczym.
niedziela, 03 września 2017
Lato z kryminałem 2017 (2): Smak strachu, Co nas nie zabije, Karambol, Oczy Eugene
Zajęłam się tego lata cegłami rozmaitego autoramentu i trochę zaniedbałam kryminały. W ostatnim czasie nieco się na tym polu zrehabilitowałam, czego rezultaty przedstawiam poniżej.

Hakan Nesser Oczy Eugene'a Kallmana - to w zasadzie nie do końca kryminał, choć są tajemnicze zgony i kilku detektywów-amatorów (uczniowie i nauczyciele liceum z niedużego szwedzkiego miasteczka). Nesser w kilku ostatnich powieściach próbuje czegoś nowego, wyzwalając się z ram wymogów literatury gatunkowej. W sumie mam w stosunku do tej książki nieco mieszane uczucia i bynajmniej nie dlatego, że oczekiwałam klasycznego kryminału. Według mnie ten rozpisany na kilka zróżnicowanych głosów i na kilka planów czasowych obyczajowy obraz prowincjonalnej rzeczywistości jest bardzo zajmujący, a element kryminalnej intrygi wręcz mu ciąży. A już najbardziej niepotrzebny jest komponent fantastyczny, czyli rzekoma moc spojrzenia Kallmana. Nie jest to najlepszy Nesser, ale nawet nie najlepszy Nesser jest dobry.

David Lagercrantz  Co nas nie zabije - czwarty to Millenium, po który sięgnęłam na fali reklam kolejnej części i zapotrzebowania na odmóżdżacz. Choć trylogię Larssona przeczytałam z przyjemnością, byłam zdania, że jest w niej wiele irytujących elementów i przede wszystkim masa zbędnego pustosłowia. Fanfik Lagercrantza od części tych wad jest wolny - przede wszystkim bardziej skondensowany i mniej naszpikowany reklamami, co się chwali. Brak mu jednak także pazura, który Larsson mimo wszystko, nawet z poprawką na różne mało prawdopodobne zagrywki fabularne, miał.  Jest to całkiem zajmujący, ale w sumie bardzo przeciętny i nie stroniący od wyświechtanych motywów (genialny autysta, i to z akurat takim kombo talentów, jakie jest niezbędne fabularnie, dobra i zła bliźniaczka) thriller. Czyli można, ale nie trzeba.

Sarah Hillary Smak strachu to była u mnie powieść ostatniej szansy dla Marnie Rome i Noaha Jake'a. Szczęśliwie autorka zaproponowała tym razem lepszą i mniej przewidywalną historię niż w mocno rozczarowującej Nie ma innej ciemności. Najnowszy zwyrodnialec opiekuje się bezdomnymi dziewczętami, które zgarnia z ulic, ubiera w mundurki i w zamian za poczucie bezpieczeństwa oraz dach nad głową wymaga, by nie dorastały. Jest jednak tak zafiksowany na swoim urojonym obrazku idealnej rodziny, że umykają mu pewne drobne, ale istotne szczegóły. W końcu misterna konstrukcja zaczyna się sypać, a odrzucone fragmenty stają się przedmiotem śledztwa. Nie powiem, tym razem intryga jest bardzo wciągająca i potrafi autentycznie zaskoczyć. Wielką zaletą jest zminimalizowanie do minimum wewnętrznych dylematów Marnie i Noaha, które poprzednią powieść niemal mi obrzydziły. Tę mogę polecić z czystym sumieniem, jedynie nieznacznie ustępuje świetnemu W obcej skórze.

Hakan Nesser Karambol - cykl z - na tym etapie już byłym - komisarzem Van Veeterenem i ekipą śledczych z Maardam oszczędzam sobie i czytam po jednym tomie rocznie. Tegoroczna odsłona była bodaj najlepszą z dotychczasowych, a to sporo znaczy, bo to równa i niebanalna seria. Przesądza o tym niezwykle zgrabna fabularna konstrukcja, w której fatalnie skumulowane zbiegi okoliczności (oporna dziewczyna, uciekający autobus, deszczowa pogoda, brak wolnej taksówki) zapoczątkowują ciąg upadających kostek makabrycznego domina. Czy, jak chcą bohaterowie, interakcję bilardowych kul. Jedną z tych padających kostek jest syn Van Veeterena, co sprawia, że do wyjaśnienia sprawy rzucone zostają wszystkie policyjne zasoby. Nie na wiele się to jednak zdaje, bo to złożona historia. Kryminał na najwyższym poziomie i zarazem traktat filozoficzny. Tak się to powinno robić. Gorąco polecam.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka