Wpisy z tagiem: brytyjskie

czwartek, 12 października 2017
Krótko i ciszej nad tą trumną (Edward St Aubyn, Patrick Melrose. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja)
Dałam się namówić tym wszystkim zapiewajłom na pierwsze 3 tomy losów Patricka Melrose'a. Nie była to dobra decyzja. Książka mimo epatowania okropnościami rozmaitego autoramentu (kazirodczy gwałt na pięciolatku, który uszkadza tego pięciolatka tak bardzo, że jeszcze 17 lat później żadna ilość narkotyków nie wystarczy, by mógł się znieczulić na rzeczywistość) i bycia och, ach, niemalże autobiografią autora jest przede wszystkim nudna jak cholera. Totalne nieporozumienie. Ostrzegam, bo jakoś na dniach wychodzi druga część, więc pewnie marketingowcy znowu rozstawią sidła. Nie wpadnijcie w nie. Spędziłam tydzień, szukając jakiegoś samorodka w kupie kompostu, którą można by streścić Szlachta nie pracuje, a nuda prowadzi do wszelkiego rodzaju zwyrodnień i jest niebezpieczna dla zdrowia fizycznego, psychicznego oraz życia rodzinnego. Trud mój nie został uwieńczony sukcesem, znalazłam co najwyżej kilka bon-motów. Plon nieproporcjonalny do mozołu, z jakim brnęłam przez - niedługie w sumie - zbiorcze wydanie trzech minipowieści. W zasadzie tytuł pierwszej i drugiej części pasuje niemal idealnie do moich czytelniczych odczuć, natomiast nawet w teoretycznie katartycznej części trzeciej nadziei nie dostrzegłam nijakiej, jeno gniazdo smutnych, snobistycznych żmij. Całość zatytułowałabym raczej Wiele hałasu o nic, a nawet Rzecz o niczym.
niedziela, 03 września 2017
Lato z kryminałem 2017 (2): Smak strachu, Co nas nie zabije, Karambol, Oczy Eugene'a Kallmana
Zajęłam się tego lata cegłami rozmaitego autoramentu i trochę zaniedbałam kryminały. W ostatnim czasie nieco się na tym polu zrehabilitowałam, czego rezultaty przedstawiam poniżej.

Hakan Nesser Oczy Eugene'a Kallmana - to w zasadzie nie do końca kryminał, choć są tajemnicze zgony i kilku detektywów-amatorów (uczniowie i nauczyciele liceum z niedużego szwedzkiego miasteczka). Nesser w kilku ostatnich powieściach próbuje czegoś nowego, wyzwalając się z ram wymogów literatury gatunkowej. W sumie mam w stosunku do tej książki nieco mieszane uczucia i bynajmniej nie dlatego, że oczekiwałam klasycznego kryminału. Według mnie ten rozpisany na kilka zróżnicowanych głosów i na kilka planów czasowych obyczajowy obraz prowincjonalnej rzeczywistości jest bardzo zajmujący, a element kryminalnej intrygi wręcz mu ciąży. A już najbardziej niepotrzebny jest komponent fantastyczny, czyli rzekoma moc spojrzenia Kallmana. Nie jest to najlepszy Nesser, ale nawet nie najlepszy Nesser jest dobry.

David Lagercrantz  Co nas nie zabije - czwarty to Millenium, po który sięgnęłam na fali reklam kolejnej części i zapotrzebowania na odmóżdżacz. Choć trylogię Larssona przeczytałam z przyjemnością, byłam zdania, że jest w niej wiele irytujących elementów i przede wszystkim masa zbędnego pustosłowia. Fanfik Lagercrantza od części tych wad jest wolny - przede wszystkim bardziej skondensowany i mniej naszpikowany reklamami, co się chwali. Brak mu jednak także pazura, który Larsson mimo wszystko, nawet z poprawką na różne mało prawdopodobne zagrywki fabularne, miał.  Jest to całkiem zajmujący, ale w sumie bardzo przeciętny i nie stroniący od wyświechtanych motywów (genialny autysta, i to z akurat takim kombo talentów, jakie jest niezbędne fabularnie, dobra i zła bliźniaczka) thriller. Czyli można, ale nie trzeba.

Sarah Hillary Smak strachu to była u mnie powieść ostatniej szansy dla Marnie Rome i Noaha Jake'a. Szczęśliwie autorka zaproponowała tym razem lepszą i mniej przewidywalną historię niż w mocno rozczarowującej Nie ma innej ciemności. Najnowszy zwyrodnialec opiekuje się bezdomnymi dziewczętami, które zgarnia z ulic, ubiera w mundurki i w zamian za poczucie bezpieczeństwa oraz dach nad głową wymaga, by nie dorastały. Jest jednak tak zafiksowany na swoim urojonym obrazku idealnej rodziny, że umykają mu pewne drobne, ale istotne szczegóły. W końcu misterna konstrukcja zaczyna się sypać, a odrzucone fragmenty stają się przedmiotem śledztwa. Nie powiem, tym razem intryga jest bardzo wciągająca i potrafi autentycznie zaskoczyć. Wielką zaletą jest zminimalizowanie do minimum wewnętrznych dylematów Marnie i Noaha, które poprzednią powieść niemal mi obrzydziły. Tę mogę polecić z czystym sumieniem, jedynie nieznacznie ustępuje świetnemu W obcej skórze.

Hakan Nesser Karambol - cykl z - na tym etapie już byłym - komisarzem Van Veeterenem i ekipą śledczych z Maardam oszczędzam sobie i czytam po jednym tomie rocznie. Tegoroczna odsłona była bodaj najlepszą z dotychczasowych, a to sporo znaczy, bo to równa i niebanalna seria. Przesądza o tym niezwykle zgrabna fabularna konstrukcja, w której fatalnie skumulowane zbiegi okoliczności (oporna dziewczyna, uciekający autobus, deszczowa pogoda, brak wolnej taksówki) zapoczątkowują ciąg upadających kostek makabrycznego domina. Czy, jak chcą bohaterowie, interakcję bilardowych kul. Jedną z tych padających kostek jest syn Van Veeterena, co sprawia, że do wyjaśnienia sprawy rzucone zostają wszystkie policyjne zasoby. Nie na wiele się to jednak zdaje, bo to złożona historia. Kryminał na najwyższym poziomie i zarazem traktat filozoficzny. Tak się to powinno robić. Gorąco polecam.
niedziela, 02 lipca 2017
Lato z kryminałem 2017 (1): M&M, czyli Marinina i Marwood
Życie po życiu to była Kamieńska ostatniej szansy. Albo będzie dobra, albo żegnam się z cyklem na zawsze, bo ostatnio przynosił same rozczarowania. Cóż, Marinina znowu zdołała przekonać mnie swoją historią, więc z Nastią się jeszcze spotkamy. Tym razem wydająca Kamieńską na emeryturze Czwarta Strona zdecydowała się przedstawić czytelnikom pierwszą sprawę byłej analityczki kryminalnej w sektorze prywatnym. W prowincjonalnym Tomilinie ktoś zamordował, w odstępie półrocznym, w przedziwny i identyczny sposób, dwie starsze panie. Jedna wracała z wieczoru artystycznego znanej aktorki, druga, emerytowana śledcza prokuratury, została znaleziona na budowie. Łączyła je przynależność do zaskakująco nowoczesnego klubu Złota Jesień, w którym emeryci mogli różnorodnie spędzać wolny czas, m.in. nauczyć się obsługi Internetu i nawiązywać za jego pośrednictwem korespondencyjne znajomości. Poza tym ofiary dzieliło w zasadzie wszystko, co było przyczyną ich wzajemnej antypatii. Połączyły je pośmiertnie rozbite lusterka na na piersiach i kolczyki wyrwane z uszu.
Nastia musi wyjaśnić, czy w rozpropagowanej przez miejscową gazetę teorii, zgodnie z którą zabójcą jest obłąkany potomek rodu Rumiancewów, dawnych właścicieli posiadłości zajmowanej przez klub Złota Jesień, tkwi ziarno prawdy. Klub to oczko w głowie miejscowego oligarchy, Andrieja Biegorskiego, zleceniodawcy agencji detektywistycznej Stasowa. Biegorski jest osobą skrajnie apodyktyczną, szybko jednak się przekona, że Nastia nie będzie tańczyła tak, jak on chciałby jej zagrać.
Życie po życiu to taki klasyczny kryminał w starym stylu, z zamkniętą pulą podejrzanych, wyizolowaną posiadłością i siecią wzajemnych powiązań między postaciami, typowych dla małego, prowincjonalnego miasteczka z zaimpregnowaną hierarchią społeczną. Działa to na korzyść intrygi, w ramach której Marinina po raz pierwszy od dość dawna pokazuje, że jeśli chce, potrafi skonstruować sensowną i wielowątkową zagadkę z niebanalnym, a jednak niewydumanym rozwiązaniem, nie uciekając się do wątpliwych chwytów, takich jak eugeniczne eksperymenty, czy wygodnych wytrychów w stylu wszechmocnych macek mafii. Oczywiście, jak zwykle, tworzy również galerię postaci o zróżnicowanych życiorysach, demonstrując przy okazji, jak rozmaicie przejście na emeryturę może wpłynąć na ludzki charakter. Dotyczy to także głównej bohaterki, która z trudem odnajduje się w nowej roli i uczy działać bez wsparcia autorytetu funkcjonariuszki stołecznego wydziału zabójstw.

Najmroczniejszy sekret to moja pierwsza powieść Alex Marwood, bo recenzje poprzednich sugerowały, że raczej nie przypadłyby mi one do gustu. W tym wypadku o sięgnięciu po książkę zdecydowała Facebookowa polecanka Wojciecha Chmielarza. I nie zawiodłam się, choć lektura była dla mnie dosyć paradoksalnym doświadczeniem. Głównie zapewne wzięło się to stąd, że wbrew marketingowej oprawie kryminał jest to jedynie przy okazji, a głównie powieść obyczajowa. W czym, rzecz jasna, nie ma nic złego, ale jednak zawartość rozmija się z oczekiwaniami. W każdym razie w centrum historii znajduje się zagadka zniknięcia dziecka sprzed dwunastu lat, a jej bohaterami są rodzina i przyjaciele Seana - dewelopera-psychopaty. Sean jest postacią skrajnie antypatyczną, zatem jego śmierć nie budzi wielkiego smutku nawet w jego dzieciach. I nic dziwnego - ciężko żałować faceta, który zmienia żony jak rękawiczki, bo jest zazdrosny, że zamiast koncentrować się wyłącznie na nim i pełnić rolę wdzięcznej bankietowej ozdoby, zaczynają poświęcać uwagę ich wspólnym dzieciom. Pogrzeb Seana, zmarłego w kompromitujących okolicznościach, staje się jednak okazją do spotkania jego rodzin z rożnych etapów życia. Milly, jego druga pod względem starszeństwa córka, wspomina przy tej okazji dzień zaginięcia swojej trzyletniej przyrodniej siostry Coco, tuż po 50. urodzinach Seana. Jak się okazuje, nie tylko ona powraca myślami do tych wydarzeń, a z mozaiki wspomnień całej grupy bohaterów Marwood komponuje przerażająco-fascynujący obraz, z którego w końcu wyłania się prawda o zniknięciu Coco, ale przede wszystkim ponura prawda o priorytetach ludzi przywykłych do przywilejów klasy wyższej. Składanie tej mozaiki w całość, dzięki przekonującym portretom psychologicznym bohaterów i wielości perspektyw narracyjnych, stale podtrzymuje zainteresowanie czytelnika, co jest o tyle paradoksalne, że z czysto formalnego punktu widzenia powieść przypomina polski film - w zasadzie niemal nic się w niej nie dzieje. Są jednak pozycje dowodzące, że akcja to nie wszystko, i ta się do nich zalicza.
środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

sobota, 28 stycznia 2017
Serialowisko 2017 (1)
Zabrałam się niemal dwa tygodnie temu za Wowę. Wołodię. Władimira. Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich i jestem aktualnie w 55%. Fascynująca, ale monumentalna lektura, niemal 800 stron drobną czcionką. Pomyślałam sobie zatem, że to dobry moment, by po raz kolejny podjąć próbę bieżącego opisywania oglądanych seriali.

Sneaky Pete - już same nazwiska twórców: Davida Shore'a, ojca Dr House'a, i Briana Cranstona (który zresztą gra główny czarny charakter) wystarczyły, żebym dała szansę. A że gra jeszcze Margo Maritndale (Justified, The Americans), zaś w scenariuszu maczał palce Graham Yost (Justified) - nowa produkcja Amazonu po prostu nie mogła być zła. I nie jest. Niby prosta historia - oszust Marius, specjalizujący się w tak zwanych long cons (wyrafinowane przekręty z wielką stawką), wychodzi z więzienia, gdzie schronił się przed zemstą swojej ostatniej ofiary. Ponieważ nadal musi się ukrywać, podszywa się pod sąsiada z celi, którego rzewnych opowieści z dzieciństwa słuchał przez ostatnich parę lat. I jedzie do jego dziadków, którzy nie widzieli wnuka ponad dwadzieścia lat. Okazuje się, że rodzinny biznes to poręczenia majątkowe i chwytanie zbiegów, którzy po wpłaceniu kaucji nie zamierzają stawić się na procesie. A jeden z kuzynów jest policjantem. Równocześnie nasz bohater musi oddać swojej ostatniej ofierze, granej przez Cranstona, 100 tysięcy dolarów. Ma na to tydzień, inaczej jego brat będzie systematycznie pozbawiany różnych kawałków ciała. Naprawdę jednak Marius marzy głównie o zemście. Dobre. Ciekawe postacie, przyzwoity scenariusz, inteligentny humor. 7,5/10

Sherlock, sezon 4
- miałam nie oglądać, ale po przyzwoitej Abominable Bride dałam się skusić. I żałuję. Twórcy już kompletnie odlecieli, więc mimo całej sympatii dla aktorów i postaci raczej tylko się męczyłam. Były momenty (początek pierwszego i drugiego odcinka), były fajne motywy (pani Hudson!), ale poza trzecią, obiektywnie  najbardziej  wydumaną historią, kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje i jak to się skończy. W zasadzie zgadzam się z opinią Anneke o całym sezonie, z tym zastrzeżeniem, że trzeci odcinek uważam za lepszy od drugiego (w drugim groteską skandalicznie zmarnowali pięknie się zapowiadającego Złego). W trzecim przynajmniej z zainteresowaniem obserwowałam zmagania Sherlocka z samym sobą i z członkiem rodziny, no i Mycroft wyszedł na idiotę, co było uroczo odświeżające.

Endeavour
- zwykle był jasnym punktem trudnego do przetrwania początku stycznia, ale po 3 z 4 odcinków tegoroczny sezon będzie zdecydowanie najsłabszym. Widać wyraźne zmęczenie materiału, intrygi są wydumane, rozwlekłe i bez pazura. Wielka szkoda.

Taboo - taki był szum wokół tego serialu, bo Tom Hardy, bo mrok, bo od twórcy Peaky Blinders, o jerum pajtasz. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku byłam trochę zażenowana, bo straszliwa postać Hardy'ego raczej mnie bawiła swoim ostentacyjnym stylem emo, a już pies żywiący się zwłokami naprawdę nie był potrzebny. Ale dam jeszcze szansę, bo akcja w sumie nawet nie zdążyła się zacząć, a fama głosi, że coś się z tego wykluwa. Ktoś widział dalszy ciąg i może potwierdzić lub zaprzeczyć?

Chance - zabrałam się, bo Hugh Laurie, ale po pierwszym odcinku jakoś mnie nie porwało. Wczoraj po dłuższej przerwie obejrzałam odcinek drugi i dalej w zasadzie nic się nie wydarzyło, oprócz konfrontacji z mężem tajemniczej pacjentki (Cooper z Private Practice umie być groźny:O) i jakichś (prawdopodobnie) zwidów głównego bohatera pod koniec. Warto to kontynuować?

The Path, sezon 2 - pierwszy sezon oglądało się całkiem przyjemnie, w czym duża zasługa aktorów (Aaron Paul, Hugh Dancy, Michelle Monaghan), choć i scenariusz, początkowo dość sztampowy - bohater traci wiarę i odchodzi od sekty - ciekawie się z czasem rozkręcił. Ale dwa pierwsze odcinki nowego sezonu prowadzą opowieść w stronę, która kompletnie mi się nie podoba, wprowadzając elementy fantastyki, sugerujące, że Drabina i Światło to nie kocopały, tylko prawda, a Eddie (bohater Paula) ma być przepowiedzianym Zbawcą Ludzkości. Obym się myliła.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego? W najbliższych planach mam dokończenie powszechnie chwalonego The Crown, którego pierwszy odcinek, widziany dawno temu, też jakoś mnie nie porwał.
sobota, 16 lipca 2016
Lata z kryminałami c.d.
Upały szczęśliwie odpuściły w tym tygodniu, ale i tak pozostałam przy lżejszych lekturach. Nie wiem, co się ostatnio dzieje, ale chyba czytam troszkę szybciej niż przeciętnie. No to jedziemy z wrażeniami:)

Christer Mjaset To ty jesteś Bobbym Fischerem - powieść obyczajowa z mocno zakonspirowanym wątkiem kryminalnym. Wyprawa paczki przyjaciół w czasy dawno utraconej młodości przy okazji pogrzebu jednego z nich. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia co do tej książki. Czyta się całkiem przyjemnie, ale w zasadzie to materiału starczyłoby raczej na dłuższe opowiadanie niż niedługą mimo wszystkich wtrętów i ozdobników powieść. Ponadto, chociaż zwykle nie mam tego rodzaju wymagań, braki fabularnej dynamiki mocno eksponują totalną przezroczystość wszystkich postaci, na czele z głównym bohaterem. Zdystansowana emocjonalnie narracja w formie beznamiętnego raportu z przywoływanych zdarzeń była zapewne celowym zabiegiem autora, ale w połączeniu z dwiema wskazanymi wyżej cechami utworu sprawiła, że mimo teoretycznego dramatyzmu losy postaci i rozwiązanie tajemnicy z przeszłości (które dość szybko można zacząć podejrzewać) były mi całkowicie obojętne. Nie jest to zła lektura, ale o wiele lepiej oceniam Białe kruki.

Samuel Bjørk Sezon niewinnych - jedno z dwóch odkryć kryminalnych ostatniego czasu, powieść, która wciągnęła mnie niemal równie mocno, co polecane niedawno W obcej skórze. Choć pod wieloma względami jej ustępuje, przede wszystkim jeśli chodzi o koncepcyjną oryginalność, bo jednak seryjny morderca dzieci ścigany przez specjalną jednostkę z charyzmatycznym szefem (Holger) i wybitnie empatyczną śledczą w szponach nałogów, nękaną problemami z przeszłości (Mia) to mocno zużyty schemat. Niemniej są tu elementy świeże, zarówno w kreacji postaci (tu raczej w przypadku Holgera, który pod każdym względem odbiega od stereotypu policyjnego herosa, niż Mii, której kreacja niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając). Ale za to jak to jest dobrze rozpisane! Suspens i dynamika, że po prostu palce lizać, co skutecznie przykrywa mniejsze i większe głupotki, przynajmniej do czasu zakończenia lektury. A jeśli tak twierdzi ktoś tak czepialski jak ja, to można wierzyć na słowo. Nesbo to to nie jest, ale jak na debiutanta rokuje naprawdę wyśmienicie i trafia na moja listę must read.

Aleksandra Marinina Egzekucja w dobrej wierze - czyli aktualna, bo pisana w 2015 roku, Kamieńska na emeryturze. Poza tym, że bohaterka ma 54 lata, nie pracuje już w policji i od czasu do czasu narzeka na zmęczenie wywołane wiekiem, nie da się tego zauważyć. A gwarantuje odpoczynek od wkurzających motywów przemiany z szarej myszki w boginię seksu, więc ja tam co do zasady jestem za. Jest to tom z gatunku gospodarczo-biznesowych, bo Nastia z Jurą Korotkowem lecą na Syberię, by szukać odpowiedniej działki pod pensjonat - nową inwestycję banku brata Kamieńskiej. Wpadają tym samym w sam środek lokalnych układów biznesowo-politycznych, zwalczające się stronnictwa forsują bowiem odmienny przebieg nowej magistrali, a infrastruktura to dla lokalizacji pensjonatu kluczowa kwestia. W dodatku zbliżają się wybory samorządowe, a ktoś ewidentnie ryje pod aktualnym merem. I jako broń wykorzystuje ekologię. Do tego lokalny koloryt, różnice między działaniem policji na prowincji i w stolicy, zróżnicowana galeria interesujących i wiarygodnych postaci oraz trupy - te w szafie, z przeszłości, i te jak najbardziej dosłowne. W sumie bardzo udane połączenie, choć fabularnie nie jest to najlepsze dokonanie autorki. Ale spokojnie środek stawki.

James Runcie Sidney Chambers - Cień śmierci. Sześć opowiadań o księdzu z niewielkiej miejscowości w pobliżu Cambridge, który w pierwszej połowie lat 50. wspomaga miejscowego policjanta w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Cztery z nich zostały przeniesione na ekran w pierwszym sezonie polecanego tutaj przeze mnie swego czasu serialu Grantchester (tak się nazywa miasteczko, w którym ksiądz ma parafię). I dla osób, które zaczęły swoją znajomość z Sidneyem i Geordiem od serialu, książka będzie z tego względu pewnym rozczarowaniem. Bo fabularnie serial jest ekranizowanym opowiadaniom bardzo wierny, a stylistycznie historyjki są suche, wręcz napuszone (nie czytałam oryginału, więc nie wiem, na ile to kwestia stylu autora, a na ile wyborów tłumacza). O wiele bardziej autentyczni, żywi i budzący sympatię są zatem bohaterowie w swoich ekranowych wcieleniach niż na kartach opowiadań. W serialu lepsza jest również dramaturgia. Tylko dwa ostatnie opowiadania nie zostały (jeszcze) zekranizowane, ale suspensem to one nie powalają, co w zasadzie wyjaśnia motywy takiej decyzji twórców serialu. Niemniej, nawet znając większość fabuł, całość czyta się całkiem przyjemnie. Choć rekomenduję lekturę, a potem oglądanie serialu, który jest lepszy od literackiego pierwowzoru, co zdarza się bardzo rzadko.
sobota, 09 lipca 2016
Sekret, który mógłby nigdy nie wyjść na jaw
Dwa słowa: James Nesbitt <3. Uwielbiam tego aktora od czasu Jekylla, w którym pokazał czysty aktorski geniusz w podwójnej roli, i oglądam absolutnie wszystko, w czym gra. Szczęśliwie dla mnie i mojej nieszkodliwej, acz wieloletniej już, obsesji, gra w samych dobrych rzeczach. Nieszczęśliwie dla mnie, grając Irlandczyków, mówi wyjątkowo niewyraźnie. Ale dla niego jestem w stanie znieść nawet wymagające ćwiczenia fonetyczne. Zawsze warto. Nie inaczej jest w najnowszym serialu z jego udziałem. Czteroodcinkowy Secret produkcji ITV oparto na prawdziwej historii Colina Howella, w którego wciela się Nesbitt. Zarys jest dosyć znany, bo o sprawie było swego czasu bardzo głośno. Howell, głęboko religijny członek kościoła baptystycznego, dentysta i oddany ojciec dziesięciorga dzieci, skrywa tytułowy mroczny sekret. Swego czasu wdał się w romans z nauczycielką szkółki niedzielnej, podobnie jak on - zamężną i mającą dzieci. Uczucie łączące go z Hazel było bardzo silne, ale rozwód nie wchodził w rachubę, gdyż oznaczałby wykluczenie z kościelnej wspólnoty. Ponieważ oboje byli nieszczęśliwi w swoich aktualnych związkach, znaleźli sposób, by zachować wszystko, co dla nich ważne, a jednocześnie usunąć swoich partnerów.
Policja stwierdziła, że żona Howella i mąż Hazel popełnili samobójstwo. Każde z kochanków poszło własną drogą i znalazło sobie nowego partnera. Collin miał z drugą żoną kolejną piątkę dzieci. Dopiero po 19 latach przyznał się do zbrodni. Kreacja człowieka zmagającego się przez cały ten czas z własnymi demonami to kolejny przykład maestrii jednego z moich ulubionych aktorów. Serial jest mroczny, duszny, angażujący i naprawdę przerażający. Paradoks stanowiący jego oś -  religijność i potrzeba przynależności do kościelnej wspólnoty stały się motorem zbrodni, która nie wyszła by na jaw, gdyby Howell nie przyznał się ostatecznie kościelnej starszyźnie i nie został nakłoniony do pójścia na policję - jest chyba najstraszniejszy. Chociaż nie wiem, czy nie bardziej fascynuje mnie wątek Hazel - przedziwnej kobiety, która w planie zabicia dwojga ludzi widziała tylko jedną wadę - że raczej nie uda się ukryć winy ich małżonków. Potem zerwała kontakty z zabójcą, ale jednocześnie prowadziła zupełnie normalne życie, a gdy Howell się przyznał, zgrywała jego bezwolną ofiarę. Dobrali się w korcu maku, jak słowo daję. W każdym razie mocna rzecz, polecam.
P.S. Howell niedawno zasłabł w więzieniu, gdzie prowadził głodówkę w proteście przeciwko wyrokowi sądu pozbawiającemu go funduszy odłożonych na emeryturę. Wyrok zapadł, bo Howell molestował seksualnie pacjentki, którym wykonywał zabiegi w znieczuleniu.
sobota, 11 czerwca 2016
Serialowisko 2016 (2)
Mam wprawdzie 3 nieopisane lektury, ale walczę z przeziębieniem, praca mnie wyżęła intelektualnie, a katar nie sprzyja pogłębionym analizom, których wymagają dwie z nich:) Dlatego pomyślałam, że w końcu wprowadzę w czyn chwalebny zamiar w miarę aktualnego opisywania oglądanych seriali, zwłaszcza że tutaj również mam aż 3 tytuły. Dwa brytyjskie i jeden amerykański.

Zdecydowanie najlepszy z nich to licząca już 3 sezony produkcja Line of Duty. Głównymi bohaterami są policjanci pracujący w wydziale wewnętrznym i tropiący nadużycia we własnych szeregach. Choć każdy dotychczasowy sezon poświęcony był innej zabłąkanej owieczce, są także wątki, które konsekwentnie scenarzyści prowadzą w tle przez cały czas, tzw. intryga ramowa. Kurczę, zęby zjadłam na serialach tego typu, bo je lubię, ale chyba ostatni raz na The Shield aż tak bardzo (metaforycznie) obgryzałam paznokcie z przejęcia. Wciąga jak bagno, a każdy kolejny sezon (3 to w sumie 17 odcinków) jest lepszy od poprzedniego. Gorąco polecam i nie mogę się nadziwić, że mi umknął i nie oglądałam na bieżąco...

Making a murderer to amerykański rodzynek i serial, który ukończyłam dopiero niedawno, choć zaczęłam w styczniu. Obejrzałam 6 odcinków i musiałam zrobić przerwę (długą), bo tak mnie zdołował, że po prostu nie dawałam już rady. A najgorsze było jeszcze przede mną... Uważam jednak, że każdy, kto ma jakiekolwiek złudzenia co do wymiaru sprawiedliwości w ogóle, a wyższości systemu commmon law (USA&GB) nad kontynentalnym procesem w szczególności, obowiązkowo powinien go obejrzeć. A zwłaszcza politycy bredzący o wprowadzaniu czynnika społecznego do procesu. Krótko: to realizowany przez wiele lat dokument, historia człowieka, który najpierw spędził 18 lat w więzieniu za gwałt i uniewinniono go na podstawie badań DNA. Następnie, po kilku latach od uwolnienia i tuż przed zakończeniem procesu, jaki wytoczył policji stanowej, został ponownie oskarżony, tym razem o zabójstwo, i skazany na dożywocie bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia. A głównym dowodem przeciwko niemu były zeznania wymuszone przez funkcjonariuszy na jego mocno opóźnionym w rozwoju siostrzeńcu, kompletnie zresztą niekoherentne. Siostrzeniec ten w osobnym procesie, w którym był sądzony jak dorosły, choć w chwili rzekomego czynu miał 17 lat, został skazany za pomocnictwo do zabójstwa, zbezczeszczenie zwłok i gwałt, i wyjdzie najwcześniej w 2048 roku. W zasadzie jednym dowodem przeciwko niemu były jego własne, wymuszone zeznania, które potem odwołał. Nie pomogły żadne apelacje. Wszystkie odrzucono. Owszem, serial niewątpliwie jest tendencyjny. Ale patologie, które pokazuje, jasno dowodzą, że nawet jeśli wujek faktycznie zamordował, to nie dowiedziono mu winy ponad wszelką uzasadnioną wątpliwość, a siostrzeniec najprawdopodobniej siedzi za niewinność. KONIECZNIE.

Marcella to ośmioodcinkowy serial ITV, na który w pierwszym rzędzie zwrócił moją uwagę fakt, że jego scenarzystą jest Hans Rosenfeldt, współautor całkiem dobrych kryminałów i twórca genialnego serialu Broen. Potem okazało się, że główną rolę gra Anna Friel, którą pamiętam z uroczo szalonego Pushing Daisies. Punkt wyjścia jest dosyć sztampowy, główna bohaterka wraca do pracy w policji po 11 latach przerwy na życie rodzinne. Jej małżeństwo rozpadło się, mąż znienacka oświadczył, że odchodzi do innej kobiety. Dzieci, już w marę odchowane, przebywają w prywatnej szkole z internatem. Tak się dogodnie składa, że akurat, po równie wieloletniej przerwie, działalność wznawia seryjny zabójca, którego nasza bohaterka ściągała dawno temu bez rezultatu, choć miała wytypowanego podejrzanego. Akurat wyszedł z więzienia. Czy to tylko przypadkowa zbieżność? Marcella mną jednak jeszcze jeden, dosyć mroczny sekret. W chwilach szczególnego wzburzenia traci kontrolę, staje się agresywna, a potem nawet nie wie, co robiła. W pierwszej scenie widzimy ją w wannie pełnej krwi...
Bardzo zgrabnie poprowadzona intryga, choć Broen to nie jest. Mimo to wciąga, polecam.
sobota, 23 stycznia 2016
Third Strike, czyli Żniwa zła
Nowa powieść Rowling pod pseudonimem to podobnie paradoksalne doświadczenie czytelnicze jak Marsjanin, o którym wspominałam w poprzedniej notce. Kryminał to naprawdę słaby, gdy spojrzeć wyłącznie na intrygę, która jest mocno statyczna i powinna była rozstać rozwikłana przez byłego wojskowego śledczego o wiele szybciej, niż ma to miejsce w powieściowej rzeczywistości.
Jednocześnie to pierwsza część cyklu, przy czytaniu której nie miałam żadnych przestojów, chwil zwątpienia i odczucia, że natrafiam na dłużyzny. Mimo ewidentnej słabości na poziomie fabularnym Żniwa zła były z mojej perspektywy najbardziej wciągającą i angażującą emocjonalnie powieścią o Cormoranie i Robin.
Myślę, że jest to wypadkowa dwóch czynników - przede wszystkim niezaprzeczalnego talentu autorki, która ma niezwykły dar snucia opowieści i przedstawiania jej społeczno-obyczajowego tła, a także przemyśleń i emocji bohaterów, którzy zawsze są w jej historiach realistyczni, co ułatwia identyfikowanie się z nimi. Dzięki temu nawet wtedy, kiedy w zasadzie niewiele się dzieje, można tego niemal nie dostrzec.
Drugi klucz do sukcesu to wyprawa w enigmatyczną dotąd przeszłość Cormorana Strike'a i jego osobiste zaangażowanie w sprawę. Sprawca ma bowiem nadrzędny cel - chce się na detektywie zemścić, co staje się jasne już na samym początku, gdy do agencji dociera makabryczna przesyłka, zaadresowana na nazwisko Robin. Tym samym, chcąc rozwiązać zagadkę, Strike zmuszony jest przeprowadzić rachunek sumienia i stworzyć listę prawdopodobnych podejrzanych. Ostatecznie jest ich czterech, w tym ojczym bohatera, co daje pretekst do intymnych reminiscencji.
Wyjaśnia się też w końcu przyczyna, dla której Robin Ellacott, obecnie, po ukończonym kursie detektywistycznym, już nie sekretarka, a pełnoprawna współpracownica Strike'a, przerwała kiedyś studia psychologiczne. Żniwa zła to pierwsza w ramach cyklu okazja lepszego poznania dwójki bohaterów.
Ale jest w tej beczce miodu, obok wspomnianej na wstępie słabo poprowadzonej intrygi, jeszcze jedna wielka łycha dziegciu. Jeśli pamiętacie moją opinię o poprzednim tomie, łatwo się domyślicie, w czym rzecz:) Chodzi oczywiście o wzajemny pociąg bohaterów, już w zasadzie nieskrywany. W kontekście zbliżającego się ślubu Robin i Matthew problem urasta do wręcz niebotycznych rozmiarów, mają miejsce sceny zazdrości ze strony narzeczonego i rozmaite melodramatyczne kryzysy, których finał jest znany z góry. Mam takie przekonanie, że Gallbraith pozwoli się zejść swoim bohaterom dopiero w ostatnim tomie serii. A to jeszcze nie teraz, jako że nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka. Przedślubne hocki-klocki i pretekstowy nowy związek Strike'a z radiową prezenterką, przepiękną niczym nordycka bogini, niesamowicie mnie z tego względu wkurzały. Podobnie jak uporczywie nawracające wstawki narracyjne na temat "zakazanych myśli" każdego z protagonistów, dotyczących zawodowego partnera. A jak już mają w trasie nocować w motelu, to och, jakże niezręczna jest kwestia bukowania pokoi! Masakra:)
Jednak całość mimo wymienionych wad wsysa ze skarpetkami, więc kryminał może i słaby, ale rozrywka znakomita. Polecam!
niedziela, 29 listopada 2015
Ostatnio obejrzane seriale
To znaczy obejrzane od lipca, kiedy to powstał ostatni serialowy wpis. Dawno, wiem, no ale co poradzę, że nawet na oglądanie czasu ledwo mi starcza? Jestem bardzo dumna, bo w tym roku zredukowałam ilość oglądanych pozycji, eliminując kilka złogów. Ale zawsze dochodzi coś nowego i kółko w zasadzie się zamyka.

Narcos - po serialu Netflixa o Escobarze obiecywałam sobie bardzo wiele, a ostateczny rezultat okazał się nieco paradoksalny. Ogląda się bardzo dobrze, wciąga, fajnie pokazana jest zwłaszcza dwoistość w postrzeganiu Pablo przez rodzinę i resztę świata oraz pewne wewnętrzne rozdwojenie tej postaci. Jednak po seansie całości pozostaje pewien niedosyt, jakby twórcom zabrakło nieco odwagi, by pójść o krok dalej ku realizmowi. 7/10

Wikingowie - 3 sezony początkowo dość schematycznej, ale ciekawie ewoluującej i bardzo zajmująco opowiedzianej historii o Ragnarze, który miał ambicje odkrywcy. Lubię seriale Michaela Hirsta bo nie schodzą powyżej pewnego wysokiego poziomu i ten nie jest wyjątkiem, a nawet przebija The Borgias. Głównym plusem są ciekawe psychologiczne portrety postaci, wcale nie kreślonych tak grubą i prostą kreską, jak początkowo może się wydawać. Znakomita rozrywka w historycznym kostiumie, zdecydowanie polecam i czekam niecierpliwie na kolejny sezon. 8/10

Show me a hero to znakomita sześcioodcinkowa produkcja Davida Simmona, skoncentrowana wokół problemu społecznego wykluczenia jednostek nieprzystających do wzorca sukcesu (czy może kastowości społeczeństwa, gdy przyjmiemy, że wyznacznikiem kasty jest wysokość dochodów). Oparta na faktach historia dotyczy trudności z budową osiedla domków dotowanych przez państwo, dla uboższych lokatorów z niższych warstw społecznych. Opór mieszkańców dzielnic, w których budynki miały zostać ulokowane (kto by chciał mieszkać razem z czarnuchami, złodziejami, narkomanami? Niech sobie gdzieś żyją, byle nie na mojej ulicy!), doprowadził do długotrwałego procesu sądowego, wyboru młodego, aspirującego polityka na burmistrza i niemal całkowitego zrujnowania budżetu miasteczka. Historia ciekawa, wymagająca, wielowymiarowa i rozwijana początkowo dość wolno, ale bardzo konsekwentnie. Robi piorunujące wrażenie. Must see.

Doctor Foster - brytyjski sześcioodcinkowiec. Niebanalna realizacja teoretycznie sztampowego tematu małżeńskiej zdrady. Warto, także z uwagi na znakomicie grającą obsadę. 8/10

Flesh and bone to ośmioodcinkowy serial STARZ osadzony w środowisku baletowym. Towarzyszymy młodej, wybitnie uzdolnionej tancerce, która dostaje się do prestiżowego zespołu. Niby schematy, ale poruszające i niebanalnie zrealizowane. No i Dewey Crowe z Justified w intrygującej roli nawiedzonego bezdomnego koczującego pod budynkiem głównej bohaterki. Poleca się. 8/10

Grantchester to kolejna brytyjska produkcja, klasyczny kryminał. Młody ksiądz, weteran II WŚ z PTSD (które obficie zalewa whisky), rozwiązuje z cynicznym policjantem (w tej roli świetny jak zawsze Robson Green) zagadki kryminalne. Bardzo fajny klimat i całkiem niebanalne zagadki 7/10.

Trzecie sezony Raya Donovana i Masters of sex to zdecydowana zwyżka formy w obu przypadkach. Z Raya wywaliłabym tylko wątek Mickeya, bo bez przerwy serwują w nim to samo. 8/10

Longmire po przejęciu przez Netflixa w czwartym sezonie utrzymał poziom i klimat, co mnie bardzo ucieszyło, bo byłam pełna obaw. 8/10

Aktualnie oglądam Jessicę Jones i po sześciu odcinkach mroczny klimat oraz David Tennant w roli TEGO ZŁEGO zdecydowanie mnie przekonują, mimo że Daredevil zaczął się lepiej. Z ostateczną oceną się jednak wstrzymam.

W najbliższych planach mam brytyjskie podejście do Wikingów, czyli The Last Kingdom, oraz London Spy (Ben Wishaw - i wszystko jasne:). Na świąteczny urlop, do którego jeszcze tylko trzy tygodnie, zamierzam sobie heroicznie zachomikować ucztę, jaką zapewne będzie seans trzeciego sezonu Mostu nad Sundem.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka