Wpisy z tagiem: Terry Pratchett

wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
niedziela, 12 marca 2017
Garść cytatów na drugą rocznicę i Back in black
Smutną rocznicę. Rocznicę śmierci Terry'ego Pratchetta. Którego warto czytać, bo był niezwykłym, mądrym, zabawnym i kreatywnym pisarzem, a do tego rozumiał ludzi, jak mało kto.

Ramptopy zimą to parę sążni śniegu i lasy zmienione w zbiór cienistych tuneli pod zaspami. To leniwy wiatr, któremu nie chce się wiać dookoła ludzi, więc dmucha przez nich na wylot. Pomysł, że zima może przynosić radość, nigdy nie przyszedł do głowy nikomu z mieszkańców Ramptopów, którzy znają osiemnaście różnych określeń śniegu.*

*Niestety, żadne z nich nie nadaje się do druku.

Trzy wiedźmy

Był pulchnym młodym człowiekiem o cerze barwy czegoś, co żyje pod kamieniem. Inni zawsze mu doradzali, żeby zrobił coś ze swoim życiem. Zgadzał się z tym: chciałby z niego zrobić łóżko.

Panowie i damy

Szacunek społeczeństwa, myślała Angua. Tak, to wyrażenie Marchewy. Właściwie to wyrażenie Vimesa, chociaż sir Samuel zwykle spluwał po wymówieniu tych słów. Ale Marchewa w nie wierzył. To on zasugerował Patrycjuszowi, by zatwardziałym przestępcom dać szansę pracy „dla dobra społeczeństwa” przy odnawianiu domów osób starszych. Wprowadziło to dodatkowy element grozy do zwykłych lęków starości, a wobec poziomu przestępczości w Ankh-Morpork spowodowało, że przynajmniej jednej staruszce w ciągu sześciu miesięcy tyle razy wytapetowano pokój, iż teraz mogła do niego wchodzić tylko bokiem.


Na glinianych nogach


WSZYSTKO, CO ZASZŁO, POZOSTAJE ZASZŁE.
- Co to za filozofia?
JEDYNA, KTÓRA DZIAŁA.

Złodziej czasu

Byli co do jednego starcami. Ich zwykłe rozmowy składały się z litanii skarg na bolące stopy, brzuchy i grzbiety. Poruszali się wolno. Ale mieli pewien szczególny wygląd, szczególne spoj­rzenie.
Gdziekolwiek się znaleźli, mówiły ich oczy, już tutaj byli. Cokolwiek to było, już to robili, często więcej niż raz. Tylko nigdy, ale to nigdy nie kupiliby koszulki z nadrukiem. I wiedzieli, co to strach — to coś, co przytrafia się innym.

Ostatni bohater

- Co teraz zrobimy?
KUPIMY CI JAKIEŚ NOWE UBRANIE.
- To było nowe jeszcze dzisiaj... to znaczy wczoraj.
NAPRAWDĘ?
- Tato mówił, że ten sklep znany jest z taniej odzieży. - Mort biegł, żeby nie zostać w tyle.
UBÓSTWO JEST ZATEM JESZCZE BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCE NIŻ SĄDZIŁEM.

Mort

[O karze śmierci przez powieszenie]
Naprawdę sądzi pan, że to przeciwdziała przestępczości, panie Trooper?
– W ogólności... trudno powiedzieć, jako że trudno znaleźć dowody przestępstw niepopełnionych. – Kat jeszcze raz potrząsnął klapą. – Ale w konkretach jest bardzo skuteczne.
– To znaczy?
– To znaczy, proszę pana, że jeszcze nikogo tu nie widziałem więcej niż raz.

Piekło pocztowe

Back in black to krótki, wzruszający film dokumentalny, rodzaj hołdu dla Pratchetta i jego dorobku, o fanach i dla fanów, pełen niezwykłej, pozytywnej energii. Serdecznie polecam. Rocznicowo i nie tylko.
piątek, 23 grudnia 2016
Duch Strzeżenia Wiedźm (4)

Sanie pędziły po niebie. W dole przesuwały się ośnieżone pola.

– Hmmf – odparł Albert. Pociągnął nosem.

JAK NAZYWASZ TO WRAŻENIE CIEPŁA, KTÓRE CZUJESZ W ŚRODKU?

– Zgaga – burknął Albert.

CZYŻBYM WYCZUWAŁ NUTĘ NIEŚWIĄTECZNEGO ZRZĘDZENIA? – zapytał Śmierć. OJ, NIE BĘDZIE DLA CIEBIE CUKROWEJ ŚWINKI, ALBERCIE.

– Nie chcę żadnych prezentów, panie. – Albert westchnął. – Może tylko tego, żeby się obudzić i odkryć, że wszystko znów jest normalne. Przecież wiesz, że kiedy zaczynasz coś zmieniać, zawsze się to źle kończy.

ALE WIEDŹMIKOŁAJ MOŻE WPROWADZAĆ ZMIANY. NIEWIELKIE CUDA TU I TAM, I DUŻO WESOŁEGO HO, HO, HO. TO UCZY LUDZI RZECZYWISTEGO ZNACZENIA STRZEŻENIA WIEDŹM.

– Masz na myśli to znaczenie, panie, że świnie i bydło są pozarzynane, a przy odrobinie szczęścia dla wszystkich wystarczy jedzenia na zimę?

WIESZ, KIEDY MÓWIĘ O RZECZYWISTYM ZNACZENIU...

– O tym, że jakiemuś nieszczęsnemu biedakowi ucięli głowę w lesie, bo znalazł w obiedzie specjalną fasolę, więc teraz lato powróci?

NIE CAŁKIEM DOKŁADNIE TO, ALE...

– Ach, chodzi ci o to, panie, że zagonili na śmierć jakiegoś biednego zwierzaka, a potem strzelali z łuków do jabłoni, więc teraz cienie w końcu odejdą?

TO RZECZYWIŚCIE JEST JAKIEŚ ZNACZENIE, ALE...

– Aha, w takim razie chodzi ci o to, że rozpalali takie wielkie ognisko, żeby dać słońcu wskazówkę, bo powinno przestać się chować poniżej horyzontu i zabrać do normalnej pracy?

Śmierć milczał przez chwilę. Świnie przemknęły ponad pasmem wzgórz.

NIE POMAGASZ MI, ALBERCIE.

– To jedyne rzeczywiste znaczenia, o jakich wiem.

MYŚLĘ, ŻE MÓGŁBYŚ NAD TYM TROCHĘ POPRACOWAĆ.

– Tu chodzi o słońce, panie. Biały śnieg, czerwona krew i słońce. Zawsze tak było.

NO WIĘC DOBRZE. WIEDŹMIKOŁAJ MOŻE NAUCZYĆ LUDZI NIERZECZYWISTEGO ZNACZENIA STRZEŻENIA WIEDŹM.

Albert splunął przez burtę sań.

– Tak? Czy świat nie byłby miły, gdyby każdy był miły, co?

ZNAM GORSZE OKRZYKI BOJOWE.


W zasadzie ja też znam gorsze okrzyki bojowe:) Oby w te święta udzielił Wam się optymizm Śmierci zamiast zdrowego realizmu Alberta. Wszystkiego dobrego!

sobota, 12 marca 2016
12 cytatów na pierwszą rocznicę
Dzisiaj mija rok od śmierci Terry'ego Pratchetta. Z tej okazji postanowiłam wybrać kilka perełek, które - być może - skłonią kogoś do sięgnięcia po jego twórczość.

Poeci próbowali opisać Ankh-Morpork. Bez sukcesów. Może z powodu niepojętej, gorliwej żywotności miasta, a może dlatego, że miasto z milionem mieszkańców i bez żadnej kanalizacji jest zbyt mało subtelne dla poetów, którzy preferują żonkile i trudno im się dziwić. Dlatego powiedzmy tylko, że Ankh-Morpork jest tak pełne życia jak dojrzewający ser w upalny dzień, głośne jak klątwa w katedrze, jaskrawe jak plama oleju, barwne jak siniak i szumiące od działalności, interesów, ruchu i czystej, rozbuchanej aktywności niczym zdechły pies na kopcu termitów.

– Nie ma sprawiedliwości.
Śmierć westchnął znowu.
- NIE, przyznał, wręczając kielich paziowi, który ze zdumieniem stwierdził, że trzyma nagle puste naczynie. - JESTEM TYLKO JA.

Mort


Z Patrycjuszem zawsze tak wygląda, pomyślał z goryczą. Człowiek przychodzi do niego z całkowicie uza­sadnioną skargą, a potem wycofuje się tyłem, w ukłonach, z ulgą, że w ogóle może stąd wyjść. Trzeba oddać Patrycjuszowi sprawiedliwość, stwierdził niechętnie. Bo jeśli nie, wyśle ludzi, którzy sami ją wezmą.


- Przypominasz sobie?
Vimes próbował. Nie było to łatwe. Niejasno zdawał sobie spra­wę, że pił, aby zapomnieć. Zadanie było trudne, ponieważ nie pa­miętał już, o czym właściwie chce zapomnieć. Pod koniec pił już, żeby zapomnieć o piciu.

Straż, straż!


Co z zasadą nie wtrącania się do polityki? - spytała Magrat wpatrzona w plecy Babci.
Niania ujęła dziewczynę pod rękę.
- Rzecz w tym, że kiedy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że jest też inna zasada. Esme przestrzegała jej przez całe życie.
- Jak ona brzmi?
- Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre.

Trzy wiedźmy


Śmierć znalazł Zarazę w hospicjum w Llamedos. Zaraza lubił szpitale. Zawsze miał w nich coś do roboty.
W tej chwili próbował usunąć znad pękniętej umywalki tabliczkę \"Umyj ręce!\"

Złodziej czasu


Rozważmy żółwia i orla. Żółw jest stworzeniem żrącym na ziemi. Właściwie nie jest moż­liwe życie bliżej gruntu, jeśli nie przebywa się pod nim. Hory­zont żółwia sięga na kilka cali. Żółw porusza się z taką prędkością, ja­ka wystarcza do polowania na sałatę. Przeżył, gdy cała reszta ewolucji przemknęła obok, ponieważ - ogólnie rzecz biorąc - dla nikogo nie stanowił zagrożenia, a zjadanie go sprawiało zbyt wiele kłopotu.
A teraz weźmy orła. To istota, której światem jest powietrze i wy­sokie szczyty, której horyzont sięga aż po krańce ziemi. Orzeł ma wzrok tak ostry, że potrafi dostrzec maleńkie, piskliwe stworzonko przemykające o pół mili od niego. Czysta siła, czysta władza... Błyska­wiczna skrzydlata śmierć. Szpony i dziób takie, że przerobią na po­siłek cokolwiek mniejszego od orła, a zapewnią mu przynajmniej szybką przekąskę z czegokolwiek większego.
Mimo to orzeł potrafi godzinami siedzieć na urwisku i obser­wować królestwa tej ziemi, dopóki w dali nie zauważy ruchu. Wtedy skupia spojrzenie, skupia, skupia na maleńkiej skorupie koły­szącej się wśród suchych krzaków na pustyni. I zrywa się...
W chwilę później żółw odkrywa, że świat oddala się od niego. I widzi ten świat po raz pierwszy - już nie z wysokości jednego cala nad gruntem, ale z pięciuset stóp. I myśli: Jakimż wspaniałym przy­jacielem jest orzeł.
I wtedy orzeł go puszcza.
Prawie zawsze żółw spada i ginie. Wszyscy wiedzą, dlaczego tak się dzieje: grawitacja to nałóg, z którym trudno zerwać. Nikt nie wie, dlaczego orzeł to robi. Owszem, żółwiem można sobie dobrze podjeść, ale biorąc pod uwagę włożony w to wysiłek, praktycznie wszystkim innym można lepiej. Po prostu orły uwielbiają dręczyć żółwie.
Oczywiście, orły nie zdają sobie sprawy z faktu, że uczestniczą w bardzo prymitywnej formie doboru naturalnego.
Pewnego dnia żółw nauczy się latać.

Pomniejsze bóstwa


Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie pozwolić - całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je, aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów - a nogi i tak stale będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej.

Zbrojni


- Czy to ten moment, kiedy całe moje życie przesuwa mi się przed oczami?
NIE TEN MOMENT BYŁ PRZED CHWILĄ.
- Kiedy?
TO MOMENT, rzekł Śmierć, POMIĘDZY PAŃSKIMI NARODZINAMI A PAŃSKIM ZGONEM.

Prawda


Gdzieś na świecie, jak podejrzewał, żył człowiek siedzący na drugim końcu huśtawki, ktoś w rodzaju lustrzanego Rincewinda, którego życie składało się z samych cudownych wydarzeń. Miał nadzieję, że spotka kiedyś tego człowieka, najlepiej trzymając w ręku solidny kij.

Rincewind umiał wołać o litość w dziewiętnastu językach i po prostu wrzeszczeć* [przyp.: To ważne. Niedoświadczeni podróżnicy mogą przypuszczać, że „Aargh!” jest wyrażeniem uniwersalnym, jednak w beTrobi oznacza to „Wielce radosne”, w Howondalandzie natomiast rozmaicie: albo „Chciałbym zjeść twoją stopę”, albo „Twoja żona jest wielkim hipopotamem”, albo też „Witam, myśli pan Fioletowy Kot”. Pewne plemię zyskało przerażającą reputację okrutników tylko dlatego, że jeńcy krzyczą - ich zdaniem - ”Szybko! Dolać wrzącego oleju!”.] w kolejnych czterdziestu czterech.

Ciekawe czasy

Osoby mające skłonność do obojętnego okrucieństwa mawiają, że we wnętrzu każdej grubej dziewczyny jest szczupła dziewczyna i mnóstwo czekolady.

Carpe Jugulum


Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy.
sobota, 07 listopada 2015
Dysk, jak na porządny świat przystało, ma wszystko
Ja mam wprawdzie straszliwe zaległości w opisywaniu lektur (nowy Nesbo, nowy Kącki, kolejny Nesser), ale dzisiaj ich nie nadrobię za bardzo. Nadrobiłam deficyt snu i wybieram się na nowego Bonda. Jest natomiast szansa, że niedługo wyjdę na prostą, bo zafundowałam sobie długi weekend:) Tymczasem zapraszam do zapoznania się z moją recenzją Folkloru Świata Dysku.

Muszę przyznać, że początkowo byłam sceptyczna co do wartości poznawczej, jaką mogłaby mieć dla mnie lektura „Folkloru Świata Dysku”. Wszak wyłapałam w trakcie lektury powieści Pratchetta większość nawiązań do ziemskiej kultury, w sporej części celowo oczywistych, jak np. trawestacja „Makbeta” w „Trzech wiedźmach” czy „Upiora w operze” w „Maskaradzie”. Dlatego omijałam do tej pory anglojęzyczną wersję książki napisanej przez Pratchetta we współpracy ze specjalistką od folkloru Jacqueline Simpson i wydanej w 2008 roku. Jako że od września, kiedy to przeczytałam absolutnie ostatnią — z oczywistych i smutnych powodów — Dyskową powieść, byłam w cichej żałobie pod hasłem „nigdy więcej nowego Pratchetta”, na wieść o polskim wydaniu „Folkloru…” radykalnie zmieniłam dotychczasowe nastawienie do tej pozycji.
Resztę tekstu można przeczytać tutaj.
sobota, 12 września 2015
Mind how you go, czyli pożeganie z Dyskiem
No i stało się - jestem po lekturze Shepherd's Crown. Więcej nowych historii ze świata płynącego przez kosmos na żółwiu nie będzie. Samo to spowodowało, że do czytania przystępowałam na smutno. A rzeczy, które wydarzają się na kartach kolejnej opowieści o Tiffany Aching, czarownicy z Kredy, ostatecznie odnajdującej swoją drogę i sposób uprawiania tego niezwykłego zawodu, choć spójne i logiczne, smutek ten wydatnie pogłębiły. Jest to opowieść o tym, iż śmierć nie jest końcem, a jedynie nowym początkiem, podwaliną zmian. Od tych, którzy pozostają, zależy, czy będą to zmiany na lepsze, czy raczej wręcz przeciwnie. Z jednej strony, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości (co zresztą potwierdza posłowie autorstwa Roba Wilkinsa), że pewne kluczowe wydarzenia tej powieści autor planował od dawna, być może nawet od początku swojego pisania o małej serowarce z Kredy. Z drugiej - mimo to utwór, jak żaden inny od czasu diagnozy Pratchetta (postawionej w roku ukończenia znakomitej i gorąco polecanej przeze mnie swego czasu Nacji), naznaczony jest świadomością nadchodzącego końca.
Nie brakuje w nim przejmujących sekwencji, które wyciskają łzy. Dawno tak okropnie nie płakałam nad książką, choć Pratchett, tradycyjnie dla siebie, pisze o sprawach ostatecznych z dużą dozą pogody, traktując przemijanie jako naturalną kolej rzeczy. Każe nie opłakiwać zmarłych, ale pielęgnować wspomnienia o nich. Podkreśla, że liczy się przede wszystkim bilans ludzkiej egzystencji - jeśli udało nam się choćby trochę poprawić świat swoimi uczynkami, przeżyliśmy dobre życie i nawet Śmierć potrafi to docenić.
Równolegle w wątku nowego bohatera - Geoffreya, trzeciego syna szlacheckiego rodu, który zamiast miłować polowanie, promuje pacyfizm i wegetarianizm, a nade wszystko pragnie zostać męskim odpowiednikiem czarownicy - Pratchett powraca do wątków z Równoumagicznienia, twórczo je rozwijając. Wiele zresztą jest w Shepherd's Crown takich powrotów, m.in. do zagrożenia ze strony elfów. Pokonana niegdyś przez Tiffany Królowa musi się mierzyć z wewnętrzną opozycją na swoim dworze, bo bariery wokół ludzkiego świata uległy osłabieniu i jej poddani domagają się kolejnej inwazji.
W posłowiu Wilkins wspomina, że Pratchett nie zdążył dopracować swojej ostatniej powieści. Miejscami to widać. Mogłaby to zapewne być jeszcze lepsza książka, gdyby autor miał czas ją wyszlifować. Na pewno byłaby pełniejsza, pewne elementy zostałyby bardziej rozbudowane. Ale jest naprawdę dobra, pełna Mac Nac Feegle'ów, czarownictwa, dyskretnej mądrości i humoru. To godne zakończenie wyjątkowego cyklu, takie, którego niewątpliwie nie da się zapomnieć.
P.S. Oczywiście, przeczytam też polski przekład, bo w pełni zrozumieć Feegle'ów potrafi tylko PWC:)
czwartek, 12 marca 2015
Zmarł Terry Pratchett
Jeden z moich literackich guru, przed ośmioma laty skazany na powolne odpływanie w niebyt za sprawą rzadkiej i nietypowej postaci choroby Alzheimera, nie żyje. Kto czytał cokolwiek ze Świata Dysku, ten wie, jak ważną była problematyka śmierci i życia pozagrobowego, a także sama postać Śmierci, w tym uniwersum. I doskonale zrozumie wpis, który pojawił się na twitterze autora:

AT LAST, SIR TERRY, WE MUST WALK TOGETHER.
Terry took Death’s arm and followed him through the doors and on to the black desert under the endless night.
The End.

W wizji Pratchetta każdy dostawał taki zaświat, w jaki za życia wierzył. Sam Pratchett wierzył w prawo każdego człowieka do godnej śmierci i do decyzji o odejściu, póki jeszcze ma się świadomość pozwalającą na jej podjęcie. Mogłabym długo o tym, jakie to niesprawiedliwe i że nie ma drugiego takiego jak on. Oddając jednak głos bohaterowi dzisiejszego dnia:

NIE MA SPRAWIEDLIWOŚCI. JESTEM TYLKO JA.

Szczęśliwie, została cała masa genialnych książek, do których można wracać bez końca. Co, jak zawsze, tak i przy tej wyjątkowo smutnej okazji, polecam.
sobota, 17 stycznia 2015
Ekspresowy wpis zaległościowy
W pracy przenieśli mnie do innego wydziału, a to tak, jakby teleportowali mnie do innego wymiaru (i jakbym od nowa zaczynała pracę). W związku z tym znowu funkcjonuję jak zombiak. Dlatego dwie dobre książki polecę łącznię, bo nie chciałabym, żeby przepadły.

Jako pierwsze przeczytałam Białe kruki Christera Mjåseta. Bardzo dobra powieść obyczajowa, rozgrywająca się głównie na szpitalnym oddziale neurochirurgii, której głównymi bohaterami jest trójka pracujących tam, młodych i bardzo ambitnych, lekarzy asystentów. Okazuje się, że zamiast trzech obiecanych etatów będzie tylko jeden, o który bedą musieli walczyć. W powieści bardzo istotną rolę odgrywają wiarygodne i wciągająco poprowadzone wątki obyczajowe. O jej wartości świadczy to, że bardzo szybko czytelnik angażuje się w dylematy protagonistów, opisanych wyjątkowo prawdziwie. To samo odnosi się do przedstawienia blasków i cieni zawodu neurochirurga. Zdecydowanie warto. Podziękowania dla Jane Doe za polecankę:)

Następnie, znowu z polecenia, tym razem znalezionego na jednym z czytanych przeze mnie forów dyskusyjnych, sięgnęłam po Szybki cash Jensa Lapidusa. I był to świetny wybór. Ponownie mamy trójkę bohaterów - jeden zaczyna w więzieniu, drugi jako student jeżdżący na taksówce i usilnie aspirujący do wyższych sztokholmskich sfer, a trzeci zajmuje się wymuszeniami w jugosłowiańskiej mafii. Nie są jednak tylko ludźmi półświatka. Cash nie stanowi dla nich jedynego celu. Liczą się także rodziny, uczucia, szacunek dla samych siebie. Co czyni śledzenie ich perypetii (oczywiście w pewnym momencie ich ścieżki się krzyżują) jeszcze ciekawszym. Znakomicie napisane, z pewnością sięgnę po kolejne tomy Czarnej Trylogii Sztokholmskiej, a pierwszy polecam.
P.S. Dla zainteresowanych - recenzja zbioru wczesnych tekstów Pratchetta Smoki na zamku Ukruszon. Wydane przepięknie, ale jednak słabsze warsztatowo niż te z Mgnienia ekranu. Co nie znaczy, że złe.
piątek, 01 lutego 2013
Smutna, piękna, mądra
Miałam kiedyś nauczyciela, który namiętnie posługiwał się frazą-wytrychem: "Mądre jest to, co mówisz" - i za pierwszym razem efekt był nobilitujący, a potem człowiek szybko się orientował, że używa on jej zawsze, kiedy po prostu kompletnie nie zwraca uwagi na to, co zostało powiedziane. Jednak do Nacji  Pratchetta określenie mądra pasuje o wiele lepiej niż inteligentna. Powieść w prosty, ale przejmujący sposób porusza kwestie kluczowe dla kształtowania się światopoglądu każdego człowieka skłonnego do minimalnej refleksji nad sobą i światem. Niby bohaterowie - Mau i Ermintruda/Daphne - mają tylko po 13 lat, jednak zdecydowanie nie jest to literatura dziecięca ani młodzieżowa. Młodszym dzieciakom wręcz bałabym się ją dać do czytania, bo punkt wyjścia - zniszczenie całej populacji rodzinnej wyspy Mau (tytułowej Nacji) przez tsunami - jest dość makabryczny. Zarazem jednak konieczny, by chłopiec, któremu z powodu katastrofy nie dane było stać się mężczyzną zgodnie z plemiennym rytuałem, zmuszony był do zrekonstruowania sposobu, w jaki postrzega sam siebie i świat. Przejmująco oddaje autor wszystkie fazy jego żałoby, zaś kwestie fundamentalne z filozoficznego punktu widzenia wplecione zostają w akcję w sposób naturalny. Tsunami rzuciło na Nację także brytyjski statek, którego katastrofę przetrwała tylko jedna pasażerka - Ermintruda, dziewczyna o otwartym umyśle i sercu zranionym przez rodzinną traumę z przeszłości. Dzięki niej Mau przetrwał najgorszy okres, a potem na wyspę zaczęli przybywać kolejni ocaleni. Jeszcze nie wiedzieli, że chłopiec zaprowadzi zupełnie nowy porządek, a przełamanie tradycyjnych przekonań stanie się początkiem pasma niezwykłych odkryć.
W pewnym stopniu Nacja odbiega od pozostałej twórczości Pratchetta, bo praktycznie nie zawiera fantastyki (chyba że za takową uznamy obecność bogów). Pod innymi względami wiele ją jednak z jego dorobkiem łączy - niewymuszona filozoficzna refleksja, swobodny styl, znakomicie wpleciony humor. W każdym razie jest to wciągająca i angażująca emocjonalnie lektura z naprawdę niebanalnym zakończeniem. Z jednej strony żałuję, że sięgnęłam po nią tak późno (leżała na półce od Gwiazdki 2011). Z drugiej się cieszę, bo dzięki temu starczyło mi Pratchetta na dłużej. Cholera, czemu akurat taki człowiek musiał zapaść na chorobę odbierającą pamięć? NIE MA SPRAWIEDLIWOŚCI. Na szczęście wciąż pisze, a znakomitych pozycji zdążył stworzyć całkiem sporo. Nacja zdecydowanie się do nich zalicza.
piątek, 25 maja 2012
Cytacik z Niucha o moim ulubionym prawniku zombi
"[...] pan Slant kłania się (dość sztywno) ludziom bogatym i wpływowym, nie lubi błędów i nie lubi patrzeć, jak prawo jest kompromitowane przez niekompetentnych prawników i laików; uważa bowiem, że to konkretne zadanie należy pozostawić wyłącznie prawnikom doświadczonym, takim jak pan Slant, którzy potrafią załatwić to starannie, elegancko i licząc sobie 300 AM$ za godzinę. Pan Stoner powinien więc myśleć, że skoro okoliczni posiadacze ziemscy przerobili prawo tak, by im odpowiadało - co jest prerogatywą profesji prawniczej jako takiej - pan Slant nie będzie szczęśliwym zombi. Obyczaj i praktyka nie nakazywały już, by pan Slant stękał, chodząc rozkołysanym krokiem, wyciągając przed siebie obie ręce (dla lepszego efektu w jednej dodatkowo trzymając odciętą głowę), dlatego też wyładowywał swój zły humor na zadzierających nosa młodych prawnikach, którym w głowie się poprzewracało, rozmawiając z nimi spokojnym i cichym głosem. Później uważali zwykle, że w porównaniu z tym odcięta głowa stanowiła opcję wegetariańską." (T. Pratchett, Niuch s. 240 wyd. Prószyński i Ska 2012, tłum. Piotr W. Cholewa).

Ponadto mogę powiedzieć tak - PTerry pisał o wiele lepsze książki, ale gorsze też mu się zdarzały, szczególnie na początku cyklu. Owszem, postać Młodego Sama jest lekko przegięta, ale spójrzcie, jakich on ma rodziców: czy to w ogóle MÓGŁ być normalny dzieciak? Tak, w zasadzie wszystko to (niewolnictwo, prześladowanie innych ras, walka Vimesa z Ciemnością) już było na Dysku, i to wielokrotnie. Ale co z tego? Wilikins rządzi, a samą powieść oceniam jako solidne dyskowe stany średnie - 7/10
 
1 , 2 , 3
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka