Wpisy z tagiem: żenada

niedziela, 19 marca 2017
Siedzimy tu przez nieporozumienie (Hymn narodowy, Przemysław Wojcieszek, Emilia Piech)
Dziś w rubryce rozmaitości wpis teatralny.  Otóż przyjechał do mnie gość z Krakowa na weekend i chciałam gościa uraczyć tym, co Legnica ma najlepszego. M.in. teatrem, w którym poprzednio byłam na gościnnym występie Janusza Gajosa. Ponieważ akurat grali Hymn narodowy, to - po zapoznaniu się z pozytywnymi recenzjami - zasiadłyśmy sobie wczoraj na Scenie Gadzickiego. Swoją ścieżką, sam teatr Modrzejewskiej jest dramatycznie niedostosowany do potrzeb osób z problemami ruchowymi, co nie ulega zmianie od lat, na scenę dodatkowo trzeba się dostać po kolejnych schodkach, a tam - siedzenia na schodkowym rusztowaniu, mega niewygodne składane krzesła, co też nie jest bez znaczenia, bo spektakl trwa 130 minut bez przerwy. A czemu nie ma przerwy, stało się dla mnie jasne dość szybko. Gdyby była, to, nie ukrywajmy, są spore szanse, że nikt by po niej na dalszą część nie wrócił.
Przemysława Wojcieszka kojarzyłam z ciekawym spektaklem sprzed lat - Made in Poland. Nic nie przygotowało mnie na poziom artystyczny jego najnowszej sztuki. Zacznijmy od fabuły. Główny bohater to Mick Jagger ruchu związkowego lat 80., obecnie 55-letni alkoholik, pracujący jako biegły z zakresu pożarnictwa - Zbigniew (Bogdan Grzeszczak). Wydaje mu się, że wszyscy o nim zapomnieli, choć był, jak sam mówi, drugi po Wałęsie. Ale chcą go jako symbol zarówno młodzi i dynamiczni zwolennicy obecnej władzy, jak i podzielona opozycja. Przy czym ta druga frakcja podsyła mu na wabia 20-letnią Alicję (współautorka scenariusza Emilia Piech), która ma mu zawrócić w głowie i namówić do ponownego zajęcia miejsca na czele ruchu oporu. Idzie jej to marnie, bo Zbigniewa znacznie bardziej od wspominana i reanimowania przeszłości interesuje alkohol i sama Alicja, młoda, ponętna (choć głupiutka) i skłonna się oddać dla sprawy. W międzyczasie PiSiory wrzeszczą na KODziarzy (i odwrotnie) z rusztowań ustawionych po bokach wyłożonej kawałkami styropianu sceny, a kiedy już znużonym bohaterom uda się zasnąć po libacji i jałowych dyskusjach, ewentualnie zbliżeniu pozbawionym rewolucyjnego entuzjazmu, nawiedzają ich demony. I jakkolwiek jest w tym spektaklu wiele złych rzeczy (zbędny hałas, płaskie dialogi, nieustanne wrzaski, błyski i dymy), to jednak te demony są zdecydowanie najgorsze. Jest coś takiego jak metafora, taki środek wyrazu. I te demony mają nią niby być. No więc równie dobrze można by wziąć młot pneumatyczny. Bo mamy Andrzeja Dudę czytającego ustawy po nocy, Kukiza wrzeszczącego bez sensu o JOWach, Antoniego Macierewicza onanizującego się do nagrania z prezydenckiego Tupolewa (obrzydliwość), Krychę P., co biega po scenie, i prawie że tocząc pianę, opowiada, jak by to reedukowała pedałów, ewentualnie odrzuca kapustę pekińską, jak sobie uświadamia, że to z Chin, bądź łapie za gitarę i zachęca publiczność, by razem z nią śpiewała nowy hymn narodowy (o Bogu, jednowersowy). Satyra najniższego lotu, po prostu żenada. I wtedy wchodzi Paweł Palcat, laureat tegorocznej nagrody WARTO, jako Jarosław Kaczyński. Wcześniej był Macierewiczem (przepraszam, Antonim M.), ale to, co wyrabia jako Jarek K., to już jest pukanie w dno od spodu. Jarek najpierw zmaga się z workiem na zwłoki, tzn. z bratem. Potem staje z nagim torsem pokrytym tatuażami i zachęca widzów, by go obrażali, bo się ich nienawiścią karmi. Następnie sam ich obraża. A człowiek siedzi  i się głęboko zastanawia, co tu zaszło i jakim cudem ktoś dopuścił do realizacji ten dramatycznie rozdarty wewnętrznie scenariusz, w którym groteskowo gruba kreska (dajmy litościwie na to, że kabaretowa) miesza się z prościutką fabułką, nieudolnie udającą dojrzałą refleksję nad stanem polskiego społeczeństwa i politycznego sporu. Której puenta brzmi - trzeba chodzić po domach i rozmawiać z ludźmi ich językiem, nikt tego za was nie zrobi. No, z takim językiem to naprawdę nie wiem, do jakich ludzi - i, co ważniejsze, z jakim konkretnie przesłaniem - twórca chciał dotrzeć. Bo jeśli to ma być najlepsze, co nasz teatr ma do zaoferowania, to zdecydowanie nie jestem adresatem docelowym przekazu. Jedyne lepsze momenty to scenki pomiędzy posadzonymi na widowni Ireną (Anita Poddębniak) i Marianem (Paweł Wolak). A to o 500+, a to o broni elektromagnetycznej używanej na niewinnych mieszkańcach Legnicy. I o tym, jak Rosjanie manipulowali Bolkiem.  W sumie z 10 minut. Reszta powinna być milczeniem.
P.S. Dla porównania kilka profesjonalnych recenzji, polecam zwłaszcza pierwszą: 1, 2, 3.
P.S. 2 Wywiad z Przemysławem Wojcieszkiem z dzisiejszego Dużego Formatu.
sobota, 27 sierpnia 2016
Trzy dobre filmy i jeden bardzo zły
Wśród bieżącego repertuaru kinowego mam problem ze znalezieniem czegoś, co by mnie zainteresowało na tyle, by zainwestować w bilet (choć teraz np. poszłabym na Boską Florence, bo Meryl Streep i Hugh Grant, ale w moim kinie dają dwa seanse dziennie w malutkich salkach, więc jednak spasowałam). Zabrałam się zatem do oglądania tytułów nieco starszych, które wpadły mi w oko w latach poprzednich i czekały na swój czas. Powiem wam, że była to bardzo dobra decyzja.

Dama w vanie to oparta faktach historia bezdomnej kobiety, która - niespodzianka! - mieszka w vanie:) Latami w tej samej dzielnicy, przeparkowując go od czasu do czasu w inne miejsce. Po zmianie przepisów dotyczących parkowania na ulicy zdominowany przez matkę pisarz i scenarzysta teatralny pozwala jej zaparkować w obrębie swojej posesji. Ich przedziwna koegzystencja (pisarz z jednej strony brzydzi się bezdomnej dotknąć, z drugiej jest nią zafascynowany, pragnie poznać historię jej życia i nie pozwala obcym zrobić jej krzywdy) trwa kilkanaście lat, aż do śmierci kobiety, która z czasem staje się coraz bardziej niedołężna. Tytułową i zarazem główną bohaterkę gra Maggie Smith, która, co tu dużo mówić, kradnie ten film, czy może raczej go samodzielnie buduje? Jest po prostu genialna, wspaniale oddaje swoją grą wewnętrzne rozdarcie bohaterki, jej pragnienie niezależności i szacunku tym większe, im trudniejsza staje się jej sytuacja życiowa. Jednocześnie starsza, schorowana kobieta, w teorii będąca społecznym pariasem, do samego końca potrafi czerpać autentyczną radość z drobiazgów, takich jak szybka jazda ulica na wózku inwalidzkim. Świetny, słodko-gorzki film.

Złota dama to kolejna historia oparta na faktach i kolejny popis znakomitej aktorki. Tym razem jest to Helen Mirren, wcielająca się w Żydówkę, która próbuje odzyskać portret swojej ciotki pędzla Klimta. Obraz został w czasie II WŚ skonfiskowany przez nazistów, a następnie przejęty przez austriackie władze, komisja reprywatyzacyjna nie chce go oddać, gdyż stal się jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie elementów kulturalnego dziedzictwa kraju. Krewna sportretowanej przez Klimta kobiety przy pomocy znajomego prawnika występuje więc na drogę sądową, ale batalia ta nie będzie łatwa. Bardzo dobry, bynajmniej nie łzawy i skłaniający do refleksji o historycznej odpowiedzialności kolaborujących z nazistami oraz konieczności naprawy historycznych krzywd film.

LEGO - Przygoda czyli dla odmiany całkowicie fikcyjny (i w całości zbudowany z klocków - niesamowicie się na to patrzy) oraz o wiele bardziej rozrywkowy element zestawu. Stara jak świat historia o Wybrańcu, który był nikim, a nagle musi zbawić całe klockowe uniwersum, pełna popkulturowych nawiązań i humoru. Bardzo przyjemny, odprężający seans.

Na koniec zachowałam ostrzeżenie:

Zakładnik z Wall Street - film, który powinien się nazywać: Clooneyowi i Roberts zabrakło kasy na drobne wydatki w stylu n-tej prywatnej wyspy, wskutek czego zdecydowali się zagrać w straszliwej szmirze. Co więcej, w roli epizodycznej zrobił to także Dominic West, ale jego łatwiej mi zrozumieć, bo mimo wszystko ma zdecydowanie mniej pieniędzy. W każdym razie Clooney prowadzi show, w którym doradza Amerykanom, jak inwestować, trochę się przy okazji wydurniając, bo inaczej nikt by tego nie oglądał. Na podstawie jednej z takich rad, w wyniku awarii algorytmu inwestycyjnego w firmie Westa, Amerykanie tracą w jednej chwili 800 milionów dolarów. Jeden z poszkodowanych wdziera się na plan programu (którego producentką jest Roberts) i stara się uzyskać od prowadzącego odpowiedź, co było przyczyną awarii. Ponieważ grozi mu bronią i zmusza do założenia kamizelki z ładunkiem wybuchowym, Clooney ulega sugestiom, a po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że chłopak w zasadzie ma słuszność i nie należy pozwolić antyterrorystom go zabić. Realne, nie? Zwłaszcza że postać Clooneya to rzekomo cyniczny egoista oraz dupek bez serca. Odpuściłam jakieś pół godziny przed końcem, gdy Clooney, osłaniając terrorystę własnym ciałem, udał się z nim na przechadzkę przez miasto w obstawie SWAT, by uzyskać od Westa odpowiedzi. Już drugi w tym roku film z Clooneyem (po Ave, Cezar!), który okazał się wielką pomyłką.
sobota, 23 lipca 2016
Oblany test, czyli o adekwatnym tytule
Zeszłego lata odkryłam cykl Hjortha i Rosenfeldta o ekipie z Krajowego Wydziału Zabójstw i psychologu kryminalnym Sebastianie Bergmanie. Jak to u mnie często bywa, zaczęłam od trzeciego tomu, czyli Grobu w górach, a ponieważ wrażenia były bardzo pozytywne, poszłam za ciosem i łyknęłam tom czwarty - równie dobrą Niemowę. Na dwie wcześniejsze części  jakoś zabrakło mi pary. Niedawno ukazał się polski przekład kolejnego tomu, Oblanego testu, który mimo ostrzeżeń co do jakości kupiłam w promocji z okazji dwudziestopięciolecia wydawnictwa Czarna Owca za 12,90 zł i zabrałam się za czytanie. Wczoraj skończyłam, i zaprawdę powiadam wam - nie próbujcie tego w domu. No, chyba że brakuje wam żenująco słabych lektur.
Tym większa szkoda, że początkowo pomysł na zabójcę, jego motywację i sposób działania wydaje się niegłupi i na czasie. Nasz przyjemniaczek jest zażenowany popularnością gwiazdek reality shows, youtuberów i blogerów. Tym, że w dzisiejszym świecie sukces nie wymaga wiedzy. Więcej nawet - często kluczem do sławy bywa głupota, brak zahamowań i totalna bezpruderyjność. Tymczasem inteligentni, ciężko pracujący ludzie częstokroć nie są doceniani, latami klepią biedę i mogą tylko pomarzyć o luksusach i zainteresowaniu, jakimi obdarzani są aktualni bohaterowie dnia. Tę niesprawiedliwość zabójca postanawia nieco zniwelować, a co najmniej - skoncentrować publiczny dyskurs wokół problemu.
Tymczasem nasz dzielny autorski tandem (którego połowa odpowiada za genialne scenariusze Mostu nad Sundem) wziął ten całkiem dobry punkt wyjścia i zmarnował go tak, że aż czytać przykro. Najpierw sami sobie podstawili nogę, tworząc sprawcę zbyt inteligentnego, by zostawił jakiekolwiek dowody fizyczne czy inny (poza zgodnymi ze swoimi celami) punkt zaczepienia dla śledczych. A potem, ponieważ chyba wreszcie zauważyli, że nie mają jak się z tej matni wyplątać (przy czym zauważyli troszeczkę późnawo, bo pochłonęło ich budowanie telenoweli z wątków prywatnych bohaterów), sprawca ów nagle zaczął się zachowywać jak idiota i eskalował w sposób kompletnie niezrozumiały.
Wtedy zaś dołączył do niego w identycznym wzorcu postępowania nasz ulubiony milusiński Sebastian Bergman. Autorzy nie szczędzili wysiłków, by przekonać nas, że jest egoistycznym, cynicznym sukinsynem, który traumę żałoby łata przypadkowym seksem i na wszelki wypadek nie angażuje się w żadne bliższe związki z ludźmi. W Niemowie spróbował i najwyraźniej mocno mu to zaszkodziło na spójność wewnętrzną. Teraz niby próbuje wrócić do starych sprawdzonych wzorców, a jednocześnie zbudować więź z córką. Co, niestety, wzajemnie się wyklucza, ale mimo wybitnej jakoby inteligencji oraz kompetencji zawodowych Sebastian jakimś cudem tego nie dostrzega. Kiedy już rzeczywistość całkowicie go zaskoczy, dowodząc, ze swoim postępowaniem zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na prawidłowe relacje z własnym dzieckiem, w odruchu obronnym zdecyduje się na akt heroiczny. Który pasuje do niego wprost idealnie.
W ogóle pretekstowe twisty, gorsze od najsłabszych i najbardziej naciąganych numerów Deavera, to coś, czego w Oblanym teście dostaniemy od groma. A sposób, w jaki poprowadzono wątek Billy'ego, przekracza granice prawdopodobieństwa i dobrego smaku. Cieszą mnie chyba tylko losy Torkela.
Jestem zdegustowana i robię sobie trochę przerwy od kryminałów.
sobota, 16 sierpnia 2014
The Killing - sezon 4, czyli: jak - bynajmniej nie delikatnie - zabić logikę postaci
Trzymajcie się z daleka.
I na tym mogłabym, w zasadzie, skończyć ten wpis. Ale gdzie by wtedy była zabawa? Ano... w lesie:> Właściwie miałam sobie już darować, bo traumę seansu zakończyłam w poprzednią sobotę, więc emocje zdążyły wywietrzeć i generalnie mi przeszło. Ale pomyślałam: nie, tak nie można, to mogą obejrzeć niewinni.
Realizując zatem zasadę odpowiedzialności społecznej na łamach tego oto bloga, przemogę się i spróbuję mimo wszystko nieco szerzej uargumentować swoje stanowisko/ostrzeżenie/postulat/prośbę/ocenę bogomniechbędądzięki ostatniej odsłony tego serialu. W związku z czym będą spoilery, ale takie, że naprawdę nie będziecie żałować zapoznania się z nimi, bo zaoszczędzą wam 6 godzin życia.
Jak, być może, pamiętają niektórzy spośród najwierniejszych czytelników, trzeci sezon podobał mi się bardzo, aż do idiotycznego rozwiązania zagadki tożsamości zabójcy nastolatek, o czym pisałam tutaj. Miał potencjał na zostanie najlepszym, został najgorszym. Logiczne wydaje się zatem pytanie, co skłoniło mnie do sięgnięcia po kolejny.
Odpowiedź to: przejęcie serialu przez Netflix i mała liczba odcinków (6 sztuk). Jedno i drugie dawało nadzieje na godne zamknięcie całej historii, która, było  nie było, skończyła się olbrzymim cliffhangerem. Nadzieje te wzmogło dosyć interesujące otwarcie serii, w którym poznaliśmy nastoletniego ucznia szkoły militarnej, znalezionego w rodzinnym domu z raną głowy. Zabawy z bronią się zdarzają, ale tu scenerii dopełniały malowniczo rozsiane po rezydencji zwłoki całej rodziny delikwenta (sztuk 4, rodzice i dwie siostry, młodsza lat 10). Nie trzeba Sherlocka Holmesa, nawet tego z BBC, co zagadki rozwiązuje wolniej niż ja, żeby odgadnąć, kto z miejsca zostaje głównym podejrzanym. Dowodów jednakowoż niedostatek, a raniony w głowinę chłopak zapadł był na amnezję pourazową i nie pamięta, żeby strzelał. Sprawę dostaje duet naszych bohaterów. Który aktualnie ma na głowie nieco ważniejsze rzeczy, bo właśnie wspólnie zatuszowali popełnione przez Linden zabójstwo.
Linden tradycyjnie schizuje, a dodatkowo (i to nieprzyjemna nowość) zachowuje się jak idiotka. Konkretnie - bez potrzeby przetrzymuje w domu dowody w postaci narzędzia zbrodni, łusek (z których jedną udaje jej się zgubić) i TELEFONU OFIARY. To ostatnie nie bez kozery wytłuściłam, bo na przetrzymaniu idiotyzmy się nie kończą. Królowa Śledczych Sarah L. a) wysyła z tego telefonu po jakimś czasie smsa do córki ofiary, podszywając się pod ofiarę; b) gdy już postanawia się go pozbyć, jedzie wrzucić go do jeziora na miejscu zbrodni.
Ponadto cały scenariusz oparty jest na takich psychologicznych kliszach, że aż zęby bolą. Dziewczyna Holdera zachodzi w ciążę, co indukuje w tym ostatnim lęk, że jako nałogowiec nie sprawdzi się w roli ojca. W konsekwencji... zgadliście, Holder wraca do nałogu.
Pojawia się syn Linden, który, widząc zły stan psychiczny matki, postanawia go pogłębić, aranżując spotkanie z jej wyrodną biologiczną matką, a swoją nigdy niewidzianą babcią. Mamy retrospekcje z małą Sarą z wiatraczkiem na wesołym miasteczku i makabryczny sen z tymże wiatraczkiem. Oraz ogólny dramat.
Dyrektorka szkoły wojskowej okazuje się niespełnioną baletnicą (OMFG, a to jeszcze nie było najgorsze...) i równie niespełnioną matką (owszem, najgorsze było to, czyją...).
Ostatecznie kołek w serce wbiło mi jednak zakończenie, rozgrywające się po latach, w którym Holder odszedł z policji i pracuje z narkomanami, a Sarah powraca, by odkryć, że jego związek jakże dogodnie się rozpadł, i (po krótkim namyśle) postanawia osiąść jednak w Seattle mimo niesprzyjających warunków pogodowych, by poszukać szczęścia u jego boku.
KURTYNA.
Słowem, nie wszystko złoto, co z Netflixa.
niedziela, 25 maja 2014
Let's jump a shark! Or ten at once!
Czasem tak to jest, że uczciwość intelektualna nakazuje odszczekać swoje wcześniejsze opinie. Nie czuję się tak do końca winna, że polecałam w czerwcu zeszłego roku pierwszy sezon serialowego Hannibala. Bo w końcu polecałam z zastrzeżeniami. Ale po obejrzeniu wczoraj finału drugiego sezonu zdecydowanie chcę tę polecankę odwołać. Nikt nigdy za moją sprawą drugiego sezonu tego serialu oglądać nie będzie:) Ja, żeby była jasność, też już więcej tej produkcji Fullera oglądać nie będę. Uczciwie ostrzegam, poniżej znajdzie się pewna ilość spoilerów.
W drugim sezonie Hannibala irytowało mnie sporo rzeczy: nachalne psychologiczne paralele między bohaterami, swobodny, w najlepszym razie, stosunek do logiki,  robienie z rzekomo inteligentnych protagonistów kompletnych idiotów. Do pewnego momentu byłam w stanie sama siebie przekonać, że to wymóg przyjętej konwencji. Jak już jednak kiedyś stwierdziłam gdzie indziej, istnieją granice akceptowalności predefiniowanego przegięcia. I tak sporo, z sympatii do bohaterów i aktorów, zniosłam. Żywego ptaka wylatującego z ciała podczas sekcji zwłok. Człowieka, Który Pragnął Zostać Prehistorycznym Niedźwiedziem (acz wtedy, czyli jakieś 4 tygodnie temu, zaczęłam się powoli mentalnie pakować).
Tak się jednak, fortunnie czy nie, złożyło, że po wyżej wspomnianym pretendencie do skórzanego wdzianka scenariusz przewidywał wprowadzenie rodzeństwa Vergerów. Uważam ich (głównie Margot) za jedne z najciekawszych postaci literackiego pierwowzoru. Ciekawiło mnie, jak zostanie poprowadzony wątek okaleczenia Masona (którego, nota bene, gra Michael Pitt, czyli Jimmy Darmody z Zakazanego imperium - moim zdaniem świetnie). Mimo idiotycznego motywu z ciążą Margot, stanowiącego jedynie skromne preludium do rodzinnych czy pararodzinnych niespodzianek finałowych, wątek Vergerów był jasnym punktem drugiego sezonu. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi wychodzi, że jedynym. Uśpił moją czujność, choć przecież walka Hannibala z Jackiem Crawfordem z ostatniego odcinka została widzom pokazana już na początku pierwszego epizodu. Ale co tam walka z Crawfordem! Mamy tu zmartwychwstania, zwierzenia i masowy mord. Oraz zero logiki, która najwyraźniej jest na wakacjach i nie musiała na to patrzeć, więc trochę jej zazdroszczę. Normalnie latynoski tasiemiec. Jedyny sensowny komentarz, jaki mi się nasunął, brzmiał: WTF? Jeśli to nie był jeden z najwyżej punktowanych skoków przez rekina w historii telewizji, to musiała to być utracona u źródła cnota cycatej córki młynarza.
P.S. Gdybyście chcieli bardzo dobrego serialu, który w tym roku, także w drugim sezonie emisji, zaliczył wielki skok jakościowy na plus, takiej antytezy Hannibala, serdecznie polecam waszej uwadze The Americans - znakomity, z każdym odcinkiem lepszy, aż do świetnego finału. Aż się chce czekać na kontynuację. 
poniedziałek, 10 marca 2014
Proszę o informację
Po dłuższej przerwie powrócił na antenę trzeci sezon Once Upon a Time. W związku z wydarzeniami, które miały miejsce w epizodzie wyemitowanym przed przerwą, podjęłam - dojrzewającą we mnie od dawna na podłożu narastającego zażenowania wymysłami scenarzystów - decyzję o zaprzestaniu śledzenia wyżej wymienionej produkcji.

Stąd prośba, sygnalizowana w tytule notki (stanowiąca zarazem spoiler, o czym lojalnie uprzedzam):

JEŚLI KTOŚ SPOŚRÓD CZYTELNIKÓW OGLĄDA NADAL, NIECH DA MI ZNAĆ, JAK JUŻ WSKRZESZĄ RUMPLE'A, OK?

Co, nie mam najmniejszych wątpliwości, nastąpi. Z góry dziękuję. Robert Carlyle jest, począwszy od sezonu drugiego, jedynym powodem, dla którego w ogóle jeszcze oglądam OUAT.
Wstyd mi, ale co robić, wszyscy mamy swoje słabości:)
środa, 07 sierpnia 2013
Pierścionek z niebieskim oczkiem i o, laboga, moja noga, czyli jak zrujnować dobry serial
Na wstępie OSTRZEŻENIE: osoby, które nie widziały trzecich sezonów Luthera i The Killing, a ewentualnie miałyby na to kiedyś w niesprecyzowanej przyszłości ochotę (choć szczerze odradzam) - nie powinny czytać dalszej części niniejszego wpisu, bowiem będzie ona zawierała spoilery.
niedziela, 07 kwietnia 2013
Dmuchawiec się w grobie przewraca:/
Ale chyba dobrze, że nie dożył wydarzeń opisanych w McDusi, bo by musiał, biedak, umrzeć z zażenowania. Jedyne, co było w tej książce fajne, to jego dary "zza grobu".
A poza tym tak:
- totalna masakra Idy (skąd u niej nagle ta mania higieniczna, ja się pytam? i od kiedy jest chamska i wyprana z empatii?);
- totalna masakra Laury (ta, te zwierzęce, bezrozumne pomruki Adamm w dowolnych momentach... ech, Tygrysie, gdzieżeś ty?);
- wszyscy naokoło są źli, tylko Borejkowie to jedyna enklawa cnót, świętości i prokreacji;
- Gaba odkrywa,  ze ESD było mitem;
- wszyscy gadają jakimś drętwym językiem, kompletnie już oderwanym od realiów;
- wyjaśniło się, co dolega Pyziakowi, że śmiał porzucić Gabriellę - otóż niezdolność kochania (swoją drogą, nigdy tak bardzo nie zgadzałam się z Juliuszem w jego ocenie Borejkowszczyzny);
- i w ogóle to Grzegorz to taka jej nagroda pocieszenia, wierny psiak, ale nie kocha go tak samo, jak ongiś podłego Pyziaka.

Mogłabym tak godzinami (poczynając od idiotyzmu koronnego - skoro są ferie świąteczne, to czemu Magda nie wsiadła do samolotu i nie polecała do Paryża, do rodziny, tylko spędza je z obcymi ludźmi? Odpowiedzi: żeby zadurzyć się w miągwie - nie uznaję.), ale mi zwyczajnie szkoda niedzielnego wieczoru. I słów.

Wiedziałam, że nie należało sobie robić krzywdy i tego czytać, ale skusiła mnie analiza na Niezatapialnej Armadzie. Znaczy, chciałam sobie wyrobić opinię o tekście przed zapoznaniem się z analizą. A teraz to już wszystkiego mi się odechciało:P Tak umierają legendy...
To mój ostatni kontakt z "nową" Jeżycjadą.
sobota, 05 stycznia 2013
Upadek prasy papierowej
W artykule poświęconym Krzysztofowi Krauzemu w najnowszym numerze Polityki czytamy, że mamy do czynienia z filmem opartym na autentycznych faktach.
Nie mam pytań. Bo nie ma po co pytać, czy redakcji nie wstyd. Jakby było wstyd, to ktoś by tekst przeczytał przed oddaniem do druku. Z korektą w Polityce od lat jest systematycznie coraz to gorzej, ale czegoś takiego jeszcze nie spotkałam. Może jestem polonistyczną skamieliną, ale trochę mi smutno.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Krwi, krwi, krwi - c.d.
Recka nie oddaje wprawdzie w pełni traumatycznego doświadczenia, jakim była lektura dzieła pana Huso, niemniej jednak myślę, że nawet ten wycinek daje niezłe pojęcie o skali zgrozy nieszczęsnej ofiary.
Są cytaty:) Co prawda nawet nie te najlepsze, ale musiałam się ograniczać.
Może choć ktoś się pośmieje, będzie pożytek z mojej męki.
Ostrzeżenie przed dziełem ponawiam z całą stanowczością.
 
1 , 2 , 3
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka