Wpisy z tagiem: Hannibal Lecter

niedziela, 25 maja 2014
Let's jump a shark! Or ten at once!
Czasem tak to jest, że uczciwość intelektualna nakazuje odszczekać swoje wcześniejsze opinie. Nie czuję się tak do końca winna, że polecałam w czerwcu zeszłego roku pierwszy sezon serialowego Hannibala. Bo w końcu polecałam z zastrzeżeniami. Ale po obejrzeniu wczoraj finału drugiego sezonu zdecydowanie chcę tę polecankę odwołać. Nikt nigdy za moją sprawą drugiego sezonu tego serialu oglądać nie będzie:) Ja, żeby była jasność, też już więcej tej produkcji Fullera oglądać nie będę. Uczciwie ostrzegam, poniżej znajdzie się pewna ilość spoilerów.
W drugim sezonie Hannibala irytowało mnie sporo rzeczy: nachalne psychologiczne paralele między bohaterami, swobodny, w najlepszym razie, stosunek do logiki,  robienie z rzekomo inteligentnych protagonistów kompletnych idiotów. Do pewnego momentu byłam w stanie sama siebie przekonać, że to wymóg przyjętej konwencji. Jak już jednak kiedyś stwierdziłam gdzie indziej, istnieją granice akceptowalności predefiniowanego przegięcia. I tak sporo, z sympatii do bohaterów i aktorów, zniosłam. Żywego ptaka wylatującego z ciała podczas sekcji zwłok. Człowieka, Który Pragnął Zostać Prehistorycznym Niedźwiedziem (acz wtedy, czyli jakieś 4 tygodnie temu, zaczęłam się powoli mentalnie pakować).
Tak się jednak, fortunnie czy nie, złożyło, że po wyżej wspomnianym pretendencie do skórzanego wdzianka scenariusz przewidywał wprowadzenie rodzeństwa Vergerów. Uważam ich (głównie Margot) za jedne z najciekawszych postaci literackiego pierwowzoru. Ciekawiło mnie, jak zostanie poprowadzony wątek okaleczenia Masona (którego, nota bene, gra Michael Pitt, czyli Jimmy Darmody z Zakazanego imperium - moim zdaniem świetnie). Mimo idiotycznego motywu z ciążą Margot, stanowiącego jedynie skromne preludium do rodzinnych czy pararodzinnych niespodzianek finałowych, wątek Vergerów był jasnym punktem drugiego sezonu. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi wychodzi, że jedynym. Uśpił moją czujność, choć przecież walka Hannibala z Jackiem Crawfordem z ostatniego odcinka została widzom pokazana już na początku pierwszego epizodu. Ale co tam walka z Crawfordem! Mamy tu zmartwychwstania, zwierzenia i masowy mord. Oraz zero logiki, która najwyraźniej jest na wakacjach i nie musiała na to patrzeć, więc trochę jej zazdroszczę. Normalnie latynoski tasiemiec. Jedyny sensowny komentarz, jaki mi się nasunął, brzmiał: WTF? Jeśli to nie był jeden z najwyżej punktowanych skoków przez rekina w historii telewizji, to musiała to być utracona u źródła cnota cycatej córki młynarza.
P.S. Gdybyście chcieli bardzo dobrego serialu, który w tym roku, także w drugim sezonie emisji, zaliczył wielki skok jakościowy na plus, takiej antytezy Hannibala, serdecznie polecam waszej uwadze The Americans - znakomity, z każdym odcinkiem lepszy, aż do świetnego finału. Aż się chce czekać na kontynuację. 
środa, 26 czerwca 2013
Savoir-manger, czyli niespodziewany renesans doktora Lectera
Jak ktoś być może jeszcze pamięta, przed rozpoczęciem emisji Hannibala byłam sceptyczna wobec powodzenia projektu. Jaki okazał się pierwszy sezon? Przede wszystkim zwodniczy, ale raczej w stylu strzelmy produkcji w stopę, ole! Rzecz w tym, że pierwsze odcinki są beznadziejnie nieadekwatne do całej reszty. Sugerują, że będziemy mieć do czynienia z wariacją na temat klasycznego procedurala. Po dwóch epizodach bliska byłam skreślenia serii. Wiem o wielu osobach, które tak właśnie postąpiły, i nie mogę szczerze powiedzieć, żeby mnie to dziwiło. Niestety. Ja zostałam z czystej ciekawości i dlatego, że na punkcie bohaterów Harrisa - zwłaszcza tego z niebanalnym gustem kulinarnym - mam od lat nieszkodliwego hysia.
A niestety dlatego, że, im dalej w las, tym - co do zasady - ciekawiej. I inaczej. Nagle kończą się jednorazowe wątki, postaci zaczynają powracać i oczywistym staje się, że głównym tematem nie będą kolejni łapani zabójcy, ale wyrafinowana gra Lectera Grahamem. Nie z Grahamem, bo Graham - mimo swoich wybitnych zdolności, skrajnej empatii etc. - to przy Hannibalu taka bezradna sierotka, co się cieszy, że znalazła przyjaciela i ostoję. Fakt, że widz od samego początku zna prawdziwą naturę eleganckiego psychiatry, scenarzyści znakomicie potrafią wygrać. I nie mówię tu tylko o inside jokes odnoszących się do kanibalizmu ani o fakcie, że za każdym razem, kiedy Hannibal podejmuje kogoś posiłkiem (gotowanie i jedzenie pokazane jest w serialu po prostu mistrzowsko), widz musi się zastanawiać nad źródłem produktów mięsnych. Dzięki temu widz nawet w pozornie niewinnych uwagach doktora odnajduje drugie dno.
Przy tym jednak muszę zaznaczyć, że zdecydowanie nie wszystko mi się podobało. Wątek z drugim seryjniakiem "zalecającym" się do Lectera był beznadziejny (na szczęście zamknięty w jednym odcinku). Było również w dalszej części kilka rozwiązań co najmniej naciąganych. Ale końcówka (dwa ostatnie epizody) była już bardzo elegancka.
Najmocniejszą stroną tego serialu są dwa genialne trafienia obsadowe. Hugh Dancy w roli Grahama rozwija skrzydła stopniowo, ale pod koniec wspaniale balansuje na krawędzi obłędu. Mads Mikkelsen zaś jako pierwszy pokazuje prawdziwą naturę Hannibala Lectera. Hopkins był genialny jako demoniczny geniusz zła. Ale to było już po schwytaniu. Dzięki umiejętnościom Mikkelsena po raz pierwszy można pojąć, czemu Lecter tak długo pozostawał na wolności. Jest Hannibalem opisanym przez Harrisa. Koneserem sztuki i dobrego jedzenia, a nade wszystko zręcznym manipulatorem, co umożliwia mu łowienie dowolnie wybranych okazów "ludzkiego bydła" bez zwracania na siebie uwagi. Ślepota agenta Jacka Crawforda, jego podatność na "urok" psychiatry, gdy w innych kwestiach wykazuje takie zdolności dedukcyjne, że nie mamy najmniejszej wątpliwości, iż bez łusek na oczach błyskawicznie dodałby dwa do dwóch, jest tego wspaniałą ilustracją.
Warto, więc proszę - nie dajcie się zniechęcić początkowi. Przy wszystkich wspomnianych zaletach serial jednak nie łapie się do mojej pierwszej ligi. Jest dobry, ale do geniuszu sporo mu brakuje. To, co otrzymałam, i tak przewyższa oczekiwania wyjściowe o kilka poziomów. A zatem: bon appetit! I hope vou've got a strong stomach.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Czerwony smok - początek
A zatem, w oczekiwaniu na zakończenie pierwszego sezonu serialowego Hannibala, które nastąpi w tym tygodniu i wówczas się o produkcji obszerniej wypowiem, nadrobiłam ostatnią zaległość filmową z działki "ekranizacje prozy Thomasa Harrisa". W postaci Manhuntera z 1986 w reżyserii Michaela Manna (tytuł polski: Łowca).

Szczerze powiedziawszy, z jednoznaczną oceną tego obrazu mam spory problem. Porównania z późniejszą ekranizacją, już z udziałem "kanonicznego" Lectera, czyli Hopkinsa, Ralphem Finnesem w roli Francisa Dolarhyde'a, Edwardem Nortonem wcielającym się w Willa Grahama i Emily Watson jako Reebą są w tym wypadku nieuniknione. Tym bardziej, że Czerwonego smoka wysoko cenię.

Nie da się jednak ukryć, że są i w Łowcy elementy zasługujące na uwagę. Inaczej rozłożono w tym wypadku akcenty w scenariuszu, o wiele wyraźniej stawiając Grahama w centrum opowieści. Ta operacja została zrealizowana bardzo ciekawie, nastrojowo i konsekwentnie. Można dostrzec mrok w Willu i chyba głównie tym tropem szedł Fuller, konstruując swoją serialową wersję wzmiankowanego bohatera. Will (William Petersen) to też jedyna lepsza niż w Czerwonym smoku kreacja aktorska z Łowcy.

Tylko że mnie - osobie znającej książkowy pierwowzór - takie założenie (Graham w centrum) egoistycznie i czysto subiektywnie nie odpowiada. Nie przez przypadek powieść nazywa się Czerwony smok. W centrum powinien być Francis, a tutaj wątek tej postaci poprzycinano (zręcznie i sensownie, fakt) w sposób dla mnie niemożliwy do przyjęcia, z Reeby robiąc w dodatku ochoczą dziewoję. Wycięto też - poza jedną migawką obrazu - czerwonego smoka, przemianę Dolarhyde'a sprowadzając do mętnych psychologicznych ogólników. Jak wspomniałam, rozumiem powody, ale negatywnej oceny takiego posunięcia to nie zmienia.

W oderwaniu od powieściowego pierwowzoru film jak najbardziej się broni - jest mroczny, nastrojowy, trzyma w napięciu. Ja jednak nie potrafię go tak postrzegać i stąd jestem w stanie - za wszystkie dostrzeżone zalety - dać najwyżej 7/10.

Jeszcze słowo o Hannibalu Lecterze z Łowcy, czyli Brianie Coksie. Do niedawna byłabym z miejsca na nie. Jednak Mads Mikkelsen pokazał mi, że Hannibal niejedno ma imię. W filmie pozycja tej akurat postaci niemal dokładnie odpowiada powieściowej - Lecter jest zaledwie konsultantem Grahama, ale też obiektem uwielbienia i przewodnikiem Francisa. Cox - mimo niewielu scen - potrafił pokazać demoniczny charakter swojego bohatera, jednocześnie ma w sobie pobłażliwość i nonszalancję powieściowego Hannibala, którą u Hopkinsa częstokroć przyćmiewa efekciarska demoniczność. Więc właściwie jestem na tak. Nie podobało mi się tylko to, że Will powiedział synowi, iż Lecter mordował licealistki. W tej chwili jednak nie pamiętam, czy tak samo nie postąpił w powieści, upraszczając naturę zbrodni doktora na użytek chłopca, zatem nie będę o to drzeć szat.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka