Wpisy z tagiem: Jakub Żulczyk

niedziela, 16 lipca 2017
Zybork zły - i to nie tylko metafora, ale i ostrzeżenie (Jakub Żulczyk, Wzgórze psów)

Po miesiącach czytelniczo tłustych przychodzą miesiące chude – tak musi być. Ale kiedy cegła na 864 strony okazuje się mizerotą możliwą do sensownego i bardziej strawnego od oryginału skondensowania na maksymalnie dwustu pięćdziesięciu, uważam, że jako czytelnik mam prawo być zła. Normalnie powiedziałabym, że przede wszystkim na siebie, ale w tym wypadku czuję się oszukana przez autora. Bo wcześniej pokazał, że umie napisać naprawdę dobrą (choć nie tak genialną, jak powszechnie twierdzono), intrygującą formalnie i wciągającą powieść. Gdyby nie Ślepnąc od świateł, żadna siła nie skłoniłaby mnie do sięgnięcia po Wzgórze psów Jakuba Żulczyka. A tak byłam ciekawa. I ciekawość okazała się pierwszym stopniem może nie do piekła, ale do krainy coraz to większych negatywnych zaskoczeń. Najlepiej podsumował to sam autor, choć zapewne miało to być takie ironiczne mrugnięcie do czytelnika:

 Oczywiście książka jest kupą gówna. Dobra, kupą to może za dużo powiedziane. Taką sowitą, stołową łyżką gówna. Jest chyba gorsza niż moja pierwsza książka. Miała być o powrocie, a w sumie jest chyba o niczym. Historia jest szczątkowa. Człowiek, czyli ja, chodzi po mieście, w którym kiedyś mieszkał. Zagląda w kolejne okna. Szuka śladów życia. Spotyka duchy. Próbuje z nimi rozmawiać. Kurwa, nawet nie ma sensu tego opowiadać. To po prostu zdania. Zajęły w sumie półtora zeszytu. To zasadniczo niewiele, ale mam nadzieję, że wystarczy. Musi wystarczyć, bo więcej nie będzie. Więcej nie da rady. Muszę przepisać ją na komputerze, aby wysłać plik mojemu agentowi. To będzie jeszcze gorsze niż pisanie, ale gdy to zrobię, on wyśle mi zaliczkę, którą wytargował z jakimś kolejnym wydawnictwem. Kupę forsy. Z pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nie mam pojęcia, jak on to zrobił, i nie mam zielonego pojęcia, co ja z tym zrobię. W każdym razie kazałem mu przysiąc, że nie będzie żadnych wywiadów. Żadnych zdjęć. Żadnego przyjeżdżania tutaj. Żadnego zawracania głowy ani mnie, ani nikomu innemu. Po prostu: tekst, pieniądze, cześć. Poinformowałem go, że może wysłać mi jeden egzemplarz.

Grzesiek powiedział, że jest niezła, chyba lepsza od tamtej, chociaż zupełnie nie rozumie, o co w niej chodzi.

– Jak będzie się nazywać? – pyta Kaśka.

– To ważne? – odpowiadam.

– Ważne – mówi. – To zajebiście ważne.

– Wzgórze Psów – odpowiadam po dłuższej chwili.

– Niezły, poetycki taki – mówi głos za mną, głos mężczyzny, głos jak mróz, głos, który gdyby tylko chciał, mógłby zmrozić całą tę kiełkującą trawę.

Co poradzę, autorecenzja Mikołaja Głowackiego idealnie podsumowuje moje odczucia co do Wzgórza psów. No, niemal idealnie, bo dochodzi jeszcze srogi żal, że autor nie poszedł w ślady swojego bohatera i nie ograniczył się objętościowo. Jest to bowiem właśnie historia o powrocie w rodzinne strony bohatera – autora jednej świetnej książki, w której zniszczył rodzinne mazurskie miasteczko w Polsce C. A zniszczył, bo obwiniał się o śmierć swojej byłej dziewczyny, o śmierć swojej matki, i musiał tę winę przerzucić gdzie indziej. Sukces debiutu zniszczył z kolei samego Mikołaja, który za niesamowitą furę hajsu, jaka na niego nieoczekiwanie spadła, chciał kupić sobie ucieczkę od poczucia winy. Resztki pozbierała z ziemi Justyna, dziennikarka pracująca w dziale reportażu Krajowej (czemuż nie Wyborczej?), i nawet się z tymi zreanimowanymi resztkami hajtnęła. Tylko że Mikolaj się nie starał, nie chciał napisać kolejnego hitu, chałturzył, a Justynę zwolnili. W efekcie oboje muszą wrócić w rodzinne strony Głowackiego, a swoje kupione na kredyt lokum w stolicy wynająć Portugalczykom. Będą mieszkać z ojcem Mikołaja, trzeźwym alkoholikiem, despotą, inicjatorem referendum przeciw uwikłanej w sitwę burmistrzowej, jego drugą żoną Agatą, alkoholiczką jak najbardziej pijącą, choć dyskretnie i głównie małpki kolorowych wódek, i dwójką ich dzieci – Jankiem i Joasią. Na tym samym podwórku stoi drugi dom, w którym mieszka rozwiedziony młodszy brat bohatera – Grzesiek. Grzesiek pije, gra na automatach, a jego małżeństwo się rozpadło, wcale nie dlatego, że żona to zła kobieta była.  W tę idyllę wkroczy jednak prawdziwe zło, kiedy zaczną znikać kolejni mieszkańcy Zyborka. Ktoś tutaj wymierza starotestamentową, choć odroczoną o kilkanaście lat, sprawiedliwość, obnażając przy okazji lokalny układ. Klucz do tajemnicy tkwi w przeszłości, w wydarzeniach lata 2000, które zniszczyło Mikołaja.

Nie brzmi źle, prawdaż? Czytać w sumie też się daje, ale żeby bezboleśnie, to już nie mogę uczciwie powiedzieć. Przede wszystkim główną treść stanowi niepotrzebna do niczego wata słowna. Drobiazgowe opisy tego, kto którą ręką ruszył, a którą brew podniósł, nie są bynajmniej najgorsze. Wszechobecne „aby” we wszelkich odmianach być może tylko mnie doprowadzało do szału, ale w sumie to nieszkodliwy drobiazg. Najgorsze są przemyślenia bohaterów-narratorów (głównie Mikołaja i Justyny), niezróżnicowane na poziomie stylistycznym w żaden sposób (osobę aktualnego narratora identyfikują końcówki gramatyczne),  idealnie przezroczyste (jak nie znoszę tego określenia-wytrycha, tak do tej jednostajnej brei myślowej pasuje jak ulał).

Uczucia kiedyś cię zabiją. Jak mają cię nie zabić, skoro poza nimi nic nie ma? Najwyżej jakaś ziemia, jakieś słońce. Generalnie coś, co tam sobie istnieje, coś poza tobą. Rośliny, zwierzęta. Niech sobie istnieje. I tak przestanie istnieć razem z tobą. Dla człowieka człowiek to wszystko, co ma. Człowiek to worek uczuć, ślepych jak pożar. Człowiek bez przerwy wpatruje się we własne uczucia tak jak w pożar.

Mój dom jest w brzuchach robaków.

Kto wie? Ilu z nich wie, o co chodzi? Za wszystkimi zamkniętymi drzwiami komend i urzędów, domów, mieszkań w blokach. Ilu z nich się boi? Ilu uważa, że szatan istnieje i w każdej chwili może przyjść, i uciąć im głowy, i zjeść ich dzieci?

Kalt to szatan, może mają rację, ale czy to on jest prawdziwym złem?

Czy diabły mogą zabijać inne diabły? Czy właśnie to nie byłaby idealna sytuacja, pozwolić wszystkim diabłom pozabijać się nawzajem?

I Żulczyk tak potrafi całymi stronami, wcale go to nie męczy ani nie żenuje. Ciężko to znieść, by dobrnąć do ciekawszych kawałków. A im dalej w treść, tym mocniej proporcje słownej waty i pseudofilozofii do fabularnego mięsa (bo w warstwie literackiej jest tu niestety, obawiam się, tylko najtańsza mielonka z puszki)  zmieniają się na korzyść waty. Fabularny kotlet zaś też koniec końców okazuje się wielokrotnie odgrzewanym schematem. A już ten geniusz zła Kalt to postać iście komiksowa, nie dziwota, że musi przeciw niemu stanąć lokalne wcielenie Punishera.

U Smarzowskiego to zadziałało, bo było skondensowane do niecałych dwóch godzin, dobrze wyreżyserowane, zrealizowane, zagrane, a przede wszystkim intrygujące i trzymające w napięciu. U Żulczyka tajemnica tonie w bezsensownej paplaninie, a groza stępiona jest groteską. Zabójczo skutecznie. Najgorsza powieść, jaką przeczytałam w tym roku.

czwartek, 03 września 2015
Lektury urlopowe
Wróciłam:) Madera to bardzo piękne miejsce, w którym jest mnóstwo unikalnych roślin, potraw, alkoholi i niesamowitych widoków. Była to również okazja do niespodziewanej rehabilitacji, ponieważ to wyspa powulkaniczna - wszędzie zatem w górę lub w dół, i miliony schodów na dokładkę:)) Łatwo nie było, ale dałam radę i naprawdę było warto.

Znalazłam też oczywiście czas na czytanie.

Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka zaczęłam jeszcze przed wylotem. Jest to niewątpliwie powieść ciekawa i warta uwagi, choć irytowała mnie ponadnormatywna odporność głównego bohatera na bezsenność, urazy i inne licznie doznawane krzywdy oraz jego (moim zdaniem dosyć łopatologiczne i denerwująco przerysowane) majaki. Niemniej inne elementy - przemyślenia Jacka na temat innych bohaterów i świata, obserwacje socjologiczne, kreacje pozostałych bohaterów, bardzo wiarygodny język - robią świetne wrażenie. Na pewno świadczą o znacząco większych umiejętnościach autora, niż by wynikało z kilku czytanych przeze mnie opowiadań. Warto sięgnąć. 8/10

W następnej kolejności sięgnęłam po Cudzoziemca w Olondrii Sofii Samatar, powieść z serii Uczta Wyobraźni, czekającą od dawna na czytniku na swoją kolej. Pomyślałam, że egzotyka Madery dobrze się skomponuje z tym tytułem - i miałam rację. To absolutnie niezwykła, przepięknie przełożona na polski przez Michała Jakuszewskiego, nastrojowa opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości przez młodego Jevicka z Tyomu. Po śmierci despotycznego ojca przejmuje on jego interesy i w sprawach handlu pieprzem wyrusza do obcej krainy, której mieszkańcy spisują księgi (vallon). W Tyomie w ogóle nie używa się pisma. Przygotowując syna do przejęcia schedy, ojciec przywiózł mu z Olondrii nauczyciela, który miał zapoznać młodzieńca z językiem i zwyczajami tej przedziwnej części świata. Nie przewidział tylko jednego - jak bardzo Jevick pokocha książki. Olondria stała się obsesją chłopaka. A nie wiedział o niej nie tylko wszystkiego, ale nawet części tego, co wiedzieć powinien. Podróż Jevicka to także opowieść o niezwykłym uczuciu, jakie połączyło go z przypadkowo spotkaną konającą dziewczyną i okazało się silniejsze od śmierci. A przede wszystkim o walce dwóch porządków - pierwszy, oparty na tradycji, symbolizuje przekaz ustny. Drugi uosabiają pismo i księgi. Nic tu jednak nie jest proste, a sama historia, poruszająca i wywołująca szeroką gamę rozmaitych uczuć, pełna opowieści w opowieściach i stylistycznie nieco przywodząca na myśl publikowaną w ramach tej samej serii twórczość Catherynne M. Valente, skutecznie opiera się próbom streszczenia i kategoryzacji. To bardzo dojrzały debiut, warty poznania. 8/10

Potrzebowałam potem nieco oddechu, sięgnęłam zatem po znanego i lubianego, ale od jakiegoś czasu zaniedbanego, komisarza Van Veeterena. Komisarz i cisza Nessera to tradycyjnie bardzo solidny, głęboko przemyślany kryminał. Obok wciągającej intrygi, osnutej wokół brutalnych mordów dziewczynek spędzających wakacje na obozie zorganizowanym przez sektę i przechodzących duchowe przygotowania do przyjęcia w poczet wspólnoty, autor przemyca równie zajmujące rozważania. Jak policjant ma oddzielić osobiste przekonania i antypatie od obowiązków służbowych? Jak pogodzić wolność wyznania z poszanowaniem bezpieczeństwa publicznego? Jak daleko sięga domniemanie niewinności? Którędy przebiega granica między zaniechaniem a nadużyciem policyjnych uprawnień? Z tego połączenia spójnej intrygi z nienachalną, acz ważną i bynajmniej niepowierzchowną (a także niełatwą) refleksją powstaje zdecydowanie niebanalna całość. Dzięki prostocie i lekkości stylu autora tekst się po prostu połyka. 8/10

Na koniec (doczytywałam już po powrocie) zostawiłam sobie mocny akcent, czyli Cynkowych chłopców - zapis rozmów, które białoruska pisarka, Swietłana Aleksijewicz, przeprowadziła z weteranami wojny w Afganistanie z lat 1979-1989 oraz matkami i żonami poległych tam żołnierzy. Nie będę ukrywać, że książka jest po prostu przerażająca. Z losów jednostek, tak czy inaczej dotkniętych tym konfliktem, wyłania się boleśnie spójny obraz skutków patriotycznej indoktrynacji, naiwnej wiary w oficjalną propagandę, bezwzględnego manipulatorstwa i hipokryzji aparatu państwowego oraz dramatycznych realiów samej wojny. Tragicznych warunków, w jakich żyli i umierali żołnierze, braku sprzętu, lekarstw, bezwzględnego wyzyskiwania "kotów", wszechobecnej śmierci i kompletnego odczłowieczenia przeciwników. Automatyzmu zabijania, gorącej nienawiści, bezustannie pulsującej adrenaliny. Pojawia się też w trakcie lektury zasadnicze pytanie - czy lepiej było wrócić z wojny w cynkowej trumnie, do której nawiązuje tytuł, czy przeżyć? Gdy prześledzi się losy ocalałych, tych okaleczonych fizycznie i wysłanych na groszowe renty, a następnie nazwanych zdrajcami, a także tych okaleczonych psychicznie, którzy w życiu po wojnie nie potrafili się odnaleźć, odpowiedź przestaje być oczywista. W książce zamieszczono również, na zakończenie, dokumentację procesów cywilnych wytaczanych autorce za naruszenie dóbr osobistych przez niektórych bohaterów kilka lat po publikacji, co jest osobną - intrygującą, smutną i znamienną - historią. Nie jestem w stanie polecić tej książki, bo jej lektura stanowi bardzo ciężkie przeżycie. Ale niewątpliwie powstała w określonym celu - przeciwko wojnie - i cel ten znakomicie, choć wyjątkowo przejmująco, realizuje. Koszmary po lekturze niewykluczone. 10/10
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka