Wpisy z tagiem: Zygmunt Miłoszewski

niedziela, 15 kwietnia 2018
Mogło być lepiej, a wyszło jak zawsze (Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski)
Ze sporym zdumieniem odkryłam najnowszą powieść Miłoszewskiego na liście pomocniczej dla elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego. A jako że 2017 był w polskiej fantastyce wyjątkowo ubogi (dwa tygodnie temu miałam 4 książki warte choćby rozważenia przy nominowaniu, przy czym wyłącznie co do Niepełni Anny Kańtoch miałam niezbite przekonanie, że na tę nominację zasługuje), postanowiłam, jak na dobrego elektora przystało, przed końcem głosowania nadrobić tę zaległość.
Pomysł na powieść jest niezbyt skomplikowany – para małżeńska z pięćdziesięcioletnim stażem, Ludwik i Grażyna, podczas prywatnych obchodów okrągłej rocznicy rozpoczęcia swojego związku cofają się w czasie do jego początku. Znów jest rok 1963, a oni dostają unikalną szansę – mogą ponownie przeżyć swoje życie, razem albo osobno. Jednak, choć bohaterowie mieszkają mniej więcej w tych samych miejscach w Warszawie, nie wszystkie okoliczności przyrody pozostały bez zmian. I modernistyczna architektura blokowiska Ludwika nie stanowi najważniejszej różnicy. Po kilku latach powojennych rządów komuniści zostali obaleni z pomocą Francji. Polską rządzi prezydent Eugeniusz Kwiatkowski i popierająca go liberalno-chłopska większość parlamentarna, a w Warszawie zamiast Pałacu Kultury stoi Wieża Przyjaźni. Grażyna pracuje jako nauczycielka zarządzania gospodarstwem domowym w państwowej szkole Kobiety Bez Granic, do której, w ramach wyrównywania szans na zostanie damą z międzynarodowego towarzystwa, dziewczęta przyjmowane są bez względu na pochodzenie. Ludwik jak był terapeutą, tak jest nim nadal. Jak miał żonę – naukowca (którą zostawił dla Grażyny), tak nadal ma. Jednak w nową rzeczywistość bohaterowie wchodzą z doświadczeniem przeżytych pięćdziesięciu lat. Ciekawie się patrzy, jak wpływa to na ich decyzje, choć – podobnie jak w piosence, od której wziął się tytuł – zarówno miłość, jak i historia w końcu wracają na stare tory.
Jako że jestem zdania, iż Zygmunt Miłoszewski pisał do tej pory dobre powieści, ale kryminały kiepskie, z bardzo naciąganymi fabułami, nie przeszkadza mi zmiana gatunkowej konwencji, do której sam autor ironicznie nawiązuje w rozmowie Ludwika z potencjalnym wydawcą polskiej wersji przygód Roberta Langdona i Harry’ego Pottera. Przyznam się wręcz do nadziei, że bez gatunkowego gorsetu pisarz stworzy w końcu coś pełnego. Niestety, powieść pozostawia ostatecznie spory niedosyt. Dobrze się to wszystko czyta, ciekawie odkrywa alternatywną, frankofilską Warszawę lat 60. i jest w Jak zawsze na wielu poziomach potencjał, który jednak na żadnym nie zostaje w pełni wykorzystany. Realia polityczne opisane są wyrywkowo i niemiłosiernie spłycone, więc choć pomysł wyjściowy jest intrygujący, to jednak zostaje zarżnięty poprzez proste przeniesienie pół wieku wstecz aktualnego narodowego sporu politycznego. Realia społeczne też zostają zaledwie liźnięte, a szkoda, bo nawet przy tak pobieżnym potraktowaniu pojawiają się ciekawe elementy. Prywatne sprawy bohaterów pozostają ostatecznie w zawieszeniu.
Powieść pisana jest ewidentnie pod rynek francuski i choć w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi chęć zdyskontowania odniesionego tam sukcesu, to jednak autor trochę zbyt negatywnie i stereotypowo przedstawia Polaków (jako prostych i poczciwych, a jednocześnie swarliwych i w sumie łatwych do omamienia konsumentów wódki i kapusty), a zdecydowanie zbyt łagodnie na tym tle obchodzi się z Francuzami, co do których uzasadnionych stereotypów również nie brakuje (choć owszem, wspomina ich niechęć do nauki języków obcych oraz poczucie wyższości, ale tak delikatnie, żeby na pewno się nie pogniewali). Rozumiem, że to jest satyra, a frankofilowi neoficie trudno zdjąć różowe okulary, ale nieciekawie taka dysproporcja wygląda i drażni. A skoro drażni nawet mnie, podzielającą autorską diagnozę naszego narodowego charakteru, to podejrzewam, że coś jest na rzeczy.   
Zaś chyba najbardziej mam Miłoszewskiemu za złe, że także warstwy fantastycznej nie zdecydował się domknąć. Przeniósł bohaterów w czasie i geopolitycznych realiach. Zasugerował, że jedna i druga rzeczywistość wzajemnie się przenikają. I na tym poprzestał. Tak że fantastyka też z tego żadna. Najlepiej broni się zatem warstwa psychologiczno-obyczajowa. Jak zawsze u tego autora.
niedziela, 05 października 2014
Teodor White
Nie dałam rady skończyć wczoraj, bo zrobiła się pierwsza w nocy, więc ostatnie 10% Gniewu doczytałam dzisiaj rano, spodziewając się, że będą kryły jakieś niespodzianki, wbrew temu, co się wydawało. Prognoza okazała się trafna, co więcej, autor zdołał zaskoczyć mnie pozytywnie (zakończenia były do tej pory jego piętą Achillesową). Idealnie może nie było, ale o wiele lepiej, niż zakładałam, odkładając czytnik w sobotę wieczorem.
A trzeba uczciwie powiedzieć, że w intrydze Gniewu, finalnego tomu o prokuratorze Szackim, można się było wyłożyć w wyjątkowo wielu miejscach. Poczynając od samego głównego wątku, którym jest temat przemocy domowej, przerobiony przez literaturę i film na wszystkie strony, tak że trudno zaproponować zarazem świeże i wiarygodne podejście do tematu.
A jednak Miłoszewskiemu się to udaje. W sporej części dlatego, że pozostaje wierny swojej zasadzie, by jego protagonista nie był idealnym rycerzem sprawiedliwości na białym koniu, ale prawdziwym człowiekiem. Takim, którego głównym grzechem jest tytułowy gniew, ale który ma też na sumieniu inne, pozornie drobniejsze, przewiny. Na przykład, jak się okazuje, posiada bardzo patriarchalny, by nie powiedzieć szowinistyczny, światopogląd. Kompletnie nie radzi sobie w relacjach z dorastającą, obecnie szesnastoletnią, córką. Dlatego nie ma luksusu stania z boku i gardzenia sprawcami z wyżyn swojej spiżowej moralności. Dlatego trafi tam, gdzie widzimy go w otwierającej powieść sekwencji. I niczego nie będzie żałował.
Dzięki temu, że wszystko, co staje się motorem jego obecnych poczynań, było w Szackim od zawsze, ostateczny efekt wypada wiarygodnie, a nie jak sztucznie wyrafinowana konstrukcja obliczona na to, by ręce czytelnika same składały się do oklasków. W warstwie problemowej tekst jest tak prawdziwy, że nie klaskać, a płakać się chce, skłania nie do aplauzu, a do smutnej refleksji. O bezradności wymiaru sprawiedliwości, błędach systemowych, społecznej znieczulicy.
Jednocześnie jest to jednak bardzo wciągający kryminał, z wyrafinowanym, ale nieprzedobrzonym modus operandi, którego elementy odsłaniane są stopniowo, z dużym wyczuciem dramatycznym, a  jedynie jego niewielka część, i to stosunkowo późno, jest możliwa do rozszyfrowania z wyprzedzeniem. Nawet motyw sprawcy, choć równie "zużyty", co sam temat, wypada przekonująco. Jeśli zdarzają się fałszywe nuty, to zostają - w większości - zniwelowane w końcowych partiach tekstu.
Pod każdym względem to najbardziej udana odsłona opowieści o prokuratorze (choć, koniec końców, rozwiązanie zagadki jest jednak leciutko - w porównaniu do poprzednich tomów cyklu - naciągane). I bardzo dobrze, że ostatnia, bo Szacki dociera tu do punktu, poza którym nie ma już nic do opowiedzenia. A przynajmniej nie w formie kryminalnej intrygi. Za to otwarte zakończenie zostaje w głowie w formie wielkiego, drażniącego znaku zapytania.
Na zakończenie powiem tylko tyle, że patrząc na progres autora na wszystkich polach w ramach cyklu, bardzo bym żałowała, gdyby jego decyzja o porzuceniu gatunku okazała się rzeczywiście ostateczna. Zygmunt Miłoszewski jest bowiem najlepszym polskim autorem kryminałów.
środa, 01 października 2014
Wiedźmin kapeku powrócił!
Mam już na czytniku nowego Szackiego, 769 stron według Calibre. I tak się zastanawiam, czy przerwać Wołanie kukułki, czy odroczyć sobie przyjemność, skoro to ostatni Szacki i ostatni kryminał Miłoszewskiego?

Mały update 4.10.14 (nie piszę, bo czytam:) - stan na 60% tekstu: zdecydowanie są szanse na najlepszy tom o Szackim:) Trochę drżę o zakończenie.
P.S. Kogo ja oszukuję?:D
P.S. 2 Po raz kolejny e-booki górą!
P.S. 3 A do kupienia w Sępiku epub i mobi.

poniedziałek, 21 października 2013
Teodor Szacki - wiedźmin kapeku
Skojarzyło mi się bynajmniej nie tylko dlatego, że - jak Geralt - białowłosy. Takoż jak bohater Sapkowskiego, prokurator Sz. paprze swój wieloletni związek. I podobnie jak wiedźmin - cieszy się powodzeniem u płci przeciwnej. Do Geralta z Rivii - tego z późniejszych tomów Sagi - zbliża też bohatera cyklu kryminalnego Zygmunta Miłoszewskiego syndrom moralnie rozdartej sosny, bardziej widoczny w drugim tomie cyklu, zatytułowanym Ziarno prawdy. I refleksja, że kodeks to nie wszystko. Łączy też bohaterów cynizm i poczucie humoru.
Nie ciągnąc dłużej tytułowej paraleli, chciałam poświęcić kilka słów intrygom kryminalnym w cyklu o Szackim. Ta z Uwikłania była ciekawa, choć wydawała mi się lekko wydumana, póki nie odkryłam - z niemałym zdziwieniem - że terapia ustawień istnieje naprawdę. Na moją ocenę powieści ujemnie wpłynął jednak fakt wprowadzenia w jej końcowych partiach wątku Układu O Historycznych Korzeniach, który okazał się zarazem, niestety, kluczowy dla fabuły. Szczerze mnie to zasmuciło, ale nie zniechęciło do sięgnięcia po kontynuację. Z kilku powodów. Po pierwsze, stylistycznie Miłoszewski zjada na przystawkę wszystkich znanych mi polskich autorów powieści kryminalnych (nie znam zbyt wielu, stąd zastrzeżenie). I zdecydowaną większość obcojęzycznych. A styl jest dla mnie, jak wielokrotnie wspominałam, bardzo ważny. Po drugie, autor ma kompatybilne z moim poczucie humoru, z którego potrafi uczynić naturalny i niewymuszony oraz odpowiednio umiarkowany użytek. Po trzecie, posiada zmysł obserwacji i umiejętność wiarygodnego pod względem psychologicznym kreowania bohaterów. Po czwarte - umie prowadzić narrację. A po piąte, bardzo mi się spodobała koncepcja postawienia prokuratora w centrum sprawy, która nie jest rozwiązaniem pretekstowym. Pozwala to na ukazanie bliższego rzeczywistości obrazu śledztwa, z uwzględnieniem wymogów procedury karnej.
Ziarno prawdy jest moim zdaniem powieścią lepszą. Z prostego powodu - bo intryga jest lepsza.
Czy można mieć zastrzeżenia? Ależ oczywiście. Podboje miłosne Szackiego, zwłaszcza sandomierskie, bywają irytujące. Pewne elementy intrygi bywają naciągane, by wszystko mogło w finale "zagrać" jak trzeba. Wskazane wyżej zalety wyrównują to jednak z naddatkiem nawet tak czepialskiej osobie jak ja. Aktualnie uważam Zygmunta Miłoszewskiego za najlepszego polskiego autora kryminałów i w związku z tym polecam śledztwa prokuratora Szackiego wszystkim miłośnikom gatunku. O ile ktoś jeszcze jest taki zapóźniony jak ja:)
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka