Wpisy z tagiem: Uczta Wyobraźni

sobota, 03 listopada 2018
Kiedy mięso się buntuje (Peter Watts, Poklatkowa rewolucja)

Mało która książka, jaką przeczytałam, była dla mnie tak rozwijająca poznawczo, jak Ślepowidzenie. Nie łudzę się, że je w pełni zrozumiałam, bo, powiedzmy sobie szczerze, w porównaniu z Peterem Wattsem, Kanadyjczykiem z magisterką z nauk ścisłych i doktoratem z zoologii, zdecydowana większość populacji to półgłówki. Ja na pewno tak się czuję w obliczu jego wiedzy. Ale to zarazem taki autor, który nie każe czytelnikowi wstydzić się jego własnych ograniczeń – przeciwnie, prowadzi go cierpliwie za rączkę przez meandry swoich wywodów o tym, że w zasadzie wszyscy jesteśmy przygłupimi, bezwolnymi marionetkami, skazanymi na zagładę. Dzięki temu można poczuć się, paradoksalnie, zarazem gorzej (bo wszyscy marnie zginiemy) i o wiele lepiej (bo wszyscy jesteśmy przygłupami, nie ma zatem sensu posiadanie kompleksów). Nie jest to jednak proza dla czytelnika o słabej konstrukcji psychicznej, bo skrajny pesymizm to w zasadzie jej trzon. Ale warto, bo choć Echopraksja stoi w mojej prywatnej klasyfikacji nieco niżej niż Ślepowidzenie, a poziom opowiadań ze zbioru Odtrutka na optymizm waha się od czystego geniuszu do przeciętności, każde spotkanie z prozą Wattsa to jakieś małe odkrycie. We wspomnianym zbiorze zawarte było m.in. opowiadanie zatytułowane Wyspa. Akcja tekstu rozgrywała się na statku kosmicznym napędzanym czarną dziurą, który budował bramki na swego rodzaju autostradzie tuneli czasoprzestrzennych (wormhole). Drogą tą mieliby podróżować potomkowie załogantów, którzy wyruszyli z umierającej Ziemi, by zapewnić reszcie ludzkości jakąś drogę ucieczki. Wyruszyli niewyobrażalnie dawno, ale przeżyli jedynie niewielki ułamek tego okresu, bo przez większość czasu pozostają zahibernowani. Szymp, sztuczna inteligencja sterująca statkiem i botami budującymi kolejne bramki, budzi ludzi jedynie w sytuacjach krytycznych, gdy jego algorytmy nie pozwalają na podjęcie optymalnej decyzji, bo pojawia się zbyt wielka ilość niepewnych zmiennych. Załoga żyje więc w zasadzie wiecznie, jednak tego rodzaju migawkowa egzystencja niesie ze sobą liczne obciążenia.

Poklatkowa rewolucja, wydana kilka dni temu w serii Uczta wyobraźni wydawnictwa MAG, rozgrywa się na tym samym statku, co Wyspa. Opisuje jednak o wiele wcześniejsze wydarzenia. Bunt ludzkich załogantów, którzy przeciwstawiają się sztucznej inteligencji. Uważają ją za głupszą od siebie, i w zasadzie niebezpodstawnie. Biorąc pod uwagę długość trwania misji, Szymp, którego podstawowym zadaniem miała być realizacja jej celów, wręcz musiał być przygłupi. Gdyby był zbyt inteligentny, prędzej czy później (raczej prędzej) przejawiłby własną inicjatywę i odszedł od predefiniowanych dyrektyw. Musiał być głupszy od ludzkiej załogi. Sprawny jak kalkulator, ale nie na tyle sprytny, by coś kombinować na boku. Kiedy więc mięsuchy (tak tłumacz, Wojciech M. Próchniewicz, korzystając z podpowiedzi czytelnika, któremu podziękował za pomoc, przełożył oryginalne meat i meatsacks) nabierają podejrzeń, że Szymp zwraca się przeciwko nim i postanawiają go wyeliminować, nie spodziewają się większych trudności. Poza tymi obiektywnymi: są budzeni w losowo dobieranych składach, na krótkie odcinki czasu, co kilkadziesiąt tysięcy lat. Szymp wszystko widzi i słyszy. Sam pomysł rewolucji w takich warunkach brzegowych jest równie fascynujący, co karkołomny. Kto wygra: ludzie, czy tępawa AI?

Tylko że jeżeli przeczytaliście najpierw Wyspę, wiecie już, jak się całe przedsięwzięcie skończy, więc nowy tekst nie ma dla was w zasadzie żadnego fabularnego napięcia. Ciekawie śledzi się starania załogi, podejmowane działania, wymyślne sposoby komunikacji, stopniowe przewerbowywanie kolejnych ludzi. Zwłaszcza że główną bohaterką Watts czyni Sunday, oddaną misji i początkowo mającą bardzo dobre relacje z Szympem, do tego stopnia, że inni uważają ją za pieszczocha nadzorcy. Stopniowo nastawienie bohaterki do istoty sterującej statkiem ulega jednak zmianie. Jeśli czytaliście Wyspę, to jednak też już wiecie. Poklatkowa rewolucja jest w takiej sytuacji niczym więcej niż pogłębiającą obraz świata przedstawionego i konstrukcję postaci oraz dynamikę relacji między nimi ciekawostką. Ma twist na końcu, ale nie kompensuje on gigantycznego spoilera, jaki stanowi Wyspa.

Zmierzam do tego, że teksty z cyklu o budowniczych bramek (Sunflowers) powinno się czytać według chronologii opisanych w nich wydarzeń, a nie w porządku, w jakim powstawały. Jeśli czytacie po angielsku, to polecam taką kolejność (dostępne legalnie w Internecie): Hotshot, Poklatkowa rewolucja, Giants, The Island. Olbrzymy ukazały się po polsku w Nowej Fantastyce z września 2014 r. Czytane w odpowiedniej kolejności teksty z tego uniwersum robią o wiele większe wrażenie i szczerze mówiąc, trochę mnie dziwi, że nie zostały wydane w jednym zbiorze. Ale powiem wam, że mimo spalenia głównego fabularnego wątku po zakończeniu lektury natychmiast musiałam przypomnieć sobie Wyspę, a potem, po prześledzeniu dyskusji na anglojęzycznym forum, wchłonęłam jak gąbka dwa nieznane mi wcześniej opowiadania. Może i Watts nie jest mistrzem w opisywaniu życia wewnętrznego swoich bohaterów (choć w Poklatkowej rewolucji zauważalna jest pod tym względem znacząca poprawa), ale pomysły na kreowanie światów i warstwa problemowa jego twórczości mają niesamowitą siłę rażenia. I raczej nie ma drugiego autora, który skłoniłby mnie do pieczołowitego wynotowywania w czasie lektury wyróżnionych na czerwono losowych literek z tekstu. W tym przypadku wiem, że warto, bo na końcu czeka dodatkowa niespodzianka.

Polecam, choć nie na początek przygody z twórczością tego autora. Zacząć trzeba od Ślepowidzenia.

piątek, 19 maja 2017
Sidequel Czasomierzy, ale bez wewnętrznego pęknięcia (Slade house, David Mitchell)
O ile Czasomierze byłyby genialną powieścią, gdyby nie ostatnia część, o tyle Slade house, opowiadający o dwójce renegatów Drogi Cienia i ich kilkorgu ofiarach (tak, główny nurt to Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn - znani i nielubiani, przynajmniej przeze mnie), to ze strony Mitchella pójście na łatwiznę. Kilkukrotne odegranie tego samego refrenu w konwencji grozy z nutką horroru, z podmienianiem li i jedynie  głównych aktorów i subtelnym powiązaniem ich losów oraz nawiązaniami do innych powieści - dla autora z warsztatem Mitchella to betka. Pod względem objętościowym ten przypis do Czasomierzy to niemal nowelka, ale wychodzi jej na dobre i niewielka objętość, i jednorodna stylistyka.
Nie da się ukryć, mimo wewnętrznej powtarzalności i przewidywalnego od pierwszej strony zakończenia znakomicie się to czyta. Tym razem nie ma słownej waty. Jest za to, jak zwykle, gęsty klimat, świetny styl i sprawnie nakreślone, przekonujące postaci o różnorodnych życiorysach i pragnieniach. Oraz znakomity przekład Justyny Gardzińskiej.
Wciąż chciałabym, żeby autor Widmopisu wyszedł w końcu ze swojej tematycznej i formalnej strefy komfortu i ponownie mnie olśnił, jak mu się trzykrotnie udało.
Ale jeśli odgrzewany kotlet ma smakować tak jak Slade house, to następnym też nie pogardzę. Może wspomnienie nie zostaje na długo, ale niestrawność nie grozi.
piątek, 05 maja 2017
Niby trójkąt równoboczny w centrum, a nic tu nie jest proste (Christopher Priest, Człowiek z sąsiedztwa)
Christophera Priesta wielbię, więc jak tylko kolejna jego powieść - Człowiek z sąsiedztwa (tytuł oryginalny: Adjacent chyba nieco bardziej przystaje do treści) - ukazała się w Uczcie Wyobraźni, niezwłocznie wdarła się na szczyt mojej listy must read.
Przeczytawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Książki tego autora nigdy nie są łatwe. Zawsze zapraszają czytelnika, by patrzył uważnie. Częstokroć nie dają nie tylko prostych, ale nawet mniej oczywistych odpowiedzi na wiele postawionych w intrydze pytań, przenosząc na odbiorcę ostateczny ciężar interpretacji całości. W tym spora część ich uroku. W zasadzie nie inaczej jest tym razem. A jednak...
Zaczynamy naszą podróż z Tiborem Tarentem, fotografem freelancerem o węgiersko-amerykańskich korzeniach, obywatelem Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, pewnie gdzieś w XXII wieku, ale dokładnych danych brak. Postępujące zmiany klimatyczne zaczęły zagrażać ludzkości, powstały nowe, gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak burze strefy umiarkowanej. Tibor wraca z Anatolii, gdzie jego żona, Melanie, zginęła w ataku terrorystycznym przeprowadzonym z użyciem nowej broni, narzędzia perfekcyjnej anihilacji, wypalającego w miejscu ataku czarne trójkąty. Ciała nie znaleziono. Z czasem okazuje się, że takie ataki, na większą skalę, miały miejsce także w innych regionach świata.
Początkowo wydaje się, że to właśnie Tibor będzie głównym bohaterem, jednak choć rzeczywiście do niego będziemy wracać najczęściej, równie istotną rolę odegra kilka innych osób, z innych miejsc i - co nie mniej ważne - z innych czasów. Przeniesiemy się w czasy I WŚ, by śledzić nieudane próby wprowadzenia innowacji na froncie, podjęte przez iluzjonistę i pisarza sf, potem  w czasy II WŚ, do bazy brytyjskiego lotnictwa, by obserwować zalążki romansu między angielskim mechanikiem a polską pilotką Krystyną Roszko. W retrospekcji prześledzimy także krakowski mezalians pilotki, urodzonej w chłopskiej rodzinie pod Krakowem i zakochanej z wzajemnością w książęcym potomku. Tamtą miłość przerwał wybuch wojny.
Śledzi się tę układankę, chwilami mocno statyczną (acz buzującą napięciem), chwilami nieco ckliwą, z nieustającym zainteresowaniem, bo zagadki się piętrzą. Kluczem do całości wydaje się być wspomniana niezwykła broń, oparta na mechanice kwantowej i najwyraźniej mogąca przenosić materię między równoległymi wszechświatami. Miała być bronią, która zakończy wszystkie wojny, przeznaczoną wyłącznie do zastosowań defensywnych, zdolną zneutralizować każdy potencjalny konwencjonalny atak. Jak to jednak zwykle bywa z pięknymi ideami, przejęte przez brzydkie umysły kończą koszmarnie wynaturzone.
Po przeczytaniu sześciu z ośmiu części powieści można mieć wrażenie, że mniej więcej wie się, o co chodzi. Jasne, jest wiele niewiadomych, na przykład współistniejące na najwyraźniej równych prawach różne warianty tych samych wydarzeń (nie wejdę w szczegóły, byłby to już straszny spoiler). Ale jakoś się to trzyma kupy. A potem przychodzi część siódma, Prachous, dowodząca, że tkwiliśmy w tak zwanym mylnym błędzie. Na przedziwnej wyspie, w najwyraźniej zupełnie innym świecie, spotykamy kolejne inkarnacje wcześniej wprowadzonych bohaterów, podobne nie tylko fizycznie, ale i biograficzne, jakby do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego) były skazane na wieczne odtwarzanie tych samych szlaków, kochanie tych samych ludzi, przeżywanie tego samego życia.
Część ósma pokazuje, że granice między sąsiednimi światami są płynne, a rzeczywistość różnych miejsc i czasów najwyraźniej w jakiś przedziwny sposób dąży do równowagi.
Tylko co z tego? Właśnie nic. Zupełnie nic. I po przeczytaniu autentycznie wciągającej opowieści taka odpowiedź stanowi wielkie rozczarowanie. Tym razem Priest obiecuje znacznie więcej, niż finalnie daje. Nie znaczy to, że nie warto, w żadnym wypadku, ale brak satysfakcjonującej puenty sprawia, że miejsce wcześniejszego zaangażowania w opowieść zajmuje poczucie bycia wystrychniętym na dudka. Trochę szkoda.
sobota, 21 maja 2016
Nadeszła era pola Bechmeira
Ian R. MacLeod to jeden z moich ulubionych autorów publikowanych w serii Uczta wyobraźni. Niezwykłą wyobraźnię łączy z unikalną językową wrażliwością, malarskością narracji. Przy tym wszystkim tworzy postaci wiarygodne psychologicznie. Kiedy więc w lutym 2015 roku ukazało się łączone wydanie zbioru opowiadań Tchorosty i inne wy-tchnienia oraz powieści Obudź się i śnij, natychmiast je kupiłam i zaczęłam czytać tytułowe opowiadanie. Nie wiem, czy to z tekstem było coś nie tak, czy może decydujące znaczenie miał fakt, że akurat przeniosłam się w pracy i byłam w trakcie mocno obciążającej adaptacji do nowych warunków, która zajęła mi jeszcze cztery miesiące. Dość, że przeczytałam w wielkich bólach około 50 stron i tekst mnie pokonał, co nie zdarza się często. Książka zawędrowała na półkę i tkwiła do niedawna na wysokości moich oczu jak wyrzut sumienia.
Aż któregoś dnia Anneke zaczęła mi zachwalać Obudź się i śnij, a ja, z zupełnie innym nastawieniem, postanowiłam dać lubianemu autorowi kolejną szansę. Nie zawiodłam się, choć może nie jest to rzecz tak rewelacyjna jak Wieki światła, czy tak stymulująca intelektualnie jak Pieśń czasu.
Obudź się i śnij
to połączenie historii alternatywnej i kryminału noir z elementami sf. Głównym bohaterem osadzonej w roku 1940 i rozgrywającej się w Hollywood powieści jest Clark Gable, prywatny detektyw specjalizujący się w sprawach rozwodowych. Zbieżność nazwisk ze znanym aktorem bynajmniej nie jest przypadkowa. W świecie utworu MacLeoda rozwój kinematografii przebiegł innym torem - po wczesnych filmach dźwiękowych nastały emotyki, nagrywane z wykorzystaniem rewolucyjnego wynalazku - pola Bechmeira. Pole to pozwalało na bezpośrednią emisję utrwalonych wcześniej za pomocą specjalnej aparatury emocji aktorów do układu nerwowego widzów. Clark Gable nie był kompatybilny z nową technologią, więc u progu obiecującej kariery wypadł z filmowej branży i się przekwalifikował. Mieszka teraz w marnej kwaterze i żyje od zlecenia do zlecenia, starając się zbyt często nie wspominać swojej niemalże świetlanej przeszłości.
Jednak kolejna klientka zmusi go do powrotu na dawne ścieżki. April Lamotte ma dla byłego aktora nietypowe zadanie - prosi, by wcielił się w jej męża, scenarzystę odnoszących sukcesy emotyków, i podpisał jako Daniel Lamotte kontrakt na scenariusz obrazu zatytułowanego Obudź się i śnij. Na oko łatwa i dobrze płatna robota, więc Clark nie zadaje wielu pytań, przyjmując za dobrą monetę opowieść o załamaniu nerwowym męża klientki. Początkowo wszystko idzie jak z płatka, potem jednak sprawy się komplikują, zaczynają padać trupy, a Gable, uważany za Daniela Lamotte'a, tkwi w samym środku zamieszania. Które ściśle wiąże się z tematyką scenariusza Obudź się i śnij. A tę stanowią okoliczności powstania pola Bechmeira...
MacLeod sprawnie wykorzystuje reguły konwencji noir, jednocześnie subtelnie przemycając w tle informacje o innych różnicach pomiędzy światem przedstawionym, a tym, który znamy. Bo nie tylko historia kina potoczyła się inaczej. Obie warstwy - intryga kryminalna i historia alternatywna osnuta wokół przełomowego wynalazku - zgrabnie się dopełniają i tworzą interesującą, dynamiczną całość.
Warto.
czwartek, 03 września 2015
Lektury urlopowe
Wróciłam:) Madera to bardzo piękne miejsce, w którym jest mnóstwo unikalnych roślin, potraw, alkoholi i niesamowitych widoków. Była to również okazja do niespodziewanej rehabilitacji, ponieważ to wyspa powulkaniczna - wszędzie zatem w górę lub w dół, i miliony schodów na dokładkę:)) Łatwo nie było, ale dałam radę i naprawdę było warto.

Znalazłam też oczywiście czas na czytanie.

Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka zaczęłam jeszcze przed wylotem. Jest to niewątpliwie powieść ciekawa i warta uwagi, choć irytowała mnie ponadnormatywna odporność głównego bohatera na bezsenność, urazy i inne licznie doznawane krzywdy oraz jego (moim zdaniem dosyć łopatologiczne i denerwująco przerysowane) majaki. Niemniej inne elementy - przemyślenia Jacka na temat innych bohaterów i świata, obserwacje socjologiczne, kreacje pozostałych bohaterów, bardzo wiarygodny język - robią świetne wrażenie. Na pewno świadczą o znacząco większych umiejętnościach autora, niż by wynikało z kilku czytanych przeze mnie opowiadań. Warto sięgnąć. 8/10

W następnej kolejności sięgnęłam po Cudzoziemca w Olondrii Sofii Samatar, powieść z serii Uczta Wyobraźni, czekającą od dawna na czytniku na swoją kolej. Pomyślałam, że egzotyka Madery dobrze się skomponuje z tym tytułem - i miałam rację. To absolutnie niezwykła, przepięknie przełożona na polski przez Michała Jakuszewskiego, nastrojowa opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości przez młodego Jevicka z Tyomu. Po śmierci despotycznego ojca przejmuje on jego interesy i w sprawach handlu pieprzem wyrusza do obcej krainy, której mieszkańcy spisują księgi (vallon). W Tyomie w ogóle nie używa się pisma. Przygotowując syna do przejęcia schedy, ojciec przywiózł mu z Olondrii nauczyciela, który miał zapoznać młodzieńca z językiem i zwyczajami tej przedziwnej części świata. Nie przewidział tylko jednego - jak bardzo Jevick pokocha książki. Olondria stała się obsesją chłopaka. A nie wiedział o niej nie tylko wszystkiego, ale nawet części tego, co wiedzieć powinien. Podróż Jevicka to także opowieść o niezwykłym uczuciu, jakie połączyło go z przypadkowo spotkaną konającą dziewczyną i okazało się silniejsze od śmierci. A przede wszystkim o walce dwóch porządków - pierwszy, oparty na tradycji, symbolizuje przekaz ustny. Drugi uosabiają pismo i księgi. Nic tu jednak nie jest proste, a sama historia, poruszająca i wywołująca szeroką gamę rozmaitych uczuć, pełna opowieści w opowieściach i stylistycznie nieco przywodząca na myśl publikowaną w ramach tej samej serii twórczość Catherynne M. Valente, skutecznie opiera się próbom streszczenia i kategoryzacji. To bardzo dojrzały debiut, warty poznania. 8/10

Potrzebowałam potem nieco oddechu, sięgnęłam zatem po znanego i lubianego, ale od jakiegoś czasu zaniedbanego, komisarza Van Veeterena. Komisarz i cisza Nessera to tradycyjnie bardzo solidny, głęboko przemyślany kryminał. Obok wciągającej intrygi, osnutej wokół brutalnych mordów dziewczynek spędzających wakacje na obozie zorganizowanym przez sektę i przechodzących duchowe przygotowania do przyjęcia w poczet wspólnoty, autor przemyca równie zajmujące rozważania. Jak policjant ma oddzielić osobiste przekonania i antypatie od obowiązków służbowych? Jak pogodzić wolność wyznania z poszanowaniem bezpieczeństwa publicznego? Jak daleko sięga domniemanie niewinności? Którędy przebiega granica między zaniechaniem a nadużyciem policyjnych uprawnień? Z tego połączenia spójnej intrygi z nienachalną, acz ważną i bynajmniej niepowierzchowną (a także niełatwą) refleksją powstaje zdecydowanie niebanalna całość. Dzięki prostocie i lekkości stylu autora tekst się po prostu połyka. 8/10

Na koniec (doczytywałam już po powrocie) zostawiłam sobie mocny akcent, czyli Cynkowych chłopców - zapis rozmów, które białoruska pisarka, Swietłana Aleksijewicz, przeprowadziła z weteranami wojny w Afganistanie z lat 1979-1989 oraz matkami i żonami poległych tam żołnierzy. Nie będę ukrywać, że książka jest po prostu przerażająca. Z losów jednostek, tak czy inaczej dotkniętych tym konfliktem, wyłania się boleśnie spójny obraz skutków patriotycznej indoktrynacji, naiwnej wiary w oficjalną propagandę, bezwzględnego manipulatorstwa i hipokryzji aparatu państwowego oraz dramatycznych realiów samej wojny. Tragicznych warunków, w jakich żyli i umierali żołnierze, braku sprzętu, lekarstw, bezwzględnego wyzyskiwania "kotów", wszechobecnej śmierci i kompletnego odczłowieczenia przeciwników. Automatyzmu zabijania, gorącej nienawiści, bezustannie pulsującej adrenaliny. Pojawia się też w trakcie lektury zasadnicze pytanie - czy lepiej było wrócić z wojny w cynkowej trumnie, do której nawiązuje tytuł, czy przeżyć? Gdy prześledzi się losy ocalałych, tych okaleczonych fizycznie i wysłanych na groszowe renty, a następnie nazwanych zdrajcami, a także tych okaleczonych psychicznie, którzy w życiu po wojnie nie potrafili się odnaleźć, odpowiedź przestaje być oczywista. W książce zamieszczono również, na zakończenie, dokumentację procesów cywilnych wytaczanych autorce za naruszenie dóbr osobistych przez niektórych bohaterów kilka lat po publikacji, co jest osobną - intrygującą, smutną i znamienną - historią. Nie jestem w stanie polecić tej książki, bo jej lektura stanowi bardzo ciężkie przeżycie. Ale niewątpliwie powstała w określonym celu - przeciwko wojnie - i cel ten znakomicie, choć wyjątkowo przejmująco, realizuje. Koszmary po lekturze niewykluczone. 10/10
poniedziałek, 20 lipca 2015
Czyżby książka roku 2015?
Niby niemal połowa roku jeszcze przed nami, ale myślę, że Rozłąka Christophera Priesta, stanowiąca niezwykłe połączenie powieści obyczajowej i historii alternatywnej z czasów II Wojny Światowej, cechujące się wyjątkowo misterną konstrukcją, ma spore szanse na tryumf w moim tegorocznym rankingu. To pierwsza pozycja od dłuższego czasu, której bez wahania przyznałam najwyższą możliwą ocenę, a za co, możecie przeczytać w recenzji. Na dodatkową zachętę nadmienię, że zaraz po zakończeniu lektury musiałam mocno zwalczać impuls, który nakazywał mi natychmiast zacząć od początku, by wyłapać jeszcze więcej istotnych drobiazgów. Koniecznie. Priest to geniusz literatury, rzadki ptak.
czwartek, 04 lipca 2013
Teatr węży - akt drugi i lekturowa teoria względności
Pośród cieni  Agnieszki Hałas, czyli drugi tom cyklu powieściowego o Krzyczącym w Ciemności, było trzecią w ostatnim czasie powieścią, którą połknęłam właściwie w ciągu doby. Chcę napisać na jej temat coś więcej i opublikować gdzieś recenzję, tymczasem więc stwierdzę tylko tyle, że dostrzegam znaczny progres w stosunku do tomu pierwszego, czyli Dwóch kart, wydanych przez niestety nieistniejące już lubelskie wydawnictwo Ifryt. Co oznacza, że zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Znającym postać Krzyczącego cyklu zresztą zapewne polecać nie trzeba. Nieznającym, a lubiącym niejednoznaczne moralnie postaci z mroczną tajemnicą, zdecydowanie natomiast rekomenduję zawarcie z nim znajomości. Tak elegancki styl snucia opowieści rzadko się przy tym trafia nie tylko w fantastyce, ale w ogóle w literaturze.

Drugą pochłoniętą pozycją, na którą chciałabym zwrócić waszą uwagę, jest Wurt Jeffa Noona. Więcej pod linkiem, naprawdę warto, wyjątkowa rzecz.

Trzecia rzecz to Obraz pośmiertny Marininy, czyli kolejny tom przygód Kamieńskiej. I to, niestety, pierwsza od dłuższego czasu wyraźnie słabsza pozycja w cyklu. Co w pochłanianiu jednak mi nie przeszkodziło, bo historia wciąż ciekawa i sprawnie zaserwowana.
I w tym miejscu przechodzimy do rozważań o lekturowej teorii względności. Otóż po Wurcie, a przed Hałas, podjęłam próbę wywiązania się z recenzenckiego obowiązku. I po prostu nie dałam rady. Przeczytawszy 30 stron ze szczotki, która najwyraźniej nie zaznała korekty, bo postaciom żeńskim nagminnie przypisywane tam były męskie końcówki fleksyjne, uznałam, że kontrast pomiędzy znakomitym Wurtem a rzeczoną pozycją, którą wzięłam na siebie dobrowolnie, dając autorowi piątą szansę (jak widać, pogłoski o moim okrucieństwie są mocno przesadzone), po prostu mnie przerasta. Przeczytanie choćby tylko jednej jeszcze strony po prostu nie wchodziło w rachubę.

Z powyższego wynika dla mnie jedno - pozycje pochłonięte, oceniane całościowo, reprezentują rozmaity poziom, dzieli je także przynależność gatunkowa. W moim prywatnym równaniu opisującym szybkość lektury zmienna odpowiadająca sprawności stylistycznej autora ma wartość kluczową. Ponieważ teraz zamierzam się zmusić do przebrnięcia przez obowiązek, jak na wzorowego recenzenta przystało, szybkość zapewne znacząco spadnie. A co dla was jest najważniejsze?
poniedziałek, 04 lutego 2013
Wstępny zachwyt Fordem
Nie Harrisonem, nie samochodem, pisarzem. Jeffreyem Fordem. Tymczasem ukończyłam lekturę zbioru opowiadań Asystentka pisarza fantasy, który ukazał się w ramach Uczty wyobraźni w łączonej edycji z powieścią Portret pani Charbuque.
Rzadko czerpię tyle przyjemności z jakiejkolwiek lektury. Różnorodność pomysłów, źródeł inspiracji, biegłość realizacyjna, sensowna wieloznaczność zakończeń i przewrotność puent, skłaniająca do głębokiej refleksji, łączą właściwie wszystkie opowiadania ze zbioru. Wymienić mogę nie te wyróżniające się dodatnio, ale może ze dwa nieco słabsze, co też o czymś świadczy. No, autor mnie kupił, oczarował i już na progu obcowania z powieścią jestem kompletnie "jego". Łączy najlepsze cechy pisarstwa MacLeoda i Thomasa, łączy go też z nimi skupienie na człowieku jako ostatecznym celu twórczej refleksji, a poza tym bardzo mi się podoba jego podejście do pisania. To jak swobodnie gra literackimi kontekstami, żongluje stylistykami. Gorąco polecam, naprawdę warto.
środa, 08 sierpnia 2012
Drood - w końcu:)
W sam raz Szoguna skończę:> 28 września 2012 ma być premiera. Simmonsa wielbię.
Aha, dzisiaj startuje w Empikach (tylko w salonach) promocja Uczty Wyobraźni. Przy zakupie jednej książki z serii, druga za 1 grosz. Ja wybieram się po Maszynę różnicową i Dom derwiszy. Dni cyberiadu. Nieznającym serii szczerze polecam skorzystanie z tej okazji. Prawie nic lepiej nie zadaje kłamu powszechnemu przekonaniu, że fantastyka jest od macochy i dla dzieci (i nie, nie chcę prowokować flejma, ludzie naprawdę tak myślą, zaczytując się jednocześnie np. Zafonem czy Brownem).
Jeżeli miałabym wskazać swoich faworytów z UW - z jeszcze dostępnych w sprzedaży, to (recki pod linkami):

Wieki światła , Dom burz , Pieśń czasu. Podróże - Ian R. Macleod,
Opowieści sieroty - W ogrodzie nocy (I tom) i W miastach monet i korzeni (II tom) oraz Nieśmiertelny Catherynne M. Valente;
Smok Griaule Luciusa Sheparda oraz - ale to już taka hardkorowa polecanka - Welin i Atrament (recka z boku) Hala Duncana.

Idźcie i bierzcie z tego wszyscy. Szkoda, że Ślepowidzenie Wattsa z UW się skończyło, bo to jedna z najlepszych książek w serii, ale jest wznowienie - niestety, spoza serii i tym samym spoza promocji.
czwartek, 05 kwietnia 2012
Shepard i jego smok
Przeziębiona jestem wprawdzie, co wpływa ujemnie na ogólną sprawność psychofizyczną, ale ponieważ dawno nie dzieliłam się wrażeniami literackimi, to...szybka zachwycona migawka.
Jestem w trakcie lektury zbioru opowiadań Smok Griaule, który w ostatnich dniach stycznia ukazał się w Uczcie Wyobraźni, czyli nakładem wydawnictwa MAG. Na razie przeczytałam trzy teksty (Piękna córka poszukiwacza łusek, Ojciec Kamieni i Człowiek, który pomalował smoka Griaule'a) i napoczęłam czwarty. Już jednak mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych pozycji w serii i że z pewnością zainteresuję się innymi dokonaniami autora.
Początkowo byłam sceptyczna, ale potem uwiodło mnie wszystko: oryginalność, złożoność pomysłów, język (przekład Wojciecha Szypuły, jednego z mojej topowej trójki tłumaczy:). Każdy kolejny tekst oferuje nowe, pozytywne zaskoczenia. Zatem przed dokonaniem bardziej fachowej analizy, emocjonalnie i nieprofesjonalnie POLECAM.
P.S. Niedługo nowy Caine! Kto się cieszy ze mną?
 
1 , 2
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka