Wpisy z tagiem: Dan Simmons

piątek, 19 października 2012
Pochłonęłam Drooda
Jako i wy uczyńcie, bo to, jak wspaniała jest ta powieść i na ilu poziomach, jest wprost niepojęte. Nawet napisałam na jej temat kilka słów, mam nadzieję, zachęcających, choć nie oddają nawet ułamka tego, czym ta powieść jest naprawdę. Simmons należy do tych autorów, których książki się przeżywa. Tę też trzeba przeżyć samodzielnie.
środa, 08 sierpnia 2012
Drood - w końcu:)
W sam raz Szoguna skończę:> 28 września 2012 ma być premiera. Simmonsa wielbię.
Aha, dzisiaj startuje w Empikach (tylko w salonach) promocja Uczty Wyobraźni. Przy zakupie jednej książki z serii, druga za 1 grosz. Ja wybieram się po Maszynę różnicową i Dom derwiszy. Dni cyberiadu. Nieznającym serii szczerze polecam skorzystanie z tej okazji. Prawie nic lepiej nie zadaje kłamu powszechnemu przekonaniu, że fantastyka jest od macochy i dla dzieci (i nie, nie chcę prowokować flejma, ludzie naprawdę tak myślą, zaczytując się jednocześnie np. Zafonem czy Brownem).
Jeżeli miałabym wskazać swoich faworytów z UW - z jeszcze dostępnych w sprzedaży, to (recki pod linkami):

Wieki światła , Dom burz , Pieśń czasu. Podróże - Ian R. Macleod,
Opowieści sieroty - W ogrodzie nocy (I tom) i W miastach monet i korzeni (II tom) oraz Nieśmiertelny Catherynne M. Valente;
Smok Griaule Luciusa Sheparda oraz - ale to już taka hardkorowa polecanka - Welin i Atrament (recka z boku) Hala Duncana.

Idźcie i bierzcie z tego wszyscy. Szkoda, że Ślepowidzenie Wattsa z UW się skończyło, bo to jedna z najlepszych książek w serii, ale jest wznowienie - niestety, spoza serii i tym samym spoza promocji.
niedziela, 28 listopada 2010
Mam pecha do zapowiedzi MAGa
Zawsze (no, dobrze, w 80% przypadków) zmieniają się akurat tak, ze wypada to, na co czekam najbardziej:/ Nie spieszyło mi się do Harrisona czy VanderMeera (mimo przełamania niechęci do tych autorów po ich ostatnio opublikowanych w Polsce pozycjach - odpowiednio Świetle i Podziemiach Veniss oraz drugiej połowie Shrieka. Ja najmocniej czekałam na:

1) Drood Simmona (w czołówce mojego prywatnego autorskiego topu) - miał być w końcówce 2009, a teraz nie mieści się w pierwszym kwartale 2011

2) The Republic of thieves Scotta Lyncha (to co prawda miało być w marcu, więc jest nadzieja, że obsuwa będzie niewielka)

3) The naming of beast Mike'a Careya, miało być w styczniu, a w pierwszym kwartale 2011 ani widu:/

Tego ostatniego chyba poszukam w wersji angielskiej. Tak samo jak dalszych (powyżej trzeciego) tomów Dresden files, bo wznowienie w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy ma zacząć wychodzić w maju, ale miało zacząć już w tym roku, więc nie mam specjalnych zludzeń, że znowu wypchnie tę solidną rozrywkę jakaś Kate czy inna Clare:/

Nie ma wyjścia, trzeba poczekać. Ale jakoś nie sadzę, żeby Harrison czy VanderMeer mieli szansę osiągnąć lepsze wyniki sprzedaży niż Carey i Lynch (choć chyba kolejność dwóch ostatnich nazwisk powinna być odwrotna). Przy Simmonsie się nie upieram, choć za nim serce łka najbardziej, bo to jednak niekomercyjna literatura jest.

niedziela, 02 sierpnia 2009
Paradoks szererski

Lipiec był efektywny czytelniczo, wpadło aż pięć tytułów, w tym tylko jeden powtórkowy (Simmons) i tylko jeden nieco słabszy, ale żadnego gniota. Przede wszystkim przeprosiłam się z Ucztą Wyobraźni, za sprawą powieści Valente (co za wyobraźnia, a jaki wspaniały przekład! Gorąco polecam Opowieści sieroty). Niestety, zgoda z serią może nie potrwać długo, bo w kolejce czekają Podziemia Veniss, a z Vandermeerem po Mieście szaleńców i świętych mamy wąski kanał komunikacyjny:> Krzepi mnie jednakowoż niewielka, w porównaniu ze wspomnianym Miastem, objętość Veniss, pozwalająca mieć nadzieję na mniejszą ilość dusznej kwiecistości.

Z innych rzeczy przeczytałam najnowszego przetłumaczonego Camilleriego z serii o komisarzu M. - i on to właśnie był słabym ogniwem lipcowego zestawienia. Nie wiem, fabuła jakaś taka...gazetowa. Nie przypadła mi do gustu. I ten mrok. Smutek. Ponurość. Nie ma typowego dla serii klimatu.

Zbiorek Kochańskiego Zabójca czarownic  interesujący, choć drażni w większości przypadków rozziew między poziomem pomysłów oraz ich realizacji (na korzyść pomysłów, te są naprawdę nieszablonowe, zatem warto się zainteresować).

Triumf Endymiona podobał mi się mniej niż za pierwszym razem, przy czytaniu serii ciągiem, a i wtedy uważałam go za jej najsłabszą część. Ale to jednak ciągle Simmons, spora ilość kawałków mimo wszystko świetnych. Tylko za długie.

A na koniec przyczynek do tytułu - przeczytałam Północną granicę Kresa, pierwszy tom cyklu szererskiego. Z tego miejsca chciałabym niniejszym podziękować Ezenie, która ponad cztery lata temu, pożyczając mi Szerer, pominęła pierwszy tom i zaleciła rozpoczęcie lektury od Króla Bezmiarów. Gdybym podeszła do PG bez wiedzy o mechanice świata wyniesionej z następnych tomów cyklu, nie byłaby ona niczym więcej niż rozdmuchanym ponad miarę, chaotycznie zrealizowanym pomysłem na opowiadanie z zarysowanymi, ale niepokończonymi wątkami. Nie miałabym ochoty zbyt prędko sięgać po resztę Szereru. A dalej jest naprawdę dużo lepiej. Prawdziwa fabuła, postacie z charakterem, Grombelardzka legenda i Pani Dobrego Znaku są po prostu znakomite! Króla nieco ciągnie w dół mocno telenowelowo-groteskowy wątek bliźniaczek, ale też jest niezły. Tak że - jeśli ktoś jeszcze nie czytał Szereru - niech pierwszy tom zostawi sobie na koniec (tym bardziej, że problematyka Aleru nie ma, z tego, co pamiętam, w dalszych tomach większego znaczenia). Ale serię polecam i raduje mnie jej wznowienie, w dodatku tak eleganckie od strony graficznej. Z radością sobie skompletuję, bo warto.

Sierpień będzie raczej słaby czytelniczo, bo do końca miesiąca muszę machnąć francuską mgrkę, z której nie mam jeszcze ani słowa, ale to przecież drobiazg:)

A oczywiście, jak na złość, akurat teraz wyszła Zamieć na miękko (szczerze mówiąc, zdążyłam stracić nadzieję:>) - ale w sumie wciąż mam nieprzeczytany Diamentowy wiek - niedługo stukną mu dwa lata na półce i to nie z braku chęci z mojej strony, o, nie:( Również w sierpniu - bodaj jedenastego - ma się ukazać trzeci tom cyklu Mieville'a Żelazna Rada, a ja od marca nie znalazłam czasu na przeczytanie - pożyczonej - Blizny. Że już nie wspomnę o tym, że za kilka dni nowy Fix Castor, ale nawet się nie będę wygłupiała z kupowaniem go na razie, bo i po co? Żeby na półce postał? So many books, so little time:/

wtorek, 26 sierpnia 2008
Magia Hyperiona

Miałam co prawda nie pisać co najmniej do powrotu z Polconu i skupić się na nauce, ale nauka niespodziewanie poszła mi tak dobrze, że zdemobilizowało mnie to do wytrwania we wspomnianym postanowieniu. Zerknęłam dzisiaj na datę ostatniego wpisu i nie wytrzymałam. Zresztą - wszystko pozapominam przecież!

 Zatem, zachowując mniej więcej chronologiczną kolejność, przedstawiam skrótowo ostatnie lektury.

Upadek Hyperiona, z którego jednakowoż zadziwiająco sporo, poza absolutnie główną osią intrygi, udało mi się zapomnieć, dzięki temu po raz kolejny okazał się odkryciem i rąbnął mnie przez durny łeb. Simmons umocnił swoją pozycję w panteonie twórców przeze mnie czczonych. Tutaj nieudolna i nieadekwatna próba ubrania przemyśleń z lektury w słowa, gdyby ktoś był jej przypadkowo ciekaw:) http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/rid,38753,recenzja.html

Złodziej kanapek Camilleriego okazał się brakującym kawałkiem układanki, której na imię Salvo, a na nazwisko Montalbano. Przebojem został też moją ulubioną historią o komisarzu i skłonił do pewnej (miejscami radykalnej) rewizji zaprezentowanych tu nieco wcześniej tez. Ale bohater i tak pozostaje dziwakiem. Bardzo polecam. Korzystając z pobytu w domu, zamierzam późniejszym wrześniem uzupełnić tom pierwszy - Kształt wody, który czeka na swoją chwilę od ponad roku, nabyty na jakiejś promocji w Merlinie. Jeszcze tylko Głos skrzypiec skądś wygrzebać i zaliczę komplet polskich przekładów.

Szczególnej Waszej uwadze chciałabym polecić Ofiarę 44 autorstwa niejakiego Toma Roba Smitha. Jest to znakomity kryminał, rozgrywający się (w większości) w latach 50-tych XX wieku w ZSRR. Głównym bohaterem jest młody i dynamiczny kagiebista, przeżywający ni stąd ni zowąd katharsis i zaczynający tropić seryjnego mordercę dzieci wbrew systemowi, który głosi, że morderstwa w Kraju Szczęścia się nie zdarzają. Wiem, że brzmi to wątpliwie, zwłaszcza że autorem jest Anglosas. Jednak nie tylko udało mu się uniknąć uproszczeń, ale stworzył cholernie wiarygodnych bohaterów i takiż obraz tamtejszej rzeczywistości. Sama początkowo byłam sceptyczna, ale opowieść porwała mnie tak skutecznie, że musiałam zastrzeżenia głośno odszczekać. Bardzo dobra, jak na debiut wręcz znakomita. Choć, chyba dla lepszej promocji debiutu właśnie, autor nie oparł się w końcówce pokusie i poczynił wątpliwej jakości nawiązanie. Ale, biorąc pod uwagę całą resztę, i to można mu wybaczyć.

Wyższa magia Kiry Izmajłowej, to kolejne pozytywne recenzenckie zaskoczenie, spodziewałam się bowiem straszliwej pseudoPotterowej ramoty, a dostałam rzecz zabawną, lekką, z fajnymi bohaterami i napisaną tak, jak lubię najbardziej - z niewymuszonym humorem i dystansem. Pierwszy i chyba nieostatni mój kontakt z rosyjską fantastyką (tzn. na pewno nieostatni, bo jeszcze 2 tomy Raduzowa do F, ale tu akurat nastawiam się na cierpienie:P). Komu wola wiedzieć więcej: http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/rid,38767,recenzja.html

Na koniec zostawiłam zaskoczenie zdecydowanie negatywne i OSTRZEŻENIE przed antologią FS Epidemie i zarazy: krótko i węzłowato, to najgorsza antologia, z jaką przyszło mi się mordować. Nie zmienia tego bardzo dobre opowiadanie Anny Kańtoch Światy Dantego i niezła Jakuba Ćwieka (choć ze skopanym, IMHO, zakończeniem) Dom na wzgórzu. Bo jest jeszcze SZEŚĆ pozostałych. Np. prawie stustronicowa zgroza Siedlara pt. Piwnica. Trzymajcie się od tego zbioru z daleka, jak od, nomen omen, najgorszej zarazy.

sobota, 07 czerwca 2008
Biały miś bardzo niegrzeczny, nie tylko dziś

Dopiero po miesiącu (z czego dwa i pół tygodnia ukradł Vandermeer, a kilka dni psa:/) udało mi się skończyć najnowszą powieść Dana Simmonsa pt. Terror. Książka, choć pod względem rozwiązań stylistycznych (szczególnie zmiennej perspektywy narracyjnej), nie przynosi niczego, czego by autor nie zaprezentował w swych wcześniejszych dziełach, gatunkowo jest czymś świeżym. Po raz właściwie pierwszy to nie s-f, a historia alternatywna z domieszką grozy najzupełniej realnej. Właściwie określenie historia alternatywna jest nie do końca adekwatne, bo prawdziwej wersji wydarzeń, które doprowadziły do zagłady 129 członków ekspedycji sir Johna Franklina nie zna nikt, zatem nie ma wobec czego tworzyć alternatywy. Wyprawa złożona z dwóch statków - Erebusa i Terroru - wyruszyła w maju 1845 na poszukiwanie przejścia Północno-Zachodniego. Niestety, oba statki szybko i na długo utknęły w lodzie. Istniejące i pochodzące od załogi wiadomości o losach ekspedycji są, łagodnie mówiąc, bardzo szczątkowe. Mimo to Simmons gruntownie zbadał wszelkie dostępne źródła i wykorzystał w swojej opowieści wszelkie zgromadzone w nich szczegóły. Na tym wątłym szkielecie nadzwyczaj pieczołowicie wzniósł konstrukcję, której luki - jakże dogodnie spore - wypełnił już własną inwencją.

Główna akcja obejmuje okres zaledwie dziewięciu miesięcy - od października 1847 do sierpnia 1848. Do tego dochodzą retrospekcje dotyczące początku wyprawy - w pierwszej części powieści narracja jest mocno achronologiczna, co pozwala uzyskać ciekawy efekt - najpierw się dowiadujemy, że jakieś wydarzenie miało już miejsce, a dopiero później poznajemy jego szczegółowy przebieg - i, w części końcowej, przeskok w przyszłość, do roku 1851.

Nie jest przesadą nazwanie Terroru monumentalnym - prawie 600 stron drobnym drukiem, w dość sporym formacie na dodatek (uwaga techniczna - na szczęście książka nie jest ciężka, a miękka okładka zupełnie nieźle "się poddaje" - inną kwestią jest wytrzymałość tomu w czasie, już po pierwszym czytaniu są oznaki, że za jakiś czas zaczną wypadać kartki). W tak rozległym tekście trudno utrzymać stały poziom napięcia i tempo akcji. Świeżo po lekturze (i w trakcie) miałam autorowi za złe dłużyzny w środkowej części (około 150 stron). Po przemyśleniu doszłam jednak do wniosku, że zdecydował się na detaliczne, rozbudowane, pozornie niczego niewnoszące do akcji opisy nie bez przyczyny - pozwalają choć trochę się wczuć w sytuację członków wyprawy. Beznadziejna monotonia uwięzienia w lodzie, przytłaczająca bezradność, depresyjna rutyna - to właśnie jest jednym z najstraszliwszych elementów tej dosłownie mrożącej krew w żyłach historii. Bez tego nie byłaby ona autentyczna, jako ciąg fabularnych fajerwerków stałaby się parodią, a nie próbą prawdopodobnego psychologicznie odtworzenia przebiegu ekspedycji. Poza tym, czy to dzięki zaburzeniu chronologii, czy dzięki częstym zmianom perspektywy narracyjnej, czy dzięki znakomitemu merytorycznemu przygotowaniu do pisania o trudach wyprawy polarnej - Simmons umie przez większą część opowieści podtrzymać zainteresowanie Czytelnika, a wtedy, gdy rzuca na tak przygotowany ruszt fabularne rarytasy, od książki wprost nie sposób się oderwać.

Wielką zaletą są - jak zwykle - postaci. Kilka głównych relacjonuje nam wydarzenia najczęściej, ale swoje krótkie raporty o poszczególnych zdarzeniach daje też kilkunastu bohaterów pobocznych, którzy akurat w tych partiach akcji odgrywają znaczącą rolę. Do moich ulubieńców należą dwie postaci biegunowo odmienne:

 - twardy, zakonserwowany wewnętrznie wieloletnim aplikowaniem whisky irlandzki komandor Terroru Francis Croizier, cynik i wielbiciel Lewiatana Hobbesa, a zarazem romantyk o zranionym na wieki sercu, rozpaczający po swej pierwszej i jedynej miłości

- oraz doktor Harry Goodsir, który marząc o zostaniu odkrywcą dobrowolnie kupił bilet do lodowego piekła, gdzie odebrał przymusową lekcję prawdziwego życia - ten laik w kwestiach żeglugi i przetrwania na lodzie, mimoza i tchórz, stopniowo odkrywa w samym sobie cechy i zdolności, których istnienia nie podejrzewał;

Obok nich jest rzesza innych, każdy zapewne znajdzie własnego ulubieńca. Simmonsowi nie trzeba wiele, by stworzyć żywą i przekonującą postać, którą, zgodnie z jego wolą, z miejsca polubimy (np. lodomistrz Blanky, Harry Peglar, steward Bridgens) lub znielubimy (sir John Franklin, mat Hickey, sierżant Tozer) i korzysta ze swych niezwykłych umiejętności bez ograniczeń, często jednak pozostawiając aurę niedomówienia i ostateczny osąd pozornie zdefiniowanych aktorów lodowego dramatu samemu Czytelnikowi.

Prócz standardowych zagrożeń, takich jak mróz, głód, szkorbut, botulizm, bunt i kanibalizm, na uwięzionych przez naturę marynarzy czyha coś jeszcze - tajemniczy, olbrzymi i piekielnie inteligentny potwór z lodu, który metodycznie nęka ekspedycję, według dziwnego klucza wybierając ofiary i momenty ataków. Racjonaliści - czyli głównie kadra oficerska - uważają go za wyjątkowo wielki okaz niedźwiedzia polarnego. Zabobonni prości marynarze widzą w nim rozgniewanego eskimoskiego boga lub - po prostu - diabła. Z upływem czasu szeregi pierwszego stronnictwa topnieją...

Rozwiązanie zagadki potwora niektórzy uważają za słaby punkt książki - i w pierwszym odruchu gotowa byłam się z tym zarzutem zgodzić, ale potem, gdy rozważyłam dostępne alternatywy, wyjście wybrane przez Simmonsa, choć wygodnie ex machinowate - zaczęło mi się jawić jako jedyne zgodne z wewnętrzną logiką opowieści. Jedynym zgrzytającym elementem była - już wcale nie tak konieczna - ale dająca ocalenie - przemiana jednego z bohaterów. Tu jestem skłonna się zgodzić, niewiarygodne, nawet mimo jego "daru".

Chciałam na zakończenie porównać Terror do innych książek Simmonsa, ale chyba mija się to z celem, jest od nich zbyt różny. Jedyne, co mogę powiedzieć z pewnością, to, że subiektywnie podobał mi się bardziej od Olimpu, a na równi z dylogią Endymiona.

Trzeba mieć to coś, by sprawić, ze w temperaturach mocno ujemnych wciąż jest gorąco:) 8/10 i polecam.

poniedziałek, 01 maja 2006
Druga pięta Achillesa

 

Nadszedł czas wyjaśnienia zagadek z Ilionu i poprowadzenia trzech głównych wątków – ludzkiego, morawieckiego i homeryckiego ku nieuniknionemu przecież finałowi. Autora, że sparafrazuję pewnego polityka, poznaje się wszak nie po tym, jak zaczyna. Kończy, niestety, nieco słabiej niż zaczął. Ale tylko nieco. Poziom utrzymała wariacja na temat Homera, a wątek morawców najmocniej ciągnie całość w dół. Głównie z powodu zastraszającej ilości naukowego bełkotu na temat kwantów, kollapsów, jakichś zagadkowych nadaktywności i niestabilnych czarnych dziur. Oraz dziur w branie, cokolwiek to jest. Może i to wszystko nie są bzdury wyssane z palca i świat rzeczywiście tak funkcjonuje, a Achilles był kwantową osobliwością, bo mógł zginąć tylko ze ściśle określonej ręki, w ściśle określony sposób. Ja wolę wersję dla humanistów, w której woda ze Styksu czyni jego ciało odpornym na pociski. Wiem, w sumie wychodzi na to samo. Jednak statystycznemu czytelnikowi wyższa fizyka jest obca. I nie fascynują go rozważania na jej temat, ciągnące się przez dziesiątki stron,  z których wyskakują niby Filip z konopi logiczne wnioski taktyczno-strategiczne i próbują udawać, że to równie oczywiste jak dwa a dwa cztery. Nawet Proust i Szekspir oraz sympatyczne postaci Orphu i Mahnmuta nie poprawiają bilansu tego wątku, co stwierdzam z przykrością.
            Nieco lepiej prezentuje się wątek ludzki, mimo podjętych przez bohaterów „Burzy” – Prospera i Ariela – prób zamącenia czytelnikowi w głowie. Pomijając mętne i przydługie monologi tychże oraz nieco zbyt rozbudowany opis inwazji wieloramiennego Setebosa na Ziemię (zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak łatwo się potem stamtąd wyniósł – swoją drogą dziwne posunięcie, zapowiadała się trudna i długotrwała walka, wszak nawet przemorfowani w bogów postludzie mieli problemy z pozbyciem się Setebosa, kiedy już zakończyli wojnę z tytanami...), reszta jest całkiem ciekawa. Harman jako Prometeusz ciut naciągany, ale konsekwentny w swym heroizmie i sprawiedliwie ocalony. Walka społeczności Ardis o przetrwanie odmalowana z odpowiednim dramatyzmem (może nieco za łatwo było zlikwidować pomiot Setebosa, ale pewnie znowu się czepiam), wiernie oddany mechanizm powstawania konfliktów w zdesperowanej grupie. Jednak bezsprzecznie największy plus należy się Simmonsowi za przewrotną grę z „Odyseją”, do której posłużyła postać Odysa-Nomana. Nowe oblicze Kirke i propozycja nie do odrzucenia, jaką złożył jej król Itaki, to modernistyczny ( wiem, brzydkie, wytarte słowo, ale w tym wypadku adekwatne jak rzadko kiedy) majstersztyk, wyrównujący poprzednie wady.
            A już ich prawdziwym nagromadzeniem jest wyraźnie najlepszy, jak wcześniej wspomniałam, wątek homerycki. Zeus, uśpiony przez zdradziecka Herę, zamierzającą sprowadzić wojnę na dawne tory, to jeszcze małe miki. Na pierwszy plan wysuwa się w tym tomie Achilles, szybkonogi i wrażliwopięty mężobójca. A także niewiastobójca. Miał pecha zabić Pentesileję, królową Amazonek, pokropioną przez Afrodytę perfumami feromonowymi numer dziewięć. I zakocha się w zwłokach. Było wąchać? W związku z czym musi się udać do kadzi regeneracyjnych na Olimpie, które, zgodnie z zapewnieniem Ateny, przywrócą jego ukochanej życie. Tak więc drugą piętą Pelidy zostaje serce. A to dopiero początek krętej drogi, która zawiedzie go między innymi do Itaki i Tartaru. I którą aż chce się śledzić.
            Trojan i Achajów pogodziło trzęsienie ziemi, strącające Ilion z terraformowanego Marsa na klasyczną ziemię. Kto by się w takiej chwili przejmował drewnianymi końmi? Po zakończeniu wojny śmiertelników z bogami zrobiło się jakby nudno, a że obudzonemu i wkurzonemu Zeusowi zamarzył się monoteizm, przyszedł czas na pucz. A że w puczu każda para rąk się liczy, buntownicy sprzymierzają się z tytanami i historia bogów zatacza krąg. Wynoszący na szczyt Hefajstosa – zawsze powtarzam, żeby nie lekceważyć kuternogów:P

            Podsumowując – w Ilionie wszystkie wątki były na równym, bardzo wysokim poziomie, co sprawiało, że nie sposób było oderwać się od lektury. W pierwszy tom Olimpu ciężko się wciągnąć, rozkręca się dopiero pod koniec. W drugim za to dzieje się a dzieje. I znów wsysa. Po całość warto zatem sięgnąć, a początkiem nie warto się zniechęcać, choć mocno kontrastuje z tym, do czego przyzwyczaja monumentalna część pierwsza dylogii. Cóż, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki...

piątek, 03 marca 2006
Ach, ta suka ironia...

A gdyby tak przenieść Troję na terraformowanego (uziemionego:>) Marsa? Razem z Olimpem, bogami, herosami, zdzirami, kapłankami, drewnianym zwierzyńcem i całym pozostałym dobrodziejstwem inwentarza?

Sprowadzić z "dawnej ery" - XX wieku - paru znawców dzieła Homera ( zrekonstruować ich z DNA - dla bogów to w końcu małe miki), żeby mieli bajzel na oku i zainscenizować pierwszą i najsławniejszą w dziejach wojnę o , że powtórzę za Zagłobą, "ryżą kosę?"

Z wojenki zrobić swoiste reality show, które za pośrednictwem całunów turyńskich (żaden Brown - high, a nawet nanotech:P) będą podziwiać "nowi ludzie", pozbawieni legend, historii, wiedzy o przodkach i wszelkiej indywidualności. A co za tym idzie, tak zwanych "wyższych potrzeb". Bo tak ich zaprogramowali postludzie. A potem coś ich tak wystraszyło, że spakowali manatki i opuścili Układ Słoneczny w zorganizowanym pośpiechu, uznając, że lepiej porządzić w odleglejszej galaktyce. A swoich pupili zostawiwszy na pastwę losu. Służków, to jest użytecznych maszynek. I zagadkowych wojniksów, inteligentnych maszynek z własną wizją, której nie zna nikt poza nimi.

No i bardzo pięknie. Tylko że zagadkowe zabawy z bronią na czwartej planecie od Słońca niepokoją inteligentne roboty wysłane niegdyś przez postludzi na eksplorację Układu Słoonecznego. Morawce ( bo o nich mowa) ewoluują sobie spokojnie na Jowiszu. Ale nadaktywność kwantowa zanotowana na Marsie burzy ten spokój. Decydują się wysłać ekspedycję zwiadowczą. Nieliczną, nie wiedzącą o swoim zadaniu nic ponad niezbędne, czysto techniczne minimum. Z czterech robotów do celu docierają dwa - Mahnmut, miłośnik sontów Szekspira i poważnie uszkodzony Orphu, fan Prousta. Muszą dotrzeć na szczyt Olimpu i zainstalować tam zagadkowe urządzenie, które przeznaczenia nie znają. Ten, który je znał, zginął, kiedy Zeus zestrzelił ich statek z marsjańskiej orbity.

W dodatku, jeden z ludzi nie chce umierać po piątej dwudziestce. Pragnie przedlużyć sobie życie, polecieć do Pierścieni, gdzie spodziewa się zastać postludzi i przekonać ich, by użyczyli mu raz jeszcze swojej konserwatorni - krynicy wiecznej młodości. W tym celu uczy się czytać. Studiuje stare mapy. I ściąga na siebie uwagę Żydówki Wiecznej Tułaczki, jedynej, która przeżyła tragiczne Ostatnie Faksowanie - poza nią zginęli wszyscy "dawni ludzie". Ona postanawia pomóc Harmanowi w realizacji jego pragnień - i wykorzystać go do swoich celów.

Trzy wątki - homerycki, od pewnego momentu niezupełnie kanoniczny, ludzki i morawiecki, splatają się w misterną, a zarazem monumentalną (600 stron) i fascynującą swoją złożonością, konsekwencją i precyzją całość. Pełną humoru, często czarnego, psychologii, filozofii, teorii literatury - a w gruncie rzeczy - prawdy. Często niełatwej, acz niewątpliwie wartej poznania. Lepiej być świadomą niż nieświadomą igraszką suki ironii. Ją też ktoś trzyma na smyczy. Zawsze to jakieś pocieszenie.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka