Wpisy z tagiem: Borys Akunin

sobota, 14 stycznia 2017
O laniu wody, czyli Planeta Woda
Zacznijmy od tego, że mimo narastającego z najnowszymi tomami serii rozczarowania, na Erasta Fandorina chora jestem nieuleczalnie. Dlatego z wielką radością przyjęłam ukazanie się zbioru 3 opowiadań Borysa Akunina z udziałem tej postaci (choć niby Czarne miasto miało być ostatnią odsłoną cyklu). Jak to ostatnio pięknie napisały Kurzojady w kontekście Jeżycjady - ciągnie narkomankę do meliny:) Dostajemy trzy utwory, z czego tytułowy, najdłuższy (i najbardziej rozczarowujący) został przez autora sklasyfikowany jako kryminał technokratyczny. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, a szkoda, bo może byłabym lepiej przygotowana psychicznie na meandry intrygi. Zaczyna się dosyć ciekawie - Fandorin wraz z Masą szukają zatopionego skarbu, testując przy okazji prototyp łodzi podwodnej w pięknych okolicznościach przyrody karaibskich wysp (stacjonują na Arubie). Potem jednak pojawia się agent Scotland Yardu i przedstawia detektywowi - teoretycznie od dawna byłemu - propozycję nie do odrzucenia. Fandorin ma przeniknąć do prywatnego przedsiębiorstwa na wyspie Saint Constantin, by powstrzymać mordercę zwanego Liliowym Maniakiem, który na ofiary wybiera pacjentki zlokalizowanego na wyspie dziecięcego sanatorium przeciwgruźliczego. Na krzywdę dzieci szlachetny mąż nie może patrzeć biernie, ale zleceniodawca chce upiec na ogniu jego szlachetności także większą, własną pieczeń. Chcę uniknąć spoilerów, napiszę więc tylko tyle, że najbardziej atrakcyjnym elementem skrajnie niewiarygodnej, groteskowej intrygi jest groźny idealistyczny wariat, w istocie będący Napoleonem:) Który - jakże oryginalnie - chce władać światem i buduje podwodne technocentrum (sic!), mające mu przejęcie władzy umożliwić. Z góry jednak wiadomo, że tam, gdzie są Fandorin i Masa, taki plan nie może się udać. Kończą się Akuninowi wiarygodne pomysły na intrygi, a sf to zdecydowanie nie jego bajka, tyle powiem.

Samotny żagiel
, czyli kryminał nostalgiczny, to powrót Fandorna do Rosji. Bohater chce wyjaśnić zagadkę mordu na przeoryszy prowincjonalnego monasteru, znanej czytelnikom serii z Dekoratora jako niedoszła miłość jego życia. Gdy Fandorin sam wymierzył sprawiedliwość zabójcy, ona wybrała Boga. Teraz padła ofiarą makabrycznego mordu. To trochę zagadka zamkniętego pokoju, z uwagi na nietypową lokalizację monasteru i zamknięty krąg podejrzanych. Sama intryga jest więc lepsza, przy tej okazji wychodzi jednak z Fandorina paskudny seksista. Spotykając wyzwoloną i niezależną kobietę, lekarkę Annuszkinę, nie może jej znieść.

Dawniej takich kobiet chyba nie było na Rusi. Były nihilistki i ofiarne pracownice ziemstw; wśród jednych i drugich zdarzały się kobiety o męskim typie osobowości, nawet wyglądem przypominające mężczyzn, ale podobnych do doktor Annuszkiny Erast Pietrowicz jeszcze nie widywał. Ludmiła Sokratowna nie próbowała udawać mężczyzny, pozostawała absolutną, stuprocentową kobietą – a przy tym nie było w niej za grosz kobiecości. Jakaś brytyjska sufrażystka, z gatunku tych, co palą portrety króla i przykuwają się do ogrodzenia pałacu Buckingham. Sympatyczne rosyjskie imię w ogóle nie harmonizowało ze zdecydowanie nierosyjskimi manierami. Nie sposób wyobrazić sobie Rusłana, który pokochałby taką Ludmiłę.

Kobiety, które nie chcą zachowywać się jak kobiety, można traktować jak mężczyzn.

Kobieta jest jak wąż dusiciel, zdolna kochać tylko króliki (..).

Tego typu myślenie u światłego i postępowego człowieka jest przykre, choć zapewne typowe dla epoki. W każdym razie już mi Erasta nie żal, że - lecząc kryzys wieku średniego - związał się z puściuteńką aktoreczką, bo była fizycznie podobna do jego pierwszej żony:)

Od tejże aktoreczki ucieka w trzecim opowiadaniu (kryminale zaiste absurdalnym Dokąd płyniemy?) i to wprost z pociągu, co dowodzi wyjątkowej desperacji. Rusza w pogoń za niejakim Cukiereczkiem, psychopatycznym przestępcą z obsesją na punkcie czystości, który obrabował pociąg (jak się z czasem okaże, na zlecenie knujących komunistów, w tym Lenina i Stalina). Pogoń prowadzi Erasta do Krakowa, a nawet na gzyms Grand Hotelu na Sławkowskiej (na studiach przez trzy lata mieszkałam tuż obok!:) Fandorin daje się złapanemu przestępcy zrobić w konia jak ostatni kretyn, po czym ponownie musi go szukać, i tak spędza sylwestrowy wieczór w jednym lokalu z knującymi komunistami. Dosyć dziwaczna, choć ładnie ornamentowana historia, znów kompletnie niespójna z tym, co o Fandorinie wiemy z poprzednich odsłon.

Ponadto nie podobało mi się sentymentalne zakończenie drugiego opowiadania, psujące dawno i skutecznie zamknięty - w niebanalny sposób - wątek romantycznej relacji kliszą tandetną i niemiłosierną. I chyba o to mam do Akunina największy żal. O ile czytając drugie i trzecie opowiadanie bawiłam się - mimo zastrzeżeń - nie najgorzej, o tyle pierwsze i najdłuższe to totalne nieporozumienie.
sobota, 25 października 2014
Czarne miasto, czyli ostatni weekend z Erastem Pietrowiczem
Właśnie zaraz się zacznie:) Trudno mi wyobrazić sobie lepsze "zaoczne" celebrowanie trwających właśnie Targów Książki w Krakowie niż pochłanianie ostatniego tomu cyklu Akunina. Czytnik już naładowany, a teraz jeszcze tylko spełnię swoja recenzencką powinność (co trochę mi zajmie, bo Echopraksja Wattsa to powieść, którą układam sobie w głowie już trzeci dzień) i oddalam się w kierunku czytelniczej orgii. Co tam, że poprzedni tom, czyli Świat jest teatrem, mocno mnie rozczarował. Wierzę, że Akunin godnie zakończy swój sztandarowy projekt.
Kiedy ostatnio baliście się otworzyć książkę jednego ze swoich ulubieńców i jaka to była?

wtorek, 04 lutego 2014
Sokół, jaskółka i papuga
W tym tylko jedno z nich jest ptakiem. Sokół to luksusowy liniowiec wycieczkowy, na którym w 2009 roku Nicholas Fandorin i jego brytyjska, sędziwa, sparaliżowana od pasa w dół po udarze i obrzydliwie bogata ciotka odbywają rejs wycieczkowy.
Jaskółka to lekka fregata korsarska, na którą, jako medyk okrętowy Epiné, wsiada w 1702 roku nastoletnia Letycja de Dorn, daleka krewna (przodkini) magistra historii Fandorina. Chce płynąć na Barbados, by uwolnić ojca, który jest zakładnikiem tamtejszych piratów, domagających się za jeńca wysokiego okupu. Musi ukrywać swoją płeć i prawdziwy cel podróży przed przesądnymi marynarzami. A maskarada to zaledwie początek jej rozlicznych problemów...
Oba plany czasowe czwartej powieści Borysa Akunina z cyklu Przygody magistra łączy natomiast wcześniej wspomniany prawdziwy ptak. Papuga, i to nie byle jaka. Nie dość, że japońska, bo takich już w przyrodzie nie ma, to jeszcze, i owszem, długowieczna. Tak, przeżyła (przynajmniej) ponad 300 lat. W dodatku ma duszę i myśli. A Akunin czyni ją (a raczej jego, bo to samczyk jest) głównym narratorem swojej powieści. Papuga prowadzi czytelnika przez ponad 300 stron wątku historycznego Sokoła i Jaskółki. W wątku współczesnym, o połowę krótszym, narrator jest już zwyczajny.
Owszem, słyszę, jak walicie czołami w blaty swoich biurek. W zasadzie też miałam na to ochotę, gdy okazało się, że Akunin zabrał się za zabawy z elementem fantastycznym. Jak bowiem pokazuje przykre doświadczenie, zwykle wychodzą mu one, by ująć rzecz eufemistycznie, średnio (por. Pelagia i czerwony kogut, powieść z wprost dramatycznie skopanym metafizyką zakończeniem).
Jednak... gdy już się człowiek przyzwyczai, że narrator jest  ptakiem, i nauczy się ten fakt ignorować, z zadowoleniem odkrywa, że ma do czynienia z całkiem udaną historią o poszukiwaniu skarbu (cały czas tego samego). W której nie brakuje zgrabnych paralel i autentycznych zaskoczeń. Jest to bowiem wciąż Akunin, zręczny pisarz, postmodernista i znawca popkultury. Jeśli lubicie pirackie klimaty, nie będziecie zawiedzeni, bo powieść jest więcej niż niezła.
Niemniej, czuję się w obowiązku zaznaczyć, że w ramach cyklu o przygodach magistra historii wypada ona zdecydowanie najsłabiej. Jeśli tego rodzaju gra planami czasowymi i zabawa z konwencją przypadnie wam do gustu, serdecznie polecam poprzednie odsłony perypetii Niki Fandorina. Chronologicznie: Skrzynię na złoto, Lekturę nadobowiązkową oraz F.M. (drugi tekst od góry).
P.S. Za książkę serdecznie dziękuję Mikołajowi. Świętemu, bo znalazłam ją w zeszłym roku pod choinką.
środa, 11 grudnia 2013
Akunin była kobietą!
A raczej została nią na potrzeby literackiego eksperymentu, publikując pod pseudonimem Anny Borisowej powieść obyczajową zatytułowaną Pory roku, która w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.
Weronika Korobiejszczykowa, inicjatorka ruchu społecznego "Szczęśliwa starość", którego celem jest polepszenie standardów opieki nad rosyjskimi emerytami, zostaje zauważona przez odnoszącego sukcesy biznesmena, Stasa Bierzina. Postanawia on nadać jej projektowi rozmach i prawdziwie przemysłowy wymiar - razem mają wybudować w kraju sieć placówek geriatrycznych na wzór francuski. W ramach przygotowań do wdrożenia projektu Weronika, z wykształcenia lekarka, wyjeżdża na roczny staż do luksusowego normandzkiego ośrodka - tytułowych Pór Roku. Jest to placówka wyjątkowa z wielu powodów, ale o tym dziewczyna przekona się stopniowo...
Borisowa (czyli Akunin) opiera opowieść na przeplataniu losów dwóch kobiet, które łączy jedynie rzadki defekt - tętniak tętnicy podstawnej. Jedna z nich żyje w  stałym, podświadomym oczekiwaniu na wybuch "bomby w głowie", druga przeżyła 90 lat w nieświadomości, że w ogóle takową posiada. I to ta druga jest dla Pór roku ważniejsza. Od piętnastu lat uwięziona w klatce bezwładnego ciała, za jedyne towarzystwo ma wspomnienia. Swojej wielkiej miłości, do której dojrzewała, którą wywalczyła i bez której musiała przetrwać większość długiego życia. Historia Aleksandryny, "małej tygrysicy", pozwala autorowi na dalekie wycieczki w przeszłość Rosji, do rewolucyjnego Piotrogrodu, potem do Mandżurii, gdzie mają miejsce kolejne biograficzne przełomy jego protagonistki.
Przede wszystkim jednak Pory roku są opowieścią o dorastaniu do pełnego wykorzystania posiadanej wewnętrznej siły, o potędze uczuć i o strachu przed utratą wspomnień i osobowości. To ostatnie przynosi Alzheimer, nieproszony, ale częsty towarzysz starości. Kolejni bliscy Aleksandryny: babcia, ojciec i matka - zapadli na tę chorobę. Utraciwszy prywatny sens życia, bohaterka postanowiła zatem wykorzystać przypadkowo pozyskaną, niezwykłą wiedzę do zwalczenia swojego największego strachu - że także zachoruje i zapomni o latach największego szczęścia. Wstąpiła tym samym na drogę, która doprowadziła ją na stanowisko dyrektorki Pór roku. Ale wszystkiego przewidzieć nie mogła, u progu sukcesu los spłatał jej okrutnego figla...
Do dwóch głównych wątków Borisowa dodaje jednak sporo pomniejszych, ale dzięki jej talentowi równie przekonujących mimo swej kameralności ludzkich historii, dając czytelnikowi wgląd w biografie rezydentów ośrodka. Różne oblicza starości, poprzedzonej rozmaitymi podejściami do życia. Powstaje urzekająca i zajmująca mozaika, a gdy sądzimy, że już wiemy wszystko, nadziewamy się na finał. Z finiszami u Akunina bywa rozmaicie, zdarzają się kiepskie, czy wręcz tragicznie spartolone (jak w Pelagii i czerwonym kogucie), ale akord wieńczący Pory roku długo rezonuje w wyobraźni, co nakazuje uznać go za wirtuozerski. Polecam, warto.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Fandorinie, Fandorinie:(
Co ty wyprawiasz po pięćdziesiątce? Czekałam na trzynasty tom serii od wielu lat, a jednak Świat jest teatrem, w którym pięćdziesięciopięcioletni Erast pada po raz kolejny ofiarą strzały Amora, na czym poważnie cierpią jego zdolności śledcze (i fabuła powieści), był raczej rozczarowaniem.
W eterycznej aktoreczce (w dodatku egzaltowanej i pustej) z powodu rocznicy śmierci Lizetki i jednego scenicznego gestu? Seriously, mister F.? Po tylu sensownych kobietach, któreś odtrącił był? Kryzys wieku średniego, ani chybi.
Rozwiązanie zagadki prościutkie, a nasz detektyw ma takie klapki na oczach, że aż wstyd człeka ogarnia.
Napisane bardzo solidnie, ale to Akuninowska norma, więc za nią pochwały nie przysługują. Plusiki za Michaiła Erastowicza (największy), Sterna (średni) i Sienię (malutki). 7/10
Polecam raczej pozostałe tomy serii, by być precyzyjnym, od Lewiatana wzwyż. Tam znajdziemy ten błysk geniuszu (Śmierć Achillesa, Dekorator, Radca stanu), którego w Świat jest teatrem zdecydowanie zabrakło. I nawet moje uwielbienie dla postaci Fandorina tego braku zrekompensować nie jest w stanie.
piątek, 23 października 2009
Rozbiór rózańca na paciorki pierwsze
Zostało mi co prawda jeszcze jedno opowiadanie, ale najwyżej notkę wyedytuję. Słów kilka o tekstachze zbioru Borysa Akunina Nefrytowy różaniec.

Jigumo - Zaczęło się, jak już wspominałam, nie najlepiej. Epizod z okresu japońskiego, historia o morderczym demonie, któremu tak naprawdę na imię macierzyńska miłość. Bo matka kocha swoje dziecko, nawet jeśli jest ono kalekie. Zaś każdy facet to świnia, a świnię można zaszlachtować bezkarnie. Dlatego szlachetny i sprawiedliwy Erast Fandorin (wyjątek od powyższej reguły) puszcza wolno zabójcę przyjaciela. Tekst nielogiczny z punktu widzenia konstrukcji postaci, ogólnie idiotyczny i ckliwy. I jeszcze ta karliczka. Hej, hej, hej, inni mają jeszcze gorzej:/ Zero zalet, same wady, na czele z natrętną i pokrętną ideologizacją. Nieco szkliwa straciłam na zgrzytanie zębami. Jakieś 2/10.

Table talk z 1882
Pierwsze zdania tego tekstu narobiły mi nadziei na dodatkowe szczegóły historii ze Śmierci Achillesa (która moim zdaniem należy do najlepszych odsłon cyklu o Fandorinie). nadzieja, oczywiście, okazała się płonna. Historia będąca przedmiotem zakładu znudzonej szlachty jest klasyczna, ale przez to niezbyt porywająca - dla detektywa formatu Erasta P. to pestka:) Nie podzieliłam zaskoczenia jego współbiesiadników rozwiązaniem zagadki siostrzanej zazdrości starych panien (jakże dogodnie - bliźniaczek). Dorysowany pieprzyk, seriously? 5/10

Z życia wiórów
czyli śledztwo incognito w fabryce otrutego oligarchy. Pierwszy naprawdę dobry, interesujący tekst w zbiorze. Ciekawy pomysł, zaskakująca puenta, zamknięty krąg podejrzanych w stylu Agathy Christie. I udana postać petersburskiego śledczego, którego dawne umiejętności przyćmiła indukowana zaszczytami pewność siebie - Zosima. Panienka malarka mnie irytowała niemożebnie, ale ja już po prostu tak mam. 7,5/10

Nefrytowy różaniec czyli opowiadanie tytułowe, perfidnie żerujące na ciekawości czytelnika cyklu:) Historia zielonych paciorków, którymi Fandorin na pewnym etapie kariery zaczyna wspomagać swój proces dedukcyjny, w cyklu nie została wyjaśniona. Wyjaśnienie zaserwowane obecnie osobiście uważam za niesatysfakcjonujące - na wierzchu nikt nie szuka to znowu za łatwy score dla takiego profesjonalisty. A rzekoma mistyczność różańca? Zdolność ocalania życia wlaściciela? Trzy razy długowieczność plus jeden? Od czasów Pelagii i Czerwonego koguta mam alergię na tego typu klimaty w wykonaniu Akunina - i tym razem nie wyszło. 6/10

Skarpeja Baskakowów czyli wariacja Doyle'owska. Na wejściu punkty za uczynienie bohaterem i narratorem asystenta - Tulipanowa. Mimo jednak, że trup ściele się gęsto, to nastroju jakoś nie ma, a i rozwiązanie dziwaczne. Wejście (przebierankowe) Erasta na finał - niezręczne, jak wytrych. Czyta się nieźle, ale zakończenie zaniża ocenę całości. 6,5/10



czwartek, 01 października 2009
Nefrytowy rózaniec, czyli come back Erasta Pietrowicza F.!

Nefrytowy różaniec

Jak głosi strona wydawnictwa, zbiór opowiadań, wypełniających
"białe plamy" cyklu, dzisiaj trafia do sprzedaży:D:D:D (Choć Merlin sieje jakiś defetyzm, ze dopiero od siódmego...) Jak wyrobię dzisiejsza normę memoire'ową, przejdę się do Hetmańskiej, skontrolować, czy już mają:D Prawie 700 stron, rany - i pomyśleć, że szukałam lekarstwa na blok czytelniczy:))

Przy okazji, dla osób zainteresowanych cyklem, mam drugą świetną wiadomość - Świat Książki wznawia trzy pierwsze tomy przygód Erasta, na co, biorąc pod uwagę ceny osiągane przez pierwsze wydania na Allegro, najwyższy czas.

Azazel

Gambit turecki

Lewiatan


Ja zamierzam sobie wreszcie skompletować, bo to trzeba mieć na własność. Jak Trylogię, Sagę o wiedźminie i Muszkieterów. WARTO. Kryminały absolutnie genialne, a każdy jeden inny.
Już, obetrę pianę i wracam do mojego kącika:)

EDIT 8.10.09:Pierwszą moją czynnością po przyjeździe do L. był zakup Akunina:))

środa, 29 kwietnia 2009
To wcale nie tak, jak myślicie

Od ostatniego wpisu minęły nieco ponad 3 tygodnie, a ja w tym czasie przeczytałam rekordową ilość książek.

Po raz pierwszy: Akunin:Koronacja, Kochanka śmierci, Kochanek Śmierci, Diamentowa karoca 1, Diamentowa karoca 2.

Po raz drugi:

Krajewski: Śmierć w Breslau, Koniec świata w Breslau, Widma w mieście Breslau, Dżuma w Breslau.

Deaver: Kolekcjoner kości, Tańczący Trumniarz, Puste krzesło, Mag + trzeci raz Kamienna małpa.

Niestety, głębiej Wam o tym nie opowiem, gdyż była to lektura analityczna, pod precyzyjnie określonym kątem, o którym teraz piszę z mozołem i zostało mi jeszcze 18 dni na 48 stron. A do "doczytania" mam jeszcze 3 Deavery. Więc wiecie, rozumiecie.

Podzielę się natomiast krótkimi refleksjami natury ogólnej.

Refleksja numer 1 - najbardziej natrętna. W zestawieniu z Akuninem i Deaverem ubóstwo warsztatu Krajewskiego z pierwszych trzech powieści jest wprost boleśnie widoczne. Aż wstyd. Mock jest też zdecydowanie najmniej interesującym z czterech porównywanych przeze mnie śledczych  śledczych. I ma okropne sprzeczności w biografii, ale to już rezultat dopisywania cyklu wstecz.

Refleksja numer 2 - Akunin jednak czasami po prostu nie potrafi się oprzeć. Zakończenie Diamentowej karocy 2 bardzo mnie rozczarowało.Czemu to miało służyć? 

Refleksja numer 3 - Deaver irytująco mało pisze o swoich postaciach, a jak już to robi, to w taki sposób, że nawet nie ma czego zacytować:/

  

czwartek, 17 lipca 2008
Akunin, Urbi et Orbi i wiecznie pechowy Camilleri

F.M. czyli tom trzeci cyklu Przygody magistra Borysa Akunina, tym razem z wczesnmą redakcją Zbrodni i kary tytułowego Fiodora Michajłowicza D. w tle. Dla mnie genialne, choć wątek współczesny jak zwykle nieco momentami naciągany, ale za to z fantazją iście ułańską! I nie w stylu a teraz wyjmiemy ektoplazmę z kapelusza a la Marek K. Można czytać bez znajomości poprzednich części. Czyta się znakomicie, wciąga jak bagno, jest humor, jest dreszczyk emocji, rys obyczajowy i ciekawa zagadka. słowem - wszystko, co potrzebne, by uzyskać kryminał doskonały. I ciut więcej.

Pies i klecha. Przeciwko wszystkim. Pierwszy tom spółki autorskiej Urbaniuk&Orbitowski, którego akcja rozgrywa się w Polsce "przełomu", w latach 88/89, okazał się być zaskakująco dobrze napisany. Nie widać "szwów" i tego, co w utworach wieloautorskich nazywam zwykle schizofrenią stylistyczną. Ciekawy, acz nieco marketingowy pomysł zbratania porucznika MO z księdzem, okazał się czymś więcej niż tylko chwytem pod publiczkę. Obecność księdza przyslużyła się fabule, w której od rozmaitych nieczystych sił o przeciwstawnych aspiracjach politycznych aż się roi. A milicjant, jak to milicjant - fajki, wóda, panienki i samochody. Ale w sumie porządny chłop. Nieźle odmalowane tło obyczajowe, ciekawa fabuła, a przede wszystkim nieschematyczne zakończenie - to największe plusy. Zresztą, ponad 500 stron (prawda, że Fabrycznej czcionki dla niewidomych, ale jednak:) połknęłam w 4 dni, z czego dwa były robocze, a jednego jeszcze rehab wypadł. To juz chyba lepszej rtekomendacji nie trzeba:) Po tomy następne sięgnę z ochotą.

Teraz słów kilka o pechowym Andrei Camillerim. Na zeszłorocznym Polconie, czyli prawie 11 miesięcy temu, Oh-reen była uprzejma użyczyć mi ze swych zbiorów prywatnych niemal kompletu powieści tego pana z komisarzem Montalbano w roli głównej. I od tego czasu, mimo najszczerszych chęci, żadnej z nich nie zdołałam przeczytać. Z braku czasu i ciagłej obecności innych zobowiązań natury recenzenckiej. Wczoraj, myśląc sobie : ha, akurat jestem na czysto, zanim mi coś doślą, chapnę choć jednego Montalboano! Wszak to formacik malutki, 200 stron zaledwie!, siegnęłam, nieco paradoksalnie, po najnowszy, przysłany mi do recenzji, tom cyklu - Zapach nocy. Przed zaśnięciem przyswoiłam stron 30, wczułam się elegancko w klimacik, zaczęłam zaznajamiać z bohaterem. Idylla.

Dziś przychodzę z pracy i co widzą moje piękne acz krótkowzroczne ślepia? Ano kurier był i paczkę przyniósł. Paczka oznacza obowiązki. W inszym przypadku Montalbano wygrałby prawem zaczętego, ale w paczce były:

1) recenzencka wersja Ślepowidzenia Wattsa, na które choruję niemal od roku, odkąd Vanin je opisał na swoim blogu, a Alakhai naopowiadał  mi o nim w Więziennej - premiera 25 lipca

2) Upadek Hyperiona

Ma komisarz M. pecha:(

piątek, 25 maja 2007
Przez nowe okulary o Marleyu i Fandorinku

No, to pierwsze quasi recki w nowych szkłach. Ciekawe, czy spojrzenie mnie się wyostrzy:>

Marley i ja czyli jedyna w swoim rodzaju, prześmieszna, wzruszająca opowieść o więzi pomiędzy nietuzinkowym właścicielem, a jego psychicznie rozchwianym, ewidentnie cierpiącym na ADHD labradorem:) I o ile niektóre przerażające fragmenty dotyczące demolowania domu nieco ostudziły mój pierwotny entuzjazm dla projektu posiadania w przyszłości labradorka "na swoim", o tyle cała reszta tej ksiązki, napisanej lekkim, felietonowym stylem, a zarazem przepojonej autentycznym zaangażowaniem, ma w sobie coś magicznego. Wspaniała sprawa. Polecam wszystkim psiarzom i nie tylko. Od razu widać, że autor jest zawodowym dziennikarzem. Ma pióro, którego szczerze mu zazdroszczę:)

Azazel czyli pierwsza część sztandarowego cyklu Akunina o detektywie Eraście F. aka początki kariery nieopierzonego młodzika. Poza przegięciami typu gorset "Lord Byron" ( co to, już wtedy metroseksualnych mieli?:> w XIX wieku? W mateczce Moskie?!), sympatyczna, choć dość przewidywalna, zgodnie z najlepszym klasycznym wzorcem, historyjka. A bohater, co w tego typu taśmowych produkcjach ma pierwszorzędne znaczenie, daje się lubić. Tylko to drastyczne zakończenie..serce boli. Niemniej, z zainteresowaniem, głównie ze względu na świetnie odmalowane tło społeczno-obyczajowe, przeczytam dalsze części.

A teraz mam dylemat: Thud!, Gwiezdny pył czy może pierwszy tom akt Harry'ego Dresdena?

 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka