Wpisy z tagiem: mój prywatny top

sobota, 23 września 2017
Możesz próbować ucieczki, ale Amgash zabierzesz wszędzie ze sobą (Elisabeth Strout, Mam na imię Lucy)

Mieszkaliśmy w dolinie Sauk, gdzie można ruszyć przed siebie i dojrzeć najwyżej jeden albo dwa domy otoczone polami. Jak już wspomniałam, obok naszego nie stał żaden. Żyliśmy wśród ciągnących się po horyzont łanów kukurydzy i soi, a za horyzontem była świńska farma Pedersonów. Pośrodku pola kukurydzy rosło drzewo. Uderzała nas jego surowość. Przez wiele lat uważałam je za przyjaciela. Było moim przyjacielem. Nasz dom stał przy bardzo długiej polnej drodze nieopodal Rock River i kilku drzew chroniących pola kukurydzy przed wiatrem. Nie mieliśmy w pobliżu żadnych sąsiadów. Nie mieliśmy też telewizora, gazet, czasopism ani książek. 

 Tak dorastała Lucy Barton, jedna z trójki rodzeństwa, jedyna, której – dzięki ciężkiej pracy i wrodzonej inteligencji – udało się wyrwać z małego miasteczka i szponów społecznego ostracyzmu, jaki otaczał jej ubogą rodzinę. Być może odniosła sukces także dlatego, że zimą po lekcjach dobrowolnie zostawała w szkole, żeby nie marznąć, gdyż w jej własnym domu było bardzo zimno. W pustej klasie mogła skupić się na nauce i odrabianiu prac domowych. Od samotności uciekała w książki i marzyła o zostaniu pisarką. Dostała pełne stypendium na uczelni na przedmieściach Chicago, gdzie poznała swojego przyszłego męża. A jednak ciągle towarzyszył jej strach, że przez swoje luki w wiedzy o kulturze masowej zostanie zdemaskowana jako nieprzynależąca do studenckiej braci. Najbardziej bała się mimo wszystko czego innego:

Pamiętam jedno. Kiedy przyjechałam do domu na Święto Dziękczynienia, w nocy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że moje życie na uczelni to tylko sen. Bałam się, że po przebudzeniu znów utknę w tym domu i zostanę w nim na zawsze, a wydawało mi się to nie do zniesienia. Pomyślałam: nie, i powtarzałam to słowo w myślach tak długo, że w końcu zasnęłam.

Ten strach zatruwał jej każdy sukces, mącił każdą satysfakcję.

 Strout proponuje tym razem wyjątkowo przejmującą historię, być może nawet lepszą niż Olive Kitteridge, choć pod wieloma względami bardzo do niej podobną. Kameralną, rozgrywającą się – poza retrospekcjami – głównie w szpitalnej sali, gdzie protagonistka zmuszona jest z nie do końca jasnej przyczyny walczyć o życie przez dziewięć długich tygodni. Nas interesuje jednak głównie kilka dni, gdy przy łóżku Lucy czuwa matka. Opowiada córce różne historie o ludziach  z rodzinnego miasteczka, które wywołują u niej refleksje i wspomnienia na co dzień pieczołowicie spychane na margines świadomości.

Jest to opowieść o zasłużenie  spełnionych marzeniach, których słodycz zatruwa poczucie zdrady. Odcięcie się od korzeni i od trudnej przeszłości nie udaje się Lucy do końca, a wszelkie prywatne niepowodzenia kobieta postrzega jak zasłużoną karę za to, że zerwała więzi z rodziną, wybierając miłość do męża. Za swój wstyd. Za to, że matka nigdy nie okazywała jej miłości. Lucy jest skonfliktowana wewnętrznie, dręczy ją paradoksalna potrzeba, by matka, która nie walczyła o swoją obecność w jej dorosłym życiu, a w dzieciństwie nie wywiązywała się ze swojej roli, okazała jej zainteresowanie i uznanie. W głębi serca, nawet już jako odnosząca sukcesy nowojorska pisarka, Lucy na zawsze pozostaje dzieckiem z Amgash, które szukało ciastek w śmietniku za cukiernią i w Święto Dziękczynienia chodziło na obiad dla ubogich.

Przecież styl to treść – mówi w pewnym momencie Lucy swojemu przelotnemu kochankowi, malarzowi i snobowi. I taka też jest proza Strout, tym bardziej przejmująca i bardziej trafiająca w sedno, im bardziej pozbawiona ozdobników i lapidarna. Zupełnie jak życie.

sobota, 09 września 2017
Opowieść niosąca odpowiedź (Anna Kańtoch, Niepełnia, przedpremierowo)

Komu spodobało się Czarne, ten wyzwaniem, jakie stanowi lektura najnowszej powieści Anny Kańtoch, zatytułowanej Niepełnia, będzie zachwycony. Choć na żadnej innej płaszczyźnie poza tym, że ich forma jest zaproszeniem dla czytelnika do zdekodowania nieoczywistego przesłania, utwory te nie są podobne.

Struktura Niepełni ma unikalny charakter, który łatwo przegapić, bo w pierwszej chwili wszystko wydaje się zwodniczo proste. Na prowincjonalnym posterunku policji, przed zmęczoną funkcjonariuszką, która w zasadzie powinna już skończyć dyżur, siedzi chłopak, znaleziony w opuszczonym domku letniskowym, i próbuje wytłumaczyć, co tam właściwie robił. Policjantkę nie bardzo to obchodzi, ale ponieważ śnieżyca uwięziła ich oboje w tym miejscu, nie wiadomo na jak długo, z braku alternatywy zaczyna słuchać dziwnej, niby zupełnie niezwiązanej z sytuacją, opowieści zatrzymanego. Jest to opowieść o dziewczynie, która tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2015 zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach na katowickim rynku. Stanowi pierwsze ogniwo misternego łańcucha powiązanych ze sobą historii. Jak w matrioszce, w pewnym momencie bohaterowie każdej fabuły trafiają na następną, w której znowu ktoś inny czyta o losach kolejnych postaci. Powstaje intrygująca spirala różnorodnych gatunkowo i tematycznie opowieści, zapisanych czy to na stronach internetowych, czy na zwykłych, pokrytych wyblakłymi śladami ołówka kartkach. Spirala, która wciąga tak bardzo, że nie sposób wyrwać się z jej meandrów przed dotarciem do ostatniej kartki.

Wspólne mianowniki są liczne. Ten sam biały dom, z osobną piwnicą, w gminie Radziechowy, nieopodal Golgoty Beskidów. W każdej opowieści para bohaterów – mężczyzna i kobieta (czasem dziewczyna i chłopak). Oprócz jednej, której protagonista ma jednocześnie cechy męskie i żeńskie. Ulotny zapach cytrusów. Atmosfera tajemnicy i zagrożenia. Dziwne, niewytłumaczalne zniknięcia i desperackie poszukiwania. Sporo pozorów i kłamstw. Liczne trupy, lub przynajmniej domniemane trupy. I te metaforyczne, chowane w szafie przeszłości, z której lubią nieoczekiwanie wypadać, i jak najbardziej dosłowne. Powracający motyw White Christmas, melodii tak idyllicznej, że aż ironicznej, jeśli wziąć pod uwagę, dla czego stanowi podkład dźwiękowy. Jak łatwo zgadnąć, podobieństwa nie są kwestią przypadku. Niepełnia to precyzyjna, spójna konstrukcja, w której każdy element ma znaczenie.

Co łączy dwójkę maturzystów, dwójkę studentów kulturoznawstwa, dawną licealna parę i rodzeństwo włamujące się do letniskowych domów po sezonie? Jaką rolę pełni w historiach wszystkich bohaterów biały dom, przyciągający ich niczym magnes? Czemu służy opowieść snuta przez dziwnego chłopaka na policyjnym posterunku? Niepełnia, najnowsza pozycja w serii wydawnictwa Powergraph Kontrapunkty, to wiele więcej niż odpowiedź na wszystkie te pytania. Przekonajcie się sami, premiera już 29 września 2017.

P.S. Polecam też (choć może lepiej po lekturze) bardzo ciekawą rozmowę o książce, jaką z autorką, przy okazji prapremiery na tegorocznym Polconie, przeprowadził Stanisław Krawczyk.

sobota, 19 sierpnia 2017
Dresden po lekkiej zadyszce wraca do popisowej formy (Jim Butcher, Zdrajca)
Akta Dresdena to jeden z moich ukochanych cykli w ogóle i najlepszy cykl urban fantasy, jaki do tej pory spotkałam na swojej czytelniczej drodze. A to coś znaczy, bo gatunek lubię i czytałam sporo. Do tej pory o cyklu, wznawianym i kontynuowanym - po niesławnej kompromitacji Wydawnictwa Amber (tragiczne tłumaczenie) - od dobrych paru lat, a dokładnie od października 2011, ze skandaliczną przerwą po 4 tomie, przez Wydawnictwo MAG, pisałam na łamach ksiazki.wp.pl. Była to już ostatnia nić łącząca mnie z serwisem, a po kolejnej zmianie kierownictwa i ona została zerwana. Ponad ośmioletnią współpracę zakończyłam recenzją dziewiątego tomu, czyli Białej nocy.
I choć do tej pory powtarzałam jak mantrę, że Butcher jako jedyny mimo napisania wielkiej liczby tomów cały czas proponuje czytelnikowi coś świeżego, na etapie Drobnej przysługi, czyli dziesiątej odsłony, zaczęłam mieć wątpliwości. Owszem, czytało się ją nadal bardzo przyjemnie, ale po raz pierwszy pojawiło się wrażenie, że - oprócz rozgrywania znanych elementów - nie wnosi w zasadzie niczego nowego. Dlatego nie napisałam o niej i w zasadzie mogłabym się podpisać pod tą recenzją Moreni.
Jednak Zdrajca, czyli tom 11, przywrócił mi lekko zachwianą wiarę w Jima Butchera, okazując się jedną z najlepszych (obok np. Rycerza Lata czy Dowodów winy) części serii. A wszystko dzięki przesunięciu akcentów na sferę wielkiej intrygi politycznej z udziałem Czarnej Rady, w którą Harry zostaje uwikłany z racji antypatii łączącej go z Donaldem Morganem. Antypatia to w zasadzie eufemizm, Morgan latami czyhał na najdrobniejsze potknięcie Dresdena, by móc ściąć mu głowę jako czarnoksiężnikowi. Biała Rada w końcu po latach oczyściła Harry'ego z zarzutów (raczej z powodu braków kadrowych wywołanych wojną z wampirami niż z przekonania o jego niewinności), ale Morgan prywatnych podejrzeń wobec niego nigdy się nie wyzbył. Tym słodszym paradoksem jest, że gdy to na zapiekłego Strażnika pada niesłuszne podejrzenie o zdradę i zabójstwo, musi on szukać pomocy właśnie u Dresdena. Bo tam pogoń podąży za nim w ostatniej kolejności. A Dresden, jak na sentymentalnego frajera przystało (i za to go kochamy:), pomocy oczywiście udziela. Co stanowi początek kłopotów.
Mamy zatem sporo nowości, między innymi możemy zwiedzić siedzibę Białej Rady w Edynburgu. Ale poszlaki prowadzą także do Białego Dworu (te wątki prywatnie zawsze bardzo lubiłam, koncept wampira żerującego na ludzkiej rozkoszy jest bardzo oryginalny). A że za głowę zdrajcy Rada zaoferowała nielichą nagrodę, w przerwach między zbieraniem dowodów niewinności swojego podopiecznego Harry musi odpierać ataki łowców nagród, w tym takich spod naprawdę ciemnej gwiazdy. Jeden z nich porywa jego przyrodniego brata Thomasa i wyrządza mu okrutną krzywdę (albo robi przysługę, obnażając jego prawdziwą naturę, to jedna z licznych ocennych kwestii w tym tomie). Do stawki honorowej i politycznej w polowaniu na faktycznego sprawcę dochodzi w efekcie motywacja osobista. Według mnie taki Dresden jest najlepszy, a Butcher, jak się finalnie okazuje, trzyma w rękawie jeszcze kilka atutów, z których nawiązanie do klasyki literatury stanowi jedynie przyjemny drobiazg. Słowem, wiele się w tym tomie wyjaśnia, ale równie dużo pozostaje do odkrycia. Na tom dwunasty czekam z prawdziwą niecierpliwością. Martwi mnie tylko, że autor już od 3 lat nie pisze dalszego ciągu i po piętnastym możemy zostać na takim samym głodzie jak reszta świata.
P.S. W tym tomie jako tłumaczka Akt Dresdena debiutuje Anna Reszka, z której pracą przy MAGowych paranormalach, ze szczególnym uwzględnieniem dzieł Cassandry Clare i Lauren Kate (och, jak bardzo nie będę tęsknić za recenzowaniem na zlecenie!), wiąże się wiele moich wyjątkowo traumatycznych wspomnień. Miałam zatem obawy, a nawet lęki. Z radością donoszę, że okazały się one bezpodstawne, a przekład ma w sobie swobodę i lekkość, której brakowało miejscami tomom przełożonym przez Michała Jakuszewskiego. Szkoda, że PWC nie przełożył całości, ale pewnie dalej tkwilibyśmy na etapie piątego tomu.
niedziela, 18 czerwca 2017
Serialowisko 2017 (3)

Dziś mam dla was sporo zaległych polecanek serialowych. I jedną niepolecankę.

Anne with an E (Ania, nie Anna) - serialowa adaptacja jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa, czyli Ani z Zielonego Wzgórza. Za wcześniejszymi wersjami nie przepadałam, więc, jak łatwo się domyślić, także co do tej byłam sceptyczna. Ale jest naprawdę świetna, nawet mimo całkiem niepotrzebnie wprowadzonego wątku kryminalnego, dostarczającego końcowy cliffhanger. Zasługa w tym całej obsady (początkowo nie mogłam się przekonać do Mateusza, ale i on szybko skradł moje serce), ale jednak przede wszystkim odtwórczyni roli tytułowej, Amybeth McNulty. Ta szesnastolatka ma przed sobą wielką aktorską przyszłość, jest Anią z całą jej egzaltacją, radością życia, skłonnością do wpadania z euforii prosto w otchłań rozpaczy. W recenzjach pojawiały się zarzuty, że serial jest zbyt mroczny, a przeszłe traumy Ani nadmiernie podkreślone, ale mnie akurat ten aspekt jak najbardziej przekonuje. 8,5/10

Opowieść podręcznej - i znowu, po zachwycie książką, przeczytaną na początku roku z myślą o serialu, nie wierzyłam, że można ją sensownie przenieść na mały ekran. A dostałam coś równie imponującego jak literacki pierwowzór, jednocześnie wiernego powieści i uzupełniającego oraz uwspółcześniającego jej treść w sposób spójny z przesłaniem, a nawet wzmacniający jego wydźwięk. Fanką Elisabeth Moss, grającej Offred (polska Freda brzmi jakoś kulawo), jestem od czasów Mad men, gdzie pokazała ogrom swoich możliwości, prowadząc Peggy od zakompleksionej szarej myszki do roli królowej reklamy. Tu dzielnie wspiera ją reszta obsady, przede wszystkim Fiennes i Strahovsky w roli małżeństwa Waterfordów (Serenę odmłodzono, co okazało się dobrą decyzją, podobnie jak dodanie retrospekcji dotyczących jej związku z Fredem), a także błyszcząca w roli Janine Madeline Brewer, ale cały casting jest znakomity, osobiście podziwiam też grę Ann Dowd jako Ciotki Lydii. Ale to przede wszystkim unikatowa kreacja Moss tworzy ten serial, tak jak postać Offred decydowała o sile powieści. Jak dla mnie bezdyskusyjny hit sezonu. Tylko moim zdaniem żadna kontynuacja nie jest potrzebna. 10/10

The Crown - z historią o początkach panowania Elżbiety II męczyłam się od listopada, w zasadzie nie wiem, dlaczego, bo ostatecznie całość bardzo mi się podobała. Nie mogłam wejść w opowieść i złapać chemii z początkowymi odcinkami (konkretnie problemem były pierwsze 3). A przecież wszystko jest jak trzeba - świetne aktorstwo (jestem wielką fanką premiera Churchilla, czyli Trójkowego z Dextera, oraz księżniczki Małgorzaty), ciekawy scenariusz, sporo emocji, dobrze oddane realia epoki (znakomity odcinek smogowy). W sumie to królowa irytowała mnie chyba najbardziej, ale tak, zdaje się, być miało, bo serial skupia się właśnie na tym, jak młoda kobieta stara się udźwignąć ciężar przedwcześnie odziedziczonej korony. W każdym razie polecam. 8/10

House of Cards, sezon 5 – szczerze, to mam już serdecznie dość tego serialu. Underwoodowie zostali w tym sezonie przegięci w sposób ostateczny i o ile jeszcze do czasu rozstrzygnięcia wyborów obchodziło mnie, co tam się dzieje i co będzie dalej, to dalsza część sezonu, choć naładowana akcją, w ogóle mnie nie obeszła. Była, poza wszystkim, dość przewidywalna. A Claire jako groteskowa lady Makbet w ogóle mnie nie przekonuje. Nie umiejąc zrezygnować ze swojego okrętu flagowego, Netflix go solidnie podtopił. A mogli skończyć w zeszłym roku, zachowałabym dobre wspomnienia. Mimo wszystko 6/10.

Orange Is The New Black, sezon 5 – już rok temu były symptomy, że – podobnie jak przy początkowo genialnym Weeds – pomysł Jenji Kohan na ten serial się kończy, a ona nie chce z niego zrezygnować. Ten absolutnie beznadziejny sezon, w całości poświęcony trzydniowej okupacji więzienia przez osadzone i pełen groteskowych epizodów, stanowczo to potwierdza. Mimo tego Netflix przedłużył produkcję na kolejne 2 lata. Gorąco odradzam, 3/10.

P.S. Publikacja tego wpisu była gehenną.

sobota, 18 lutego 2017
Niebezpiecznie realistyczna antyutopia
Rachela zaś widząc, że nie może dać
Jakubowi potomstwa, zazdrościła swej siostrze
i rzekła do męża: „Spraw, abym miała
dzieci; bo inaczej przyjdzie mi umrzeć!”
Jakub rozgniewał się na Rachelę i odparł:
„Czyż to ja, a nie Bóg, odmawiam ci potomstwa?”
Wtedy ona powiedziała:
„Mam niewolnicę
Bilhę. Zbliż się do niej, aby urodziła dziecię
na moich kolanach; chociaż w ten sposób
będę miała od ciebie potomstwo”.

Tylko taką wskazówkę, cytat z Księgi Rodzaju, dostajemy przed rozpoczęciem lektury Opowieści podręcznej. Reguły rządzące rzeczywistością, w której niespodziewanie przyszło żyć narratorce, musimy zrekonstruować sami. Na początku nie wiemy o naszej przewodniczce niemal nic, nie wydarza się też, w zasadzie, nic złego. A jednak niezwykła narracja Margaret Atwood sprawia, że już od pierwszych, zupełnie neutralnych (jeśli pominąć cytowane wyżej motto) zdań tej historii czytelnikowi towarzyszy niepokój, który w miarę rozwoju wydarzeń stale narasta. Z jakiegoś powodu nie mamy wątpliwości, że to się nie może dobrze skończyć, a im więcej wiemy, tym bardziej się w tym przekonaniu utwierdzamy. Choć istotne informacje racjonowane są wprost bardzo skąpo. W tej relacji trzeba czytać między wierszami, gdyż opowiadająca także się boi.

Trwa wojna. Na ulicach stoją posterunki. Jedzenie jest na kartki. A jednak nie stąd bierze się strach bohaterki. Musi się ona bać, bo jest kobietą. Choć, jak się prędko okazuje, kobietą uprzywilejowaną, bo płodną. W świecie, w którym w wyniku niesprecyzowanej ekologicznej katastrofy jest to cecha niezwykle rzadka, a zdrowe dzieci przychodzą na świat jeszcze rzadziej, płodne kobiety są niezwykle cenne. Żyje im się lepiej, niż pozostałym. Ale czy to naprawdę dobre życie?
Nie chcę wam zdradzać niczego więcej o fabule i świecie przedstawionym, bo siłą tej powieści jest głównie kontrast między suchym, faktograficznym, ascetycznym wręcz stylem narracji a przekazywaną za jej pośrednictwem, bardzo precyzyjnie kontrolowaną treścią. To trzeba samodzielnie przeczytać i przetworzyć przez własne emocje.

Napiszę tylko tyle, że Opowieść podręcznej powstała 32 lata temu i być może wówczas mogła być traktowana wyłącznie jako fikcja, a nie jako sf bliskiego zasięgu. Dzisiaj, gdy zarówno na świecie, jak i u nas, zwycięża radykalna prawica, chętnie strojąca się w szatki nauczycieli moralności (w wynaturzonym katolickim wariancie, który z prawdziwym przesłaniem Pisma nie ma nic wspólnego) i ojców narodu, wiedzących najlepiej, na czym polega jego dobro, odsyłających kobiety do ich tradycyjnych ról (po co mają pracować, zarabiać niekiedy nawet więcej niż mężczyźni i wpędzać ich w kompleksy?), sprzeciwiających się wychowaniu seksualnemu, swobodnemu dostępowi do antykoncepcji, in vitro i aborcji, nawet wówczas, gdy zagrożone jest życie matki, a równocześnie także badaniom prenatalnym - realizacja scenariusza Atwood staje się niebezpiecznie prawdopodobna. Trump, Putin, Orban, Błaszczak, Radziwiłł, Terlkowski i inni doskonale by się odnaleźli w opisanym przez nią świecie. Ba, nie wątpię, że podobałby im się on bardziej od tego, który mamy dzisiaj. Dlatego w trakcie czytania ciarki przebiegały mi po plecach dwukrotnie częściej, niż powinny. Bo za 50 lat tak może wyglądać Polska. I oby można było wtedy wyjechać, zanim będzie za późno.

Fenomenalna powieść. W kwietniu będzie serial na jej podstawie, co skłoniło mnie do nadrobienia w końcu tej zaległości. Mam już pewność, że sięgnę po kolejnej pozycje autorki. I żałuję, że po pierwszą sięgnęłam tak późno. Ale lepiej późno, niż wcale. Czytajcie.
niedziela, 04 grudnia 2016
The Missing - sezon 2 (2016)
2016 zbliża się do końca, a w ostatni czwartek wyemitowano finałowy odcinek serialu, który z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością (bo chyba już nie rzucą 4 sezonu Mostu nad Sundem) będzie moim serialem roku.
Jedyną postacią łączącą obie historie (tę z pierwszego i drugiego sezonu) jest detektyw Julien Baptiste. Tym razem rzecz dotyczy badanego przez niego wiele lat wcześniej zaginięcia dziewczynki, Sophie Giroux. Inna zaginiona od 11 lat dziewczyna, Alice Webster, tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2014 pojawia się nagle w fikcyjnym miasteczku Eckhausen w pobliżu Hanoweru, gdzie znajduje się garnizon brytyjskiej armii (ojciec Alice jest żołnierzem). I wymienia, majacząc, nazwisko Sophie. Detektyw przybywa więc do Niemiec, by przyjrzeć się sprawie i w miarę możliwości ustalić, kto porwał obie dziewczynki i czy Francuzka jeszcze żyje. Wszyscy cieszą się z niespodziewanego powrotu i oswobodzenia Alice, tylko Baptiste jest podejrzliwy wobec składanych przez młodą kobietę wyjaśnień.
Drugi sezon jest dziełem tych samych scenarzystów, co pierwszy. Umieją wyśmienicie dawkować informacje, budować napięcie tak, że po zakończeniu przedostatniego odcinka ma się ochotę obgryźć sobie wszystkie paznokcie z niecierpliwości, jak to się skończy, a co najważniejsze - oferują satysfakcjonujące zakończenie i nie pozostawiają luźnych wątków. I tylko w jednej małej kwestii w finale idą na ciut schematyczną łatwiznę. Ale za całą resztę można im to wybaczyć, bo od zaoferowanej w 8 odcinkach misternie tkanej mozaiki wzajemnych zależności między osobami i wydarzeniami po prostu nie sposób się oderwać. Fabuła jest tym razem jeszcze ciekawsza i bardziej skomplikowana, tak z uwagi na wielość planów czasowych (3 główne, w tym najważniejsze osadzone w 2014 i 2016 roku, a i pobocznych nie brakuje), bohaterów, wątków, jak i miejsc akcji. Równie ważne, co znalezienie sprawcy, jest tutaj pokazanie, jak wieloletnia nieobecność ofiar i nagły - już chyba nawet niewyczekiwany - powrót jednej z nich wpłynęły na życie ich rodzin. Ważny jest też, oczywiście, sam Baptiste, którego pogoń za rozwiązaniem jest próbą ucieczki przed prywatnym strachem. To taki przypadek, że powiedzenie czegokolwiek więcej mogłoby być niewybaczalnym spoilerem. Grają między innymi takie brytyjskie gwiazdy jak Laura Fraser (Lip Service, Single Father i Linda z Breaking Bad) i Roger Allam (Endeavour, The Politician's Husband), no i David Morrissey, ale cała obsada jest dobrana bez pudła.
De-li-cje.
P.S. Jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie nadróbcie pierwszy sezon. Dwa słowa: James Nesbitt.
czwartek, 03 listopada 2016
Jedenastka na ostrzu!
Tak jest, dręczę publikę swoimi wpisami już całe jedenaście lat! Statystyki, jak sądzę, nikogo poza mną nie obchodzą:) W zamian postanowiłam polecić wam z okazji urodzin bloga 11 tytułów, które oceniłam na 10/10 w ciągu tych lat.

1. Hyperion Dana Simmonsa - pierwsza część tetralogii, konstrukcyjnie kolaż złożony z opowieści uczestników niezwykłej pielgrzymki. Do dziś pamiętam niezwykłe emocje, jakie - mimo początkowego sceptycyzmu - towarzyszyły tej lekturze. Naprawdę, dla wszystkich. Nie dajcie się odstraszyć złowrogiej etykiecie sf, a nie będziecie żałowali. Więcej w recenzji na samym dole linkowanej strony.

2. Shogun Jamesa Clavella - odsyłam do swoich zachwytów polekturowych. Rzecz monumentalna, ale niewątpliwie warta poświęconego jej czasu. Co mi przypomina, że w kolejce czeka Gaj-jin.

3. Reamde Neala Stephensona to pozycja dla autora, tworzącego głównie sf, w zasadzie mocno nietypowa i budząca w gronie jego fanów skrajne emocje, ale według mnie - fenomenalna sensacja.

4. Pożeglować do Sarancjum i Władca cesarzy Guya Gavriela Kaya - alternatywne Biznacjum i porywająca mozaika ludzkich losów, wyborów oraz namiętności. Warto, nawet jeśli w innych powieściach autor spuszczał z tonu, to ta dylogia jest absolutnie wyjątkowa.

5. Ślepowidzenie Petera Wattsa to powieść, którą trzeba przeżyć samodzielnie. Jej niezwykła popularność nie jest przypadkowa. Do dziś pamiętam to skakanie po przypisach na kartkach recenzenckiej szczotki i wrażenie totalnego wessania w losy Siriego i reszty załogi. W recenzji widnieje dziewiątka, ale dziś dałabym dziesiątkę:)

6. Rzeka tajemnic Dennisa Lehane'a to dla mnie perła w koronie jego twórczości i kwintesencja tego, czego szukam w każdym kryminale.

7. Carpe Jugulum Terry'ego Pratchetta to jedna z najlepszych części Świata Dysku, humorystycznie odziany traktat o odwiecznej walce tradycji z nowoczesnością i instytucjonalnej religii z prawdziwą wiarą (recenzja druga od dołu na linkowanej stronie).

8. O Rozłące Christophera Priesta rozpisywałam się już wielokrotnie, ale żadna okazja nie jest zła, by polecić ją po raz kolejny, ani by sięgnąć po nią po raz pierwszy.

9. Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu Sagi o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Choć to trochę oszustwo, bo w ciągu tych 11 lat zaliczałam tylko powtórki. Jest jednak dla mnie bardzo ważna. O tym, jak zacząć przygodę z tym niezwykłym cyklem i dlaczego warto, przeczytacie tutaj.

10. Wieki światła Iana R. MacLeoda zachwyciły mnie lata temu i stanowiły początek przygody z twórczością tego autora, nurtem new weird i serią Wydawnictwa MAG Uczta Wyobraźni. Byłam wtedy recenzentką nieopierzoną i pełną entuzjazmu dla nowości, ale wszystkie trzy przygody kontynuuję po dziś dzień, co chyba o czymś świadczy.

11. Gniew  Zygmunta Miłoszewskiego, czyli najlepszy polski kryminał, jaki przeczytałam w ciągu tych 11 lat:)

Dziękuję Wam za tych 11 lat. Za to, że jesteście. Za to, że jest was coraz więcej, nawet jeśli nie wszyscy się odzywacie. Że te sobotnie notki to nie tylko mój kompulsywny rytuał. Kto wie, może nawet dobijemy do trzeciej pięciolatki?:)
sobota, 13 sierpnia 2016
W Crosby, w stanie Maine
W miasteczku najważniejsze są: kościół, ratusz i sklep spożywczy, choć sklepowi przydałoby się odmalowanie.

Do kościoła Olive Kitteridge chodzić nie chce (chyba że na koncert muzyki poważnej), w pewnym momencie stanowczo odmawia także chodzenia do sklepu.
W ogóle Olive chodzi własnymi drogami, co w takim niewielkim miasteczku jak Crosby nie jest dobrze widziane. Ludzie uważają ją za sekutnicę (którą jest), ale nikt nie powie jej tego prosto w oczy, bo w końcu była nauczycielką matematyki w miejscowej szkole średniej, a fakt, że przeszła już na emeryturę, nie pozbawia jej bynajmniej autorytetu, stanowiącego pochodną tej złowrogiej funkcji.
Nazwą ją raczej świętą osobą, co ją szczerze rozbawi, bo nie z dobroci serca, a z obawy przed codzienną samotnością niezłomnie pielęgnować będzie powalonego wylewem męża.
W toku opisanych w zbiorze opowiadań Elizabeth Strout wydarzeń mały wszechświat, w którym Olive niepodzielnie włada na początku tej historii, ulega stopniowemu rozpadowi. Niektóre wstrząsy udaje się zamortyzować, np. zauroczenie męża młodziutką farmaceutką. Jednak już nieoczekiwane małżeństwo syna, a co gorsza - jego wyprowadzka na drugi koniec kraju, porzucenie specjalnie wybudowanego przez rodziców domu, brak powrotu mimo rozpadu związku - zamortyzować się nie dają. To gorzej niż niewdzięczność, to zdrada.
Samotność leczy rany skuteczniej niż czas i Olive tak rozpaczliwie pragnie jakiejkolwiek relacji z synem, że z radością leci na jego wezwanie do Nowego Jorku, gotowa zaakceptować nawet jego dziwaczną nową żonę z dwójką dzieci z wcześniejszych związków i trzecim - jej wnukiem - w drodze. Desperacja także ma mimo wszystko swoje granice i Olive nie pozwoli się traktować, jakby była zdziecinniałą staruszką. Wraca do Crosby, gdzie może być sobą. W nagrodę dostaje końcowy promyczek nadziei, bez którego całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia.
Na marginesach tej smutnej, ale przejmująco realistycznej historii o toksycznych rodzinnych relacjach Strout - umieszczając Olive jedynie w tle - opowiada o innych nieprzystających do małomiasteczkowego szablonu szczęśliwej normalności jednostkach: córce prostytutki, utalentowanej pianistce, której matka nie pozwoliła się kształcić i która dożywa swoich dni, topiąc tremę w alkoholu i przygrywając ze słuchu do kotleta w miejscowym barze; nastolatce chorej na anoreksję; rodzicach, których syn okazał się mordercą i nie pomogła zainwestowana w jego wychowanie fortuna; dziewczynie, która chciała żyć z chłopakiem bez ślubu; porzuconej przez matkę córce fanatycznie religijnego pastora; żonie, która w dniu pogrzebu męża dowiaduje się o jego zdradzie. Te opowieści w zdecydowanej większości nie zmieściły się w genialnym serialu HBO na podstawie zbioru, a nadają historii Olive zupełnie inny wydźwięk. W porównaniu bowiem z ich protagonistami tytułowa bohaterka wygrała los na loterii życia. Mimo trudności dopasowała się, założyła rodzinę, była szanowaną członkinią społeczności. Cóż z tego, że tylko z wierzchu? Inni daliby się za ten substytut sukcesu pokroić.
Kwestia perspektywy i względności jest jednym z najciekawszych elementów tego zbioru, którego lekturę gorąco i bezwarunkowo polecam.
wtorek, 14 czerwca 2016
Domenic Jordan na Bookrage!:)
Każda pora jest dobra, żeby promować Domenica Jordana, bohatera kryminalnych historii z nutą magii, stworzonych przez Annę Kańtoch. Bo Domenic boski jest:)) Tym razem macie unikalną okazję, by nawiązać z nim znajomość. W najnowszej edycji Bookrage, płacąc minimum 20 zł za aktualny pakiet, można nabyć łączoną edycję polecanych przeze mnie wcześniej utworów - minipowieści Majstersztyk i długiego (wg mnie najlepszego z 3 nowych) opowiadania Anatomia cudu. Nie zwlekajcie, oferta jest ważna tylko przez dwa tygodnie:D
Poza tym w pakiecie (już za symboliczną złotówkę) m.in. wczesna powieść Wojciecha Chmielarza wraz z opowiadaniem z tego samego uniwersum.
P.S. Z powodu wyjazdu urlopowego wpis na ten tydzień będzie  być może w niedzielę, a może nie będzie go wcale.
sobota, 28 maja 2016
O finale The Good Wife
The Good Wife przez całe 7 sezonów emisji była jednym z najlepszych seriali nadawanych w tych samych latach. Zarazem był to chyba najlepszy serial prawniczy, jaki kiedykolwiek oglądałam. Inspirowany rzeczywistymi case'ami, ale też odważnie i sensownie eksplorujący istniejące luki w przepisach i ich potencjalne konsekwencje w obliczu nieustannych przemian społecznych oraz galopującego rozwoju technologii.
Jednocześnie na płaszczyźnie pozazawodowych relacji między bohaterami produkcja ta była równie niebanalna, stroniła od schematów, łatwych rozwiązań, a przy tym stale trzymała w napięciu. Postaci nie stały w miejscu, stale się rozwijały, często w zupełnie nieoczekiwany sposób, co było ich największą siłą, bo widz nieustannie mógł zostać przez nie zaskoczony. Przyzwyczajanie się do czegokolwiek w tym serialu było błędem.
W plejadzie zalet TGW chyba najważniejszą był mocny drugi i trzeci plan. Szczerze? Sporymi momentami najbardziej interesowały mnie tutaj właśnie losy bohaterów spoza pierwszego szeregu. Eli Gold, Louis Canning, matki głównych bohaterów, Elsbeth Tassconi - to były niesamowite, interesujące, dające serialowi pieprz i sól postaci, a nie paprotki w eleganckich garniturach (tak, nawiązuję w tym miejscu do Suits:P). A wymieniłam zaledwie kilka z całej plejady.
Ten serial stał scenariuszem. Zawsze i wszędzie. Na tyle lat i odcinków mniej udane epizody dałoby się policzyć na palcach jednej ręki, i nie ma tu żadnej przesady. Osią, jak wiadomo, była przemiana głównej bohaterki, którą zdrada męża pchnęła ku odkrywaniu własnej życiowej drogi, w tym ku pracy i rozwojowi zawodowemu oraz osobistemu.
Ostatecznie okazało się, że na pewnym poziomie zaspokajania ambicji trzeba zapłacić cenę zawodowych ideałów. Kingowie, scenarzyści, zdecydowali się doprowadzić bohaterkę do punktu, w którym będzie równie zbrukaną moralnie hipokrytką, co jej niegdyś pogardzany mąż, cyniczny polityczny karierowicz. I ta część jest jak najbardziej OK.
Gorzej z tą prywatną częścią. Tutaj trochę scenarzystom podstawił nogę odtwórca roli Willa, który dwa sezony temu postanowił się wypisać z imprezy, co, jak się wydaje, uniemożliwiło realizację pierwotnej koncepcji zakończenia. Choć mogę nie mieć racji. W każdym razie na coś trzeba było się zdecydować i decyzja wyglądała tak, że Alicia wyciągnęła z wcześniejszych błędów wnioski w stylu carpe diem. Tu można dyskutować, czy jej ognisty romans był spójny z całym jej wcześniej opisanym charakterem, ale umówmy się, że miał być rezultatem głębokiej wewnętrznej przemiany. Dla mnie, mimo pewnych zastrzeżeń, jest to do kupienia. Podobnie jak nieco Dickensowskie cameo Willa Gardnera w ostatnim odcinku. Mimo wewnętrznego zażenowania jestem w stanie przyjąć, że Alicia potrzebowała takiej symbolicznej klamry, ostatecznego przyzwolenia z jego strony, żeby ruszyć dalej (choć śmierdziało to zagrywkami w stylu Grey's Anatomy, których brak był, jak wcześniej wspomniałam, walorem serialu). Podoba mi się również brak klasycznego happy endu, który zupełnie by tu nie przystawał i byłby najgorszym możliwym rozwiązaniem. Czego przyjąć i pojąć - jak również darować twórcom - w tym finale nie jestem w stanie, to zachowania Diane Lockhart.  Diane była chyba najspójniejszą postacią w całym serialu, na pewno jedną z najciekawszych i najbardziej przeze mnie podziwianych. Niezależna, świetna w swoim fachu, wierna skrajnie liberalnym przekonaniom, diabelnie skuteczna, ale jednocześnie szanująca prawo ponad wszystko. W tym prawo innych do skrajnie odmiennego światopoglądu. Do tego stopnia, że wyszła za człowieka o przekonaniach z całkowicie przeciwnego bieguna i była w małżeństwie bardzo szczęśliwa. Była, jak się wydaje, wzorem dla głównej bohaterki. Zawodowo dalej miały pójść razem. I nagle Diane daje Alicii w twarz i wszystko przekreśla. Za wykorzystanie w procesie niedyskrecji jej męża. Gdy w tym samym odcinku, w tym samym procesie, w interesie tego samego klienta - Diane we własnej osobie namówiła męża do naruszenia jego zasad etyki i złożenia zeznań niezgodnych ze stanem faktycznym. Gdyby nie to, można by argumentować, że to miłość zmieniła Diane. W zaistniałej sytuacji takiej argumentacji obronić się nie da.
Mimo wszystko mógł to być o wiele gorszy finał, a sam serial jest naprawdę znakomity. Jeśli ktokolwiek jeszcze nie widział, to zazdroszczę i bardzo gorąco zachęcam. Na pewno kiedyś obejrzę całość ponownie.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka