Wpisy z tagiem: mój prywatny top

niedziela, 18 czerwca 2017
Serialowisko 2017 (3)

Dziś mam dla was sporo zaległych polecanek serialowych. I jedną niepolecankę.

Anne with an E (Ania, nie Anna) - serialowa adaptacja jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa, czyli Ani z Zielonego Wzgórza. Za wcześniejszymi wersjami nie przepadałam, więc, jak łatwo się domyślić, także co do tej byłam sceptyczna. Ale jest naprawdę świetna, nawet mimo całkiem niepotrzebnie wprowadzonego wątku kryminalnego, dostarczającego końcowy cliffhanger. Zasługa w tym całej obsady (początkowo nie mogłam się przekonać do Mateusza, ale i on szybko skradł moje serce), ale jednak przede wszystkim odtwórczyni roli tytułowej, Amybeth McNulty. Ta szesnastolatka ma przed sobą wielką aktorską przyszłość, jest Anią z całą jej egzaltacją, radością życia, skłonnością do wpadania z euforii prosto w otchłań rozpaczy. W recenzjach pojawiały się zarzuty, że serial jest zbyt mroczny, a przeszłe traumy Ani nadmiernie podkreślone, ale mnie akurat ten aspekt jak najbardziej przekonuje. 8,5/10

Opowieść podręcznej - i znowu, po zachwycie książką, przeczytaną na początku roku z myślą o serialu, nie wierzyłam, że można ją sensownie przenieść na mały ekran. A dostałam coś równie imponującego jak literacki pierwowzór, jednocześnie wiernego powieści i uzupełniającego oraz uwspółcześniającego jej treść w sposób spójny z przesłaniem, a nawet wzmacniający jego wydźwięk. Fanką Elisabeth Moss, grającej Offred (polska Freda brzmi jakoś kulawo), jestem od czasów Mad men, gdzie pokazała ogrom swoich możliwości, prowadząc Peggy od zakompleksionej szarej myszki do roli królowej reklamy. Tu dzielnie wspiera ją reszta obsady, przede wszystkim Fiennes i Strahovsky w roli małżeństwa Waterfordów (Serenę odmłodzono, co okazało się dobrą decyzją, podobnie jak dodanie retrospekcji dotyczących jej związku z Fredem), a także błyszcząca w roli Janine Madeline Brewer, ale cały casting jest znakomity, osobiście podziwiam też grę Ann Dowd jako Ciotki Lydii. Ale to przede wszystkim unikatowa kreacja Moss tworzy ten serial, tak jak postać Offred decydowała o sile powieści. Jak dla mnie bezdyskusyjny hit sezonu. Tylko moim zdaniem żadna kontynuacja nie jest potrzebna. 10/10

The Crown - z historią o początkach panowania Elżbiety II męczyłam się od listopada, w zasadzie nie wiem, dlaczego, bo ostatecznie całość bardzo mi się podobała. Nie mogłam wejść w opowieść i złapać chemii z początkowymi odcinkami (konkretnie problemem były pierwsze 3). A przecież wszystko jest jak trzeba - świetne aktorstwo (jestem wielką fanką premiera Churchilla, czyli Trójkowego z Dextera, oraz księżniczki Małgorzaty), ciekawy scenariusz, sporo emocji, dobrze oddane realia epoki (znakomity odcinek smogowy). W sumie to królowa irytowała mnie chyba najbardziej, ale tak, zdaje się, być miało, bo serial skupia się właśnie na tym, jak młoda kobieta stara się udźwignąć ciężar przedwcześnie odziedziczonej korony. W każdym razie polecam. 8/10

House of Cards, sezon 5 – szczerze, to mam już serdecznie dość tego serialu. Underwoodowie zostali w tym sezonie przegięci w sposób ostateczny i o ile jeszcze do czasu rozstrzygnięcia wyborów obchodziło mnie, co tam się dzieje i co będzie dalej, to dalsza część sezonu, choć naładowana akcją, w ogóle mnie nie obeszła. Była, poza wszystkim, dość przewidywalna. A Claire jako groteskowa lady Makbet w ogóle mnie nie przekonuje. Nie umiejąc zrezygnować ze swojego okrętu flagowego, Netflix go solidnie podtopił. A mogli skończyć w zeszłym roku, zachowałabym dobre wspomnienia. Mimo wszystko 6/10.

Orange Is The New Black, sezon 5 – już rok temu były symptomy, że – podobnie jak przy początkowo genialnym Weeds – pomysł Jenji Kohan na ten serial się kończy, a ona nie chce z niego zrezygnować. Ten absolutnie beznadziejny sezon, w całości poświęcony trzydniowej okupacji więzienia przez osadzone i pełen groteskowych epizodów, stanowczo to potwierdza. Mimo tego Netflix przedłużył produkcję na kolejne 2 lata. Gorąco odradzam, 3/10.

P.S. Publikacja tego wpisu była gehenną.

sobota, 18 lutego 2017
Niebezpiecznie realistyczna antyutopia
Rachela zaś widząc, że nie może dać
Jakubowi potomstwa, zazdrościła swej siostrze
i rzekła do męża: „Spraw, abym miała
dzieci; bo inaczej przyjdzie mi umrzeć!”
Jakub rozgniewał się na Rachelę i odparł:
„Czyż to ja, a nie Bóg, odmawiam ci potomstwa?”
Wtedy ona powiedziała:
„Mam niewolnicę
Bilhę. Zbliż się do niej, aby urodziła dziecię
na moich kolanach; chociaż w ten sposób
będę miała od ciebie potomstwo”.

Tylko taką wskazówkę, cytat z Księgi Rodzaju, dostajemy przed rozpoczęciem lektury Opowieści podręcznej. Reguły rządzące rzeczywistością, w której niespodziewanie przyszło żyć narratorce, musimy zrekonstruować sami. Na początku nie wiemy o naszej przewodniczce niemal nic, nie wydarza się też, w zasadzie, nic złego. A jednak niezwykła narracja Margaret Atwood sprawia, że już od pierwszych, zupełnie neutralnych (jeśli pominąć cytowane wyżej motto) zdań tej historii czytelnikowi towarzyszy niepokój, który w miarę rozwoju wydarzeń stale narasta. Z jakiegoś powodu nie mamy wątpliwości, że to się nie może dobrze skończyć, a im więcej wiemy, tym bardziej się w tym przekonaniu utwierdzamy. Choć istotne informacje racjonowane są wprost bardzo skąpo. W tej relacji trzeba czytać między wierszami, gdyż opowiadająca także się boi.

Trwa wojna. Na ulicach stoją posterunki. Jedzenie jest na kartki. A jednak nie stąd bierze się strach bohaterki. Musi się ona bać, bo jest kobietą. Choć, jak się prędko okazuje, kobietą uprzywilejowaną, bo płodną. W świecie, w którym w wyniku niesprecyzowanej ekologicznej katastrofy jest to cecha niezwykle rzadka, a zdrowe dzieci przychodzą na świat jeszcze rzadziej, płodne kobiety są niezwykle cenne. Żyje im się lepiej, niż pozostałym. Ale czy to naprawdę dobre życie?
Nie chcę wam zdradzać niczego więcej o fabule i świecie przedstawionym, bo siłą tej powieści jest głównie kontrast między suchym, faktograficznym, ascetycznym wręcz stylem narracji a przekazywaną za jej pośrednictwem, bardzo precyzyjnie kontrolowaną treścią. To trzeba samodzielnie przeczytać i przetworzyć przez własne emocje.

Napiszę tylko tyle, że Opowieść podręcznej powstała 32 lata temu i być może wówczas mogła być traktowana wyłącznie jako fikcja, a nie jako sf bliskiego zasięgu. Dzisiaj, gdy zarówno na świecie, jak i u nas, zwycięża radykalna prawica, chętnie strojąca się w szatki nauczycieli moralności (w wynaturzonym katolickim wariancie, który z prawdziwym przesłaniem Pisma nie ma nic wspólnego) i ojców narodu, wiedzących najlepiej, na czym polega jego dobro, odsyłających kobiety do ich tradycyjnych ról (po co mają pracować, zarabiać niekiedy nawet więcej niż mężczyźni i wpędzać ich w kompleksy?), sprzeciwiających się wychowaniu seksualnemu, swobodnemu dostępowi do antykoncepcji, in vitro i aborcji, nawet wówczas, gdy zagrożone jest życie matki, a równocześnie także badaniom prenatalnym - realizacja scenariusza Atwood staje się niebezpiecznie prawdopodobna. Trump, Putin, Orban, Błaszczak, Radziwiłł, Terlkowski i inni doskonale by się odnaleźli w opisanym przez nią świecie. Ba, nie wątpię, że podobałby im się on bardziej od tego, który mamy dzisiaj. Dlatego w trakcie czytania ciarki przebiegały mi po plecach dwukrotnie częściej, niż powinny. Bo za 50 lat tak może wyglądać Polska. I oby można było wtedy wyjechać, zanim będzie za późno.

Fenomenalna powieść. W kwietniu będzie serial na jej podstawie, co skłoniło mnie do nadrobienia w końcu tej zaległości. Mam już pewność, że sięgnę po kolejnej pozycje autorki. I żałuję, że po pierwszą sięgnęłam tak późno. Ale lepiej późno, niż wcale. Czytajcie.
niedziela, 04 grudnia 2016
The Missing - sezon 2 (2016)
2016 zbliża się do końca, a w ostatni czwartek wyemitowano finałowy odcinek serialu, który z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością (bo chyba już nie rzucą 4 sezonu Mostu nad Sundem) będzie moim serialem roku.
Jedyną postacią łączącą obie historie (tę z pierwszego i drugiego sezonu) jest detektyw Julien Baptiste. Tym razem rzecz dotyczy badanego przez niego wiele lat wcześniej zaginięcia dziewczynki, Sophie Giroux. Inna zaginiona od 11 lat dziewczyna, Alice Webster, tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2014 pojawia się nagle w fikcyjnym miasteczku Eckhausen w pobliżu Hanoweru, gdzie znajduje się garnizon brytyjskiej armii (ojciec Alice jest żołnierzem). I wymienia, majacząc, nazwisko Sophie. Detektyw przybywa więc do Niemiec, by przyjrzeć się sprawie i w miarę możliwości ustalić, kto porwał obie dziewczynki i czy Francuzka jeszcze żyje. Wszyscy cieszą się z niespodziewanego powrotu i oswobodzenia Alice, tylko Baptiste jest podejrzliwy wobec składanych przez młodą kobietę wyjaśnień.
Drugi sezon jest dziełem tych samych scenarzystów, co pierwszy. Umieją wyśmienicie dawkować informacje, budować napięcie tak, że po zakończeniu przedostatniego odcinka ma się ochotę obgryźć sobie wszystkie paznokcie z niecierpliwości, jak to się skończy, a co najważniejsze - oferują satysfakcjonujące zakończenie i nie pozostawiają luźnych wątków. I tylko w jednej małej kwestii w finale idą na ciut schematyczną łatwiznę. Ale za całą resztę można im to wybaczyć, bo od zaoferowanej w 8 odcinkach misternie tkanej mozaiki wzajemnych zależności między osobami i wydarzeniami po prostu nie sposób się oderwać. Fabuła jest tym razem jeszcze ciekawsza i bardziej skomplikowana, tak z uwagi na wielość planów czasowych (3 główne, w tym najważniejsze osadzone w 2014 i 2016 roku, a i pobocznych nie brakuje), bohaterów, wątków, jak i miejsc akcji. Równie ważne, co znalezienie sprawcy, jest tutaj pokazanie, jak wieloletnia nieobecność ofiar i nagły - już chyba nawet niewyczekiwany - powrót jednej z nich wpłynęły na życie ich rodzin. Ważny jest też, oczywiście, sam Baptiste, którego pogoń za rozwiązaniem jest próbą ucieczki przed prywatnym strachem. To taki przypadek, że powiedzenie czegokolwiek więcej mogłoby być niewybaczalnym spoilerem. Grają między innymi takie brytyjskie gwiazdy jak Laura Fraser (Lip Service, Single Father i Linda z Breaking Bad) i Roger Allam (Endeavour, The Politician's Husband), no i David Morrissey, ale cała obsada jest dobrana bez pudła.
De-li-cje.
P.S. Jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie nadróbcie pierwszy sezon. Dwa słowa: James Nesbitt.
czwartek, 03 listopada 2016
Jedenastka na ostrzu!
Tak jest, dręczę publikę swoimi wpisami już całe jedenaście lat! Statystyki, jak sądzę, nikogo poza mną nie obchodzą:) W zamian postanowiłam polecić wam z okazji urodzin bloga 11 tytułów, które oceniłam na 10/10 w ciągu tych lat.

1. Hyperion Dana Simmonsa - pierwsza część tetralogii, konstrukcyjnie kolaż złożony z opowieści uczestników niezwykłej pielgrzymki. Do dziś pamiętam niezwykłe emocje, jakie - mimo początkowego sceptycyzmu - towarzyszyły tej lekturze. Naprawdę, dla wszystkich. Nie dajcie się odstraszyć złowrogiej etykiecie sf, a nie będziecie żałowali. Więcej w recenzji na samym dole linkowanej strony.

2. Shogun Jamesa Clavella - odsyłam do swoich zachwytów polekturowych. Rzecz monumentalna, ale niewątpliwie warta poświęconego jej czasu. Co mi przypomina, że w kolejce czeka Gaj-jin.

3. Reamde Neala Stephensona to pozycja dla autora, tworzącego głównie sf, w zasadzie mocno nietypowa i budząca w gronie jego fanów skrajne emocje, ale według mnie - fenomenalna sensacja.

4. Pożeglować do Sarancjum i Władca cesarzy Guya Gavriela Kaya - alternatywne Biznacjum i porywająca mozaika ludzkich losów, wyborów oraz namiętności. Warto, nawet jeśli w innych powieściach autor spuszczał z tonu, to ta dylogia jest absolutnie wyjątkowa.

5. Ślepowidzenie Petera Wattsa to powieść, którą trzeba przeżyć samodzielnie. Jej niezwykła popularność nie jest przypadkowa. Do dziś pamiętam to skakanie po przypisach na kartkach recenzenckiej szczotki i wrażenie totalnego wessania w losy Siriego i reszty załogi. W recenzji widnieje dziewiątka, ale dziś dałabym dziesiątkę:)

6. Rzeka tajemnic Dennisa Lehane'a to dla mnie perła w koronie jego twórczości i kwintesencja tego, czego szukam w każdym kryminale.

7. Carpe Jugulum Terry'ego Pratchetta to jedna z najlepszych części Świata Dysku, humorystycznie odziany traktat o odwiecznej walce tradycji z nowoczesnością i instytucjonalnej religii z prawdziwą wiarą (recenzja druga od dołu na linkowanej stronie).

8. O Rozłące Christophera Priesta rozpisywałam się już wielokrotnie, ale żadna okazja nie jest zła, by polecić ją po raz kolejny, ani by sięgnąć po nią po raz pierwszy.

9. Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu Sagi o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Choć to trochę oszustwo, bo w ciągu tych 11 lat zaliczałam tylko powtórki. Jest jednak dla mnie bardzo ważna. O tym, jak zacząć przygodę z tym niezwykłym cyklem i dlaczego warto, przeczytacie tutaj.

10. Wieki światła Iana R. MacLeoda zachwyciły mnie lata temu i stanowiły początek przygody z twórczością tego autora, nurtem new weird i serią Wydawnictwa MAG Uczta Wyobraźni. Byłam wtedy recenzentką nieopierzoną i pełną entuzjazmu dla nowości, ale wszystkie trzy przygody kontynuuję po dziś dzień, co chyba o czymś świadczy.

11. Gniew  Zygmunta Miłoszewskiego, czyli najlepszy polski kryminał, jaki przeczytałam w ciągu tych 11 lat:)

Dziękuję Wam za tych 11 lat. Za to, że jesteście. Za to, że jest was coraz więcej, nawet jeśli nie wszyscy się odzywacie. Że te sobotnie notki to nie tylko mój kompulsywny rytuał. Kto wie, może nawet dobijemy do trzeciej pięciolatki?:)
sobota, 13 sierpnia 2016
W Crosby, w stanie Maine
W miasteczku najważniejsze są: kościół, ratusz i sklep spożywczy, choć sklepowi przydałoby się odmalowanie.

Do kościoła Olive Kitteridge chodzić nie chce (chyba że na koncert muzyki poważnej), w pewnym momencie stanowczo odmawia także chodzenia do sklepu.
W ogóle Olive chodzi własnymi drogami, co w takim niewielkim miasteczku jak Crosby nie jest dobrze widziane. Ludzie uważają ją za sekutnicę (którą jest), ale nikt nie powie jej tego prosto w oczy, bo w końcu była nauczycielką matematyki w miejscowej szkole średniej, a fakt, że przeszła już na emeryturę, nie pozbawia jej bynajmniej autorytetu, stanowiącego pochodną tej złowrogiej funkcji.
Nazwą ją raczej świętą osobą, co ją szczerze rozbawi, bo nie z dobroci serca, a z obawy przed codzienną samotnością niezłomnie pielęgnować będzie powalonego wylewem męża.
W toku opisanych w zbiorze opowiadań Elizabeth Strout wydarzeń mały wszechświat, w którym Olive niepodzielnie włada na początku tej historii, ulega stopniowemu rozpadowi. Niektóre wstrząsy udaje się zamortyzować, np. zauroczenie męża młodziutką farmaceutką. Jednak już nieoczekiwane małżeństwo syna, a co gorsza - jego wyprowadzka na drugi koniec kraju, porzucenie specjalnie wybudowanego przez rodziców domu, brak powrotu mimo rozpadu związku - zamortyzować się nie dają. To gorzej niż niewdzięczność, to zdrada.
Samotność leczy rany skuteczniej niż czas i Olive tak rozpaczliwie pragnie jakiejkolwiek relacji z synem, że z radością leci na jego wezwanie do Nowego Jorku, gotowa zaakceptować nawet jego dziwaczną nową żonę z dwójką dzieci z wcześniejszych związków i trzecim - jej wnukiem - w drodze. Desperacja także ma mimo wszystko swoje granice i Olive nie pozwoli się traktować, jakby była zdziecinniałą staruszką. Wraca do Crosby, gdzie może być sobą. W nagrodę dostaje końcowy promyczek nadziei, bez którego całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia.
Na marginesach tej smutnej, ale przejmująco realistycznej historii o toksycznych rodzinnych relacjach Strout - umieszczając Olive jedynie w tle - opowiada o innych nieprzystających do małomiasteczkowego szablonu szczęśliwej normalności jednostkach: córce prostytutki, utalentowanej pianistce, której matka nie pozwoliła się kształcić i która dożywa swoich dni, topiąc tremę w alkoholu i przygrywając ze słuchu do kotleta w miejscowym barze; nastolatce chorej na anoreksję; rodzicach, których syn okazał się mordercą i nie pomogła zainwestowana w jego wychowanie fortuna; dziewczynie, która chciała żyć z chłopakiem bez ślubu; porzuconej przez matkę córce fanatycznie religijnego pastora; żonie, która w dniu pogrzebu męża dowiaduje się o jego zdradzie. Te opowieści w zdecydowanej większości nie zmieściły się w genialnym serialu HBO na podstawie zbioru, a nadają historii Olive zupełnie inny wydźwięk. W porównaniu bowiem z ich protagonistami tytułowa bohaterka wygrała los na loterii życia. Mimo trudności dopasowała się, założyła rodzinę, była szanowaną członkinią społeczności. Cóż z tego, że tylko z wierzchu? Inni daliby się za ten substytut sukcesu pokroić.
Kwestia perspektywy i względności jest jednym z najciekawszych elementów tego zbioru, którego lekturę gorąco i bezwarunkowo polecam.
wtorek, 14 czerwca 2016
Domenic Jordan na Bookrage!:)
Każda pora jest dobra, żeby promować Domenica Jordana, bohatera kryminalnych historii z nutą magii, stworzonych przez Annę Kańtoch. Bo Domenic boski jest:)) Tym razem macie unikalną okazję, by nawiązać z nim znajomość. W najnowszej edycji Bookrage, płacąc minimum 20 zł za aktualny pakiet, można nabyć łączoną edycję polecanych przeze mnie wcześniej utworów - minipowieści Majstersztyk i długiego (wg mnie najlepszego z 3 nowych) opowiadania Anatomia cudu. Nie zwlekajcie, oferta jest ważna tylko przez dwa tygodnie:D
Poza tym w pakiecie (już za symboliczną złotówkę) m.in. wczesna powieść Wojciecha Chmielarza wraz z opowiadaniem z tego samego uniwersum.
P.S. Z powodu wyjazdu urlopowego wpis na ten tydzień będzie  być może w niedzielę, a może nie będzie go wcale.
sobota, 28 maja 2016
O finale The Good Wife
The Good Wife przez całe 7 sezonów emisji była jednym z najlepszych seriali nadawanych w tych samych latach. Zarazem był to chyba najlepszy serial prawniczy, jaki kiedykolwiek oglądałam. Inspirowany rzeczywistymi case'ami, ale też odważnie i sensownie eksplorujący istniejące luki w przepisach i ich potencjalne konsekwencje w obliczu nieustannych przemian społecznych oraz galopującego rozwoju technologii.
Jednocześnie na płaszczyźnie pozazawodowych relacji między bohaterami produkcja ta była równie niebanalna, stroniła od schematów, łatwych rozwiązań, a przy tym stale trzymała w napięciu. Postaci nie stały w miejscu, stale się rozwijały, często w zupełnie nieoczekiwany sposób, co było ich największą siłą, bo widz nieustannie mógł zostać przez nie zaskoczony. Przyzwyczajanie się do czegokolwiek w tym serialu było błędem.
W plejadzie zalet TGW chyba najważniejszą był mocny drugi i trzeci plan. Szczerze? Sporymi momentami najbardziej interesowały mnie tutaj właśnie losy bohaterów spoza pierwszego szeregu. Eli Gold, Louis Canning, matki głównych bohaterów, Elsbeth Tassconi - to były niesamowite, interesujące, dające serialowi pieprz i sól postaci, a nie paprotki w eleganckich garniturach (tak, nawiązuję w tym miejscu do Suits:P). A wymieniłam zaledwie kilka z całej plejady.
Ten serial stał scenariuszem. Zawsze i wszędzie. Na tyle lat i odcinków mniej udane epizody dałoby się policzyć na palcach jednej ręki, i nie ma tu żadnej przesady. Osią, jak wiadomo, była przemiana głównej bohaterki, którą zdrada męża pchnęła ku odkrywaniu własnej życiowej drogi, w tym ku pracy i rozwojowi zawodowemu oraz osobistemu.
Ostatecznie okazało się, że na pewnym poziomie zaspokajania ambicji trzeba zapłacić cenę zawodowych ideałów. Kingowie, scenarzyści, zdecydowali się doprowadzić bohaterkę do punktu, w którym będzie równie zbrukaną moralnie hipokrytką, co jej niegdyś pogardzany mąż, cyniczny polityczny karierowicz. I ta część jest jak najbardziej OK.
Gorzej z tą prywatną częścią. Tutaj trochę scenarzystom podstawił nogę odtwórca roli Willa, który dwa sezony temu postanowił się wypisać z imprezy, co, jak się wydaje, uniemożliwiło realizację pierwotnej koncepcji zakończenia. Choć mogę nie mieć racji. W każdym razie na coś trzeba było się zdecydować i decyzja wyglądała tak, że Alicia wyciągnęła z wcześniejszych błędów wnioski w stylu carpe diem. Tu można dyskutować, czy jej ognisty romans był spójny z całym jej wcześniej opisanym charakterem, ale umówmy się, że miał być rezultatem głębokiej wewnętrznej przemiany. Dla mnie, mimo pewnych zastrzeżeń, jest to do kupienia. Podobnie jak nieco Dickensowskie cameo Willa Gardnera w ostatnim odcinku. Mimo wewnętrznego zażenowania jestem w stanie przyjąć, że Alicia potrzebowała takiej symbolicznej klamry, ostatecznego przyzwolenia z jego strony, żeby ruszyć dalej (choć śmierdziało to zagrywkami w stylu Grey's Anatomy, których brak był, jak wcześniej wspomniałam, walorem serialu). Podoba mi się również brak klasycznego happy endu, który zupełnie by tu nie przystawał i byłby najgorszym możliwym rozwiązaniem. Czego przyjąć i pojąć - jak również darować twórcom - w tym finale nie jestem w stanie, to zachowania Diane Lockhart.  Diane była chyba najspójniejszą postacią w całym serialu, na pewno jedną z najciekawszych i najbardziej przeze mnie podziwianych. Niezależna, świetna w swoim fachu, wierna skrajnie liberalnym przekonaniom, diabelnie skuteczna, ale jednocześnie szanująca prawo ponad wszystko. W tym prawo innych do skrajnie odmiennego światopoglądu. Do tego stopnia, że wyszła za człowieka o przekonaniach z całkowicie przeciwnego bieguna i była w małżeństwie bardzo szczęśliwa. Była, jak się wydaje, wzorem dla głównej bohaterki. Zawodowo dalej miały pójść razem. I nagle Diane daje Alicii w twarz i wszystko przekreśla. Za wykorzystanie w procesie niedyskrecji jej męża. Gdy w tym samym odcinku, w tym samym procesie, w interesie tego samego klienta - Diane we własnej osobie namówiła męża do naruszenia jego zasad etyki i złożenia zeznań niezgodnych ze stanem faktycznym. Gdyby nie to, można by argumentować, że to miłość zmieniła Diane. W zaistniałej sytuacji takiej argumentacji obronić się nie da.
Mimo wszystko mógł to być o wiele gorszy finał, a sam serial jest naprawdę znakomity. Jeśli ktokolwiek jeszcze nie widział, to zazdroszczę i bardzo gorąco zachęcam. Na pewno kiedyś obejrzę całość ponownie.
poniedziałek, 02 maja 2016
Serialowisko 2016
Wzięłam sobie dziś jeden dzień urlopu, konstruując w ten sposób długi weekend majowy, i choć oczywiście powinnam robić coś innego (czytać i oceniać opowiadania), stwierdziłam, ze to pora dobra na mocno już zaległy wpis serialowy, bo niedługo całkiem pozapominam, co obejrzałam, a jest w tym zestawieniu kilka pozycji zdecydowanie wartych uwagi.

American Crime
- to produkcja ABC, choć, patrząc na poziom, ciężko w to uwierzyć. Dwa sezony, każdy ma 10 odcinków i jest poświęcony innej sprawie. Co ciekawe, w drugim powracają w znacznej części aktorzy z pierwszego, poobsadzani w rolach zupełnie innego rodzaju. Szczerze mówiąc, trudno się o tym serialu pisze, bo każde słowo na temat fabuły to może być za dużo. Sprawa z pierwszego sezonu - biały chłopak ginie w strzelaninie, a jego partnerka jest w ciężkim stanie. Podejrzenie o sprawstwo pada na czarnego narkomana. Szybko jednak okazuje się, że nic w tej układance nie było takie, jak się wydawało - ofiary nie były wzorowymi mieszkańcami przedmieścia, ale dilerami. A potem jest tylko ciekawiej i bardziej przejmująco. W drugim sezonie młody chłopak pada ofiarą gwałtu na imprezie. Pochodzi z niższych sfer, ale dzięki stypendium uczęszcza do elitarnej prywatnej szkoły. Placówka próbuje zbagatelizować sprawę i zwalić winę na ofiarę, bo piła alkohol. Z czasem okazuje się, że ofiara mimo wszystko bez winy nie była. Największą siłą tego serialu jest jego scenariuszowa niebanalność i odwaga. Stałe podpuszczanie widza, łapanie go w pułapkę stereotypowego myślenia i uświadamianie w następnej chwili, że stereotyp jest błędny i płytki, a rzeczywistość wielowymiarowa. Naprawdę gorąco polecam!

Okupowani - norweskie political fiction ze scenariuszem Jo Nesbo, na które oczywiście napaliłam się jak szczerbaty na suchary. I cóż mogę powiedzieć? Troszkę się jednak zawiodłam. Im dalej w fabularny las, tym większy rozbrat z prawdopodobieństwem wydarzeń i psychologii postaci, choć oczywiście całość jest wciągająca, trzyma w napięciu i ogląda się bardzo dobrze. Najciekawsza jest chyba jednak sama idea wyjściowa, po wydarzeniach na Krymie i w Donbasie już bynajmniej nie czysto fantastyczna - scenariusz aksamitnej okupacji sytej Norwegii przez bezwzględną Rosję (wspieraną zresztą przez UE! A wszystko za sprawą lobby energetycznego...). Premier z partii Zielonych jest gotów pójść na daleko posunięte ustępstwa, by podtrzymać fikcję pokoju. A gdy orientuje się, że zabrnął po szyję, dawno jest za późno. Oprócz rządu i służb bezpieczeństwa są także losy jednostek - sędzi, dziennikarza, właścicielki restauracji. Każdy próbuje się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości, a nie wszystkim ugodowa linia rządu przypada do gustu. Szkoda, że całość nie zamknęła się w jednym sezonie.

The Jinx. Życie i śmierci Roberta Dursta - to z kolei bardzo dobry serial w formule dokumentalnej, o mocno przygnębiającej wymowie, jeśli chodzi o funkcjonowanie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Historia potomka rodu bajecznie bogatych nowojorskich deweloperów, który w ciągu swojego długiego życia najprawdopodobniej (i jest to prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, serio) zamordował co najmniej trzy osoby, w tym swoją młodą żonę. Choć jednak było mnóstwo dowodów i obciążających poszlak, w niektórych sprawach nawet nie postawiono mu zarzutów, a tam, gdzie zostały postawione, został ostatecznie uniewinniony. W każdym razie autorzy tej serii wykonali mrówczą pracę, zestawiając całą historię z dostępnych materiałów i rozmów z żyjącymi uczestnikami opisywanych wydarzeń, w tym samym Durstem (! po obejrzeniu tego wywiadu trudno się śpi, bo, serio, nie trzeba być geniuszem pokroju Lectera, okazuje się, że można być bezczelnym idiotą, przekonanym o własnej bezkarności, bo jeśli tylko ma się dostatecznie dużo pieniędzy, przekonanie to wcale nie jest błędne...). Bardzo polecam, robi piorunujące wrażenie.

American Crime Story to nowy projekt Ryana Murphy'ego, kolejna antologia, której pierwszy sezon poświęcony jest sprawie O.J. Simpsona. Historia znana każdemu, kto choćby pobieżnie interesował się kiedykolwiek kryminalistyką, tutaj dość intrygująco rozebrana na czynniki pierwsze. Znakomicie dobrana obsada, w tym Travolta w roli cynicznego prawnika O.J.-a (z twarzą aktora wydarzyły się jakieś straszne rzeczy, ale grać wciąż potrafi pierwszoligowo). Aczkolwiek muszę przyznać, że przedprocesowa część serialu była zrobiona znacznie ciekawiej i bardziej dynamicznie, po rozpoczęciu postępowania sądowego, paradoksalnie, mocno siadła twórcom dramaturgia. Troszkę się podratowali w ostatnim odcinku, ale było już za późno na odrobienie wszystkich strat. Niemniej, warto i naprawdę wciąga, choć niewesołe wnioski zbliżone jak przy The Jinx.

The Night Manager
- brytyjska adaptacja prozy Johna Le Carre, z Tomem Hiddlestonem, Hugh Lauriem i Olivią Colman w rolach głównych - nie potrzebowałam dodatkowych zachęt:) Niestety, mimo świetnego aktorstwa i pięknych zdjęć oraz muzyki, bardziej niż trochę słabuje tu scenariusz, co zapewne jest winą literackiego pierwowzoru, ale nie przesądzam, bo nie czytałam. W każdym razie drażniły mnie niby klasyczne dla tego typu literatury motywy, jak motywacja głównego bohatera i jego późniejszy, narażający los całej operacji, romans. A nade wszystko liczne fabularne mielizny, bo czasami rozwleczone to jest wręcz bezlitośnie. Ale temu zestawowi aktorów wiele mogę wybaczyć:)
sobota, 19 marca 2016
Walking the Line
Kolej Birmańska to była Kolej Śmierci, i nie ma w tej nazwie przesady. W latach 1942-1943 praktycznie gołymi rękami zbudowali ją japońscy jeńcy wojenni. Mówiono, że nawet z odpowiednimi narzędziami nie sposób tego zrobić w ciągu wielu lat. Za cenę ponad stu tysięcy ludzkich żyć (na kilometr trasy wychodzi w tej upiornej arytmetyce około 246 ofiar) wola cesarza została jednak urzeczywistniona. Wśród budowniczych byli też żołnierze australijscy, w tym - początkowo liczący tysiąc osób - oddział, którego dowództwo objął w pewnym momencie lekarz wojskowy Dorrigo Evans, główny bohater powieści Richarda Flannagana Ścieżki północy.To doświadczenie wywarło decydujący wpływ na całe jego życie i właśnie obrazy z obozu były tymi, które widział w  ostatnich chwilach przed śmiercią. Po powrocie z wojny życie nie miało już dla niego prawdziwego smaku. Wolność, o której marzył, przewegetował w stanie swoistej hibernacji, długo pielęgnując złudzenie, że powodem tego stanu jest utracona bezpowrotnie przedwojenna miłość i puste emocjonalnie małżeństwo z rozsądku. Próbował się rozbudzić licznymi miłostkami, które w założeniu miały chyba odnowić unikalne doznania z pierwszego romansu (ukochana była żoną jego wuja), ale pozostawiły go idealnie obojętnym.
Co niezwykłe, choć koszmar wojny i obozu jenieckiego jest w tej powieści bardzo istotny, jeszcze istotniejsza jest chyba mocno paradoksalna puenta życiorysu głównego bohatera. W ostatecznym rozrachunku okazuje się bowiem, że czas, jaki spędził na budowie Kolei Śmierci, pełen codziennych makabrycznych wyborów, był najlepszym okresem jego życia. Okoliczności zmusiły go do stania się o wiele lepszym człowiekiem, niż był w rzeczywistości, a potem już tylko odcinał kupony od chwały tego drugiego, obcego faceta, którym po wojnie być nieodwracalnie przestał. I za którym nieustannie tęsknił, podobnie jak za adrenaliną, jakiej na Linii dostarczały mu nieustanne, donkiszotowskie szarże na wiatraki. W porównaniu z tym ekstremum normalność była pozbawioną wyrazu, usypiającą rutyną.
Oczywiście, Ścieżki północy to nie tylko historia głównego bohatera. To niezwykła mozaika ludzkich losów, bo na wojenną i powojenną rzeczywistość patrzymy tutaj także oczami innych jeńców, ich nadzorców oraz ich bliskich. Cywilów, czyli tych, którzy tęsknili, czekali i radowali się z powrotu ocalonych, a opłakiwali umarłych, ale zarazem zostali od nich na zawsze oddzieleni nieprzebytym murem wojennego doświadczenia.
W sumie to niesamowicie przejmująca mozaika, jednocześnie przerażająca, zabawna, wzruszająca i smutna. Nawet w kilku krótkich scenkach autor potrafi powołać do życia niezwykle autentycznych i bardzo zindywidualizowanych bohaterów, w których losy nie sposób się nie zaangażować. Myślałam, że po lekturze Króla szczurów nic mnie już tutaj nie zaskoczy, ale byłam w ogromnym błędzie. Czytajcie koniecznie, znakomita.
sobota, 12 marca 2016
12 cytatów na pierwszą rocznicę
Dzisiaj mija rok od śmierci Terry'ego Pratchetta. Z tej okazji postanowiłam wybrać kilka perełek, które - być może - skłonią kogoś do sięgnięcia po jego twórczość.

Poeci próbowali opisać Ankh-Morpork. Bez sukcesów. Może z powodu niepojętej, gorliwej żywotności miasta, a może dlatego, że miasto z milionem mieszkańców i bez żadnej kanalizacji jest zbyt mało subtelne dla poetów, którzy preferują żonkile i trudno im się dziwić. Dlatego powiedzmy tylko, że Ankh-Morpork jest tak pełne życia jak dojrzewający ser w upalny dzień, głośne jak klątwa w katedrze, jaskrawe jak plama oleju, barwne jak siniak i szumiące od działalności, interesów, ruchu i czystej, rozbuchanej aktywności niczym zdechły pies na kopcu termitów.

– Nie ma sprawiedliwości.
Śmierć westchnął znowu.
- NIE, przyznał, wręczając kielich paziowi, który ze zdumieniem stwierdził, że trzyma nagle puste naczynie. - JESTEM TYLKO JA.

Mort


Z Patrycjuszem zawsze tak wygląda, pomyślał z goryczą. Człowiek przychodzi do niego z całkowicie uza­sadnioną skargą, a potem wycofuje się tyłem, w ukłonach, z ulgą, że w ogóle może stąd wyjść. Trzeba oddać Patrycjuszowi sprawiedliwość, stwierdził niechętnie. Bo jeśli nie, wyśle ludzi, którzy sami ją wezmą.


- Przypominasz sobie?
Vimes próbował. Nie było to łatwe. Niejasno zdawał sobie spra­wę, że pił, aby zapomnieć. Zadanie było trudne, ponieważ nie pa­miętał już, o czym właściwie chce zapomnieć. Pod koniec pił już, żeby zapomnieć o piciu.

Straż, straż!


Co z zasadą nie wtrącania się do polityki? - spytała Magrat wpatrzona w plecy Babci.
Niania ujęła dziewczynę pod rękę.
- Rzecz w tym, że kiedy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że jest też inna zasada. Esme przestrzegała jej przez całe życie.
- Jak ona brzmi?
- Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre.

Trzy wiedźmy


Śmierć znalazł Zarazę w hospicjum w Llamedos. Zaraza lubił szpitale. Zawsze miał w nich coś do roboty.
W tej chwili próbował usunąć znad pękniętej umywalki tabliczkę \"Umyj ręce!\"

Złodziej czasu


Rozważmy żółwia i orla. Żółw jest stworzeniem żrącym na ziemi. Właściwie nie jest moż­liwe życie bliżej gruntu, jeśli nie przebywa się pod nim. Hory­zont żółwia sięga na kilka cali. Żółw porusza się z taką prędkością, ja­ka wystarcza do polowania na sałatę. Przeżył, gdy cała reszta ewolucji przemknęła obok, ponieważ - ogólnie rzecz biorąc - dla nikogo nie stanowił zagrożenia, a zjadanie go sprawiało zbyt wiele kłopotu.
A teraz weźmy orła. To istota, której światem jest powietrze i wy­sokie szczyty, której horyzont sięga aż po krańce ziemi. Orzeł ma wzrok tak ostry, że potrafi dostrzec maleńkie, piskliwe stworzonko przemykające o pół mili od niego. Czysta siła, czysta władza... Błyska­wiczna skrzydlata śmierć. Szpony i dziób takie, że przerobią na po­siłek cokolwiek mniejszego od orła, a zapewnią mu przynajmniej szybką przekąskę z czegokolwiek większego.
Mimo to orzeł potrafi godzinami siedzieć na urwisku i obser­wować królestwa tej ziemi, dopóki w dali nie zauważy ruchu. Wtedy skupia spojrzenie, skupia, skupia na maleńkiej skorupie koły­szącej się wśród suchych krzaków na pustyni. I zrywa się...
W chwilę później żółw odkrywa, że świat oddala się od niego. I widzi ten świat po raz pierwszy - już nie z wysokości jednego cala nad gruntem, ale z pięciuset stóp. I myśli: Jakimż wspaniałym przy­jacielem jest orzeł.
I wtedy orzeł go puszcza.
Prawie zawsze żółw spada i ginie. Wszyscy wiedzą, dlaczego tak się dzieje: grawitacja to nałóg, z którym trudno zerwać. Nikt nie wie, dlaczego orzeł to robi. Owszem, żółwiem można sobie dobrze podjeść, ale biorąc pod uwagę włożony w to wysiłek, praktycznie wszystkim innym można lepiej. Po prostu orły uwielbiają dręczyć żółwie.
Oczywiście, orły nie zdają sobie sprawy z faktu, że uczestniczą w bardzo prymitywnej formie doboru naturalnego.
Pewnego dnia żółw nauczy się latać.

Pomniejsze bóstwa


Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie pozwolić - całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je, aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów - a nogi i tak stale będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej.

Zbrojni


- Czy to ten moment, kiedy całe moje życie przesuwa mi się przed oczami?
NIE TEN MOMENT BYŁ PRZED CHWILĄ.
- Kiedy?
TO MOMENT, rzekł Śmierć, POMIĘDZY PAŃSKIMI NARODZINAMI A PAŃSKIM ZGONEM.

Prawda


Gdzieś na świecie, jak podejrzewał, żył człowiek siedzący na drugim końcu huśtawki, ktoś w rodzaju lustrzanego Rincewinda, którego życie składało się z samych cudownych wydarzeń. Miał nadzieję, że spotka kiedyś tego człowieka, najlepiej trzymając w ręku solidny kij.

Rincewind umiał wołać o litość w dziewiętnastu językach i po prostu wrzeszczeć* [przyp.: To ważne. Niedoświadczeni podróżnicy mogą przypuszczać, że „Aargh!” jest wyrażeniem uniwersalnym, jednak w beTrobi oznacza to „Wielce radosne”, w Howondalandzie natomiast rozmaicie: albo „Chciałbym zjeść twoją stopę”, albo „Twoja żona jest wielkim hipopotamem”, albo też „Witam, myśli pan Fioletowy Kot”. Pewne plemię zyskało przerażającą reputację okrutników tylko dlatego, że jeńcy krzyczą - ich zdaniem - ”Szybko! Dolać wrzącego oleju!”.] w kolejnych czterdziestu czterech.

Ciekawe czasy

Osoby mające skłonność do obojętnego okrucieństwa mawiają, że we wnętrzu każdej grubej dziewczyny jest szczupła dziewczyna i mnóstwo czekolady.

Carpe Jugulum


Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy.
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka