Wpisy z tagiem: netflix

niedziela, 10 czerwca 2018
Serialowisko 2018 (1), odsłona ekspresowa
Szybciutko, żeby choć trochę się odgruzować:

ACS: Versace: IMHO lepsza odsłona od mocno przereklamowanej pierwszej serii z OJ Simpsonem. Pod każdym względem, scenariuszowym (pisał Tom Rob Smith, autor Ofiary 44) i aktorstwa. 8/10, zdecydowanie polecam, nie zniechęcajcie się pierwszym odcinkiem, bo nie jest reprezentatywny dla tej odsłony antologii.

Dom z papieru - ciekawy pomysł, fajny początek, ale już w drugiej połowie pierwszego sezonu zaczęło się robić głupawo, a drugi pobił pod tym względem wszelkie rekordy. 6/10 to i tak naciągane. Ale piosenka super.

Terror - serial, w który jako fanka powieści kompletnie nie wierzyłam, przyjemnie mnie zaskoczył. Dobry, nie jego wina, że przemyśleń bohaterów nie da się zekranizować. 7/10

3% - ciekawa brazylijska antyutopia o merytokracji  przyszłości - tylko tytułowy odsetek populacji, wyłaniany w procedurze zwanej Procesem, może mieszkać na Wyspie. Reszta ludzkości gnieździ się w slumsach. Każdy ma tylko jedną szansę, w wieku 20 lat, na odmianę swojego losu. Troszeczkę słabsza końcówka drugiego sezonu, szczególnie sam finał, ale ogólnie bardzo świeża i ciekawa rzecz - 7/10.

Safe zaczął się dość ciekawie, ma dobrą obsadę (m.in. Michael C. Hall i Marc Warren), ale fakt, że stworzył go Harlan Coben, powinien był stanowić dla mnie dostateczne ostrzeżenie. Cóż, finałowe odpowiedzi były straszliwie głupiutkie i naciągane. 5/10

Killing Eve - tylko osiem odcinków, BBC America, powrót Sandry Oh znanej z Chirurgów do telewizji i luźna adaptacja serii opowiadań.  Rozgrywka między topową morderczynią na zlecenie a ścigającą ją agentką MI6. Przypadło mi to mocno do gustu, bo pod wieloma względami odbiega na korzyść od typowych procedurali. Wprawdzie nic więcej ponad niezobowiązującą rozrywkę, ale na upały jak znalazł. 6/10

The Americans - finałowy sezon godnie zamknął całą historię o parze sowieckich agentów zakonspirowanych w czasach zimnej wojny w USA jako właściciele biura podróży i domku na przedmieściach. Gorąco polecam całość, 8/10, a pierwsze 3 sezony nawet 9/10.

The Good Fight  - moim zdaniem drugi sezon nawet lepszy od pierwszego, bo ma ciekawszy wątek główny (seryjne zabójstwa prawników, ale także krucjata scenarzystów przeciwko aktualnej obsadzie Białego Domu i jak zawsze genialne sprawy odcinka), aktualnie chyba nic lepszego już poza kablówkami nie zostało - 8.5/10

Young Sheldon - spin off TBBT o dzieciństwie dr. Coopera, bardzo przyjemne zaskoczenie mimo negatywnego nastawienia z mojej strony. W ocenie zgadzam się ze Zwierzem popkulturalnym - 7,5/10

Patrick Melrose - już po jednym odcinku wiem, że choć jest to nieco mniej męczące i nudne niż wersja książkowa, to nawet Benedict Cumberbatch nie jest w stanie zrobić z tego materiału czegoś, co da się oglądać bez bólu. Choć gra znakomicie.
sobota, 17 marca 2018
System nie działa (Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce)
Bezprawie rodzi przemoc. Nie jest to teza szokująca, wydaje się wręcz oczywista, ale, z drugiej strony, przecież nie żyjemy w średniowieczu czy w czasach amerykańskich pionierów, prawda? Ameryka, bastion wolności i demokracji, samozwańczy lider wolnego świata, powinna świecić przykładem, jeśli idzie o skuteczność systemu prawnego. Przynajmniej w kwestii wykrywalności najpoważniejszych przestępstw, takich jak zabójstwa. To już przecież kraj, w którym, od zniesienia segregacji, wszyscy obywatele są oficjalnie równi wobec prawa i wszyscy powinni dostawać od państwa takie same gwarancje bezpieczeństwa. Jednak to tylko teoria. Praktykę jak w soczewce można zaobserwować w Watts, południowej dzielnicy Los Angeles, zamieszkiwanej przez wysoki odsetek czarnoskórych obywateli. Strzały i trupy to tam smutna codzienność, śmiertelność wśród czarnych mężczyzn przed trzydziestką jest w tym miejscu tak wysoka, że rodziny przeprowadzają się, by ratować życie swoich synów. I wcale nie trzeba być w gangu ani nawet nosić barw żadnego z nich (pomarańczowa apaszka to wystarczający powód, by stać się celem). Jeśli należy się do grupy ryzyka – młodych, czarnych mężczyzn – można zginąć przez całkowity przypadek. Nie ma wtedy znaczenia, że jesteś synem dobrego, skutecznego, zaangażowanego w sprawy lokalnej społeczności policjanta. Jesteś w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. A potem już cię nie ma. System daje na to przyzwolenie, latami zabójstwa wewnątrz czarnej rasy były dla wymiaru sprawiedliwości mniej istotne, zgodnie z cyniczną dewizą Zawsze jednego czarnucha mniej. Policja zapracowała sobie na nieufność czarnoskórych obywateli, a co więcej, współpraca z organami ścigania, zeznawanie w sądzie w charakterze świadka, to narażanie życia własnego i całej swojej rodziny. Zatem obecnie nawet przy najlepszej woli policjantom nie jest łatwo znaleźć w Watts sprawcę zabójstwa. Jedyny dowód to najczęściej łuska i zakrwawione ubranie ofiary. Mimo to znajdują się – po obu stronach barykady - tacy, którzy próbują, dla których życie czarnych ma taką samą wartość jak każde inne. Ale system, nastawiony na prewencję i statystki, wcale im w tych staraniach nie pomaga. O tym wszystkim i wielu innych wstrząsająco przygnębiających kwestiach jest znakomita – i świetnie przetłumaczona przez Janusza Ochaba, którego fanką jestem od czasu Ameksyki – książka byłej reporterki LA Timesa, Jill Leovy. Zatytułowana Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce (a w oryginale jeszcze bardziej adekwatnie do treści - Ghettoside: A True Story of Murder in America). Autorka przeprowadziła wieloletni i bardzo solidny research, latami siedziała w jednej sali z policjantami z komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej, którzy stali się bohaterami tej opowieści. Zabrała sporo wstrząsających historii śledztw i zabójstw, które potrafiła przedstawić tak, by za ich pomocą stworzyć szerszy obraz badanego zagadnienia – systemowej bezwładności,  skutkującej wzrostem przemocy i coraz silniejszym odcięciem porzuconej przez państwo grupy od reszty społeczeństwa. Czyta się to znakomicie, choć z narastającą zgrozą. Kolejna ważna i potrzebna pozycja w Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarnego.
***
A jako uzupełnienie lektury polecam – poświęcony tej samej problematyce i przygnębiająco spójny z opisywanym reportażem w sferze diagnozy, wniosków i ogólnej wymowy – nowy serial twórczyni The Killing, dostępny od niedawna na platformie Netflix, czyli Seven Seconds. Czarnoskóry chłopak, Brenton, jedzie rowerem do szkoły i zostaje potrącony przez samochód. Pierwsze pytanie, jakie  policja zadaje rodzicom ofiary, to czy przypadkiem syn nie był w gangu i nie jest notowany. A serial świetny, moim zdaniem lepszy niż najlepszy, pierwszy sezon The Killing.
niedziela, 29 października 2017
Kiedy rodzi się zbrodniarz? (Mindhunter, sezon 1)
Wiem, że wszędzie teraz tego pełno, ale nic nie poradzę, że dziesięcioodcinkowy serial Mindhunter po prostu mnie uwiódł. Mówiąc najkrócej, to serial o początkach profilowania i analizy behawioralnej oraz ich śledczego wykorzystania, oparty o wspomnienia agenta FBI Johna Douglasa pod tym samym tytułem. Postać bezpośrednio inspirowana Douglasem to Holden Ford, młody agent, który po samobójstwie jednego ze ściganych przez siebie przestępców zostaje przesunięty do pracy szkoleniowej. Jego obsesją staje się próba zrozumienia, dlaczego mordercy decydują się na zabijanie, i to w ściśle określony sposób. Uważa, że odpowiedź na to pytanie nie tylko ułatwi wykrywanie sprawców, ale także umożliwi ich prewencyjne izolowanie od społeczeństwa. Holden swoim nowym hobby stopniowo zaraża opornego początkowo starszego kolegę, a gdy udaje im się z użyciem profilu pomóc lokalnej policji w rozwiązaniu pierwszej sprawy, obaj zapalają się do projektu. W tajemnicy przed przełożonymi jeżdżą do więzień, rozmawiać ze skazanymi za najokropniejsze zbrodnie o ich motywacjach. Do ekipy dołącza następnie badająca psychopatycznych dyrektorów korporacji psycholog Wendy Carr (również inspirowana, choć chyba luźniej, postacią dr Ann Wolbert Brugges). Razem zmagają się z oporem struktur FBI, które, delikatnie mówiąc, umiarkowanie oceniają potencjalną użyteczność ich pracy.
Obok wątków prywatnych postaci, które odgrywają uzupełniającą rolę, serial koncentruje się z jednej strony na pokazaniu bezpośrednich interakcji agentów ze skazanymi seryjnymi zabójcami (genialny Cameron Britton jako Edmund Kemper czy niewiele mu ustępujący Happy Anderson jako Jerry Brudos - ogólnie casting w serialu jest bezbłędny), a z drugiej na praktycznym zastosowaniu pozyskanej w ten sposób wiedzy przy próbach schwytania aktywnych przestępców, na prośbę lokalnych jednostek policji.
Może nie brzmi to fascynująco dla osób wolnych od mojego skrzywienia naukowego i zawodowego, ale uwierzcie - wciąga jak bagno. A wisienką na torcie jest soundtrack - mogłabym go słuchać na okrągło.
Jeśli jeszcze nie widzieliście, to bardzo wam zazdroszczę.
sobota, 16 września 2017
Grunt to rodzinka, chyba że kto rodzinkę niefajną ma (Bloodline, Ozark i Atypical)

 Czyli o serialach obejrzanych ostatnio, w których rodzina jest kluczowa. Wszystkie dostępne na Netfliksie, do którego jednak łatwo się przyzwyczaić, bo jest, skubaniec, wygodny.

Bloodline to serial, do oglądania którego zabierałam się przez trzy lata, aż się zebrałam, jak się skończył (i w sumie dobrze się stało, że w wakacyjnej przerwie, bo inaczej nie wiem, czy miałabym cierpliwość do całości). Chciałam obejrzeć dla Kyle’a Chandlera, którego zapamiętałam jako charyzmatycznego trenera footballu z Friday Night Lights. A skończyło się na tym, że pierwszy sezon dokończyłam głównie dla Bena Mendelsohna, czyli jego serialowego brata Danny’ego, czarnej owcy rodu Rayburnów. Familia ta od lat prowadzi pensjonat na Florydzie i udaje jej się wszystko (łącznie z dziećmi – policjantem Johnem granym przez Chandlera, prawniczką Meg i właścicielem przystani Kevinem, najmłodszym z synów, wciąż niedorosłym mentalnie). Jedynie najstarsza latorośl, czyli Danny, się wypaczyła. Stąd nikt się nie cieszy, gdy z okazji rodzinnej uroczystości postać grana przez Mendelsohna wraca do domu i okazuje się, że chce zostać i pracować w rodzinnym biznesie. Danny wiele ma rodzicom i rodzeństwu za złe, jak się stopniowo okazuje – więcej niż zasadnie. Rodzinna sielanka Rayburnów to tylko krucha fasada, która nie wytrzymuje powrotu osoby nieustannie przypominającej samym swym widokiem wszystkie mroczne sekrety przeszłości. A Danny nie ogranicza się do milczącej obecności, o nie, jest jednostką bardzo ekspresyjną i ekspansywną, niepoddającą się sile konwenansów. To się nie może dobrze skończyć. I istotnie kończy się źle, co zapowiadają retrospekcje umieszczone w każdym odcinku (narracja jest poprowadzona dosyć ciekawie). Pierwszy sezon, choć formalnie najciekawszy, jest zarazem najbardziej rozwlekły, co może i miało służyć budowaniu napięcia, ale retardacje poszły zdecydowanie za daleko. W dwóch kolejnych odsłonach dzieje się już więcej, ale zdecydowanie bardziej bezsensownie (za dużo życzeniowego myślenia u scenarzystów), szczególnie sam finał mocno rozczarowuje. Niemniej, mimo niewykorzystania pełni potencjału pomysłu wyjściowego rzecz jest na tyle interesująca, że nie żałuję poświęconego jej czasu. Dużo dobrego aktorstwa, w tym Sissy Spacek w roli matki i żony, ostoi pensjonatu – Sally Rayburn. 7/10

Ozark to taki miks Breaking bad i Justified. Główny bohater, genialny inwestor giełdowy Marty Byrde (Jason Bateman, znakomita kreacja i chyba największy walor serialu) wraz ze wspólnikiem pierze pieniądze kartelu narkotykowego w swojej firmie w Chicago. Żona Marty’ego, Wendy (Laura Linney), niegdyś pośredniczka w handlu nieruchomościami, a teraz pełnoetatowa kura domowa, nudę i osamotnienie osładza sobie skokiem w bok. Nie wie tylko, że zdrada nie jest już jej tajemnicą. I akurat ten moment kartel wybiera sobie na test lojalności. Gdy wychodzi na jaw, że jego wspólnik okradał mafię, Marty, by ocalić życie, wraz z całą rodziną (w tym córką w wieku licealnym i kilka lat młodszym synem) przenosi się do Ozark w stanie Missouri. Ma tam zorganizować pranie pieniędzy na o wiele większą skalę niż dotychczas. Jeśli nie wypierze pięciu milionów dolarów w trzy miesiące, zginie.  A musi jeszcze użerać się z dzieciakami i rozpadem swojego małżeństwa. Mimo intrygującego otwarcia pierwsza połowa serii jest nierówna, a niektóre zwroty akcji wręcz groteskowe. Na szczęście dalej robi się o wiele ciekawiej, gdy plany biznesowe Marty’ego zakłócają lokalny ekosystem kryminalny, i w rezultacie po finale perspektywa drugiego sezonu cieszy. 7,5/10

Atypical to serial, którego głównym bohaterem jest Sam, licealista ze stosunkowo łagodną postacią autyzmu. Motor napędowy fabuły to marzenie chłopaka o tym, żeby mieć dziewczynę (do tej pory interesowały go głównie pingwiny). Osiem trzydziestoparominutowych odcinków daje nam wgląd nie tylko w romantyczne potyczki nietypowego, zgodnie z tytułem, protagonisty, ale też w to, jaki wpływ mają one na życie całej jego rodziny. Nadopiekuńcza matka (w tej roli mocno przerysowana i często groteskowa, ale i tak znakomita Jennifer Jason Leigh) zostaje nagle zepchnięta na boczny tor, Sam polega bardziej na radach ojca (Michael Rapaport, którego dotąd znałam tylko z roli Daryla Crowe’a w Justified, więc to ciekawa zmiana emploi), z którym dotąd nie łączyła go nić porozumienia. Ojciec się z tej zmiany cieszy, matka nie potrafi się w nowej dynamice odnaleźć. Jest i starsza siostra Casey, odnosząca sukcesy biegaczka, której problemy (nowy związek, szansa na stypendium sportowe w elitarnej szkole) zawsze pozostają na dalszym planie, bo najważniejszy jest Sam. Mimo licznych uproszczeń i mało realistycznych rozwiązań (dziewczyna na pierwszej randce proponuje Samowi seks, zaraz potem pojawia się następna kandydatka na partnerkę) całość jest ciekawa i w sumie dosyć zabawna, choć nie stroni od poważniejszych aspektów i chwilami miewa nachalnie edukacyjny charakter. 7/10

sobota, 08 lipca 2017
Serialowisko 2017 (4)
Czyli końcówka sezonu.

Better Call Saul - sezon 3 - zdecydowany faworyt zestawienia. O ile w poprzednim sezonie tempo rozwoju wydarzeń zaczynało mnie już irytować mimo całego przywiązania do bohaterów, to w tym wszystko było skalibrowane idealnie. Wszystkie wątki ruszyły, co więcej, w końcu doszło do przełomu w najważniejszym, dotyczącym relacji Jimmy'ego z bratem. Wprost nie mogę się doczekać dalszego ciągu. 8,5/10

Fargo - sezon 3
- mimo mocno niemrawego i nieproporcjonalnie rozbudowanego początku oraz dodatkowych dziwnych wstawek narracyjnych pod koniec sezon złapał tempo. Nieco paradoksalnie, w sumie głównie dzięki kreacjom aktorskim, sezon - przez większość odcinków rozlazły jak nieszczęście i słabszy od poprzedniego - wypadło ostatecznie ocenić lepiej. Wystarczy, że w finale nie było UFO. Za to główny Zły, czyli Varga, był absolutnie obrzydliwy. Te zęby, w połączeniu z dłubaniem w nich, sprawiały, że za każdym jego pojawieniem się na ekranie było mi niedobrze, co w sumie chyba świadczy o geniuszu Davida Thewlisa (i pomyśleć, że to poczciwy Lupin z Harry'ego Pottera!) oraz autorów castingu. 7/10

The Americans - sezon 5
- jestem wielką fanką tego serialu i cieszę się, że w końcu zaczął dostawać zasłużone od lat nagrody, ale ten sezon był mocno statyczny, i to także na polu relacji między bohaterami oraz ich wewnętrznej ewolucji, na czym wyraźnie koncentrował się scenariusz. Powstało wrażenie krążenia w kółko i międlenia tych samych problemów. Fajny wątek w ZSRR z Burowami, ale końcówka mocno przewidywalna. 7,5/10

American Gods
- mimo niezłego otwarcia odcinki 2 i 3 okazały się pewnym rozczarowaniem. Na szczęście popisowy numer Fullera, czyli kobieta wracająca z martwych (żona Cienia, Laura), tchnął w opowieść życie. Bardzo podobał mi się odcinek w całości poświęcony Szalonemu Sweeneyowi, retrospekcje dotyczące relacji Cienia z żoną, no i finał - ciekawa interpretacja Wielkiejnocy, typowo Fullerowska wizualnie, a pod względem wymowy wierna duchowi powieści. Taki jest zresztą cały serial (wstawki o poszczególnych bogach, z cyklu Przybycie do Ameryki, w większości udane), choć podejrzewam, że mimo wszystko bardziej przypadnie do gustu fanom Fullera niż Gaimana. Gwiazdą na firmamencie castingu jest bezspornie Ian McShane, czyli niezapomniany Al z Deadwood, jako pan Wednesday. Anansi nie do końca mnie przekonał. Wg mnie warto zobaczyć i ciekawa jestem, jak się to rozwinie. Oby Fuller tradycyjnie dla siebie nie skręcił w krainę własnych fascynacji. 7/10

Sillicon Valley po raz pierwszy mnie nużyło. Zaczęło zjadać własny ogon i poza momentami (romans Danesha z hakerką!) nie jest już tak zabawne jak dawniej. Szkoda.
niedziela, 18 czerwca 2017
Serialowisko 2017 (3)

Dziś mam dla was sporo zaległych polecanek serialowych. I jedną niepolecankę.

Anne with an E (Ania, nie Anna) - serialowa adaptacja jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa, czyli Ani z Zielonego Wzgórza. Za wcześniejszymi wersjami nie przepadałam, więc, jak łatwo się domyślić, także co do tej byłam sceptyczna. Ale jest naprawdę świetna, nawet mimo całkiem niepotrzebnie wprowadzonego wątku kryminalnego, dostarczającego końcowy cliffhanger. Zasługa w tym całej obsady (początkowo nie mogłam się przekonać do Mateusza, ale i on szybko skradł moje serce), ale jednak przede wszystkim odtwórczyni roli tytułowej, Amybeth McNulty. Ta szesnastolatka ma przed sobą wielką aktorską przyszłość, jest Anią z całą jej egzaltacją, radością życia, skłonnością do wpadania z euforii prosto w otchłań rozpaczy. W recenzjach pojawiały się zarzuty, że serial jest zbyt mroczny, a przeszłe traumy Ani nadmiernie podkreślone, ale mnie akurat ten aspekt jak najbardziej przekonuje. 8,5/10

Opowieść podręcznej - i znowu, po zachwycie książką, przeczytaną na początku roku z myślą o serialu, nie wierzyłam, że można ją sensownie przenieść na mały ekran. A dostałam coś równie imponującego jak literacki pierwowzór, jednocześnie wiernego powieści i uzupełniającego oraz uwspółcześniającego jej treść w sposób spójny z przesłaniem, a nawet wzmacniający jego wydźwięk. Fanką Elisabeth Moss, grającej Offred (polska Freda brzmi jakoś kulawo), jestem od czasów Mad men, gdzie pokazała ogrom swoich możliwości, prowadząc Peggy od zakompleksionej szarej myszki do roli królowej reklamy. Tu dzielnie wspiera ją reszta obsady, przede wszystkim Fiennes i Strahovsky w roli małżeństwa Waterfordów (Serenę odmłodzono, co okazało się dobrą decyzją, podobnie jak dodanie retrospekcji dotyczących jej związku z Fredem), a także błyszcząca w roli Janine Madeline Brewer, ale cały casting jest znakomity, osobiście podziwiam też grę Ann Dowd jako Ciotki Lydii. Ale to przede wszystkim unikatowa kreacja Moss tworzy ten serial, tak jak postać Offred decydowała o sile powieści. Jak dla mnie bezdyskusyjny hit sezonu. Tylko moim zdaniem żadna kontynuacja nie jest potrzebna. 10/10

The Crown - z historią o początkach panowania Elżbiety II męczyłam się od listopada, w zasadzie nie wiem, dlaczego, bo ostatecznie całość bardzo mi się podobała. Nie mogłam wejść w opowieść i złapać chemii z początkowymi odcinkami (konkretnie problemem były pierwsze 3). A przecież wszystko jest jak trzeba - świetne aktorstwo (jestem wielką fanką premiera Churchilla, czyli Trójkowego z Dextera, oraz księżniczki Małgorzaty), ciekawy scenariusz, sporo emocji, dobrze oddane realia epoki (znakomity odcinek smogowy). W sumie to królowa irytowała mnie chyba najbardziej, ale tak, zdaje się, być miało, bo serial skupia się właśnie na tym, jak młoda kobieta stara się udźwignąć ciężar przedwcześnie odziedziczonej korony. W każdym razie polecam. 8/10

House of Cards, sezon 5 – szczerze, to mam już serdecznie dość tego serialu. Underwoodowie zostali w tym sezonie przegięci w sposób ostateczny i o ile jeszcze do czasu rozstrzygnięcia wyborów obchodziło mnie, co tam się dzieje i co będzie dalej, to dalsza część sezonu, choć naładowana akcją, w ogóle mnie nie obeszła. Była, poza wszystkim, dość przewidywalna. A Claire jako groteskowa lady Makbet w ogóle mnie nie przekonuje. Nie umiejąc zrezygnować ze swojego okrętu flagowego, Netflix go solidnie podtopił. A mogli skończyć w zeszłym roku, zachowałabym dobre wspomnienia. Mimo wszystko 6/10.

Orange Is The New Black, sezon 5 – już rok temu były symptomy, że – podobnie jak przy początkowo genialnym Weeds – pomysł Jenji Kohan na ten serial się kończy, a ona nie chce z niego zrezygnować. Ten absolutnie beznadziejny sezon, w całości poświęcony trzydniowej okupacji więzienia przez osadzone i pełen groteskowych epizodów, stanowczo to potwierdza. Mimo tego Netflix przedłużył produkcję na kolejne 2 lata. Gorąco odradzam, 3/10.

P.S. Publikacja tego wpisu była gehenną.

środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
sobota, 11 czerwca 2016
Serialowisko 2016 (2)
Mam wprawdzie 3 nieopisane lektury, ale walczę z przeziębieniem, praca mnie wyżęła intelektualnie, a katar nie sprzyja pogłębionym analizom, których wymagają dwie z nich:) Dlatego pomyślałam, że w końcu wprowadzę w czyn chwalebny zamiar w miarę aktualnego opisywania oglądanych seriali, zwłaszcza że tutaj również mam aż 3 tytuły. Dwa brytyjskie i jeden amerykański.

Zdecydowanie najlepszy z nich to licząca już 3 sezony produkcja Line of Duty. Głównymi bohaterami są policjanci pracujący w wydziale wewnętrznym i tropiący nadużycia we własnych szeregach. Choć każdy dotychczasowy sezon poświęcony był innej zabłąkanej owieczce, są także wątki, które konsekwentnie scenarzyści prowadzą w tle przez cały czas, tzw. intryga ramowa. Kurczę, zęby zjadłam na serialach tego typu, bo je lubię, ale chyba ostatni raz na The Shield aż tak bardzo (metaforycznie) obgryzałam paznokcie z przejęcia. Wciąga jak bagno, a każdy kolejny sezon (3 to w sumie 17 odcinków) jest lepszy od poprzedniego. Gorąco polecam i nie mogę się nadziwić, że mi umknął i nie oglądałam na bieżąco...

Making a murderer to amerykański rodzynek i serial, który ukończyłam dopiero niedawno, choć zaczęłam w styczniu. Obejrzałam 6 odcinków i musiałam zrobić przerwę (długą), bo tak mnie zdołował, że po prostu nie dawałam już rady. A najgorsze było jeszcze przede mną... Uważam jednak, że każdy, kto ma jakiekolwiek złudzenia co do wymiaru sprawiedliwości w ogóle, a wyższości systemu commmon law (USA&GB) nad kontynentalnym procesem w szczególności, obowiązkowo powinien go obejrzeć. A zwłaszcza politycy bredzący o wprowadzaniu czynnika społecznego do procesu. Krótko: to realizowany przez wiele lat dokument, historia człowieka, który najpierw spędził 18 lat w więzieniu za gwałt i uniewinniono go na podstawie badań DNA. Następnie, po kilku latach od uwolnienia i tuż przed zakończeniem procesu, jaki wytoczył policji stanowej, został ponownie oskarżony, tym razem o zabójstwo, i skazany na dożywocie bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia. A głównym dowodem przeciwko niemu były zeznania wymuszone przez funkcjonariuszy na jego mocno opóźnionym w rozwoju siostrzeńcu, kompletnie zresztą niekoherentne. Siostrzeniec ten w osobnym procesie, w którym był sądzony jak dorosły, choć w chwili rzekomego czynu miał 17 lat, został skazany za pomocnictwo do zabójstwa, zbezczeszczenie zwłok i gwałt, i wyjdzie najwcześniej w 2048 roku. W zasadzie jednym dowodem przeciwko niemu były jego własne, wymuszone zeznania, które potem odwołał. Nie pomogły żadne apelacje. Wszystkie odrzucono. Owszem, serial niewątpliwie jest tendencyjny. Ale patologie, które pokazuje, jasno dowodzą, że nawet jeśli wujek faktycznie zamordował, to nie dowiedziono mu winy ponad wszelką uzasadnioną wątpliwość, a siostrzeniec najprawdopodobniej siedzi za niewinność. KONIECZNIE.

Marcella to ośmioodcinkowy serial ITV, na który w pierwszym rzędzie zwrócił moją uwagę fakt, że jego scenarzystą jest Hans Rosenfeldt, współautor całkiem dobrych kryminałów i twórca genialnego serialu Broen. Potem okazało się, że główną rolę gra Anna Friel, którą pamiętam z uroczo szalonego Pushing Daisies. Punkt wyjścia jest dosyć sztampowy, główna bohaterka wraca do pracy w policji po 11 latach przerwy na życie rodzinne. Jej małżeństwo rozpadło się, mąż znienacka oświadczył, że odchodzi do innej kobiety. Dzieci, już w marę odchowane, przebywają w prywatnej szkole z internatem. Tak się dogodnie składa, że akurat, po równie wieloletniej przerwie, działalność wznawia seryjny zabójca, którego nasza bohaterka ściągała dawno temu bez rezultatu, choć miała wytypowanego podejrzanego. Akurat wyszedł z więzienia. Czy to tylko przypadkowa zbieżność? Marcella mną jednak jeszcze jeden, dosyć mroczny sekret. W chwilach szczególnego wzburzenia traci kontrolę, staje się agresywna, a potem nawet nie wie, co robiła. W pierwszej scenie widzimy ją w wannie pełnej krwi...
Bardzo zgrabnie poprowadzona intryga, choć Broen to nie jest. Mimo to wciąga, polecam.
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka