Wpisy z tagiem: historia

sobota, 18 sierpnia 2018
Szczupaczyńska lekko słabuje (Maryla Szymiczkowa, Seans w Domu Egipskim)
Jestem fanką cyklu o krakowskiej profesorowej i trzeciego tomu jej przygód wyglądałam od pierwszych zapowiedzi, a postanowiłam przeczytać na pociechę po urlopie. Poszło szybko i nie było nieprzyjemnie. Wszystkie elementy na swoim miejscu: klasyczna "zagadka zamkniętego pokoju", poszlaki obciążające praktycznie wszystkich podejrzanych i autentyczne zaskoczenie osobą oraz motywacją sprawcy. Do tego opis świątecznych przygotowań, krakowskiej szopki, a nade wszystko walki starego z nowym, czyli pozytywizmu z młodopolską dekadencją. Symbolami tej ostatniej są tytułowy seans oraz jeden z podejrzanych - Stanisław Przybyszewski, z lubością budujący swój mit Szatana i przyjmujący hołdy zapatrzonej w niego zgrai aspirujących artystów oraz społecznych wyrzutków. A jako wisienka na torcie modus operandi sprawcy - trucizna w kieliszku z absyntem. Wszystko pasuje: stara receptura, nowe dodatki, zgrabnie skrojone rozwiązanie zagadki.
A jednak - nie porwała mnie najnowsza koprodukcja Tarczyńskiego i Dehnela. Z całego cyklu tę odsłonę - mimo naprawdę ciekawego finału intrygi - oceniam najsłabiej.
Powodów jest kilka, ale pierwszy i chyba jeden z istotniejszych wyłożyli sami autorzy w otwarciu jednego z rozdziałów:

Jadąc spod Paonu do Pszornów, Zofia myślała o sprawie Beringera. Nie, nie o tym, kto go zabił, ani o tym, ile czasu jej zostało przed oficjalnym wszczęciem śledztwa – ale o tym, jak niewiele jej poszukiwania różnią się od zwykłych, monotonnych zajęć żony profesora uniwersytetu. Cóż bowiem robi innego niż kiedyś? Odwiedza kolejne mieszkania, hotele, kawiarnie, prowadząc z członkami krakowskiej socjety długie i do niczego, jak dotąd, nieprowadzące rozmowy. Tu złoży kondolencje, tam puści w obieg plotkę, jeszcze gdzie indziej naciągnie kogoś na zwierzenia, wszędzie wypijając herbatę czy kawę, pogryzając ciastka i pomadki. Jakże różniło się to od zwiedzania podłych nor na Dębnikach czy telepania się pociągiem do Bochni!

Jest mocno monotonnie, po prostu. Szczupaczyńska odhacza kolejnych podejrzanych na liście i jakoś brak w tym nerwu, który przykuwałby do kolejnych stron. Dodatkowo nie przepadam za Młodą Polską, a choć Przybyszewski przemawia cytatami z samego siebie, to same opisy środowiska, może z uwagi na niechęć profesorowej do jego przedstawicieli, też są mocno przerysowane. Jak na moją tolerancję - za mocno. Nie było źle, jednak dotąd bywało zdecydowanie lepiej. Nie odradzam, ale trzymam kciuki za powrót pani Szymiczkowej do dawnej formy, bo mimo wszystko chętnie poczytałabym kontynuację, o ile będzie na nią sensowny pomysł.
piątek, 20 lipca 2018
To ja, to dla ciebie gra twoje radio (Anthony Doerr, Światło, którego nie widać)
Dziś przeskoczę siedem innych oczekujących tytułów i spróbuję na gorąco spisać wrażenia z achronologicznej, mozaikowej historii o przypadku, pasji, ciekawości i falach radiowych. A także o walce z przeciwnościami sieroctwa i inwalidztwa. No i oczywiście o wojnie. Wojna nie da o sobie zapomnieć, bo już w pierwszych scenach Światła, rozgrywających się w sierpniu 1944, alianci bombardują Saint-Malo w Bretanii. W jednej z ocalałych kamienic kuli się ze strachu niewidoma szesnastoletnia Marie-Laure LeBlanc, córka ślusarza zatrudnionego przed wybuchem wojny w paryskim Muzeum Historii Naturalnej. W piwnicy innego miejskiego budynku dwa lata starszy niemiecki specjalista od triangulacji, szeregowiec Werner Pfennig, zastanawia się, na jak długo wystarczy jeszcze jemu i koledze z oddziału tlenu pod gruzami.
A potem autor cofa czas o dziesięć lat, by z licznymi przeskokami w przód i wstecz pokazać nam, kim są i skąd się wzięli w Saint-Malo bohaterowie.
Dziesięć lat wcześniej oboje są jeszcze dziećmi, Marie-Laure nadal widzi, choć już bardzo słabo, a Werner opiekuje się młodszą siostrą Juttą, z którą mieszka w domu dziecka w górniczej osadzie Zollverein w pobliżu Essen. W miasteczku panuje głód i bezrobocie, jajko jest cenniejsze od złota i równie rzadkie. Ale chłopak nie o tym myśli. Fascynują go biologiczne i fizyczne tajemnice świata, z byle jakich materiałów konstruuje według własnego pomysłu rozmaite urządzenia, a swój sekretny zeszyt zapełnia problemami do rozwiązania i projektami do zrealizowania w przyszłości. Gdy naprawia znaleziony na śmietniku radioodbiornik i przypadkowo trafia na poświęconą fascynującym go tematom francuską audycję (zna język dzięki kierowniczce sierocińca, która jest Francuzką), jest najszczęśliwszym dzieckiem w Niemczech. Martwi się tylko, że po ukończeniu 15 roku życia będzie musiał iść do pracy w kopalni, w której zginął jego ojciec. Przed tą perspektywą pragnie uciec za wszelką cenę. Gdyby tylko wiedział, jak wysoka się ona okaże...
Tymczasem Marie-Laure po pierwszym załamaniu związanym z utratą wzroku dzięki łagodności i uporowi ojca na nowo oswaja świat i codzienność. Najchętniej jednak w ogóle nie opuszczałaby bezpiecznej, rozpoznanej okolicy między swoim domem a muzeum. Z rozkoszą trzymałaby się nowo wypracowanej rutyny. Niestety, z nastaniem wojny musi wraz z ojcem opuścić Paryż i od nowa uczyć się wszystkiego w Saint-Malo, zamknięta tygodniami w kamienicy stryjecznego dziadka, bo wychodzenie na zewnątrz byłoby niebezpieczne.
Doerr poza zabawami chronologią i zmianami perspektywy narracyjnej (oprócz Wernera i Marie - Laure przez opowieść poprowadzą nas także inni bohaterowie, choć ta dwójka dominuje) dla podtrzymania tempa stosuje bardzo krótkie podrozdziały, dorzuca też do biograficznego miksu, osadzonego na tle wydarzeń świetnie znanych z historii, niezwykłą legendę o przeklętym kamieniu znanym jako Morze Ognia. Wszystko wychodzi mu bardzo zgrabnie, zwłaszcza dyskretne stopniowanie grozy związanej ze zbliżającą się wojną i radykalizowaniem się nazistów oraz specyficzny (bo jedna bohaterka nie widzi, a Werner, choć przebywa na froncie i umożliwia eliminowanie punktów oporu, pełni funkcję raczej techniczną niż ściśle bojową) obraz trwających już działań wojennych.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym kilkakrotnie, zwłaszcza pod koniec, nie zazgrzytała zębami na tani melodramatyzm niektórych rozwiązań. Tu szczerze pragnęłabym uniknąć spoilerów, więc tylko napiszę, że romans instant totalnie mnie nie przekonał i był w moim odczuciu zupełnie zbędny, podobnie jak końcowy opis wydarzeń z roku 1974 i 2014. Czasem lepiej postawić na niedomówienie niż dosłownie wszystko wyjaśniać. Niemniej, nie da się ukryć, że dałam się porwać tej historii jak Marie-Laure przygodom Kapitana Nemo. Pulitzer 2015 zasłużony, bo nie sądziłam, że da się jeszcze napisać o II WŚ coś świeżego.
sobota, 07 lipca 2018
Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)
Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie - mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów - przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.
sobota, 30 czerwca 2018
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra (Min Jin Lee, Pachinko)
Po przeczytaniu recenzji na Mieście książek jednocześnie ciągnęło mnie do tej powieści i obawiałam się, że okażemy się kompletnie niedobrane. Wypróbowałam ją na mojej mamie, którą zachwyciła. Nie jest to co prawda żadna gwarancja, że mnie również się spodoba, ale o wiele więcej niż nic. Spróbowałam i powiem, że nie tylko nie żałuję, ale - mimo pewnych zastrzeżeń - ta rodzinna saga o Koreańczykach w Japonii znalazła się w czołówce moich tegorocznych lektur.
Łączy bowiem historię losu jednostki (Sunji, która impulsywnie wdała się w romans z nieznajomym, a w konsekwencji zmuszona była opuścić rodzinne strony) i jej wielopokoleniowej rodziny z szerszą perspektywą, ukazującą losy całej koreańskiej diaspory w Japonii w dwudziestym wieku. I robi to niby mimochodem, ale w sposób wyjątkowo zajmujący. A wszystko dlatego, że, budując sylwetki kolejnych bohaterów, autorka zadbała, by każdego obdarzyć unikalnym stosunkiem do sytuacji, w której wszyscy się znaleźli. I tak Sunja odczuwa przede wszystkim wdzięczność - wobec męża, jego rodziny, która przyjęła ją pod swój dach, ogólnie wobec losu, mimo wszelkich przeciwności, jakie jej on gotuje. Nie waha się pracować ponad siły dla dobra synów i głównie na tym, a nie na bezsensownym gniewie i tęsknocie, koncentruje wszystkie swoje wysiłki. Z jej synami, urodzonymi w Japonii, sprawa jest już o wiele bardziej skomplikowana. Noa rozpaczliwie pragnie być traktowany jak Japończyk, co okazuje się oczywiście niemożliwe. Mozasu okazuje Japończykom agresywną obojętność, dzielnie znosi prześladowania w szkole, a w końcu bez żalu ją porzuca, by zająć się pracą w salonie Pachinko - koreańskiej gry hazardowej. Jednocześnie jednak marzy, by jego syn Salomon wyjechał do USA i tam pracował w sektorze bankowym. Nie do końca więc, mimo grubej skóry i wszelkich pozorów, pozostaje obojętny na realia, w których przyszło mu żyć. A tymczasem Salomon, jakby na przekór ojcu, odkrywa, że tylko w Japonii jest u siebie.
Kwestia tożsamości (swojskości i obcości) oraz hierarchii wartości jest w tej historii równie ważna jak rodzinne więzi, które bohaterowie niejednokrotnie szarpią, sprawdzając ich wytrzymałość, ale ostatecznie wcale nie chcą się od nich uwalniać. Stanowią one bowiem jedyny pewny punkt odniesienia.
Jak wcześniej wspominałam, mam zastrzeżenia, gdyż mimo stworzenia całej rzeszy wiarygodnych bohaterów i autentycznie zajmującej historii autorka nie ustrzegła się kilkakrotnie paskudnych fabularnych schematów rodem z telenoweli. Podam tylko jeden z kilku najważniejszych przykładów, żeby niepotrzebnie nie spoilerować. Jeden z bohaterów wygląda jak jego biologiczny ojciec. Widuje tego człowieka przez większość swojego życia, zna go jako przyjaciela rodziny. Jest wybitnie inteligentny, a jednak nie dostrzega łączącego ich podobieństwa, które musi być oczywiste, bo jego dziewczynie wystarczy raz zobaczyć bohatera z ojcem, żeby je zauważyć. Oczywiście, o łączącym go z ojcem podobieństwie (i tym samym pokrewieństwie) bohater dowiaduje się od tejże dziewczyny. Serio?
Koniec końców są to jednak drobiazgi. Można się na nie lekko żachnąć, ale nie odbierają magii ani siły oddziaływania lekturze, którą wydatnie uprzyjemnia przekład Urszuli Gardner. Polecam.
niedziela, 13 maja 2018
Zagadka konfabulującej bohaterki (Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu)

Przedziwna sprawa z tą książką, bo spodziewałam się, że będzie ona o czymś zupełnie innym. Historie uratowanych przez Irenę Sendler i jej współpracownice z Wydziału Opieki dzieci, od których Anna Bikont rozpoczyna, przynajmniej w pierwszej chwili zdają się potwierdzać ukształtowane niezbyt dobrym filmem oczekiwania. Ale już bohaterka pierwszego rozdziału, Margarita, maluje obraz skrajnie odmienny od obowiązującej narracji o dobrym polskim narodzie. Jest pełna nienawiści i żalu, i trudno po zapoznaniu się z jej historią, pełną prześladowań i bezwzględnego szantażu, mieć do niej o to pretensję. Drugi rozdział bilansu wcale nie poprawia, jest jednak ważny dla wymowy całości, bo na koniec bohaterka przyznaje, że po fakcie wpisała Sendlerową w historię swojego ocalenia, bo gdy tylko ją spotkała, zapragnęła, by była ona częścią jej życia. Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? – zaczęłam się zastanawiać i to pytanie towarzyszyło mi już do końca lektury. Gdyż – choć autorka stara się wyjątkowo delikatnie obchodzić ze swoją bohaterką i unikać takich słów jak kłamstwo czy zmyślenie – bardzo szybko okazuje się, że Irena Sendler w dużym stopniu sama zbudowała własną legendę. A przecież wcale nie musiała tego robić: przywłaszczać sobie cudzych historii, zasług najbliższej przyjaciółki, zawyżać w sposób niebotyczny liczby uratowanych żydowskich dzieci. Miała bowiem najlepsze intencje, stabilne przekonania i autentyczne zasługi na froncie logistyczno-organizacyjnym, których nikt nigdy nie kwestionował. Ale osobiście nie wyprowadzała dzieci z getta.
Gdy jednak zapoznać się z jej prywatną biografią, staje się w pewnym sensie zrozumiałe, że miała potrzebę podciągnięcia życiowego bilansu,  skompensowania fałszywą publiczną personą niepowodzeń w związkach i relacjach z dziećmi, mającymi jej za złe wieczną nieobecność. W pewnym momencie zabrnęła chyba za daleko i stała się niewolnicą własnych kłamstw, w które najprawdopodobniej sama w końcu uwierzyła. Wierzyła zresztą głęboko w wiele rzeczy niezgodnych z prawdą – np. że jej dzieci nie przyjęto na studia, by ukarać ich matkę za ratowanie Żydów, podczas gdy najzwyczajniej w świecie zabrakło im punktów i się nie dostały. Także powojenne losy Sendlerowej naznaczone są paradoksem. Łatwo zrozumieć, że osoba o jej poglądach chciała wierzyć w system komunistyczny i budować nową Polskę w myśl jego szlachetnych ideałów. Jednak pozostała w PZPR do samego końca, mimo że już w marcu 1968 roku zobaczyła prawdziwą twarz systemu. Nie wspierała oficjalnej antyżydowskiej propagandy, ale nie wystąpiła z partii. Przedziwna, ale bardzo realistyczna – aż niewygodnie realistyczna w zestawieniu z legendą – biografia.
Z historii ocalonych też wyłania się obraz odbiegający od oficjalnej laurki tak daleko, jak to tylko możliwe. Niektórych koszmary wojny popchnęły do odebrania sobie życia. Inni, najbardziej liczni, ukrywali własną tożsamość nawet przed partnerami i dziećmi.  A dlaczego? Bo społeczeństwo polskie było w swej masie skrajnie antysemickie. Przed wojną, w jej trakcie i po jej zakończeniu. Polskie dzieci wydawały żydowskie dzieci z czystej złośliwości, nawet te ukrywane w klasztorach czuły się stale zagrożone przez rówieśników.  Dlatego uważam, że książka Anny Bikont powinna być czytana jak najpowszechniej i mam nadzieję, że liczne nagrody w tym pomogą. Nie da się bowiem przy tej lekturze nie przemyśleć pewnych smutnych, fundamentalnych i bardzo niewygodnych spraw.

niedziela, 06 maja 2018
Lektury majówkowe (J. D. Barker, Czwarta małpa i R. Harris, Monachium)
Przed majówką skończyłam Sendlerową. W ukryciu Anny Bikont, ale o niej będzie osobno. Dziś o dwóch lżejszych lekturach.

Po Czwartą małpę sama bym na pewno nie sięgnęła, poleciła mi ją przyjaciółka. Powieść J.D. Barkera okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałam po obciążającej psychicznie książce Bikont i dłuższym okresie ciężkiej pracy. Page-turner w pełnym znaczeniu tego słowa. Dawno nie czytałam książki, której po prostu nie da się odłożyć, bo każdy kolejny rozdział zmusza do przeczytania następnego. I nawet końcówka nie jest żenująca! Temat dość klasyczny - śledczy od pięciu lat bezskutecznie tropi seryjnego zabójcę, który więzi i okalecza swoje ofiary, nawiązując do trzech mądrych małp - nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego. A sam wierzy w istnienie tytułowej czwartej małpy i w to, że swoimi działaniami wymierza sprawiedliwość. Bieżące wydarzenia przeplatane są fragmentami pamiętnika opisującego dzieciństwo zabójcy. O tym, że autor dobrze wyczuł i zrealizował konwencję, najlepiej świadczy, że nawet tak marudny czytelnik jak ja dał mu się wciągnąć w opowieść na tyle mocno, że nie znalazł nawet chwili, by spojrzeć na fabułę z zewnątrz i zauważyć jej w sumie dość przewidywalne z perspektywy całości utworu pułapki. Jeśli zatem szukacie relaksu przy dynamicznym kryminale, ta pozycja będzie idealnym wyborem. Ostatni raz książka z tego gatunku wciągnęła mnie tak bardzo jakieś 1,5 roku temu i było to Raz na zawsze Andreasa Pflügera. Niestety, tam finisz okazał się rozczarowaniem.

Monachium Roberta Harrisa również czytało się bardzo płynnie, ale całościowo powieść do pewnego stopnia mnie zawiodła. Za dużo tam raportowej faktografii, a za mało fabularnego mięsa. Harris opisuje okoliczności, w jakich doszło do zawarcia układu monachijskiego, porozumienia, na mocy którego, za oddanie Rzeszy sporego kawałka Czechosłowacji, Wielka Brytania i Francja kupiły dodatkowe 11 miesięcy pokoju. Czytelnik postrzega wydarzenia z perspektywy dwójki przyjaciół, Brytyjczyka i Niemca, którzy wspólnie studiowali w Oksfordzie, a teraz pracują w dyplomacji swoich państw. Przestali utrzymywać kontakt po tym, jak sześć lat wcześniej wybrali się razem na wakacje i trafili m.in. do Monachium, pod dom Hitlera, gdzie doszło do wydarzeń, które ich poróżniły. Co takiego zaszło między niegdysiejszymi przyjaciółmi? Harris niemal do końca trzyma to w tajemnicy, ale ostateczne wyjaśnienie nie kompensuje detalicznie dokumentalnego tonu reszty opowieści. Żeby była jasność - dzięki lekkiemu pióru autora przez tekst po prostu się mknie, ale dodatkowe wątki, które mają utrzymać zainteresowanie czytelnika (bo finał prac nad porozumieniem jest wszak z góry znany), są po prostu zbyt wątłe, a ich bohaterowie zbyt bezbarwni. Nie mogę zatem polecić z czystym sumieniem.
niedziela, 15 kwietnia 2018
Mogło być lepiej, a wyszło jak zawsze (Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski)
Ze sporym zdumieniem odkryłam najnowszą powieść Miłoszewskiego na liście pomocniczej dla elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego. A jako że 2017 był w polskiej fantastyce wyjątkowo ubogi (dwa tygodnie temu miałam 4 książki warte choćby rozważenia przy nominowaniu, przy czym wyłącznie co do Niepełni Anny Kańtoch miałam niezbite przekonanie, że na tę nominację zasługuje), postanowiłam, jak na dobrego elektora przystało, przed końcem głosowania nadrobić tę zaległość.
Pomysł na powieść jest niezbyt skomplikowany – para małżeńska z pięćdziesięcioletnim stażem, Ludwik i Grażyna, podczas prywatnych obchodów okrągłej rocznicy rozpoczęcia swojego związku cofają się w czasie do jego początku. Znów jest rok 1963, a oni dostają unikalną szansę – mogą ponownie przeżyć swoje życie, razem albo osobno. Jednak, choć bohaterowie mieszkają mniej więcej w tych samych miejscach w Warszawie, nie wszystkie okoliczności przyrody pozostały bez zmian. I modernistyczna architektura blokowiska Ludwika nie stanowi najważniejszej różnicy. Po kilku latach powojennych rządów komuniści zostali obaleni z pomocą Francji. Polską rządzi prezydent Eugeniusz Kwiatkowski i popierająca go liberalno-chłopska większość parlamentarna, a w Warszawie zamiast Pałacu Kultury stoi Wieża Przyjaźni. Grażyna pracuje jako nauczycielka zarządzania gospodarstwem domowym w państwowej szkole Kobiety Bez Granic, do której, w ramach wyrównywania szans na zostanie damą z międzynarodowego towarzystwa, dziewczęta przyjmowane są bez względu na pochodzenie. Ludwik jak był terapeutą, tak jest nim nadal. Jak miał żonę – naukowca (którą zostawił dla Grażyny), tak nadal ma. Jednak w nową rzeczywistość bohaterowie wchodzą z doświadczeniem przeżytych pięćdziesięciu lat. Ciekawie się patrzy, jak wpływa to na ich decyzje, choć – podobnie jak w piosence, od której wziął się tytuł – zarówno miłość, jak i historia w końcu wracają na stare tory.
Jako że jestem zdania, iż Zygmunt Miłoszewski pisał do tej pory dobre powieści, ale kryminały kiepskie, z bardzo naciąganymi fabułami, nie przeszkadza mi zmiana gatunkowej konwencji, do której sam autor ironicznie nawiązuje w rozmowie Ludwika z potencjalnym wydawcą polskiej wersji przygód Roberta Langdona i Harry’ego Pottera. Przyznam się wręcz do nadziei, że bez gatunkowego gorsetu pisarz stworzy w końcu coś pełnego. Niestety, powieść pozostawia ostatecznie spory niedosyt. Dobrze się to wszystko czyta, ciekawie odkrywa alternatywną, frankofilską Warszawę lat 60. i jest w Jak zawsze na wielu poziomach potencjał, który jednak na żadnym nie zostaje w pełni wykorzystany. Realia polityczne opisane są wyrywkowo i niemiłosiernie spłycone, więc choć pomysł wyjściowy jest intrygujący, to jednak zostaje zarżnięty poprzez proste przeniesienie pół wieku wstecz aktualnego narodowego sporu politycznego. Realia społeczne też zostają zaledwie liźnięte, a szkoda, bo nawet przy tak pobieżnym potraktowaniu pojawiają się ciekawe elementy. Prywatne sprawy bohaterów pozostają ostatecznie w zawieszeniu.
Powieść pisana jest ewidentnie pod rynek francuski i choć w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi chęć zdyskontowania odniesionego tam sukcesu, to jednak autor trochę zbyt negatywnie i stereotypowo przedstawia Polaków (jako prostych i poczciwych, a jednocześnie swarliwych i w sumie łatwych do omamienia konsumentów wódki i kapusty), a zdecydowanie zbyt łagodnie na tym tle obchodzi się z Francuzami, co do których uzasadnionych stereotypów również nie brakuje (choć owszem, wspomina ich niechęć do nauki języków obcych oraz poczucie wyższości, ale tak delikatnie, żeby na pewno się nie pogniewali). Rozumiem, że to jest satyra, a frankofilowi neoficie trudno zdjąć różowe okulary, ale nieciekawie taka dysproporcja wygląda i drażni. A skoro drażni nawet mnie, podzielającą autorską diagnozę naszego narodowego charakteru, to podejrzewam, że coś jest na rzeczy.   
Zaś chyba najbardziej mam Miłoszewskiemu za złe, że także warstwy fantastycznej nie zdecydował się domknąć. Przeniósł bohaterów w czasie i geopolitycznych realiach. Zasugerował, że jedna i druga rzeczywistość wzajemnie się przenikają. I na tym poprzestał. Tak że fantastyka też z tego żadna. Najlepiej broni się zatem warstwa psychologiczno-obyczajowa. Jak zawsze u tego autora.
niedziela, 08 kwietnia 2018
Segregacja jako klucz do integracji (Paul Beatty, Sprzedawczyk)
Jak już wielokrotnie pisałam, do książek nagradzanych (w tym przypadku Man Booker Prize 2016) mam stosunek wybitnie nieufny. Jednak Sprzedawczyk spełnił z nawiązką moje oczekiwania, a po przeczytaniu blurba spodziewałam się po prostu interesującej lektury. Tymczasem – choć oczywiście jest to w sumie lekka, zabawna i mocno ironiczna historia – między kolejnymi żartami i perypetiami głównego bohatera przemyca refleksję o tym, czy segregacja faktycznie się w USA zakończyła. I daje odpowiedź łatwą do przewidzenia – zakończyła się formalnie, ale nie faktycznie, a żeby tę smutną prawdę obnażyć, trzeba spróbować ją przywrócić, choćby tylko na lokalną skalę. Skutki tego społecznego eksperymentu mogą okazać się zaskakujące.
Zaczyna się od wykreślenia miasta Dickens z mapy. Jak dowiadujemy się z przypisów tłumacza Piotra Tarczyńskiego, bez których powieść, naszpikowana odniesieniami do historii segregacji, byłaby bez wątpienia dla polskiego czytelnika o wiele mniej zrozumiała, Dickens jest fikcyjnym miejscem, ale pod wieloma względami stanowi odpowiednik Compton, miasta leżącego w samym środku hrabstwa Los Angeles, na południe od centrum miasta Los Angeles. W Compton, jak w Dickens, znajdują się tereny rolnicze i to Compton uznaje się za jedną ze stolic gangsterskiego rapu. Kiedyś zamieszkane w przeważającej większości przez czarnych, dziś Compton jest w 65% latynoskie, Afroamerykanie zaś stanowią tylko około jednej trzeciej mieszkańców.
Główny bohater, tytułowy Sprzedawczyk, jest z wykształcenia rolnikiem, hoduje zwierzęta, uprawia z sukcesami autorskie odmiany warzyw i owoców, w wolnych chwilach surfuje i popala marihuanę. Jest też – wbrew własnej woli – posiadaczem niewolnika, który był swego czasu dziecięcą gwiazdą filmową, ale to osobna ciekawa historia, po szczegóły której odsyłam do książki. Natomiast czynnikiem zasadniczym dla biografii protagonisty były nie jego własne życiowe wybory, ale fakt, na który nie miał wpływu. Był synem czarnego psychologa, który jako jedyny praktyk specjalizował się we własnej, autorskiej dziedzinie – psychologii wyzwolenia, a chodziło o wyzwolenie czarnej rasy.  Z syna, którego wychowywał samotnie, od jego najwcześniejszego dzieciństwa uczynił obiekt eksperymentów. Tym zatem bohater był, czarnym mieszkańcem Dickens i synem swojego ojca, który – mimo pokładanych w nim nadziei – okazał się dla rodzica wielkim rozczarowaniem.
Problem pojawił się, kiedy ojciec umarł, a miasto, przynajmniej w sensie administracyjnym, zniknęło. Bohater musiał odnaleźć własną tożsamość, a że nie był w stanie – mimo prób – zastąpić ojca na stanowisku Zaklinacza Czarnuchów, postanowił na początek przywrócić miasto Dickens jego osieroconym obywatelom. Po drodze do tego celu odkrył, kim jest, a przy okazji udowodnił w praktyce, że segregacja może stanowić dla czarnej społeczności spoiwo i – nieco paradoksalnie – pozytywny bodziec rozwojowy. Nie jest prawdą, że wszyscy są równi, mówi Beatty, i dlatego udawanie, że rasa nie ma znaczenia, mija się z celem. Można jednak spróbować nowego, pozytywnego podejścia, takiego, w którym czarna skóra nie jest równoznaczna z piętnem gorszych szans, ale stanowi przepustkę do elitarnego klubu, do którego biali nie mają wstępu.
Jest to myśl ciekawa i mimo wszystko optymistyczna, a stanowi puentę naprawdę zwariowanej historii, którą czyta się lekko i z rosnącym zainteresowaniem mimo sporej zawartości materiału do historiozoficznej refleksji. Został on bowiem wpleciony w fabułę z wyjątkową gracją i w zasadzie niepostrzeżenie się go przyswaja. Wielka w tym zasługa humoru, dobrze oddanego w przekładzie. Słowem, nie jest to może jakieś arcydzieło wywierające na odbiorcy niezatarte wrażenie, ale niewątpliwie powieść ciekawa i niebanalna, warta poświęconego jej czasu.
P. S. A także pierwsza, którą przeczytałam na nowym czytniku – Kindle Paperwhite 3.
P.S. 2 Tłumaczenie jest naprawdę brawurowe, a z pewnością nie było łatwe.
poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Powinniśmy być wdzięczni Hitlerowi (Młyny Boże, Jacek Leociak)
Święta Wielkiejnocy, w czasie których Sanhedryn doprowadził do skazania Jezusa (będącego, o czym wielu nie chce pamiętać, Żydem) na śmierć, już za nami, ale książka Jacka Leociaka, zbiór luźnych zapisków o Kościele i Zagładzie, może i powinna być czytana w każdym czasie. Ja bym ją nawet wpisała na listę licealnych lektur obowiązkowych, bo otwiera oczy na wiele spraw związanych z nastawieniem Kościoła Katolickiego (tak hierarchów, jak i szeregowych księży), a w szczególności katolickich mieszkańców ziem polskich przed II WŚ oraz w jej trakcie,  do Żydów. Jest może miejscami lekko tendencyjna, chwilami autor nieco się zapędza w argumentacji, ale też i nie sposób się dziwić, że go ponosi, bo zwraca uwagę czytelnika na fakty bulwersujące, a mało znane szerszej publiczności. Gdy właśnie znane i nagłaśniane być powinny, w szczególności teraz, zwłaszcza w naszym kraju. Usiłuje się u nas bowiem obecnie - wbrew faktom - stworzyć narrację, zgodnie z którą naród polski składał się z samych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, nic innego nie robił, tylko Żydów z narażeniem życia i zdrowia ratował od Zagłady. Antysemityzmu przed wojną w Polsce jakoby nie było, tak jak i teraz go ponoć nie ma. Stodołę w Jedwabnem podpalili ludzie bez narodowości, podobni wywołali pogrom kielecki. Podczas gdy rzeczywiste nastroje społeczne, dominujące tendencje i proporcja ratujących do ogółu populacji, na froncie rozwiązania kwestii żydowskiej raczej okupantowi kibicującemu, wcale tak spektakularnie nie wyglądały, a niechęć do Żydów umacniały w wiernych nauki KK. W samym polskim kościele pełno było zajadłych nacjonalistów i antysemitów, nawet kryształowy prymas Wyszyński miał w tej kwestii sporo na sumieniu. Ale jak wymagać od szeregowych księży, ludzi często prostych, nawet od lokalnego prymasa, gdy przykład odwracania oczu od tragedii i umywania rąk dawał papież Pius XII? I ten obraz, zarówno szeroką, jak i wąską, jednostkową perspektywę, stawia nam przed oczami Leociak. A gdy się na niego spojrzy, oczy robią się coraz większe. Ze zgrozy, oburzenia, przerażenia i obrzydzenia. Nie ma gdzie tych oczu podziać ze wstydu za naszych rodaków, według których  Hitler był straszny, bo prześladował naród polski, ma wszakże jedną zasługę – załatwił dla nas (czy za nas) sprawę żydowską.
Czytajcie koniecznie. Może i nie jest to stuprocentowo wyważone i obiektywne opracowanie, ale na pewno to potrzebna i wartościowa, zbudowana na pracy ze źródłami, przeciwwaga dla wspaniałego obrazka, jaki tron i ołtarz pospołu post factum starają się nam w kwestii żydowskiej odmalować.
sobota, 10 marca 2018
Wojna bez zwycięzców (Don Winslow, Z psich pazurów)
To wojna, której nie da się wygrać, dopóki narkotyki będą nielegalne. Ale na początku tej opowieści, obejmującej 29 lat, od roku 1975 do roku 2004, Art Keller, młody funkcjonariusz raczkującej DEA (Drug Enforcement Administration, amerykańskiej Agencji Antynarkotykowej), utworzonej przez prezydenta Nixona 1 lipca 1973 roku, jeszcze o tym nie wie.
Wie, że nawet właśni koledzy nie chcą go na meksykańskiej placówce, do której trafił. Jest trędowaty, bo zielony, został zwerbowany z CIA. Zna się na wojnie (był w Wietnamie, w oddziałach specjalnych), ale nie na wojnie narkotykowej.
A jeśli trzeba by scharakteryzować Arta jednym przymiotnikiem, to byłby to uparty. Nie mogąc inaczej wkupić się w łaski swoich, nawiązuje kontakt z miejscowym funkcjonariuszem policji, Miguelem Barrerą. Dzięki uzyskanym od niego informacjom DEA organizuje Operację Kondor, niszcząc meksykańskie pola maku (wówczas głównym towarem przemycanym przez granicę meksykańsko-amerykańską jest opium). Keller nie wie jednak najważniejszego – jego sukces był pozorny, a tak naprawdę był sukcesem jego informatora, który wykorzystał DEA do wyeliminowania konkurencji i założył własny, nowy kartel. Kartel z Guadalajary. Który szybko przerzucił się na nowy towar – kokainę z Kolumbii.
Na próby naprawienia tego błędu naiwnego żółtodzioba Keller poświęci następne ćwierć wieku, raz odnosząc pewne sukcesy, innym razem znaczące porażki. Kartel też będzie raz na wozie, raz pod wozem, przejdzie wewnętrzną wojnę o przywództwo i przekształcenia modelu operacyjnego. A dzięki talentowi narracyjnemu Dona Winslowa czytelnik może obserwować zarówno osobistą rozgrywkę Arta z Barrerami, jak i meksykańską trampolinę (mechanizm przemytu kokainy z Kolumbii, przez Meksyk do USA) w działaniu po obu stronach granicy. Połączenie perspektywy prywatnej bohaterów z szerokim rzutem na całość przemytniczego mechanizmu pozwala uzyskać unikalny, niesamowicie angażujący efekt. Powieść jest bardzo filmowa, między innymi dzięki dynamicznym zmianom perspektyw narracyjnych i planów akcji, a także zaburzeniom chronologii, ale najważniejsze wątki są oparte na prawdziwych wydarzeniach, a bohaterowie – choć noszą inne nazwiska – poza detalami mają życiorysy realnie istniejących postaci. Tak jest, prawie wszystko w tej kipiącej akcją, wciągającej, pełnej grozy, pieniędzy i krwi historii zdarzyło się naprawdę.
Kto oglądał serial Narcos, wie, co się działo w Kolumbii, będącej źródłem przemycanej kokainy. Kto czytał znakomitą Ameksykę Eda Vulliamy’ego, jest w stanie sobie powierzchownie wyobrazić, jak wygląda wojna narkotykowa na samej granicy. Kto nie oglądał ani nie czytał, a interesuje go ta problematyka, temu zdecydowanie polecam obie pozycje. Powieść Winslowa oferuje kolejny istotny element tej układanki, a poza ponurą refleksją o bezsensie osobistej zemsty i wojny z narkotykami w amerykańskim wydaniu, także niesamowicie wciągającą rozrywkę. Z psich pazurów jest monumentalne, liczy ponad 600 stron, a pochłonęłam je w ciągu tygodnia, w międzyczasie normalnie chodząc do pracy. Bo poza wszystkim innym to opowieść o jednostkach, ich marzeniach, ambicjach, dążeniach, planach i winach. O próbach odkupienia grzechów. Wszak tytuł nieprzypadkowo pochodzi z Księgi Psalmów (w ramach ciekawostki, różne wersje tłumaczenia tego fragmentu można zobaczyć tutaj). Lekturę wydatnie uprzyjemniał znakomity przekład, za który wyrazy uznania należą się Piotrowi Chojnackiemu (znanemu też jako Zacofany w lekturze) i Katarzynie Bażyńskiej - Chojnackiej. Szkoda, że tak świetna powieść wyszła w tak niszowym wydawnictwie jak Vizja Press & IT i obecnie, po 11 latach, jest bardzo trudno dostępna (sama szukałam prawie 2 lata). Ale poszukajcie, gwarantuję, że warto. Za polecenie tytułu i zwrócenie uwagi na autora dziękuję Jane Doe.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka