Wpisy z tagiem: historia

sobota, 17 lutego 2018
anarchia sjurealizm moderna (Jarosław Kamiński, Tylko Lola)
Ten tekst musiał odczekać. Ta lektura musiała mi się ułożyć w głowie. W międzyczasie nadeszła - jak na zamówienie - dyplomatyczna awantura z polskimi obozami śmierci na cały świat, któremu władza wykrzykuje, że Polacy wyłącznie ratowali Żydów. A przecież to nie była prawda. Jaka była postawa większości, wymownie świadczy marzec '68 i brak szerokiej społecznej reakcji na wypędzanie polskich obywateli. Świadczy o tym także biografia głównej bohaterki powieści, Niny Molskiej, która dopiero przy okazji przed marcowych szykan dowiaduje się, że jest Żydówką i nazywa się Moel. Choć dla wszystkich dookoła było to oczywiste, ją rodzice przed tą wiedzą całe życie chronili. A gdyby bycie Żydem w powojennej Polsce nie stanowiło balastu, po co by tak robili? Dlaczego zmienialiby nazwisko?

Tytułowa Lola w przedziwny sposób łączy ścieżki dwóch głównych bohaterek i naprzemiennych narratorek powieści. Lidii, starszej komunistki, która niegdyś była anarchistką, surrealistką, modernistką, a potem została funkcjonariuszką partyjną w TVP, wykorzystując znajomości scementowane na hiszpańskich barykadach. Oraz Niny, córki kuzyna Loli, młodej, naiwnej i egoistycznej dziewczyny, marzącej o karierze i przekonanej, że świat powinien się położyć u jej stóp tylko dlatego, iż ma na to ochotę. Z uwagi na uczucie, które łączyło ją z Lolą w czasach młodości, Lidia pomaga Michałowi, ojcu Niny, znaleźć po śmierci żony mieszkanie i pracę w Warszawie, a w końcu samej Ninie załatwia pracę prowadzącej młodzieżowy program w telewizji. Dziewczyna fizycznie przypomina jej Lolę, a tym samym krótki okres szczęścia, jaki Lidia przeżyła, kiedy były razem. By utrzymać to wspomnienie jak najdłużej, Lidia podejmuje coraz trudniejsze z moralnego punktu widzenia decyzje, gdyż władza znajduje nagle wroga publicznego w postaci Żydów. By represje nie spadły na Ninę, muszą dotknąć kogoś innego.

Wejście w lekturę Tylko Loli nie było prostą sprawą – początkowe partie pamiętnika Lidii z pewnych uzasadnionych powodów napisane są chaotycznym, wymagającym językiem, pozbawionym interpunkcji. To męczy i irytuje, choć sytuacja – również z pewnych uzasadnionych powodów – stopniowo ulega poprawie. Przetrwajcie ten początek, nie poddawajcie się, powalczcie trochę z oporną literacką materią, bo naprawdę warto. Tym bardziej, że fragmenty wspomnień Lidii przeplatają się z wersją Niny, już o wiele przystępniejszą językowo.
W nagrodę za wytrwałość dostaniecie przejmującą opowieść o miłości, historii, skrajnym egoizmie i bezwzględności systemu. Jak również o przewrotności losu. Bez Loli, nieprzypadkowo figurującej w tytule, nic z tego by się nie wydarzyło. Powstaje pytanie, czy tak dla obu bohaterek nie byłoby lepiej? Bo tak naprawdę Tylko Lola może być też interpretowana jako studium samotności jednostki, rozpaczliwego poszukiwania swojego miejsca w życiu. Nie jest łatwo nikomu: lesbijce, Żydówce, sierocie, wdowcowi, emigrantom dobrowolnym, tym wyjeżdżającym przymusowo ani tym, którzy zostają. Ale wszyscy próbują, każdy szuka swojego punktu odniesienia, czegoś, co nada kierunek dryfowi codziennego życia. To opowieść świadcząca o tym, że nie jest łatwo go znaleźć, a i nie warto kurczowo trzymać się jednego, odnalezionego w którymś momencie nieodwracalnie już minionej przeszłości. Choć, kto wie, może lepiej miniony niż żaden? Także wielość pytań, możliwych odpowiedzi  na nie, wariantów oceny działań bohaterów stanowi moim zdaniem wielką wartość dodaną tej prozy. Kilka tygodni po zakończeniu lektury sam powrót do niej myślą sprawia, że pytania i wątpliwości buzują na nowo. A to chyba najlepsze świadectwo, że mamy do czynienia z książką niebanalną, choć niewolną od wad (język erotycznych fantazji Lidii jest tak nieporadny, że aż w jakimś stopniu uroczy – ale skąd miała brać inne słownictwo?). Przynajmniej spróbujcie, bo nie będę się tym razem upierała, że to pozycja dla każdego.
sobota, 10 lutego 2018
Hrabia w hotelu (Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie)
Powieść Amora Towlesa rozpoczyna się fragmentem wiersza, który uratował życie jej głównemu bohaterowi. Gdyby nie autorstwo prorewolucyjnego Gdzie on teraz jest? z 1913 roku, hrabia Aleksander Iljicz Rostow w roku 1922 zostałby przez Komisję Nadzwyczajną Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych bez żadnej wątpliwości skazany na śmierć za przynależność klasową. Ponieważ jednak wiersz napisał, skazano go na areszt domowy w moskiewskim Hotelu Metropol. Krok za próg – kula w łeb. Musiał oczywiście opuścić zajmowany od 1918 luksusowy apartament 317 i zadowolić się skromną klitką na poddaszu. Władza pewnie myślała, że trzydziestotrzyletni w chwili wydania wyroku Rostow nie wytrzyma w zamknięciu zbyt długo i problem sam się rozwiąże. Ale wytrzymał kolejne trzydzieści dwa lata. I o tym – w zasadzie – jest ta monumentalna powieść.
Już słyszę te jęki zawodu – co można robić w hotelu przez ponad trzydzieści lat, by czytelnik nie umarł z nudów, czytając ich opis? Z pewnością nie jest to pozycja dla zwolenników dynamicznej akcji. Podzielona na pięć części, z których każda stanowi pewien etap wewnętrznej ewolucji Rostowa, powieść – zdaniem samego autora – przypomina diament leżący na boku. U podstawy jest on najszerszy, gdyż w początkowym okresie aresztu bohater eksploruje Metropol i odkrywa, że w tych czterech ścianach kryje się cały wielki świat, ukryty przed oczyma przelotnych bywalców. Po zbadaniu infrastruktury hrabia nawiązuje bliższe stosunki, które z czasem nabierają charakteru głębokiej przyjaźni, z pracownikami obsługi. Wykorzystując wrodzone predyspozycje do rozsadzania gości przy stole, zostaje kierownikiem sali w prestiżowej restauracji Bojarska. Nowa władza, z którą kolejne państwa stopniowo nawiązują stosunki dyplomatyczne, widząc, że nigdzie się ona nie wybiera, także postanawia wykorzystać obycie towarzyskie i znajomość języków obcych Rostowa, który musi szkolić jej wysokiego funkcjonariusza. To jedna warstwa. Najbardziej powierzchowna.
Ale są i inne. Pod względem psychologicznym Rostow musi zaakceptować nową sytuację, a następnie się do niej dostosować, co nie przychodzi mu łatwo, choć dla postronnych przywdziewa maskę stoika, tytułowego dżentelmena, niezachwianego wobec przeciwności losu. Nie potrafi uciec przed wspominaniem przeszłości, którą zresztą systematycznie przypominają mu wizyty przyjaciela z lat studenckich, obecnie gorliwego zwolennika zwycięskich bolszewików. Wspominki jednak nie wystarczą, nowemu życiu, poza codzienną rutyną, trzeba nadać jakiś sens. I tu przewrotny los zdaje się sprzyjać hrabiemu, gdyż stawia na jego drodze dziewczynkę i kobietę, które wydatnie mu w tym pomogą.
Jest to opowieść nie tylko o starym, które, chcąc nie chcąc, ustępuje nowemu, starając się ocalić jak najwięcej własnych wartości i zrozumieć, jakie wady dawnej epoki przyczyniły się do tryumfu rewolucji. To także pisana mimochodem i na marginesach kronika historii ZSRR (braki w hotelowej kuchni skądś się biorą, a porządek dziobania w partii podlega stałym zmianom, dostrzegalnym przy ustalaniu, kto gdzie będzie siedział na przyjęciach w prywatnej sali restauracji Bojarska). A przede wszystkim subtelna, pełna ciepła, humoru i wzruszeń historia o przyjaźni, miłości i przywiązaniu, które sprawiają, że cztery ściany domowego aresztu wystarczą za cały wielki i szczęśliwy świat. Do czasu, gdy w imię miłości trzeba będzie podjąć wielkie ryzyko i opuścić bezpieczne schronienie w Metropolu. Ku temu momentowi leżący na boku diament, jakim jest narracyjna struktura tej historii, systematycznie się zawęża.
Diamentowa metafora Towlesa, którą wyczytałam w wywiadzie dotyczącym powieści, dostępnym na jego stronie internetowej (po angielsku), idealnie pasuje do moich odczuć w trakcie lektury – Dżentelmen w Moskwie zaskoczył mnie i oczarował na podobieństwo fasetowanego diamentu,  tym bardziej że w ogóle nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. A dostałam prawdziwą literacką ucztę, wykwintną i zróżnicowaną jak menu restauracji Bojarska w Metropolu. Takie książki trafiają się rzadko, ale to dobrze, bo można je bardziej docenić. Nie przegapcie!
piątek, 22 grudnia 2017
Niełatwo być tchórzem (Julian Barnes, Zgiełk czasu)
Bohaterstwo jest znacznie łatwiejsze. Żeby być bohaterem, trzeba wykazać się tylko chwilą odwagi – kiedy wyciąga się broń, zrzuca bombę, wciska przycisk detonatora, likwiduje się dyktatora, a także samego siebie. Tchórzostwo zaś to kariera na całe życie. Nigdy nie można się odprężyć. Należy umieć przewidzieć następną sytuację, kiedy trzeba się będzie usprawiedliwiać, wahać, płaszczyć, zapoznać na nowo ze smakiem butów i stanem swojej nędznej upadłej duszy. Tchórzostwo wymaga nieustępliwości, wytrwałości, niechęci do zmiany – co w pewien sposób czyni z niego rodzaj odwagi. Uśmiechnął się do siebie i zapalił kolejnego papierosa. Jeszcze potrafił czerpać przyjemność z poczucia ironii.

Zaczynając lekturę tej kameralnej powieści, której początkowe partie bezwzględnie odsiewają odbiorców oczekujących klasycznej i przystępnej narracji, nie wiedziałam o Dymitrze Szostakowiczu niczego poza tym, że istniał i był kompozytorem. Zapewne inaczej podchodzą do Zgiełku czasu osoby znające jego muzykę i życiorys, ale czy wtedy lektura jest bardziej satysfakcjonująca, tego już nie jestem taka pewna.
Dla laika wszystko tutaj będzie nowe i zaskakujące, od druzgocącej recenzji Lady Makbet mceńskiego powiatu począwszy, a na osobistym telefonie Stalina skończywszy. Laik zamiast wielkiego kompozytora zobaczy przede wszystkim człowieka – obdarzonego genialnym talentem i zarazem słabym charakterem. Zdominowanego przez matkę, marzącego tylko o tym, by jego muzyka była wykonywana, a jego najbliżsi byli bezpieczni. Są to pragnienia niewygórowane, które łatwo zrozumieć i trudno potępić jedynie z tego powodu, że miejsce i czas, w których Szostakowiczowi przyszło żyć i tworzyć, za ich realizację wymagały niebotycznie wysokiej ceny.
Trójdzielna kompozycja utworu nie jest przypadkowa – mamy tu dramat w trzech aktach, a w każdym z nich, symbolizowanym przez innych środek lokomocji, bohater coś traci, by przetrwać. Najpierw szacunek do samego siebie, bo doskonale wie, że zdradziłby przyjaciela i protektora nawet i bez tortur, by ocalić życie, własne i rodziny. Nie musiał tego zrobić jedynie dzięki przypadkowi. Potem poważanie na świecie, gdy podczas międzynarodowego kongresu mówi tylko to, czego od niego oczekuje władza. A na koniec resztki godności, gdy – już po śmierci wielkiego wodza – ostatecznie sprzedaje duszę jego następcy, ustępuje z ostatniej wewnętrznej reduty. Wstępuje do partii.
Potępienie jest reakcją łatwą i kuszącą, tym bardziej że bohater sam sobą pogardza. Jednak pisarski kunszt, z jakim Barnes oddaje wewnętrzne zmagania Dymitra, oddala od ferowania łatwych wyroków. Pozwala na spojrzenie z innej perspektywy, z której każda kolejna decyzja kompozytora jawi się jako nieuchronna konsekwencja jego poprzednich wyborów. A pierwszego z nich chyba nikt by nie potępił, bo bohaterami się nie rodzimy. Nie jest to powieść wybitna, ale niewątpliwie niebanalna, naszpikowana błyskotliwymi frazami, którymi można by się było delektować, gdyby tylko nie były tak gorzkie i tak prawdziwe.

Poczucie ironii ma też swoje granice. Nie można na przykład być ironicznym oprawcą; albo ironiczną ofiarą tortur. Tak samo nie można ironicznie wstąpić do partii. To jest albo szczere, albo cyniczne: innych możliwości nie ma. A osobie z zewnątrz może być obojętne, co wybraliśmy, bo jedno i drugie może uważać za godne pogardy. Młodszy on, stojący na skraju drogi, zobaczyłby na tylnym siedzeniu samochodu zgrzybiały stary słonecznik, już nie zwrócony ku słońcu stalinowskiej konstytucji, ale wciąż dążący ku niemu, wciąż przyciągany przez światło władzy.
Ironia, kiedy zatracasz jej poczucie, ścina się w sarkazm. I co z niej wtedy? Sarkazm to ironia, która straciła duszę.


I angażująca emocjonalnie jak rzadko która.

Czytajcie!
sobota, 18 listopada 2017
Wszystkie negry chodzą w koło (Marlon James, Księga nocnych kobiet)
Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. W takie koło jak słońce, w takie jak księżyc, jak złe nowiny, co zdają się przebrzmiałe, ale zawsze wrócą. Kobiety pracują wokół słońca, a śpią wokół księżyca, czasem pracują wokół jednego i drugiego, zwłaszcza w czas żniw. Innym razem kobiety czekają na księżyc, czy pękaty będzie od krwi i wzniesie się nisko nad Górami Błękitnymi. To byłaby pora, którą rządzi Sasa, Asaase Jaa, Ogun i inni zapomniani bogowie.

Jest jednak taka negra na plantacji trzciny cukrowej w majątku Montpelier na Jamajce, która długo zrozumieć tego nie chce. Pewnie dlatego, że krew u niej nie do końca czarna. Można to poznać po oczach, które u Lilit zielone jak szmaragdy, co u prawdziwych negrów się nie trafia. Zanim się dowie, że jej mama i tata nie z jej krwi, już wie, że chce czegoś więcej niż inne niewolnice. Nie chce pracować w polu, nie chce oddawać się batowym. Chce i potrafi walczyć. Pierwsze odruchowe, paniczne zwycięstwo sprawia, że dziewczyna – zamiast do pracy w polu – trafia do piwnicy majątku i pod opiekę głównej domowej niewolnicy, Homer. Ale status domowej niewolnicy to dla niej za mało, Lilit uważa się za lepszą od innych i myśli, że może zakochać się w białym, w massa. A ten będzie jej księciem, którego widywała w dzieciństwie na ilustracji wydartej z jakiejś książki, obudzi ją ze snu służby i zabierze do prawdziwego życia.
Okrutnej, bezwzględnej lekcji udzieli Lilit rzeczywistość. Zakpi z niej na najróżniejsze sposoby, wychłoszcze nie tylko dosłownie, choć bata i innych bolesnych atrakcji krnąbrnej dziewczynie nie zabraknie. Pokaże, że domieszka białej krwi to nie tylko o wiele za mało, by być białym. To także za wiele, by być czarnym. Lilit nigdzie poza własną duszą nie będzie u siebie. Powieść Marlona Jamesa Księga nocnych kobiet to przejmujący wyimek z pełnej smutnych i beznadziejnych powtórek historii jamajskiego niewolnictwa, ale o jej sile stanowi kreacja głównej bohaterki. Niezwykły indywidualizm i wiarygodność jej świadectwa, wybrzmiewającego tak mocno głównie z uwagi na językową odrębność, którą według mnie w sposób fenomenalny oddał w swoim przekładzie Robert Sudół. To język sprawia, że od pierwszych zdań tej historii, choć jeszcze większość przerażających wydarzeń przed nami, na plecach mamy ciarki. Jednocześnie przykuwa nas do tekstu niczym łańcuch niewolnika, nie pozwalając na oderwanie się od tej smutnej i dramatycznej opowieści. Gdyby nie formuła narracji, byłaby to pewnie kolejna opowieść, jakich wiele. O okrutnym, ale oklepanym już i przez to oswojonym jako coś znanego, losie ludzi, których kolor skóry strącił na sam dół społecznej drabiny. Którzy raz po raz próbują wejść wyżej i mimo wielokrotnego strącania nie rezygnują, choć szczeble drabiny śliskie, bo wielokrotnie spłynęły krwią ich pokonanych przodków.
Tutaj jednak dostajemy coś więcej, razem z Lilit w sposób osobisty i dogłębny przeżywamy kolejny cykl, ale mocno i bez znieczulenia. Bo dla nas, jak dla niej, jest on pierwszym, choć nie ostatnim. Znakomita powieść, jedna z najlepszych, jakie przeczytałam w tym roku, choć tylko dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach. Kilka razy myślałam, że nie zdołam skończyć. Takie lektury się odchorowuje. Mimo to – a może właśnie dlatego – gorąco polecam.

Wszystkie negry chodzą w koło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Inna sprawa, że czasem to koło do białego należy, nie do negra, a w tym białym kole są i góry, i doliny, i rzeczy, co biały mówi, a znaczą co innego. Czarny otwiera oczy, żeby znaleźć swoje koło, a ono się zaczyna kajdanami u jego szyi. Biały zatacza koło takie, jakie sobie wybierze. Wielu może sobie iść przed siebie, odejść, ale wielu też wraca tam, skąd wyszli. Inni w ogóle się nie ruszą. A jak negr wciągnięty w życie białego, to to samo koło zatacza.
sobota, 11 listopada 2017
Wszystkiemu są winni Niemcy (Philip K. Dick, Człowiek z Wysokiego Zamku)
Jesteśmy w San Francisco. W strefie okupacji japońskiej. Jest rok 1962, piętnaście lat po Dniu Kapitulacji. Wspólnota Pacyficzna nie zrobiła nic w kierunku kolonizacji planet. Zamiast tego zaangażowała się – a właściwie ugrzęzła – w Ameryce Południowej. Podczas gdy Niemcy z całą energią prowadzili zrobotyzowane prace konstrukcyjne w Kosmosie, Japończycy nadal wypalali dżunglę w głębi Brazylii, wznosząc siedmiopiętrowe gliniane bloki mieszkalne dla byłych łowców głów. Zanim pierwszy japoński statek kosmiczny oderwie się od Ziemi, Niemcy będą mieli w garści cały Układ Słoneczny. W dawnych i jakże malowniczych czasach Niemcy przegapili moment, gdy inne państwa europejskie zbudowały swoje imperia kolonialne.
Świat, w którym Państwa Osi wygrały, to niezbyt dobre miejsce dla Żyda. Jeśli Żyd, taki jak Frank F(r)ink, chce żyć, musi pozostawać w części świata przynajmniej formalnie wolnej od wpływów Rzeszy. Nie może też, oczywiście, ujawniać faktu, że jest Żydem.
Amerykanin, taki jak Robert Childan, właściciel sklepu pod nazwą Amerykańskie Rzemiosło Artystyczne, jest w o wiele lepszej sytuacji. Jak długo nie przeszkadza mu, że przehandlowuje dziedzictwo swojego narodu dla zaspokojenia dziwacznego hobby co bogatszych urzędników okupanta. Jak długo nie przeszkadza mu pokora i zaprzeczanie własnej tożsamości.
Wydawać by się mogło, że w najlepszej sytuacji jest Nobusuke Tagomi, wysoki rangą przedstawiciel okupacyjnych władz. Pan Tagomi zamawiał plakat rekrutacyjny z wojny secesyjnej; niewątpliwie tylko Japończykowi mogło zależeć na takim starociu. Typowe dla fascynacji błahostkami, dla ich legalistycznej obsesji dokumentów, proklamacji, ogłoszeń. Pamiętał jednego, który poświęcił swój wolny czas na zbieranie gazetowych ogłoszeń amerykańskich leków patentowych z lat tysiąc dziewięćsetnych.
A jednak sytuacja Japończyka jest niepewna. Krążą pogłoski, że Hitler jest ciężko chory i na szczytach Rzeszy szykuje się walka o schedę. A jest jeszcze Hawthorn Abendsen, autor zakazanej książki Utyje szarańcza. Opowieści o świecie, w którym Roosevelt nie został zamordowany, a Niemcy i Japonia przegrały wojnę. To on jest tytułowym bohaterem. To do niego postanawia pod wpływem lektury powieści dotrzeć Juliana, była żona Franka, instruktorka dżudo. Chce, oczywiście, zadać mu pytanie znienawidzone przez wszystkich pisarzy: Skąd pan bierze pomysły? Odpowiedź stanowi clou kolejnej niezwykłej idei Philipa K. Dicka. I jest, podobnie jak losy jego bohaterów, z których każdy stosuje odmienną strategię przetrwania, zdecydowanie warta poznania. Lektura Człowieka z Wysokiego Zamku przypomina układanie przerażająco-fascynujących puzzli. Początkowo nic nie wiemy o świecie przedstawionym, informacje dawkowane są mimochodem, wplatane w losy poszczególnych postaci, a narracja pozbawiona ozdobników. Tym bardziej przykuwa to uwagę do faktu, że rzeczywistość różni się od tej, którą znamy. Warto się wybrać na tę lekcję alternatywnej historii.
sobota, 12 sierpnia 2017
Czy mnie jeszcze pamiętasz? (Ósme życie I, Grzesiuk - król życia i Skrytobójca błazna)
Chomikowanie nieopisanych lektur jest dobre, o ile nie trwa zbyt długo. Dlatego teraz nadrabiam zaległości z czerwca i lipca.

Ósme życie tom I Nino Haratischwili zebrało swego czasu mnóstwo dobrych recenzji i zachwyciło moją mamę. W ramach postanowienia, by czytać w tym roku więcej cegieł, zabrałam się także za nie. Niestety, nie porwała mnie historia córek fabrykanta czekolady. Za dużo tam było romansu, tandetnego melodramatu, a poza tym najstarsza z nich zachowywała się jak bierna, a zarazem roszczeniowa i kompletnie oderwana od realiów codziennego życia idiotka. Irytowała mnie tak bardzo, że na jej tle już nawet pozostałe siostry (z których jedna była dewotką, druga marzyła tylko o zamążpójściu, a trzecia była pięknością stworzoną do życia w luksusie)  oraz jej własne dzieci - też niezbyt biegłe w surfowaniu na fali codzienności - wypadały lepiej. Warstwa historyczna dla kogoś choćby pobieżnie zainteresowanego historią powszechną XX wieku nie ma w sobie nic odkrywczego. O Gruzji w zasadzie same ogólniki. Styl nie powala. Być może sięgnę po kontynuację, ale ponoć jest jeszcze słabsza, więc wątpię. Ogólnie - spore rozczarowanie. Nie polecam.

Grzesiuk - król życia Bartosza Janiszewskiego to pozycja, która zapewne nie rozczarowałaby mnie w takim stopniu, gdybym nie miała w stosunku do niej tak wygórowanych oczekiwań. Jestem wielką fanką książek Grzesiuka (Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu oraz Na marginesie życia) i znam je w zasadzie na pamięć, a mimo to odświeżam sobie od czasu do czasu. Strasznie chciałam dowiedzieć się o Stanisławie czegoś więcej niż to, co sam napisał, i byłam podekscytowana perspektywą uzupełnienia o dodatkowe fakty tego zafałszowanego subiektywizmem obrazu, jaki wyłaniał się z trylogii. Tymczasem z dziesięciu części książki Janiszewskiego pięć (Dzielnica, Wojna, Niewola, Choroba i Dom) w zasadzie powiela informacje z dzieł Grzesiuka. A to jest połowa materiału. ciekawe są fragmenty o życiu jego rodziców, tak przed powrotem do Warszawy, jak i w późniejszym czasie. Ale już o żonie i dzieciach swojego bohatera Janiszewski pisze bardzo pobieżnie, o obozie nie dodaje właściwie nic nowego, kontrowersje wokół Pięciu lat kacetu, w tym procesy sądowe, w zasadzie zbywa ogólnikami. Najciekawsze są poza szpitalne fragmenty powojenne, czyli bardzo niewielka część całości. Szkoda.

Skrytobójca Błazna Robin Hobb okazał się za to cegłą (816 stron) wspaniałą pod każdym względem, która umiliła mi czerwcowy tygodniowy urlop. Jest to pierwszy tom trzeciej trylogii fantasy z tymi samymi bohaterami, cyklu zapoczątkowanego dwadzieścia dwa lata temu Uczniem skrytobójcy, który już kiedyś tu polecałam i czynię to ponownie. W tym gatunku mało jest serii na takim poziomie. Całość zaczyna się jak bardzo schematyczna fantasy (na litość, główny bohater to książęcy bękart!), ale ewoluuje w o wiele bardziej złożoną, epicką opowieść, a przede wszystkim poglębione studium psychologiczne człowieka samotnego, który najpierw rozpaczliwie pragnął gdzieś przynależeć, a gdy to pragnienie zostało okrutnie wykorzystane, zamarzył z kolei o samotności. Z uwagi na objętość poszczególnych tomów czytelnik ma czas, by postaci stały się członkami jego wyimaginowanej rodziny, a każda kolejna odsłona jest niczym powrót do domu. W części siódmej Bastard w końcu dostaje swoje długo wyczekiwane szczęście, w dawnym dworku ojca, u boku ukochanej kobiety. Zupełnie niepodziewanie, bo w jesieni życia, rodzi mu ona kolejne dziecko, które już w czasie rozwoju prenatalnego łamie wszelkie normy. Podobnie jak jej ojciec, Pszczoła będzie uwikłana w przepowiednie, a jej mimo wszystko idylliczne dzieciństwo zostanie gwałtownie przerwane. Hoob ma niezwykłą władzę nad powieściową materią, opowieść, przez większość objętości niespieszna, hipnotyzuje, przez co finałowe przyspieszenie (dyskretnie i logicznie umocowane w misternej konstrukcji całości) robi tym mocniejsze wrażenie. Wprost nie mogę się doczekać kontynuacji, bo te ponad 800 stron to w tym wypadku o wiele za mało.
piątek, 28 lipca 2017
Wielki come back Władka Łokietka (Elżbieta Cherezińska, Płomienna korona)
Wielki tak w przenośni, jak i zupełnie dosłownie, bo - wynagradzając fanom cyklu Odrodzone królestwo trzy lata oczekiwania na finałową odsłonę - autorka dorzuciła dodatkowe 300 stron. Całość w wersji papierowej ma 1084 strony. I bez tych bonusowych trzystu wypadałaby według mnie o wiele lepiej.
Jest to zapewne cena sukcesu Cherezińskiej, gdyż podobne przegadanie widać było już w Hardej, a zwłaszcza w Królowej, która była sporym rozczarowaniem, do tego stopnia, że pisanie o niej ostatecznie sobie odpuściłam. Bestsellerowym autorom wolno więcej, a i redaktor na mniej może sobie pozwolić (choć tu nie mam wiedzy, być może autorka napisała 2000 stron, a redaktorka, ciepło wspomniana przez nią w posłowiu, wywaliła połowę - niemniej, niewątpliwie wywaliła za mało). Po prostu za dużo tu wszystkiego. Mamy i wątek krzyżacko-joannicko-templariuszowski, powiązany z mieczem Łokietka, i wewnętrzne rozgrywki Krzyżaków, i tarcia między frakcjami pogańskimi (Dębina kontra Starcy, a jeszcze i Jaćwież). A to dopiero początek, bo i bunt wójta Alberta, i szarpanina z Brandenburgią o Pomorze, cały wątek czeski, skoncentrowany wokół Rikissy i Henryka z Lipy (prywatnie jeden z moich ulubionych), starania polskich duchownych o bullę koronacyjną w Awinionie, konflikt Łokietka z biskupem Muskatą (też bardzo ciekawy). I jeszcze nieszczęsny Michał Zaremba w smoka zaklęty, któremu, za sprawą ambitnego rodowca, peron odjeżdża w sposób ostateczny. Bynajmniej nie wymieniłam wszystkich istotnych fabularnie kwestii.

Skakanie między wątkami i zmiana miejsc akcji oraz aktorów dramatu powinny zwiększać dynamikę opowieści oraz podtrzymywać zainteresowanie czytelnika. Ogromna ilość tych wątków, osób i miejsc w Płomiennej koronie daje jednak efekt wręcz odwrotny. Zanim obskoczymy wszystkich, już nie bardzo pamiętamy, co się działo na początku w wątku wyjściowym. Co i raz musimy od nowa wchodzić w każdą z opowieści, a następnie autorka nas z niej wyrywa. I skoro mam takie wrażenia ja, fanka epickiego fantasy, gdzie wielość osób i miejsc jest cechą immanentną, coś musi być na rzeczy. Przerwa w czasie między tomem drugim i trzecim zadania nie ułatwia, gdyż autorka często nawiązuje do detali, które przez 3 lata mogły się zatrzeć w pamięci czytelników. W rezultacie powieść, choć niewątpliwie epicka, pozbawiona jest niestety przez ogromną większość objętości fabularnego nerwu i raczej nuży zamiast porywać. Trzeba było z czegoś zrezygnować – albo z paru wątków, albo z koncepcji trylogii na rzecz tetralogii. W efekcie tego, że żadna z tych decyzji nie zapadła, Płomienna korona  ledwie słabiutko się żarzy przy poprzedniczkach, w tym zwłaszcza otwierającej cykl Koronie śniegu i krwi. Miło było wrócić do świata i bohaterów, ale od finału oczekiwałam czegoś więcej.

sobota, 04 lutego 2017
Jak Wowa przerósł Napoleona
Wspominałam w poprzednim wpisie o książce Krystyny Kurczab-Redlich Wowa. Wołodia. Władimir. Tajemnice Rosji Putina. Dziś chciałabym wam napisać o tym, dlaczego warto było poświęcić prawie dwa tygodnie na tę niełatwą i przygnębiającą, ale zarazem w przedziwny sposób fascynującą lekturę.
Na wstępie trzeba zaznaczyć, że na pewno nie jest to pozycja dla ludzi o słabych nerwach. Mając za sobą lekturę książki Litwinienki i Felsztyńskiego Wysadzić Rosję oraz śledząc na bieżąco konflikt na Ukrainie (na ile to możliwe w ograniczonym medialnym przekazie), byłam przekonana, że wiem już o Putinie i jego drodze na Kreml wszystko, co najgorsze.
A jednak nie, to zaledwie ułamek większej całości, która na kartach Wowy, w oparciu o imponującą pracę ze źródłami, jest dla czytelnika rekonstruowana, przy czym okropieństwa wojenne możemy obserwować z makabryczną dokładnością (przy torturach stosowanych w czeczeńskich obozach filtracyjnych Guantanamo to luksusowy hotel z basenem, a o marynarzach z Kurska wydanych na śmierć poprzez brak zgody na zagraniczną pomoc nie da się szybko przestać myśleć, podobnie jak o ostrzeliwanych z premedytacją uciekających cywilach i srogich bojownikach, będących faktycznie przypadkowymi cywilami z ulicznych łapanek - a to zaledwie początek wyliczanki).
Psychoanalityczny klucz do bohatera, który autorka stosuje, zaczynając opowieść od pilnie strzeżonej tajemnicy dzieciństwa, rzeczywistej tożsamości rodziców i prawdziwej daty urodzenia Putina, może w pierwszej chwili budzić pewne wątpliwości, tym bardziej że akurat ten fragment historii niełatwo potwierdzić. Bohater o to starannie zadbał, w najlepszym, uświęconym wielowiekową tradycją rosyjskim stylu usuwając wszystkich, którzy próbowali przed jego pierwszymi wyborami prezydenckimi nagłośnić temat. Co jednak początkowo wydaje się naciągane i sztampowe (tyran miał trudne dzieciństwo, nie nauczył się budować więzi, a poza tym ma kompleks niskiego wzrostu i od dzieciństwa wielbi Stalina), z perspektywy późniejszych wypadków zaczyna wyglądać o wiele bardziej przekonująco.
Spośród dziewięciu rozbudowanych rozdziałów dla mnie najciekawsze były fragmenty poświęcone okresowi, kiedy Putin wraz z merem Sobczakiem (uważanym za czołowego demokratę, co stanowiłoby świetny dowcip, gdyby nie było takie straszne) władał Petersburgiem oraz Operacji Następca, czyli splotowi wypadków, które sprawiły, że Borys Jelcyn namaścił Putina na kolejnego prezydenta Rosji. W Petersburgu Putin i Sobczak zbudowali prawdziwe korupcyjne imperium, które zawstydziłoby Nucky'ego Thompsona. Rozdział o tym (zatytułowany Dobry pan i psie konserwy) zaczyna się:

Najkrócej można powiedzieć tak: ukradł co najmniej 93 miliony dolarów. Ukradł je w doborowym, niezbyt wielkim gronie. Ukradł mieszkańcom Petersburga
.

W zamian za rożne towary, m.in. metale rzadkie, pogrążone w kryzysie niedoboru miasto miało otrzymać żywność z zagranicy.  Dziwnym trafem barter jednak nie dotarł, a pieniądze za cenne towary zniknęły w kieszeniach miejskich rozgrywających. Co zatem jedli mieszkańcy?

Sobczak zapełnił półki zapasami z magazynów wojskowych (do czego zresztą nie miał prawa), a gdy i tych zabrakło, Putin sprowadził 60 ton konserw mięsnych dla psów „w ramach zapobieżenia niedostatkowi białka u mieszkańców Petersburga”, o czym z pewną dozą dumy zawiadomił służbową notatką ówczesnego ministra gospodarki Andrieja Nieczajewa.

Jak widać, tytuł rozdziału nie jest przypadkowy. Choć afera się wydała (ujawniła ją i doskonale udokumentowała powołana w radzie miasta komisja, a prezydent Jelcyn otrzymał do rąk własnych jej raport), odpowiedzianym włos z głowy nie spadł. Z tym że Sobczakowi - jak wszystkim, którzy zbyt wiele wiedzieli o Putinie - tylko do czasu.
Więcej - kariera naszego bohatera po wszystkim jeszcze przyspieszyła, a jej ukoronowaniem było najwyższe stanowisko w państwie. A wszystko przez chorobę Jelcyna (którego autorka najwyraźniej darzy wielką sympatią, czasem przesadza z jego wybielaniem) oraz bezpardonową korupcję, która przeżarła jego i jego dwór, zwany Rodziną. Bali się odpowiedzialności i w zamian za nietykalność oddali władzę Putinowi. Kurczab-Redlich jest przekonana, że Jelcyn uważał następcę za demokratę. Osobiście nie sądzę, by przekonania Putina miały dla niego wielkie znaczenie, ale kto wie?
Ukrainie, Olimpiadzie w Soczi i innym świeższym wypadkom autorka poświęca mniej miejsca, całościowo jednak naświetla wiele zdarzeń i mechanizmów, o których nie usłyszycie w żadnych wiadomościach. Choćby dlatego, by lepiej zrozumieć działający po sąsiedzku system i skalę terroru, każdy powinien Wowę przeczytać.
Widać też, niestety, pewne paralele z tym, co się aktualnie dzieje u nas (chodzi mi przede wszystkim o stawianie się władzy ponad prawem,  o zakłamywanie rzeczywistości, bezwstydne zaprzeczanie faktom i toporną propagandę publicznej telewizji).

Zarzuciłabym autorce jedynie wyżej wspomniane nadmierne psychologizowanie, faworyzowanie niektórych równie umoczonych co Putin bohaterów oraz zawartą w dodatku Życie prywatne sugestię co do genezy homoseksualizmu rosyjskiego prezydenta:

Czynnikiem spostrzeganym jako najważniejszy w powstawaniu męskiego homoseksualizmu jest brak pozytywnej i wiążącej relacji z ojcem: alienacja od ojca we wczesnym dzieciństwie, ponieważ ojciec był odbierany jako ktoś wrogi lub daleki, gwałtowny lub alkoholik.

Serio? Na sam koniec coś takiego? I to jeszcze z takiego źródła? Wiadomo już od dawna, że z orientacją seksualną człowiek się rodzi i jest uwarunkowana biologicznie. Trochę mi to zepsuło lekturę na finiszu i kazało bardziej krytycznie ocenić całość.

Ale i tak dla zainteresowanych współczesnym światem, a Rosją zwłaszcza, lektura obowiązkowa. Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam - będzie bardzo bolało.
sobota, 14 stycznia 2017
O laniu wody, czyli Planeta Woda
Zacznijmy od tego, że mimo narastającego z najnowszymi tomami serii rozczarowania, na Erasta Fandorina chora jestem nieuleczalnie. Dlatego z wielką radością przyjęłam ukazanie się zbioru 3 opowiadań Borysa Akunina z udziałem tej postaci (choć niby Czarne miasto miało być ostatnią odsłoną cyklu). Jak to ostatnio pięknie napisały Kurzojady w kontekście Jeżycjady - ciągnie narkomankę do meliny:) Dostajemy trzy utwory, z czego tytułowy, najdłuższy (i najbardziej rozczarowujący) został przez autora sklasyfikowany jako kryminał technokratyczny. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, a szkoda, bo może byłabym lepiej przygotowana psychicznie na meandry intrygi. Zaczyna się dosyć ciekawie - Fandorin wraz z Masą szukają zatopionego skarbu, testując przy okazji prototyp łodzi podwodnej w pięknych okolicznościach przyrody karaibskich wysp (stacjonują na Arubie). Potem jednak pojawia się agent Scotland Yardu i przedstawia detektywowi - teoretycznie od dawna byłemu - propozycję nie do odrzucenia. Fandorin ma przeniknąć do prywatnego przedsiębiorstwa na wyspie Saint Constantin, by powstrzymać mordercę zwanego Liliowym Maniakiem, który na ofiary wybiera pacjentki zlokalizowanego na wyspie dziecięcego sanatorium przeciwgruźliczego. Na krzywdę dzieci szlachetny mąż nie może patrzeć biernie, ale zleceniodawca chce upiec na ogniu jego szlachetności także większą, własną pieczeń. Chcę uniknąć spoilerów, napiszę więc tylko tyle, że najbardziej atrakcyjnym elementem skrajnie niewiarygodnej, groteskowej intrygi jest groźny idealistyczny wariat, w istocie będący Napoleonem:) Który - jakże oryginalnie - chce władać światem i buduje podwodne technocentrum (sic!), mające mu przejęcie władzy umożliwić. Z góry jednak wiadomo, że tam, gdzie są Fandorin i Masa, taki plan nie może się udać. Kończą się Akuninowi wiarygodne pomysły na intrygi, a sf to zdecydowanie nie jego bajka, tyle powiem.

Samotny żagiel
, czyli kryminał nostalgiczny, to powrót Fandorna do Rosji. Bohater chce wyjaśnić zagadkę mordu na przeoryszy prowincjonalnego monasteru, znanej czytelnikom serii z Dekoratora jako niedoszła miłość jego życia. Gdy Fandorin sam wymierzył sprawiedliwość zabójcy, ona wybrała Boga. Teraz padła ofiarą makabrycznego mordu. To trochę zagadka zamkniętego pokoju, z uwagi na nietypową lokalizację monasteru i zamknięty krąg podejrzanych. Sama intryga jest więc lepsza, przy tej okazji wychodzi jednak z Fandorina paskudny seksista. Spotykając wyzwoloną i niezależną kobietę, lekarkę Annuszkinę, nie może jej znieść.

Dawniej takich kobiet chyba nie było na Rusi. Były nihilistki i ofiarne pracownice ziemstw; wśród jednych i drugich zdarzały się kobiety o męskim typie osobowości, nawet wyglądem przypominające mężczyzn, ale podobnych do doktor Annuszkiny Erast Pietrowicz jeszcze nie widywał. Ludmiła Sokratowna nie próbowała udawać mężczyzny, pozostawała absolutną, stuprocentową kobietą – a przy tym nie było w niej za grosz kobiecości. Jakaś brytyjska sufrażystka, z gatunku tych, co palą portrety króla i przykuwają się do ogrodzenia pałacu Buckingham. Sympatyczne rosyjskie imię w ogóle nie harmonizowało ze zdecydowanie nierosyjskimi manierami. Nie sposób wyobrazić sobie Rusłana, który pokochałby taką Ludmiłę.

Kobiety, które nie chcą zachowywać się jak kobiety, można traktować jak mężczyzn.

Kobieta jest jak wąż dusiciel, zdolna kochać tylko króliki (..).

Tego typu myślenie u światłego i postępowego człowieka jest przykre, choć zapewne typowe dla epoki. W każdym razie już mi Erasta nie żal, że - lecząc kryzys wieku średniego - związał się z puściuteńką aktoreczką, bo była fizycznie podobna do jego pierwszej żony:)

Od tejże aktoreczki ucieka w trzecim opowiadaniu (kryminale zaiste absurdalnym Dokąd płyniemy?) i to wprost z pociągu, co dowodzi wyjątkowej desperacji. Rusza w pogoń za niejakim Cukiereczkiem, psychopatycznym przestępcą z obsesją na punkcie czystości, który obrabował pociąg (jak się z czasem okaże, na zlecenie knujących komunistów, w tym Lenina i Stalina). Pogoń prowadzi Erasta do Krakowa, a nawet na gzyms Grand Hotelu na Sławkowskiej (na studiach przez trzy lata mieszkałam tuż obok!:) Fandorin daje się złapanemu przestępcy zrobić w konia jak ostatni kretyn, po czym ponownie musi go szukać, i tak spędza sylwestrowy wieczór w jednym lokalu z knującymi komunistami. Dosyć dziwaczna, choć ładnie ornamentowana historia, znów kompletnie niespójna z tym, co o Fandorinie wiemy z poprzednich odsłon.

Ponadto nie podobało mi się sentymentalne zakończenie drugiego opowiadania, psujące dawno i skutecznie zamknięty - w niebanalny sposób - wątek romantycznej relacji kliszą tandetną i niemiłosierną. I chyba o to mam do Akunina największy żal. O ile czytając drugie i trzecie opowiadanie bawiłam się - mimo zastrzeżeń - nie najgorzej, o tyle pierwsze i najdłuższe to totalne nieporozumienie.
sobota, 12 listopada 2016
A gdyby jednak?
Bogiem pośród ruin Kate Atkinson uzupełnia historię opowiedzianą w Jej wszystkich życiach. Wbrew jednak temu, czego można by się spodziewać, nie powiela zamysłu konstrukcyjnego poprzedniej powieści. Życie Edwarda Todda, zwanego Teddym, poznajemy tylko w jednym, niereprezentatywnym statystycznie wariancie. Jak zapewne pamiętają uważni czytelnicy opowieści o jego siostrze Ursuli, która powracała raz po raz, by zmieniać historię swoją i bliskich, a niekiedy i świata, akurat jedna rzecz była za niemal każdym razem niezmienna. Teddy - oczko w głowie całej rodziny, z wyjątkiem antypatycznego Maurice'a - ginął na wojnie jako pilot bombowca.
Tym razem możemy się dowiedzieć, jak wyglądałoby życie Teddy'ego, jego córki i wnuków, gdyby bohater zdążył córkę spłodzić i dostał okazję, by umrzeć ze starości. Opowieść jest za to achronologiczna i rozpisana na wiele głosów. Patrzymy równie często oczami samego Teddy'ego, jak i jego żony, córki, wnuka i wnuczki, którzy wpuszczają nas w swoje życiorysy, równie unikalne, co ten należący do ich męża, ojca i dziadka. Niewiele wydarzeń z Jej wszystkich żyć zostaje w efekcie powielonych, dostajemy za to sporo zupełnie nowych historii. Teddy przestaje też jawić się jako kryształowa postać, idealizowana przez matkę i siostry. Głównie za sprawą niezwykłego talentu Atkinson do pisania o codzienności jak o zajmującej baśni gobelin, w którym przeplatają się nici w zasadzie zupełnie zwykłych, choć naznaczonych historią i wypadkami losowymi, życiorysów bohaterów, staje się tak hipnotyzującą i barwną całością, że przed odwróceniem ostatniej kartki wprost nie sposób się od niej oderwać. Wszystko jest tam na właściwym miejscu - tak spowszedniałe okrucieństwa wojny, jak i obficie cytowana poezja, tak niepewność załóg bombowców, jak muzyka klasyczna, tak niezwykła miłość do natury, jak nienawiść do okupanta i wyrzuty sumienia wobec niewinnej ludności cywilnej, unicestwianej wskutek dywanowych nalotów. A na deser dostajemy jeszcze puentę. Niby zaskakującą, ale w zasadzie logiczną.
Uwielbiam Atkinson, bo niewielu umie pisać tak mało sensacyjnie, a jednocześnie przejmująco. Czytajcie, ale najpierw pierwszą część.
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka