Wpisy z tagiem: humor

sobota, 29 kwietnia 2017
Rudolf Gąbczak powraca
Po jedenastu latach od premiery Tango ortodonto Joanna Fabicka postanowiła wrócić do swojego bohatera, imiennika Valentino. Powieść Rudolf Gąbczak i stan wyjątkowy była dla mnie całkowitą niespodzianką, ale też przyznam uczciwie, że sięgałam po nią z pewną obawą. Uwielbiam cztery poprzednie tomy cyklu i nie chciałam sobie popsuć wspomnień. Niepotrzebnie się niepokoiłam. Opowieść rozpoczyna się w listopadowy piątek trzynastego, 10 lat po tym, jak rozstaliśmy się z bohaterem i jego nieortodoksyjną rodzinką oraz znajomymi.

Stałem w przyciasnym prochowcu i zastanawiałem się, jak to się mogło stać, że świat, który znałem z lat młodości, tak szybko spróchniał? Wszystko wyblakło, rozmyło się, przepadło w niszczarce czasu: Anglicy grożą wystąpieniem z Unii Europejskiej, Turcy grożą wstąpieniem, a premierem Polski został mój dawny kumpel z młodości…
I tylko upiorny charakter matki przetrwał w niezmiennie dobrej kondycji. On i moje traumy, z którymi zmagam się od lat.


Mamy tu wszystko, do czego przywykliśmy. Wspomniane traumy Rudolfa (w tym kilka nowych, jak nadwaga, łysienie i rozpad małżeństwa), sporo komentarzy odnoszących się do aktualnych wydarzeń społecznych i politycznych w kraju (czarne protesty, reforma edukacji, wycinka drzew - tylko zamiast Beaty Szydło premierem jest BB Blacha, co też generuje sporo komicznych sytuacji) i nowe wyskoki Gonzo, czyli bratanka Wiktora, który w międzyczasie został gotem o radykalnych lewicowych poglądach. Powracają także Elka, Ozi, Brukselka (jako okrutna prawie że była żona Rudolfa) i oczywiście matka Rudolfa, jedyna w swoim rodzaju terapeutka Krystyna Gąbczak. Jedynie Gawła Gąbczaka, ojca rodu, już nie zobaczymy, gdyż powieść rozpoczyna się jego pogrzebem. Dzięki czemu wdowa może zacząć szukać nowej miłości.
Rzeczą nową są rodzicielskie perypetie bohatera, którego rezolutna córeczka Bronia, lat 9, prowadzi przezabawny Dzienniczek uczuć. Ma wprawdzie poważne problemy z interpunkcją i ortografią (dlatego zlecono jej to ćwiczenie), ale głębią przemyśleń i trafnością obserwacji nie ustępuje ojcu, który swoje pamiętniki zaczął prowadzić znacznie później.
Pewnie, nie wszystko mi się w piątym tomie podobało, niektóre wątki publicystyczne (uchodźcy) były zbyt przerysowane, ale ogólnie lektura była jak powrót do domu. Połknęłam całość jednym tchem, wielokrotnie szczerze się śmiejąc, a kilkukrotnie wzruszając. Dostałam, co chciałam. Jeśli ktoś jeszcze nie zna tego znakomitego cyklu, serdecznie polecam wcześniejsze tomy. Na majówkę jak znalazł!
sobota, 12 marca 2016
12 cytatów na pierwszą rocznicę
Dzisiaj mija rok od śmierci Terry'ego Pratchetta. Z tej okazji postanowiłam wybrać kilka perełek, które - być może - skłonią kogoś do sięgnięcia po jego twórczość.

Poeci próbowali opisać Ankh-Morpork. Bez sukcesów. Może z powodu niepojętej, gorliwej żywotności miasta, a może dlatego, że miasto z milionem mieszkańców i bez żadnej kanalizacji jest zbyt mało subtelne dla poetów, którzy preferują żonkile i trudno im się dziwić. Dlatego powiedzmy tylko, że Ankh-Morpork jest tak pełne życia jak dojrzewający ser w upalny dzień, głośne jak klątwa w katedrze, jaskrawe jak plama oleju, barwne jak siniak i szumiące od działalności, interesów, ruchu i czystej, rozbuchanej aktywności niczym zdechły pies na kopcu termitów.

– Nie ma sprawiedliwości.
Śmierć westchnął znowu.
- NIE, przyznał, wręczając kielich paziowi, który ze zdumieniem stwierdził, że trzyma nagle puste naczynie. - JESTEM TYLKO JA.

Mort


Z Patrycjuszem zawsze tak wygląda, pomyślał z goryczą. Człowiek przychodzi do niego z całkowicie uza­sadnioną skargą, a potem wycofuje się tyłem, w ukłonach, z ulgą, że w ogóle może stąd wyjść. Trzeba oddać Patrycjuszowi sprawiedliwość, stwierdził niechętnie. Bo jeśli nie, wyśle ludzi, którzy sami ją wezmą.


- Przypominasz sobie?
Vimes próbował. Nie było to łatwe. Niejasno zdawał sobie spra­wę, że pił, aby zapomnieć. Zadanie było trudne, ponieważ nie pa­miętał już, o czym właściwie chce zapomnieć. Pod koniec pił już, żeby zapomnieć o piciu.

Straż, straż!


Co z zasadą nie wtrącania się do polityki? - spytała Magrat wpatrzona w plecy Babci.
Niania ujęła dziewczynę pod rękę.
- Rzecz w tym, że kiedy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że jest też inna zasada. Esme przestrzegała jej przez całe życie.
- Jak ona brzmi?
- Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre.

Trzy wiedźmy


Śmierć znalazł Zarazę w hospicjum w Llamedos. Zaraza lubił szpitale. Zawsze miał w nich coś do roboty.
W tej chwili próbował usunąć znad pękniętej umywalki tabliczkę \"Umyj ręce!\"

Złodziej czasu


Rozważmy żółwia i orla. Żółw jest stworzeniem żrącym na ziemi. Właściwie nie jest moż­liwe życie bliżej gruntu, jeśli nie przebywa się pod nim. Hory­zont żółwia sięga na kilka cali. Żółw porusza się z taką prędkością, ja­ka wystarcza do polowania na sałatę. Przeżył, gdy cała reszta ewolucji przemknęła obok, ponieważ - ogólnie rzecz biorąc - dla nikogo nie stanowił zagrożenia, a zjadanie go sprawiało zbyt wiele kłopotu.
A teraz weźmy orła. To istota, której światem jest powietrze i wy­sokie szczyty, której horyzont sięga aż po krańce ziemi. Orzeł ma wzrok tak ostry, że potrafi dostrzec maleńkie, piskliwe stworzonko przemykające o pół mili od niego. Czysta siła, czysta władza... Błyska­wiczna skrzydlata śmierć. Szpony i dziób takie, że przerobią na po­siłek cokolwiek mniejszego od orła, a zapewnią mu przynajmniej szybką przekąskę z czegokolwiek większego.
Mimo to orzeł potrafi godzinami siedzieć na urwisku i obser­wować królestwa tej ziemi, dopóki w dali nie zauważy ruchu. Wtedy skupia spojrzenie, skupia, skupia na maleńkiej skorupie koły­szącej się wśród suchych krzaków na pustyni. I zrywa się...
W chwilę później żółw odkrywa, że świat oddala się od niego. I widzi ten świat po raz pierwszy - już nie z wysokości jednego cala nad gruntem, ale z pięciuset stóp. I myśli: Jakimż wspaniałym przy­jacielem jest orzeł.
I wtedy orzeł go puszcza.
Prawie zawsze żółw spada i ginie. Wszyscy wiedzą, dlaczego tak się dzieje: grawitacja to nałóg, z którym trudno zerwać. Nikt nie wie, dlaczego orzeł to robi. Owszem, żółwiem można sobie dobrze podjeść, ale biorąc pod uwagę włożony w to wysiłek, praktycznie wszystkim innym można lepiej. Po prostu orły uwielbiają dręczyć żółwie.
Oczywiście, orły nie zdają sobie sprawy z faktu, że uczestniczą w bardzo prymitywnej formie doboru naturalnego.
Pewnego dnia żółw nauczy się latać.

Pomniejsze bóstwa


Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie pozwolić - całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je, aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów - a nogi i tak stale będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej.

Zbrojni


- Czy to ten moment, kiedy całe moje życie przesuwa mi się przed oczami?
NIE TEN MOMENT BYŁ PRZED CHWILĄ.
- Kiedy?
TO MOMENT, rzekł Śmierć, POMIĘDZY PAŃSKIMI NARODZINAMI A PAŃSKIM ZGONEM.

Prawda


Gdzieś na świecie, jak podejrzewał, żył człowiek siedzący na drugim końcu huśtawki, ktoś w rodzaju lustrzanego Rincewinda, którego życie składało się z samych cudownych wydarzeń. Miał nadzieję, że spotka kiedyś tego człowieka, najlepiej trzymając w ręku solidny kij.

Rincewind umiał wołać o litość w dziewiętnastu językach i po prostu wrzeszczeć* [przyp.: To ważne. Niedoświadczeni podróżnicy mogą przypuszczać, że „Aargh!” jest wyrażeniem uniwersalnym, jednak w beTrobi oznacza to „Wielce radosne”, w Howondalandzie natomiast rozmaicie: albo „Chciałbym zjeść twoją stopę”, albo „Twoja żona jest wielkim hipopotamem”, albo też „Witam, myśli pan Fioletowy Kot”. Pewne plemię zyskało przerażającą reputację okrutników tylko dlatego, że jeńcy krzyczą - ich zdaniem - ”Szybko! Dolać wrzącego oleju!”.] w kolejnych czterdziestu czterech.

Ciekawe czasy

Osoby mające skłonność do obojętnego okrucieństwa mawiają, że we wnętrzu każdej grubej dziewczyny jest szczupła dziewczyna i mnóstwo czekolady.

Carpe Jugulum


Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy.
wtorek, 23 grudnia 2014
Opowieść wigilijna
W tym roku postanowiłam odstąpić od zacnej tradycji katowania czytelników Wiedźmikołajem (którego sama oczywiście zamierzam dzisiaj czytać, bo odkąd go poznałam, żadna inna rzecz tak bardzo nie wprowadza mnie w atmosferę świąt). W zamian proponuję opowiadanie Tomasza Pacyńskiego, w którym w zasadzie wszystko odbiega od schematu i czytelniczych oczekiwań. Gdybyście polubili bohaterów tego tekstu, odnajdziecie ich w opowiadaniach ze zbiorów Linia ognia oraz Szatański interes. Drugi z nich można wygrać w fahrenheitowym konkursie, który trwa do 2 stycznia 2015 roku. Coby nie było, że na święta bez prezentów:)

Życzę wam wszystkiego dobrego - zdrowia, spokoju, odpoczynku i oczywiście wspaniałych książek pod choinką:)
sobota, 26 lipca 2014
Transmisje ze Zgierza i okolic
Miało być o Springerze i jego wannie z kolumnadą, ale ponieważ możliwość nabycia pozycji autorstwa Łukasza Najdera, którą chciałabym wam zarekomendować, jest ściśle ograniczona w czasie i skończy się dokładnie za dziewięć dni, będzie o Transmisjach.
To pierwszy znany mi przykład nowego nurtu, który można by nazwać literaturą statusową, bo (chyba) wszystkie krótkie impresje na temat otaczającej rzeczywistości i zamieszkujących ją osobników zostały wcześniej opublikowane na profilu autora na Facebooku. Pewności nie mam, bo prowadziłam życie pozafejsowe do niedawna. A potem oczywiście zapisałam się do grona śledzących profil autora, stąd część tekstów znałam wcześniej.
Nie zmniejsza to bynajmniej ich siły rażenia. Autor ma dobre ucho do dialogów, wyostrzony zmysł obserwacji i celny, lapidarny styl, perfekcyjnie dostosowany do opisu całej galerii typów ludzkich, jakie można spotkać na osiedlu czy w autobusie linii 46.
Oraz, rzecz jasna, ironiczne poczucie humoru - pod tym względem nadajemy na bardzo podobnych falach, więc jego transmisja trafia wprost do zgryźliwego rdzenia mojego jestestwa. Ale co ja wam będę opisywała, skoro wszystkie teksty są publicznie dostępne, pozwalam sobie - w celu zachęcenia  do całości - wrzucić jeden podrozdzialik poniżej:

Traktat o dresach
Jeśli wejrzysz w głąb dresa, dres wejrzy i w ciebie, ręczę. Więcej nawet. Mocniej. Dostanie się do twojego życia, zacznie się w nim krzątać. Ani się obejrzysz, a będziecie używali tych samych żywiołów i leksyki, ognia, zapojki, powietrza i gleby. Zatem — nie wywołuj dresa z miasta, bo dres przyjdzie i cię zje. To po drugie. Tego drugiego wcześniej nie znałem, tak.
Sobota, przedwczoraj. Przeprowadzka mamy. Czekam z bratem pod klatką na ekipę siłaczy, o której wiem tyle, że ma ich być sześciu. Czekając, pakujemy do jego auta co kruchsze fanty, szyby, kryształy etc. Czekając i pakując, rozmawiamy. Są to dialogi raczej luźne — pytania i puenty sytych białasów w słoneczne weekendowe przedpołudnie. Niewymuszona ironia, ostentacyjna blaza. Ledwie jednak zdążyłem rzucić, że, ej, ciekawe, kiedy pojawią się chłopaki, a cień wokół mnie zaległ. To byli oni. Chłopaki, szósteczka. Na wypadek, gdybym wciąż żywił jakieś obiekcje i dociekał, to ten, który wyglądał na ich führera (miał okulary) wyjaśnił mi z marszu.
— To my jesteśmy „chłopaki”.
Spojrzałem. Obkurczyło mi się serce. Pół tuzina dresów. Ale jakich! Nie żadne tam dresy, ale wręcz dresy dresy, elita, stuprocentowe dresiwo i nie znajdziesz takiego, co powie, że nie. Dresy piękne, dorodne, jakby dopiero co odlane z formy w dalekiej fabryce dresów, modele prestiżowe — nowoczesność wkomponowana idealnie w klasykę, moc i szyk i powiew dresowej belle epoque.
Wszyscy młodzi, zdrowi, rydze same. Ubrani podobnie, co nie znaczy wcale, że identycznie. Ciemne spodnie dresowe ze ściągaczami, czerń i granat, obuwie sportowe, z którego pięły się białe skarpety, bluzy z kapturem i bez, na niektórych z nich połyskiwały wygięte w łuk ni to namiary, ni to godła, DALLAS, na przykład. Oczywiście łysi (lub co najwyżej omszali), oczywiście z nonszalanckim podejściem do higieny szkliwa, wytatuowani, oczywiście, głównie emblematyka Widzewa Łódź i sprawy prywatne, napuchłe twarze osesków z łagodnym wytrzeszczem, imiona najważniejszych kobiet. Oczywiście.
Nic złego na nich nie powiem. Zero, nada. Punktualni, sprawni, uprzejmi, małomówni i silni. Zwłaszcza to ostatnie mi zaimponowało. Niby nie były to postury strongmenów, a jednak kiedy we dwóch dźwigali kilkudziesięciokilogramowe witryny czy szafę — dźwigali i z czułością sapera nieśli cztery piętra w dół — to aż mi coś w mózgu przeskakiwało. Trudno — powiedzmy sobie to szczerze. My po tej całej humanistyce może i wiemy, kto zacz Agamben i Žižek, ale przy nich to jesteśmy szmatą, zamokłym motkiem wełny przy stali i marmurze. Przynajmniej ja.
Rzecz jasna, nie obyło się i bez drobnych incydentów. Nie przesadzajmy — każdy jest tylko człowiekiem, istotą słabą i wydaną na pastwę żrących oskom i demonów. Również i oni nie byli od nich wolni. Przez co po trzech-czterech godzinach akcji dyscyplina wyraźnie siadła. Zagrały im telefony, podochodziły smsy, rozpoczęły się ustawki na dobre popołudnie w gronie najbliższych i zarobionych. Znikali też pojedynczo lub w parach za winklem i wracali szczęśliwsi niż wypadało. Jeden nabawił się wprost trwałego urazu twarzoczaszki — robił minę za miną, stał się miną, mimem. Uśmiechniętym na stałe mimem.
W pokoju z książkami trzymali oni swoje ciuchy i napoje. Na przerwie śniadaniowej zagadała do nich moja mama, opowiedziała o mojej pracy, pasjach. Opowiedziała o tym, jak czytam i piszę, bywa, że do świtu. To jej stary numer — nie mam na to wpływu. Przybrałem tylko stosowną do tych wyznań pozę i grymas. Zafrasowany, skromny twórca, który grubo po północy wsłuchuje się w obroty kosmosu i pod niebem — niebem ciemny, polskim — zawilgoconym jeszcze od dopiero co wyklutych zodiaków, dobiera słowa, formułuje myśli, płodzi bohaterów. Akurat dojadali. Dojedli, załapali po łyku napoju energetycznego i ten w okularach wyraził się zwięźle.
— No. My też robimy nocki.
Wyszli gęsiego, w milczeniu.

Jeśli po przeczytaniu tego, co powyżej, nie chcecie więcej, to Transmisje do was nie trafią. Jeśli chcecie więcej, musicie wejść na stronę Bookrage i zapłacić za cały pakiet Miejskie legendy więcej niż aktualna średnia (27,91), bo - niestety - Najder jest w zawartości bonusowej. W pakiecie podstawowym (płacisz, ile chcesz, i dostajesz cztery e-booki) za to mistrz Teklak, którego wielbię od lat, więc tak czy owak - warto.
Jeden i drugi należą do moich ulubionych autorów średnio młodszego pokolenia i serdecznie polecam waszej uwadze ich twórczość. Nie idzie się od niej oderwać.
wtorek, 01 kwietnia 2014
Finnegańscy akademicy i Jonasz krakowskiej polonistyki
Dobrych książek nigdy za wiele. Tym bardziej inteligentnych satyr. Mało która lektura dała mi w tym roku tyle radości w stanie czystym, co Sto dni bez słońca Wita Szostaka. Wszystkich polonistów z wykształcenia i powołania, domorosłych teoretyków literatury, pracowników akademickich oraz (zwłaszcza!) ludzi lubiących, gdy lektura ma warstwy, serdecznie zachęcam do zapoznania się z tą pozycją. Wprawdzie ukazała się ona w serii Kontrapunkty "fantastycznego" (cudzysłów odnosi się nie do poziomu firmy, tylko do wydawanego gatunku literatury:) wydawnictwa Powergraph, ale jedyna fantastyka sensu stricto, na jaką tam natrafimy, to streszczenia powieści fikcyjnego polskiego autora, Filipa Włócznika, w egzegezie twórczości którego specjalizuje się główny bohater powieści, Lesław Srebroń. Doktor. Polonistyki.
Więcej o powieści i moich wrażeniach z jej lektury poczytacie w recenzji, mam nadzieję, zachęcającej. Tutaj - po kliknięciu "Zajrzyj do książki"- znajdziecie fragment.
niedziela, 26 maja 2013
Lekturowo, zakupowo
Aktualnie mam na tapecie (a raczej na ekranie czytnika:) oryginał piątego tomu Protektoratu Parasola, czyli Timeless, albowiem nic (np. zapowiedzi na stronie polskiego wydawcy) nie zwiastuje, by miano dokończyć wydawanie go w naszym pięknym kraju. Szkoda, choć fakt, że cykl się nie sprzedawał, niespecjalnie mnie dziwi. W końcu nie jest to paranormal:> Jestem tymczasem w 1/3 i choć na razie mamy tzw. zawiązanie akcji, to jak z serialami - lubię styl, bohaterów, dobrze do nich wrócić i samo to mi wystarczy, by mieć frajdę z czytania. Dla nieznających cyklu - o poprzednich tomach pisałam tutaj, tutaj, tutaj, a także tu. Wielbicielom powieści wiktoriańskich i/lub urban fantasy, a także dobrego humoru zdecydowanie polecam całość. Rozrywkowo idealna. Tylko warto robić przerwy między poszczególnymi tomami.

Wcześniej miałam okazję porecenzować dla Fahrenheita i z ciekawości sięgnęłam po felietony Macieja Stuhra dla magazynu Zwierciadło, wydane łącznie z opowieścią filmową Utytłani miłością, mającą być połączeniem parodii i pastiszu polskich komedii romantycznych. Główni bohaterowie to Miłosz Kochan i Ola Groch:) Szerzej o wrażeniach można poczytać tutaj.

Potem zajęłam się lekturą Fahrenheitowego patronatu, czyli debiutanckiej powieści Chucka Wendiga Drozdy. Dotyk przeznaczenia (tutaj można przeczytać blurba, reckę dodam, jak się ukaże na naszych wirtualnych łamach). Z zaskoczeniem przyznać muszę, że choć Sześć stóp pod ziemią to zdecydowanie nie jest, jak również nie jest to debiut wolny od wad, to jednak ma w sobie coś, co intryguje, wciąga i sprawia, że człowiek chce się jak najszybciej dowiedzieć, jaki będzie finał tej pokręconej historii. To pierwszy tom cyklu, ale lubiącym "brudny realizm" w urban fantasy spokojnie mogę polecić zapoznanie się.

A z zakupów (w końcu jakieś "prawdziwe" książki, hurra!):
- nowy Barbarotti, czyli Rzeźniczka z Małej Birmy Nessera
- nowy Minier, czyli Krąg, bo podobno lepszy od pierwszego.
A wy co ciekawego ostatnio czytaliście?

P.S. Tyci update, czyli obiecana recka Drozdów.
środa, 13 lutego 2013
Dobra, przynaję się
Też lubię The Big Bang Theory:) Aczkolwiek stoję na stanowisku, że dawka optymalna to jeden odcinek dziennie. Jest to też pierwszy amerykański sitcom (na całe dwa, jakie kiedykolwiek oglądałam - drugi to Modern family, którego poziom od drugiego sezonu znacząco i nieustannie spada, co nie przeszkadza mu rokrocznie zgarniać wszystkich możliwych branżowych nagród:>), w którym nie doprowadza mnie do szewskiej pasji śmiech z offu (aż musiałam sprawdzić, czy w ogóle tam jest, bo zwątpiłam, ale tak:P).
Wczoraj skończyłam oglądać pierwszy sezon i bardzo mi się podobał. Zmęczenia materiału nie zanotowano. Najlepsze były odcinki z chorym Sheldonem i z wehikułem czasu oraz z małym geniuszem z Korei Północnej. Czy w dalszych seriach poziom się utrzymuje?
środa, 06 czerwca 2012
Musicalowe The wire+ pytanie
Się uśmiałam, Omar rocks as always.

A poza tym szukam seriali na czas letniej posuchy. Oglądał ktoś Awake, Revange albo Person of interest? Ogólniej: jakie premiery z tego sezonu polecacie?
No i poza konkursem: lepsze Shameless UK czy US?

piątek, 25 maja 2012
Cytacik z Niucha o moim ulubionym prawniku zombi
"[...] pan Slant kłania się (dość sztywno) ludziom bogatym i wpływowym, nie lubi błędów i nie lubi patrzeć, jak prawo jest kompromitowane przez niekompetentnych prawników i laików; uważa bowiem, że to konkretne zadanie należy pozostawić wyłącznie prawnikom doświadczonym, takim jak pan Slant, którzy potrafią załatwić to starannie, elegancko i licząc sobie 300 AM$ za godzinę. Pan Stoner powinien więc myśleć, że skoro okoliczni posiadacze ziemscy przerobili prawo tak, by im odpowiadało - co jest prerogatywą profesji prawniczej jako takiej - pan Slant nie będzie szczęśliwym zombi. Obyczaj i praktyka nie nakazywały już, by pan Slant stękał, chodząc rozkołysanym krokiem, wyciągając przed siebie obie ręce (dla lepszego efektu w jednej dodatkowo trzymając odciętą głowę), dlatego też wyładowywał swój zły humor na zadzierających nosa młodych prawnikach, którym w głowie się poprzewracało, rozmawiając z nimi spokojnym i cichym głosem. Później uważali zwykle, że w porównaniu z tym odcięta głowa stanowiła opcję wegetariańską." (T. Pratchett, Niuch s. 240 wyd. Prószyński i Ska 2012, tłum. Piotr W. Cholewa).

Ponadto mogę powiedzieć tak - PTerry pisał o wiele lepsze książki, ale gorsze też mu się zdarzały, szczególnie na początku cyklu. Owszem, postać Młodego Sama jest lekko przegięta, ale spójrzcie, jakich on ma rodziców: czy to w ogóle MÓGŁ być normalny dzieciak? Tak, w zasadzie wszystko to (niewolnictwo, prześladowanie innych ras, walka Vimesa z Ciemnością) już było na Dysku, i to wielokrotnie. Ale co z tego? Wilikins rządzi, a samą powieść oceniam jako solidne dyskowe stany średnie - 7/10
wtorek, 22 maja 2012
Raising taxes!
Jednak! Zamiast recenzować Alkaloid (polecam, swoją drogą, kolejna bardzo dobra książka pod rząd...pewnie szykuje się wysyp paranormali:P), plączę się po sieci i cóż to moje piękne oczy ujrzały? Piotr W. Cholewa, zapytany o najbliższe plany, powiedział:

Jest to też fantastyka - tłumaczę książkę o magu, który jest współczesnym prywatnym detektywem i zawsze się w coś wplącze. Czekam też na nowego Pratchetta, który być może w październiku wyjdzie w Anglii. To trzecia część cyklu o Moiście von Lipwigu, której tytuł wstępnie przetłumaczyłem jako "Raj podatkowy". No i mam nadzieję na kolejne części Świata Dysku.

Źródło.

Tak, rozumiem znaczenie zwrotu "być może", ale mimo wszystko...to pierwsza informacja na temat trzeciego Moista od ładnych paru lat.
Obecnie czytam Niucha, jestem w połowie i jest nieźle, nie wiem, skąd te negatywne recenzje.
 
1 , 2
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka