Wpisy z tagiem: Anastazja Kamieńska

niedziela, 18 grudnia 2016
Kamieńska raz jeszcze
Długo się zastanawiałam, czy chce mi się w tym tygodniu produkować zwykły wpis i czy to w ogóle adekwatne, zważywszy na to, co się dzieje w kraju. Choćby taki drobiazg, że w zasadzie nie mamy legalnie uchwalonego budżetu na przyszły rok, a to chyba dopiero początek. Ale ostatecznie doszłam do wniosku, że ten blog nie jest, nigdy nie był i być nie powinien miejscem, w którym zajmuję się polityką. Tu jestem widzem i czytelnikiem. Tutaj odpoczywam. Także od tego cyrku, w jaki garstka totalnie oderwanych od realiów codziennego życia wieloletnich beneficjentów systemu zamieniła kraj, za nic sobie mając głos suwerena marznącego na masowych spontanicznych demonstracjach i przepisy prawa.
Stąd opiszę wam kolejny kryminał, bo wpisy serialowe jakoś nie cieszą się popularnością:) Nie wiem, czy mnie pewne schematy cyklu o Kamieńskiej zaczynają po prostu nużyć, czy zwyczajnie akurat jesteśmy w dolnej partii sinusoidy cyklu, który od początku był mocno nierówny. Dość, że to już trzecia z rzędu (po wyjątkowo słabym Styliście i sporo lepszej, choć z wydumanym wątkiem eksperymentów eugenicznych,  Iluzji grzechu) powieść o przygodach leniwej analityczki kryminalnej, która pozostawiła mnie dziwnie obojętną.
I tym razem naprawdę trudno mi powiedzieć, dlaczego w zasadzie tak się stało, bo w teorii Jasne oblicze śmierci należy do tych powieści Marininy, które lubię najbardziej. W intrydze nie ma żadnych paranaukowych elementów ani spisków sięgających służb specjalnych, politycznych elit i szczytów władzy. Wszystko kręci się wokół wątków obyczajowych, a opisywanie relacji międzyludzkich zawsze było mocną stroną autorki, podobnie jak oddawanie realiów codziennego życia mieszkańców Moskwy. Tutaj jednak nawet to słabuje. I już chyba wiem, dlaczego (warto jednak pisać notki na blogu!). Zarówno historia dwóch przyjaciółek, które wyjechały się razem dorobić w zagranicznym kurorcie, jak i zasadnicza dla fabuły opowieść o trzech nierozłącznych kamratach jeszcze z czasów studenckich (dwóm z nich lojalność wobec trzeciego rujnuje życie rodzinne) po prostu porażają sztucznością. Ci ludzie są kukiełkami, które zachowują się w określony sposób, bo taki jest wymóg fabuły, ale kompletnie się im nie wierzy. Ani czytelnika nie obchodzą. Koniec końców, wszystkie trybiki do siebie pasują, a niezwykła lojalność trzech muszkieterów okazuje się mieć mroczne korzenie w przeszłości, więc teoretycznie na poziomie konstrukcyjnym powieści niczego nie da się zarzucić, a i czyta się nie najgorzej, bo wielość wątków skutecznie podtrzymuje zainteresowanie. Ale gdy wszystko się skończy i na całość można spojrzeć z dystansu, widać te słabo maskowane sznurki władczyni marionetek i absurdalną wręcz liczbę czysto operetkowych zbiegów okoliczności, niezbędnych, by wydarzenia potoczyły się według planu. Jest to zatem, jak na możliwości Marininy, książka przeciętna. Widać zmęczenie materiału. Szkoda.
sobota, 16 lipca 2016
Lata z kryminałami c.d.
Upały szczęśliwie odpuściły w tym tygodniu, ale i tak pozostałam przy lżejszych lekturach. Nie wiem, co się ostatnio dzieje, ale chyba czytam troszkę szybciej niż przeciętnie. No to jedziemy z wrażeniami:)

Christer Mjaset To ty jesteś Bobbym Fischerem - powieść obyczajowa z mocno zakonspirowanym wątkiem kryminalnym. Wyprawa paczki przyjaciół w czasy dawno utraconej młodości przy okazji pogrzebu jednego z nich. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia co do tej książki. Czyta się całkiem przyjemnie, ale w zasadzie to materiału starczyłoby raczej na dłuższe opowiadanie niż niedługą mimo wszystkich wtrętów i ozdobników powieść. Ponadto, chociaż zwykle nie mam tego rodzaju wymagań, braki fabularnej dynamiki mocno eksponują totalną przezroczystość wszystkich postaci, na czele z głównym bohaterem. Zdystansowana emocjonalnie narracja w formie beznamiętnego raportu z przywoływanych zdarzeń była zapewne celowym zabiegiem autora, ale w połączeniu z dwiema wskazanymi wyżej cechami utworu sprawiła, że mimo teoretycznego dramatyzmu losy postaci i rozwiązanie tajemnicy z przeszłości (które dość szybko można zacząć podejrzewać) były mi całkowicie obojętne. Nie jest to zła lektura, ale o wiele lepiej oceniam Białe kruki.

Samuel Bjørk Sezon niewinnych - jedno z dwóch odkryć kryminalnych ostatniego czasu, powieść, która wciągnęła mnie niemal równie mocno, co polecane niedawno W obcej skórze. Choć pod wieloma względami jej ustępuje, przede wszystkim jeśli chodzi o koncepcyjną oryginalność, bo jednak seryjny morderca dzieci ścigany przez specjalną jednostkę z charyzmatycznym szefem (Holger) i wybitnie empatyczną śledczą w szponach nałogów, nękaną problemami z przeszłości (Mia) to mocno zużyty schemat. Niemniej są tu elementy świeże, zarówno w kreacji postaci (tu raczej w przypadku Holgera, który pod każdym względem odbiega od stereotypu policyjnego herosa, niż Mii, której kreacja niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając). Ale za to jak to jest dobrze rozpisane! Suspens i dynamika, że po prostu palce lizać, co skutecznie przykrywa mniejsze i większe głupotki, przynajmniej do czasu zakończenia lektury. A jeśli tak twierdzi ktoś tak czepialski jak ja, to można wierzyć na słowo. Nesbo to to nie jest, ale jak na debiutanta rokuje naprawdę wyśmienicie i trafia na moja listę must read.

Aleksandra Marinina Egzekucja w dobrej wierze - czyli aktualna, bo pisana w 2015 roku, Kamieńska na emeryturze. Poza tym, że bohaterka ma 54 lata, nie pracuje już w policji i od czasu do czasu narzeka na zmęczenie wywołane wiekiem, nie da się tego zauważyć. A gwarantuje odpoczynek od wkurzających motywów przemiany z szarej myszki w boginię seksu, więc ja tam co do zasady jestem za. Jest to tom z gatunku gospodarczo-biznesowych, bo Nastia z Jurą Korotkowem lecą na Syberię, by szukać odpowiedniej działki pod pensjonat - nową inwestycję banku brata Kamieńskiej. Wpadają tym samym w sam środek lokalnych układów biznesowo-politycznych, zwalczające się stronnictwa forsują bowiem odmienny przebieg nowej magistrali, a infrastruktura to dla lokalizacji pensjonatu kluczowa kwestia. W dodatku zbliżają się wybory samorządowe, a ktoś ewidentnie ryje pod aktualnym merem. I jako broń wykorzystuje ekologię. Do tego lokalny koloryt, różnice między działaniem policji na prowincji i w stolicy, zróżnicowana galeria interesujących i wiarygodnych postaci oraz trupy - te w szafie, z przeszłości, i te jak najbardziej dosłowne. W sumie bardzo udane połączenie, choć fabularnie nie jest to najlepsze dokonanie autorki. Ale spokojnie środek stawki.

James Runcie Sidney Chambers - Cień śmierci. Sześć opowiadań o księdzu z niewielkiej miejscowości w pobliżu Cambridge, który w pierwszej połowie lat 50. wspomaga miejscowego policjanta w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Cztery z nich zostały przeniesione na ekran w pierwszym sezonie polecanego tutaj przeze mnie swego czasu serialu Grantchester (tak się nazywa miasteczko, w którym ksiądz ma parafię). I dla osób, które zaczęły swoją znajomość z Sidneyem i Geordiem od serialu, książka będzie z tego względu pewnym rozczarowaniem. Bo fabularnie serial jest ekranizowanym opowiadaniom bardzo wierny, a stylistycznie historyjki są suche, wręcz napuszone (nie czytałam oryginału, więc nie wiem, na ile to kwestia stylu autora, a na ile wyborów tłumacza). O wiele bardziej autentyczni, żywi i budzący sympatię są zatem bohaterowie w swoich ekranowych wcieleniach niż na kartach opowiadań. W serialu lepsza jest również dramaturgia. Tylko dwa ostatnie opowiadania nie zostały (jeszcze) zekranizowane, ale suspensem to one nie powalają, co w zasadzie wyjaśnia motywy takiej decyzji twórców serialu. Niemniej, nawet znając większość fabuł, całość czyta się całkiem przyjemnie. Choć rekomenduję lekturę, a potem oglądanie serialu, który jest lepszy od literackiego pierwowzoru, co zdarza się bardzo rzadko.
poniedziałek, 28 marca 2016
Kryminalne zaległości
Byłam pod tak wielkim wrażeniem Flannagana, że wciął się w kolejkę i wyprzedził aż cztery inne, wcześniej przeczytane pozycje. Niniejszym nadrabiam zbiorczo wrażenia z trzech spośród nich, których jedyną cechą wspólną jest przynależność gatunkowa. Według jakości, a nie chronologii.

Jens Lapidus, Życie deluxe - czyli ostatnia odsłona Czarnej Trylogii Sztokholmskiej, moim zdaniem najlepsza. Nic nie poradzę, metoda pisarska autora pasuje mi jak mało która, polubiłam także bohaterów (tym razem wszystkich znamy z poprzednich części), a Szwed pisze tak zajmująco, że jestem w stanie wybaczyć mu większą dozę efekciarstwa niż innym (a tym razem w porównaniu do poprzednich części jest to ilość bardzo umiarkowana). I choć nawet rozwiązanie głównej zagadki, czyli tożsamości zleceniodawcy zabójcy, nie było dla mnie zaskoczeniem, w żadnym stopniu nie zmniejszyło to czytelniczej przyjemności. Mało która książka mająca 560 stron wydawała mi się tak krótka. Nie muszę dodawać, że entuzjastycznie polecam? 8,5/10

Aleksandra Marinina
Iluzja grzechu - do cyklu o Kamieńskiej mam słabość nawet dla mnie samej niezrozumiałą. Bohaterka na ogół irytuje mnie niemożebnie, zwłaszcza jeśli z pomocą ciuchów i odrobiny makijażu przeistacza się z szarej myszy w seksbombę, albo jest zbyt leniwa, żeby wyjąć sobie z lodówki i podgrzać zupę, którą mąż dla niej ugotował przed swoim kilkudniowym wyjazdem... Intrygi bywają znakomite, a bywają tak marne, pretekstowe i rozwleczone, że aż przykro. Takim przypadkiem był tom poprzedni, czyli Stylista, a jednak nie oparłam się pokusie zakupu kontynuacji niemal natychmiast po premierze. No i w zasadzie było o wiele lepiej (w sumie nie jest to zbyt trudne do osiągnięcia), choć nieco mnie rozczarował motyw powrotu do eugenicznych eksperymentów. Jest to zatem tom przeciętny na tle serii, ale wciągający na tyle, by ocenić go na 7/10

Stefan Ahnhem
Ofiara bez twarzy to debiutancka powieść, którą lepiej się ocenia podczas lektury niż po jej zakończeniu. Główną jej zaletę stanowi zręczna i naprawdę dynamicznie poprowadzona narracja, która sprawiła, że nawet z wysoką gorączką miałam potrzebę dowiedzenia się, co będzie dalej. Dzięki temu walorowi niemal do samego końca można przymknąć oko na rozmaitego sortu fabularne głupotki i spiętrzenia nieprawdopodobieństw. Pozwala on też przypuszczać, że autor może - po pohamowaniu entuzjazmu debiutanta, który nakazał mu w ramach jednej fabuły umieścić wszelkie efektowne pomysły, jakie tylko wpadły mu do głowy, bez oglądania się na prawdopodobieństwo - zostać naprawdę niezłym pisarzem. Dar zajmującego opowiadania to bowiem nie jest coś, czego można się nauczyć na warsztatach kreatywnych - ma się to albo nie. Tymczasem jednak Ahnhem dobrym pisarzem nie jest, zmarnował w sposób karygodny znakomity wątek przemocy w szkole, swoją skłonnością do efekciarstwa ostatecznie rozłożył intrygę, a poza tym zdołał stworzyć jednego z najbardziej antypatycznych bohaterów, z jakim kiedykolwiek miałam nieprzyjemność. Fabian Risk to ohydny, egoistyczny dupek, dla którego rodzina jest niczym więcej jak zawadą w pracy. Na miejscu jego żony, zamiast się za nim przeprowadzać na prowincję w płonnej nadziei ratowania małżeństwa, uciekałabym, gdzie pieprz rośnie, korzystając z jego perfidnej zdrady. Że już nie wspomnę o tym, iż na tejże prowincji jakimś cudem pracują fachowcy światowego formatu z kryminalistyki i wszelkich innych dziedzin. Jednocześnie fakt, że facet, który w połowie życia zniknął z powierzchni ziemi, po prostu kupił sobie nową tożsamość, wyobraźnię tej wielkoformatowej ekipy przerasta. Przekombinowana. 6/10
piątek, 14 lutego 2014
Męskie gry, czyli ostatnia Kamieńska
Nie że ostatnia w ogóle, ale ostatni z dotąd wydanych w naszym pięknym kraju tomów cyklu kryminalnego o perypetiach Nasti (czy to się na pewno pisze przez jedno i? Zawsze, jak taki zapis widzę, mój wewnętrzny Nazgul Ortografii odczuwa dziwny dyskomfort...) Kamieńskiej, która chyba już właściwie powinna się nazywać Czistiakowa (bo wszak wyszła za swojego osobistego kucharza Loszkę) - ale nie bądźmy drobiazgowi. Może została przy panieńskim. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, ale tom okołoślubny (Śmierć i trochę miłości) jest jednym z najlepszych w cyklu.
Pozwalam sobie na takie dygresje, bo w końcu mamy Dzień Patrona Epileptyków i Psychicznie Chorych.

W tym tomie zresztą Loszki nie ma, bo wyjeżdża na cykl wykładów do Ameryki, żeby zarobić na remont mieszkania (akcja powieści rozgrywa się w roku 1995, co daje do myślenia w kwestii zaległości wydawniczych - co prawda nie wiem, czy Marinina jeszcze ciągnie serię, ale jeśli, to w obecnym tempie jednego tytułu na rok nigdy jej W.A.B. nie dogoni...). Co, oczywiście, oznacza, że małżonka żywi się czerstwym chlebem, o ile w ogóle zmusi się do jedzenia. Dzięki temu może się w pewnym momencie wbić w - niegdyś za ciasne, ale za to modne - spodnie. I jeszcze jej luz zostaje. A nie jedzenie Kamieńskiej w głowie, bo w pracy dramat na dramacie (w odmianie tragicznej, oczywiście).

Wszystko zło bierze początek od odejścia Gordiejewa, zwanego Pączkiem. Pączek idzie w generały, coby na emeryturę przejść w perspektywicznym finansowo stopniu. Jego miejsce na Pietrowce zajmuje niejaki Mielnik. którego nasza bohaterka nie lubi, bo nie jest Pączkiem. A z upływem czasu nie lubi go tylko coraz to silniej, bo narzuca Mielnik podwładnym o wiele bardziej rygorystyczny styl pracy, co z miejsca czyni go w oczach funkcjonariuszy Paniskiem.
A tu jeszcze, złośliwie, ktoś udusił siedem osób. Stosując takie samo, jałowe kryminalistycznie, modus operandi. Nastia, Korotkow i Misza Docenko pracują nad sprawą, ale za każdym zakrętem pakują się w ślepe zaułki.
Ponadto kontynuowany jest po raz kolejny - zapoczątkowany w tomie Gra na cudzym boisku - wątek znajomości Kamieńskiej z mafijnym potentatem Denisowem. Tym razem gangster z Miasta udziela pani major cennej dla śledztwa w sprawie dusiciela, ale zarazem mocno enigmatycznej informacji. Podążając po tej nitce do kłębka, Kamieńska nie raz pożałuje danego znajomemu słowa...

Męskie gry powieścią, z której oceną mam niejaki problem. Podoba mi się, że pokazują ludzkie oblicze głównej bohaterki, która zachowuje się na ich kartach silnie emocjonalnie, a niekiedy po prostu dziecinnie. Dobrym ruchem jest odsunięcie Gordiejewa i wytrącenie wywiadowców z komfortowego schematu działań. Ponadto Marinina jak zwykle zgrabnie splata - pozornie początkowo kompletnie niepowiązane - wątki, z których każdy jest psychologicznie interesujący, a występujące w nich postaci, w teorii drugoplanowe, mają swoją wiarygodność i indywidualność. O niektórych elementach irytujących wspominałam wyżej. Ale nie znalazło także tym razem mojego uznania Ostateczne Rozwiązanie, pozbawione finezji, choć nie logiki. Niemniej, aż do finału intryga jest autentycznie zajmująca, co każe uznać Męskie gry za dobry kryminał.
Ostatni problem to ten, że tom, choć wydany w 2004 roku, jest szesnasty w serii, a nie ma do dziś polskiej wersji tomów 11-15. Przyjdzie je zatem czytać achronologicznie, kiedy w końcu się ukażą. No i minus dla wydawcy - e-book dostępny wyłącznie w wersji e-pub, po chałupniczej konwersji do mobi w niektórych miejscach tekst się rozłazi. Choć fakt, w niewielu.
czwartek, 04 lipca 2013
Teatr węży - akt drugi i lekturowa teoria względności
Pośród cieni  Agnieszki Hałas, czyli drugi tom cyklu powieściowego o Krzyczącym w Ciemności, było trzecią w ostatnim czasie powieścią, którą połknęłam właściwie w ciągu doby. Chcę napisać na jej temat coś więcej i opublikować gdzieś recenzję, tymczasem więc stwierdzę tylko tyle, że dostrzegam znaczny progres w stosunku do tomu pierwszego, czyli Dwóch kart, wydanych przez niestety nieistniejące już lubelskie wydawnictwo Ifryt. Co oznacza, że zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Znającym postać Krzyczącego cyklu zresztą zapewne polecać nie trzeba. Nieznającym, a lubiącym niejednoznaczne moralnie postaci z mroczną tajemnicą, zdecydowanie natomiast rekomenduję zawarcie z nim znajomości. Tak elegancki styl snucia opowieści rzadko się przy tym trafia nie tylko w fantastyce, ale w ogóle w literaturze.

Drugą pochłoniętą pozycją, na którą chciałabym zwrócić waszą uwagę, jest Wurt Jeffa Noona. Więcej pod linkiem, naprawdę warto, wyjątkowa rzecz.

Trzecia rzecz to Obraz pośmiertny Marininy, czyli kolejny tom przygód Kamieńskiej. I to, niestety, pierwsza od dłuższego czasu wyraźnie słabsza pozycja w cyklu. Co w pochłanianiu jednak mi nie przeszkodziło, bo historia wciąż ciekawa i sprawnie zaserwowana.
I w tym miejscu przechodzimy do rozważań o lekturowej teorii względności. Otóż po Wurcie, a przed Hałas, podjęłam próbę wywiązania się z recenzenckiego obowiązku. I po prostu nie dałam rady. Przeczytawszy 30 stron ze szczotki, która najwyraźniej nie zaznała korekty, bo postaciom żeńskim nagminnie przypisywane tam były męskie końcówki fleksyjne, uznałam, że kontrast pomiędzy znakomitym Wurtem a rzeczoną pozycją, którą wzięłam na siebie dobrowolnie, dając autorowi piątą szansę (jak widać, pogłoski o moim okrucieństwie są mocno przesadzone), po prostu mnie przerasta. Przeczytanie choćby tylko jednej jeszcze strony po prostu nie wchodziło w rachubę.

Z powyższego wynika dla mnie jedno - pozycje pochłonięte, oceniane całościowo, reprezentują rozmaity poziom, dzieli je także przynależność gatunkowa. W moim prywatnym równaniu opisującym szybkość lektury zmienna odpowiadająca sprawności stylistycznej autora ma wartość kluczową. Ponieważ teraz zamierzam się zmusić do przebrnięcia przez obowiązek, jak na wzorowego recenzenta przystało, szybkość zapewne znacząco spadnie. A co dla was jest najważniejsze?
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Ukradziony sen, czyli mroczna przedmajówka z Kamieńską
Czytam cykl o major Anastazji zupełnie nie o kolei, więc dopiero teraz przyszła pora na tom trzeci, czyli Ukradziony sen. Na szczęście te powieści są tak zmyślnie napisane, że nawet jeśli jakieś przeszłe wydarzenia są wspominane w tomach późniejszych, to oględnie, a przy tym dla całości fabuły nie mają kluczowego znaczenia. Tak było i tym razem, przy czym muszę uczciwie przyznać, że ten tom należy do najlepszych w cyklu. Żadnych niezwykłych przeistoczeń bohaterki (choć jest obowiązkowa wzmianka o efektach starannego makijażu i jej myszowatości). Czytając od tak zwanej rzyci strony, dopiero teraz dowiedziałam się nieco więcej o szefie Firmy (organizacja złożona ze skorumpowanych funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, za opłatą ułatwiająca życie kryminalistom), tajemniczym Arsenie.
Poza tym dostałam sporo tego, co najbardziej sobie w serii cenię, tj. realistycznych psychologicznie, a odbiegających od żelaznych gatunkowych schematów opisów ludzkich zachowań, moralnej niejednoznaczności (taka "szarość" na porządku dziennym w tym stężeniu występuje chyba jedynie u Marininy) i autentycznych fabularnych zaskoczeń. Niby już wszystko wiadomo, a mimo to autorka potrafi pozostawić czytelnika z opadniętą szczęką. I nie mówimy tu o karkołomnych twistach dla zasady w stylu późnego Deavera, tylko o zwrotach solidnie acz dyskretnie umocowanych w całości utworu.
E-booka zakupiłam w promocji zatytułowanej Mroczna majówka w piątek popołudniu. Wczoraj wieczorem skończyłam, a do maja jeszcze trochę brakuje:> Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że historia pierwszego samodzielnego śledztwa major Kamieńskiej jest niesamowicie wciągająca. W związku z czym powieść serdecznie polecam.
czwartek, 19 lipca 2012
Nastia i złowroga pętla
Jestem, jestem. Tylko nie miałam ostatnio siły (dwa czołowe zderzenia z dentystą, w tym jedno z komplikacjami - nie chcę rozwijać tego wątku, tym bardziej, że wygląda na to, iż mimo wszystko będę żyła:>), czasu (nauka, praca, plus jeden ambicjonalny projekcik na boku, plus tłumaczenie napisów), ani tematów (j.w.).

Mimo wszystkich przeciwności, udało mi się, m.in. w dentystycznej poczekalni, doczytać zakupioną w okazyjnej cenie w kolekcji Polityki "Lato z kryminałem" Złowrogą pętlę Marininy.

Książka nieco gorsza niż trzy ostatnie czytane przeze mnie pozycje z cyklu o Kamieńskiej (Płotki giną pierwsze, Śmierć i trochę miłości oraz Za wszystko trzeba płacić). Zastanawiam się nad przyczynami. I tym razem upatrywałabym ich, odmiennie niż zazwyczaj, w konstrukcji intrygi (nie że niespójna, po prostu kluczowy "dynks" mało przekonujący) oraz postaci głównego negatywnego bohatera (przekonująca z czysto psychologicznego punktu widzenia, ale w praktyce sztucznie wypada). Nie wiem, może po prostu Marininie brakowało jeszcze wówczas swobody warsztatowej, umiejętności swobodnego przelewania wizji na papier. Jeśli sugerować się czasem akcji, to powieść ma grubo ponad 10 lat.
Nie znaczy to, że nie jest to solidny, wielowątkowy, ciekawy kryminał. Znaczy to, że rozbestwiły mnie poprzednio czytane, a nowsze powieści autorki, i teraz najzwyczajniej w świecie się czepiam.
niedziela, 24 czerwca 2012
Nastia, Nesbo, Montalbano - groch z kapustą
Napisałabym wam o serialach, ale chcę jeszcze skończyć Syndicate. Tymczasem więc kilka luźnych refleksji lekturowych i około.

Po pierwsze, nie oparłam się (a i nie starałam się specjalnie) i kupiłam Złowrogą pętlę Marininy, pierwszy tom tegorocznej serii Polityki i W.A.B.u Lato z kryminałem. Na swoją obronę mam fakt, iż jest to tom, którego nie ma w legnickich bibliotekach. Trochę się martwię, że, po świetnym Za wszystko trzeba płacić , będzie to rozczarowanie, bo to dużo wcześniejsza część cyklu. Ale za 15 PLN to, przy obecnych cenach (wspomniane ZWTP - 40 PLN) - jak za darmo. Może nie będzie metamorfoz Nastii (w końcu ile jest tych i? jedno czy dwa?).

Po drugie, całkiem niepostrzeżenie dla mnie, czas zleciał i premiera Upiorów Jo Nesbo, czyli kolejnych przygód Harry'ego H., już za trzy dni. Hurra! Będzie to chyba ostatni czysto wakacyjny akcent tegoroczny dla mnie, bo od 1 lipca lecę z koksem (nie na siłowni, ale i tak będzie ciężko, wiecie, szare komórki obumierają lawinowo i te sprawy).

Po trzecie, co również uszło mojej uwagi, a okazało się dzisiaj, przy przeglądaniu listy bestsellerów Merlina (i do tego ogranicza się od paru już ładnych lat mój kontakt z Merlinem, bo przez zmianę zasad pakowania zamówień już całkowitą niemożliwością stało się uzyskanie darmowej wysyłki....), w tak zwanem międzyczasie ukazały się trzy kolejne tomy przygód Salva Montalbano: Cierpliwość pająka, Papierowy księżyc i Sierpniowy żar. Czy ktoś to czytał i umie mi powiedzieć, czy poziom się utrzymuje? Tak, Oh-reen, to ja więżę Twoje Pomarańczki. Jest to straszne zachowanie z mojej strony, skandaliczne wręcz, dlatego - jeśli jeszcze czasem tu zaglądasz - w ramach zrekompensowania strat moralnych dorzucę Ci Głos skrzypiec, o ile jeszcze nie masz własnego. W sprawie uwolnienia zakładnika proszę o kontakt:)

Po czwarte, całkiem niedawno odkryłam również, że niejaki Jeffery Deaver opublikował był nową powieść z cyklu z Kathryn Dance, pod tytułem XO (czyli pewnie kółko i krzyżyk). Stwierdziłam przy tym, że moje gorące uwielbienie dlań wygasło chyba bezpowrotnie po totalnej literackiej klęsce, jaką okazał się Hak. Jeszcze nie tak dawno o planowanej premierze wiedziałabym z rocznym wyprzedzeniem! Nic nie trwa wiecznie (poza moją miłością do Henryka H:).

Po piąte, też niedawno i równie przypadkowo, uświadomiłam sobie, iż w języku rosyjskim są już trzy nowe powieści Akunina, w tym dwa kolejne tomy cyklu o Fandorinie i jeden o Fandorinowym wnuku. Gdyby przypadkiem zabłąkał się tu ktoś z wydawnictwa Świat Książki, to chciałabym oznajmić, iż uważam to za skandal i mam nadzieję, że brak polskiego przekładu powyższych jest jeno chwilowym niedopatrzeniem, a nie stanem zamierzonym. No bo przecież nie zacznę się specjalnie rosyjskiego uczyć. Za stara już na to jestem.

Są to być może refleksje nieco chaotyczne i mało interesujące dla kogokolwiek poza mną, ale w końcu jestem u siebie:>

sobota, 14 stycznia 2012
Lubię Gloktę od pierwszego akapitu
Pracowity tydzień, nie było czasu na blogowanie. Przeczytałam w zeszły weekend następną Kamieńską (a raczej poprzednią, bo Płotki giną pierwsze w cyklu chronologicznie poprzedzają Śmierć i trochę miłości). Za wiele nowego do refleksji o pisarstwie Marininej dodać nie mogę, ale uważam za warte podkreślenia, że Płotki to pod każdym względem najlepsza z pięciu przeczytanych przeze mnie odsłon cyklu o przygodach leniwej analityczki z komputerem zamiast mózgu. Tak się wciągnęłam, że całość łyknęłam w niecałą dobę.
Nie polecam natomiast Obsydianowego serca Ju Honisch, którego pierwszy tom domęczyłam w tygodniu, a do drugiego wcale mi się nie śpieszy. Książka reklamuje się jako powieść gotycka z dozą czarnego humoru i szczyptą steampunku, ale im bardziej się w nią zagłębiałam, tym bardziej żadnego z tych elementów tam nie było.
Była nuda, przegadanie i chaos. Więcej w recce, jak już ją napiszę.

A, dostałam od Mikołaja jeszcze stówkę. I nie mogłam się oprzeć (a i zbyt mocno się nie starałam), by nie kupić 3 tomów trylogii Abercrombiego Pierwsze Prawo w oryginale. Książki przyszły w idealnym stanie, choć nie były opisane jako nowe, a kosztowały mnie wraz z wysyłką zawrotną sumę 66 PLN. Tak że: transakcja życia na początek roku:) Plus przyjemne z pożytecznym, bo strasznie dawno nie czytałam niczego po angielsku.
Stąd też tytuł notki, bo ledwo zdążyłam zacząć The blade itself, już polubiłam cyniczne komentarze inkwizytora Glokty:D
wtorek, 06 grudnia 2011
Barbarotti kontra Kamieńska
Tym razem w tym starciu wygrywa bohaterka Marininej (chyba tak to się odmienia, przynajmniej tak to czyni wydawca, ale to jeszcze o niczym nie przesądza:>). Śmierć i trochę miłości to, obok Zabójcy mimo woli, top czytanych przeze mnie przygód Anastazji K. Przy czym walorem jest - ponownie - nie tyle sama intryga kryminalna, co świetnie odmalowane tło socjologiczne i wiarygodne psychologicznie portrety bohaterów. Przy jednym zwrocie akcji, bardzo nie-książkowym, takim życiowym (ale nie w stylu Domu nad rozlewiskiem, tylko prawdziwego życia), autentycznie zbierałam szczękę z podłogi.
Natomiast najnowszy Barbarotti, czyli Drugie życie pana Roosa, trochę mnie rozczarował. Znaczy, był interesujący, ale do samego końca spodziewałam się strzelby, która, niestety, nie wypaliła. I, choć to rozwiązanie odbiegające od gatunkowego szablonu, poczułam się, delikatnie rzecz ujmując, trochę nabita w butelkę. Z czytanych przeze mnie książek Nessera tę oceniam najniżej, jakieś 6/10. Co nie znaczy, że nie warto.
 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka