Wpisy z tagiem: obyczajówka

sobota, 17 lutego 2018
anarchia sjurealizm moderna (Jarosław Kamiński, Tylko Lola)
Ten tekst musiał odczekać. Ta lektura musiała mi się ułożyć w głowie. W międzyczasie nadeszła - jak na zamówienie - dyplomatyczna awantura z polskimi obozami śmierci na cały świat, któremu władza wykrzykuje, że Polacy wyłącznie ratowali Żydów. A przecież to nie była prawda. Jaka była postawa większości, wymownie świadczy marzec '68 i brak szerokiej społecznej reakcji na wypędzanie polskich obywateli. Świadczy o tym także biografia głównej bohaterki powieści, Niny Molskiej, która dopiero przy okazji przed marcowych szykan dowiaduje się, że jest Żydówką i nazywa się Moel. Choć dla wszystkich dookoła było to oczywiste, ją rodzice przed tą wiedzą całe życie chronili. A gdyby bycie Żydem w powojennej Polsce nie stanowiło balastu, po co by tak robili? Dlaczego zmienialiby nazwisko?

Tytułowa Lola w przedziwny sposób łączy ścieżki dwóch głównych bohaterek i naprzemiennych narratorek powieści. Lidii, starszej komunistki, która niegdyś była anarchistką, surrealistką, modernistką, a potem została funkcjonariuszką partyjną w TVP, wykorzystując znajomości scementowane na hiszpańskich barykadach. Oraz Niny, córki kuzyna Loli, młodej, naiwnej i egoistycznej dziewczyny, marzącej o karierze i przekonanej, że świat powinien się położyć u jej stóp tylko dlatego, iż ma na to ochotę. Z uwagi na uczucie, które łączyło ją z Lolą w czasach młodości, Lidia pomaga Michałowi, ojcu Niny, znaleźć po śmierci żony mieszkanie i pracę w Warszawie, a w końcu samej Ninie załatwia pracę prowadzącej młodzieżowy program w telewizji. Dziewczyna fizycznie przypomina jej Lolę, a tym samym krótki okres szczęścia, jaki Lidia przeżyła, kiedy były razem. By utrzymać to wspomnienie jak najdłużej, Lidia podejmuje coraz trudniejsze z moralnego punktu widzenia decyzje, gdyż władza znajduje nagle wroga publicznego w postaci Żydów. By represje nie spadły na Ninę, muszą dotknąć kogoś innego.

Wejście w lekturę Tylko Loli nie było prostą sprawą – początkowe partie pamiętnika Lidii z pewnych uzasadnionych powodów napisane są chaotycznym, wymagającym językiem, pozbawionym interpunkcji. To męczy i irytuje, choć sytuacja – również z pewnych uzasadnionych powodów – stopniowo ulega poprawie. Przetrwajcie ten początek, nie poddawajcie się, powalczcie trochę z oporną literacką materią, bo naprawdę warto. Tym bardziej, że fragmenty wspomnień Lidii przeplatają się z wersją Niny, już o wiele przystępniejszą językowo.
W nagrodę za wytrwałość dostaniecie przejmującą opowieść o miłości, historii, skrajnym egoizmie i bezwzględności systemu. Jak również o przewrotności losu. Bez Loli, nieprzypadkowo figurującej w tytule, nic z tego by się nie wydarzyło. Powstaje pytanie, czy tak dla obu bohaterek nie byłoby lepiej? Bo tak naprawdę Tylko Lola może być też interpretowana jako studium samotności jednostki, rozpaczliwego poszukiwania swojego miejsca w życiu. Nie jest łatwo nikomu: lesbijce, Żydówce, sierocie, wdowcowi, emigrantom dobrowolnym, tym wyjeżdżającym przymusowo ani tym, którzy zostają. Ale wszyscy próbują, każdy szuka swojego punktu odniesienia, czegoś, co nada kierunek dryfowi codziennego życia. To opowieść świadcząca o tym, że nie jest łatwo go znaleźć, a i nie warto kurczowo trzymać się jednego, odnalezionego w którymś momencie nieodwracalnie już minionej przeszłości. Choć, kto wie, może lepiej miniony niż żaden? Także wielość pytań, możliwych odpowiedzi  na nie, wariantów oceny działań bohaterów stanowi moim zdaniem wielką wartość dodaną tej prozy. Kilka tygodni po zakończeniu lektury sam powrót do niej myślą sprawia, że pytania i wątpliwości buzują na nowo. A to chyba najlepsze świadectwo, że mamy do czynienia z książką niebanalną, choć niewolną od wad (język erotycznych fantazji Lidii jest tak nieporadny, że aż w jakimś stopniu uroczy – ale skąd miała brać inne słownictwo?). Przynajmniej spróbujcie, bo nie będę się tym razem upierała, że to pozycja dla każdego.
sobota, 10 lutego 2018
Hrabia w hotelu (Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie)
Powieść Amora Towlesa rozpoczyna się fragmentem wiersza, który uratował życie jej głównemu bohaterowi. Gdyby nie autorstwo prorewolucyjnego Gdzie on teraz jest? z 1913 roku, hrabia Aleksander Iljicz Rostow w roku 1922 zostałby przez Komisję Nadzwyczajną Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych bez żadnej wątpliwości skazany na śmierć za przynależność klasową. Ponieważ jednak wiersz napisał, skazano go na areszt domowy w moskiewskim Hotelu Metropol. Krok za próg – kula w łeb. Musiał oczywiście opuścić zajmowany od 1918 luksusowy apartament 317 i zadowolić się skromną klitką na poddaszu. Władza pewnie myślała, że trzydziestotrzyletni w chwili wydania wyroku Rostow nie wytrzyma w zamknięciu zbyt długo i problem sam się rozwiąże. Ale wytrzymał kolejne trzydzieści dwa lata. I o tym – w zasadzie – jest ta monumentalna powieść.
Już słyszę te jęki zawodu – co można robić w hotelu przez ponad trzydzieści lat, by czytelnik nie umarł z nudów, czytając ich opis? Z pewnością nie jest to pozycja dla zwolenników dynamicznej akcji. Podzielona na pięć części, z których każda stanowi pewien etap wewnętrznej ewolucji Rostowa, powieść – zdaniem samego autora – przypomina diament leżący na boku. U podstawy jest on najszerszy, gdyż w początkowym okresie aresztu bohater eksploruje Metropol i odkrywa, że w tych czterech ścianach kryje się cały wielki świat, ukryty przed oczyma przelotnych bywalców. Po zbadaniu infrastruktury hrabia nawiązuje bliższe stosunki, które z czasem nabierają charakteru głębokiej przyjaźni, z pracownikami obsługi. Wykorzystując wrodzone predyspozycje do rozsadzania gości przy stole, zostaje kierownikiem sali w prestiżowej restauracji Bojarska. Nowa władza, z którą kolejne państwa stopniowo nawiązują stosunki dyplomatyczne, widząc, że nigdzie się ona nie wybiera, także postanawia wykorzystać obycie towarzyskie i znajomość języków obcych Rostowa, który musi szkolić jej wysokiego funkcjonariusza. To jedna warstwa. Najbardziej powierzchowna.
Ale są i inne. Pod względem psychologicznym Rostow musi zaakceptować nową sytuację, a następnie się do niej dostosować, co nie przychodzi mu łatwo, choć dla postronnych przywdziewa maskę stoika, tytułowego dżentelmena, niezachwianego wobec przeciwności losu. Nie potrafi uciec przed wspominaniem przeszłości, którą zresztą systematycznie przypominają mu wizyty przyjaciela z lat studenckich, obecnie gorliwego zwolennika zwycięskich bolszewików. Wspominki jednak nie wystarczą, nowemu życiu, poza codzienną rutyną, trzeba nadać jakiś sens. I tu przewrotny los zdaje się sprzyjać hrabiemu, gdyż stawia na jego drodze dziewczynkę i kobietę, które wydatnie mu w tym pomogą.
Jest to opowieść nie tylko o starym, które, chcąc nie chcąc, ustępuje nowemu, starając się ocalić jak najwięcej własnych wartości i zrozumieć, jakie wady dawnej epoki przyczyniły się do tryumfu rewolucji. To także pisana mimochodem i na marginesach kronika historii ZSRR (braki w hotelowej kuchni skądś się biorą, a porządek dziobania w partii podlega stałym zmianom, dostrzegalnym przy ustalaniu, kto gdzie będzie siedział na przyjęciach w prywatnej sali restauracji Bojarska). A przede wszystkim subtelna, pełna ciepła, humoru i wzruszeń historia o przyjaźni, miłości i przywiązaniu, które sprawiają, że cztery ściany domowego aresztu wystarczą za cały wielki i szczęśliwy świat. Do czasu, gdy w imię miłości trzeba będzie podjąć wielkie ryzyko i opuścić bezpieczne schronienie w Metropolu. Ku temu momentowi leżący na boku diament, jakim jest narracyjna struktura tej historii, systematycznie się zawęża.
Diamentowa metafora Towlesa, którą wyczytałam w wywiadzie dotyczącym powieści, dostępnym na jego stronie internetowej (po angielsku), idealnie pasuje do moich odczuć w trakcie lektury – Dżentelmen w Moskwie zaskoczył mnie i oczarował na podobieństwo fasetowanego diamentu,  tym bardziej że w ogóle nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. A dostałam prawdziwą literacką ucztę, wykwintną i zróżnicowaną jak menu restauracji Bojarska w Metropolu. Takie książki trafiają się rzadko, ale to dobrze, bo można je bardziej docenić. Nie przegapcie!
sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
piątek, 22 grudnia 2017
Niełatwo być tchórzem (Julian Barnes, Zgiełk czasu)
Bohaterstwo jest znacznie łatwiejsze. Żeby być bohaterem, trzeba wykazać się tylko chwilą odwagi – kiedy wyciąga się broń, zrzuca bombę, wciska przycisk detonatora, likwiduje się dyktatora, a także samego siebie. Tchórzostwo zaś to kariera na całe życie. Nigdy nie można się odprężyć. Należy umieć przewidzieć następną sytuację, kiedy trzeba się będzie usprawiedliwiać, wahać, płaszczyć, zapoznać na nowo ze smakiem butów i stanem swojej nędznej upadłej duszy. Tchórzostwo wymaga nieustępliwości, wytrwałości, niechęci do zmiany – co w pewien sposób czyni z niego rodzaj odwagi. Uśmiechnął się do siebie i zapalił kolejnego papierosa. Jeszcze potrafił czerpać przyjemność z poczucia ironii.

Zaczynając lekturę tej kameralnej powieści, której początkowe partie bezwzględnie odsiewają odbiorców oczekujących klasycznej i przystępnej narracji, nie wiedziałam o Dymitrze Szostakowiczu niczego poza tym, że istniał i był kompozytorem. Zapewne inaczej podchodzą do Zgiełku czasu osoby znające jego muzykę i życiorys, ale czy wtedy lektura jest bardziej satysfakcjonująca, tego już nie jestem taka pewna.
Dla laika wszystko tutaj będzie nowe i zaskakujące, od druzgocącej recenzji Lady Makbet mceńskiego powiatu począwszy, a na osobistym telefonie Stalina skończywszy. Laik zamiast wielkiego kompozytora zobaczy przede wszystkim człowieka – obdarzonego genialnym talentem i zarazem słabym charakterem. Zdominowanego przez matkę, marzącego tylko o tym, by jego muzyka była wykonywana, a jego najbliżsi byli bezpieczni. Są to pragnienia niewygórowane, które łatwo zrozumieć i trudno potępić jedynie z tego powodu, że miejsce i czas, w których Szostakowiczowi przyszło żyć i tworzyć, za ich realizację wymagały niebotycznie wysokiej ceny.
Trójdzielna kompozycja utworu nie jest przypadkowa – mamy tu dramat w trzech aktach, a w każdym z nich, symbolizowanym przez innych środek lokomocji, bohater coś traci, by przetrwać. Najpierw szacunek do samego siebie, bo doskonale wie, że zdradziłby przyjaciela i protektora nawet i bez tortur, by ocalić życie, własne i rodziny. Nie musiał tego zrobić jedynie dzięki przypadkowi. Potem poważanie na świecie, gdy podczas międzynarodowego kongresu mówi tylko to, czego od niego oczekuje władza. A na koniec resztki godności, gdy – już po śmierci wielkiego wodza – ostatecznie sprzedaje duszę jego następcy, ustępuje z ostatniej wewnętrznej reduty. Wstępuje do partii.
Potępienie jest reakcją łatwą i kuszącą, tym bardziej że bohater sam sobą pogardza. Jednak pisarski kunszt, z jakim Barnes oddaje wewnętrzne zmagania Dymitra, oddala od ferowania łatwych wyroków. Pozwala na spojrzenie z innej perspektywy, z której każda kolejna decyzja kompozytora jawi się jako nieuchronna konsekwencja jego poprzednich wyborów. A pierwszego z nich chyba nikt by nie potępił, bo bohaterami się nie rodzimy. Nie jest to powieść wybitna, ale niewątpliwie niebanalna, naszpikowana błyskotliwymi frazami, którymi można by się było delektować, gdyby tylko nie były tak gorzkie i tak prawdziwe.

Poczucie ironii ma też swoje granice. Nie można na przykład być ironicznym oprawcą; albo ironiczną ofiarą tortur. Tak samo nie można ironicznie wstąpić do partii. To jest albo szczere, albo cyniczne: innych możliwości nie ma. A osobie z zewnątrz może być obojętne, co wybraliśmy, bo jedno i drugie może uważać za godne pogardy. Młodszy on, stojący na skraju drogi, zobaczyłby na tylnym siedzeniu samochodu zgrzybiały stary słonecznik, już nie zwrócony ku słońcu stalinowskiej konstytucji, ale wciąż dążący ku niemu, wciąż przyciągany przez światło władzy.
Ironia, kiedy zatracasz jej poczucie, ścina się w sarkazm. I co z niej wtedy? Sarkazm to ironia, która straciła duszę.


I angażująca emocjonalnie jak rzadko która.

Czytajcie!
sobota, 09 grudnia 2017
Każdy kogoś stracił, ale trzeba żyć dalej (Łukasz Orbitowski, Exodus)
Zacznę od tego, że lubiłam czytać Orbitowskiego, zanim to było modne. Czyli w czasach, kiedy pisał fantastykę, od której od dobrych paru lat dość mocno się odcina (co jest o tyle ciekawym paradoksem, że dopiero ostatnio udało mu się zdobyć nagrodę fandomu, za opowiadanie/słuchowisko Wywiad z Borutą, napisane wspólnie z Michałem Cetnarowskim w ramach projektu Legendy polskie, które można pobrać za darmo tutaj, także w wersji audio). Nie chwaląc się, już dawno, bo w maju 2009 roku, postulowałam, by od fantastyki odszedł, gdyż zaczyna ciągnąć jego pisanie w dół i stanowić zbędny balast. Po raz kolejny Łukasz Orbitowski ściga się sam ze sobą, sprawdzając, czy potrafi napisać coś jeszcze bardziej przytłaczającego niż dotychczas - tak z kolei pisałam w recenzji Szczęśliwej ziemi i myśl ta w dalszym ciągu pozostaje aktualna w przypadku Exodusu. W najnowszym wpisie blogowym, datowanym na 4 grudnia 2017 roku, autor napisał rzecz kluczową dla interpretacji jego najnowszej powieści: A potem, przy najnowszej książce, zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.

Przeczytawszy, mogę potwierdzić, że jest to prawda. Exodus to pierwsza powieść Orbitowskiego całkowicie wolna od elementów fantastycznych. Nawet w Innej duszy, która ukazała się w serii Na F/aktach, się one pojawiały, w widzeniach Jędrka, który zresztą jest wspominany przez jednego z bohaterów Exodusu. Tu ich nie ma. I teraz okaże się, że jestem osobą, której nie sposób zadowolić. Dostałam, czego chciałam od lat – czystą powieść obyczajową autora. I znowu mam jakieś ale. Zanim jednak o nich, co nieco o powieściowej materii.

Jest to historia ucieczki Jana, podzielonej na cztery etapy, a każdemu z nich patronuje inny typ osobowości – choleryk, melancholik, flegmatyk i sangwinik. Startujemy z Warszawy, uciekamy w popłochu, palimy za sobą wszystkie mosty. Jan czyści konta bankowe, niszczy karty, spuszcza w kiblu komórkę. Zasadnie przypuszczamy, iż zrobił coś bardzo złego. Na kolejnych etapach swojej Księgi wyjścia bohater szuka zapomnienia w alkoholu i balandze (to w Berlinie), szuka odkupienia w pracy na rzecz potrzebujących (to w słoweńskim obozie dla uchodźców Imagine), porzuca wszelką aktywność i z rezygnacją poddaje się swojemu losowi (to bezdomność i żebranina w Lublanie), a w końcu próbuje mimo wszystko zacząć od nowa i zapomnieć o przeszłości, co jednak nie będzie mu dane (to głównie na greckiej wyspie Salaminie). W międzyczasie, w każdym rozdziale, powraca jak refren stopniowo rozwijany opis zdarzenia, od którego droga Jana się zaczęła, praprzyczyny, punktu zapalnego. A w bieżący wątek opowieści autor wplata retrospekcje z życia bohatera sprzed. I, niestety, ta część – wraz z zagadką: co takiego zmusiło Jana do porzucenia swojego życia? – to według mnie jedyna część udana. A przynajmniej jedyna, która mnie jako odbiorcę interesowała i emocjonalnie angażowała. Cała reszta, w której bohater beznadziejnie się miotał, była, nie ukrywajmy, głównie męcząca, a sporymi fragmentami także dość groteskowa. Z wyłączeniem części ostatniej, greckiej i sangwinicznej, gdzie wszystko było już w zasadzie wyjaśnione. I tu jednak nie zabrakło zwrotu akcji niczym z greckiej – a zatem dopasowanej do scenerii - tragedii. Szczęściem, autor nie zdecydował się na wariant scenariusza pozornie oczywisty, a dla bohatera bardzo kuszący, gdyż to już pogrzebałoby książkę w sposób ostateczny. Kazał Janowi wrócić do punktu wyjścia i zmierzyć się z prawdą, przed którą próbował on uciec.

Celowo nie piszę, o czym jest ta powieść, choć mocno utrudnia mi to jej krytyczne recenzowanie. Jak sam autor sygnalizuje w przytoczonym wyżej fragmencie bloga – wziął tym razem na warsztat chyba najgorszą tragedię, jaka może się przydarzyć człowiekowi. Ale mimo pieczołowitego konstruowania formy opowieści, dobierania intrygujących dekoracji, które pewnie dadzą mu uznanie krytyków i kolejne branżowe nagrody – nie zdołał tchnąć w nią, a przynajmniej w większą jej część, ducha. A emocje dla tej historii są kluczowe. Muszę zastrzec, że wiele zależy tu zapewne od indywidualnego odbioru każdego czytelnika. Wy, być może, będziecie zachwyceni. Ja jestem głównie rozczarowana, że autor, w którego wierzyłam, nie udźwignął swojego projektu. Widać jednak potwory były łatwiejsze niż czysta groza prawdziwego życia. Ale czytajcie i oceńcie sami.

sobota, 18 listopada 2017
Wszystkie negry chodzą w koło (Marlon James, Księga nocnych kobiet)
Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. W takie koło jak słońce, w takie jak księżyc, jak złe nowiny, co zdają się przebrzmiałe, ale zawsze wrócą. Kobiety pracują wokół słońca, a śpią wokół księżyca, czasem pracują wokół jednego i drugiego, zwłaszcza w czas żniw. Innym razem kobiety czekają na księżyc, czy pękaty będzie od krwi i wzniesie się nisko nad Górami Błękitnymi. To byłaby pora, którą rządzi Sasa, Asaase Jaa, Ogun i inni zapomniani bogowie.

Jest jednak taka negra na plantacji trzciny cukrowej w majątku Montpelier na Jamajce, która długo zrozumieć tego nie chce. Pewnie dlatego, że krew u niej nie do końca czarna. Można to poznać po oczach, które u Lilit zielone jak szmaragdy, co u prawdziwych negrów się nie trafia. Zanim się dowie, że jej mama i tata nie z jej krwi, już wie, że chce czegoś więcej niż inne niewolnice. Nie chce pracować w polu, nie chce oddawać się batowym. Chce i potrafi walczyć. Pierwsze odruchowe, paniczne zwycięstwo sprawia, że dziewczyna – zamiast do pracy w polu – trafia do piwnicy majątku i pod opiekę głównej domowej niewolnicy, Homer. Ale status domowej niewolnicy to dla niej za mało, Lilit uważa się za lepszą od innych i myśli, że może zakochać się w białym, w massa. A ten będzie jej księciem, którego widywała w dzieciństwie na ilustracji wydartej z jakiejś książki, obudzi ją ze snu służby i zabierze do prawdziwego życia.
Okrutnej, bezwzględnej lekcji udzieli Lilit rzeczywistość. Zakpi z niej na najróżniejsze sposoby, wychłoszcze nie tylko dosłownie, choć bata i innych bolesnych atrakcji krnąbrnej dziewczynie nie zabraknie. Pokaże, że domieszka białej krwi to nie tylko o wiele za mało, by być białym. To także za wiele, by być czarnym. Lilit nigdzie poza własną duszą nie będzie u siebie. Powieść Marlona Jamesa Księga nocnych kobiet to przejmujący wyimek z pełnej smutnych i beznadziejnych powtórek historii jamajskiego niewolnictwa, ale o jej sile stanowi kreacja głównej bohaterki. Niezwykły indywidualizm i wiarygodność jej świadectwa, wybrzmiewającego tak mocno głównie z uwagi na językową odrębność, którą według mnie w sposób fenomenalny oddał w swoim przekładzie Robert Sudół. To język sprawia, że od pierwszych zdań tej historii, choć jeszcze większość przerażających wydarzeń przed nami, na plecach mamy ciarki. Jednocześnie przykuwa nas do tekstu niczym łańcuch niewolnika, nie pozwalając na oderwanie się od tej smutnej i dramatycznej opowieści. Gdyby nie formuła narracji, byłaby to pewnie kolejna opowieść, jakich wiele. O okrutnym, ale oklepanym już i przez to oswojonym jako coś znanego, losie ludzi, których kolor skóry strącił na sam dół społecznej drabiny. Którzy raz po raz próbują wejść wyżej i mimo wielokrotnego strącania nie rezygnują, choć szczeble drabiny śliskie, bo wielokrotnie spłynęły krwią ich pokonanych przodków.
Tutaj jednak dostajemy coś więcej, razem z Lilit w sposób osobisty i dogłębny przeżywamy kolejny cykl, ale mocno i bez znieczulenia. Bo dla nas, jak dla niej, jest on pierwszym, choć nie ostatnim. Znakomita powieść, jedna z najlepszych, jakie przeczytałam w tym roku, choć tylko dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach. Kilka razy myślałam, że nie zdołam skończyć. Takie lektury się odchorowuje. Mimo to – a może właśnie dlatego – gorąco polecam.

Wszystkie negry chodzą w koło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Inna sprawa, że czasem to koło do białego należy, nie do negra, a w tym białym kole są i góry, i doliny, i rzeczy, co biały mówi, a znaczą co innego. Czarny otwiera oczy, żeby znaleźć swoje koło, a ono się zaczyna kajdanami u jego szyi. Biały zatacza koło takie, jakie sobie wybierze. Wielu może sobie iść przed siebie, odejść, ale wielu też wraca tam, skąd wyszli. Inni w ogóle się nie ruszą. A jak negr wciągnięty w życie białego, to to samo koło zatacza.
wtorek, 24 października 2017
Odczucia mieszane z przewagą pozytywnych (Natalia Osińska, Fanfik)
Padłam ofiarą jakiegoś podstępnego wirusa, czemu zawdzięczam tydzień wolności od obowiązków służbowych i okazję do sięgnięcia po lżejszą lekturę. Fanfik, zbierająca pozytywne opinie współczesna odpowiedź na nienadążającą od dawna za duchem czasów Jeżycjadę, która ukazała się pod koniec ubiegłego roku, kusił mnie od dawna. Ostatecznym bodźcem była recenzja drugiego tomu, czyli Slasha, na Klonowych książkach. Nie zaszkodziła też przyjazna cena e-booka w abonamencie Nexto Premium, który przy okazji polecam waszej uwadze (nie jest to wpis sponsorowany, abonament mam od 21 maja 2017, kupiłam w tym czasie już 12 książek, w większości nowości, i zaoszczędziłam sporo pieniędzy, koszt abonamentu, 19,90 zł za rok, zwrócił się już przy drugiej książce).
Odczucia po lekturze odzwierciedla tytuł wpisu. Powieść jest dobra, o czym najlepiej świadczy, że przeczytałam ją w niecałą dobę mimo gorączki i niewyspania, a liczy stron 400. Wciąga, napisana jest stylem lekkim, ale bynajmniej nie głupawym, nieprzestylizowana i nieprzeładowana młodzieżowym slangiem. Licealiści mówią tu normalnie, jak ludzie, a nie bohaterowie czyjejś wizji pod tytułem "Jak porozumiewają się współczesne nastolatki", co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Jeśli zestawić bohaterów Osińskiej z bohaterkami Ma być czysto Anny Cieplak, dla mnie w konkurencjach naturalność i autentyczność wygrywają ci pierwsi. Wprawdzie główna bohaterka powieści Osińskiej, Tosia Graczyk, to introwertyczna outsiderka, żyjąca w świecie musicalowych tekstów i internetowych fanfików, którą ciężko uznać za typową reprezentantkę szkolnej społeczności nawet przy maksimum dobrej woli i bez wiedzy, że jest też psychologicznie chłopcem uwięzionym w ciele dziewczyny, ale z odczuciami się nie dyskutuje. Towarzyszymy zatem Tosi w przełomowym wydarzeniu, jakim jest odkrycie prawdziwej tożsamości. Warunki brzegowe nie są łatwe - bohaterka jest półsierotą wychowywaną przez apodyktyczną ciotkę Idalię i wycofanego ojca Marcina, który opiekę nad dzieckiem ceduje ochoczo na szwagierkę, poświęcając maksimum czasu i energii pracy w swojej firmie budowlanej. Tosia, co trzeba zaznaczyć niekoniecznie na usprawiedliwienie ojca, nie jest dzieckiem łatwym: ma za sobą próbę samobójczą, bierze kapsułki szczęścia, a od rzeczywistości izoluje ją chemiczny obłok obojętności. W pewnym momencie nadużywane kapsułki kończą się zbyt szybko, co zbiega się z corocznym wyjazdem ciotki do nadmorskiego spa. Pojawienie się w szkole nowego ucznia, Leona, który okazuje Tosi życzliwość i przyjaźń, także ułatwia dojście do głosu jej prawdziwego ja.
Poruszenie w powieści dla młodzieży problemów transseksualizmu jest zabiegiem ciekawym i niewątpliwie potrzebnym, tym bardziej że Osińskiej udaje się to zrobić w wyważony sposób, bez dydaktyzmu i przerysowań oraz popadania w tanią sensacyjność, choć z pewnymi koniecznymi z uwagi na powieściową formułę uproszczeniami. Jedyne, czego totalnie nie kupiłam, to w miarę bezproblemowa akceptacja przemiany Tosi w Tośka przez społeczność szkolną (tak klasową, jak i grono pedagogiczne, które gładko i bez sprzeciwu zaczyna szanować wybór uczennicy i zwracać się do niej, jeśli już nie z zastosowaniem męskiej końcówki gramatycznej, to po prostu po nazwisku, dogodnie takim samym w formie męskiej i żeńskiej). Jeden prześmiewczy wierszyk na lekcji polskiego i gwałtowniejsza reakcja jednej osoby, mająca zresztą nieco szersze uzasadnienie, to mało śmieszny żart. Obawy Leona o bezpieczeństwo Tośka miały mocne podstawy i tak (mimo wszystko) gładko na pewno by to nie przebiegło w polskiej szkole. Niestety, nie jest to jedyne moje zastrzeżenie, i nawet nie najważniejsze. Autorka włożyła w fabularny barszcz za dużo problemowych grzybów i po prostu przedobrzyła.
UWAGA, dla sformułowania dalszej części zastrzeżeń do powieści nieodzowne są spoilery! Jeszcze gorsze niż te minimalne, niezbędne do tej pory. Nie chcesz wiedzieć więcej, nie czytaj dalej!
Gdyż Leon okazuje się gejem, ukrywającym swoją orientację przed szkolną społecznością. To jeszcze byłoby do zaakceptowania, zwłaszcza że taki był powód jego zainteresowania śliczną i niechętną romantycznym związkom Tośką. Ale czyniąc z Tośka homoseksualnego transseksualistę, autorka posunęła się moim zdaniem za daleko. Przyjaźń Tośka i Leona opisana jest świetnie, wprowadzenie do ich relacji komponentu romantycznego uważam za szkodliwe i niepotrzebne. Nie wątpię, że osoba transseksualna może być homo i hetero, jak każda inna, żeby była jasność. Ale ta kumulacja nie pomaga ani kreacji bohaterki,  ani fabule, ani szerzeniu świadomości o transseksualizmie, przynajmniej moim zdaniem.
Oraz, na litość dowolnych bogów, co to za akcja z tym fetyszem Leona na punkcie lakierów do paznokci? Czy on w głębi serca jest dziewczyną, czy to sugestia, że tego rodzaju ciągoty ma każdy gej? W każdym razie, w mojej ocenie, to totalne nieporozumienie i kolejny siejący zbędny ferment element, mówiąc najłagodniej.
Koniec strefy spoilerów!
Słowem, mogła to być o wiele lepsza książka, gdyby autorka podjęła nieco inne decyzje. Tak jest tylko niezła i w wielu kluczowych miejscach sama sobie podcina skrzydła. Ale uważam, że sięgnąć warto.
czwartek, 12 października 2017
Krótko i ciszej nad tą trumną (Edward St Aubyn, Patrick Melrose. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja)
Dałam się namówić tym wszystkim zapiewajłom na pierwsze 3 tomy losów Patricka Melrose'a. Nie była to dobra decyzja. Książka mimo epatowania okropnościami rozmaitego autoramentu (kazirodczy gwałt na pięciolatku, który uszkadza tego pięciolatka tak bardzo, że jeszcze 17 lat później żadna ilość narkotyków nie wystarczy, by mógł się znieczulić na rzeczywistość) i bycia och, ach, niemalże autobiografią autora jest przede wszystkim nudna jak cholera. Totalne nieporozumienie. Ostrzegam, bo jakoś na dniach wychodzi druga część, więc pewnie marketingowcy znowu rozstawią sidła. Nie wpadnijcie w nie. Spędziłam tydzień, szukając jakiegoś samorodka w kupie kompostu, którą można by streścić Szlachta nie pracuje, a nuda prowadzi do wszelkiego rodzaju zwyrodnień i jest niebezpieczna dla zdrowia fizycznego, psychicznego oraz życia rodzinnego. Trud mój nie został uwieńczony sukcesem, znalazłam co najwyżej kilka bon-motów. Plon nieproporcjonalny do mozołu, z jakim brnęłam przez - niedługie w sumie - zbiorcze wydanie trzech minipowieści. W zasadzie tytuł pierwszej i drugiej części pasuje niemal idealnie do moich czytelniczych odczuć, natomiast nawet w teoretycznie katartycznej części trzeciej nadziei nie dostrzegłam nijakiej, jeno gniazdo smutnych, snobistycznych żmij. Całość zatytułowałabym raczej Wiele hałasu o nic, a nawet Rzecz o niczym.
sobota, 23 września 2017
Możesz próbować ucieczki, ale Amgash zabierzesz wszędzie ze sobą (Elisabeth Strout, Mam na imię Lucy)

Mieszkaliśmy w dolinie Sauk, gdzie można ruszyć przed siebie i dojrzeć najwyżej jeden albo dwa domy otoczone polami. Jak już wspomniałam, obok naszego nie stał żaden. Żyliśmy wśród ciągnących się po horyzont łanów kukurydzy i soi, a za horyzontem była świńska farma Pedersonów. Pośrodku pola kukurydzy rosło drzewo. Uderzała nas jego surowość. Przez wiele lat uważałam je za przyjaciela. Było moim przyjacielem. Nasz dom stał przy bardzo długiej polnej drodze nieopodal Rock River i kilku drzew chroniących pola kukurydzy przed wiatrem. Nie mieliśmy w pobliżu żadnych sąsiadów. Nie mieliśmy też telewizora, gazet, czasopism ani książek. 

 Tak dorastała Lucy Barton, jedna z trójki rodzeństwa, jedyna, której – dzięki ciężkiej pracy i wrodzonej inteligencji – udało się wyrwać z małego miasteczka i szponów społecznego ostracyzmu, jaki otaczał jej ubogą rodzinę. Być może odniosła sukces także dlatego, że zimą po lekcjach dobrowolnie zostawała w szkole, żeby nie marznąć, gdyż w jej własnym domu było bardzo zimno. W pustej klasie mogła skupić się na nauce i odrabianiu prac domowych. Od samotności uciekała w książki i marzyła o zostaniu pisarką. Dostała pełne stypendium na uczelni na przedmieściach Chicago, gdzie poznała swojego przyszłego męża. A jednak ciągle towarzyszył jej strach, że przez swoje luki w wiedzy o kulturze masowej zostanie zdemaskowana jako nieprzynależąca do studenckiej braci. Najbardziej bała się mimo wszystko czego innego:

Pamiętam jedno. Kiedy przyjechałam do domu na Święto Dziękczynienia, w nocy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że moje życie na uczelni to tylko sen. Bałam się, że po przebudzeniu znów utknę w tym domu i zostanę w nim na zawsze, a wydawało mi się to nie do zniesienia. Pomyślałam: nie, i powtarzałam to słowo w myślach tak długo, że w końcu zasnęłam.

Ten strach zatruwał jej każdy sukces, mącił każdą satysfakcję.

 Strout proponuje tym razem wyjątkowo przejmującą historię, być może nawet lepszą niż Olive Kitteridge, choć pod wieloma względami bardzo do niej podobną. Kameralną, rozgrywającą się – poza retrospekcjami – głównie w szpitalnej sali, gdzie protagonistka zmuszona jest z nie do końca jasnej przyczyny walczyć o życie przez dziewięć długich tygodni. Nas interesuje jednak głównie kilka dni, gdy przy łóżku Lucy czuwa matka. Opowiada córce różne historie o ludziach  z rodzinnego miasteczka, które wywołują u niej refleksje i wspomnienia na co dzień pieczołowicie spychane na margines świadomości.

Jest to opowieść o zasłużenie  spełnionych marzeniach, których słodycz zatruwa poczucie zdrady. Odcięcie się od korzeni i od trudnej przeszłości nie udaje się Lucy do końca, a wszelkie prywatne niepowodzenia kobieta postrzega jak zasłużoną karę za to, że zerwała więzi z rodziną, wybierając miłość do męża. Za swój wstyd. Za to, że matka nigdy nie okazywała jej miłości. Lucy jest skonfliktowana wewnętrznie, dręczy ją paradoksalna potrzeba, by matka, która nie walczyła o swoją obecność w jej dorosłym życiu, a w dzieciństwie nie wywiązywała się ze swojej roli, okazała jej zainteresowanie i uznanie. W głębi serca, nawet już jako odnosząca sukcesy nowojorska pisarka, Lucy na zawsze pozostaje dzieckiem z Amgash, które szukało ciastek w śmietniku za cukiernią i w Święto Dziękczynienia chodziło na obiad dla ubogich.

Przecież styl to treść – mówi w pewnym momencie Lucy swojemu przelotnemu kochankowi, malarzowi i snobowi. I taka też jest proza Strout, tym bardziej przejmująca i bardziej trafiająca w sedno, im bardziej pozbawiona ozdobników i lapidarna. Zupełnie jak życie.

niedziela, 02 lipca 2017
Lato z kryminałem 2017 (1): M&M, czyli Marinina i Marwood
Życie po życiu to była Kamieńska ostatniej szansy. Albo będzie dobra, albo żegnam się z cyklem na zawsze, bo ostatnio przynosił same rozczarowania. Cóż, Marinina znowu zdołała przekonać mnie swoją historią, więc z Nastią się jeszcze spotkamy. Tym razem wydająca Kamieńską na emeryturze Czwarta Strona zdecydowała się przedstawić czytelnikom pierwszą sprawę byłej analityczki kryminalnej w sektorze prywatnym. W prowincjonalnym Tomilinie ktoś zamordował, w odstępie półrocznym, w przedziwny i identyczny sposób, dwie starsze panie. Jedna wracała z wieczoru artystycznego znanej aktorki, druga, emerytowana śledcza prokuratury, została znaleziona na budowie. Łączyła je przynależność do zaskakująco nowoczesnego klubu Złota Jesień, w którym emeryci mogli różnorodnie spędzać wolny czas, m.in. nauczyć się obsługi Internetu i nawiązywać za jego pośrednictwem korespondencyjne znajomości. Poza tym ofiary dzieliło w zasadzie wszystko, co było przyczyną ich wzajemnej antypatii. Połączyły je pośmiertnie rozbite lusterka na na piersiach i kolczyki wyrwane z uszu.
Nastia musi wyjaśnić, czy w rozpropagowanej przez miejscową gazetę teorii, zgodnie z którą zabójcą jest obłąkany potomek rodu Rumiancewów, dawnych właścicieli posiadłości zajmowanej przez klub Złota Jesień, tkwi ziarno prawdy. Klub to oczko w głowie miejscowego oligarchy, Andrieja Biegorskiego, zleceniodawcy agencji detektywistycznej Stasowa. Biegorski jest osobą skrajnie apodyktyczną, szybko jednak się przekona, że Nastia nie będzie tańczyła tak, jak on chciałby jej zagrać.
Życie po życiu to taki klasyczny kryminał w starym stylu, z zamkniętą pulą podejrzanych, wyizolowaną posiadłością i siecią wzajemnych powiązań między postaciami, typowych dla małego, prowincjonalnego miasteczka z zaimpregnowaną hierarchią społeczną. Działa to na korzyść intrygi, w ramach której Marinina po raz pierwszy od dość dawna pokazuje, że jeśli chce, potrafi skonstruować sensowną i wielowątkową zagadkę z niebanalnym, a jednak niewydumanym rozwiązaniem, nie uciekając się do wątpliwych chwytów, takich jak eugeniczne eksperymenty, czy wygodnych wytrychów w stylu wszechmocnych macek mafii. Oczywiście, jak zwykle, tworzy również galerię postaci o zróżnicowanych życiorysach, demonstrując przy okazji, jak rozmaicie przejście na emeryturę może wpłynąć na ludzki charakter. Dotyczy to także głównej bohaterki, która z trudem odnajduje się w nowej roli i uczy działać bez wsparcia autorytetu funkcjonariuszki stołecznego wydziału zabójstw.

Najmroczniejszy sekret to moja pierwsza powieść Alex Marwood, bo recenzje poprzednich sugerowały, że raczej nie przypadłyby mi one do gustu. W tym wypadku o sięgnięciu po książkę zdecydowała Facebookowa polecanka Wojciecha Chmielarza. I nie zawiodłam się, choć lektura była dla mnie dosyć paradoksalnym doświadczeniem. Głównie zapewne wzięło się to stąd, że wbrew marketingowej oprawie kryminał jest to jedynie przy okazji, a głównie powieść obyczajowa. W czym, rzecz jasna, nie ma nic złego, ale jednak zawartość rozmija się z oczekiwaniami. W każdym razie w centrum historii znajduje się zagadka zniknięcia dziecka sprzed dwunastu lat, a jej bohaterami są rodzina i przyjaciele Seana - dewelopera-psychopaty. Sean jest postacią skrajnie antypatyczną, zatem jego śmierć nie budzi wielkiego smutku nawet w jego dzieciach. I nic dziwnego - ciężko żałować faceta, który zmienia żony jak rękawiczki, bo jest zazdrosny, że zamiast koncentrować się wyłącznie na nim i pełnić rolę wdzięcznej bankietowej ozdoby, zaczynają poświęcać uwagę ich wspólnym dzieciom. Pogrzeb Seana, zmarłego w kompromitujących okolicznościach, staje się jednak okazją do spotkania jego rodzin z rożnych etapów życia. Milly, jego druga pod względem starszeństwa córka, wspomina przy tej okazji dzień zaginięcia swojej trzyletniej przyrodniej siostry Coco, tuż po 50. urodzinach Seana. Jak się okazuje, nie tylko ona powraca myślami do tych wydarzeń, a z mozaiki wspomnień całej grupy bohaterów Marwood komponuje przerażająco-fascynujący obraz, z którego w końcu wyłania się prawda o zniknięciu Coco, ale przede wszystkim ponura prawda o priorytetach ludzi przywykłych do przywilejów klasy wyższej. Składanie tej mozaiki w całość, dzięki przekonującym portretom psychologicznym bohaterów i wielości perspektyw narracyjnych, stale podtrzymuje zainteresowanie czytelnika, co jest o tyle paradoksalne, że z czysto formalnego punktu widzenia powieść przypomina polski film - w zasadzie niemal nic się w niej nie dzieje. Są jednak pozycje dowodzące, że akcja to nie wszystko, i ta się do nich zalicza.
 
1 , 2 , 3
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka