Wpisy z tagiem: obyczajówka

czwartek, 12 października 2017
Krótko i ciszej nad tą trumną (Edward St Aubyn, Patrick Melrose. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja)
Dałam się namówić tym wszystkim zapiewajłom na pierwsze 3 tomy losów Patricka Melrose'a. Nie była to dobra decyzja. Książka mimo epatowania okropnościami rozmaitego autoramentu (kazirodczy gwałt na pięciolatku, który uszkadza tego pięciolatka tak bardzo, że jeszcze 17 lat później żadna ilość narkotyków nie wystarczy, by mógł się znieczulić na rzeczywistość) i bycia och, ach, niemalże autobiografią autora jest przede wszystkim nudna jak cholera. Totalne nieporozumienie. Ostrzegam, bo jakoś na dniach wychodzi druga część, więc pewnie marketingowcy znowu rozstawią sidła. Nie wpadnijcie w nie. Spędziłam tydzień, szukając jakiegoś samorodka w kupie kompostu, którą można by streścić Szlachta nie pracuje, a nuda prowadzi do wszelkiego rodzaju zwyrodnień i jest niebezpieczna dla zdrowia fizycznego, psychicznego oraz życia rodzinnego. Trud mój nie został uwieńczony sukcesem, znalazłam co najwyżej kilka bon-motów. Plon nieproporcjonalny do mozołu, z jakim brnęłam przez - niedługie w sumie - zbiorcze wydanie trzech minipowieści. W zasadzie tytuł pierwszej i drugiej części pasuje niemal idealnie do moich czytelniczych odczuć, natomiast nawet w teoretycznie katartycznej części trzeciej nadziei nie dostrzegłam nijakiej, jeno gniazdo smutnych, snobistycznych żmij. Całość zatytułowałabym raczej Wiele hałasu o nic, a nawet Rzecz o niczym.
sobota, 23 września 2017
Możesz próbować ucieczki, ale Amgash zabierzesz wszędzie ze sobą (Elisabeth Strout, Mam na imię Lucy)

Mieszkaliśmy w dolinie Sauk, gdzie można ruszyć przed siebie i dojrzeć najwyżej jeden albo dwa domy otoczone polami. Jak już wspomniałam, obok naszego nie stał żaden. Żyliśmy wśród ciągnących się po horyzont łanów kukurydzy i soi, a za horyzontem była świńska farma Pedersonów. Pośrodku pola kukurydzy rosło drzewo. Uderzała nas jego surowość. Przez wiele lat uważałam je za przyjaciela. Było moim przyjacielem. Nasz dom stał przy bardzo długiej polnej drodze nieopodal Rock River i kilku drzew chroniących pola kukurydzy przed wiatrem. Nie mieliśmy w pobliżu żadnych sąsiadów. Nie mieliśmy też telewizora, gazet, czasopism ani książek. 

 Tak dorastała Lucy Barton, jedna z trójki rodzeństwa, jedyna, której – dzięki ciężkiej pracy i wrodzonej inteligencji – udało się wyrwać z małego miasteczka i szponów społecznego ostracyzmu, jaki otaczał jej ubogą rodzinę. Być może odniosła sukces także dlatego, że zimą po lekcjach dobrowolnie zostawała w szkole, żeby nie marznąć, gdyż w jej własnym domu było bardzo zimno. W pustej klasie mogła skupić się na nauce i odrabianiu prac domowych. Od samotności uciekała w książki i marzyła o zostaniu pisarką. Dostała pełne stypendium na uczelni na przedmieściach Chicago, gdzie poznała swojego przyszłego męża. A jednak ciągle towarzyszył jej strach, że przez swoje luki w wiedzy o kulturze masowej zostanie zdemaskowana jako nieprzynależąca do studenckiej braci. Najbardziej bała się mimo wszystko czego innego:

Pamiętam jedno. Kiedy przyjechałam do domu na Święto Dziękczynienia, w nocy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że moje życie na uczelni to tylko sen. Bałam się, że po przebudzeniu znów utknę w tym domu i zostanę w nim na zawsze, a wydawało mi się to nie do zniesienia. Pomyślałam: nie, i powtarzałam to słowo w myślach tak długo, że w końcu zasnęłam.

Ten strach zatruwał jej każdy sukces, mącił każdą satysfakcję.

 Strout proponuje tym razem wyjątkowo przejmującą historię, być może nawet lepszą niż Olive Kitteridge, choć pod wieloma względami bardzo do niej podobną. Kameralną, rozgrywającą się – poza retrospekcjami – głównie w szpitalnej sali, gdzie protagonistka zmuszona jest z nie do końca jasnej przyczyny walczyć o życie przez dziewięć długich tygodni. Nas interesuje jednak głównie kilka dni, gdy przy łóżku Lucy czuwa matka. Opowiada córce różne historie o ludziach  z rodzinnego miasteczka, które wywołują u niej refleksje i wspomnienia na co dzień pieczołowicie spychane na margines świadomości.

Jest to opowieść o zasłużenie  spełnionych marzeniach, których słodycz zatruwa poczucie zdrady. Odcięcie się od korzeni i od trudnej przeszłości nie udaje się Lucy do końca, a wszelkie prywatne niepowodzenia kobieta postrzega jak zasłużoną karę za to, że zerwała więzi z rodziną, wybierając miłość do męża. Za swój wstyd. Za to, że matka nigdy nie okazywała jej miłości. Lucy jest skonfliktowana wewnętrznie, dręczy ją paradoksalna potrzeba, by matka, która nie walczyła o swoją obecność w jej dorosłym życiu, a w dzieciństwie nie wywiązywała się ze swojej roli, okazała jej zainteresowanie i uznanie. W głębi serca, nawet już jako odnosząca sukcesy nowojorska pisarka, Lucy na zawsze pozostaje dzieckiem z Amgash, które szukało ciastek w śmietniku za cukiernią i w Święto Dziękczynienia chodziło na obiad dla ubogich.

Przecież styl to treść – mówi w pewnym momencie Lucy swojemu przelotnemu kochankowi, malarzowi i snobowi. I taka też jest proza Strout, tym bardziej przejmująca i bardziej trafiająca w sedno, im bardziej pozbawiona ozdobników i lapidarna. Zupełnie jak życie.

niedziela, 02 lipca 2017
Lato z kryminałem 2017 (1): M&M, czyli Marinina i Marwood
Życie po życiu to była Kamieńska ostatniej szansy. Albo będzie dobra, albo żegnam się z cyklem na zawsze, bo ostatnio przynosił same rozczarowania. Cóż, Marinina znowu zdołała przekonać mnie swoją historią, więc z Nastią się jeszcze spotkamy. Tym razem wydająca Kamieńską na emeryturze Czwarta Strona zdecydowała się przedstawić czytelnikom pierwszą sprawę byłej analityczki kryminalnej w sektorze prywatnym. W prowincjonalnym Tomilinie ktoś zamordował, w odstępie półrocznym, w przedziwny i identyczny sposób, dwie starsze panie. Jedna wracała z wieczoru artystycznego znanej aktorki, druga, emerytowana śledcza prokuratury, została znaleziona na budowie. Łączyła je przynależność do zaskakująco nowoczesnego klubu Złota Jesień, w którym emeryci mogli różnorodnie spędzać wolny czas, m.in. nauczyć się obsługi Internetu i nawiązywać za jego pośrednictwem korespondencyjne znajomości. Poza tym ofiary dzieliło w zasadzie wszystko, co było przyczyną ich wzajemnej antypatii. Połączyły je pośmiertnie rozbite lusterka na na piersiach i kolczyki wyrwane z uszu.
Nastia musi wyjaśnić, czy w rozpropagowanej przez miejscową gazetę teorii, zgodnie z którą zabójcą jest obłąkany potomek rodu Rumiancewów, dawnych właścicieli posiadłości zajmowanej przez klub Złota Jesień, tkwi ziarno prawdy. Klub to oczko w głowie miejscowego oligarchy, Andrieja Biegorskiego, zleceniodawcy agencji detektywistycznej Stasowa. Biegorski jest osobą skrajnie apodyktyczną, szybko jednak się przekona, że Nastia nie będzie tańczyła tak, jak on chciałby jej zagrać.
Życie po życiu to taki klasyczny kryminał w starym stylu, z zamkniętą pulą podejrzanych, wyizolowaną posiadłością i siecią wzajemnych powiązań między postaciami, typowych dla małego, prowincjonalnego miasteczka z zaimpregnowaną hierarchią społeczną. Działa to na korzyść intrygi, w ramach której Marinina po raz pierwszy od dość dawna pokazuje, że jeśli chce, potrafi skonstruować sensowną i wielowątkową zagadkę z niebanalnym, a jednak niewydumanym rozwiązaniem, nie uciekając się do wątpliwych chwytów, takich jak eugeniczne eksperymenty, czy wygodnych wytrychów w stylu wszechmocnych macek mafii. Oczywiście, jak zwykle, tworzy również galerię postaci o zróżnicowanych życiorysach, demonstrując przy okazji, jak rozmaicie przejście na emeryturę może wpłynąć na ludzki charakter. Dotyczy to także głównej bohaterki, która z trudem odnajduje się w nowej roli i uczy działać bez wsparcia autorytetu funkcjonariuszki stołecznego wydziału zabójstw.

Najmroczniejszy sekret to moja pierwsza powieść Alex Marwood, bo recenzje poprzednich sugerowały, że raczej nie przypadłyby mi one do gustu. W tym wypadku o sięgnięciu po książkę zdecydowała Facebookowa polecanka Wojciecha Chmielarza. I nie zawiodłam się, choć lektura była dla mnie dosyć paradoksalnym doświadczeniem. Głównie zapewne wzięło się to stąd, że wbrew marketingowej oprawie kryminał jest to jedynie przy okazji, a głównie powieść obyczajowa. W czym, rzecz jasna, nie ma nic złego, ale jednak zawartość rozmija się z oczekiwaniami. W każdym razie w centrum historii znajduje się zagadka zniknięcia dziecka sprzed dwunastu lat, a jej bohaterami są rodzina i przyjaciele Seana - dewelopera-psychopaty. Sean jest postacią skrajnie antypatyczną, zatem jego śmierć nie budzi wielkiego smutku nawet w jego dzieciach. I nic dziwnego - ciężko żałować faceta, który zmienia żony jak rękawiczki, bo jest zazdrosny, że zamiast koncentrować się wyłącznie na nim i pełnić rolę wdzięcznej bankietowej ozdoby, zaczynają poświęcać uwagę ich wspólnym dzieciom. Pogrzeb Seana, zmarłego w kompromitujących okolicznościach, staje się jednak okazją do spotkania jego rodzin z rożnych etapów życia. Milly, jego druga pod względem starszeństwa córka, wspomina przy tej okazji dzień zaginięcia swojej trzyletniej przyrodniej siostry Coco, tuż po 50. urodzinach Seana. Jak się okazuje, nie tylko ona powraca myślami do tych wydarzeń, a z mozaiki wspomnień całej grupy bohaterów Marwood komponuje przerażająco-fascynujący obraz, z którego w końcu wyłania się prawda o zniknięciu Coco, ale przede wszystkim ponura prawda o priorytetach ludzi przywykłych do przywilejów klasy wyższej. Składanie tej mozaiki w całość, dzięki przekonującym portretom psychologicznym bohaterów i wielości perspektyw narracyjnych, stale podtrzymuje zainteresowanie czytelnika, co jest o tyle paradoksalne, że z czysto formalnego punktu widzenia powieść przypomina polski film - w zasadzie niemal nic się w niej nie dzieje. Są jednak pozycje dowodzące, że akcja to nie wszystko, i ta się do nich zalicza.
wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
niedziela, 28 maja 2017
A jeśli amerykański sen to koszmar? (George Saunders, 10 grudnia)
Zbiór opowiadań George'a Saundersa, gwiazdkowy prezent od przyjaciółki, przeczytałam na początku miesiąca, ale potrzebowałam czasu, żeby go należycie przemyśleć,  i odpowiedniego nastroju, żeby sensownie o nim napisać. Do tej pory się nie składało, dopiero teraz podejmę próbę, z lekką obawą, czy niektóre refleksje mi nie uciekły. Ale teksty zawarte w 10 grudnia, niezależnie od ich oceny (bo wg mnie zbiór nie jest równy), mają na szczęście ważny wspólny mianownik - nie dają się łatwo zapomnieć.
Jest ich dziesięć, a każdy inny, ale generalnie mam wrażenie, że krótsze (z wyjątkiem genialnego Mojego rycerskiego fiaska) wypadają słabiej. Najbardziej podobały mi się te, gdzie autor dał sobie więcej miejsca na prezentację pomysłu i pozwolił ożyć bohaterom - bez wyjątku w jakiś sposób przegranym w wielkim życiowym wyścigu.  Choć i miniaturka Patyki, za pomocą prostego symbolu opisującą wieloletni rodzinny dramat, oddziałuje mocno na wyobraźnię. Nawet słabszy Saunders jest dobry, tyle wypada powiedzieć tytułem wstępu.
Nie ma chyba sensu pisać o wszystkich opowiadaniach, jak początkowo zamierzałam, bo tym samym zaspoilerowałabym wam zbiór, a przecież nie to jest moim celem. Ograniczę się do mojego osobistego top 3 i paru ogólnych refleksji.

Ucieczka z Pajęczej Głowy to sf bliskiego zasięgu. Historia pokazująca, w jak drastycznym kierunku mógłby ewoluować system wymiaru sprawiedliwości pod auspicjami zasady humanitaryzmu. Mózgi skazańców są tu stymulowane kroplówkami, pozwalającymi osiągnąć w zasadzie dowolny efekt - od symulacji zakochania do całkowitej obojętności po odcięciu dopływu neurochemicznego dopalacza. Można poszerzyć obiektowi słownik, zmusić go do mówienia prawdy albo posłać w otchłań rozpaczy. Cele są słuszne, ale procedura badawcza ma dosyć rygorystyczne wymogi. I dramatyczne koszty uboczne.  Jest to też jeden z tekstów najlepiej pokazujących językową maestrię Saundersa (i tłumacza Michała Kłobukowskiego), który sprawnie i płynnie posługuje się rozmaitymi stylizacjami, co pozwala mu osiągać znakomite, kontrastowe efekty.

Dziewczęta z Sempliki to z kolei dziennik (stroną formalną tekstów Sauders żongluje równie swobodnie jak warstwą językową) sfrustrowanego czterdziestolatka - dobrego męża i ojca, chcącego zapewnić żonie i dzieciom społeczne oznaki prestiżu. Starsza córka boleśnie odczuwa ubóstwo rodziny, czuje się gorsza od koleżanek. Przełomem w bezowocnych staraniach bohatera, by ją uszczęśliwić, okazuje się wygrana w zdrapkę. Nagrodę czuły ojciec inwestuje w żywą ozdobę ogrodową, czyniącą prozaiczne dotąd podwórko idealnym miejscem urodzinowej imprezy. Ale ma jeszcze drugą córkę, która z mechaniką tej ozdoby nie potrafi się pogodzić. Człowiek, który tylko chciał dobrze, porządny facet z najlepszymi intencjami, czy bezmyślny konformista, niezdolny przekazać dzieciom prawidłowej hierarchii wartości? Jak ocenić bohatera?

10 grudnia to mocny akcent końcowy, w którym autor kolejny raz posługuje się zestawieniem perspektyw dwójki skrajnie różnych bohaterów do opisania tych samych wydarzeń (podobny zabieg został wykorzystany w Zwycięskiej rundzie i w Szczeniaku).  Blady chłopiec z nieszczęsną grzywką komiksowego księcia i szczenięcym sposobem bycia zostaje współnarratorem i nieświadomym wybawcą terminalnie chorego człowieka, który zdecydował się popełnić samobójstwo, nim utraci resztki człowieczeństwa. A wszystko przez przypadek. I teraz czytelnikowi pozostaje ocenić, czy to faktycznie szczęśliwe zakończenie.

Bo tych w świecie Saudersa mamy zdecydowany deficyt. Mimo posługiwania się od czasu do czasu rekwizytorium sf autor pozostaje realistą aż do bólu. Jego Ameryka to Polska C. W takiej Ameryce wyborcze zwycięstwo Trumpa to nie tylko oczywistość. To dziejowa konieczność.  Przekład budził pewne kontrowersje (pod linkiem bardzo ciekawy artykuł na ten temat, polecam, ale dopiero po przeczytaniu zbioru), ale według mnie fragmenty przełożone genialnie przeważają nad drobnymi i w zasadzie pomijalnymi niezręcznościami.

Gorąco polecam. Zdecydowanie warto.
sobota, 25 marca 2017
Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja
W międzyczasie, w celu przełamania kryzysu satysfakcji czytelniczej, związanego z przednominacyjnym czytaniem polskiej fantastyki (i to akurat wtedy, kiedy jest tyle fajnych, przynajmniej potencjalnie, premier zagranicznych - Gaiman, Mitchell i wczorajsza świeżynka - nowe Akta Dresdena), sięgnęłam po kolejną powieść z cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Panaceum z tej Tany French, powiadam wam:)

Lustrzane odbicie (niedawno wznowione) to kolejne spotkanie ze znaną z debiutanckiej powieści irlandzkiej autorki detektyw Cassie Maddox. Po krachu operacji Westalka przeniosła się do obyczajówki, ale pewnego dnia jej chłopak, Sam, prosi ją o przyjazd na miejsce zabójstwa w pobliskim miasteczku Glenskehy. Wystarczy rzut oka na ofiarę, by detektyw zrozumiała, dlaczego była potrzebna. Kobieta ma jej twarz, a w zakrwawionej kieszeni dokumenty na nazwisko, którego Cassie używała, pracując kiedyś pod przykrywką w celu rozbicia siatki dilerów w Trinity College - Alex Madison. Jej dawny przełożony z Tajnych Operacji, Frank Mackey (postać również znana czytelnikom pozostałych powieści cyklu), nalega na śledcze wykorzystanie tego niesamowitego zbiegu okoliczności. Ponieważ policji brakuje jakichkolwiek tropów, w tym śladów fizycznych, Maddox ma się wcielić w ofiarę, udawać, ze przeżyła atak, i zinfiltrować grupkę przyjaciół dziewczyny z uczelni (wszyscy doktoryzują się z literatury angielskiej), mieszkającą wspólnie z Alex w odziedziczonym przez jednego z jej członków wielkim, nieco zaniedbanym domu na obrzeżach miasteczka. Złakniona operacyjnej adrenaliny, dawna gwiazda wydziału zabójstw podejmuje wyzwanie.
Koncept sobowtóra jest literacko bardzo ryzykowny, ale French świetnie sobie z nim radzi, drobiazgowo pokazując, jak wcielanie się w Alex i sama świadomość, że przez tyle lat gdzieś na świecie żyła jej idealna fizyczna bliźniaczka, wpływają na psychikę Cassie, wcześnie osieroconej, pozbawionej rodzeństwa. Kto czytał inne powieści z cyklu, ten wie, że nie ma co liczyć na dynamiczną akcję, a raczej na rozbudowaną warstwę obyczajowo-psychologiczną, liczne introspekcje i drobiazgową analizę relacji między postaciami, które w końcu doprowadzą do rozwiązania zagadki zabójstwa. Uczciwie ostrzegam, że nawet na tle pozostałych, mocno statycznych powieści French, ta jest wyjątkowa. Jednocześnie, dzięki niezwykle przekonującemu oddaniu specyficznej dynamiki pomiędzy czwórką (a wcześniej piątką) mieszkańców domu na odludziu, Lustrzane odbicie ma w sobie nieodparty magnetyzm, który sprawił, że nie mogłam oderwać się od pozornie mało pasjonującej lektury.
Tak więc - nie dla każdego, nie jest to też najbardziej udana powieść autorki (wg mnie lepsza tylko od Ściany sekretów), ale mimo to zdecydowanie polecam pasjonatom babrania się w ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy. W tej konkurencji French nie ma zbyt wielu godnych rywali.
sobota, 25 lutego 2017
Książka w książce
Susan dostaje od swojego byłego męża Edwarda tekst jego pierwszej powieści. W tym czasie jej kolejny mąż, Arnold, przebywa na branżowym zjeździe w nowym Jorku. Trwają ferie świąteczne, choć Boże Narodzenie już minęło. Dzieciaki spędzają czas z przyjaciółmi. Susan - wzorowa pani domu, dorywczo ucząca literatury w początkowych klasach college'u - ma idealne warunki, by oddać się lekturze Zwierząt nocy. A my czytamy razem z nią, jednocześnie mając wgląd w jej odczucia i przemyślenia po lekturze kolejnych partii tekstu, który, jak się okazuje, jest dobry. Ale i pełen nawiązań do jej pierwszego małżeństwa i - ogólniej - relacji łączących ją z byłym mężem. Zawoalowanych, jednak dla Susan czytelnych i skłaniających ją do refleksji na temat przeszłości i konsekwencji własnych życiowych wyborów.
Trzeba przyznać, że pomysł Austina Wrighta na konstrukcję powieści, choć niezbyt odkrywczy i zarazem potencjalnie karkołomny, sprawdza się znakomicie. Kluczem do sukcesu jest niby to banalna, ale zarazem niezwykle angażująca czytelnika pod względem emocjonalnym fabuła powieści Edwarda. To historia o rodzinie, która, jadąc na wakacje do letniego domu w Maine, spontanicznie postanawia nie zatrzymywać się na nocleg i kontynuować podróż przez całą noc. Niestety, na autostradzie dochodzi do niepokojącego incydentu...
Tony, główny bohater powieści Edwarda, to inteligent (profesor matematyki) i pacyfista. Są to cechy jednoznacznie odbierane jako pozytywne w świetle letniego dnia, jednak autostradą nocą rządzą inne gatunki. Tacy jak Tony, dumni ze swojego światopoglądu i zasad, niezdolni sobie wyobrazić, że życie to dżungla, łatwo i przez całkowity przypadek mogą zostać ofiarami owych zwierząt nocy. Aktorami scenariusza, który w cieple własnego kominka uznaliby za niewyobrażalny. Zarówno Susan, jak i nam - czytelnikom obu napisanych Wrighta powieści - w toku poznawania losów Tony'ego towarzyszy ciągły niepokój, a potem strach, bo wiemy, że moglibyśmy postąpić tak samo jak on (choć wolimy wierzyć, że jednak zachowalibyśmy się inaczej). Tony nie zrobił nic złego. I w niczym mu to nie pomogło. A nawet poważnie zaszkodziło.
Jedyne, co mi się w powieści Edwarda nie podobało, to zakończenie (finał powieści Wrighta jest już lepszy, choć też nieoczywisty i przenoszący ciężar ostatecznej interpretacji na czytelnika). Rozumiem, że autor dążył do efektownej klamry, ale moim zdaniem niepotrzebnie poszedł o krok za daleko. Specjalnie nie wchodzę w szczegóły, by nie psuć wam przyjemności z ich odkrycia. Mimo zastrzeżeń do wydźwięku całości (zakończenie i - szerzej - końcowe partie tekstu kazały mi nieco obniżyć ocenę, myślałam, że będzie 4,5 albo nawet 5, skończyło się na mocnej 4) zdecydowanie polecam Zwierzęta nocy waszej uwadze. Dawno żadna książka obyczajowa tak bezwarunkowo mnie nie wciągnęła i nie zmobilizowała do tak głębokich refleksji. Warto. Obecne, filmowe wydanie jest drugim polskim. Wcześniej powieść ukazała  się w 1997 roku pod tytułem Tony i Susan, który jest też tytułem oryginału, opublikowanego w 1993 roku. Tłumaczył Jędrzej Polak, całkiem solidnie, choć pojedyncze sformułowania są nieco wydumane i brzmią sztucznie, ale nie znam oryginału, więc nie mnie przesądzać, czy to nie fantazja stylistyczna autora.
Zamierzam w najbliższym czasie obejrzeć ekranizację.
niedziela, 20 listopada 2016
3 w 1, w tym dwie kontynuacje, jedna lepsza, druga niekoniecznie
A żeby nie zalegały nieopisane:))
Poza tym jutro dentysta, nie wiadomo, czy przeżyję, lepiej nie zostawiać nieukończonych spraw:>

Rozdarta zasłona Maryli Szymiczkowej to kolejne śledztwo profesorowej Szczupaczyńskiej. I to ta lepsza z dwóch wspomnianych w tytule wpisu kontynuacji. Może nieco mniej miejsca autorzy (gdyż jest to pisarski duet - Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) poświęcają tym razem opisom życia towarzyskiego krakowskich elit, za to sama intryga porusza istotny problem społeczny i czyni to w bardzo interesujący sposób. Zofia z Goldtów zmuszona jest przy okazji zrewidować sporą część swoich - dotąd niezachwianych - przekonań o tym, że pozycja społeczna zobowiązuje do respektowania pewnych etycznych standardów. Najnowsze śledztwo, zapoczątkowane nieszczęściem w jej własnym domu, sprawi, że bohaterka uświadomi sobie istnienie bardzo ciemnej strony miasta. Otrze się też o pioniera seksuologii, walecznego socjalistę, a nawet właściciela domu publicznego! Zdecydowanie zatem przyjdzie jej działać poza dotychczasową strefą komfortu. Za to pisarski tandem stojący za Szymiczkową zgrywa się najwyraźniej coraz lepiej, całość jest swobodniejsza, bardziej płynna, a humor w idealnych proporcjach pożeniony z powagą. Sama zagadka ciekawsza i bardziej wymagająca niż poprzednio. Słowem - czysta przyjemność, serdecznie polecam i mam nadzieję, że to nie jest ostatnia odsłona serii.

Nie ma innej ciemności Sarah Hilary, czyli kolejny tom perypetii Marnie Rome i Noaha Jake'a, z kolei nieco mnie rozczarował. Nie potrafiłam tym razem dać się porwać opowieści, być może dlatego, że za dużo na wejściu wręcz ostentacyjnej makabry i wszechobecnego nieszczęścia, za to niewiadomych niemal od początku niewiele. Twist oparty na podobnym mechanizmie co w przypadku W obcej skórze, jednak całość rozpisana już bez tego napięcia, jakby gorszym stylem i z mniejszą ilością suspensu. Zamiast dać się zaintrygować, odczuwałam głównie narastającą irytację. Choć, koniec końców, wciąż nieźle się to czyta.

Bracia Burgess czyli dokładka Elisabeth Strout, którą nie tak dawno temu chwaliłam za Olive Kitteridge. Powieść tematycznie bardzo na czasie, bo choć to głównie historia rodzinna, to katalizatorem akcji okazuje się antyimigranckie (skierowane przeciwko Somalijczykom) zachowanie siostrzeńca tytułowych braci. Zmusza to nieutrzymujące ze sobą od lat bliższych relacji rodzeństwo do ponownego kontaktu i powrotu do przeszłości. Jednocześnie stopniowo poznajemy przyczyny, dla których bracia uciekli z prowincji do Nowego Jorku, a siostra została w niewielkim miasteczku w Maine. Powieść pełna niespiesznych, przenikliwych, choć nie rewolucyjnych obserwacji. Ciekawa lektura, mimo że nie porusza tak mocno jak poprzednia pozycja autorki.
sobota, 12 listopada 2016
A gdyby jednak?
Bogiem pośród ruin Kate Atkinson uzupełnia historię opowiedzianą w Jej wszystkich życiach. Wbrew jednak temu, czego można by się spodziewać, nie powiela zamysłu konstrukcyjnego poprzedniej powieści. Życie Edwarda Todda, zwanego Teddym, poznajemy tylko w jednym, niereprezentatywnym statystycznie wariancie. Jak zapewne pamiętają uważni czytelnicy opowieści o jego siostrze Ursuli, która powracała raz po raz, by zmieniać historię swoją i bliskich, a niekiedy i świata, akurat jedna rzecz była za niemal każdym razem niezmienna. Teddy - oczko w głowie całej rodziny, z wyjątkiem antypatycznego Maurice'a - ginął na wojnie jako pilot bombowca.
Tym razem możemy się dowiedzieć, jak wyglądałoby życie Teddy'ego, jego córki i wnuków, gdyby bohater zdążył córkę spłodzić i dostał okazję, by umrzeć ze starości. Opowieść jest za to achronologiczna i rozpisana na wiele głosów. Patrzymy równie często oczami samego Teddy'ego, jak i jego żony, córki, wnuka i wnuczki, którzy wpuszczają nas w swoje życiorysy, równie unikalne, co ten należący do ich męża, ojca i dziadka. Niewiele wydarzeń z Jej wszystkich żyć zostaje w efekcie powielonych, dostajemy za to sporo zupełnie nowych historii. Teddy przestaje też jawić się jako kryształowa postać, idealizowana przez matkę i siostry. Głównie za sprawą niezwykłego talentu Atkinson do pisania o codzienności jak o zajmującej baśni gobelin, w którym przeplatają się nici w zasadzie zupełnie zwykłych, choć naznaczonych historią i wypadkami losowymi, życiorysów bohaterów, staje się tak hipnotyzującą i barwną całością, że przed odwróceniem ostatniej kartki wprost nie sposób się od niej oderwać. Wszystko jest tam na właściwym miejscu - tak spowszedniałe okrucieństwa wojny, jak i obficie cytowana poezja, tak niepewność załóg bombowców, jak muzyka klasyczna, tak niezwykła miłość do natury, jak nienawiść do okupanta i wyrzuty sumienia wobec niewinnej ludności cywilnej, unicestwianej wskutek dywanowych nalotów. A na deser dostajemy jeszcze puentę. Niby zaskakującą, ale w zasadzie logiczną.
Uwielbiam Atkinson, bo niewielu umie pisać tak mało sensacyjnie, a jednocześnie przejmująco. Czytajcie, ale najpierw pierwszą część.
sobota, 05 listopada 2016
Blaski i cienie młodzieńczej przyjaźni
Tana French powraca z kolejnym tomem swojego cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Aspirujący do awansu detektyw wydziału spraw niewyjaśnionych Stephen Moran wykorzystuje przyniesioną przez jedną z uczennic prestiżowej prywatnej szkoły wskazówkę, dotyczącą ubiegłorocznego śledztwa, by zapewnić sobie możliwość pracy przy sprawie. A kto wie, może i późniejsze przeniesienie do wymarzonej jednostki?
Sprawa, w każdym razie, jest dziwna. Uczeń położonej po sąsiedzku prywatnej szkoły dla chłopców im. św. Kolumby został znaleziony martwy na terenie szczycącej się surową dyscypliną dziewczęcej szkoły imienia św. Kildy. O ile narzędzie zbrodni (motykę) zidentyfikowano stosunkowo szybko, to sprawca mimo wysiłków policji (a było się o co starać, bo do obu szkół uczęszczały przeważnie dzieciaki z wyższych sfer) pozostał nieznany.
Aż pewnego dnia na szkolnej Ścianie Sekretów w św. Kildzie, tablicy stanowiącej swoisty kontrolowany przez grono pedagogiczne wentyl bezpieczeństwa, na której uczennice mogą się dzielić swoimi problemami i emocjami, pojawiło się zdjęcie ofiary z napisem Wiem, kto go zabił.
Śledztwo zostaje wznowione, Stephen Moran jako dostawca kluczowego dowodu współuczestniczy w jego prowadzeniu. Szybko udaje się ograniczyć krąg podejrzanych o autorstwo zagadkowego komunikatu do ośmiu osób - dwóch niedarzących się sympatią czteroosobowych grup przyjaciółek.
Struktura powieści jest dwudzielna. Naprzemiennie obserwujemy postępy wznowionego śledztwa, które odbywa się w ciągu jednego dnia, i - w retrospekcjach - wypadki, które ostatecznie doprowadziły do śmierci Chrisa Harpera. Przy czym retrospekcje to wspomnienia czterech przyjaciółek: Holly, Julii, Bekki oraz Seleny. Tana French po raz kolejny wykorzystuje swój niezwykły talent do konstruowania wiarygodnych pod względem psychologicznym bohaterów, tym razem na potrzeby oddania bezlitosnej dynamiki relacji w grupie rówieśniczej. Jej bohaterki w ramach swojej czwórki próbują stworzyć swego rodzaju azyl, strefę wolną od wszelkiego rodzaju presji i opartą na bezwarunkowym zaufaniu. Jak to jednak zwykle bywa, idea ideą, a życie życiem. W końcu wydarza się coś, co łamie łączącą dziewczyny sztamę, ale ponieważ chcą za wszelką cenę obronić swoje piękne złudzenia, podejmują decyzje, które ostatecznie doprowadzają do tragedii.
Ciekawa jest także uzupełniająca zewnętrzna perspektywa, sposób, w jaki dwoje detektywów postrzega szkolną rzeczywistość. Oboje - Moran i Conway - pochodzą ze społecznych dołów. Jednak Moran św. Kildę podziwia, a jej uczennicom zazdrości (do czasu), podczas gdy Conway tak instytucją, jak i dziewczętami w agresywny sposób pogardza, dowodząc od samego początku, że mimo otaczającego je elitarnego klosza podejrzane niczym się nie różnią od mieszkanek blokowisk. Może tylko są bardziej niebezpieczne, bo mają wysoko postawionych rodziców i trzeba wokół nich chodzić na paluszkach.
Koniec końców, dla miłośników społeczno-psychologicznego kryminału pozycja obowiązkowa. Szukający dynamicznej intrygi powinni się zgłosić pod inny adres. Jedynie elementy, z braku lepszego słowa, nadprzyrodzone, niekoniecznie pasują do całości. Szczęśliwie odgrywają ostatecznie bardzo marginalną rolę.
 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka