Wpisy z tagiem: obyczajówka

wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
niedziela, 28 maja 2017
A jeśli amerykański sen to koszmar? (George Saunders, 10 grudnia)
Zbiór opowiadań George'a Saundersa, gwiazdkowy prezent od przyjaciółki, przeczytałam na początku miesiąca, ale potrzebowałam czasu, żeby go należycie przemyśleć,  i odpowiedniego nastroju, żeby sensownie o nim napisać. Do tej pory się nie składało, dopiero teraz podejmę próbę, z lekką obawą, czy niektóre refleksje mi nie uciekły. Ale teksty zawarte w 10 grudnia, niezależnie od ich oceny (bo wg mnie zbiór nie jest równy), mają na szczęście ważny wspólny mianownik - nie dają się łatwo zapomnieć.
Jest ich dziesięć, a każdy inny, ale generalnie mam wrażenie, że krótsze (z wyjątkiem genialnego Mojego rycerskiego fiaska) wypadają słabiej. Najbardziej podobały mi się te, gdzie autor dał sobie więcej miejsca na prezentację pomysłu i pozwolił ożyć bohaterom - bez wyjątku w jakiś sposób przegranym w wielkim życiowym wyścigu.  Choć i miniaturka Patyki, za pomocą prostego symbolu opisującą wieloletni rodzinny dramat, oddziałuje mocno na wyobraźnię. Nawet słabszy Saunders jest dobry, tyle wypada powiedzieć tytułem wstępu.
Nie ma chyba sensu pisać o wszystkich opowiadaniach, jak początkowo zamierzałam, bo tym samym zaspoilerowałabym wam zbiór, a przecież nie to jest moim celem. Ograniczę się do mojego osobistego top 3 i paru ogólnych refleksji.

Ucieczka z Pajęczej Głowy to sf bliskiego zasięgu. Historia pokazująca, w jak drastycznym kierunku mógłby ewoluować system wymiaru sprawiedliwości pod auspicjami zasady humanitaryzmu. Mózgi skazańców są tu stymulowane kroplówkami, pozwalającymi osiągnąć w zasadzie dowolny efekt - od symulacji zakochania do całkowitej obojętności po odcięciu dopływu neurochemicznego dopalacza. Można poszerzyć obiektowi słownik, zmusić go do mówienia prawdy albo posłać w otchłań rozpaczy. Cele są słuszne, ale procedura badawcza ma dosyć rygorystyczne wymogi. I dramatyczne koszty uboczne.  Jest to też jeden z tekstów najlepiej pokazujących językową maestrię Saundersa (i tłumacza Michała Kłobukowskiego), który sprawnie i płynnie posługuje się rozmaitymi stylizacjami, co pozwala mu osiągać znakomite, kontrastowe efekty.

Dziewczęta z Sempliki to z kolei dziennik (stroną formalną tekstów Sauders żongluje równie swobodnie jak warstwą językową) sfrustrowanego czterdziestolatka - dobrego męża i ojca, chcącego zapewnić żonie i dzieciom społeczne oznaki prestiżu. Starsza córka boleśnie odczuwa ubóstwo rodziny, czuje się gorsza od koleżanek. Przełomem w bezowocnych staraniach bohatera, by ją uszczęśliwić, okazuje się wygrana w zdrapkę. Nagrodę czuły ojciec inwestuje w żywą ozdobę ogrodową, czyniącą prozaiczne dotąd podwórko idealnym miejscem urodzinowej imprezy. Ale ma jeszcze drugą córkę, która z mechaniką tej ozdoby nie potrafi się pogodzić. Człowiek, który tylko chciał dobrze, porządny facet z najlepszymi intencjami, czy bezmyślny konformista, niezdolny przekazać dzieciom prawidłowej hierarchii wartości? Jak ocenić bohatera?

10 grudnia to mocny akcent końcowy, w którym autor kolejny raz posługuje się zestawieniem perspektyw dwójki skrajnie różnych bohaterów do opisania tych samych wydarzeń (podobny zabieg został wykorzystany w Zwycięskiej rundzie i w Szczeniaku).  Blady chłopiec z nieszczęsną grzywką komiksowego księcia i szczenięcym sposobem bycia zostaje współnarratorem i nieświadomym wybawcą terminalnie chorego człowieka, który zdecydował się popełnić samobójstwo, nim utraci resztki człowieczeństwa. A wszystko przez przypadek. I teraz czytelnikowi pozostaje ocenić, czy to faktycznie szczęśliwe zakończenie.

Bo tych w świecie Saudersa mamy zdecydowany deficyt. Mimo posługiwania się od czasu do czasu rekwizytorium sf autor pozostaje realistą aż do bólu. Jego Ameryka to Polska C. W takiej Ameryce wyborcze zwycięstwo Trumpa to nie tylko oczywistość. To dziejowa konieczność.  Przekład budził pewne kontrowersje (pod linkiem bardzo ciekawy artykuł na ten temat, polecam, ale dopiero po przeczytaniu zbioru), ale według mnie fragmenty przełożone genialnie przeważają nad drobnymi i w zasadzie pomijalnymi niezręcznościami.

Gorąco polecam. Zdecydowanie warto.
sobota, 25 marca 2017
Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja
W międzyczasie, w celu przełamania kryzysu satysfakcji czytelniczej, związanego z przednominacyjnym czytaniem polskiej fantastyki (i to akurat wtedy, kiedy jest tyle fajnych, przynajmniej potencjalnie, premier zagranicznych - Gaiman, Mitchell i wczorajsza świeżynka - nowe Akta Dresdena), sięgnęłam po kolejną powieść z cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Panaceum z tej Tany French, powiadam wam:)

Lustrzane odbicie (niedawno wznowione) to kolejne spotkanie ze znaną z debiutanckiej powieści irlandzkiej autorki detektyw Cassie Maddox. Po krachu operacji Westalka przeniosła się do obyczajówki, ale pewnego dnia jej chłopak, Sam, prosi ją o przyjazd na miejsce zabójstwa w pobliskim miasteczku Glenskehy. Wystarczy rzut oka na ofiarę, by detektyw zrozumiała, dlaczego była potrzebna. Kobieta ma jej twarz, a w zakrwawionej kieszeni dokumenty na nazwisko, którego Cassie używała, pracując kiedyś pod przykrywką w celu rozbicia siatki dilerów w Trinity College - Alex Madison. Jej dawny przełożony z Tajnych Operacji, Frank Mackey (postać również znana czytelnikom pozostałych powieści cyklu), nalega na śledcze wykorzystanie tego niesamowitego zbiegu okoliczności. Ponieważ policji brakuje jakichkolwiek tropów, w tym śladów fizycznych, Maddox ma się wcielić w ofiarę, udawać, ze przeżyła atak, i zinfiltrować grupkę przyjaciół dziewczyny z uczelni (wszyscy doktoryzują się z literatury angielskiej), mieszkającą wspólnie z Alex w odziedziczonym przez jednego z jej członków wielkim, nieco zaniedbanym domu na obrzeżach miasteczka. Złakniona operacyjnej adrenaliny, dawna gwiazda wydziału zabójstw podejmuje wyzwanie.
Koncept sobowtóra jest literacko bardzo ryzykowny, ale French świetnie sobie z nim radzi, drobiazgowo pokazując, jak wcielanie się w Alex i sama świadomość, że przez tyle lat gdzieś na świecie żyła jej idealna fizyczna bliźniaczka, wpływają na psychikę Cassie, wcześnie osieroconej, pozbawionej rodzeństwa. Kto czytał inne powieści z cyklu, ten wie, że nie ma co liczyć na dynamiczną akcję, a raczej na rozbudowaną warstwę obyczajowo-psychologiczną, liczne introspekcje i drobiazgową analizę relacji między postaciami, które w końcu doprowadzą do rozwiązania zagadki zabójstwa. Uczciwie ostrzegam, że nawet na tle pozostałych, mocno statycznych powieści French, ta jest wyjątkowa. Jednocześnie, dzięki niezwykle przekonującemu oddaniu specyficznej dynamiki pomiędzy czwórką (a wcześniej piątką) mieszkańców domu na odludziu, Lustrzane odbicie ma w sobie nieodparty magnetyzm, który sprawił, że nie mogłam oderwać się od pozornie mało pasjonującej lektury.
Tak więc - nie dla każdego, nie jest to też najbardziej udana powieść autorki (wg mnie lepsza tylko od Ściany sekretów), ale mimo to zdecydowanie polecam pasjonatom babrania się w ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy. W tej konkurencji French nie ma zbyt wielu godnych rywali.
sobota, 25 lutego 2017
Książka w książce
Susan dostaje od swojego byłego męża Edwarda tekst jego pierwszej powieści. W tym czasie jej kolejny mąż, Arnold, przebywa na branżowym zjeździe w nowym Jorku. Trwają ferie świąteczne, choć Boże Narodzenie już minęło. Dzieciaki spędzają czas z przyjaciółmi. Susan - wzorowa pani domu, dorywczo ucząca literatury w początkowych klasach college'u - ma idealne warunki, by oddać się lekturze Zwierząt nocy. A my czytamy razem z nią, jednocześnie mając wgląd w jej odczucia i przemyślenia po lekturze kolejnych partii tekstu, który, jak się okazuje, jest dobry. Ale i pełen nawiązań do jej pierwszego małżeństwa i - ogólniej - relacji łączących ją z byłym mężem. Zawoalowanych, jednak dla Susan czytelnych i skłaniających ją do refleksji na temat przeszłości i konsekwencji własnych życiowych wyborów.
Trzeba przyznać, że pomysł Austina Wrighta na konstrukcję powieści, choć niezbyt odkrywczy i zarazem potencjalnie karkołomny, sprawdza się znakomicie. Kluczem do sukcesu jest niby to banalna, ale zarazem niezwykle angażująca czytelnika pod względem emocjonalnym fabuła powieści Edwarda. To historia o rodzinie, która, jadąc na wakacje do letniego domu w Maine, spontanicznie postanawia nie zatrzymywać się na nocleg i kontynuować podróż przez całą noc. Niestety, na autostradzie dochodzi do niepokojącego incydentu...
Tony, główny bohater powieści Edwarda, to inteligent (profesor matematyki) i pacyfista. Są to cechy jednoznacznie odbierane jako pozytywne w świetle letniego dnia, jednak autostradą nocą rządzą inne gatunki. Tacy jak Tony, dumni ze swojego światopoglądu i zasad, niezdolni sobie wyobrazić, że życie to dżungla, łatwo i przez całkowity przypadek mogą zostać ofiarami owych zwierząt nocy. Aktorami scenariusza, który w cieple własnego kominka uznaliby za niewyobrażalny. Zarówno Susan, jak i nam - czytelnikom obu napisanych Wrighta powieści - w toku poznawania losów Tony'ego towarzyszy ciągły niepokój, a potem strach, bo wiemy, że moglibyśmy postąpić tak samo jak on (choć wolimy wierzyć, że jednak zachowalibyśmy się inaczej). Tony nie zrobił nic złego. I w niczym mu to nie pomogło. A nawet poważnie zaszkodziło.
Jedyne, co mi się w powieści Edwarda nie podobało, to zakończenie (finał powieści Wrighta jest już lepszy, choć też nieoczywisty i przenoszący ciężar ostatecznej interpretacji na czytelnika). Rozumiem, że autor dążył do efektownej klamry, ale moim zdaniem niepotrzebnie poszedł o krok za daleko. Specjalnie nie wchodzę w szczegóły, by nie psuć wam przyjemności z ich odkrycia. Mimo zastrzeżeń do wydźwięku całości (zakończenie i - szerzej - końcowe partie tekstu kazały mi nieco obniżyć ocenę, myślałam, że będzie 4,5 albo nawet 5, skończyło się na mocnej 4) zdecydowanie polecam Zwierzęta nocy waszej uwadze. Dawno żadna książka obyczajowa tak bezwarunkowo mnie nie wciągnęła i nie zmobilizowała do tak głębokich refleksji. Warto. Obecne, filmowe wydanie jest drugim polskim. Wcześniej powieść ukazała  się w 1997 roku pod tytułem Tony i Susan, który jest też tytułem oryginału, opublikowanego w 1993 roku. Tłumaczył Jędrzej Polak, całkiem solidnie, choć pojedyncze sformułowania są nieco wydumane i brzmią sztucznie, ale nie znam oryginału, więc nie mnie przesądzać, czy to nie fantazja stylistyczna autora.
Zamierzam w najbliższym czasie obejrzeć ekranizację.
niedziela, 20 listopada 2016
3 w 1, w tym dwie kontynuacje, jedna lepsza, druga niekoniecznie
A żeby nie zalegały nieopisane:))
Poza tym jutro dentysta, nie wiadomo, czy przeżyję, lepiej nie zostawiać nieukończonych spraw:>

Rozdarta zasłona Maryli Szymiczkowej to kolejne śledztwo profesorowej Szczupaczyńskiej. I to ta lepsza z dwóch wspomnianych w tytule wpisu kontynuacji. Może nieco mniej miejsca autorzy (gdyż jest to pisarski duet - Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) poświęcają tym razem opisom życia towarzyskiego krakowskich elit, za to sama intryga porusza istotny problem społeczny i czyni to w bardzo interesujący sposób. Zofia z Goldtów zmuszona jest przy okazji zrewidować sporą część swoich - dotąd niezachwianych - przekonań o tym, że pozycja społeczna zobowiązuje do respektowania pewnych etycznych standardów. Najnowsze śledztwo, zapoczątkowane nieszczęściem w jej własnym domu, sprawi, że bohaterka uświadomi sobie istnienie bardzo ciemnej strony miasta. Otrze się też o pioniera seksuologii, walecznego socjalistę, a nawet właściciela domu publicznego! Zdecydowanie zatem przyjdzie jej działać poza dotychczasową strefą komfortu. Za to pisarski tandem stojący za Szymiczkową zgrywa się najwyraźniej coraz lepiej, całość jest swobodniejsza, bardziej płynna, a humor w idealnych proporcjach pożeniony z powagą. Sama zagadka ciekawsza i bardziej wymagająca niż poprzednio. Słowem - czysta przyjemność, serdecznie polecam i mam nadzieję, że to nie jest ostatnia odsłona serii.

Nie ma innej ciemności Sarah Hilary, czyli kolejny tom perypetii Marnie Rome i Noaha Jake'a, z kolei nieco mnie rozczarował. Nie potrafiłam tym razem dać się porwać opowieści, być może dlatego, że za dużo na wejściu wręcz ostentacyjnej makabry i wszechobecnego nieszczęścia, za to niewiadomych niemal od początku niewiele. Twist oparty na podobnym mechanizmie co w przypadku W obcej skórze, jednak całość rozpisana już bez tego napięcia, jakby gorszym stylem i z mniejszą ilością suspensu. Zamiast dać się zaintrygować, odczuwałam głównie narastającą irytację. Choć, koniec końców, wciąż nieźle się to czyta.

Bracia Burgess czyli dokładka Elisabeth Strout, którą nie tak dawno temu chwaliłam za Olive Kitteridge. Powieść tematycznie bardzo na czasie, bo choć to głównie historia rodzinna, to katalizatorem akcji okazuje się antyimigranckie (skierowane przeciwko Somalijczykom) zachowanie siostrzeńca tytułowych braci. Zmusza to nieutrzymujące ze sobą od lat bliższych relacji rodzeństwo do ponownego kontaktu i powrotu do przeszłości. Jednocześnie stopniowo poznajemy przyczyny, dla których bracia uciekli z prowincji do Nowego Jorku, a siostra została w niewielkim miasteczku w Maine. Powieść pełna niespiesznych, przenikliwych, choć nie rewolucyjnych obserwacji. Ciekawa lektura, mimo że nie porusza tak mocno jak poprzednia pozycja autorki.
sobota, 12 listopada 2016
A gdyby jednak?
Bogiem pośród ruin Kate Atkinson uzupełnia historię opowiedzianą w Jej wszystkich życiach. Wbrew jednak temu, czego można by się spodziewać, nie powiela zamysłu konstrukcyjnego poprzedniej powieści. Życie Edwarda Todda, zwanego Teddym, poznajemy tylko w jednym, niereprezentatywnym statystycznie wariancie. Jak zapewne pamiętają uważni czytelnicy opowieści o jego siostrze Ursuli, która powracała raz po raz, by zmieniać historię swoją i bliskich, a niekiedy i świata, akurat jedna rzecz była za niemal każdym razem niezmienna. Teddy - oczko w głowie całej rodziny, z wyjątkiem antypatycznego Maurice'a - ginął na wojnie jako pilot bombowca.
Tym razem możemy się dowiedzieć, jak wyglądałoby życie Teddy'ego, jego córki i wnuków, gdyby bohater zdążył córkę spłodzić i dostał okazję, by umrzeć ze starości. Opowieść jest za to achronologiczna i rozpisana na wiele głosów. Patrzymy równie często oczami samego Teddy'ego, jak i jego żony, córki, wnuka i wnuczki, którzy wpuszczają nas w swoje życiorysy, równie unikalne, co ten należący do ich męża, ojca i dziadka. Niewiele wydarzeń z Jej wszystkich żyć zostaje w efekcie powielonych, dostajemy za to sporo zupełnie nowych historii. Teddy przestaje też jawić się jako kryształowa postać, idealizowana przez matkę i siostry. Głównie za sprawą niezwykłego talentu Atkinson do pisania o codzienności jak o zajmującej baśni gobelin, w którym przeplatają się nici w zasadzie zupełnie zwykłych, choć naznaczonych historią i wypadkami losowymi, życiorysów bohaterów, staje się tak hipnotyzującą i barwną całością, że przed odwróceniem ostatniej kartki wprost nie sposób się od niej oderwać. Wszystko jest tam na właściwym miejscu - tak spowszedniałe okrucieństwa wojny, jak i obficie cytowana poezja, tak niepewność załóg bombowców, jak muzyka klasyczna, tak niezwykła miłość do natury, jak nienawiść do okupanta i wyrzuty sumienia wobec niewinnej ludności cywilnej, unicestwianej wskutek dywanowych nalotów. A na deser dostajemy jeszcze puentę. Niby zaskakującą, ale w zasadzie logiczną.
Uwielbiam Atkinson, bo niewielu umie pisać tak mało sensacyjnie, a jednocześnie przejmująco. Czytajcie, ale najpierw pierwszą część.
sobota, 05 listopada 2016
Blaski i cienie młodzieńczej przyjaźni
Tana French powraca z kolejnym tomem swojego cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Aspirujący do awansu detektyw wydziału spraw niewyjaśnionych Stephen Moran wykorzystuje przyniesioną przez jedną z uczennic prestiżowej prywatnej szkoły wskazówkę, dotyczącą ubiegłorocznego śledztwa, by zapewnić sobie możliwość pracy przy sprawie. A kto wie, może i późniejsze przeniesienie do wymarzonej jednostki?
Sprawa, w każdym razie, jest dziwna. Uczeń położonej po sąsiedzku prywatnej szkoły dla chłopców im. św. Kolumby został znaleziony martwy na terenie szczycącej się surową dyscypliną dziewczęcej szkoły imienia św. Kildy. O ile narzędzie zbrodni (motykę) zidentyfikowano stosunkowo szybko, to sprawca mimo wysiłków policji (a było się o co starać, bo do obu szkół uczęszczały przeważnie dzieciaki z wyższych sfer) pozostał nieznany.
Aż pewnego dnia na szkolnej Ścianie Sekretów w św. Kildzie, tablicy stanowiącej swoisty kontrolowany przez grono pedagogiczne wentyl bezpieczeństwa, na której uczennice mogą się dzielić swoimi problemami i emocjami, pojawiło się zdjęcie ofiary z napisem Wiem, kto go zabił.
Śledztwo zostaje wznowione, Stephen Moran jako dostawca kluczowego dowodu współuczestniczy w jego prowadzeniu. Szybko udaje się ograniczyć krąg podejrzanych o autorstwo zagadkowego komunikatu do ośmiu osób - dwóch niedarzących się sympatią czteroosobowych grup przyjaciółek.
Struktura powieści jest dwudzielna. Naprzemiennie obserwujemy postępy wznowionego śledztwa, które odbywa się w ciągu jednego dnia, i - w retrospekcjach - wypadki, które ostatecznie doprowadziły do śmierci Chrisa Harpera. Przy czym retrospekcje to wspomnienia czterech przyjaciółek: Holly, Julii, Bekki oraz Seleny. Tana French po raz kolejny wykorzystuje swój niezwykły talent do konstruowania wiarygodnych pod względem psychologicznym bohaterów, tym razem na potrzeby oddania bezlitosnej dynamiki relacji w grupie rówieśniczej. Jej bohaterki w ramach swojej czwórki próbują stworzyć swego rodzaju azyl, strefę wolną od wszelkiego rodzaju presji i opartą na bezwarunkowym zaufaniu. Jak to jednak zwykle bywa, idea ideą, a życie życiem. W końcu wydarza się coś, co łamie łączącą dziewczyny sztamę, ale ponieważ chcą za wszelką cenę obronić swoje piękne złudzenia, podejmują decyzje, które ostatecznie doprowadzają do tragedii.
Ciekawa jest także uzupełniająca zewnętrzna perspektywa, sposób, w jaki dwoje detektywów postrzega szkolną rzeczywistość. Oboje - Moran i Conway - pochodzą ze społecznych dołów. Jednak Moran św. Kildę podziwia, a jej uczennicom zazdrości (do czasu), podczas gdy Conway tak instytucją, jak i dziewczętami w agresywny sposób pogardza, dowodząc od samego początku, że mimo otaczającego je elitarnego klosza podejrzane niczym się nie różnią od mieszkanek blokowisk. Może tylko są bardziej niebezpieczne, bo mają wysoko postawionych rodziców i trzeba wokół nich chodzić na paluszkach.
Koniec końców, dla miłośników społeczno-psychologicznego kryminału pozycja obowiązkowa. Szukający dynamicznej intrygi powinni się zgłosić pod inny adres. Jedynie elementy, z braku lepszego słowa, nadprzyrodzone, niekoniecznie pasują do całości. Szczęśliwie odgrywają ostatecznie bardzo marginalną rolę.
sobota, 08 października 2016
Atlas pszczół
Historia pszczół Mai Lunde kojarzyła mi się z najbardziej znaną powieścią Davida Mitchella w zasadzie od samego początku, bo zarówno zamysł konstrukcyjny, jak i tematyka (ludzkość sama doprowadza się do upadku - tu jego symbolem jest oczywiście postępująca systematycznie gehenna pszczół) są podobne. Choć u Lunde powiązania między poszczególnymi planami czasowymi są jeszcze bardziej symboliczne i w zasadzie mało istotne.
Są też inne różnice. Mitchell konsekwentnie odmalowuje przyszłość ludzkości w czarnych barwach, Lunde w ostatecznym rozrachunku stawia jednak na nadzieję i daje naszym potomkom szansę naprawienia popełnionych przez nas i naszych przodków błędów. Mitchella najbardziej interesuje jednostka, najchętniej twórcza i w jakiś sposób wyjątkowa, oraz jej kontekst historyczny i społeczny. Lunde wydaje się zafascynowana relacjami rodzinnymi. Dwukrotnie jest to ojciec spragniony relacji z synem - raz zostaje odtrącony (a równocześnie sam odtrąca córkę, która dzieli jego pasję i pragnie współuczestniczyć w jego pracy naukowej - w wątku z XIX wieku), raz próbuje narzucić synowi swoje zasady, a gdy dorasta do kompromisu, dzieje się to zbyt późno (w wątku osadzonym na początku XXI wieku). Wątek futurystyczny, rozgrywający się 2098 roku, przedstawia przyszłość relatywnie nieodległą i w zasadzie całkiem prawdopodobną. Pszczoły znikają, Ziemię dotyka klęska głodu, a ludzie całą energię poświęcają na ręczne zapylanie roślin, by przetrwać. Na tym tle osadzona jest odyseja Tao - matki, która próbuje odkryć, jakie nieszczęście spotkało jej synka, a jednocześnie odtrąca męża.
Wszystkie historie są zajmujące (choć rozwiązanie zagadki z wątku Tao jest od początku raczej oczywiste, trochę szkoda, że nie ma tu żadnego elementu zaskoczenia), jednak stylistycznie Lunde nie dorasta Mitchellowi do pięt, nie niuansuje też swoich bohaterów, rysowanych użytkowo, na ogół kilkoma dość prostymi kreskami.
Z tego względu powieść jest tylko dobra i choć dostarcza satysfakcjonującej rozrywki i odrobiny refleksji, pozostawia też dojmujące poczucie zmarnowanego potencjału. Niemniej - warto.
sobota, 13 sierpnia 2016
W Crosby, w stanie Maine
W miasteczku najważniejsze są: kościół, ratusz i sklep spożywczy, choć sklepowi przydałoby się odmalowanie.

Do kościoła Olive Kitteridge chodzić nie chce (chyba że na koncert muzyki poważnej), w pewnym momencie stanowczo odmawia także chodzenia do sklepu.
W ogóle Olive chodzi własnymi drogami, co w takim niewielkim miasteczku jak Crosby nie jest dobrze widziane. Ludzie uważają ją za sekutnicę (którą jest), ale nikt nie powie jej tego prosto w oczy, bo w końcu była nauczycielką matematyki w miejscowej szkole średniej, a fakt, że przeszła już na emeryturę, nie pozbawia jej bynajmniej autorytetu, stanowiącego pochodną tej złowrogiej funkcji.
Nazwą ją raczej świętą osobą, co ją szczerze rozbawi, bo nie z dobroci serca, a z obawy przed codzienną samotnością niezłomnie pielęgnować będzie powalonego wylewem męża.
W toku opisanych w zbiorze opowiadań Elizabeth Strout wydarzeń mały wszechświat, w którym Olive niepodzielnie włada na początku tej historii, ulega stopniowemu rozpadowi. Niektóre wstrząsy udaje się zamortyzować, np. zauroczenie męża młodziutką farmaceutką. Jednak już nieoczekiwane małżeństwo syna, a co gorsza - jego wyprowadzka na drugi koniec kraju, porzucenie specjalnie wybudowanego przez rodziców domu, brak powrotu mimo rozpadu związku - zamortyzować się nie dają. To gorzej niż niewdzięczność, to zdrada.
Samotność leczy rany skuteczniej niż czas i Olive tak rozpaczliwie pragnie jakiejkolwiek relacji z synem, że z radością leci na jego wezwanie do Nowego Jorku, gotowa zaakceptować nawet jego dziwaczną nową żonę z dwójką dzieci z wcześniejszych związków i trzecim - jej wnukiem - w drodze. Desperacja także ma mimo wszystko swoje granice i Olive nie pozwoli się traktować, jakby była zdziecinniałą staruszką. Wraca do Crosby, gdzie może być sobą. W nagrodę dostaje końcowy promyczek nadziei, bez którego całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia.
Na marginesach tej smutnej, ale przejmująco realistycznej historii o toksycznych rodzinnych relacjach Strout - umieszczając Olive jedynie w tle - opowiada o innych nieprzystających do małomiasteczkowego szablonu szczęśliwej normalności jednostkach: córce prostytutki, utalentowanej pianistce, której matka nie pozwoliła się kształcić i która dożywa swoich dni, topiąc tremę w alkoholu i przygrywając ze słuchu do kotleta w miejscowym barze; nastolatce chorej na anoreksję; rodzicach, których syn okazał się mordercą i nie pomogła zainwestowana w jego wychowanie fortuna; dziewczynie, która chciała żyć z chłopakiem bez ślubu; porzuconej przez matkę córce fanatycznie religijnego pastora; żonie, która w dniu pogrzebu męża dowiaduje się o jego zdradzie. Te opowieści w zdecydowanej większości nie zmieściły się w genialnym serialu HBO na podstawie zbioru, a nadają historii Olive zupełnie inny wydźwięk. W porównaniu bowiem z ich protagonistami tytułowa bohaterka wygrała los na loterii życia. Mimo trudności dopasowała się, założyła rodzinę, była szanowaną członkinią społeczności. Cóż z tego, że tylko z wierzchu? Inni daliby się za ten substytut sukcesu pokroić.
Kwestia perspektywy i względności jest jednym z najciekawszych elementów tego zbioru, którego lekturę gorąco i bezwarunkowo polecam.
sobota, 14 maja 2016
Decyzja zmieniająca wszystko
Bardzo mi swego czasu przypadła do gustu powieść Jo Walton Wśród obcych, więc wiedziałam, że - prędzej czy później - sięgnę także po Podwójne życie Pat. Powieść pozbawioną elementów fantastyki i w zasadzie jakichkolwiek fabularnych fajerwerków, której główną siłą jest właśnie zwyczajność.
Sam schemat konstrukcyjny także jest dosyć prosty. Towarzyszymy we wspomnieniowej podróży w przeszłość i swoistym podsumowaniu życiorysu tytułowej i zarazem głównej bohaterce tej historii. Gdy ją poznajemy, jest staruszką i znalazła się w domu opieki z powodu zaawansowanej i wciąż postępującej demencji. Dlatego łatwo zrozumieć, że ma trudności z odnalezieniem się w teraźniejszości.
Skąd jednak chaos we wspomnieniach?
O ile dzieciństwo i wczesną młodość Patricia pamięta w miarę spójnie, to od pewnego momentu posiada we własnej skołatanej chorobą głowie dwa warianty swojego losu. W zależności od tego, czy jako młoda nauczycielka języka angielskiego przyjmie, czy też odrzuci pewną propozycję, jej dalsza historia potoczy się w skrajnie odmienny sposób. Jeden wariant da jej zawodową samorealizację i osobiste szczęście, choć nie będzie wolny od trudnych wyzwań. Drugi przewiduje głównie gorzkie rozczarowania. Odmiennie rozgrywa się przy tym nie tylko życiorys protagonistki, ale także polityczna historia Wielkiej Brytanii i całego świata. Warianty śledzimy naprzemiennie, aż do czasu, gdy bohaterka ląduje w domu opieki (pewne elementy pozostają niezmienne).
Obie ścieżki Pat Jo Walton opisuje spójnie, wiarygodnie, detalicznie i przejmująco, właśnie dlatego, że w gruncie rzeczy z pewnym dystansem i bez dramatyzowania. Jak wspominałam na wstępie, to w zasadzie zupełnie zwyczajny życiorys kobiety, która dzięki wojnie mimo kiepskiego pochodzenia zdołała dostać się na prestiżowe studia w Cambridge, a potem wybrała, nie mając świadomości wagi tego wyboru. Moim zdaniem właśnie dlatego tak łatwo bez reszty zaangażować się w tę historię, choć wymaga pewnego typu czytelniczej wrażliwości. Odbiorca zainteresowany głownie dynamiką intrygi i zaskakującymi zwrotami akcji niczego tu dla siebie nie znajdzie.
A czy rozdwojenie opowieści jest konsekwencją choroby Pat, czy ma inną przyczynę, to już czytelnik musi sobie dopowiedzieć sam, podobnie jak to, jaką decyzję ostatecznie podejmuje bohaterka.
Gorąco polecam, to o wiele lepsza, a na pewno bardziej uniwersalnie zaadresowana historia, niż Wśród obcych.
 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka