Wpisy z tagiem: obyczajówka

sobota, 07 lipca 2018
Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)
Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie - mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów - przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.
sobota, 30 czerwca 2018
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra (Min Jin Lee, Pachinko)
Po przeczytaniu recenzji na Mieście książek jednocześnie ciągnęło mnie do tej powieści i obawiałam się, że okażemy się kompletnie niedobrane. Wypróbowałam ją na mojej mamie, którą zachwyciła. Nie jest to co prawda żadna gwarancja, że mnie również się spodoba, ale o wiele więcej niż nic. Spróbowałam i powiem, że nie tylko nie żałuję, ale - mimo pewnych zastrzeżeń - ta rodzinna saga o Koreańczykach w Japonii znalazła się w czołówce moich tegorocznych lektur.
Łączy bowiem historię losu jednostki (Sunji, która impulsywnie wdała się w romans z nieznajomym, a w konsekwencji zmuszona była opuścić rodzinne strony) i jej wielopokoleniowej rodziny z szerszą perspektywą, ukazującą losy całej koreańskiej diaspory w Japonii w dwudziestym wieku. I robi to niby mimochodem, ale w sposób wyjątkowo zajmujący. A wszystko dlatego, że, budując sylwetki kolejnych bohaterów, autorka zadbała, by każdego obdarzyć unikalnym stosunkiem do sytuacji, w której wszyscy się znaleźli. I tak Sunja odczuwa przede wszystkim wdzięczność - wobec męża, jego rodziny, która przyjęła ją pod swój dach, ogólnie wobec losu, mimo wszelkich przeciwności, jakie jej on gotuje. Nie waha się pracować ponad siły dla dobra synów i głównie na tym, a nie na bezsensownym gniewie i tęsknocie, koncentruje wszystkie swoje wysiłki. Z jej synami, urodzonymi w Japonii, sprawa jest już o wiele bardziej skomplikowana. Noa rozpaczliwie pragnie być traktowany jak Japończyk, co okazuje się oczywiście niemożliwe. Mozasu okazuje Japończykom agresywną obojętność, dzielnie znosi prześladowania w szkole, a w końcu bez żalu ją porzuca, by zająć się pracą w salonie Pachinko - koreańskiej gry hazardowej. Jednocześnie jednak marzy, by jego syn Salomon wyjechał do USA i tam pracował w sektorze bankowym. Nie do końca więc, mimo grubej skóry i wszelkich pozorów, pozostaje obojętny na realia, w których przyszło mu żyć. A tymczasem Salomon, jakby na przekór ojcu, odkrywa, że tylko w Japonii jest u siebie.
Kwestia tożsamości (swojskości i obcości) oraz hierarchii wartości jest w tej historii równie ważna jak rodzinne więzi, które bohaterowie niejednokrotnie szarpią, sprawdzając ich wytrzymałość, ale ostatecznie wcale nie chcą się od nich uwalniać. Stanowią one bowiem jedyny pewny punkt odniesienia.
Jak wcześniej wspominałam, mam zastrzeżenia, gdyż mimo stworzenia całej rzeszy wiarygodnych bohaterów i autentycznie zajmującej historii autorka nie ustrzegła się kilkakrotnie paskudnych fabularnych schematów rodem z telenoweli. Podam tylko jeden z kilku najważniejszych przykładów, żeby niepotrzebnie nie spoilerować. Jeden z bohaterów wygląda jak jego biologiczny ojciec. Widuje tego człowieka przez większość swojego życia, zna go jako przyjaciela rodziny. Jest wybitnie inteligentny, a jednak nie dostrzega łączącego ich podobieństwa, które musi być oczywiste, bo jego dziewczynie wystarczy raz zobaczyć bohatera z ojcem, żeby je zauważyć. Oczywiście, o łączącym go z ojcem podobieństwie (i tym samym pokrewieństwie) bohater dowiaduje się od tejże dziewczyny. Serio?
Koniec końców są to jednak drobiazgi. Można się na nie lekko żachnąć, ale nie odbierają magii ani siły oddziaływania lekturze, którą wydatnie uprzyjemnia przekład Urszuli Gardner. Polecam.
wtorek, 26 czerwca 2018
On był silniejszy (Daniel Magariel, Nasz chłopak)
Kolejny bardzo dobry powieściowy debiut. I kolejny o patologicznych relacjach rodzinnych. O tym, jak łatwo zmanipulować dziecko, które nade wszystko chce zaufać, przynależeć, mieć poczucie bezpieczeństwa. Dlatego chętnie - w zamian za te wszystkie wartości - kupi narrację tego z rodziców, który po rozpadzie związku wygra walkę o rząd dusz. Nieważne, do jakiego stopnia będzie ona niespójna z rzeczywistością. Istotne, że uporządkuje rozchwiany rozwodem świat, wskazując matkę jako wyłącznie winną rozpadu rodziny. Kładąc podwaliny pod sojusz ojca z synami - my przeciwko niej. Dając pozytywne, krzepiące pewniki, których nagle zabrakło. Rodzina jest najważniejsza - dla nas, dla niej nie była. Dlatego zasłużyła na wszystko, co ją spotkało. I dlatego mam problem z przekładem tytułu, bo uważam, że jest on - w oryginalnym brzmieniu - ważnym kluczem do tej powieści.  Oryginalnie brzmi: One of the Boys, czyli Jeden z Chłopaków (wielka litera nie jest tu przypadkowa, podkreśla elitarność grupy, coś jakby był to gang albo zakon, czy może zespół rockowy). Od razu zaznaczę, że nie jest to w żadnym razie zarzut pod adresem tłumaczki, Dobromiły Jankowskiej, gdyż, po pierwsze, tłumacz nie zawsze decyduje o tytule, a po drugie - wybrany przez nią (jeśli to ona jednak decydowała) wariant też kładzie akcent na przynależność. W zdecydowanej większości przypadków przekład dosłowny nie jest też przekładem najlepszym. Ale tutaj jednak coś bliższego oryginałowi lepiej by moim zdaniem pasowało. Np. Jeden z nas (z naszych), jeśli już faktycznie nie dosłownie.
Bo ojciec - negatywny bohater tej opowieści, choć niemal biblijny heros i zwycięzca prowadzący wybranych do Ziemi Obiecanej w oczach synów, przynajmniej do czasu - sprzedaje tę przynależność do męskiej (ale hołubiącej wewnętrzną chłopackość, jak sama nazwa wskazuje) drużyny jako coś najważniejszego na świecie. Dla takiej nagrody warto zadać sobie ból. Można okłamać pracowników socjalnych. Sfabrykować dowody przeciwko matce. Pracować na dwie zmiany. Kraść. Żadna cena nie jest za mała.
Tylko że z takiej paczki, z tak wysokim wkupnym, cholernie ciężko się wypisać, nawet kiedy już wiesz, że obsesja ojca na punkcie prywatności nie służyła okazywaniu szacunku, a ukrywaniu nałogu. Nawet kiedy zaczynasz nim pogardzać. Rozumieć, że choć z dwojga rodziców był fizycznie silniejszy, a psychicznie bardziej wyrafinowany, w istocie jest bardzo słaby. Bo zadbał o to, żebyś, wchodząc do bractwa, spalił wszystkie mosty. I nie masz już nic innego.
Czyniąc narratorem młodszego z braci, Magariel z niezwykłą u debiutanta biegłością pokazuje sposób rozumowania zmanipulowanego dziecka i jego trudną, bolesną drogę ku zrozumieniu, że osoba najważniejsza je okłamała i wykorzystała. Tym większa szkoda, że końcówka jest strasznie niekonsekwentna. Nie chcę tu spoilerować, ale autor ostatecznie jakby zgadza się mimo wszystko ze swoim negatywnym bohaterem, gdyż wolta matki zdaje się potwierdzać, że - koniec końców - na synach istotnie bardziej zależało psychopatycznemu ojcu. Jako na klakierach i niewolnikach, ale przynajmniej w ogóle. Matka - rzecz jasna wieloletnia ofiara przemocy fizycznej i psychicznej - wybiera w decydującej chwili własne ocalenie. Obiektywnie trudno ją za to jednoznacznie potępić, ale jak mają to zinterpretować szukające drogi ucieczki dzieciaki? Tylko jako zdradę. Czyli na jakimś poziomie, skoro już chłopcy musieli wybrać między dżumą a cholerą, to nie wybrali źle, choć wybrali piekło. A podejrzewam, że nie o taką konkluzję autorowi chodziło.
Krótka, mocna powieść ze słabszą końcówką, w której asceza środków wyrazu wzmacnia wymowę. Ale do George'a Saundersa, który uczył go fachu, na każdym poziomie bardzo jeszcze Magarielowi daleko. Z drugiej strony, to samo można powiedzieć o całej rzeszy pisarzy z wieloletnim dorobkiem.
poniedziałek, 28 maja 2018
Wynaturzone uczucie (Gabriel Tallent, Moja najdroższa)

Miałam plan odgruzowania kategorii filmowo-serialowej i nadgonienia zaległych opisów, których ilość systematycznie wzrasta, ale rozwój protestu dorosłych niepełnosprawnych i ich opiekunów zniszczył mnie psychicznie, odbierając motywację. Całe szczęście, że wyszli, bo nie wiadomo, jak by się to skończyło. Na ile to było możliwe, odpoczywałam w fikcyjnym świecie Na południe od Brazos Larry’ego McMurtry’ego. Zostało mi po dziesięciu dniach lektury jeszcze nieco ponad sto stron tej wspaniałej literackiej przygody. By zakochać się w powieści, mistrzowsko przełożonej przez Michała Kłobukowskiego (pewne nazwiska powracają w moich peanach na rzecz tłumaczeń i nie jest to przypadek), potrzebowałam przeczytać jakieś trzy.

Ale dzisiaj o książce przeczytanej już jakiś czas temu. Takiej, której obawiałam się jako kolejnej marketingowej miny (ogłoszona najważniejszą książka 2017 roku przez „Washington Post”, „USA Today”, „New York Timesa”, „Business Insider” oraz Amazon.com i National Public Radio. Otrzymała także nominacje do prestiżowych nagród: National Book Critics Circle John Leonard Prize dla najlepszego debiutu roku; LA Times dla najlepszej książki roku; Goodreads Choice Awards w kategoriach Najlepsza powieść i Najlepszy debiut roku; International Dylan Thomas Prize dla najlepszej książki roku; Barry Award dla najlepszego debiutu roku; na domiar złego ma na okładce wielki napis „Bestseller New York Timesa”), a którą ostatecznie ciężko przeżyłam i potrzebowałam dogłębnie przemyśleć. I wciąż nie jestem pewna, czy znajdę odpowiednie słowa, żeby o niej sensownie napisać. Muszę jednak przynajmniej spróbować. Bo taki debiut jak Moja najdroższa Gabriela Tallenta faktycznie nie zdarza się często i choć ciężko mi to przechodzi przez gardło, zasłużył na swoją sławę i światowy sukces.

Najważniejsza w tej książce jest Julia. Trochę jednak potrwa, nim poznacie jej prawdziwe imię, a na pewno do niego nie przywykniecie, bo sama myśli o sobie jako o Turtle. Dziewczyna ma 14 lat, mieszka z ojcem Martinem w położonym na uboczu zrujnowanym domu na północnym wybrzeżu Kalifornii. W szkolnej ławce cierpi niewyobrażalne wprost katusze, czytanie ze zrozumieniem to dla niej wyzwanie. Myśli sama o sobie jak najgorzej. Wolna i pewna tego, co należy zrobić, czuje się tylko na łonie natury, najlepiej – obserwując świat przez celownik broni, którą posługuje się z wyjątkową biegłością. A czyszczenie broni i rozbieranie jej na części stanowi jej ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Turtle wie, że musi być czujna, zwarta i gotowa. Zbliża się bowiem koniec świata, zawiniona przez ludzkość ekologiczna katastrofa, a w świecie „po” przetrwają tylko najsprytniejsi, najbardziej samowystarczalni i bezwzględni. Taką wizję przekazał córce Martin, a słowo Martina to w jej wąskiej rzeczywistości prawda objawiona. Martin jest mądry, sprytny i ujmujący, kiedy się postara. Codziennie odprowadza córkę na przystanek szkolnego autobusu. Wezwany przez dyrekcję i nauczycielkę z powodu niezadowalających postępów dziewczyny w nauce – obiecuje ćwiczyć z nią słówka. Jest przystojny i nonszalancki. Koledzy zazdroszczą Turtle fajnego ojca. Ale tak naprawdę Turtle nie ma kolegów – po szkole wraca od razu do domu. Poza tatą ma tylko dziadka, który mieszka z psem w zrujnowanej przyczepie kempingowej niedaleko jej domu. A przynajmniej tak sytuacja wygląda do czasu, gdy pewnego dnia, podczas jednej ze swoich niekończących się leśnych wędrówek, Julia pomaga dwóm zagubionym chłopakom mniej więcej w swoim wieku. Jeden z nich zaczyna jej się podobać.

A to kłopot, bo ma poważnego konkurenta. Martin jest nie tylko ojcem, ale i kochankiem Turtle, co dziewczyna przywykła uważać za normę, razem z resztą anormalnych zasad kształtujących jej codzienność. Dzięki przyjaźni z przypadkowo poznanymi chłopakami zaczyna odkrywać, jak żyją inne dzieciaki w jej wieku. A ponieważ niemal równocześnie staje się kobietą, powoli znajduje odwagę, by przeciwstawić się ojcu i uwolnić od uczucia stanowiącego dotąd sens jej życia. Obserwowanie tego procesu, dzięki sprawności autora w oddawaniu przemyśleń bohaterki, równie mocno przeraża, co fascynuje. I przyciąga niczym magnes. Ale Martin nie puści Julii łatwo. Ani z trudem. Nie zamierza puścić jej wcale. Gdyby chodziło tylko o nią, pewnie by mimo wszystko została. Jednak w pewnym momencie, przekonany o bezmiarze swojej władzy nad córką, ojciec popełnia błąd.

Pewnie, można by się czepiać. Debiutanta w zasadzie zawsze da się na czymś przyłapać. Tallent miejscami, szczególnie w monologach Martina, pozwala sobie popłynąć i lekko przeciąga strunę. Ale jednocześnie tak przekonująco wciąga nas do głowy młodej kobiety skrzywdzonej przez najbliższą jej osobę, że za to warto mu te momenty utraty kontroli wybaczyć.

To bardzo dobra, ale naprawdę okropna powieść. Nie jestem w stanie jej polecić, bo chyba nie każdy da sobie z nią radę. Ale nie żałuję, że ją przeczytałam.
niedziela, 20 maja 2018
W nocy wszystkie koty są czarne (Wojciech Chmielarz, Żmijowisko)
Najnowsza powieść Wojciecha Chmielarza to w pewnym sensie eksperyment na czytelnikach, których pisarz do tej pory przyzwyczaił do typowego kryminału, choć z każdą kolejną książką coraz mocniej przesuwał akcenty na społeczno-psychologiczne tło. W przypadku Zombiego ucierpiała na tym logika intrygi. Żmijowisko jest bardzo spójną całością, w ramach której autor sprytnie odwraca uwagę czytelnika od najbardziej oczywistego rozwiązania zagadki, podsuwając kolejnych podejrzanych i możliwe wyjaśnienia zaginięcia nastoletniej Ady. Za to należą mu się pochwały, bo – choć z góry wiadomo, że np. nastoletni Damian, syn właścicieli gospodarstwa agroturystycznego, w którym rozgrywa się zdecydowana większość akcji, sprawcą raczej nie będzie, to już inni kandydaci do tej roli są bardziej prawdopodobni. Co najważniejsze, podejrzenie nie pada przed czasem na właściwą osobę. Mimo że – podobnie jak w przypadku opisywanej tutaj całkiem niedawno Czwartej małpy – wystarczyłoby zrobić pół kroku do tyłu, a winny stałby się oczywisty, bo niemal od samego początku dostajemy wszelkie niezbędne dane. Rozgrywka z czytelnikiem jest więc uczciwa, gdyż ma on szansę odgadnąć prawdę. To zawsze dla mnie dodatkowy i cenny walor tego typu powieści. Jest też jednak zarazem mistrzowska, gdyż Wojciechowi Chmielarzowi udaje się na tyle mocno wciągnąć odbiorcę w opowiadaną historię, że nie ma on czasu spojrzeć na całą układankę z odpowiedniego dystansu i skupia się na jej aktualnie eksponowanych elementach. Gwarantuje to powodzenie prowadzonej z czytelnikiem gry i ostateczny tryumf autora, czyli finałowy efekt zaskoczenia.
Sprzymierzeńcem pisarza w tej rozgrywce jest wybrana przez niego konstrukcja narracji, opartej na trzech planach czasowych. Pierwszy to teraźniejszość, rok po wakacyjnym wyjeździe grupki przyjaciół ze studiów i ich partnerów, na którym Ada Dusza zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Drugi rozgrywa się rok wcześniej, w trakcie feralnych wakacji. A trzeci w okresie przejściowym, co pozwala ukazać wpływ zaginięcia nastolatki oraz innych wakacyjnych wydarzeń na życie bohaterów.
Pisanie o zaginięciu dziecka i towarzyszących mu emocjach rodziców to trudne zadanie, jednak w tych ruchomych piaskach, pełnych takich zagrożeń jak banał, koturnowość i tani sentymentalizm, Chmielarz lawiruje sprawnie i udaje mu się nie przeszarżować, oddając emocjonalne reakcje bohaterów w sposób wiarygodny.
Niestety, jest też jakieś ale (zauważcie, że Cieni się nie czepiałam, więc nie czepiam się dla samej sztuki). Ze wskazanych na wstępie powodów jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że autor musiał namnożyć wątków pobocznych w ramach dywersji, mającej na celu odwrócenie uwagi od tego jednego kierunku, w którym czytelnik nie powinien spoglądać. Ale, na litość, czy musiał do tego posłużyć krótki przegląd tabloidowych nagłówków? Historia dwójki nastolatków, na pierwszy rzut oka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z Rakowisk (nawet i tytuł, a zarazem nazwa letniskowej miejscowości, narzuca oczywiste skojarzenia), jest jeszcze do przyjęcia,  bo choć Sabina, zwana Merigold, może się wydawać irytująco przerysowana, to przy autentycznej Zuzannie M. jawi się jako postać bardzo realistyczna. Podobnie z lokalnymi zblatowanymi notablami – jakoś przejdzie. Mroczna przeszłość właściciela agroturystyki zaczyna już zalatywać tasiemcową docudramą, ale od biedy da się na nią przymknąć oko, bo w sumie mogła się przecież wydarzyć. Jednak wsadzenie w to wszystko polsko-nigeryjskiej prezenterki telewizyjnej, która po utracie pracy zamierza zabawić się w Trumana Capote i napisać książkę o zaginięciu Ady, a przy okazji jest napastowana przez miejscowych rasistowskich kmiotków o wąskich horyzontach, to już więcej niż lekka przesada. Zwłaszcza że w ramach całej intrygi motywacje paczki inteligenckich przyjaciół z Warszawy – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – nie wystawiają im wszystkim lepszego świadectwa co do szerokości horyzontów. Więcej nawet, wystawiają im świadectwo o wiele gorsze. Ludzie są nieskomplikowani i pod cienką powłoką kulturalnego wychowania drzemią w każdym dokładnie takie same, prymitywne instynkty i motywacje. O tym, między innymi, opowiada ta historia, i wybrzmiałaby równie mocno bez dosłownej Murzynki do bicia. Czy tak kategorycznie postawiona teza o ludzkiej naturze jest prawdziwa, nie jestem prywatnie do końca przekonana, ale takich bohaterów dostaliśmy i zapewne są oni w populacyjnej większości. Doboru próbki czepiać się zatem nie będę. Ale sama chciałabym wierzyć, ze ludzie są mimo wszystko, nawet statystycznie, nieco lepsi niż wakacyjna paczka ze Żmijowiska i mieszkający tam miejscowi.
sobota, 10 marca 2018
Wojna bez zwycięzców (Don Winslow, Z psich pazurów)
To wojna, której nie da się wygrać, dopóki narkotyki będą nielegalne. Ale na początku tej opowieści, obejmującej 29 lat, od roku 1975 do roku 2004, Art Keller, młody funkcjonariusz raczkującej DEA (Drug Enforcement Administration, amerykańskiej Agencji Antynarkotykowej), utworzonej przez prezydenta Nixona 1 lipca 1973 roku, jeszcze o tym nie wie.
Wie, że nawet właśni koledzy nie chcą go na meksykańskiej placówce, do której trafił. Jest trędowaty, bo zielony, został zwerbowany z CIA. Zna się na wojnie (był w Wietnamie, w oddziałach specjalnych), ale nie na wojnie narkotykowej.
A jeśli trzeba by scharakteryzować Arta jednym przymiotnikiem, to byłby to uparty. Nie mogąc inaczej wkupić się w łaski swoich, nawiązuje kontakt z miejscowym funkcjonariuszem policji, Miguelem Barrerą. Dzięki uzyskanym od niego informacjom DEA organizuje Operację Kondor, niszcząc meksykańskie pola maku (wówczas głównym towarem przemycanym przez granicę meksykańsko-amerykańską jest opium). Keller nie wie jednak najważniejszego – jego sukces był pozorny, a tak naprawdę był sukcesem jego informatora, który wykorzystał DEA do wyeliminowania konkurencji i założył własny, nowy kartel. Kartel z Guadalajary. Który szybko przerzucił się na nowy towar – kokainę z Kolumbii.
Na próby naprawienia tego błędu naiwnego żółtodzioba Keller poświęci następne ćwierć wieku, raz odnosząc pewne sukcesy, innym razem znaczące porażki. Kartel też będzie raz na wozie, raz pod wozem, przejdzie wewnętrzną wojnę o przywództwo i przekształcenia modelu operacyjnego. A dzięki talentowi narracyjnemu Dona Winslowa czytelnik może obserwować zarówno osobistą rozgrywkę Arta z Barrerami, jak i meksykańską trampolinę (mechanizm przemytu kokainy z Kolumbii, przez Meksyk do USA) w działaniu po obu stronach granicy. Połączenie perspektywy prywatnej bohaterów z szerokim rzutem na całość przemytniczego mechanizmu pozwala uzyskać unikalny, niesamowicie angażujący efekt. Powieść jest bardzo filmowa, między innymi dzięki dynamicznym zmianom perspektyw narracyjnych i planów akcji, a także zaburzeniom chronologii, ale najważniejsze wątki są oparte na prawdziwych wydarzeniach, a bohaterowie – choć noszą inne nazwiska – poza detalami mają życiorysy realnie istniejących postaci. Tak jest, prawie wszystko w tej kipiącej akcją, wciągającej, pełnej grozy, pieniędzy i krwi historii zdarzyło się naprawdę.
Kto oglądał serial Narcos, wie, co się działo w Kolumbii, będącej źródłem przemycanej kokainy. Kto czytał znakomitą Ameksykę Eda Vulliamy’ego, jest w stanie sobie powierzchownie wyobrazić, jak wygląda wojna narkotykowa na samej granicy. Kto nie oglądał ani nie czytał, a interesuje go ta problematyka, temu zdecydowanie polecam obie pozycje. Powieść Winslowa oferuje kolejny istotny element tej układanki, a poza ponurą refleksją o bezsensie osobistej zemsty i wojny z narkotykami w amerykańskim wydaniu, także niesamowicie wciągającą rozrywkę. Z psich pazurów jest monumentalne, liczy ponad 600 stron, a pochłonęłam je w ciągu tygodnia, w międzyczasie normalnie chodząc do pracy. Bo poza wszystkim innym to opowieść o jednostkach, ich marzeniach, ambicjach, dążeniach, planach i winach. O próbach odkupienia grzechów. Wszak tytuł nieprzypadkowo pochodzi z Księgi Psalmów (w ramach ciekawostki, różne wersje tłumaczenia tego fragmentu można zobaczyć tutaj). Lekturę wydatnie uprzyjemniał znakomity przekład, za który wyrazy uznania należą się Piotrowi Chojnackiemu (znanemu też jako Zacofany w lekturze) i Katarzynie Bażyńskiej - Chojnackiej. Szkoda, że tak świetna powieść wyszła w tak niszowym wydawnictwie jak Vizja Press & IT i obecnie, po 11 latach, jest bardzo trudno dostępna (sama szukałam prawie 2 lata). Ale poszukajcie, gwarantuję, że warto. Za polecenie tytułu i zwrócenie uwagi na autora dziękuję Jane Doe.
sobota, 03 marca 2018
Literacka błyskotka (Paweł Sołtys, Mikrotyki)
Jeszcze tydzień temu, w trakcie lektury, byłam przekonana, że wyląduje tu pean pochwalny na cześć zbioru niedługich historii z życia zwykłych mieszkańców warszawskiego osiedla Stegny. Czytając, byłam nimi bowiem po prostu urzeczona. Aż musiałam sprawdzić, kim autor jest z wykształcenia, i wcale się nie zdziwiłam, że rusycystą. To musiała być filologia, ktoś z takim wyczuciem języka, oczytany, płynnie operujący kontekstami, myślący niezwykle plastycznymi obrazami, inne studia wybrałby pewnie wyłącznie z czystego pragmatyzmu. A ten kompletnie mi do Pablopavo nie pasował. Muzyk debiutujący zbiorem krótkich opowiadań, w jakimś stopniu chyba autobiograficznych, bo pewne motywy i osoby zbyt często przewijają się w tle, ma do swoich bohaterów, jak sam powiedział w wywiadzie dla Wyborczej, stosunek miłosno-liryczny. Stąd pewnie tytuł całości, nawiązujący do erotyków, gdyż autora-narratora fascynuje przede wszystkim żywot zwykłych ludzi. To ich egzystencję stara się uchwycić w swoich migawkowych, niezwykle sugestywnych opowiadaniach. Jak wyjaśnia: Nie piszę o zamożnej wyższej klasie średniej, bo po prostu nie bardzo mnie to interesuje. To wynika w dużej mierze z mojego trybu życia. Nie mam samochodu. Jeżdżę autobusami albo przemieszczam się na piechotę. Komunikacja miejska siłą rzeczy sprawia, że jestem blisko tak zwanego "zwykłego życia miasta". Z samochodu mało co widać - jedziesz zamknięty, słuchasz muzyki, a wieczorami spotykasz się na piwo z grupą przyjaciół, w której ciągle się obracasz. Nie widzisz wtedy świata na zewnątrz. Ja żyję troszeczkę inaczej. Stąd się biorą pomysły na piosenki i opowiadania - z tego, co widzę. Wsiadam na przykład w autobus na Targówek, jadę do ostatniego przystanku, a potem szwendam się po dzielnicy, zaglądam, słucham, patrzę. Gdybym był bardzo zamożnym człowiekiem i poruszałbym się dobrym samochodem między siłownią, korporacją a prywatnym przedszkolem, widziałbym znacznie mniej.
I rzeczywiście, ma to bezpośrednie odbicie w tekstach. Dworzec, autobus, klatka schodowa, knajpa, ulica – stąd, poza własną, bliskich i znajomych biografią, Sołtys czerpie inspirację. Językowo jest mistrzem, potrafi w całym tekście błyskotliwie ogrywać jedną i tę samą metaforę, a kiedy indziej jednym zdaniem trafia w emocjonalne sedno. Tylko że ta magia jest krótkotrwała, działa wyłącznie w trakcie czytania. Opowiadania są sensualistyczne, niezwykle autentyczne, wyraziste, żywe. Jakby się oglądało krótkie filmy. To robi wrażenie. Ale ono nie wytrzymuje nawet bardzo krótkiej próby czasu. Minęło siedem dni, a ja – poza pojedynczymi motywami i bohaterami, krótkimi przebłyskami oraz opisanymi wyżej ogólnymi bardzo pozytywnymi wrażeniami – nie pamiętam z Mikrotyków nic. Poza ogólną wymową całości, że w życiu piękne są tylko chwile, a w większości jest ono jednak do niczego. Niezbyt to odkrywcze, nie da się ukryć. Choć od prawdy nie odbiega. W każdym razie – warto dla ulotnych chwil zachwytu podczas czytania, ale wielka ani ponadczasowa literatura to nie jest. Choć, bardzo uczciwie, nie zdradza nawet takich ambicji.
niedziela, 25 lutego 2018
Oldman i Day-Lewis, czyli Oscarowych seansów ciąg dalszy
Staram się trzymać postanowienia o krótkim opisywaniu oglądanych filmów. Dziś o Czasie mroku mogę powiedzieć, że zaskoczył mnie pozytywnie. Na geniusz Gary'ego Oldmana w roli Winstona Churchilla byłam przygotowana, choć chwilami troszkę szarżował. Ale - mimo że ewidentnie skrojony pod show jednego aktora - scenariusz przedstawia też szerszą opowieść, która wciąga i pozwala śledzić wypadki doskonale przecież znane z historii z autentycznym zainteresowaniem. Bezpardonowa walka frakcyjnych buldogów już nawet nie pod, a wprost na parlamentarnym dywanie, to tylko jeden z tych przygnębiająco wręcz ponadczasowych aspektów dodatkowych. Warto zatem poświęcić dwie godziny z małym haczykiem, nie tylko na koncert jednego znakomitego aktora.

Niestety nie jestem w stanie z czystym sumieniem powiedzieć tego samego o kolejnym ponaddwugodzinnym filmie ze znakomitym aktorem w roli głównej, czyli Nici widmo. W zasadzie powinnam się tego spodziewać, gdyż po Magnolii wiem, że filmy Paula Thomasa Andersona nie są dla mnie. Ale nie oparłam się pokusie podziwiania Daniela Day-Lewisa, którego niezaprzeczalna aktorska maestria nie jest jednak w stanie skompensować ewidentnych niedostatków scenariusza. Tym razem dostajemy może i potencjalnie ciekawą oniryczną baśń o utalentowanym krawcu opętanym pracą, cierpiącym ewidentnie na jakieś zaburzenie ze spektrum autyzmu, który z toksycznego związku z siostrą przechodzi w toksyczny - także dosłownie - związek z własną modelką. Ale jakie to jest niemiłosiernie rozwleczone, napuszone, pretensjonalne i nudne! Jaki ten Day-Lewis w swoich natręctwach wkurzający! Gdyby obciąć ze trzy kwadranse, coś by się dało z tej w sumie ciekawej historii uratować. W obecnej formie, która jest zainteresowana głównie samą sobą, widzowi zostają znużenie i irytacja. Odradzam, chyba że jesteście fanami tego reżysera.
sobota, 17 lutego 2018
anarchia sjurealizm moderna (Jarosław Kamiński, Tylko Lola)
Ten tekst musiał odczekać. Ta lektura musiała mi się ułożyć w głowie. W międzyczasie nadeszła - jak na zamówienie - dyplomatyczna awantura z polskimi obozami śmierci na cały świat, któremu władza wykrzykuje, że Polacy wyłącznie ratowali Żydów. A przecież to nie była prawda. Jaka była postawa większości, wymownie świadczy marzec '68 i brak szerokiej społecznej reakcji na wypędzanie polskich obywateli. Świadczy o tym także biografia głównej bohaterki powieści, Niny Molskiej, która dopiero przy okazji przed marcowych szykan dowiaduje się, że jest Żydówką i nazywa się Moel. Choć dla wszystkich dookoła było to oczywiste, ją rodzice przed tą wiedzą całe życie chronili. A gdyby bycie Żydem w powojennej Polsce nie stanowiło balastu, po co by tak robili? Dlaczego zmienialiby nazwisko?

Tytułowa Lola w przedziwny sposób łączy ścieżki dwóch głównych bohaterek i naprzemiennych narratorek powieści. Lidii, starszej komunistki, która niegdyś była anarchistką, surrealistką, modernistką, a potem została funkcjonariuszką partyjną w TVP, wykorzystując znajomości scementowane na hiszpańskich barykadach. Oraz Niny, córki kuzyna Loli, młodej, naiwnej i egoistycznej dziewczyny, marzącej o karierze i przekonanej, że świat powinien się położyć u jej stóp tylko dlatego, iż ma na to ochotę. Z uwagi na uczucie, które łączyło ją z Lolą w czasach młodości, Lidia pomaga Michałowi, ojcu Niny, znaleźć po śmierci żony mieszkanie i pracę w Warszawie, a w końcu samej Ninie załatwia pracę prowadzącej młodzieżowy program w telewizji. Dziewczyna fizycznie przypomina jej Lolę, a tym samym krótki okres szczęścia, jaki Lidia przeżyła, kiedy były razem. By utrzymać to wspomnienie jak najdłużej, Lidia podejmuje coraz trudniejsze z moralnego punktu widzenia decyzje, gdyż władza znajduje nagle wroga publicznego w postaci Żydów. By represje nie spadły na Ninę, muszą dotknąć kogoś innego.

Wejście w lekturę Tylko Loli nie było prostą sprawą – początkowe partie pamiętnika Lidii z pewnych uzasadnionych powodów napisane są chaotycznym, wymagającym językiem, pozbawionym interpunkcji. To męczy i irytuje, choć sytuacja – również z pewnych uzasadnionych powodów – stopniowo ulega poprawie. Przetrwajcie ten początek, nie poddawajcie się, powalczcie trochę z oporną literacką materią, bo naprawdę warto. Tym bardziej, że fragmenty wspomnień Lidii przeplatają się z wersją Niny, już o wiele przystępniejszą językowo.
W nagrodę za wytrwałość dostaniecie przejmującą opowieść o miłości, historii, skrajnym egoizmie i bezwzględności systemu. Jak również o przewrotności losu. Bez Loli, nieprzypadkowo figurującej w tytule, nic z tego by się nie wydarzyło. Powstaje pytanie, czy tak dla obu bohaterek nie byłoby lepiej? Bo tak naprawdę Tylko Lola może być też interpretowana jako studium samotności jednostki, rozpaczliwego poszukiwania swojego miejsca w życiu. Nie jest łatwo nikomu: lesbijce, Żydówce, sierocie, wdowcowi, emigrantom dobrowolnym, tym wyjeżdżającym przymusowo ani tym, którzy zostają. Ale wszyscy próbują, każdy szuka swojego punktu odniesienia, czegoś, co nada kierunek dryfowi codziennego życia. To opowieść świadcząca o tym, że nie jest łatwo go znaleźć, a i nie warto kurczowo trzymać się jednego, odnalezionego w którymś momencie nieodwracalnie już minionej przeszłości. Choć, kto wie, może lepiej miniony niż żaden? Także wielość pytań, możliwych odpowiedzi  na nie, wariantów oceny działań bohaterów stanowi moim zdaniem wielką wartość dodaną tej prozy. Kilka tygodni po zakończeniu lektury sam powrót do niej myślą sprawia, że pytania i wątpliwości buzują na nowo. A to chyba najlepsze świadectwo, że mamy do czynienia z książką niebanalną, choć niewolną od wad (język erotycznych fantazji Lidii jest tak nieporadny, że aż w jakimś stopniu uroczy – ale skąd miała brać inne słownictwo?). Przynajmniej spróbujcie, bo nie będę się tym razem upierała, że to pozycja dla każdego.
sobota, 10 lutego 2018
Hrabia w hotelu (Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie)
Powieść Amora Towlesa rozpoczyna się fragmentem wiersza, który uratował życie jej głównemu bohaterowi. Gdyby nie autorstwo prorewolucyjnego Gdzie on teraz jest? z 1913 roku, hrabia Aleksander Iljicz Rostow w roku 1922 zostałby przez Komisję Nadzwyczajną Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych bez żadnej wątpliwości skazany na śmierć za przynależność klasową. Ponieważ jednak wiersz napisał, skazano go na areszt domowy w moskiewskim Hotelu Metropol. Krok za próg – kula w łeb. Musiał oczywiście opuścić zajmowany od 1918 luksusowy apartament 317 i zadowolić się skromną klitką na poddaszu. Władza pewnie myślała, że trzydziestotrzyletni w chwili wydania wyroku Rostow nie wytrzyma w zamknięciu zbyt długo i problem sam się rozwiąże. Ale wytrzymał kolejne trzydzieści dwa lata. I o tym – w zasadzie – jest ta monumentalna powieść.
Już słyszę te jęki zawodu – co można robić w hotelu przez ponad trzydzieści lat, by czytelnik nie umarł z nudów, czytając ich opis? Z pewnością nie jest to pozycja dla zwolenników dynamicznej akcji. Podzielona na pięć części, z których każda stanowi pewien etap wewnętrznej ewolucji Rostowa, powieść – zdaniem samego autora – przypomina diament leżący na boku. U podstawy jest on najszerszy, gdyż w początkowym okresie aresztu bohater eksploruje Metropol i odkrywa, że w tych czterech ścianach kryje się cały wielki świat, ukryty przed oczyma przelotnych bywalców. Po zbadaniu infrastruktury hrabia nawiązuje bliższe stosunki, które z czasem nabierają charakteru głębokiej przyjaźni, z pracownikami obsługi. Wykorzystując wrodzone predyspozycje do rozsadzania gości przy stole, zostaje kierownikiem sali w prestiżowej restauracji Bojarska. Nowa władza, z którą kolejne państwa stopniowo nawiązują stosunki dyplomatyczne, widząc, że nigdzie się ona nie wybiera, także postanawia wykorzystać obycie towarzyskie i znajomość języków obcych Rostowa, który musi szkolić jej wysokiego funkcjonariusza. To jedna warstwa. Najbardziej powierzchowna.
Ale są i inne. Pod względem psychologicznym Rostow musi zaakceptować nową sytuację, a następnie się do niej dostosować, co nie przychodzi mu łatwo, choć dla postronnych przywdziewa maskę stoika, tytułowego dżentelmena, niezachwianego wobec przeciwności losu. Nie potrafi uciec przed wspominaniem przeszłości, którą zresztą systematycznie przypominają mu wizyty przyjaciela z lat studenckich, obecnie gorliwego zwolennika zwycięskich bolszewików. Wspominki jednak nie wystarczą, nowemu życiu, poza codzienną rutyną, trzeba nadać jakiś sens. I tu przewrotny los zdaje się sprzyjać hrabiemu, gdyż stawia na jego drodze dziewczynkę i kobietę, które wydatnie mu w tym pomogą.
Jest to opowieść nie tylko o starym, które, chcąc nie chcąc, ustępuje nowemu, starając się ocalić jak najwięcej własnych wartości i zrozumieć, jakie wady dawnej epoki przyczyniły się do tryumfu rewolucji. To także pisana mimochodem i na marginesach kronika historii ZSRR (braki w hotelowej kuchni skądś się biorą, a porządek dziobania w partii podlega stałym zmianom, dostrzegalnym przy ustalaniu, kto gdzie będzie siedział na przyjęciach w prywatnej sali restauracji Bojarska). A przede wszystkim subtelna, pełna ciepła, humoru i wzruszeń historia o przyjaźni, miłości i przywiązaniu, które sprawiają, że cztery ściany domowego aresztu wystarczą za cały wielki i szczęśliwy świat. Do czasu, gdy w imię miłości trzeba będzie podjąć wielkie ryzyko i opuścić bezpieczne schronienie w Metropolu. Ku temu momentowi leżący na boku diament, jakim jest narracyjna struktura tej historii, systematycznie się zawęża.
Diamentowa metafora Towlesa, którą wyczytałam w wywiadzie dotyczącym powieści, dostępnym na jego stronie internetowej (po angielsku), idealnie pasuje do moich odczuć w trakcie lektury – Dżentelmen w Moskwie zaskoczył mnie i oczarował na podobieństwo fasetowanego diamentu,  tym bardziej że w ogóle nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. A dostałam prawdziwą literacką ucztę, wykwintną i zróżnicowaną jak menu restauracji Bojarska w Metropolu. Takie książki trafiają się rzadko, ale to dobrze, bo można je bardziej docenić. Nie przegapcie!
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka