niedziela, 20 maja 2018
W nocy wszystkie koty są czarne (Wojciech Chmielarz, Żmijowisko)
Najnowsza powieść Wojciecha Chmielarza to w pewnym sensie eksperyment na czytelnikach, których pisarz do tej pory przyzwyczaił do typowego kryminału, choć z każdą kolejną książką coraz mocniej przesuwał akcenty na społeczno-psychologiczne tło. W przypadku Zombiego ucierpiała na tym logika intrygi. Żmijowisko jest bardzo spójną całością, w ramach której autor sprytnie odwraca uwagę czytelnika od najbardziej oczywistego rozwiązania zagadki, podsuwając kolejnych podejrzanych i możliwe wyjaśnienia zaginięcia nastoletniej Ady. Za to należą mu się pochwały, bo – choć z góry wiadomo, że np. nastoletni Damian, syn właścicieli gospodarstwa agroturystycznego, w którym rozgrywa się zdecydowana większość akcji, sprawcą raczej nie będzie, to już inni kandydaci do tej roli są bardziej prawdopodobni. Co najważniejsze, podejrzenie nie pada przed czasem na właściwą osobę. Mimo że – podobnie jak w przypadku opisywanej tutaj całkiem niedawno Czwartej małpy – wystarczyłoby zrobić pół kroku do tyłu, a winny stałby się oczywisty, bo niemal od samego początku dostajemy wszelkie niezbędne dane. Rozgrywka z czytelnikiem jest więc uczciwa, gdyż ma on szansę odgadnąć prawdę. To zawsze dla mnie dodatkowy i cenny walor tego typu powieści. Jest też jednak zarazem mistrzowska, gdyż Wojciechowi Chmielarzowi udaje się na tyle mocno wciągnąć odbiorcę w opowiadaną historię, że nie ma on czasu spojrzeć na całą układankę z odpowiedniego dystansu i skupia się na jej aktualnie eksponowanych elementach. Gwarantuje to powodzenie prowadzonej z czytelnikiem gry i ostateczny tryumf autora, czyli finałowy efekt zaskoczenia.
Sprzymierzeńcem pisarza w tej rozgrywce jest wybrana przez niego konstrukcja narracji, opartej na trzech planach czasowych. Pierwszy to teraźniejszość, rok po wakacyjnym wyjeździe grupki przyjaciół ze studiów i ich partnerów, na którym Ada Dusza zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Drugi rozgrywa się rok wcześniej, w trakcie feralnych wakacji. A trzeci w okresie przejściowym, co pozwala ukazać wpływ zaginięcia nastolatki oraz innych wakacyjnych wydarzeń na życie bohaterów.
Pisanie o zaginięciu dziecka i towarzyszących mu emocjach rodziców to trudne zadanie, jednak w tych ruchomych piaskach, pełnych takich zagrożeń jak banał, koturnowość i tani sentymentalizm, Chmielarz lawiruje sprawnie i udaje mu się nie przeszarżować, oddając emocjonalne reakcje bohaterów w sposób wiarygodny.
Niestety, jest też jakieś ale (zauważcie, że Cieni się nie czepiałam, więc nie czepiam się dla samej sztuki). Ze wskazanych na wstępie powodów jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że autor musiał namnożyć wątków pobocznych w ramach dywersji, mającej na celu odwrócenie uwagi od tego jednego kierunku, w którym czytelnik nie powinien spoglądać. Ale, na litość, czy musiał do tego posłużyć krótki przegląd tabloidowych nagłówków? Historia dwójki nastolatków, na pierwszy rzut oka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z Rakowisk (nawet i tytuł, a zarazem nazwa letniskowej miejscowości, narzuca oczywiste skojarzenia), jest jeszcze do przyjęcia,  bo choć Sabina, zwana Merigold, może się wydawać irytująco przerysowana, to przy autentycznej Zuzannie M. jawi się jako postać bardzo realistyczna. Podobnie z lokalnymi zblatowanymi notablami – jakoś przejdzie. Mroczna przeszłość właściciela agroturystyki zaczyna już zalatywać tasiemcową docudramą, ale od biedy da się na nią przymknąć oko, bo w sumie mogła się przecież wydarzyć. Jednak wsadzenie w to wszystko polsko-nigeryjskiej prezenterki telewizyjnej, która po utracie pracy zamierza zabawić się w Trumana Capote i napisać książkę o zaginięciu Ady, a przy okazji jest napastowana przez miejscowych rasistowskich kmiotków o wąskich horyzontach, to już więcej niż lekka przesada. Zwłaszcza że w ramach całej intrygi motywacje paczki inteligenckich przyjaciół z Warszawy – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – nie wystawiają im wszystkim lepszego świadectwa co do szerokości horyzontów. Więcej nawet, wystawiają im świadectwo o wiele gorsze. Ludzie są nieskomplikowani i pod cienką powłoką kulturalnego wychowania drzemią w każdym dokładnie takie same, prymitywne instynkty i motywacje. O tym, między innymi, opowiada ta historia, i wybrzmiałaby równie mocno bez dosłownej Murzynki do bicia. Czy tak kategorycznie postawiona teza o ludzkiej naturze jest prawdziwa, nie jestem prywatnie do końca przekonana, ale takich bohaterów dostaliśmy i zapewne są oni w populacyjnej większości. Doboru próbki czepiać się zatem nie będę. Ale sama chciałabym wierzyć, ze ludzie są mimo wszystko, nawet statystycznie, nieco lepsi niż wakacyjna paczka ze Żmijowiska i mieszkający tam miejscowi.
piątek, 18 maja 2018
Rok z Nexto Premium – czy było warto?
Dokładnie 21 maja 2017 r. kupiłam roczny abonament Nexto Premium. Za 19,90 zł. Abonament kończy mi się za 3 dni, więc chciałam podsumować swoje wrażenia, żeby wiedzieć, czy warto go przedłużać na kolejny rok (tym razem już za 100 zł, za 6 miesięcy – 50 zł). Być może was też to zainteresuje. Zasady Nexto Premium są dosyć proste – wszystkie e-booki 40% taniej niż cena w Nexto, przy czym rabat łączy się z promocjami i nie są rzadkie przypadki, gdy łączna zniżka przekracza 80%. Do dzisiaj kupiłam 24 e-booki. Głównie nowości i książki ulubionych autorów: W. Chmielarz, Zombie, R. Hobb, Skrytobójca Błazna,  M. Jago, Prawdziwy George Smiley. Opowieść o agencie, który zainspirował Johna le Carré, E. Cherezińska, Płomienna korona, H. Nesser, Oczy Eugena Kallmana, C. Withead, Kolej podziemna, J. Butcher, Zdrajca, P. Lemaitre, Trzy dni i jedno życie, A. Marinina, Motywy osobiste, T. French, Ostatni intruz, N. Osińska, Fanfik, K. Fejfer, Zawód. Opowieść o pracy w Polsce, A. Horowitz, Morderstwa w Somerset, M. Atwood, Grace i Grace, A. Camilleri, Taniec mewy, A. Christie, Morderstwo w Orient Expressie – tu swoją drogą Nexto zrobiło mnie w balona, bo chciałam kupić przekład Marty Kisiel - Małeckiej i taki sugerowała okładka przy e-booku (specjalnie sprawdzałam), a po pobraniu pliku okazało się, że był to inny przekład z tego samego wydawnictwa, sprzed kilku lat; J. Leovy, Wszyscy wiedzą, J. Kamiński, Tylko Lola, M. Kącki, Poznań. Miasto grzechu, K. Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, t.1; J. Pilch, E. Pietrowiak, Inne ochoty, J. le Carré, Szpiegowskie dziedzictwo, R. Harris, Monachium i W. Chmielarz, Żmijowisko.
Łączny koszt wszystkich zakupów wyniósł 419,14 zł, po doliczeniu ceny abonamentu – 439,04 zł. Średnio za jedną książkę zapłaciłam zatem 18,29 zł. Moim zdaniem nie jest to zła cena, zważywszy na fakt kupowania w przeważającej mierze rynkowych nowości oraz horrendalne ceny polskich e-booków. Żeby jednak mieć porównanie, ile faktycznie udało mi się zaoszczędzić, przeprowadziłam nie do końca miarodajny eksperyment. Zsumowałam aktualne najlepsze – nie promocyjne, bo akurat jest sporo przecen targowych – ceny wymienionych wyżej pozycji, wg danych z porównywarki Świata Czytników. Jak wspomniałam, nie jest to do końca adekwatne, bo powinnam zapisywać drugą najkorzystniejszą cenę z daty danego zakupu i nawet miałam kiedyś taki pomysł, ale zabrakło mi samozaparcia. Zapamiętałam tylko, że koszt samego abonamentu zwrócił mi się już przy drugiej zakupionej książce. W każdym razie przy wskazanych wyżej założeniach łączny koszt zakupów na dziś wyniósłby 672,89 zł. Czyli dzięki abonamentowi zaoszczędziłam 233,85 zł. Co najmniej, bo zdaje mi się, że z okazji WTK ceny i tak są dziś wszędzie trochę niższe niż normalne. Zatem nawet uwzględniając, że w tym roku koszt abonamentu będzie o 80 zł wyższy niż w poprzednim, w dalszym ciągu ta zabawa się opłaca. A jak ktoś kupuje więcej niż 2 e-booki miesięcznie (tzn. ja oczywiście poza Nexto kupowałam też w innych księgarniach, ale przeważnie wtedy, gdy dany tytuł był u nich niedostępny, bo w Premium ceną wygrywali w 9 przypadkach na 10), to już w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać. Zdecydowanie warto.
A wy korzystacie z Nexto Premium? Jak wrażenia?
EDIT: Przez najbliższy tydzień zarówno roczny, jak i półroczny abonament 50% taniej: http://www.nexto.pl/premium/
niedziela, 13 maja 2018
Zagadka konfabulującej bohaterki (Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu)

Przedziwna sprawa z tą książką, bo spodziewałam się, że będzie ona o czymś zupełnie innym. Historie uratowanych przez Irenę Sendler i jej współpracownice z Wydziału Opieki dzieci, od których Anna Bikont rozpoczyna, przynajmniej w pierwszej chwili zdają się potwierdzać ukształtowane niezbyt dobrym filmem oczekiwania. Ale już bohaterka pierwszego rozdziału, Margarita, maluje obraz skrajnie odmienny od obowiązującej narracji o dobrym polskim narodzie. Jest pełna nienawiści i żalu, i trudno po zapoznaniu się z jej historią, pełną prześladowań i bezwzględnego szantażu, mieć do niej o to pretensję. Drugi rozdział bilansu wcale nie poprawia, jest jednak ważny dla wymowy całości, bo na koniec bohaterka przyznaje, że po fakcie wpisała Sendlerową w historię swojego ocalenia, bo gdy tylko ją spotkała, zapragnęła, by była ona częścią jej życia. Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? – zaczęłam się zastanawiać i to pytanie towarzyszyło mi już do końca lektury. Gdyż – choć autorka stara się wyjątkowo delikatnie obchodzić ze swoją bohaterką i unikać takich słów jak kłamstwo czy zmyślenie – bardzo szybko okazuje się, że Irena Sendler w dużym stopniu sama zbudowała własną legendę. A przecież wcale nie musiała tego robić: przywłaszczać sobie cudzych historii, zasług najbliższej przyjaciółki, zawyżać w sposób niebotyczny liczby uratowanych żydowskich dzieci. Miała bowiem najlepsze intencje, stabilne przekonania i autentyczne zasługi na froncie logistyczno-organizacyjnym, których nikt nigdy nie kwestionował. Ale osobiście nie wyprowadzała dzieci z getta.
Gdy jednak zapoznać się z jej prywatną biografią, staje się w pewnym sensie zrozumiałe, że miała potrzebę podciągnięcia życiowego bilansu,  skompensowania fałszywą publiczną personą niepowodzeń w związkach i relacjach z dziećmi, mającymi jej za złe wieczną nieobecność. W pewnym momencie zabrnęła chyba za daleko i stała się niewolnicą własnych kłamstw, w które najprawdopodobniej sama w końcu uwierzyła. Wierzyła zresztą głęboko w wiele rzeczy niezgodnych z prawdą – np. że jej dzieci nie przyjęto na studia, by ukarać ich matkę za ratowanie Żydów, podczas gdy najzwyczajniej w świecie zabrakło im punktów i się nie dostały. Także powojenne losy Sendlerowej naznaczone są paradoksem. Łatwo zrozumieć, że osoba o jej poglądach chciała wierzyć w system komunistyczny i budować nową Polskę w myśl jego szlachetnych ideałów. Jednak pozostała w PZPR do samego końca, mimo że już w marcu 1968 roku zobaczyła prawdziwą twarz systemu. Nie wspierała oficjalnej antyżydowskiej propagandy, ale nie wystąpiła z partii. Przedziwna, ale bardzo realistyczna – aż niewygodnie realistyczna w zestawieniu z legendą – biografia.
Z historii ocalonych też wyłania się obraz odbiegający od oficjalnej laurki tak daleko, jak to tylko możliwe. Niektórych koszmary wojny popchnęły do odebrania sobie życia. Inni, najbardziej liczni, ukrywali własną tożsamość nawet przed partnerami i dziećmi.  A dlaczego? Bo społeczeństwo polskie było w swej masie skrajnie antysemickie. Przed wojną, w jej trakcie i po jej zakończeniu. Polskie dzieci wydawały żydowskie dzieci z czystej złośliwości, nawet te ukrywane w klasztorach czuły się stale zagrożone przez rówieśników.  Dlatego uważam, że książka Anny Bikont powinna być czytana jak najpowszechniej i mam nadzieję, że liczne nagrody w tym pomogą. Nie da się bowiem przy tej lekturze nie przemyśleć pewnych smutnych, fundamentalnych i bardzo niewygodnych spraw.

niedziela, 06 maja 2018
Lektury majówkowe (J. D. Barker, Czwarta małpa i R. Harris, Monachium)
Przed majówką skończyłam Sendlerową. W ukryciu Anny Bikont, ale o niej będzie osobno. Dziś o dwóch lżejszych lekturach.

Po Czwartą małpę sama bym na pewno nie sięgnęła, poleciła mi ją przyjaciółka. Powieść J.D. Barkera okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałam po obciążającej psychicznie książce Bikont i dłuższym okresie ciężkiej pracy. Page-turner w pełnym znaczeniu tego słowa. Dawno nie czytałam książki, której po prostu nie da się odłożyć, bo każdy kolejny rozdział zmusza do przeczytania następnego. I nawet końcówka nie jest żenująca! Temat dość klasyczny - śledczy od pięciu lat bezskutecznie tropi seryjnego zabójcę, który więzi i okalecza swoje ofiary, nawiązując do trzech mądrych małp - nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego. A sam wierzy w istnienie tytułowej czwartej małpy i w to, że swoimi działaniami wymierza sprawiedliwość. Bieżące wydarzenia przeplatane są fragmentami pamiętnika opisującego dzieciństwo zabójcy. O tym, że autor dobrze wyczuł i zrealizował konwencję, najlepiej świadczy, że nawet tak marudny czytelnik jak ja dał mu się wciągnąć w opowieść na tyle mocno, że nie znalazł nawet chwili, by spojrzeć na fabułę z zewnątrz i zauważyć jej w sumie dość przewidywalne z perspektywy całości utworu pułapki. Jeśli zatem szukacie relaksu przy dynamicznym kryminale, ta pozycja będzie idealnym wyborem. Ostatni raz książka z tego gatunku wciągnęła mnie tak bardzo jakieś 1,5 roku temu i było to Raz na zawsze Andreasa Pflügera. Niestety, tam finisz okazał się rozczarowaniem.

Monachium Roberta Harrisa również czytało się bardzo płynnie, ale całościowo powieść do pewnego stopnia mnie zawiodła. Za dużo tam raportowej faktografii, a za mało fabularnego mięsa. Harris opisuje okoliczności, w jakich doszło do zawarcia układu monachijskiego, porozumienia, na mocy którego, za oddanie Rzeszy sporego kawałka Czechosłowacji, Wielka Brytania i Francja kupiły dodatkowe 11 miesięcy pokoju. Czytelnik postrzega wydarzenia z perspektywy dwójki przyjaciół, Brytyjczyka i Niemca, którzy wspólnie studiowali w Oksfordzie, a teraz pracują w dyplomacji swoich państw. Przestali utrzymywać kontakt po tym, jak sześć lat wcześniej wybrali się razem na wakacje i trafili m.in. do Monachium, pod dom Hitlera, gdzie doszło do wydarzeń, które ich poróżniły. Co takiego zaszło między niegdysiejszymi przyjaciółmi? Harris niemal do końca trzyma to w tajemnicy, ale ostateczne wyjaśnienie nie kompensuje detalicznie dokumentalnego tonu reszty opowieści. Żeby była jasność - dzięki lekkiemu pióru autora przez tekst po prostu się mknie, ale dodatkowe wątki, które mają utrzymać zainteresowanie czytelnika (bo finał prac nad porozumieniem jest wszak z góry znany), są po prostu zbyt wątłe, a ich bohaterowie zbyt bezbarwni. Nie mogę zatem polecić z czystym sumieniem.
niedziela, 29 kwietnia 2018
Trochę Dicka, trochę Matriksa, za dużo chaosu (Rafał Kosik, Różaniec)
Miałam nadzieję, że najnowsza powieść Rafała Kosika okaże się czarnym koniem fantastycznej rodzimej stawki 2017. Był to bowiem wyjątkowo marny rok, o czym świadczy choćby fakt, że ostatecznie na nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego załapali się autorzy spoza gatunkowego getta - Zygmunt Miłoszewski z Jak zawsze oraz Elżbieta Cherezińska z Płomienną koroną (na którą i ja zagłosowałam, bo choć wątek fantastyczny to żenada, sama powieść jest dobra).
Jest to moje pierwsze spotkanie z powieściową twórczością autora, a zarazem jego pierwsza powieść dla dorosłych po wieloletniej przerwie. Być może źle trafiłam, na pewno Różańcowi nie pomogło, że powstawał osiem lat. Jest bowiem dramatycznie nierówny i to niestety rzuca się w oczy. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością lepiej by też książce zrobiło, gdyby ukazała się w innym wydawnictwie, nienależącym do autora (ewentualnie, by w tej formie nie ukazywała się po prostu w ogóle).
Zdaję sobie sprawę, że brzmi to ostro, zwłaszcza w zestawieniu ze wszystkimi pochlebnymi opiniami, na które natknęłam się w okolicach premiery.  Ale nic na to nie poradzę, mimo że w pomyśle na wielu poziomach był potencjał, a powieść momentami czytało się z autentycznym zainteresowaniem, końcowy efekt przypomina sflaczały balon. Akcja rozgrywa się w nieokreślonym momencie przyszłości, bo ludzkość nie liczy już lat w sposób, do którego przywykliśmy. Po niesprecyzowanej katastrofie ekologicznej musieliśmy opuścić Ziemię i przenieść się do miast-pierścieni, orbitujących wokół Nie-Słońca. W Pierścieniu Warszawa mieszka Harpad, nasz główny bohater, który utrzymuje się z hakowania sztucznej inteligencji, monitorującej m.in. bezpieczeństwo populacji. Obniża mianowicie swoim klientom poziom PZ, czyli punktów Potencjalnego Zagrożenia, tak, by nie ulegli Eliminacji dla dobra ogółu. Próg punktowy, po którym to następuje, jest nieznany, wiadomo jednak, od kiedy należy mieć się na baczności. Gdy zbierzemy zbyt wysokie PZ, pojawiają się prowokatorzy, usiłujący nas przepchnąć przez granicę, zza której nie ma powrotu. I wtedy trzeba szukać kogoś takiego jak Harpad – kodera g.A.I.a. Umiejętności bohatera są przy tym na tyle unikalne, że zostaje on - z pomocą szantażu skierowanego przeciwko najbliższej osobie - wplątany w rozgrywkę polityczną. Pierścień Warszawa znajduje się bowiem w gorącym okresie przedwyborczym. I jakby tego wszystkiego było mało, w pewnym momencie wybucha Pierścień Monachium, co zostaje zatajone przed opinią publiczną. Rozwój wydarzeń zmusi protagonistę do wejścia głębiej i odkrycia prawdziwej natury rzeczywistości, gdyż, jak łatwo się domyślić, swych unikalnych umiejętności nie posiadł on po to, by bezproblemowo zarabiać na życie. Jego głównym przeciwnikiem okażą się nie zwaśnione ludzkie stronnictwa, ale sztuczna inteligencja, która miała im służyć.
Mamy więc koronny schemat SF, do tego nawiązania do absolutnych klasyków gatunku, takich jak Dick czy Ellison. Wypada zatem zapytać, dlaczego ten samograj nie działa? Przede wszystkim autor chciał napisać wszystko na raz: klasyczne SF, political fiction, powieść obyczajową, fantastykę socjologiczną i jeszcze dodać troszkę sensacji na dodatek. Po czym, gdy tylko dany wątek doprowadzał bohatera do niezbędnego fabularnie miejsca, Rafał Kosik bez żalu go porzucał. A sam bohater jest niestety zbyt bezbarwny, by jego losy porwały nas dostatecznie i pozwoliły przymknąć oko na fakt, że całe, teoretycznie bardzo istotne wątki fabularne, zawisają w próżni. Na przypadłość szkicowości cierpią zresztą wszyscy bohaterowie, być może dlatego, że językowo i stylistycznie proza Kosika jest po prostu słaba. Gdyby było tu coś innego, oryginalny koncept albo fabuła trzymająca się kupy, dałoby się przymknąć oko na to, że wszyscy mówią tak samo, a opisy ich motywacji czy przemyśleń są po prostu marne. Dobry jest opis świata, odsłaniany stopniowo (w tym także rzeczywistości społecznej), i on chyba autora najbardziej interesuje. Jako czytelnik poczułam się jednak oszukana, gdy w pewnym momencie, bez udzielenia jakichkolwiek wyjaśnień, nastąpiło cięcie i kamera zaczęła pokazywać coś zupełnie innego niż dotychczas, prowadząc do zakończenia, dogodnie zwalniającego autora z obowiązku udzielania konkretnych odpowiedzi. Nie polecam.
niedziela, 22 kwietnia 2018
Jak wam się nie podoba, to windą do nieba (Jo Nesbo, Macbeth)
Ponoć Jo Nesbo zgodził się na udział w Projekcie Szekspir tylko pod warunkiem, że przypadnie mu właśnie Makbet. Jest to moja pierwsza powieść z projektu, choć mam w planach jeszcze co najmniej Otella (Ten nowy Tracy Chevalier) i Burzę (Czarci pomiot Margaret Atwood). Oraz, rzecz jasna, Hamleta Gillian Flynn, jak tylko się ukaże. Tymczasem nie mam więc jeszcze pojęcia, jak z zadaniem przeszczepienia prac wielkiego klasyka na współczesny grunt poradzili sobie inni pisarze. Ale co do rezultatu starań Norwega uczucia mam, niestety, mocno mieszane.
Makbet nie jest sztuką łatwą, jako opowieść o żądzy władzy, sile miłości, szaleństwie, magii i przeznaczeniu. Niezwykły, unikalny wręcz miks wątków rodem z antycznej tragedii i ludowych podań. To, co składa się na jego wielkość, wszelkie próby reinterpretacji czyni niesamowicie ryzykownymi. Nesbo zdecydował się zrobić z tego wielowarstwowego materiału kryminał noir osadzony w niezidentyfikowanym mieście na amerykańskim wybrzeżu, a bohatera tytułowego uczynić funkcjonariuszem policyjnej jednostki specjalnej. Pod wpływem swojej ukochanej, Lady, właścicielki kasyna borykającej się z traumą dzieciobójstwa, młody człowiek, były wychowanek sierocińca i niebiorący od lat narkoman, zaczyna piąć się po szczeblach kariery, a każdy kolejny awans to trupy, w tym także ludzi mu najbliższych. Widać, że od pomysłu przedstawionego na spotkaniu we Wrocławiu dwa lata temu fabuła powieści jeszcze ewoluowała, bo początkowo na przykład trzy wiedźmy miały być trzema bossami narkotykowymi, a ostatecznie stały się jedynie wytwórczyniami silnie uzależniającego narkotyku, znanego jako wywar.
Czyta się Macbetha bardzo dobrze, bo jest w tej nowej fabule, na wielu poziomach podejmującej mimo wszystko udany dialog z oryginałem, ten sam magnetyczny pierwiastek, co w opowieści człowieka ze Stanfordu. Szaleństwo zarówno Macbetha, jak i Lady, dostaje przekonującą podbudowę. Także pozostałe postaci, nawet te poboczne, mają spójne motywacje i żywe charaktery. Są ludzkie, trudno nimi bezwarunkowo pogardzać jedynie dlatego, że okazują słabości rozmaitego rodzaju. Ale jednak magia nie działa na tyle mocno, żeby stos trupów dogodnie padających pod stopy bohatera i fura bezczelnych egzekucji w biały dzień, w tym takich na dzieciach i nawet niemowlętach, nie zaczęły w pewnym momencie wyglądać absurdalnie. Miasto przecież nie istnieje w próżni, a fakt, że od dawna zżerała je korupcja, nie oznacza jeszcze, że wszyscy grzecznie łykną ostrzelanie wiejskiego domu z działek bojowych, bo ukrywał się tam rzekomy zdrajca. Nowy komendant obejmuje urząd i nagle wszystkie próby zatrzymania kończą się śmiercią podejrzanych. Każdy siedzi u kogoś w kieszeni. Nikomu nie można zaufać, a już najmniej własnemu umysłowi. Jak to w kryminale noir, ale w tym wypadku wyznaczniki konwencji wyostrzone są daleko poza granice absurdu.
W teorii wszystko zgadza się z oryginalną fabułą i z genialnym podsumowaniem autorstwa Stanisława Barańczaka, tj.:
Szkot: bestia bitna.
Żona: ambitna.
Ręce umywa. Ma gdzieś.
Bór: marsz na mur! Finał: rzeź.

W praktyce rzeźnia zaczyna się za wcześnie, a choć są momenty czy rozwiązania znakomite, to jednak całość wydaje się przeszarżowana. Nie polecam, nie odradzam, nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Ale oczekiwania miałam sporo większe.
niedziela, 15 kwietnia 2018
Mogło być lepiej, a wyszło jak zawsze (Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski)
Ze sporym zdumieniem odkryłam najnowszą powieść Miłoszewskiego na liście pomocniczej dla elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego. A jako że 2017 był w polskiej fantastyce wyjątkowo ubogi (dwa tygodnie temu miałam 4 książki warte choćby rozważenia przy nominowaniu, przy czym wyłącznie co do Niepełni Anny Kańtoch miałam niezbite przekonanie, że na tę nominację zasługuje), postanowiłam, jak na dobrego elektora przystało, przed końcem głosowania nadrobić tę zaległość.
Pomysł na powieść jest niezbyt skomplikowany – para małżeńska z pięćdziesięcioletnim stażem, Ludwik i Grażyna, podczas prywatnych obchodów okrągłej rocznicy rozpoczęcia swojego związku cofają się w czasie do jego początku. Znów jest rok 1963, a oni dostają unikalną szansę – mogą ponownie przeżyć swoje życie, razem albo osobno. Jednak, choć bohaterowie mieszkają mniej więcej w tych samych miejscach w Warszawie, nie wszystkie okoliczności przyrody pozostały bez zmian. I modernistyczna architektura blokowiska Ludwika nie stanowi najważniejszej różnicy. Po kilku latach powojennych rządów komuniści zostali obaleni z pomocą Francji. Polską rządzi prezydent Eugeniusz Kwiatkowski i popierająca go liberalno-chłopska większość parlamentarna, a w Warszawie zamiast Pałacu Kultury stoi Wieża Przyjaźni. Grażyna pracuje jako nauczycielka zarządzania gospodarstwem domowym w państwowej szkole Kobiety Bez Granic, do której, w ramach wyrównywania szans na zostanie damą z międzynarodowego towarzystwa, dziewczęta przyjmowane są bez względu na pochodzenie. Ludwik jak był terapeutą, tak jest nim nadal. Jak miał żonę – naukowca (którą zostawił dla Grażyny), tak nadal ma. Jednak w nową rzeczywistość bohaterowie wchodzą z doświadczeniem przeżytych pięćdziesięciu lat. Ciekawie się patrzy, jak wpływa to na ich decyzje, choć – podobnie jak w piosence, od której wziął się tytuł – zarówno miłość, jak i historia w końcu wracają na stare tory.
Jako że jestem zdania, iż Zygmunt Miłoszewski pisał do tej pory dobre powieści, ale kryminały kiepskie, z bardzo naciąganymi fabułami, nie przeszkadza mi zmiana gatunkowej konwencji, do której sam autor ironicznie nawiązuje w rozmowie Ludwika z potencjalnym wydawcą polskiej wersji przygód Roberta Langdona i Harry’ego Pottera. Przyznam się wręcz do nadziei, że bez gatunkowego gorsetu pisarz stworzy w końcu coś pełnego. Niestety, powieść pozostawia ostatecznie spory niedosyt. Dobrze się to wszystko czyta, ciekawie odkrywa alternatywną, frankofilską Warszawę lat 60. i jest w Jak zawsze na wielu poziomach potencjał, który jednak na żadnym nie zostaje w pełni wykorzystany. Realia polityczne opisane są wyrywkowo i niemiłosiernie spłycone, więc choć pomysł wyjściowy jest intrygujący, to jednak zostaje zarżnięty poprzez proste przeniesienie pół wieku wstecz aktualnego narodowego sporu politycznego. Realia społeczne też zostają zaledwie liźnięte, a szkoda, bo nawet przy tak pobieżnym potraktowaniu pojawiają się ciekawe elementy. Prywatne sprawy bohaterów pozostają ostatecznie w zawieszeniu.
Powieść pisana jest ewidentnie pod rynek francuski i choć w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi chęć zdyskontowania odniesionego tam sukcesu, to jednak autor trochę zbyt negatywnie i stereotypowo przedstawia Polaków (jako prostych i poczciwych, a jednocześnie swarliwych i w sumie łatwych do omamienia konsumentów wódki i kapusty), a zdecydowanie zbyt łagodnie na tym tle obchodzi się z Francuzami, co do których uzasadnionych stereotypów również nie brakuje (choć owszem, wspomina ich niechęć do nauki języków obcych oraz poczucie wyższości, ale tak delikatnie, żeby na pewno się nie pogniewali). Rozumiem, że to jest satyra, a frankofilowi neoficie trudno zdjąć różowe okulary, ale nieciekawie taka dysproporcja wygląda i drażni. A skoro drażni nawet mnie, podzielającą autorską diagnozę naszego narodowego charakteru, to podejrzewam, że coś jest na rzeczy.   
Zaś chyba najbardziej mam Miłoszewskiemu za złe, że także warstwy fantastycznej nie zdecydował się domknąć. Przeniósł bohaterów w czasie i geopolitycznych realiach. Zasugerował, że jedna i druga rzeczywistość wzajemnie się przenikają. I na tym poprzestał. Tak że fantastyka też z tego żadna. Najlepiej broni się zatem warstwa psychologiczno-obyczajowa. Jak zawsze u tego autora.
niedziela, 08 kwietnia 2018
Segregacja jako klucz do integracji (Paul Beatty, Sprzedawczyk)
Jak już wielokrotnie pisałam, do książek nagradzanych (w tym przypadku Man Booker Prize 2016) mam stosunek wybitnie nieufny. Jednak Sprzedawczyk spełnił z nawiązką moje oczekiwania, a po przeczytaniu blurba spodziewałam się po prostu interesującej lektury. Tymczasem – choć oczywiście jest to w sumie lekka, zabawna i mocno ironiczna historia – między kolejnymi żartami i perypetiami głównego bohatera przemyca refleksję o tym, czy segregacja faktycznie się w USA zakończyła. I daje odpowiedź łatwą do przewidzenia – zakończyła się formalnie, ale nie faktycznie, a żeby tę smutną prawdę obnażyć, trzeba spróbować ją przywrócić, choćby tylko na lokalną skalę. Skutki tego społecznego eksperymentu mogą okazać się zaskakujące.
Zaczyna się od wykreślenia miasta Dickens z mapy. Jak dowiadujemy się z przypisów tłumacza Piotra Tarczyńskiego, bez których powieść, naszpikowana odniesieniami do historii segregacji, byłaby bez wątpienia dla polskiego czytelnika o wiele mniej zrozumiała, Dickens jest fikcyjnym miejscem, ale pod wieloma względami stanowi odpowiednik Compton, miasta leżącego w samym środku hrabstwa Los Angeles, na południe od centrum miasta Los Angeles. W Compton, jak w Dickens, znajdują się tereny rolnicze i to Compton uznaje się za jedną ze stolic gangsterskiego rapu. Kiedyś zamieszkane w przeważającej większości przez czarnych, dziś Compton jest w 65% latynoskie, Afroamerykanie zaś stanowią tylko około jednej trzeciej mieszkańców.
Główny bohater, tytułowy Sprzedawczyk, jest z wykształcenia rolnikiem, hoduje zwierzęta, uprawia z sukcesami autorskie odmiany warzyw i owoców, w wolnych chwilach surfuje i popala marihuanę. Jest też – wbrew własnej woli – posiadaczem niewolnika, który był swego czasu dziecięcą gwiazdą filmową, ale to osobna ciekawa historia, po szczegóły której odsyłam do książki. Natomiast czynnikiem zasadniczym dla biografii protagonisty były nie jego własne życiowe wybory, ale fakt, na który nie miał wpływu. Był synem czarnego psychologa, który jako jedyny praktyk specjalizował się we własnej, autorskiej dziedzinie – psychologii wyzwolenia, a chodziło o wyzwolenie czarnej rasy.  Z syna, którego wychowywał samotnie, od jego najwcześniejszego dzieciństwa uczynił obiekt eksperymentów. Tym zatem bohater był, czarnym mieszkańcem Dickens i synem swojego ojca, który – mimo pokładanych w nim nadziei – okazał się dla rodzica wielkim rozczarowaniem.
Problem pojawił się, kiedy ojciec umarł, a miasto, przynajmniej w sensie administracyjnym, zniknęło. Bohater musiał odnaleźć własną tożsamość, a że nie był w stanie – mimo prób – zastąpić ojca na stanowisku Zaklinacza Czarnuchów, postanowił na początek przywrócić miasto Dickens jego osieroconym obywatelom. Po drodze do tego celu odkrył, kim jest, a przy okazji udowodnił w praktyce, że segregacja może stanowić dla czarnej społeczności spoiwo i – nieco paradoksalnie – pozytywny bodziec rozwojowy. Nie jest prawdą, że wszyscy są równi, mówi Beatty, i dlatego udawanie, że rasa nie ma znaczenia, mija się z celem. Można jednak spróbować nowego, pozytywnego podejścia, takiego, w którym czarna skóra nie jest równoznaczna z piętnem gorszych szans, ale stanowi przepustkę do elitarnego klubu, do którego biali nie mają wstępu.
Jest to myśl ciekawa i mimo wszystko optymistyczna, a stanowi puentę naprawdę zwariowanej historii, którą czyta się lekko i z rosnącym zainteresowaniem mimo sporej zawartości materiału do historiozoficznej refleksji. Został on bowiem wpleciony w fabułę z wyjątkową gracją i w zasadzie niepostrzeżenie się go przyswaja. Wielka w tym zasługa humoru, dobrze oddanego w przekładzie. Słowem, nie jest to może jakieś arcydzieło wywierające na odbiorcy niezatarte wrażenie, ale niewątpliwie powieść ciekawa i niebanalna, warta poświęconego jej czasu.
P. S. A także pierwsza, którą przeczytałam na nowym czytniku – Kindle Paperwhite 3.
P.S. 2 Tłumaczenie jest naprawdę brawurowe, a z pewnością nie było łatwe.
poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Powinniśmy być wdzięczni Hitlerowi (Młyny Boże, Jacek Leociak)
Święta Wielkiejnocy, w czasie których Sanhedryn doprowadził do skazania Jezusa (będącego, o czym wielu nie chce pamiętać, Żydem) na śmierć, już za nami, ale książka Jacka Leociaka, zbiór luźnych zapisków o Kościele i Zagładzie, może i powinna być czytana w każdym czasie. Ja bym ją nawet wpisała na listę licealnych lektur obowiązkowych, bo otwiera oczy na wiele spraw związanych z nastawieniem Kościoła Katolickiego (tak hierarchów, jak i szeregowych księży), a w szczególności katolickich mieszkańców ziem polskich przed II WŚ oraz w jej trakcie,  do Żydów. Jest może miejscami lekko tendencyjna, chwilami autor nieco się zapędza w argumentacji, ale też i nie sposób się dziwić, że go ponosi, bo zwraca uwagę czytelnika na fakty bulwersujące, a mało znane szerszej publiczności. Gdy właśnie znane i nagłaśniane być powinny, w szczególności teraz, zwłaszcza w naszym kraju. Usiłuje się u nas bowiem obecnie - wbrew faktom - stworzyć narrację, zgodnie z którą naród polski składał się z samych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, nic innego nie robił, tylko Żydów z narażeniem życia i zdrowia ratował od Zagłady. Antysemityzmu przed wojną w Polsce jakoby nie było, tak jak i teraz go ponoć nie ma. Stodołę w Jedwabnem podpalili ludzie bez narodowości, podobni wywołali pogrom kielecki. Podczas gdy rzeczywiste nastroje społeczne, dominujące tendencje i proporcja ratujących do ogółu populacji, na froncie rozwiązania kwestii żydowskiej raczej okupantowi kibicującemu, wcale tak spektakularnie nie wyglądały, a niechęć do Żydów umacniały w wiernych nauki KK. W samym polskim kościele pełno było zajadłych nacjonalistów i antysemitów, nawet kryształowy prymas Wyszyński miał w tej kwestii sporo na sumieniu. Ale jak wymagać od szeregowych księży, ludzi często prostych, nawet od lokalnego prymasa, gdy przykład odwracania oczu od tragedii i umywania rąk dawał papież Pius XII? I ten obraz, zarówno szeroką, jak i wąską, jednostkową perspektywę, stawia nam przed oczami Leociak. A gdy się na niego spojrzy, oczy robią się coraz większe. Ze zgrozy, oburzenia, przerażenia i obrzydzenia. Nie ma gdzie tych oczu podziać ze wstydu za naszych rodaków, według których  Hitler był straszny, bo prześladował naród polski, ma wszakże jedną zasługę – załatwił dla nas (czy za nas) sprawę żydowską.
Czytajcie koniecznie. Może i nie jest to stuprocentowo wyważone i obiektywne opracowanie, ale na pewno to potrzebna i wartościowa, zbudowana na pracy ze źródłami, przeciwwaga dla wspaniałego obrazka, jaki tron i ołtarz pospołu post factum starają się nam w kwestii żydowskiej odmalować.
sobota, 24 marca 2018
Jeden Rhyme na trzy lata to optimum (Jeffery Deaver, Pocałunek stali)
Tak, znowu to zrobiłam. I nie mam poczucia straconego czasu. Nie jestem też nawet specjalnie zirytowana, bo już dobrych klika lat temu pogodziłam się z tym, że Deaver przestał być ambitnym pisarzem kryminałów, a stał się sprawnym rzemieślnikiem, regularnie dostarczającym sporemu gronu odbiorców towar o oczekiwanych przez nich parametrach. Powiem więcej - trzy lata, które minęły od polskiego wydania poprzedniego (jedenastego) odcinka przygód byłej modelki Amelii Sachs i sparaliżowanego kryminalistyka - okazały się interwałem idealnym. Nie pamiętałam już niedostatków tomu poprzedniego, a nawet krótki program obowiązkowy (pozorne bądź rzeczywiste zagrożenie życia głównych bohaterów, choć z góry wiadomo, że nie może im się stać nic poważnego), grany po takiej przerwie, aż tak nie raził.
Przy czym muszę oddać autorowi, że stałe fragmenty gry w Pocałunku stali ograniczył do naprawdę niezbędnego minimum. Dążył za to w zamian - a przynajmniej przez niemal połowę powieści udało mu się sprawiać takie wrażenie tak udatnie, że nawet ja uwierzyłam - do czegoś w rodzaju nowego otwarcia. Chyba sam już zaczął się troszkę dusić w stworzonej przez siebie klatce dowodów fizycznych, białych tablic, chodzenia po siatce i szumu spektrometru z chromatografem. W rezultacie punkt wyjścia mamy taki, że Lincoln Rhyme już nie pracuje dla policji. Dlaczego odszedł z funkcji konsultanta, tego się zbyt szybko nie dowiemy. W każdym razie - na prośbę swojej narzeczonej - nasz bohater zgadza się pomóc przy formułowaniu roszczeń w sprawie cywilnej, w której powódką ma być wdowa po mężczyźnie zabitym w wyniku awarii ruchomych schodów w centrum handlowym. Po latach śledztw kryminalnych kulisy odpowiedzialności cywilnej za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny mają w sobie niewątpliwie coś świeżego, zwłaszcza dla czytelników niebędących prawnikami.
Do tego dochodzą prywatne sprawy Sachs - choroba matki oraz niespodziewane przedterminowe zwolnienie jej byłego partnera, Nicka Carelliego. Były policjant, po wyroku za korupcję i napaść z bronią w ręku, przekonuje Amelię, że był niewinny, a przyznał się tylko po to, by ratować życie brata, który nie przetrwałby w więzieniu. Kobieta zaczyna wspominać ich związek, nie odmawia Nickowi pomocy w oczyszczeniu dobrego imienia. Jednocześnie zataja sprawę przed Lincolnem.
Młody Pulaski realizuje jakąś zagadkową operację pod przykryciem na własną rękę. Rhyme ma nową asystentkę, swoją studentkę, podobnie jak on niepełnosprawną, choć dopiero uczącą się życia tetraplegika. Słowem, jest ciekawie, a przecież jeszcze nawet nie wspomniałam o mordercy! Który oczywiście być musi, a dodatkowo musi posługiwać się bronią niebanalną i na czasie. Tym razem będą to inteligentne sprzęty, czyli tak zwany "Internet rzeczy".
I choć około połowy powieść wraca w znane z reszty cyklu utarte koleiny, muszę przyznać, że czytało mi się ją bardzo przyjemnie, błyskawicznie i z autentycznym zainteresowaniem. Dopiero pod koniec parę drobiazgów zazgrzytało, a raz autor posłużył się naprawdę nieuczciwą wobec czytelnika zagrywką. Natomiast jeden ważny twist miał w sobie sporo elegancji i klasy jego pierwszych, najlepszych powieści. Generalnie - stany średnie Deavera, z maleńkim plusem za próby regeneracji schematu.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka