sobota, 18 sierpnia 2018
Szczupaczyńska lekko słabuje (Maryla Szymiczkowa, Seans w Domu Egipskim)
Jestem fanką cyklu o krakowskiej profesorowej i trzeciego tomu jej przygód wyglądałam od pierwszych zapowiedzi, a postanowiłam przeczytać na pociechę po urlopie. Poszło szybko i nie było nieprzyjemnie. Wszystkie elementy na swoim miejscu: klasyczna "zagadka zamkniętego pokoju", poszlaki obciążające praktycznie wszystkich podejrzanych i autentyczne zaskoczenie osobą oraz motywacją sprawcy. Do tego opis świątecznych przygotowań, krakowskiej szopki, a nade wszystko walki starego z nowym, czyli pozytywizmu z młodopolską dekadencją. Symbolami tej ostatniej są tytułowy seans oraz jeden z podejrzanych - Stanisław Przybyszewski, z lubością budujący swój mit Szatana i przyjmujący hołdy zapatrzonej w niego zgrai aspirujących artystów oraz społecznych wyrzutków. A jako wisienka na torcie modus operandi sprawcy - trucizna w kieliszku z absyntem. Wszystko pasuje: stara receptura, nowe dodatki, zgrabnie skrojone rozwiązanie zagadki.
A jednak - nie porwała mnie najnowsza koprodukcja Tarczyńskiego i Dehnela. Z całego cyklu tę odsłonę - mimo naprawdę ciekawego finału intrygi - oceniam najsłabiej.
Powodów jest kilka, ale pierwszy i chyba jeden z istotniejszych wyłożyli sami autorzy w otwarciu jednego z rozdziałów:

Jadąc spod Paonu do Pszornów, Zofia myślała o sprawie Beringera. Nie, nie o tym, kto go zabił, ani o tym, ile czasu jej zostało przed oficjalnym wszczęciem śledztwa – ale o tym, jak niewiele jej poszukiwania różnią się od zwykłych, monotonnych zajęć żony profesora uniwersytetu. Cóż bowiem robi innego niż kiedyś? Odwiedza kolejne mieszkania, hotele, kawiarnie, prowadząc z członkami krakowskiej socjety długie i do niczego, jak dotąd, nieprowadzące rozmowy. Tu złoży kondolencje, tam puści w obieg plotkę, jeszcze gdzie indziej naciągnie kogoś na zwierzenia, wszędzie wypijając herbatę czy kawę, pogryzając ciastka i pomadki. Jakże różniło się to od zwiedzania podłych nor na Dębnikach czy telepania się pociągiem do Bochni!

Jest mocno monotonnie, po prostu. Szczupaczyńska odhacza kolejnych podejrzanych na liście i jakoś brak w tym nerwu, który przykuwałby do kolejnych stron. Dodatkowo nie przepadam za Młodą Polską, a choć Przybyszewski przemawia cytatami z samego siebie, to same opisy środowiska, może z uwagi na niechęć profesorowej do jego przedstawicieli, też są mocno przerysowane. Jak na moją tolerancję - za mocno. Nie było źle, jednak dotąd bywało zdecydowanie lepiej. Nie odradzam, ale trzymam kciuki za powrót pani Szymiczkowej do dawnej formy, bo mimo wszystko chętnie poczytałabym kontynuację, o ile będzie na nią sensowny pomysł.
sobota, 11 sierpnia 2018
Ekspresowo o zaległościach
Zalega mi kilka tytułów, o których nie mam do napisania zbyt wiele. Zatem zbiorczo.

Komeda: Osobiste życie jazzu Magdaleny Grzebałkowskiej to zaległość najdawniejsza, bo lektura jeszcze z początku czerwca, i zarazem największe rozczarowanie. Na tę pozycję czekałam, spodziewając się uczty podobnej jak przy biografii Beksińskich. Tymczasem więcej jest o polskim jazzie niż o samym Komedzie.  W rezultacie mocno mnie czytanie wymęczyło, miejscami zirytowało, a nie porwało wcale. Dla pasjonatów jazzu zapewne ciekawe, dla osób zainteresowanych losami tytułowego bohatera - już niekoniecznie satysfakcjonujące. Najsłabsza z czytanych przeze mnie książek autorki. Na kolejną już się tak rzucać nie będę.

Moja wina, twoja wina Liane Moriarty to tytuł, po który sięgnęłam, żeby sprawdzić, co sobą pisarsko reprezentuje autorka Wielkich kłamstewek. Serial wydawał mi się nudnawy, a nie miało sensu sięganie po literacki pierwowzór wobec znajomości rozwiązania intrygi. Autorka sięga tu po zbliżoną pisarską metodę co w swoim największym hicie, budując fabułę wokół tajemniczych wydarzeń, do których doszło w Dniu Grilla. Narracja rozpoczyna się po fakcie, a retrospekcje dawkowane są oszczędnie, co pozwala utrzymać napięcie i zainteresowanie czytelnika. Moriarty trzeba oddać, że jest w te narracyjne klocki naprawdę dobra, potrafi budować taką atmosferę, że od powieści trudno się oderwać, choć właściwie dzieje się niewiele. Poznajemy bohaterów, gdy już borykają się z następstwami nieznanych nam dramatycznych wydarzeń. Mamy trzy małżeństwa, jedno z dwójką małych dzieci, jedno bezdzietne, jedno z nieco starszą córką. Dwie z żon to szkolne koleżanki, trzecia para to sąsiedzi jednej z nich. Na wszystkich grillowe wydarzenia jakoś wpłynęły, każdy inaczej sobie z nimi radzi, co ciekawie się obserwuje, dzięki wiarygodnej psychologii postaci i ich różnorodnemu pochodzeniu. Niemniej interesujące są biografie bohaterów sprzed Dnia Grilla. Niby prosta historia, która mogła przydarzyć się każdemu, a opisana w pasjonujący sposób. Polecam!

Slash Natalii Osińskiej, czyli druga część odpowiedzi na Jeżycjadę, nieco mnie rozczarował. Tym razem pierwsze skrzypce gra Leon, który okazuje się równie męczący jak Tosiek, choć na swój własny sposób. Gdzie Tosiek prezentował radosną afirmację, w przypadku Leona pojawia się agresywna negacja. Chodzi przede wszystkim o aktywność w środowisku LGBT, ujawnianie swojej orientacji i związku. Kontrast między Leonem i Tośkiem wydaje się wysilony, relacje chłopaka z rodziną, choć dramatyczne, są mało wiarygodne (przede wszystkim pojawiająca się znikąd siostra, której jakimś cudem umknął wielki rodzinny dramat). Ogólnie, tym razem miałam wrażenie, że bardziej niż sama historia interesowało autorkę upchnięcie jak największej ilości problemowych wątków (Parada Równości, Czarny Protest, dopalacze - epizod zupełnie od czapy). Nadal lekko się to czyta, ale nie wiem, czy cykl zmierza w dobrym kierunku.
wtorek, 31 lipca 2018
Kiedy powiem sobie dość (Będzie bolało, Adam Kay)
Sięgnęłam po Sekretny dziennik młodego lekarza, jak brzmi podtytuł wspomnień absolwenta medycyny starającego się o uzyskanie specjalizacji z położnictwa, w poszukiwaniu lżejszej i odprężającej lektury. W zasadzie pewnie dlatego, że jak zwykle nie przeczytałam blurba, kontentując się informacją, że autor pisze scenariusze do seriali komediowych i robi stand up, a jego prozatorski debiut zdobył m.in. tytuł Sunday Times Humour Book of the Year. A tym razem wydawca lojalnie ostrzega, że lektura tej książki może pozostawić blizny.

Cóż, może. Kay opisuje całą swoją praktykę zawodową, drogę od stażysty po starszego rezydenta, i choć okazjonalnie bywa śmieszno (nie pomyślelibyście, co ludzie są w stanie sobie wsadzić, gdzie i dlaczego), a miejscami wzruszająco, to jednak głównie jest straszno. Warunki pracy młodych lekarzy, jej ilość, a zwłaszcza stopień samodzielności i odpowiedzialności, jaki od samego początku wymusza na nich system, jeżą włosy na głowie. A im dalej, tym gorzej. Taki starszy rezydent odpowiada w praktyce za cały oddział, bo specjalista pełni dyżur... telefoniczny, u siebie w domu. Jeśli zdarzy się jakiekolwiek powikłanie wymagające natychmiastowej reakcji, nie zdąży dotrzeć do szpitala.
Godziny pracy ulegają stale wydłużeniu, co nie wpływa pozytywnie na życie prywatne, mówiąc bardzo łagodnie. Nieobecność z powodu choroby nie jest w pracy dobrze widziana, chory musi sobie załatwić zastępstwo, do odpracowania w późniejszym czasie. Kay na marginesach swojej relacji opisuje stopniowy rozkład stosunków towarzyskich, a wreszcie rozpad swojego wieloletniego związku. Życie i zdrowie pacjentów lekarz zawsze postawi na pierwszym miejscu, i w teorii wszyscy rozumiemy, że tak właśnie być powinno. Przekładanie jej na praktykę, gdy lekarz jest naszym partnerem lub przyjacielem i po raz kolejny odwołuje spotkanie czy randkę z powodu pracy, okazuje się nieco trudniejsze.
Nie jest to więc lekka, humorystyczna opowieść o radosnych i zabawnych stronach pracy młodego położnika. Raczej zgrabna, wartka, przygnębiająco realistyczna relacja z pierwszej linii frontu walki o zdrowie i życie pacjentów oraz własne lekarskie powołanie. Śledzi się ją z zainteresowaniem, kibicując bohaterowi w starciach z kolejnymi przeciwnościami. A od czasu do czasu istotnie można się uśmiechnąć. Polecam.
P.S. Zapiski Kaya wydał u nas Insignis, a bardzo zgrabnie przetłumaczyła Katarzyna Dudzik.
sobota, 28 lipca 2018
Lato z kryminałem 2018 (2): Dziewczyna we mgle, Sprawa Ewy Moreno i Ślad na piasku
Donato Carrisi Dziewczyna we mgle to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść tego autora i od razu warta polecenia. Nie mogę nie polecić autora, który tak zgrabnie wodził mnie za nos, że od początku do końca nie przejrzałam jego gry przed tym momentem, w którym zdecydował się pokazać kluczowe karty. Dodatkowym, bardzo interesującym i oryginalnym elementem, jest ukazanie śledztwa nie jako poszukiwania prawdy o zdarzeniu (w tym przypadku porwaniu nastolatki), ale jako rozgrywki, w której wygrywa strona jako pierwsza sprzedająca najlepszą marketingowo wersję mediom. Autor zadbał, żebyśmy pogardzali śledczym, który konsekwentnie przedstawiany jest jako grający wyłącznie na siebie i niezainteresowany losem ofiary, a tym bardziej ustaleniem tożsamości faktycznego sprawcy. Automatycznie nasza sympatia jest po stronie podejrzanego, poczciwego nauczyciela literatury, którego ze sprawą nie łączy nic poza zbiorem słabiutkich poszlak. Prawda jednak jest o wiele bardziej skomplikowana. Świetna lektura, choć po jej zakończeniu, z perspektywy całości, przychodzą refleksje o naciąganych czy wręcz zbędnych elementach intrygi. Dlatego - nie arcydzieło, ale naprawdę dobry, zgrabnie przemyślany i przewrotny kryminał. Na pewno sięgnę po inne książki tego autora.

Hakan Nesser Sprawa Ewy Moreno - na lato zawsze zachowuję sobie kolejny tom cyklu o policjantach z Maardam. W tym jest upalnie i urlopowo, a inspektor Moreno łączy wakacyjny wyjazd z nowym partnerem z próbą rozwikłania zagadki zaginięcia dziewczyny, którą przypadkowo poznała w pociągu. Zniknięcie osiemnastolatki okazuje się mieć związek z mrocznymi wydarzeniami z przeszłości jej rodziny, które, trzeba trafu, są w uzdrowiskowej miejscowości swoistą legendą. Wątek współczesny przeplata się z retrospekcjami, które mają wyjaśnić, co się wtedy faktycznie zdarzyło. Nesser jak zawsze buduje niezłą atmosferę, sprawnie żongluje wątkami i dobrze kontroluje opowieść, uzupełniając ją o prywatne dylematy bohaterki. Moreno jest po trzydziestce, jeden jej długoletni związek się rozpadł, a z najnowszego również nie jest zadowolona, choć nie potrafi dokładnie sprecyzować, dlaczego. Usiłuje przekonać samą siebie, że marzy o stabilizacji i założeniu rodziny, ale nie idzie jej ta autoperswazja. Dodatkowo policyjny informator mówi jej, że wśród jej kolegów z posterunku jest pedofil. Niezbyt wakacyjny miks, prawda? Niby zatem wszystko jest na miejscu, ale ostateczne wyjaśnienie historii jest tym razem trochę za mocno naciągane jak na mój gust. Zatem ogólnie nieźle, ale na tle cyklu co najwyżej średnio.

Andrea Camilleri Ślad na piasku - podobnie racjonuję sobie po jednym tomie rocznie śledztwa komisarza Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. I w tym roku trafiło mi się słabsze, niestety. Nie przepadam za tomami, w których główną fabularną atrakcją jest kolejne zauroczenie Salvo piękną kobietą. W tym przypadku jest to amazonka, a oś intrygi stanowi uprowadzenie i torturowanie konia, który ucieka prześladowcom i pada akurat na plaży pod domem komisarza. A potem jego ciało znika. Kto i po co zabrał martwe zwierzę? Wszystko się oczywiście wyjaśnia, ale, jak wspominałam, intryga nie jest najlepszą w dorobku autora. Z trzech opisanych pozycji ta była zdecydowanie największym rozczarowaniem.
piątek, 20 lipca 2018
To ja, to dla ciebie gra twoje radio (Anthony Doerr, Światło, którego nie widać)
Dziś przeskoczę siedem innych oczekujących tytułów i spróbuję na gorąco spisać wrażenia z achronologicznej, mozaikowej historii o przypadku, pasji, ciekawości i falach radiowych. A także o walce z przeciwnościami sieroctwa i inwalidztwa. No i oczywiście o wojnie. Wojna nie da o sobie zapomnieć, bo już w pierwszych scenach Światła, rozgrywających się w sierpniu 1944, alianci bombardują Saint-Malo w Bretanii. W jednej z ocalałych kamienic kuli się ze strachu niewidoma szesnastoletnia Marie-Laure LeBlanc, córka ślusarza zatrudnionego przed wybuchem wojny w paryskim Muzeum Historii Naturalnej. W piwnicy innego miejskiego budynku dwa lata starszy niemiecki specjalista od triangulacji, szeregowiec Werner Pfennig, zastanawia się, na jak długo wystarczy jeszcze jemu i koledze z oddziału tlenu pod gruzami.
A potem autor cofa czas o dziesięć lat, by z licznymi przeskokami w przód i wstecz pokazać nam, kim są i skąd się wzięli w Saint-Malo bohaterowie.
Dziesięć lat wcześniej oboje są jeszcze dziećmi, Marie-Laure nadal widzi, choć już bardzo słabo, a Werner opiekuje się młodszą siostrą Juttą, z którą mieszka w domu dziecka w górniczej osadzie Zollverein w pobliżu Essen. W miasteczku panuje głód i bezrobocie, jajko jest cenniejsze od złota i równie rzadkie. Ale chłopak nie o tym myśli. Fascynują go biologiczne i fizyczne tajemnice świata, z byle jakich materiałów konstruuje według własnego pomysłu rozmaite urządzenia, a swój sekretny zeszyt zapełnia problemami do rozwiązania i projektami do zrealizowania w przyszłości. Gdy naprawia znaleziony na śmietniku radioodbiornik i przypadkowo trafia na poświęconą fascynującym go tematom francuską audycję (zna język dzięki kierowniczce sierocińca, która jest Francuzką), jest najszczęśliwszym dzieckiem w Niemczech. Martwi się tylko, że po ukończeniu 15 roku życia będzie musiał iść do pracy w kopalni, w której zginął jego ojciec. Przed tą perspektywą pragnie uciec za wszelką cenę. Gdyby tylko wiedział, jak wysoka się ona okaże...
Tymczasem Marie-Laure po pierwszym załamaniu związanym z utratą wzroku dzięki łagodności i uporowi ojca na nowo oswaja świat i codzienność. Najchętniej jednak w ogóle nie opuszczałaby bezpiecznej, rozpoznanej okolicy między swoim domem a muzeum. Z rozkoszą trzymałaby się nowo wypracowanej rutyny. Niestety, z nastaniem wojny musi wraz z ojcem opuścić Paryż i od nowa uczyć się wszystkiego w Saint-Malo, zamknięta tygodniami w kamienicy stryjecznego dziadka, bo wychodzenie na zewnątrz byłoby niebezpieczne.
Doerr poza zabawami chronologią i zmianami perspektywy narracyjnej (oprócz Wernera i Marie - Laure przez opowieść poprowadzą nas także inni bohaterowie, choć ta dwójka dominuje) dla podtrzymania tempa stosuje bardzo krótkie podrozdziały, dorzuca też do biograficznego miksu, osadzonego na tle wydarzeń świetnie znanych z historii, niezwykłą legendę o przeklętym kamieniu znanym jako Morze Ognia. Wszystko wychodzi mu bardzo zgrabnie, zwłaszcza dyskretne stopniowanie grozy związanej ze zbliżającą się wojną i radykalizowaniem się nazistów oraz specyficzny (bo jedna bohaterka nie widzi, a Werner, choć przebywa na froncie i umożliwia eliminowanie punktów oporu, pełni funkcję raczej techniczną niż ściśle bojową) obraz trwających już działań wojennych.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym kilkakrotnie, zwłaszcza pod koniec, nie zazgrzytała zębami na tani melodramatyzm niektórych rozwiązań. Tu szczerze pragnęłabym uniknąć spoilerów, więc tylko napiszę, że romans instant totalnie mnie nie przekonał i był w moim odczuciu zupełnie zbędny, podobnie jak końcowy opis wydarzeń z roku 1974 i 2014. Czasem lepiej postawić na niedomówienie niż dosłownie wszystko wyjaśniać. Niemniej, nie da się ukryć, że dałam się porwać tej historii jak Marie-Laure przygodom Kapitana Nemo. Pulitzer 2015 zasłużony, bo nie sądziłam, że da się jeszcze napisać o II WŚ coś świeżego.
sobota, 14 lipca 2018
Krótko o króciakach: Nosowska i Wicha
Wiem, że zestawienie tych dwojga autorów w jednej notce może na pierwszy, a nawet i drugi rzut oka wydawać się obrazoburcze, bo łączy ich (oraz ich dzieła) wyłącznie okupowanie list bestsellerów. Ale również relatywnie niewielka objętość tekstów oraz fakt, że minęło już sporo czasu, odkąd je przeczytałam, zwłaszcza Wichę.

Z Rzeczami, których nie wyrzuciłem mam problem w pewnym sensie zbliżony co swego czasu z równie wychwalanymi przez krytykę Mikrotykami. Oddziałują bardzo silnie, ale głównie w trakcie lektury. Jest to zbiór intymnych esejów, związanych z przedmiotami, jakie zostały autorowi po zmarłej matce. Ich remanent prowokuje związane z właścicielką wspomnienia, a zbiór całościowo obrazuje słodko-gorzki smak żałoby. Okresu naznaczonego tęsknotą za tym, co nieodwołanie się skończyło wraz z odejściem najbliższej osoby. Poprzez tytułowe rzeczy autor kreśli realistyczny i poruszający portret matki, która jawi się jako osoba o silnym charakterze i jasno określonych priorytetach, mocno oddziałująca na swoje otoczenie w domu, w pracy, nawet w księgarni (była wielką miłośniczką książek). Uniwersalna płaszczyzna przeplata się tu zatem z indywidualną. A fragmenty bardzo udane należą raczej do tej uniwersalnej. Po kilkunastu tygodniach pamiętam głównie teksty poświęcone książkom (okładkom, kucharskim, Emmie Jane Austin). Gdy minie kilka miesięcy, raczej zostanie ze mną tylko Emma. Genialne były w tej książce poszczególne zdania (niestety, aktualnie już żadnego nie przytoczę, ale pamiętam własny zachwyt), ale jako całość, z wyżej powołanych względów, raczej nie jest to jakaś wybitna literatura. Niemniej, przeczytać na pewno warto.

A ja żem jej powiedziała to raczej bardziej wydawnictwo niż książka w pełnym tego słowa znaczeniu, ale przyjmijmy, że to zbiór felietonów wokalistki, wydanych na fali popularności jej autorskich filmików z Instagrama. I bujnie zilustrowanych. Tekst jest tu tak naprawdę dodatkiem. Niemniej, dla mnie, jako wiernej czytelniczki felietonów Kaśki publikowanych w Filipince oraz miłośniczki tekstów i piosenek jej autorstwa, była to tak czy siak lektura obowiązkowa. Dwie godzinki i po krzyku, ale przemyśleń mam całkiem sporo i w sumie dosyć niewesołych. Pewnie po prostu obie się zmieniłyśmy - ja już nie jestem smarkulą spijającą bezkrytycznie życiowe mądrości spływające spod pióra podziwianej gwiazdy. A Nosowska w tym zbiorze stara się czytelnika ze wszystkich sił przekonać, że przepracowała wszystkie swoje problemy i pogodziła się ze sobą i światem. Niestety, co i raz własnym twierdzeniom zadaje kłam, m.in. ziejąc jadem na inne kobiety (w szczególności te młodsze i chudsze, które postrzega jako suki czyhające na jej partnera). Ten dysonans pomiędzy deklaracjami autorki a faktycznym wydźwiękiem jej tekstów, które dobitnie potwierdzają, że wciąż ma problemy z samooceną, głównie w kontekście swojej figury i wieku, a jej główną strategią radzenia sobie z problemami jest ucieczka przed nimi, poważnie przeszkadzał mi w delektowaniu się fragmentami bardziej udanym: lekkimi, ironicznymi, mądrymi, celnymi. Bo i takie tam są. Żeby nie było nieporozumień. Tak że na lekturę decydujcie się z rozwagą.
sobota, 07 lipca 2018
Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)
Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie - mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów - przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.
sobota, 30 czerwca 2018
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra (Min Jin Lee, Pachinko)
Po przeczytaniu recenzji na Mieście książek jednocześnie ciągnęło mnie do tej powieści i obawiałam się, że okażemy się kompletnie niedobrane. Wypróbowałam ją na mojej mamie, którą zachwyciła. Nie jest to co prawda żadna gwarancja, że mnie również się spodoba, ale o wiele więcej niż nic. Spróbowałam i powiem, że nie tylko nie żałuję, ale - mimo pewnych zastrzeżeń - ta rodzinna saga o Koreańczykach w Japonii znalazła się w czołówce moich tegorocznych lektur.
Łączy bowiem historię losu jednostki (Sunji, która impulsywnie wdała się w romans z nieznajomym, a w konsekwencji zmuszona była opuścić rodzinne strony) i jej wielopokoleniowej rodziny z szerszą perspektywą, ukazującą losy całej koreańskiej diaspory w Japonii w dwudziestym wieku. I robi to niby mimochodem, ale w sposób wyjątkowo zajmujący. A wszystko dlatego, że, budując sylwetki kolejnych bohaterów, autorka zadbała, by każdego obdarzyć unikalnym stosunkiem do sytuacji, w której wszyscy się znaleźli. I tak Sunja odczuwa przede wszystkim wdzięczność - wobec męża, jego rodziny, która przyjęła ją pod swój dach, ogólnie wobec losu, mimo wszelkich przeciwności, jakie jej on gotuje. Nie waha się pracować ponad siły dla dobra synów i głównie na tym, a nie na bezsensownym gniewie i tęsknocie, koncentruje wszystkie swoje wysiłki. Z jej synami, urodzonymi w Japonii, sprawa jest już o wiele bardziej skomplikowana. Noa rozpaczliwie pragnie być traktowany jak Japończyk, co okazuje się oczywiście niemożliwe. Mozasu okazuje Japończykom agresywną obojętność, dzielnie znosi prześladowania w szkole, a w końcu bez żalu ją porzuca, by zająć się pracą w salonie Pachinko - koreańskiej gry hazardowej. Jednocześnie jednak marzy, by jego syn Salomon wyjechał do USA i tam pracował w sektorze bankowym. Nie do końca więc, mimo grubej skóry i wszelkich pozorów, pozostaje obojętny na realia, w których przyszło mu żyć. A tymczasem Salomon, jakby na przekór ojcu, odkrywa, że tylko w Japonii jest u siebie.
Kwestia tożsamości (swojskości i obcości) oraz hierarchii wartości jest w tej historii równie ważna jak rodzinne więzi, które bohaterowie niejednokrotnie szarpią, sprawdzając ich wytrzymałość, ale ostatecznie wcale nie chcą się od nich uwalniać. Stanowią one bowiem jedyny pewny punkt odniesienia.
Jak wcześniej wspominałam, mam zastrzeżenia, gdyż mimo stworzenia całej rzeszy wiarygodnych bohaterów i autentycznie zajmującej historii autorka nie ustrzegła się kilkakrotnie paskudnych fabularnych schematów rodem z telenoweli. Podam tylko jeden z kilku najważniejszych przykładów, żeby niepotrzebnie nie spoilerować. Jeden z bohaterów wygląda jak jego biologiczny ojciec. Widuje tego człowieka przez większość swojego życia, zna go jako przyjaciela rodziny. Jest wybitnie inteligentny, a jednak nie dostrzega łączącego ich podobieństwa, które musi być oczywiste, bo jego dziewczynie wystarczy raz zobaczyć bohatera z ojcem, żeby je zauważyć. Oczywiście, o łączącym go z ojcem podobieństwie (i tym samym pokrewieństwie) bohater dowiaduje się od tejże dziewczyny. Serio?
Koniec końców są to jednak drobiazgi. Można się na nie lekko żachnąć, ale nie odbierają magii ani siły oddziaływania lekturze, którą wydatnie uprzyjemnia przekład Urszuli Gardner. Polecam.
wtorek, 26 czerwca 2018
On był silniejszy (Daniel Magariel, Nasz chłopak)
Kolejny bardzo dobry powieściowy debiut. I kolejny o patologicznych relacjach rodzinnych. O tym, jak łatwo zmanipulować dziecko, które nade wszystko chce zaufać, przynależeć, mieć poczucie bezpieczeństwa. Dlatego chętnie - w zamian za te wszystkie wartości - kupi narrację tego z rodziców, który po rozpadzie związku wygra walkę o rząd dusz. Nieważne, do jakiego stopnia będzie ona niespójna z rzeczywistością. Istotne, że uporządkuje rozchwiany rozwodem świat, wskazując matkę jako wyłącznie winną rozpadu rodziny. Kładąc podwaliny pod sojusz ojca z synami - my przeciwko niej. Dając pozytywne, krzepiące pewniki, których nagle zabrakło. Rodzina jest najważniejsza - dla nas, dla niej nie była. Dlatego zasłużyła na wszystko, co ją spotkało. I dlatego mam problem z przekładem tytułu, bo uważam, że jest on - w oryginalnym brzmieniu - ważnym kluczem do tej powieści.  Oryginalnie brzmi: One of the Boys, czyli Jeden z Chłopaków (wielka litera nie jest tu przypadkowa, podkreśla elitarność grupy, coś jakby był to gang albo zakon, czy może zespół rockowy). Od razu zaznaczę, że nie jest to w żadnym razie zarzut pod adresem tłumaczki, Dobromiły Jankowskiej, gdyż, po pierwsze, tłumacz nie zawsze decyduje o tytule, a po drugie - wybrany przez nią (jeśli to ona jednak decydowała) wariant też kładzie akcent na przynależność. W zdecydowanej większości przypadków przekład dosłowny nie jest też przekładem najlepszym. Ale tutaj jednak coś bliższego oryginałowi lepiej by moim zdaniem pasowało. Np. Jeden z nas (z naszych), jeśli już faktycznie nie dosłownie.
Bo ojciec - negatywny bohater tej opowieści, choć niemal biblijny heros i zwycięzca prowadzący wybranych do Ziemi Obiecanej w oczach synów, przynajmniej do czasu - sprzedaje tę przynależność do męskiej (ale hołubiącej wewnętrzną chłopackość, jak sama nazwa wskazuje) drużyny jako coś najważniejszego na świecie. Dla takiej nagrody warto zadać sobie ból. Można okłamać pracowników socjalnych. Sfabrykować dowody przeciwko matce. Pracować na dwie zmiany. Kraść. Żadna cena nie jest za mała.
Tylko że z takiej paczki, z tak wysokim wkupnym, cholernie ciężko się wypisać, nawet kiedy już wiesz, że obsesja ojca na punkcie prywatności nie służyła okazywaniu szacunku, a ukrywaniu nałogu. Nawet kiedy zaczynasz nim pogardzać. Rozumieć, że choć z dwojga rodziców był fizycznie silniejszy, a psychicznie bardziej wyrafinowany, w istocie jest bardzo słaby. Bo zadbał o to, żebyś, wchodząc do bractwa, spalił wszystkie mosty. I nie masz już nic innego.
Czyniąc narratorem młodszego z braci, Magariel z niezwykłą u debiutanta biegłością pokazuje sposób rozumowania zmanipulowanego dziecka i jego trudną, bolesną drogę ku zrozumieniu, że osoba najważniejsza je okłamała i wykorzystała. Tym większa szkoda, że końcówka jest strasznie niekonsekwentna. Nie chcę tu spoilerować, ale autor ostatecznie jakby zgadza się mimo wszystko ze swoim negatywnym bohaterem, gdyż wolta matki zdaje się potwierdzać, że - koniec końców - na synach istotnie bardziej zależało psychopatycznemu ojcu. Jako na klakierach i niewolnikach, ale przynajmniej w ogóle. Matka - rzecz jasna wieloletnia ofiara przemocy fizycznej i psychicznej - wybiera w decydującej chwili własne ocalenie. Obiektywnie trudno ją za to jednoznacznie potępić, ale jak mają to zinterpretować szukające drogi ucieczki dzieciaki? Tylko jako zdradę. Czyli na jakimś poziomie, skoro już chłopcy musieli wybrać między dżumą a cholerą, to nie wybrali źle, choć wybrali piekło. A podejrzewam, że nie o taką konkluzję autorowi chodziło.
Krótka, mocna powieść ze słabszą końcówką, w której asceza środków wyrazu wzmacnia wymowę. Ale do George'a Saundersa, który uczył go fachu, na każdym poziomie bardzo jeszcze Magarielowi daleko. Z drugiej strony, to samo można powiedzieć o całej rzeszy pisarzy z wieloletnim dorobkiem.
sobota, 16 czerwca 2018
Lato z kryminałem 2018 (1): Motywy osobiste i Kartoteka 64
Jako że upały są z nami już od dawna, czas zainaugurować tegoroczne Lato z kryminałem. W pierwszym zestawie dosyć zróżnicowane pozycje.

Motywy osobiste to kolejna odsłona cyklu o Nastii Kamieńskiej, w której, po przejściu na emeryturę, bohaterka odkrywa, że poza pracą także istnieje życie. Swoją drogą, nieustannie mnie śmieszy, że Kamieńska, mając lat 49, postrzega siebie jako staruszkę. Ciekawe, ile w tym przeniesienia osobistych odczuć i problemów autorki. Ale wracając do naszych baranów - tym razem Nastia ma wyjaśnić zagadkę zabójstwa staruszka, który i tak był już terminalnie chory i zostało mu bardzo niewiele życia. Śledczy uznali, że sprawcą był włamywacz i szukaj wiatru w polu, ale to nie przekonuje córki zmarłego, która zleca agencji detektywistycznej Stasowa przeprowadzenie dochodzenia. A że tak się dogodnie składa, iż zdarzenie miało miejsce w nadmorskim kurorcie, zaś dochodzenie ma być prowadzone w okresie, gdy przypadają w niedługim odstępie czasu dwa święta państwowe i sporo dni wolnych, Kamieńska postanawia zabrać ze sobą męża i połączyć dochodzenie z wakacjami.
I w tym miejscu szczerze przyznam, że wątek relacji Kamieńskiej z Czistiakowem, ich wspólnej pracy, a przede wszystkim pierwszego od bardzo dawna wspólnego urlopu, był dla mnie najciekawszą częścią powieści. Jasne, intryga, jak zawsze u tej autorki, jest drobiazgowo przemyślana. Jak często u niej bywa, przyczyna zabójstwa kryje się w odległej przeszłości, a samo odkrycie tożsamości zabójcy ma podrzędne znaczenie, ważniejsze są historie i motywacje poszczególnych bohaterów (stąd zresztą tytuł). Jeśli kogoś nie nęci pogłębiona warstwa obyczajowa, to uczciwie ostrzegam - dostajemy tym razem głównie ten element, intryga kryminalna raczej się snuje niż rozwija, i to zdecydowanie w tle. Mnie to nie przeszkadzało, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czytelnika sięgającego po ten tom z gatunkowym nastawieniem lektura nieźle wymęczy.

Kartoteka 64 to czwarta część serii Adlera-Olsena o Departamencie Q, w której ponownie spotykamy się z wiecznie niezadowolonym Carlem Morckiem i jego tajemniczym asystentem Hasanem al-Assadem, specjalizującymi się w wyjaśnianiu dawno porzuconych spraw. Tym razem zajmą się serią skumulowanych w czasie zagadkowych zaginięć sprzed ćwierćwiecza i szukając wspólnego punktu między ofiarami, trafią prosto w wyjątkowo mocno cuchnące nazistowską ideologią bagno, w którym unurzane były także instytucje duńskiego państwa. Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Zresztą, również w poprzednich częściach pomysły były zdecydowanie najmocniejszą stroną autora, z wykonaniem bywało już rozmaicie. Niestety, tym razem realizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie wystarczy, jak się okazuje, wziąć na warsztat gorącego tematu, dorzucić tajnej organizacji skupiającej funkcjonariuszy państwowych rozmaitego autoramentu, a modus operandi mszczącej się ofiary pożyczyć od Agathy Christie, żeby wszystko zagrało, jak należy. Może nie byłoby jeszcze tak kiepsko, gdyby główny zły nie okazał się tak groteskową postacią, a w szpary kryminalno-politycznej intrygi Adler-Olsen, w rozpaczliwej próbie wprowadzenia wątku realistyczno-humorystycznego, nie powtykał naturalistycznych do granic dobrego smaku, a czasem i poza nie, opisów epidemii grypy na komendzie. Dla mnie gwoździem do trumny tej pozycji okazało się fatalne tłumaczenie - tłumaczka jest ta sama od początku, więc nie wiem, co się wydarzyło. Czy zmienił się redaktor, czy korektor, czy może ktoś przez pomyłkę puścił do druku tłumaczenie w surowej wersji? Nie mam, niestety, możliwości, żeby to prześledzić, bo poprzednich części wyzbyłam się bez większego żalu. Czytałam e-booka, a zaznaczenia na czytniku kompletnie mnie nie przekonują, zatem nie mam przykładów, ale w tekście po prostu roi się od stylistycznych nieporadności, które częstokroć nie mają nic wspólnego z polską składnią i sprawiają wrażenie, że tłumaczył translator. Z wszystkich wymienionych powodów - zdecydowanie nie polecam.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 115
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka