sobota, 09 grudnia 2017
Każdy kogoś stracił, ale trzeba żyć dalej (Łukasz Orbitowski, Exodus)
Zacznę od tego, że lubiłam czytać Orbitowskiego, zanim to było modne. Czyli w czasach, kiedy pisał fantastykę, od której od dobrych paru lat dość mocno się odcina (co jest o tyle ciekawym paradoksem, że dopiero ostatnio udało mu się zdobyć nagrodę fandomu, za opowiadanie/słuchowisko Wywiad z Borutą, napisane wspólnie z Michałem Cetnarowskim w ramach projektu Legendy polskie, które można pobrać za darmo tutaj, także w wersji audio). Nie chwaląc się, już dawno, bo w maju 2009 roku, postulowałam, by od fantastyki odszedł, gdyż zaczyna ciągnąć jego pisanie w dół i stanowić zbędny balast. Po raz kolejny Łukasz Orbitowski ściga się sam ze sobą, sprawdzając, czy potrafi napisać coś jeszcze bardziej przytłaczającego niż dotychczas - tak z kolei pisałam w recenzji Szczęśliwej ziemi i myśl ta w dalszym ciągu pozostaje aktualna w przypadku Exodusu. W najnowszym wpisie blogowym, datowanym na 4 grudnia 2017 roku, autor napisał rzecz kluczową dla interpretacji jego najnowszej powieści: A potem, przy najnowszej książce, zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.

Przeczytawszy, mogę potwierdzić, że jest to prawda. Exodus to pierwsza powieść Orbitowskiego całkowicie wolna od elementów fantastycznych. Nawet w Innej duszy, która ukazała się w serii Na F/aktach, się one pojawiały, w widzeniach Jędrka, który zresztą jest wspominany przez jednego z bohaterów Exodusu. Tu ich nie ma. I teraz okaże się, że jestem osobą, której nie sposób zadowolić. Dostałam, czego chciałam od lat – czystą powieść obyczajową autora. I znowu mam jakieś ale. Zanim jednak o nich, co nieco o powieściowej materii.

Jest to historia ucieczki Jana, podzielonej na cztery etapy, a każdemu z nich patronuje inny typ osobowości – choleryk, melancholik, flegmatyk i sangwinik. Startujemy z Warszawy, uciekamy w popłochu, palimy za sobą wszystkie mosty. Jan czyści konta bankowe, niszczy karty, spuszcza w kiblu komórkę. Zasadnie przypuszczamy, iż zrobił coś bardzo złego. Na kolejnych etapach swojej Księgi wyjścia bohater szuka zapomnienia w alkoholu i balandze (to w Berlinie), szuka odkupienia w pracy na rzecz potrzebujących (to w słoweńskim obozie dla uchodźców Imagine), porzuca wszelką aktywność i z rezygnacją poddaje się swojemu losowi (to bezdomność i żebranina w Lublanie), a w końcu próbuje mimo wszystko zacząć od nowa i zapomnieć o przeszłości, co jednak nie będzie mu dane (to głównie na greckiej wyspie Salaminie). W międzyczasie, w każdym rozdziale, powraca jak refren stopniowo rozwijany opis zdarzenia, od którego droga Jana się zaczęła, praprzyczyny, punktu zapalnego. A w bieżący wątek opowieści autor wplata retrospekcje z życia bohatera sprzed. I, niestety, ta część – wraz z zagadką: co takiego zmusiło Jana do porzucenia swojego życia? – to według mnie jedyna część udana. A przynajmniej jedyna, która mnie jako odbiorcę interesowała i emocjonalnie angażowała. Cała reszta, w której bohater beznadziejnie się miotał, była, nie ukrywajmy, głównie męcząca, a sporymi fragmentami także dość groteskowa. Z wyłączeniem części ostatniej, greckiej i sangwinicznej, gdzie wszystko było już w zasadzie wyjaśnione. I tu jednak nie zabrakło zwrotu akcji niczym z greckiej – a zatem dopasowanej do scenerii - tragedii. Szczęściem, autor nie zdecydował się na wariant scenariusza pozornie oczywisty, a dla bohatera bardzo kuszący, gdyż to już pogrzebałoby książkę w sposób ostateczny. Kazał Janowi wrócić do punktu wyjścia i zmierzyć się z prawdą, przed którą próbował on uciec.

Celowo nie piszę, o czym jest ta powieść, choć mocno utrudnia mi to jej krytyczne recenzowanie. Jak sam autor sygnalizuje w przytoczonym wyżej fragmencie bloga – wziął tym razem na warsztat chyba najgorszą tragedię, jaka może się przydarzyć człowiekowi. Ale mimo pieczołowitego konstruowania formy opowieści, dobierania intrygujących dekoracji, które pewnie dadzą mu uznanie krytyków i kolejne branżowe nagrody – nie zdołał tchnąć w nią, a przynajmniej w większą jej część, ducha. A emocje dla tej historii są kluczowe. Muszę zastrzec, że wiele zależy tu zapewne od indywidualnego odbioru każdego czytelnika. Wy, być może, będziecie zachwyceni. Ja jestem głównie rozczarowana, że autor, w którego wierzyłam, nie udźwignął swojego projektu. Widać jednak potwory były łatwiejsze niż czysta groza prawdziwego życia. Ale czytajcie i oceńcie sami.

sobota, 02 grudnia 2017
Która wersja jest prawdziwa? (Margaret Atwood, Grace i Grace)
Z Nancy żadna wielka dama,
A wciąż pomiata mną,
Przez dzień cały mnie pogania,
Aż mnie zapędzi w grób.
Grace dobrego kochała Kinneara,
McDermott ukochał swą Grace,
I powiadam, to właśnie miłość
Przyniosła nieszczęścia te.
O Grace, bądź ukochaną mą,
Och nie, to nie może być,
Wpierw żeby dowieść miłość swą,
Zabijesz Nancy Montgomery.

Pośród tych rozwścieczonych szaleńców rozpoznałam twarz Grace Marks – już nie smutną i zrozpaczoną, lecz rozjaśnioną płomieniem szaleństwa i promieniejącą odrażającą, szatańską radością. Spostrzegłszy, że obserwują ją nieznajomi, uciekła do jednego z pokoi, skrzecząc niczym strzyga. Zdaje się, że nawet w najdzikszych atakach choroby nadal ją prześladują straszliwe wspomnienia. Nieszczęsna dziewczyna! Kiedy skończą się męki jej kary i pokuty? Kiedy zasiądzie u stóp Jezusa, odziana w niepokalaną szatę jego sprawiedliwości, kiedy krwawa plama zostanie zmyta z jej dłoni, a grzechy odkupione i odpuszczone…?
Miejmy nadzieję, że całą jej winę można przypisać początkom tej potwornej choroby.

Susanna Moodie
Life in the Clearings, 1853

Grace Marks istniała naprawdę. Irlandka, której wielodzietna rodzina wyemigrowała do Kanady za lepszym życiem, i której matka nie przeżyła morskiej podróży. Służąca,  w listopadzie 1843 roku, w wieku 16 lat, skazana na śmierć przez powieszenie za podżeganie do zabójstwa swojego ówczesnego pracodawcy Thomasa Kinneara, dokonanego przez jego stajennego Jamesa McDermotta. Jednak sędzia zarekomendował ławie przysięgłych ułaskawienie dziewczyny i choć dwudziestoletni McDermott zawisł niecałe trzy tygodnie po zakończeniu procesu, wyrok Grace zmieniono na dożywotnie więzienie. Karę odbywała w więzieniu w Kingston. Po ponad ośmiu latach odsiadki zaczęła się dziwnie zachowywać: w ciągu dnia miała zwidy, nocami nie mogła spać, cierpiała na gwałtowne zmiany nastroju. Odesłano ją na leczenie do domu dla obłąkanych w Toronto, gdzie spędziła półtora roku. Po tym czasie uznano, że jej stan poprawił się na tyle, by mogła wrócić do więzienia. Sprawa Grace budziła wielkie zainteresowanie społeczne i od samego początku czyniono wysiłki w kierunku jej uwolnienia, które jednak przyniosły owoce dopiero po trzydziestu latach. Margaret Atwood zabiera zaś czytelnika na kartach swojej powieści, opartej na rzetelnej pracy z historycznymi źródłami, ale będącej czymś zdecydowanie więcej niż prostą rekonstrukcją, charakterystyczną dla gatunku true crime, w okres przejściowy. Do roku 1959, gdy przygotowywana jest kolejna petycja w sprawie zwolnienia Grace i w celu zwiększenia szans jej powodzenia komitet angażuje młodego amerykańskiego psychiatrę, doktora Simona Jordana. Ma on popracować z panną Marks nad rekonstrukcją wspomnień o feralnym dniu, w którym doszło do zabójstw (zginęła także gospodyni Kinneara, Nancy Montgomery, ale - wobec skazania obojga sprawców na śmierć za pierwszą zbrodnię - drugi proces uznano za bezprzedmiotowy). Skazana konsekwentnie utrzymuje, że kluczowych wypadków po prostu nie pamięta. By zwalczyć amnezję, doktor Jordan odbywa z Grace serię rozmów o całym jej życiu. Jest kobietą – bo w chwili ich pierwszego spotkania Marks ma już 32 lata – zafascynowany. A jednocześnie wewnętrznie rozdarty pomiędzy pokusą zaufania jej wersji i obawą, że pada właśnie ofiarą wyrafinowanego oszustwa przebiegłej zbrodniarki. Jak wygląda prawda?
Dzięki naprzemiennej narracji – przetykanej rozmowami bohaterów i kolejnymi fragmentami retrospektywnej opowieści Grace - mamy wgląd zarówno w myśli panny Marks, jak i doktora Jordana. Powstaje tym samym bardzo interesująca mozaika, w której ostatecznie żaden element nie jest tym, czym się wydaje na pierwszy rzut oka. Weźmy doktora: jako mężczyzna i naukowiec ma wobec swojej rozmówczyni poczucie wyższości. Jest człowiekiem wolnym i wykształconym, a ona uwięzioną prostaczką pełną przesądów, takich jak wiara w boga. Od jego raportu zależą jej dalsze losy i szanse na wolność. Przy nim władza i kontrola. Ale wystarczy, że z domu, w którym Simon wynajmuje pokój, odejdzie służąca, a okazuje się, że pan i władca w podstawowych sprawach życia codziennego jest bezradny jak niemowlę. Nie umie gotować, nie wie, jak zrobić zakupy na targu, sprzątanie to dla niego zadanie ponad siły. Jedynym wyjściem z impasu okazuje się przekupienie służącej, by wróciła i ocaliła ład.
Może zatem to Grace Marks, służąca od młodych lat, jest czarnym koniem tego wyścigu? W końcu to ona decyduje, co doktorowi opowie i jak to zrobi. Jest mistrzynią w szyciu (dlatego wolno jej pracować w domu komendanta więzienia) i jak kontroluje ścieg, tak panuje nad swoją historią i swoim zachowaniem, od którego zależy opinia doktora Jordana o jej osobie. Stopniowo, niepostrzeżenie, owija go sobie dookoła palca.
Powieść Atwood jest jak wymarzona kołdra Grace Marks – Rajska jabłoń: z mnóstwa różnokolorowych, starannie połączonych kwadratów wyłania się godny podziwu wzór. Przy czym ciężar ostatecznej odpowiedzi na pytanie postawione w tytule notki zostaje przesunięty na czytelnika, pisarka rozrzuca rozmaite tropy, ale niczego definitywnie nie przesądza. Jest to w efekcie dobra i angażująca intelektualnie lektura, ale mimo wszystko blednie w zestawieniu z Opowieścią podręcznej. Nie pomaga też najnowszemu wydaniu przekład Aldony Możdżyńskiej, w którym zdania często gęsto wyglądają na przetłumaczone dosłownie z angielskiego, bez poszanowania reguł polskiej gramatyki, co daje pokraczny i drażniący efekt. Niestety, na czytniku nie chciało mi się zaznaczać, więc nie mogę podać konkretnych przykładów. Ponadto zapewne mało kto jest tak wrażliwy na poprawność gramatyczną jak ja. Ale jeśli jesteś gramatycznym nazistą, nie powielaj mojego błędu i sięgnij po oryginał, czyli Alias Grace, o ile czytasz po angielsku.
sobota, 25 listopada 2017
Szkatułka z zagadkami (Anthony Horowitz, Morderstwa w Somerset)
Powieść Anthony’ego Horowitza Morderstwa w Somerset poleciła mi w zeszły czwartek Anneke. Ona rzadko bywa entuzjastyczna w stosunku do kryminałów, więc, choć akurat w tym gatunku nasz gust się niekiedy rozjeżdża (wolę postmodernistyczne wariacje na temat klasyki, ona jest miłośniczką zagadek w starym stylu), pędem nabyłam. Potrzebowałam jakiejś niezobowiązującej rozrywki na reset po wyjątkowo obciążającej psychicznie Księdze nocnych kobiet. Pomysł jest prosty, a przynajmniej tak się początkowo wydaje – wraz z redaktorką Susan czytamy najnowszą odsłonę bestsellerowego cyklu kryminalnego Alana Conwaya o przygodach Atticusa Pünda, detektywa, byłego więźnia obozów koncentracyjnych. Już od pierwszych zdań przekładu Macieja Szymańskiego, który tłumaczył między innymi Spryciarza z Londynu Pratchetta, kupił mnie styl tej książki w książce.
Zanosiło się na pogrzeb.
Dwaj grabarze, stary Jeff Weaver i jego syn Adam, wstali o brzasku i teraz wszystko było już gotowe: grób miał właściwe proporcje, a piach leżał w schludnych stertach po obu stronach. Kościół pod wezwaniem Świętego Botolfa w Saxby-on-Avon nigdy nie wyglądał piękniej niż teraz, gdy poranne słońce rozświetlało witraże. Wzniesiono go w XII wieku, lecz oczywiście przez stulecia wielokrotnie był przebudowywany. Nową mogiłę wykopano po wschodniej stronie, opodal ruin starego prezbiterium, od dawna porośniętych bujną trawą, gdzie spod zburzonych łuków pięły się ku niebu stokrotki i dmuchawce.
Wioska była, jak zawsze, cicha, a jej uliczki puste. Mleczarz wykonał już swoją robotę i odjechał, pobrzękując butelkami w skrzynkach na pace furgonetki. Jak to zwykle w sobotę, nikt inny nie wybierał się do pracy, a i dla mieszkańców okolicznych domów było jeszcze zbyt wcześnie, by zajmować się weekendowymi obowiązkami. Miejscowy sklepik otwierał podwoje dopiero od dziewiątej, za to z sąsiedniej piekarni dolatywał już aromat świeżo upieczonego chleba. Wkrótce mieli się zjawić pierwsi klienci, ci sami, którzy po śniadaniu zamierzali dołączyć do zgodnego chóru kosiarek do trawy. Był lipiec, czas wzmożonej pracy dla zapalonych ogrodników z Saxby-on-Avon. Do Święta Plonów pozostał ledwie miesiąc i przycinanie krzewów różanych oraz mierzenie kabaczków trwało już w najlepsze. O trzynastej trzydzieści miał się odbyć mecz krykieta na jednym z miejscowych boisk. Zapowiedziano przyjazd chłodni z lodami, dzieci zaproszono do zabawy, a zmotoryzowanych gości spoza wioski – na piknik. Herbaciarnia miała pracować pełną parą. Ot, idealne, letnie popołudnie w sielskiej Anglii.

Alan Conway jest dobrym pisarzem, potrafił stworzyć piekielnie wciągający kryminał w stylu Agathy Christie, więc tym bardziej niespodzianka, którą szykuje Susan, a z nią czytelnikowi, przebiegły i bezwzględnie kontrolujący grę od pierwszego napisanego zdania Anthony Horowitz, nie pozostawi obojętnym żadnego miłośnika gatunku. Bo, widzicie, szukałam odprężającej rozrywki, a trafiłam na jeden z najlepszych, najciekawszych konstrukcyjnie kryminałów, jakie dane mi było przeczytać w ciągu ostatnich paru lat. I dokładnie w tym miejscu zaczyna się mój poważny problem z tą recenzją. Napisałabym, bez trudu i obszernie, co konkretnie tak bardzo mnie w powieści zachwyciło, ale w takim przypadku częściowo zrujnowałabym wam frajdę z samodzielnego odkrywania przygotowanych przez Horowitza niespodzianek. A tego bym sobie nie darowała, bo sama bawiłam się naprawdę wyśmienicie. Zaś wspomnianych niespodzianek jest mrowie. Autentycznie podziwiam autora: za pomysł, ale przede wszystkim za jego genialną, drobiazgową realizację. Na każdym poziomie, do najdrobniejszych szczegółów, takich jak nazwy ulic, miejscowości czy nazwiska postaci. Ta powieść jest hołdem złożonym klasyce kryminału, przede wszystkim twórczości Agathy Christie, przez utalentowanego i oddanego (by nie powiedzieć: maniakalnego) fana. Ale jest nim jedynie przy okazji. Mówię to jako osoba znająca tylko kilka powieści tej autorki, która bez wyjaśnień Susan w zasadzie niemal żadnych nawiązań sama by nie zauważyła. Horowitz toczy tu bowiem grę także sam ze sobą, spajając fabułę Morderstw w Somerset z życiorysem wymyślonego przez siebie pisarza, Alana Conwaya. Każde słowo więcej na temat fabuły byłoby niewybaczalną zbrodnią. Otwórzcie sami tę szkatułkę z zagadkami i przekonajcie się, jak wam pójdzie typowanie ze szpaleru wiarygodnych podejrzanych. Miłej zabawy!

sobota, 18 listopada 2017
Wszystkie negry chodzą w koło (Marlon James, Księga nocnych kobiet)
Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. W takie koło jak słońce, w takie jak księżyc, jak złe nowiny, co zdają się przebrzmiałe, ale zawsze wrócą. Kobiety pracują wokół słońca, a śpią wokół księżyca, czasem pracują wokół jednego i drugiego, zwłaszcza w czas żniw. Innym razem kobiety czekają na księżyc, czy pękaty będzie od krwi i wzniesie się nisko nad Górami Błękitnymi. To byłaby pora, którą rządzi Sasa, Asaase Jaa, Ogun i inni zapomniani bogowie.

Jest jednak taka negra na plantacji trzciny cukrowej w majątku Montpelier na Jamajce, która długo zrozumieć tego nie chce. Pewnie dlatego, że krew u niej nie do końca czarna. Można to poznać po oczach, które u Lilit zielone jak szmaragdy, co u prawdziwych negrów się nie trafia. Zanim się dowie, że jej mama i tata nie z jej krwi, już wie, że chce czegoś więcej niż inne niewolnice. Nie chce pracować w polu, nie chce oddawać się batowym. Chce i potrafi walczyć. Pierwsze odruchowe, paniczne zwycięstwo sprawia, że dziewczyna – zamiast do pracy w polu – trafia do piwnicy majątku i pod opiekę głównej domowej niewolnicy, Homer. Ale status domowej niewolnicy to dla niej za mało, Lilit uważa się za lepszą od innych i myśli, że może zakochać się w białym, w massa. A ten będzie jej księciem, którego widywała w dzieciństwie na ilustracji wydartej z jakiejś książki, obudzi ją ze snu służby i zabierze do prawdziwego życia.
Okrutnej, bezwzględnej lekcji udzieli Lilit rzeczywistość. Zakpi z niej na najróżniejsze sposoby, wychłoszcze nie tylko dosłownie, choć bata i innych bolesnych atrakcji krnąbrnej dziewczynie nie zabraknie. Pokaże, że domieszka białej krwi to nie tylko o wiele za mało, by być białym. To także za wiele, by być czarnym. Lilit nigdzie poza własną duszą nie będzie u siebie. Powieść Marlona Jamesa Księga nocnych kobiet to przejmujący wyimek z pełnej smutnych i beznadziejnych powtórek historii jamajskiego niewolnictwa, ale o jej sile stanowi kreacja głównej bohaterki. Niezwykły indywidualizm i wiarygodność jej świadectwa, wybrzmiewającego tak mocno głównie z uwagi na językową odrębność, którą według mnie w sposób fenomenalny oddał w swoim przekładzie Robert Sudół. To język sprawia, że od pierwszych zdań tej historii, choć jeszcze większość przerażających wydarzeń przed nami, na plecach mamy ciarki. Jednocześnie przykuwa nas do tekstu niczym łańcuch niewolnika, nie pozwalając na oderwanie się od tej smutnej i dramatycznej opowieści. Gdyby nie formuła narracji, byłaby to pewnie kolejna opowieść, jakich wiele. O okrutnym, ale oklepanym już i przez to oswojonym jako coś znanego, losie ludzi, których kolor skóry strącił na sam dół społecznej drabiny. Którzy raz po raz próbują wejść wyżej i mimo wielokrotnego strącania nie rezygnują, choć szczeble drabiny śliskie, bo wielokrotnie spłynęły krwią ich pokonanych przodków.
Tutaj jednak dostajemy coś więcej, razem z Lilit w sposób osobisty i dogłębny przeżywamy kolejny cykl, ale mocno i bez znieczulenia. Bo dla nas, jak dla niej, jest on pierwszym, choć nie ostatnim. Znakomita powieść, jedna z najlepszych, jakie przeczytałam w tym roku, choć tylko dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach. Kilka razy myślałam, że nie zdołam skończyć. Takie lektury się odchorowuje. Mimo to – a może właśnie dlatego – gorąco polecam.

Wszystkie negry chodzą w koło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Inna sprawa, że czasem to koło do białego należy, nie do negra, a w tym białym kole są i góry, i doliny, i rzeczy, co biały mówi, a znaczą co innego. Czarny otwiera oczy, żeby znaleźć swoje koło, a ono się zaczyna kajdanami u jego szyi. Biały zatacza koło takie, jakie sobie wybierze. Wielu może sobie iść przed siebie, odejść, ale wielu też wraca tam, skąd wyszli. Inni w ogóle się nie ruszą. A jak negr wciągnięty w życie białego, to to samo koło zatacza.
sobota, 11 listopada 2017
Wszystkiemu są winni Niemcy (Philip K. Dick, Człowiek z Wysokiego Zamku)
Jesteśmy w San Francisco. W strefie okupacji japońskiej. Jest rok 1962, piętnaście lat po Dniu Kapitulacji. Wspólnota Pacyficzna nie zrobiła nic w kierunku kolonizacji planet. Zamiast tego zaangażowała się – a właściwie ugrzęzła – w Ameryce Południowej. Podczas gdy Niemcy z całą energią prowadzili zrobotyzowane prace konstrukcyjne w Kosmosie, Japończycy nadal wypalali dżunglę w głębi Brazylii, wznosząc siedmiopiętrowe gliniane bloki mieszkalne dla byłych łowców głów. Zanim pierwszy japoński statek kosmiczny oderwie się od Ziemi, Niemcy będą mieli w garści cały Układ Słoneczny. W dawnych i jakże malowniczych czasach Niemcy przegapili moment, gdy inne państwa europejskie zbudowały swoje imperia kolonialne.
Świat, w którym Państwa Osi wygrały, to niezbyt dobre miejsce dla Żyda. Jeśli Żyd, taki jak Frank F(r)ink, chce żyć, musi pozostawać w części świata przynajmniej formalnie wolnej od wpływów Rzeszy. Nie może też, oczywiście, ujawniać faktu, że jest Żydem.
Amerykanin, taki jak Robert Childan, właściciel sklepu pod nazwą Amerykańskie Rzemiosło Artystyczne, jest w o wiele lepszej sytuacji. Jak długo nie przeszkadza mu, że przehandlowuje dziedzictwo swojego narodu dla zaspokojenia dziwacznego hobby co bogatszych urzędników okupanta. Jak długo nie przeszkadza mu pokora i zaprzeczanie własnej tożsamości.
Wydawać by się mogło, że w najlepszej sytuacji jest Nobusuke Tagomi, wysoki rangą przedstawiciel okupacyjnych władz. Pan Tagomi zamawiał plakat rekrutacyjny z wojny secesyjnej; niewątpliwie tylko Japończykowi mogło zależeć na takim starociu. Typowe dla fascynacji błahostkami, dla ich legalistycznej obsesji dokumentów, proklamacji, ogłoszeń. Pamiętał jednego, który poświęcił swój wolny czas na zbieranie gazetowych ogłoszeń amerykańskich leków patentowych z lat tysiąc dziewięćsetnych.
A jednak sytuacja Japończyka jest niepewna. Krążą pogłoski, że Hitler jest ciężko chory i na szczytach Rzeszy szykuje się walka o schedę. A jest jeszcze Hawthorn Abendsen, autor zakazanej książki Utyje szarańcza. Opowieści o świecie, w którym Roosevelt nie został zamordowany, a Niemcy i Japonia przegrały wojnę. To on jest tytułowym bohaterem. To do niego postanawia pod wpływem lektury powieści dotrzeć Juliana, była żona Franka, instruktorka dżudo. Chce, oczywiście, zadać mu pytanie znienawidzone przez wszystkich pisarzy: Skąd pan bierze pomysły? Odpowiedź stanowi clou kolejnej niezwykłej idei Philipa K. Dicka. I jest, podobnie jak losy jego bohaterów, z których każdy stosuje odmienną strategię przetrwania, zdecydowanie warta poznania. Lektura Człowieka z Wysokiego Zamku przypomina układanie przerażająco-fascynujących puzzli. Początkowo nic nie wiemy o świecie przedstawionym, informacje dawkowane są mimochodem, wplatane w losy poszczególnych postaci, a narracja pozbawiona ozdobników. Tym bardziej przykuwa to uwagę do faktu, że rzeczywistość różni się od tej, którą znamy. Warto się wybrać na tę lekcję alternatywnej historii.
piątek, 03 listopada 2017
12. urodziny bloga

Dzisiaj mija 12 lat od pierwszego wpisu na blogu. Z tej okazji postanowiłam oddać głos czytelnikom. Jeśli macie ochotę, napiszcie w komentarzach, czy Na ostrzu siekiery odkryliście jakiegoś autora lub tytuł literacki, filmowy bądź serialowy, który okazał się dla Was wartościowy. Można też, oczywiście, pisać o minach, na które was wprowadziłam. Słowo, że nie miałam złych zamiarów! 12 lat minęło jak jeden dzień...

15:53, krwawasiekiera , z metra cięte
Link Komentarze (11) »
niedziela, 29 października 2017
Kiedy rodzi się zbrodniarz? (Mindhunter, sezon 1)
Wiem, że wszędzie teraz tego pełno, ale nic nie poradzę, że dziesięcioodcinkowy serial Mindhunter po prostu mnie uwiódł. Mówiąc najkrócej, to serial o początkach profilowania i analizy behawioralnej oraz ich śledczego wykorzystania, oparty o wspomnienia agenta FBI Johna Douglasa pod tym samym tytułem. Postać bezpośrednio inspirowana Douglasem to Holden Ford, młody agent, który po samobójstwie jednego ze ściganych przez siebie przestępców zostaje przesunięty do pracy szkoleniowej. Jego obsesją staje się próba zrozumienia, dlaczego mordercy decydują się na zabijanie, i to w ściśle określony sposób. Uważa, że odpowiedź na to pytanie nie tylko ułatwi wykrywanie sprawców, ale także umożliwi ich prewencyjne izolowanie od społeczeństwa. Holden swoim nowym hobby stopniowo zaraża opornego początkowo starszego kolegę, a gdy udaje im się z użyciem profilu pomóc lokalnej policji w rozwiązaniu pierwszej sprawy, obaj zapalają się do projektu. W tajemnicy przed przełożonymi jeżdżą do więzień, rozmawiać ze skazanymi za najokropniejsze zbrodnie o ich motywacjach. Do ekipy dołącza następnie badająca psychopatycznych dyrektorów korporacji psycholog Wendy Carr (również inspirowana, choć chyba luźniej, postacią dr Ann Wolbert Brugges). Razem zmagają się z oporem struktur FBI, które, delikatnie mówiąc, umiarkowanie oceniają potencjalną użyteczność ich pracy.
Obok wątków prywatnych postaci, które odgrywają uzupełniającą rolę, serial koncentruje się z jednej strony na pokazaniu bezpośrednich interakcji agentów ze skazanymi seryjnymi zabójcami (genialny Cameron Britton jako Edmund Kemper czy niewiele mu ustępujący Happy Anderson jako Jerry Brudos - ogólnie casting w serialu jest bezbłędny), a z drugiej na praktycznym zastosowaniu pozyskanej w ten sposób wiedzy przy próbach schwytania aktywnych przestępców, na prośbę lokalnych jednostek policji.
Może nie brzmi to fascynująco dla osób wolnych od mojego skrzywienia naukowego i zawodowego, ale uwierzcie - wciąga jak bagno. A wisienką na torcie jest soundtrack - mogłabym go słuchać na okrągło.
Jeśli jeszcze nie widzieliście, to bardzo wam zazdroszczę.
czwartek, 26 października 2017
Jak Zawód mnie zawiódł (Kamil Fejfer, Zawód. Opowieść o pracy w Polsce)
Pobiję chyba w tym zwolnieniowym tygodniu rekord częstotliwości pisania na blogu z ostatnich siedmiu lat:) Ale co poradzę, że infekcja odbiera chęć do czytania cegieł? A zarazem jakoś tak się składa, że mój wybór pada na tytuły, o których mam coś do powiedzenia. W tym przypadku: przeczytałam, żebyście wy nie musieli.
Nie byłam ufna w stosunku do tej książki. Co prawda promocyjny fragment o zawodzie ratownika medycznego, który znalazłam w sieci, był zachęcający, ale pomyślałam - poczekam na recenzje. Pojawiły się i były zdecydowanie pozytywne. Kupiłam, a dzień później redaktor Szot na Kurzojadach w kilku krótkich, żołnierskich słowach zrównał książkę z glebą.
Że miał rację, przekonałam się już na etapie lektury odautorskiego wstępu. W pierwszych słowach swojego listu Kamil Fejfer uświadamia czytelnikowi, czego w tej książce nie znajdzie. Nie ma małych miejscowości, Polski powiatowej, gdzie każdy każdego kryje, gdzie instytucje nie są w stanie zmyć z ofiar ich piętna, a sprawcy pozostają bezkarni i mogą się śmiać w twarz osobom, które skrzywdziły, napawając się widokiem tego, jak karleją, szarzeją i zginają się pod ciężarem bezradności i zaszczucia.
Tak kulawa gramatyka we wstępie świadczy o tym, że nie było też dobrej redakcji i korekty. Ale przyjmijmy, że raz może się zdarzyć, choć nie zachęca do dalszej lektury i każe wątpić, czy się dobrze zainwestowało niemal 18 złotych. Jednak ledwie kilka zdań dalej, niwecząc dramatyzm obrazu złego przeciętnego życia Polaka, pojawia się taki kwiatek: W Polsce − kraju w środku Europy, od lat należącego do struktur Unii Europejskiej − w połowie drugiej dekady XXI wieku takich osób było 2,8 miliona.
Mogłabym tak dalej, ale mi się nie chce. Z tego miejsca jedynie serdecznie pozdrawiam widniejące na karcie redakcyjnej korektorki Beatę Saracyn i Agnieszkę Gzylewską. Redaktora książka nie miała, a przynajmniej żaden się do niej nie przyznał, gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie. Ad rem. O czym, według autora, miała być książka? Książka oświetla miejsca niedoświetlone, pokazuje zwykłych ludzi, którzy biją się z polskim rynkiem pracy, starają się awansować, realizować marzenia. Spaja ich jedno – są w połowie drogi, nie cieszą się niedosukcesem. Przecież nie tak miało być, miało być tak, że osoba, która się uczy i uczciwie pracuje, może sobie pozwolić na godne życie. Nie każdy ma być milionerem, ale dobrze jakby był multitysiącerem.
Po lekturze mogę powiedzieć, o kim i o czym, według mnie, książka jest. O zderzeniu utopii z rzeczywistością. O absolwentach kierunków humanistycznych (dwukrotnie anglistyka, raz filozofia, dwukrotnie psychologia, podyplomówka z teorii sztuki), bo inne kierunki ukończyło tylko dwoje z dziesięciorga bohaterów (ratownictwo medyczne i informatyka, jedna bohaterka rzuciła towaroznawstwo, wykształcenie stróża z Jarosławia jest nieznane, wiadomo tylko, że studiował we Wrocławiu, ale co i czy skończył - już nie). O zdrowych fizycznie (tylko bohaterka ostatniego rozdziału choruje na Zespół Aspergera), mobilnych młodych ludziach, którzy pracują w dużych miastach (wyjątkiem jest bohater dzielący etat stróża z ojcem w Jarosławiu) i często nie mają jeszcze rodziny (tu jest pół na pół). Wszyscy mają pracę. Mają też pretensję do świata, że nie wygląda tak, jak im się wydawało. Monika z rozdziału o gastro dziwi się, że Polska jest krajem, w którym nie da się wyżyć z pisania o kulturze i nauczania teorii sztuki, a praca w teatrach i innych instytucjach kultury jest nisko płatna i trudno dostępna. Pracowała za dobre pieniądze w telewizji, ale odeszła, żeby robić to, w czym się spełnia. W tej chwili utrzymuje ją chłopak geoinformatyk (żyje z jego pieniędzy, ale nie potrafi powiedzieć, na czym polega jego zawód, urocze), bo w teatrze też było źle. Zła atmosfera była. Jak Monika widzi rozwiązanie swojego egzystencjalnego dylematu? Jeżeli jakaś gazeta, portal lub uczelnia zajmujące się tym, w czym się specjalizuję, zatrudniłyby mnie na etacie, to mogłabym z tego żyć. Ale etatów jest mało. Abym pracowała, muszą zwolnić się miejsca – mówi. – Po prostu ktoś musi tam umrzeć.
Czy winą za jej nieszczęście można obarczyć rynek pracy w Polsce? Sądzę, że mocno w to wątpię.
Maria była wielokrotną laureatką konkursu Studencki Nobel, skończyła psychologię ze specjalizacją kliniczną i pedagogiczną oraz politykę społeczną, zrobiła doktorat, ale nie została zatrudniona w poradni, w której robiła praktyki, a potem darmowy wolontariat, bo zatrudniono siostrzenicę szefowej. Jej kompetencje nie miały znaczenia. No, przykra sprawa. Raz miała wszystkie kompetencje z ogłoszenia i nawet ukończony kurs, na który chcieli dopiero wysyłać. Pewnie przez to nie dostała tej pracy, bo na kurs był grant z UE. Od czasu studiów wysłała kilkadziesiąt CV. Może nawet ponad sto. Do różnych miejsc. Była na ponad dwudziestu rozmowach kwalifikacyjnych. Uważa, że nie przyjmują jej i nie przyjmą, bo nie ma doświadczenia w zawodzie. Pracuje w banku, w obsłudze klienta, zaczęła jeszcze na studiach. Nie chce po prostu zmieniać pracy na inną. Nic jej nie da, jeśli przeniesie się z jednego miejsca pracy, gdzie nie pracuje w zawodzie, do innego, gdzie też nie będzie pracowała w zawodzie. Naprawdę lubi psychologię. Wie, że jest ona ważna.
I jak wam się wydaje, czy Maria jest ofiarą systemu? Ja, jak powszechnie wiadomo, nie mam serca, ale wydaje mi się, że po prostu jest ofiarą własnej wizji świata, w której kompetencje formalne powinny być przepustką do zatrudnienia. I tak jest z ośmioma z dziesięciorga bohaterów Fajfera - to oni, a nie kraj lub system, odpowiadają za własne niepowodzenia lub umowne, subiektywnie definiowane porażki. Bo czy można mówić o porażce w przypadku warszawskiej dziennikarki po filozofii, która pracowała jako freelancerka, a kiedy nie była w stanie zarobić w ten sposób czterech tysięcy netto miesięcznie, poszła pracować do banku? Nie rozśmieszajcie mnie.
Albo absolwent anglistyki, który narzeka, jak to amatorzy psują rynek tłumaczeń, ale sam, choć ma rzekomo znakomite kompetencje, nie pomyśli o tym, żeby zdać egzamin na tłumacza przysięgłego, co pozwoliłoby mu podnieść stawki. A odkryciem było dla niego, że do korepetycji trzeba się przygotowywać, żeby zostać poleconym w marketingu szeptanym. Czy to jest poważny człowiek, czy fantasta?
Dwa wyjątki to przywołany na wstępie ratownik medyczny, który jest świetny w tym, co robi, i pracuje głównie dla idei, a system istotnie mu tego nie ułatwia, oraz wspomniana informatyczka z ZA, która jednak traci szanse na porządne zatrudnienie - jak sama przyznaje - głównie dlatego, że prowadzi poczytnego bloga o życiu z chorobą i łatwo go znaleźć. Jest to powód nieracjonalny i dyskryminacja ze strony potencjalnych pracodawców - niewątpliwie. Te dwie historie to 20% książki i tylko one jakoś wpasowują się w jej rzekome założenia. Reszta jest totalnym zaprzeczeniem tezy autora i raczej ilustracją powiedzenia Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Dlatego Zawód uważam za wielkie nieporozumienie.
wtorek, 24 października 2017
Odczucia mieszane z przewagą pozytywnych (Natalia Osińska, Fanfik)
Padłam ofiarą jakiegoś podstępnego wirusa, czemu zawdzięczam tydzień wolności od obowiązków służbowych i okazję do sięgnięcia po lżejszą lekturę. Fanfik, zbierająca pozytywne opinie współczesna odpowiedź na nienadążającą od dawna za duchem czasów Jeżycjadę, która ukazała się pod koniec ubiegłego roku, kusił mnie od dawna. Ostatecznym bodźcem była recenzja drugiego tomu, czyli Slasha, na Klonowych książkach. Nie zaszkodziła też przyjazna cena e-booka w abonamencie Nexto Premium, który przy okazji polecam waszej uwadze (nie jest to wpis sponsorowany, abonament mam od 21 maja 2017, kupiłam w tym czasie już 12 książek, w większości nowości, i zaoszczędziłam sporo pieniędzy, koszt abonamentu, 19,90 zł za rok, zwrócił się już przy drugiej książce).
Odczucia po lekturze odzwierciedla tytuł wpisu. Powieść jest dobra, o czym najlepiej świadczy, że przeczytałam ją w niecałą dobę mimo gorączki i niewyspania, a liczy stron 400. Wciąga, napisana jest stylem lekkim, ale bynajmniej nie głupawym, nieprzestylizowana i nieprzeładowana młodzieżowym slangiem. Licealiści mówią tu normalnie, jak ludzie, a nie bohaterowie czyjejś wizji pod tytułem "Jak porozumiewają się współczesne nastolatki", co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Jeśli zestawić bohaterów Osińskiej z bohaterkami Ma być czysto Anny Cieplak, dla mnie w konkurencjach naturalność i autentyczność wygrywają ci pierwsi. Wprawdzie główna bohaterka powieści Osińskiej, Tosia Graczyk, to introwertyczna outsiderka, żyjąca w świecie musicalowych tekstów i internetowych fanfików, którą ciężko uznać za typową reprezentantkę szkolnej społeczności nawet przy maksimum dobrej woli i bez wiedzy, że jest też psychologicznie chłopcem uwięzionym w ciele dziewczyny, ale z odczuciami się nie dyskutuje. Towarzyszymy zatem Tosi w przełomowym wydarzeniu, jakim jest odkrycie prawdziwej tożsamości. Warunki brzegowe nie są łatwe - bohaterka jest półsierotą wychowywaną przez apodyktyczną ciotkę Idalię i wycofanego ojca Marcina, który opiekę nad dzieckiem ceduje ochoczo na szwagierkę, poświęcając maksimum czasu i energii pracy w swojej firmie budowlanej. Tosia, co trzeba zaznaczyć niekoniecznie na usprawiedliwienie ojca, nie jest dzieckiem łatwym: ma za sobą próbę samobójczą, bierze kapsułki szczęścia, a od rzeczywistości izoluje ją chemiczny obłok obojętności. W pewnym momencie nadużywane kapsułki kończą się zbyt szybko, co zbiega się z corocznym wyjazdem ciotki do nadmorskiego spa. Pojawienie się w szkole nowego ucznia, Leona, który okazuje Tosi życzliwość i przyjaźń, także ułatwia dojście do głosu jej prawdziwego ja.
Poruszenie w powieści dla młodzieży problemów transseksualizmu jest zabiegiem ciekawym i niewątpliwie potrzebnym, tym bardziej że Osińskiej udaje się to zrobić w wyważony sposób, bez dydaktyzmu i przerysowań oraz popadania w tanią sensacyjność, choć z pewnymi koniecznymi z uwagi na powieściową formułę uproszczeniami. Jedyne, czego totalnie nie kupiłam, to w miarę bezproblemowa akceptacja przemiany Tosi w Tośka przez społeczność szkolną (tak klasową, jak i grono pedagogiczne, które gładko i bez sprzeciwu zaczyna szanować wybór uczennicy i zwracać się do niej, jeśli już nie z zastosowaniem męskiej końcówki gramatycznej, to po prostu po nazwisku, dogodnie takim samym w formie męskiej i żeńskiej). Jeden prześmiewczy wierszyk na lekcji polskiego i gwałtowniejsza reakcja jednej osoby, mająca zresztą nieco szersze uzasadnienie, to mało śmieszny żart. Obawy Leona o bezpieczeństwo Tośka miały mocne podstawy i tak (mimo wszystko) gładko na pewno by to nie przebiegło w polskiej szkole. Niestety, nie jest to jedyne moje zastrzeżenie, i nawet nie najważniejsze. Autorka włożyła w fabularny barszcz za dużo problemowych grzybów i po prostu przedobrzyła.
UWAGA, dla sformułowania dalszej części zastrzeżeń do powieści nieodzowne są spoilery! Jeszcze gorsze niż te minimalne, niezbędne do tej pory. Nie chcesz wiedzieć więcej, nie czytaj dalej!
Gdyż Leon okazuje się gejem, ukrywającym swoją orientację przed szkolną społecznością. To jeszcze byłoby do zaakceptowania, zwłaszcza że taki był powód jego zainteresowania śliczną i niechętną romantycznym związkom Tośką. Ale czyniąc z Tośka homoseksualnego transseksualistę, autorka posunęła się moim zdaniem za daleko. Przyjaźń Tośka i Leona opisana jest świetnie, wprowadzenie do ich relacji komponentu romantycznego uważam za szkodliwe i niepotrzebne. Nie wątpię, że osoba transseksualna może być homo i hetero, jak każda inna, żeby była jasność. Ale ta kumulacja nie pomaga ani kreacji bohaterki,  ani fabule, ani szerzeniu świadomości o transseksualizmie, przynajmniej moim zdaniem.
Oraz, na litość dowolnych bogów, co to za akcja z tym fetyszem Leona na punkcie lakierów do paznokci? Czy on w głębi serca jest dziewczyną, czy to sugestia, że tego rodzaju ciągoty ma każdy gej? W każdym razie, w mojej ocenie, to totalne nieporozumienie i kolejny siejący zbędny ferment element, mówiąc najłagodniej.
Koniec strefy spoilerów!
Słowem, mogła to być o wiele lepsza książka, gdyby autorka podjęła nieco inne decyzje. Tak jest tylko niezła i w wielu kluczowych miejscach sama sobie podcina skrzydła. Ale uważam, że sięgnąć warto.
niedziela, 22 października 2017
Gdy najważniejsze jest niewidoczne dla serca (Tana French, Ostatni intruz)
Znani nam już ze Ściany sekretów detektywi Moran i Conway dostają sprawę zabójstwa młodej dziewczyny, która na pierwszy rzut oka wygląda jak typowa kłótnia kochanków, i to nawet ze sprawcą - chłopakiem ofiary - podanym na talerzu. Brak jest jednak jakichkolwiek fizycznych dowodów, że podejrzany w ogóle wszedł do domu (twierdzi, że choć pojawił się na umówioną kolację, nie został wpuszczony). Ktoś usunął wszystkie odciski palców, nawet z miejsc zupełnie nieoczywistych, i odłączył od prądu kuchenkę, żeby zabójstwa nie ujawnił przedwcześnie aktywowany dymem alarm przeciwpożarowy. Taki poziom zimnej racjonalności nie pasuje do mięczakowatego pięknoducha, jakim jawi się chłopak ofiary. Tymczasem przyjaciółka zmarłej sugeruje, że mogła się ona widywać równolegle z kimś innym...
Kto zna cykl irlandzkiej pisarki o dublińskim Wydziale Zabójstw, ten wie, że na dynamiczną akcję nie ma u niej co liczyć. Nie za to ją kochamy. Ale muszę uczciwie przyznać, że ze swojej najnowszej intrygi Tana French tak znaczną część umieściła w myślach i odczuciach głównej bohaterki i narratorki - detektyw Antoinette Conway - że bardzo niewiele brakowało, bym straciła do tej powieści cierpliwość. Ja, wielka fanka i promotorka serii, która wyglądała Ostatniego intruza niczym kania dżdżu od pierwszych wzmianek prasowych. Niewątpliwie to najbardziej statyczna część cyklu, a przy obiektywnym spojrzeniu na strukturę i całość pomysłu z punktu widzenia zakończenia - niestety także najbardziej przegadana. French osiągnęła już taki sukces, że redaktorzy chyba zaczęli jej pozwalać na więcej ulubionych rozbudowanych introspekcji niż do tej pory. Mają gwarancję, że i tak się sprzeda. Według mnie przyjmowanie takiego założenia to stąpanie po dość cienkiej linie. Ostatni intruz mimo intrygującego początku ma bowiem pośrodku mieliznę liczącą jakieś 200 stron (nic się nie dzieje, jak w polskim filmie, całość można by wyciąć, co by tylko książce pomogło) i dopiero końcowa 1/3 dowodzi, że warto było przez nią przebrnąć. Skoro sama niemal odpadłam, to dla nowych czytelników próg wejścia może okazać się za wysoki. A podejrzewam, że i spora część wiernych wielbicieli będzie miała trudności z dotarciem do miejsca, w którym puzzle zaczynają się wreszcie składać w całość (70% z 576 stron, tu się kończy ta mielizna, co to się dość wcześnie zaczyna).
Koncept powieści bardzo na tym rozwodnieniu traci, bo choć prosty, jest znakomity. Sprowadza się do zagadek percepcji, biblijnego Mają oczy, a nie zobaczą. Do tego wewnętrznego formatowania, którego nie jesteśmy do końca świadomi, ale które sprawia, że automatycznie odrzucamy pewne możliwości jako niedopuszczalne z czysto aksjologicznego punktu widzenia. A jednocześnie święcie wierzymy w to, że świat i ludzie są dokładnie tacy, jak nam się wydaje. Żyjemy we własnej głowie, a obiektywna rzeczywistość istnieje równolegle do tej przez nas postrzeganej. Rzadko kiedy dochodzi między tymi światami do kolizji, której nie dałoby się zamortyzować przećwiczonymi schematami racjonalizacji. Ostatni intruz opisuje właśnie taki przypadek, zatem wejście do głowy Antoinette ma niewątpliwie swoje uzasadnienie. French posłużyła się tym środkiem, by zilustrować opisany wyżej mechanizm, jednak posunęła się zdecydowanie za daleko i w rezultacie niemal udało jej się zmarnować efekt zaskoczenia, na który tak pieczołowicie pracowała. Jest to zatem z mojej strony polecanka tylko dla bardzo odpornych czytelników.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 111
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka