niedziela, 10 czerwca 2018
Serialowisko 2018 (1), odsłona ekspresowa
Szybciutko, żeby choć trochę się odgruzować:

ACS: Versace: IMHO lepsza odsłona od mocno przereklamowanej pierwszej serii z OJ Simpsonem. Pod każdym względem, scenariuszowym (pisał Tom Rob Smith, autor Ofiary 44) i aktorstwa. 8/10, zdecydowanie polecam, nie zniechęcajcie się pierwszym odcinkiem, bo nie jest reprezentatywny dla tej odsłony antologii.

Dom z papieru - ciekawy pomysł, fajny początek, ale już w drugiej połowie pierwszego sezonu zaczęło się robić głupawo, a drugi pobił pod tym względem wszelkie rekordy. 6/10 to i tak naciągane. Ale piosenka super.

Terror - serial, w który jako fanka powieści kompletnie nie wierzyłam, przyjemnie mnie zaskoczył. Dobry, nie jego wina, że przemyśleń bohaterów nie da się zekranizować. 7/10

3% - ciekawa brazylijska antyutopia o merytokracji  przyszłości - tylko tytułowy odsetek populacji, wyłaniany w procedurze zwanej Procesem, może mieszkać na Wyspie. Reszta ludzkości gnieździ się w slumsach. Każdy ma tylko jedną szansę, w wieku 20 lat, na odmianę swojego losu. Troszeczkę słabsza końcówka drugiego sezonu, szczególnie sam finał, ale ogólnie bardzo świeża i ciekawa rzecz - 7/10.

Safe zaczął się dość ciekawie, ma dobrą obsadę (m.in. Michael C. Hall i Marc Warren), ale fakt, że stworzył go Harlan Coben, powinien był stanowić dla mnie dostateczne ostrzeżenie. Cóż, finałowe odpowiedzi były straszliwie głupiutkie i naciągane. 5/10

Killing Eve - tylko osiem odcinków, BBC America, powrót Sandry Oh znanej z Chirurgów do telewizji i luźna adaptacja serii opowiadań.  Rozgrywka między topową morderczynią na zlecenie a ścigającą ją agentką MI6. Przypadło mi to mocno do gustu, bo pod wieloma względami odbiega na korzyść od typowych procedurali. Wprawdzie nic więcej ponad niezobowiązującą rozrywkę, ale na upały jak znalazł. 6/10

The Americans - finałowy sezon godnie zamknął całą historię o parze sowieckich agentów zakonspirowanych w czasach zimnej wojny w USA jako właściciele biura podróży i domku na przedmieściach. Gorąco polecam całość, 8/10, a pierwsze 3 sezony nawet 9/10.

The Good Fight  - moim zdaniem drugi sezon nawet lepszy od pierwszego, bo ma ciekawszy wątek główny (seryjne zabójstwa prawników, ale także krucjata scenarzystów przeciwko aktualnej obsadzie Białego Domu i jak zawsze genialne sprawy odcinka), aktualnie chyba nic lepszego już poza kablówkami nie zostało - 8.5/10

Young Sheldon - spin off TBBT o dzieciństwie dr. Coopera, bardzo przyjemne zaskoczenie mimo negatywnego nastawienia z mojej strony. W ocenie zgadzam się ze Zwierzem popkulturalnym - 7,5/10

Patrick Melrose - już po jednym odcinku wiem, że choć jest to nieco mniej męczące i nudne niż wersja książkowa, to nawet Benedict Cumberbatch nie jest w stanie zrobić z tego materiału czegoś, co da się oglądać bez bólu. Choć gra znakomicie.
niedziela, 25 lutego 2018
Oldman i Day-Lewis, czyli Oscarowych seansów ciąg dalszy
Staram się trzymać postanowienia o krótkim opisywaniu oglądanych filmów. Dziś o Czasie mroku mogę powiedzieć, że zaskoczył mnie pozytywnie. Na geniusz Gary'ego Oldmana w roli Winstona Churchilla byłam przygotowana, choć chwilami troszkę szarżował. Ale - mimo że ewidentnie skrojony pod show jednego aktora - scenariusz przedstawia też szerszą opowieść, która wciąga i pozwala śledzić wypadki doskonale przecież znane z historii z autentycznym zainteresowaniem. Bezpardonowa walka frakcyjnych buldogów już nawet nie pod, a wprost na parlamentarnym dywanie, to tylko jeden z tych przygnębiająco wręcz ponadczasowych aspektów dodatkowych. Warto zatem poświęcić dwie godziny z małym haczykiem, nie tylko na koncert jednego znakomitego aktora.

Niestety nie jestem w stanie z czystym sumieniem powiedzieć tego samego o kolejnym ponaddwugodzinnym filmie ze znakomitym aktorem w roli głównej, czyli Nici widmo. W zasadzie powinnam się tego spodziewać, gdyż po Magnolii wiem, że filmy Paula Thomasa Andersona nie są dla mnie. Ale nie oparłam się pokusie podziwiania Daniela Day-Lewisa, którego niezaprzeczalna aktorska maestria nie jest jednak w stanie skompensować ewidentnych niedostatków scenariusza. Tym razem dostajemy może i potencjalnie ciekawą oniryczną baśń o utalentowanym krawcu opętanym pracą, cierpiącym ewidentnie na jakieś zaburzenie ze spektrum autyzmu, który z toksycznego związku z siostrą przechodzi w toksyczny - także dosłownie - związek z własną modelką. Ale jakie to jest niemiłosiernie rozwleczone, napuszone, pretensjonalne i nudne! Jaki ten Day-Lewis w swoich natręctwach wkurzający! Gdyby obciąć ze trzy kwadranse, coś by się dało z tej w sumie ciekawej historii uratować. W obecnej formie, która jest zainteresowana głównie samą sobą, widzowi zostają znużenie i irytacja. Odradzam, chyba że jesteście fanami tego reżysera.
niedziela, 04 lutego 2018
Wielkie rozczarowanie (The Florida Project)
Na ten seans skusiłam się po lekturze bardzo pochlebnych recenzji, spodziewając się czegoś niebanalnego. I w takim (bezowocnym) oczekiwaniu spędziłam prawie dwie godziny, by ostatecznie zostać zaskoczoną pojawieniem się napisów końcowych.
Film jest banalny, smutny i nużący. Być może świetnie oddaje odczucia znudzonych upalnymi wakacjami dzieciaków, mieszkających w motelu na obrzeżach Disneylandu. W przedsionku świata, do którego nigdy nie będą miały dostępu.  A także odczucia ich rodziców, którzy walczą z każdym kolejnym dniem, a głównym celem ich egzystencji jest nazbieranie na tygodniowy czynsz za skromne motelowe pokoje. Ale to za mało, żeby można było powiedzieć, że The Florida Project wnosi cokolwiek do przemiędlonej już na tysiąc sposobów opowieści o tym, że miłość do dziecka nie wystarczy, by zapewnić mu szczęśliwe życie. Widz nie ma żadnej motywacji, by kibicować matce głównej dziecięcej bohaterki. Halley nie pracuje ani pracy nie szuka, spędza całe dni w piżamie, a utrzymuje się ze sprzedaży podróbek i testerów perfum na dziedzińcach lepszych hoteli oraz zwykłego żebractwa. Ponieważ ma już na koncie konflikty z prawem, nie może zostać ponownie aresztowana. Kiedy zatem ochrona ją przegania, grożąc wezwaniem policji, kobieta decyduje zarabiać na czynsz własnym ciałem. Finał jest łatwy do przewidzenia, ale nic z niego nie wynika. To znaczy - nic poza tym, że pewnego rodzaju wybory życiowe mają określone, oczywiste konsekwencje.
Na każdym poziomie ten film mnie zawiódł. Nie polecam i nie pojmuję Oscarowej nominacji.
niedziela, 28 stycznia 2018
Gdy wielki talent nie wystarczy (I, Tonya)
Filmowy 2018 zaczęłam bardzo dobrze. Po znakomitych Trzech billboardach trafiłam na kolejny wartościowy i poruszający kawałek kina. Biografia łyżwiarki figurowej Tonyi Harding (znakomita i słusznie nominowana do Oscara Margot Robbie), która jako pierwsza Amerykanka (i druga kobieta) w historii wykonała potrójnego Axla, to bardzo smutna opowieść, zarówno w wątku sportowym, jak i prywatnym.
Tonya urodziła się z darem do łyżew, pierwsze zawody wygrała, zanim skończyła 5 lat. Ale dopóki nie pokonała wszystkich rywalek sprawnością, wykonując nieosiągalny dla innych skok, zawsze przegrywała, bo obcinano jej punkty za prezencję. Pochodziła z biednej rodziny, ojciec wcześnie zostawił matkę (absolutnie przerażającego babsztyla, który nie okazywał jedynaczce ani odrobiny uczucia - kolejna świetna kreacja, tym razem w wykonaniu Allison Janney), kiepsko zarabiającą i wiecznie rozczarowaną córką kelnerkę. Spragniona miłości Tonya wyszła za swojego pierwszego chłopaka, mimo że bił ją już przed ślubem (matka zdołała ją wcześniej przekonać, że na bicie zasługuje). Brak pieniędzy przekładał się na brak eleganckich strojów – sama je sobie szyła – a osobowość zawodniczki, prosta, butna i arogancka, w zestawieniu z jej bynajmniej nie filigranową posturą, także nie wpisywała się w oczekiwania jurorów. Tonya wszystko robiła nie tak, łącznie z wyborem podkładu muzycznego. Chciała na lodzie być sobą, a to nie było dopuszczalne. Kto chciał zwyciężać i reprezentować USA na świecie, musiał mieścić się w szablonie, który wymagał między innymi pochodzenia ze szczęśliwej amerykańskiej rodziny.
Kiedy zaś nikt już nie mógł zaprzeczyć, że Tonya naprawdę jest najlepsza, zaplątała się w swoje korzenie i straciła szansę na olimpijski tryumf. Straciła nawet więcej, wtedy pewnie uważała, że sens życia. Jak do tego doszło? Przekonajcie się sami, oglądając ten bardzo ciekawy film, zrealizowany w konwencji paradokumentu (wywiady z bohaterką i jej byłym mężem oraz jej matką, przeplatane retrospekcjami z ich życia). Na końcu można zobaczyć fragmenty prawdziwych dokumentów i tym bardziej docenić casting oraz charakteryzację. Aktorzy są bardzo podobni do odtwarzanych przez siebie postaci, a wszelkie detale idealnie oddają klimat przełomu lat 80. i 90. (te swetry, mój boże, to trzeba zobaczyć!). Ta opowieść to zaprzeczenie amerykańskiego mitu Od pucybuta do milionera i twardy dowód, że gdy gwiazda przyjdzie na świat w nieodpowiedniej rodzinie, nie  będzie miała szans, choćby była najlepsza na świecie. Gorąco polecam!
niedziela, 21 stycznia 2018
Ostatni bastion sprzeciwu wobec bezradności (Trzy billboardy za Ebbing, Missouri)
Spróbuję się wziąć na sposób i pisać choćby krótkie notki o filmach bezpośrednio po seansach. Wtedy może tak świetne obrazy jak Trzy billboardy nie przepadną w mrokach zapomnienia. Jeślibyście mieli zobaczyć w tym roku tylko jeden film, to gdyby to był ten, nie będziecie żałowali. Choć klasyfikowanie go jako komedii (nawet czarnej) uważam za gigantyczne nieporozumienie. Według mnie to  dramat wagi ciężkiej.
Tytuł może się wydawać dziwny, ale w zasadzie właśnie o billboardy w tym filmie chodzi. Mildred Hayes (w tej Oscarowej roli absolutnie niesamowita Frances McDormand), matka zgwałconej i zamordowanej dziewczyny, nie może się pogodzić z tym, że nie znaleziono sprawcy, a śledztwo utknęło w miejscu. Nie ma świadków, DNA nie należy do żadnego notowanego mężczyzny, stróże prawa, którym przewodzi chory na raka trzustki w terminalnym stadium komendant Willoughby (świetny Woody Harrelson), nie mają żadnego punktu zaczepienia. Wściekła Mildred wynajmuje zatem na rok przestrzeń reklamową opisaną w tytule i zamieszcza na niej kilka motywujących słów pod adresem komendanta. Uruchamia to lawinę rozmaitych zdarzeń. Przede wszystkim współczująca jej do tej pory społeczność miasteczka uważa, że swoim czynem przekroczyła akceptowalne granice żałobnego rozgoryczenia. W końcu komendant to porządny chłop, który zrobił, co mógł, a Mildred nie daje mu umrzeć w spokoju.
Gniew społeczności kieruje się również przeciwko właścicielowi agencji reklamowej, który billboardy udostępnił, i przybiera mocno agresywne formy. Jednak żadne z nich nie chce się cofnąć. Cierpi na tym również pozostała przy życiu rodzina Mildred - syn prześladowany w szkole, a nawet były mąż brutal, umawiający się aktualnie z głupiutką (matko, jaka ona jest głupia - taką głupotę naprawdę ciężko zagrać i zachować powagę, tym większe brawa dla Samary Weaving) dziewiętnastolatką.
Naprawdę warto zobaczyć, jak to się rozwinie, gdyż obok historii matki walczącej o sprawiedliwość są tu i inne - ciekawe i niebanalne - wątki. W innym filmie, w innym ujęciu, wyszłaby z tego natłoku ludzkich problemów łzawa melodramatyczna papka. Ale tutaj, dzięki wyważonemu scenariuszowi, sporej dozie czarnego humoru i genialnie dobranej obsadzie, wszystko komponuje się idealnie. Polecam!
piątek, 12 stycznia 2018
Kilka przymyśleń o ostatnim Jedim
By rozruszać nieco zakurzoną - jak okazało się podczas podsumowań minionego roku - sekcję filmową na blogu, podrzucam linka do garści luźnych impresji, jakie sformułowałam po seansie najnowszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Dziś tekst ukazał na wirtualnych łamach Fahrenheita. Zachęcam do polemiki i podzielenia się własnymi przemyśleniami. W moich przeważa rozczarowanie, niestety.
czwartek, 04 stycznia 2018
Seriale roku 2017
Opisywanie seriali szło mi zdecydowanie lepiej niż opisywanie filmów. Odpadłam dopiero w czwartym kwartale, a z ważniejszych premier nie widziałam chyba tylko Feud i The Deuce. Oba tytuły mam w planach.

A. NAJLEPSZE SERIALE:
 
1. Opowieść podręcznej - nie było w tym roku dyskusji ani godnego rywala dla tej genialnej ekranizacji, o której pisałam na świeżo po seansie.
 
2. The Man in the High Castle – sezon 1 i zwłaszcza sezon 2 – a to z kolei przykład, jak twórczo rozwinąć wyjściowo dość kameralny świat przedstawiony i zrobić to ciekawiej od oryginału. Szczerze? Pierwszy sezon był trochę rozlazły, ale – z uwagi na bardzo niską zbieżność serialowej fabuły z powieścią Dicka – i tak intrygował na tyle, że warto było dotrwać do momentu, w którym akcja ruszyła. Za to w drugiej serii twórcy naprawdę rozwinęli skrzydła i zaproponowali wciągającą historię. Świetna obsada, zwłaszcza jej japońska część (to historia alternatywna, o świecie, w którym państwa Osi wygrały wojnę), ale głównego esesmana też lubię (wiem, jak to brzmi, ale naprawdę to jedna z ciekawszych postaci). Bardzo polecam, wyjątkowo nie trzeba znać książki, ale dzięki jej znajomości można tym bardziej docenić geniusz scenarzystów.
 
3. Mindhunter – nie ma co oszukiwać, uwielbiam Finchera, uwielbiam grzebanie w przestępczych umysłach, ten serial po prostu musiał być na moim tegorocznym podium. Dlaczego? Pisałam tutaj. I soundtrack, geniusz w stanie czystym.

B. PREMIERY WARTE UWAGI:
 
1. Ania, nie Anna – ekranizacja, której bardzo się bałam, a która okazała się chyba najprzyjemniejszym zaskoczeniem roku.

2. The Crown sezon 1 i zwłaszcza sezon 2 – nie mogłam długo złapać chemii z tym serialem, czemu zawiniły trzy pierwsze, dosyć nudne odcinki. Ale pierwszy sezon ładnie się rozkręcił, a drugi, skoncentrowany na Elżbiecie jako członku rodziny, a nie głowie państwa, oglądało się już naprawdę znakomicie. Wielkie brawa dla księcia Filipa (Matt Smith), któremu udało się ukraść sezon tytułowej bohaterce.

3. Legion – serial SF, specyficzny, mocno autorski i zdecydowanie nie dla każdego, co od razu zaznaczam. Wymaga bardzo dużego skupienia, zwłaszcza na etapie zawiązania akcji, kiedy to niczego widzowi nie ułatwia.  Jednocześnie żaden serial, który obejrzałam w tym roku, nie zdążył tyle razy i tak skutecznie wyprowadzić mnie w pole. No i zdecydowanie to sztuczka, która może się udać tylko raz. Ale zobaczymy, co przyniesie ewentualna kontynuacja.

Nie zmieściły się w topce, ale zdecydowanie zasługują na wspomnienie: Better Call Saul – sezon 3 (nareszcie ruszył, i jak pięknie pokazał wojnę między braćmi!), Liar – sześć odcinków o tym, jak łatwo paść ofiarą sprawnego kłamcy, niestety troszkę siada w finale, ale nie można mieć wszystkiego oraz This is Us - ładnie zamknęło pierwszy sezon i mimo moich obaw w drugim nadal zachowuje swoją nieuchwytną magię.

C. KLAPY ROKU:

Top of the Lake sezon 2 – umówmy się, że ten serial nigdy nie był normalny, ale poziom odjazdu, jaki zaprezentowano w tym sezonie, jest nie do przełknięcia nawet mimo genialnej obsady. Nie róbcie sobie tej krzywdy. Dawno nie widziałam czegoś bardziej absurdalnego.

Tin Star – Tim Roth jako szeryf samotnie rzucający wyzwanie naftowemu gigantowi. Co może pójść źle? Otóż wszystko, moi drodzy. Totalnie wszystko, bo scenarzysta chyba dostał nie te narkotyki. A może miał akurat syndrom odstawienia? W każdym razie serdecznie odradzam.

The Defenders mogło z tego być coś ciekawego, ale przez idiotycznie poprowadzony wątek Iron Fista wyszło kiepsko.

Coś waszym zdaniem pominęłam?
wtorek, 02 stycznia 2018
Bilans filmowy 2017
W minionym roku obejrzałam 20  nowych filmów, w tym 2 polskie, czyli Sztukę kochania i Cichą noc. Aż 8 w kinie. Gdybym miała przyznać pierwsze miejsce, musiałyby się nim podzielić Ukryte działania i Obdarowani, ale inne podkreślone tytuły niewiele im ustępują. Najgorszym tegorocznym seansem był Pierwszy śnieg. Rozczarowania roku to Ostatni Jedi oraz nowi Piraci z Karaibów. Największym pozytywnym zaskoczeniem był Blade Runner 2049. Poniżej tradycyjna już lista tytułów z ocenami i krótkimi uzasadnieniami.

Gorączka sobotniej nocy - 7/10 – czyli atrakcja zeszłorocznego Sylwestra. W swoim czasie to musiał być rewolucyjny film, ale nadal dobrze się ogląda, a ścieżka dźwiękowa jest świetna.

Sztuka kochania – 7,5/10 – nie wszystko mi się w tym filmie podobało, sporo było niepotrzebnych przerysowań, ale uważam go za ważny i potrzebny. Genialna kreacja Magdaleny Boczarskiej.

Manchester by the sea - 7/10 – to rzadki przykład filmu, w którym wszyscy bohaterowie bez wyjątku działali mi na nerwy. Nawet kilka słów o tym napisałam.
 
Moonlight - 8/10 - także opisałam. I na tym – w marcu – skończyły się moje zeszłoroczne sukcesy w opisywaniu obejrzanych filmów, niestety. Nawet nie będę łgać, że może w tym roku będzie lepiej.

Piękna i Bestia - 7/10  - ale Luke Evans jako Gaston 11/10. To trzeba zobaczyć.
 
Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie - 8/10, jedno z większych pozytywnych zaskoczeń. Spodziewałam się po prostu komedii, a dostałam bardzo ciekawy film o pozorności relacji międzyludzkich. Polecam!

Sekrety morza - 6/10 – strasznie mi tę animację zachwalano, ale choć doceniam stronę techniczną, treść – w teorii bardzo poruszająca emocjonalnie – raczej mnie wymęczyła.

Zwierzęta nocy - 8/10 – rzadki ptak, czyli dobra ekranizacja niebanalnej powieści.

Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara - 6/10 – ten dzień zapamiętacie jako dzień, w którym Jack Sparrow stał się własną karykaturą i największym balastem filmu.

Mała Miss - 7/10 – ciepły, pozytywny, pełen humoru film o rodzinie spełniającej marzenie córki. Dziadek i jego choreo rządzą!

LEGO Batman - 6/10 – film, na który czekałam, ale który okazał się gorszy od pierwszej części.

Dunkierka - 8/10 – bardzo dobry film, kameralny i poruszający.

Obdarowani - 8/10 – zaangażował mnie emocjonalnie bardziej niż Dunkierka, a to jest coś. Genialna rola jedenastoletniej McKenny Grace.

Kingsman: Złoty Krąg  - 6/10 Głupie i gorsze od jedynki, ale i tak fajne:) Elton John +1.
 
Blade Runner 2049 – 7,5/10 – śliczny wizualnie, Gosling wreszcie w roli, do której został stworzony. I dłużył mi się zdecydowanie mniej od oryginału.

Ukryte działania - 9/10 – oparty na faktach film o czarnoskórych kobietach zatrudnionych w NASA, które umożliwiły Amerykanom lot na Księżyc. GENIALNY.

Cicha noc - 8/10 - bardzo dobry film o rodzinie z tradycją wyjazdów za chlebem do Holandii. Realizm najwyższej próby, znakomita obsada. Polecam!

Pierwszy śnieg - 3/10 – tragedia, bezeceństwo, gwałt na literackim pierwowzorze. Jak z dobrego kryminału zrobić film bez napięcia i bez sensu.

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi - 6/10 – momenty były, lecz niestety i żenady nie zabrakło.

Lady Bird  - 6/10 – niby faworyt wszystkich nagród, dla mnie dość nijaka historia o buntującej się nastolatce.

A jakie były wasze odkrycia i rozczarowania filmowe 2017? Nie muszą to być tegoroczne premiery.
niedziela, 29 października 2017
Kiedy rodzi się zbrodniarz? (Mindhunter, sezon 1)
Wiem, że wszędzie teraz tego pełno, ale nic nie poradzę, że dziesięcioodcinkowy serial Mindhunter po prostu mnie uwiódł. Mówiąc najkrócej, to serial o początkach profilowania i analizy behawioralnej oraz ich śledczego wykorzystania, oparty o wspomnienia agenta FBI Johna Douglasa pod tym samym tytułem. Postać bezpośrednio inspirowana Douglasem to Holden Ford, młody agent, który po samobójstwie jednego ze ściganych przez siebie przestępców zostaje przesunięty do pracy szkoleniowej. Jego obsesją staje się próba zrozumienia, dlaczego mordercy decydują się na zabijanie, i to w ściśle określony sposób. Uważa, że odpowiedź na to pytanie nie tylko ułatwi wykrywanie sprawców, ale także umożliwi ich prewencyjne izolowanie od społeczeństwa. Holden swoim nowym hobby stopniowo zaraża opornego początkowo starszego kolegę, a gdy udaje im się z użyciem profilu pomóc lokalnej policji w rozwiązaniu pierwszej sprawy, obaj zapalają się do projektu. W tajemnicy przed przełożonymi jeżdżą do więzień, rozmawiać ze skazanymi za najokropniejsze zbrodnie o ich motywacjach. Do ekipy dołącza następnie badająca psychopatycznych dyrektorów korporacji psycholog Wendy Carr (również inspirowana, choć chyba luźniej, postacią dr Ann Wolbert Brugges). Razem zmagają się z oporem struktur FBI, które, delikatnie mówiąc, umiarkowanie oceniają potencjalną użyteczność ich pracy.
Obok wątków prywatnych postaci, które odgrywają uzupełniającą rolę, serial koncentruje się z jednej strony na pokazaniu bezpośrednich interakcji agentów ze skazanymi seryjnymi zabójcami (genialny Cameron Britton jako Edmund Kemper czy niewiele mu ustępujący Happy Anderson jako Jerry Brudos - ogólnie casting w serialu jest bezbłędny), a z drugiej na praktycznym zastosowaniu pozyskanej w ten sposób wiedzy przy próbach schwytania aktywnych przestępców, na prośbę lokalnych jednostek policji.
Może nie brzmi to fascynująco dla osób wolnych od mojego skrzywienia naukowego i zawodowego, ale uwierzcie - wciąga jak bagno. A wisienką na torcie jest soundtrack - mogłabym go słuchać na okrągło.
Jeśli jeszcze nie widzieliście, to bardzo wam zazdroszczę.
sobota, 16 września 2017
Grunt to rodzinka, chyba że kto rodzinkę niefajną ma (Bloodline, Ozark i Atypical)

 Czyli o serialach obejrzanych ostatnio, w których rodzina jest kluczowa. Wszystkie dostępne na Netfliksie, do którego jednak łatwo się przyzwyczaić, bo jest, skubaniec, wygodny.

Bloodline to serial, do oglądania którego zabierałam się przez trzy lata, aż się zebrałam, jak się skończył (i w sumie dobrze się stało, że w wakacyjnej przerwie, bo inaczej nie wiem, czy miałabym cierpliwość do całości). Chciałam obejrzeć dla Kyle’a Chandlera, którego zapamiętałam jako charyzmatycznego trenera footballu z Friday Night Lights. A skończyło się na tym, że pierwszy sezon dokończyłam głównie dla Bena Mendelsohna, czyli jego serialowego brata Danny’ego, czarnej owcy rodu Rayburnów. Familia ta od lat prowadzi pensjonat na Florydzie i udaje jej się wszystko (łącznie z dziećmi – policjantem Johnem granym przez Chandlera, prawniczką Meg i właścicielem przystani Kevinem, najmłodszym z synów, wciąż niedorosłym mentalnie). Jedynie najstarsza latorośl, czyli Danny, się wypaczyła. Stąd nikt się nie cieszy, gdy z okazji rodzinnej uroczystości postać grana przez Mendelsohna wraca do domu i okazuje się, że chce zostać i pracować w rodzinnym biznesie. Danny wiele ma rodzicom i rodzeństwu za złe, jak się stopniowo okazuje – więcej niż zasadnie. Rodzinna sielanka Rayburnów to tylko krucha fasada, która nie wytrzymuje powrotu osoby nieustannie przypominającej samym swym widokiem wszystkie mroczne sekrety przeszłości. A Danny nie ogranicza się do milczącej obecności, o nie, jest jednostką bardzo ekspresyjną i ekspansywną, niepoddającą się sile konwenansów. To się nie może dobrze skończyć. I istotnie kończy się źle, co zapowiadają retrospekcje umieszczone w każdym odcinku (narracja jest poprowadzona dosyć ciekawie). Pierwszy sezon, choć formalnie najciekawszy, jest zarazem najbardziej rozwlekły, co może i miało służyć budowaniu napięcia, ale retardacje poszły zdecydowanie za daleko. W dwóch kolejnych odsłonach dzieje się już więcej, ale zdecydowanie bardziej bezsensownie (za dużo życzeniowego myślenia u scenarzystów), szczególnie sam finał mocno rozczarowuje. Niemniej, mimo niewykorzystania pełni potencjału pomysłu wyjściowego rzecz jest na tyle interesująca, że nie żałuję poświęconego jej czasu. Dużo dobrego aktorstwa, w tym Sissy Spacek w roli matki i żony, ostoi pensjonatu – Sally Rayburn. 7/10

Ozark to taki miks Breaking bad i Justified. Główny bohater, genialny inwestor giełdowy Marty Byrde (Jason Bateman, znakomita kreacja i chyba największy walor serialu) wraz ze wspólnikiem pierze pieniądze kartelu narkotykowego w swojej firmie w Chicago. Żona Marty’ego, Wendy (Laura Linney), niegdyś pośredniczka w handlu nieruchomościami, a teraz pełnoetatowa kura domowa, nudę i osamotnienie osładza sobie skokiem w bok. Nie wie tylko, że zdrada nie jest już jej tajemnicą. I akurat ten moment kartel wybiera sobie na test lojalności. Gdy wychodzi na jaw, że jego wspólnik okradał mafię, Marty, by ocalić życie, wraz z całą rodziną (w tym córką w wieku licealnym i kilka lat młodszym synem) przenosi się do Ozark w stanie Missouri. Ma tam zorganizować pranie pieniędzy na o wiele większą skalę niż dotychczas. Jeśli nie wypierze pięciu milionów dolarów w trzy miesiące, zginie.  A musi jeszcze użerać się z dzieciakami i rozpadem swojego małżeństwa. Mimo intrygującego otwarcia pierwsza połowa serii jest nierówna, a niektóre zwroty akcji wręcz groteskowe. Na szczęście dalej robi się o wiele ciekawiej, gdy plany biznesowe Marty’ego zakłócają lokalny ekosystem kryminalny, i w rezultacie po finale perspektywa drugiego sezonu cieszy. 7,5/10

Atypical to serial, którego głównym bohaterem jest Sam, licealista ze stosunkowo łagodną postacią autyzmu. Motor napędowy fabuły to marzenie chłopaka o tym, żeby mieć dziewczynę (do tej pory interesowały go głównie pingwiny). Osiem trzydziestoparominutowych odcinków daje nam wgląd nie tylko w romantyczne potyczki nietypowego, zgodnie z tytułem, protagonisty, ale też w to, jaki wpływ mają one na życie całej jego rodziny. Nadopiekuńcza matka (w tej roli mocno przerysowana i często groteskowa, ale i tak znakomita Jennifer Jason Leigh) zostaje nagle zepchnięta na boczny tor, Sam polega bardziej na radach ojca (Michael Rapaport, którego dotąd znałam tylko z roli Daryla Crowe’a w Justified, więc to ciekawa zmiana emploi), z którym dotąd nie łączyła go nić porozumienia. Ojciec się z tej zmiany cieszy, matka nie potrafi się w nowej dynamice odnaleźć. Jest i starsza siostra Casey, odnosząca sukcesy biegaczka, której problemy (nowy związek, szansa na stypendium sportowe w elitarnej szkole) zawsze pozostają na dalszym planie, bo najważniejszy jest Sam. Mimo licznych uproszczeń i mało realistycznych rozwiązań (dziewczyna na pierwszej randce proponuje Samowi seks, zaraz potem pojawia się następna kandydatka na partnerkę) całość jest ciekawa i w sumie dosyć zabawna, choć nie stroni od poważniejszych aspektów i chwilami miewa nachalnie edukacyjny charakter. 7/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka