niedziela, 18 czerwca 2017
Serialowisko 2017 (3)

Dziś mam dla was sporo zaległych polecanek serialowych. I jedną niepolecankę.

Anne with an E (Ania, nie Anna) - serialowa adaptacja jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa, czyli Ani z Zielonego Wzgórza. Za wcześniejszymi wersjami nie przepadałam, więc, jak łatwo się domyślić, także co do tej byłam sceptyczna. Ale jest naprawdę świetna, nawet mimo całkiem niepotrzebnie wprowadzonego wątku kryminalnego, dostarczającego końcowy cliffhanger. Zasługa w tym całej obsady (początkowo nie mogłam się przekonać do Mateusza, ale i on szybko skradł moje serce), ale jednak przede wszystkim odtwórczyni roli tytułowej, Amybeth McNulty. Ta szesnastolatka ma przed sobą wielką aktorską przyszłość, jest Anią z całą jej egzaltacją, radością życia, skłonnością do wpadania z euforii prosto w otchłań rozpaczy. W recenzjach pojawiały się zarzuty, że serial jest zbyt mroczny, a przeszłe traumy Ani nadmiernie podkreślone, ale mnie akurat ten aspekt jak najbardziej przekonuje. 8,5/10

Opowieść podręcznej - i znowu, po zachwycie książką, przeczytaną na początku roku z myślą o serialu, nie wierzyłam, że można ją sensownie przenieść na mały ekran. A dostałam coś równie imponującego jak literacki pierwowzór, jednocześnie wiernego powieści i uzupełniającego oraz uwspółcześniającego jej treść w sposób spójny z przesłaniem, a nawet wzmacniający jego wydźwięk. Fanką Elisabeth Moss, grającej Offred (polska Freda brzmi jakoś kulawo), jestem od czasów Mad men, gdzie pokazała ogrom swoich możliwości, prowadząc Peggy od zakompleksionej szarej myszki do roli królowej reklamy. Tu dzielnie wspiera ją reszta obsady, przede wszystkim Fiennes i Strahovsky w roli małżeństwa Waterfordów (Serenę odmłodzono, co okazało się dobrą decyzją, podobnie jak dodanie retrospekcji dotyczących jej związku z Fredem), a także błyszcząca w roli Janine Madeline Brewer, ale cały casting jest znakomity, osobiście podziwiam też grę Ann Dowd jako Ciotki Lydii. Ale to przede wszystkim unikatowa kreacja Moss tworzy ten serial, tak jak postać Offred decydowała o sile powieści. Jak dla mnie bezdyskusyjny hit sezonu. Tylko moim zdaniem żadna kontynuacja nie jest potrzebna. 10/10

The Crown - z historią o początkach panowania Elżbiety II męczyłam się od listopada, w zasadzie nie wiem, dlaczego, bo ostatecznie całość bardzo mi się podobała. Nie mogłam wejść w opowieść i złapać chemii z początkowymi odcinkami (konkretnie problemem były pierwsze 3). A przecież wszystko jest jak trzeba - świetne aktorstwo (jestem wielką fanką premiera Churchilla, czyli Trójkowego z Dextera, oraz księżniczki Małgorzaty), ciekawy scenariusz, sporo emocji, dobrze oddane realia epoki (znakomity odcinek smogowy). W sumie to królowa irytowała mnie chyba najbardziej, ale tak, zdaje się, być miało, bo serial skupia się właśnie na tym, jak młoda kobieta stara się udźwignąć ciężar przedwcześnie odziedziczonej korony. W każdym razie polecam. 8/10

House of Cards, sezon 5 – szczerze, to mam już serdecznie dość tego serialu. Underwoodowie zostali w tym sezonie przegięci w sposób ostateczny i o ile jeszcze do czasu rozstrzygnięcia wyborów obchodziło mnie, co tam się dzieje i co będzie dalej, to dalsza część sezonu, choć naładowana akcją, w ogóle mnie nie obeszła. Była, poza wszystkim, dość przewidywalna. A Claire jako groteskowa lady Makbet w ogóle mnie nie przekonuje. Nie umiejąc zrezygnować ze swojego okrętu flagowego, Netflix go solidnie podtopił. A mogli skończyć w zeszłym roku, zachowałabym dobre wspomnienia. Mimo wszystko 6/10.

Orange Is The New Black, sezon 5 – już rok temu były symptomy, że – podobnie jak przy początkowo genialnym Weeds – pomysł Jenji Kohan na ten serial się kończy, a ona nie chce z niego zrezygnować. Ten absolutnie beznadziejny sezon, w całości poświęcony trzydniowej okupacji więzienia przez osadzone i pełen groteskowych epizodów, stanowczo to potwierdza. Mimo tego Netflix przedłużył produkcję na kolejne 2 lata. Gorąco odradzam, 3/10.

P.S. Publikacja tego wpisu była gehenną.

środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
sobota, 04 marca 2017
Nic nie boli tak jak życie, czyli wspólny mianownik Moonlight i Manchester by the sea
W zeszły weekend obejrzałam w końcu dwa filmy, które najbardziej mnie intrygowały w Oscarowej stawce. Seanse okazały się mało weekendowe (oba w mocno minorowej tonacji), a jeden wywołał tzw. mieszane uczucia. Ale w obu przypadkach było warto.

Manchester by the sea to ten od mieszanych uczuć, a jednocześnie zdecydowanie bardziej przygnębiający. Powiedziałabym wręcz, że nie dla ludzi o słabych nerwach, czy nawet obniżonym nastroju. Niby obraz posługuje się schematami wytartymi do bólu (główny bohater, grany przez zdobywcę statuetki za najlepszą rolę męską Caseya Afflecka, po śmierci brata powraca do rodzinnego miasteczka, by zaopiekować się bratankiem), ale jednak zaskakuje na każdym kroku. Przede wszystkim poziomem autentyczności, po drugie puentą. Ale nie macie pojęcia, jak ci wszyscy szalenie realistyczni bohaterowie, z głównym na czele, działali mi na  nerwy. Nikt tam nie jest sympatyczny, nawet ten rudy nastoletni bratanek, którego przecież chcemy polubić, bo stracił ojca, jego matka zdecydowanie nie zostałaby nawet laureatką 365. miejsca w konkursie na Matkę Roku, a on, chyba jako jedyny, jest w miarę normalny. Ma jednak sporo za uszami. Wszyscy poza chłopakiem cierpią tak ostentacyjnie, że ma się ochotę po prostu na nich nawrzeszczeć, chociaż nie brzmi to dobrze. Ale naprawdę, ten film jest pod względem emocjonalnym jak chińska tortura wodna. Niekończący się festiwal cierpienia we wszystkich odcieniach czerni i heroicznych, choć podejmowanych bez większej nadziei na sukces, prób dalszego życia.
Achronologiczna narracja przez długi czas każe nam się zastanawiać, co takiego wydarzyło się w życiu Lee Chandlera, że jest emocjonalnym wrakiem, zalewającym regularnie zagadkowego robaka i prowokującym bójki w barach. Że tak mało zależy mu na życiu i najwyraźniej nieustannie próbuje się ukarać. Kiedy w końcu pada odpowiedź, jest jednocześnie prozaiczna i przerażająca. Jedno głupie niedopatrzenie obróciło w gruzy życie mnóstwa ludzi, i choć niektórzy radzą sobie z długoterminowymi konsekwencjami lepiej niż Lee, wszyscy są nieodwracalnie pokiereszowani. Najciekawsze jest chyba to, że los Lee może spotkać każdego. Być może dlatego tak trudno przejść obok tego filmu obojętnie, dlatego tak irytuje i trudno wyrzucić go z głowy. Po seansie oceniałam go gorzej niż Moonlight, ale im dłużej o nim myślę, tym wyraźniej widzę, że żadne inne zakończenie lepiej by tam nie pasowało. Ale dół jak stąd do nie widać i żadnej nadziei.

Moonlight
to niby też oparta na schemacie, ale jednak pisana mu wbrew, historia o dorastaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. W czarnej dzielnicy Miami problemem nie jest kolor skóry głównego bohatera - tu wszyscy są czarni, biedni jak myszy kościelne i chodzą do marnej publicznej szkoły, gdzie bardziej od nauki interesują ich bójki, a jedyną łatwo dostępną ścieżką kariery jest ta w handlu narkotykami, stanowiącym element codzienności. Chiron, niby taki sam jak wszyscy, jest jednak inny, i każdy oprócz niego wie o tym przed nim - zarówno uzależniona od narkotyków matka, jak i koledzy ze szkoły, którzy bezbłędnie, kierowani stadnym instynktem, wybierają go na swoją ofiarę. Nieco paradoksalnie, oparcie chłopiec znajduje w osobie, która bezpośrednio przyczyniła się do tego, że jego matka nie wywiązuje się ze swojej roli. Mentorem i opiekunem Chirona zostaje dość przypadkowo Juan, miejscowy diler (Mahershala Ali, znany dotąd głównie z seriali House of cards i Luke Cage, laureat Oscara za rolę drugoplanową, był z nim w zeszłym tygodniu ciekawy wywiad w Wysokich Obcasach). Film ma trójdzielną kompozycję, widzimy Chirona jako chłopca, nastolatka, który w końcu decyduje się odpowiedzieć swoim prześladowcom, a wreszcie dorosłego mężczyznę, który cały czas tłamsi istotną część swojej tożsamości. Tym razem, na szczęście, będzie coś w rodzaju happy endu, słodko-gorzkiego, ale dającego nieco nadziei na lepszą przyszłość dla bohatera. To taki kameralny film, że Oscar w najważniejszej kategorii był wielkim zaskoczeniem, ale według mnie jest zasłużony. Polecam.
sobota, 28 stycznia 2017
Serialowisko 2017 (1)
Zabrałam się niemal dwa tygodnie temu za Wowę. Wołodię. Władimira. Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich i jestem aktualnie w 55%. Fascynująca, ale monumentalna lektura, niemal 800 stron drobną czcionką. Pomyślałam sobie zatem, że to dobry moment, by po raz kolejny podjąć próbę bieżącego opisywania oglądanych seriali.

Sneaky Pete - już same nazwiska twórców: Davida Shore'a, ojca Dr House'a, i Briana Cranstona (który zresztą gra główny czarny charakter) wystarczyły, żebym dała szansę. A że gra jeszcze Margo Maritndale (Justified, The Americans), zaś w scenariuszu maczał palce Graham Yost (Justified) - nowa produkcja Amazonu po prostu nie mogła być zła. I nie jest. Niby prosta historia - oszust Marius, specjalizujący się w tak zwanych long cons (wyrafinowane przekręty z wielką stawką), wychodzi z więzienia, gdzie schronił się przed zemstą swojej ostatniej ofiary. Ponieważ nadal musi się ukrywać, podszywa się pod sąsiada z celi, którego rzewnych opowieści z dzieciństwa słuchał przez ostatnich parę lat. I jedzie do jego dziadków, którzy nie widzieli wnuka ponad dwadzieścia lat. Okazuje się, że rodzinny biznes to poręczenia majątkowe i chwytanie zbiegów, którzy po wpłaceniu kaucji nie zamierzają stawić się na procesie. A jeden z kuzynów jest policjantem. Równocześnie nasz bohater musi oddać swojej ostatniej ofierze, granej przez Cranstona, 100 tysięcy dolarów. Ma na to tydzień, inaczej jego brat będzie systematycznie pozbawiany różnych kawałków ciała. Naprawdę jednak Marius marzy głównie o zemście. Dobre. Ciekawe postacie, przyzwoity scenariusz, inteligentny humor. 7,5/10

Sherlock, sezon 4
- miałam nie oglądać, ale po przyzwoitej Abominable Bride dałam się skusić. I żałuję. Twórcy już kompletnie odlecieli, więc mimo całej sympatii dla aktorów i postaci raczej tylko się męczyłam. Były momenty (początek pierwszego i drugiego odcinka), były fajne motywy (pani Hudson!), ale poza trzecią, obiektywnie  najbardziej  wydumaną historią, kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje i jak to się skończy. W zasadzie zgadzam się z opinią Anneke o całym sezonie, z tym zastrzeżeniem, że trzeci odcinek uważam za lepszy od drugiego (w drugim groteską skandalicznie zmarnowali pięknie się zapowiadającego Złego). W trzecim przynajmniej z zainteresowaniem obserwowałam zmagania Sherlocka z samym sobą i z członkiem rodziny, no i Mycroft wyszedł na idiotę, co było uroczo odświeżające.

Endeavour
- zwykle był jasnym punktem trudnego do przetrwania początku stycznia, ale po 3 z 4 odcinków tegoroczny sezon będzie zdecydowanie najsłabszym. Widać wyraźne zmęczenie materiału, intrygi są wydumane, rozwlekłe i bez pazura. Wielka szkoda.

Taboo - taki był szum wokół tego serialu, bo Tom Hardy, bo mrok, bo od twórcy Peaky Blinders, o jerum pajtasz. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku byłam trochę zażenowana, bo straszliwa postać Hardy'ego raczej mnie bawiła swoim ostentacyjnym stylem emo, a już pies żywiący się zwłokami naprawdę nie był potrzebny. Ale dam jeszcze szansę, bo akcja w sumie nawet nie zdążyła się zacząć, a fama głosi, że coś się z tego wykluwa. Ktoś widział dalszy ciąg i może potwierdzić lub zaprzeczyć?

Chance - zabrałam się, bo Hugh Laurie, ale po pierwszym odcinku jakoś mnie nie porwało. Wczoraj po dłuższej przerwie obejrzałam odcinek drugi i dalej w zasadzie nic się nie wydarzyło, oprócz konfrontacji z mężem tajemniczej pacjentki (Cooper z Private Practice umie być groźny:O) i jakichś (prawdopodobnie) zwidów głównego bohatera pod koniec. Warto to kontynuować?

The Path, sezon 2 - pierwszy sezon oglądało się całkiem przyjemnie, w czym duża zasługa aktorów (Aaron Paul, Hugh Dancy, Michelle Monaghan), choć i scenariusz, początkowo dość sztampowy - bohater traci wiarę i odchodzi od sekty - ciekawie się z czasem rozkręcił. Ale dwa pierwsze odcinki nowego sezonu prowadzą opowieść w stronę, która kompletnie mi się nie podoba, wprowadzając elementy fantastyki, sugerujące, że Drabina i Światło to nie kocopały, tylko prawda, a Eddie (bohater Paula) ma być przepowiedzianym Zbawcą Ludzkości. Obym się myliła.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego? W najbliższych planach mam dokończenie powszechnie chwalonego The Crown, którego pierwszy odcinek, widziany dawno temu, też jakoś mnie nie porwał.
czwartek, 05 stycznia 2017
Seriale roku 2016

A. NAJLEPSZE SERIALE:

 

1. The Good Wife - nie było w tym roku dyskusji ani godnego rywala dla finałowego sezonu opowieści o Alicii, która z dobrej żony stała się dobrym prawnikiem. Dlaczego, obszernie pisałam, omawiając finał serialu. Już mi go brakuje, dlatego bardzo ucieszyłam się na wieść, że w lutym startuje spin-off z Diane pod tytułem The Good Fight.

 

2. The Missing - sezon 2 - nie miał jeszcze premiery w USA i pewnie dlatego nie przewija się w rocznych zestawieniach, ale żadna inna tegoroczna premiera nie przykuwała mnie tydzień po tygodniu do ekranu tak mocno, nie zaskakiwała tak pozytywnie i nie trzymała poziomu do samego końca. Więcej tutaj.

 

3. Line of duty - spóźnione odkrycie, ale lepiej późno, niż wcale. Wspaniały serial, którego wszystkie 3 sezony (całe 17 odcinków, jak przystało na szalone standardy brytyjskie) obejrzałam za jednym zamachem, a każdy kolejny był lepszy od poprzedniego. Patrząc uczciwie na oceny wystawiane na bieżąco po seansach, powinien tu być 3 sezon Peaky Blinders, który zaskoczył mnie pozytywnie równie mocno, jak sezon drugi zaskoczył mnie negatywnie, ale o tym serialu przeczytacie wszędzie, zresztą pewnie już go znacie, więc zdecydowałam popromować coś mniej oczywistego.

B. PREMIERY WARTE UWAGI:

 

1. Trapped - mroczny islandzki kryminał z duszną atmosferą i angażującą fabułą.

2. Westworld - jakkolwiek zakończenie nieco mnie rozczarowało, to jako całość serial niewątpliwie wart był poświęconego mu czasu.

3. Młody papież - serial specyficzny, mocno autorski i zdecydowanie nie dla każdego, co od razu zaznaczam. Jednocześnie żaden serial, który obejrzałam w tym roku, nie zdążył tyle razy i tak skutecznie wyprowadzić mnie w pole. Wiadomo, niektóre wstawki metafizyczne są, łagodnie mówiąc, irytujące, zaś niektóre wątki popadają w nieznośny melodramatyzm. Zarazem jest to tak wyrafinowana gra z oczekiwaniami widza, że w zasadzie do końca nie wie on, co o tytułowym bohaterze mysleć. NIe widzę tu miejsca na drugi sezon, podobnie jak przy Westworld, ale zobaczymy.

Nie zmieściły się w topce, ale zdecydowanie zasługują na wspomnienie: American Crime (drugi sezon jeszcze lepszy od pierwszego, ludziska, dajcie se siana z O.J.-em i oglądajcie to!), The A Word, Bedrag oraz This is Us (wprawdzie nie ma jeszcze pełnego sezonu, ale dawno nie było tak bezpretensjonalnej obyczajówki).

C. KLAPY ROKU:

Luke Cage - po porządnych, a nawet więcej, produkcjach spod szyldu Marvela, tym razem koncert przynudzania. Bolało.

Undercover - nie tego oczekiwałam po kolejnym serialu Petera Moffata, choć obiektywnie nie był zły, ale w moim odczuciu, przy takim punkcie wyjścia, różne tanie zagrywki zmarnotrawiły sporą część pierwotnego potencjału.

Wikingowie w tym roku kontynuują spadek po równi pochyłej, stale przyspieszając. Wielka szkoda.

Coś waszym zdaniem pominęłam?

niedziela, 01 stycznia 2017
Bilans filmowy 2016
W minionym roku obejrzałam 23  nowe filmy, w tym 2 polskie, czyli Joannę i Ostatnią rodzinę. Poniżej lista tytułów z ocenami i krótkimi komentarzami. Gdybym miała przyznać pierwsze miejsce, musiałyby się nim podzielić Trumbo i Spotlight, ale inne podkreślone tytuły niewiele im ustępują. Najgorszymi tegorocznymi seansami były Zakładnik z Wall Street i Ave, Cezar!. Rozczarowania roku to Ave, Cezar!, Nienawistna ósemka oraz Łotr 1. Największym pozytywnym zaskoczeniem była Bridget Jones 3. Poniżej tradycyjna już lista tytułów z ocenami i krótkimi uzasadnieniami.

Joanna - 7/10 - nominowany do Oscara dokument o Chustce i jej rodzinie, po którym nie wiem, czego dokładnie się spodziewałam, ale nie do końca tego, co dostałam.

Spotlight - 8/10 - b. inteligentnie, z wyczuciem zrobiony film na b. grząski temat. Zdecydowanie polecam.

Marsjanin - 7/10 - poprawna ekranizacja, ale nominacja do Oscara to nieporozumienie.

Nienawistna ósemka - 6/10 (i z perspektywy czasu chyba zweryfikowałabym ocenę w dół) - spore rozczarowanie mimo genialnych momentów. Najsłabszy film Tarantino od lat. Soundtrack tradycyjnie miażdży, w tym wykonanie Botany Bay szczególnie mnie ujęło.

Deadpool - 7/10  taka sympatyczna głupotka, czysto rozrywkowo się sprawdza.

Ave, Cezar! - 3/10, przy czym jedno oczko za scenę z marynarzami. Lubię Cohenów, znam specyfikę ich filmów, ale ten to jedno wielkie WTF o niczym. Poczułam się oszukana.

Gdzie jest Dory? - 7/10 - niby dla dzieci, a jednak zdecydowanie także dla dorosłych, porusza problematykę bliską rodzicom niepełnosprawnych. Bardzo zabawny, a zarazem autentycznie wzruszający. Serdecznie polecam, podobnie jak poprzedzającą seans animację Pisklak.

Zwierzogród - 7/10 - o dzielnym króliczku, który chciał zostać policjantem; niegłupie, przyjemnie się ogląda, a leniwiec w Wydziale Komunikacji rządzi:)  

Zakładnik z Wall Street - 3/10 - trzymajcie się z daleka.

Złota dama - 8/10 - warto.

LEGO Przygoda - 7/10 - nie spodziewałam się, że to będzie takie fajne. Nie mogę się doczekać klockowego Batmana:)

Dama w vanie - 7/10 - Maggie Smith robi ten film.

Londyński bulwar - 7/10 - całkiem fajny noir, zaskakuje do końca.

Iluzja 2 - 6/10 - ciut słabszy od pierwszej części, ale nadal miło popatrzeć.

Trumbo - 8/10 - serdecznie polecam waszej uwadze, a dlaczego, już pisałam.

Boska Florence - 7/10 - genialny Hugh Grant!

Bridget Jones 3
- 8/10 - bardzo udany powrót, a Derek Shepard zdecydowanie się odnalazł:))

Ostatnia rodzina - 8/10 - znakomite wykorzystanie potencjału niezwykłej biografii Beksińskich, koncert aktorstwa.

Nowy początek - 7,5/10 - bo choć to prawdziwa maestria w ekranizowaniu tekstu literackie, to nie wszystkie zmiany były potrzebne, ciut za dużo łopatologii w tłumaczeniu przesłania.

Łotr 1 - 6/10 - ocenę uzasadniłam całkiem niedawno.

W okresie świątecznym obejrzałam dwa filmy, które wymuszają na widzu myślenie i samodzielną interpretację - animację Anomalisa o tragizmie wyobcowania i sf Lobster o tym, że przesada w żadną stronę nie jest dobra. Oba oceniam jako interesujące, choć ten drugi daje więcej pola do interpretacyjnego popisu. W obu przypadkach ocena to 7/10.

A jakie były wasze odkrycia i rozczarowania filmowe 2016? Nie muszą to być tegoroczne premiery. Ja np. muszę jeszcze nadrobić m.in. Mustanga, z którym cały czas się mijam.
czwartek, 22 grudnia 2016
Nie taki łotr uroczy, jak go malują
Zachęcona pozytywnymi recenzjami (i jeszcze pamiętając niesamowitą zeszłoroczną radochę, jaką był seans Przebudzenia Mocy), wybrałam się na Rouge One: A Star Wars Story. I nie podzielam dość powszechnej pozytywnej oceny. BĘDĄ SPOILERY. Owszem, było tu sporo świeżych i wartościowych elementów, zmierzających w dobrą, acz nietypową dla serii stronę - odbrązowienia Rebelii na przykład. Załatania jednej z najważniejszych logicznych dziur w Nowej Nadziei (czyli jakim cudem Luke strzelił akurat tak fartownie, że Gwiazda Śmierci się rozpadła). Były też ciekawe postaci, choć niestety nie główna bohaterka, której życiorys to taka sztampa, że aż zęby bolą. Jedyne, co trzeba Jyn Erso przyznać, to że konflikt Rebelia-Imperium miała tam, gdzie słońce nie dochodzi, co rzeczywiście było bardzo odświeżające. Niestety, pod koniec nawet to jej przeszło. Wyjątkowo mało fartownie trafił też Mads Mikkelsen, bo Galen Erso jest mimo swego - w teorii ciekawego - tragizmu postacią tak topornie napisaną, jakby jego partie stworzył George Lucas we własnej osobie. W sumie nie ma tam zbyt wielkiego pola manewru, bo mógł się albo zabić z honorem (wtedy za dużo by nie pograł), albo zostać i sabotować Gwiazdę Śmierci (na co się zdecydował). Ale, na litość Mocy i jej midichlorianów, czy nie mógł gadać jakoś sensowniej i mniej patetycznie? I mniej razy powtórzyć Gwiazdeczka? Najwyraźniej nie. Z całego tego bajzlu (bo w fabule mimo jej prostoty panuje nieustanny chaos, który dość szybko przestaje być zajmujący, a staje się nużący) najbardziej podobał mi się Cassian Andor, Rebeliant od brudnej roboty, i jego kompan, przeprogramowany robot imperialny K-2SO (Alan Tudyk z Firefly). Cassian nie urodził się w cieniu Przeznaczenia, ale poświęcił życie walce o wolność i robił różne nieciekawe rzeczy, z którymi nie zawsze czuł się najlepiej. Ale tego wymagał cel. Normalny aż miło. Takich nam pod sztandarami Mocy brakowało. A K-2SO jest fajnie cyniczny, ale lojalny, ładnie to wyszło. Dobrym pomysłem było też wprowadzenie Sawa Gerrery (Forrest Whitaker), którego wątek ładnie pokazuje, że w łonie Rebelii nie było zgody co do metod prowadzenia walki, przeważała linia zachowawcza i złudzenia co do tego, że uda się uniknąć konfrontacji, zaś realistów nazywano ekstremistami. Brzmi dziwnie znajomo. Po stronie plusów mogę jeszcze zapisać epizod Lorda Vadera (ale tylko rozmowę z dyrektorem Krennikiem, w końcówce wypadł b. groteskowo). I oczywiście zakończenie, zaskakująco realistyczne. Takiej rzeźni wśród pozytywnych bohaterów w tym uniwersum jeszcze nie było. Ale ogólnie, niestety, słabiutko. Ginie to wszystko w pretekstowej fabule, głupocie Imperialnych i naciąganych rozwiązaniach fabularnych, które wychodzą poza moją tolerancję dla konwencji. Mogło być o wiele lepiej. Dlatego u mnie dominującym uczuciem po seansie jest tym razem rozczarowanie. Maksymalnie 6/10.
sobota, 10 grudnia 2016
Wrażenia po pierwszym sezonie Westworld
Jak ktoś nie słyszał o Westworld, to albo temat go kompletnie nie interesuje, albo może wrócić do wpisu po obejrzeniu całego sezonu, gdyż oczywiście będą SPOILERY. Seans nie będzie stratą czasu, jako że występują m.in. Anthony Hopkins i Ed Harris, a za scenariusz odpowiada m.in. Johnathan Nolan, któremu mimo koszmarnego skaszanienia Interstellar nadal należy się wielki szacunek za wcześniejsze dokonania i w zasadzie można na nim polegać. Zwłaszcza jeśli bazą całości jest pomysł Michaela Crichtona, wykorzystany w filmie z 1973 roku.
Moja przygoda z Westworldem miała trzy główne etapy. Najpierw było olśnienie pilotem, który przedstawiał intrygujący świat futurystycznego parku rozrywki, zaludnionego przez androidy na oko nieodróżnialne od ludzi, i składał wielkie obietnice co do fabuły. Bowiem w funkcjonującej przez dziesiątki lat (trzy z okładem) bez zarzutu maszynce do zarabiania pieniędzy, jaką była realistyczna symulacja Dzikiego Zachodu dla znudzonych codziennością przedstawicieli wyższych sfer, ktoś zaczął grzebać. Gospodarze (czyli androidy) zaczęli się wyłamywać z ram narzuconych przez narrację, zyskali zdolność zachowywania wspomnień i zaczęli przejawiać inicjatywę. Szykowała się intrygująca fabuła, w której zagadek przybywało z każdym kolejnym odcinkiem.
Jednocześnie od trzeciego do szóstego epizodu zachwyt mój opadał, zaczynała za to narastać irytacja, bo odcinki bywały mocno przegadane, zdarzały się rzeczy pozbawione racjonalnego uzasadnienia (nadal uważam za niewyjaśnione, dlaczego technicy pomagali Maeve). a informacje posuwające akcję do przodu dozowane były bardzo skąpo. Zaczynałam się obawiać, że skończy się jak z The Leftovers, najnudniejszym serialem w historii HBO, z którego zrezygnowałam po przedostatnim odcinku pierwszego sezonu, co mówi samo za siebie.
Szczęśliwie odcinki od siódmego do dziesiątego były dynamiczne, naładowane wyjaśnieniami i twistami jak prosięta pieczone kaszą i jako że nie śledziłam na bieżąco internetowych teorii, za to miałam własne, przeżyłam kilka chwil satysfakcji (tajemnica labiryntu) i kilka zaskoczeń, z których tożsamość Człowieka w Czerni była tym najmniej przyjemnym (choć doceniam zręcznie przeprowadzoną sztuczkę narracyjną). Natomiast bardzo rozczarowała mnie przemiana doktora Forda, którą uznałam za kompletnie niewiarygodną, a - było nie było - miała kluczowe znaczenie dla całej fabuły, prowadzącej ku wypadkom finałowym. Ostatecznie ujawniona motywacja tego bohatera była całkowicie niespójna z jego charakterem i czynami popełnianymi od początku serialu. Znowu zapachniało tanim sentymentalizmem, który Nolan - scenarzysta Memento wykpiłby ze wzgardą u Nolana - scenarzysty Interstellar.
Przede wszystkim zaś uważam, że Westworld jest już zamkniętą historią i jakikolwiek kolejny sezon nie ma racji bytu, podobnie jak powinno być w przypadku Homeland, który - gdyby skończył się po pierwszej serii - byłby serialem genialnym, a tak...
Czy się mylę, przekonamy się w 2018. Gdyż drugi sezon Westworld dostał już zielone światło. Ale niezależnie od dalszych losów produkcji pierwszy sezon warto zobaczyć. Czegoś tak świeżego i ciekawego telewizja dawno nie zaproponowała.
P.S. Wspominałam o Hopknisie i Harrisie, prawda?:))
niedziela, 04 grudnia 2016
The Missing - sezon 2 (2016)
2016 zbliża się do końca, a w ostatni czwartek wyemitowano finałowy odcinek serialu, który z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością (bo chyba już nie rzucą 4 sezonu Mostu nad Sundem) będzie moim serialem roku.
Jedyną postacią łączącą obie historie (tę z pierwszego i drugiego sezonu) jest detektyw Julien Baptiste. Tym razem rzecz dotyczy badanego przez niego wiele lat wcześniej zaginięcia dziewczynki, Sophie Giroux. Inna zaginiona od 11 lat dziewczyna, Alice Webster, tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2014 pojawia się nagle w fikcyjnym miasteczku Eckhausen w pobliżu Hanoweru, gdzie znajduje się garnizon brytyjskiej armii (ojciec Alice jest żołnierzem). I wymienia, majacząc, nazwisko Sophie. Detektyw przybywa więc do Niemiec, by przyjrzeć się sprawie i w miarę możliwości ustalić, kto porwał obie dziewczynki i czy Francuzka jeszcze żyje. Wszyscy cieszą się z niespodziewanego powrotu i oswobodzenia Alice, tylko Baptiste jest podejrzliwy wobec składanych przez młodą kobietę wyjaśnień.
Drugi sezon jest dziełem tych samych scenarzystów, co pierwszy. Umieją wyśmienicie dawkować informacje, budować napięcie tak, że po zakończeniu przedostatniego odcinka ma się ochotę obgryźć sobie wszystkie paznokcie z niecierpliwości, jak to się skończy, a co najważniejsze - oferują satysfakcjonujące zakończenie i nie pozostawiają luźnych wątków. I tylko w jednej małej kwestii w finale idą na ciut schematyczną łatwiznę. Ale za całą resztę można im to wybaczyć, bo od zaoferowanej w 8 odcinkach misternie tkanej mozaiki wzajemnych zależności między osobami i wydarzeniami po prostu nie sposób się oderwać. Fabuła jest tym razem jeszcze ciekawsza i bardziej skomplikowana, tak z uwagi na wielość planów czasowych (3 główne, w tym najważniejsze osadzone w 2014 i 2016 roku, a i pobocznych nie brakuje), bohaterów, wątków, jak i miejsc akcji. Równie ważne, co znalezienie sprawcy, jest tutaj pokazanie, jak wieloletnia nieobecność ofiar i nagły - już chyba nawet niewyczekiwany - powrót jednej z nich wpłynęły na życie ich rodzin. Ważny jest też, oczywiście, sam Baptiste, którego pogoń za rozwiązaniem jest próbą ucieczki przed prywatnym strachem. To taki przypadek, że powiedzenie czegokolwiek więcej mogłoby być niewybaczalnym spoilerem. Grają między innymi takie brytyjskie gwiazdy jak Laura Fraser (Lip Service, Single Father i Linda z Breaking Bad) i Roger Allam (Endeavour, The Politician's Husband), no i David Morrissey, ale cała obsada jest dobrana bez pudła.
De-li-cje.
P.S. Jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie nadróbcie pierwszy sezon. Dwa słowa: James Nesbitt.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka