Kategorie: Wszystkie | O literaturze małej i dużej | Orlątko Temidy | Rendez-vous z X muzą | moja grafomania | rzyciowe | z metra cięte
RSS
wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
środa, 14 czerwca 2017
Wiara czyni nie tylko cuda (Anna Kańtoch, Wiara)
Początek lipca 1986 roku, Rokitnica, niewielka wieś niedaleko Żywca, w pobliżu rzeki Soły. Kiedyś była jeszcze mniejsza, ale po zalaniu pobliskiej Brzozówki w związku z budową elektrowni jądrowej nieco się rozrosła. Zyskała na przykład własny kościół, a z kościołem proboszcza, choć na tym stanowisku jest spora rotacja, a parafia ma opinię pechowej. Aktualnie sprawujący tę funkcję ksiądz Jerzy Marczewski raczej nie przełamie złej passy - w piękny letni poranek znajduje na torach zwłoki zadźganej nożem młodej kobiety, cudem ocalając ciało przed bliskim spotkaniem z pociągiem. Od tego momentu, nie do końca z własnej woli wciągnięty w śledztwo, duchowny zaczyna na własną rękę badać tajemnice swojej parafii, takie jak zagadka kwiatów pozostawianych na krzyżu w pobliżu torów, czy przyczyny krótkiej kariery jego poprzedników. Dotąd wygodniej mu było je ignorować, a jego nowe, aktywne podejście nie spotyka się, łagodnie rzecz ujmując, z entuzjastyczną reakcją miejscowych. Miejscowi woleliby, żeby odprawił mszę w intencji powstrzymania budowy elektrowni, do czego ksiądz z kolei nie jest skłonny. Jakiekolwiek pytania o przeszłość rozbijają się o zwarty mur ich milczenia.
W sprawie zagadkowego trupa przyjezdnej milicja nie ma łatwego zadania. Dziewczyna nie ma dokumentów, przyszła piechotą, nie broniła się przed ciosami, śladów biologicznych czy jakichkolwiek innych brak. Dwuosobowa obsada lokalnego posterunku - młodziutki kapral i nieco bardziej zaawansowany wiekiem starszy sierżant, ofiara własnego sukcesu sprzed dwudziestu lat, nawet ze wsparciem entuzjastycznej i solennej starszej szeregowej z Żywca nie są w stanie ruszyć z miejsca. Na ratunek przybywa kapitan Andrzej Witczak, przysłany przez górę fachowiec. W końcu morderstwo to nie byle co, zwłaszcza że atmosfera w Rokitnicy jest gorąca nie tylko z powodu pory roku, ale także z uwagi na hippisów blokujących budowę elektrowni. Mimo ustalenia tożsamości ofiary zabójca pozostaje nieuchwytny i nie zamierza robić sobie urlopu. A tajemnice i zagadki wciąż się piętrzą, zmuszając funkcjonariuszy do jeżdżenia w upale po całym kraju.

Anna Kańtoch w swojej najnowszej powieści wykorzystuje na potrzeby intrygi nieufność zamkniętej wiejskiej społeczności wobec wszelkiej maści obcych, czy to miastowych (choć pożądanych jako dochodowi turyści), czy przedstawicieli władzy, a także wobec postępu, symbolizowanego przez elektrownię. Jednocześnie perfekcyjnie odtwarza duszną atmosferę wiejskiego lata u schyłku PRL, domów wczasowych, kolonii pracowniczych, prywatnych kwater dla letników, czy nawet niedzielnej mszy. Ale Wiara to nie tylko Rokitnica, to także inne, funkcjonujące siłą inercji zamknięte ekosystemy, takie jak kościół, dom dziecka czy szpital psychiatryczny. Miejsca, gdzie wszystko toczy się zgodnie z dawno ustalonymi i niezmiennymi zasadami, a zło ma doskonałe warunki do rozrostu. System działa, a że słabsze jednostki padają jego ofiarami? Z tym trzeba się liczyć.

Tego rodzaju refleksja wyłania się z zakorzenionej w przeszłości mrocznej historii, która doprowadziła młodą kobietę na kolejowy nasyp. Historię tę Anna Kańtoch opowiada w sposób niezwykle wciągający, tym razem, inaczej niż w Łasce, dawkując tropy i zmyłki z aptekarską precyzją, dzięki czemu identyfikacja sprawcy staje się możliwa dopiero pod koniec powieści. Wiara, będąca niewątpliwie świetnym kryminałem retro, to jednak przede wszystkim opowieść o ludziach, który padli ofiarami nie mordercy, ale własnych słabości. Także o tych, którzy uwierzyli w niewłaściwe rzeczy.
sobota, 03 czerwca 2017
Trochę słabo pofastrygowany żywy trup (Wojciech Chmielarz, Zombie)
Drugi tom cyklu gliwickiego był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier, już od pierwszych zapowiedzi na Facebookowym profilu autora. Książkę kupiłam, jak tylko się ukazała, i od razu zabrałam się do lektury, porzucając napoczęte Wchodzi koń do baru. Jak wypadła druga przygoda Dawida Wolskiego?

Przede wszystkim tym razem młody detektyw pozostaje na drugim planie, a pierwsze skrzypce gra prokurator Adam Górnik, który, jak się okazuje, skrywa mroczny sekret z przeszłości. I właśnie wtedy, gdy powinien spijać zawodową śmietankę za rozwiązanie opisanej w Wampirze sprawy Alicji, przeszłość - pod postacią dawnego szkolnego prześladowcy, o którym Górnik sądził, że pozbył się go w najskuteczniejszy z możliwych sposobów - powraca, by zatruć mu tryumf i zagrozić jego najbliższym. Zdecydowany chronić swoją karierę i reputację prokurator zleca wyjaśnienie tego zagadkowego come backu Wolskiemu. Jednocześnie sam wraca myślami do końcowych miesięcy swojej nauki w podstawówce, do lata 1996 r. i wydarzeń, które doprowadziły go do desperackiego kroku, a w konsekwencji ukształtowały jego obecną osobowość. Ta wymuszona podróż do przeszłości nie pozostaje bez wpływu na pozornie idealne  życie rodzinne prokuratora.

W Zombiem jest mnóstwo świetnych elementów - wspomniane retrospekcje, w tym wątek przemocy szkolnej; współczesne śledztwo Dawida, które ukazuje dalsze losy szkolnych znajomych Wolskiego i Górnika, odbiegające od obrazka, jaki znamy z polskich komedii romantycznych, za to boleśnie realistyczne, ale nieprzerysowane. W Gliwicach toczy się prawdziwe życie - samotne matki wychowują niepełnosprawne intelektualnie dzieci, wielodzietne rodziny wyglądają uruchomienia programu 500 + niczym zbawienia, bezwzględny wnuczek terroryzuje babcię, a zamiast pracy marzeń jest mop sprzątaczki i miotła szkolnego woźnego. W zasadzie tylko Górnikowi się w życiu powiodło.W warstwie socjologiczno-obyczajowej nowa powieść Chmielarza jest znakomita.

Doskonały jest również sam pomysł na intrygę, osnutą w całości wokół zemsty i fałszywych wspomnień. Niebanalny, a zarazem całkiem prawdopodobny, gwarantujący efekt autentycznego zaskoczenia nie tylko czytelnikowi, ale również samemu protagoniście. Tym większa szkoda, że tak mocno szwankuje wykonanie, bo wiele kluczowych dla zaplanowanego rozwoju intrygi decyzji czy zachowań bohaterów jest po prostu skrajnie niewiarygodnych. Owszem, trzeba przyznać autorowi, że za każdym razem oferuje jakieś wyjaśnienie, ale ja ich po prostu nie kupiłam.

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, niech pominie kolejny akapit, gdyż roi się w nim od fabularnych spoilerów, koniecznych dla wyjaśnienia moich zarzutów do intrygi.

Cała sprawa zaczyna się od znalezienia zwłok dwunastoletniej dziewczynki w miejscu bardzo istotnym dla przeszłości Górnika. Następnie ktoś próbuje porwać syna szkolnego kolegi prokuratora - dzieciak się wyrywa i ucieka, ojciec nie zgłasza incydentu policji, bo rodzice jego zmarłej żony starają się za wszelką cenę odebrać mu opiekę nad synem. Jakiś czas potem dzieciak faktycznie zostaje porwany, a ojciec - wiedząc, że grozi mu śmierć - w dalszym ciągu nie zgłasza tego władzom i wraz z Górnikiem i Wolskim próbuje sam odnaleźć syna. Według mnie nie ma mowy, żeby w takiej sytuacji oglądał się już na cokolwiek, skoro tak mu zależało na dzieciaku. Podobnie nie wierzę, że Górnik w opisanej sytuacji przedłożyłby swoją pozycję zawodową, a nawet wolność, nad bezpieczeństwo własnych małych dzieci. Mógłby, gdyby był sukinsynem bez serca, ale kompletnie nie takiego bohatera autor nam opisuje, mimo wszystkich jego wad. Adam kocha swoje dzieci, z przerażeniem szuka Zuzi, gdy zapomina odebrać ją z baletu. Może i nie kocha żony, ale dzieci na pewno. Mimo to nie zapewnia im ochrony, by chronić siebie. Nawet nie ostrzeże żony o naturze zagrożenia. Gdy znajduje zwłoki drugiej ofiary, z tych samych powodów - we własnym interesie - zostawia je na pastwę szczurów. Żeby zrobić coś takiego, musiałby być całkowitym zwyrodnialcem. Od tej chwili wiarygodność intrygi sypie się ostatecznie i nieodwołalnie, a kulminacja następuje w zakończeniu, gdzie jako motywację sprawcy dostajemy miłość instant do obiektu skrajnie antypatycznego. Również wyjaśnienie powodów, dla których sprawca zdecydował się na działanie po tak wielu latach od zdarzenia, jest, powiedzmy to sobie bardzo eufemistycznie, wątłe.
Koniec strefy spoilerów.

Zombie
jest więc świetną współczesną powieścią obyczajową, ale kryminałem pełnym dziur i luźnych kawałków, charakterystycznych dla żywych trupów, które trzyma w kupie głównie wiara autora, że czytelnik, oczarowany efektownym twistem, wybaczy mu swobodny stosunek do realizmu i spójności intrygi. Wielu pewnie tak właśnie postąpi, ale nie ja. Przejęcie zbyt wysoko zawiesiło poprzeczkę, żeby Wojciech Chmielarz mógł liczyć u mnie na takie fory. Szkoda wielkiego, a niewykorzystanego potencjału pomysłu.
niedziela, 28 maja 2017
A jeśli amerykański sen to koszmar? (George Saunders, 10 grudnia)
Zbiór opowiadań George'a Saundersa, gwiazdkowy prezent od przyjaciółki, przeczytałam na początku miesiąca, ale potrzebowałam czasu, żeby go należycie przemyśleć,  i odpowiedniego nastroju, żeby sensownie o nim napisać. Do tej pory się nie składało, dopiero teraz podejmę próbę, z lekką obawą, czy niektóre refleksje mi nie uciekły. Ale teksty zawarte w 10 grudnia, niezależnie od ich oceny (bo wg mnie zbiór nie jest równy), mają na szczęście ważny wspólny mianownik - nie dają się łatwo zapomnieć.
Jest ich dziesięć, a każdy inny, ale generalnie mam wrażenie, że krótsze (z wyjątkiem genialnego Mojego rycerskiego fiaska) wypadają słabiej. Najbardziej podobały mi się te, gdzie autor dał sobie więcej miejsca na prezentację pomysłu i pozwolił ożyć bohaterom - bez wyjątku w jakiś sposób przegranym w wielkim życiowym wyścigu.  Choć i miniaturka Patyki, za pomocą prostego symbolu opisującą wieloletni rodzinny dramat, oddziałuje mocno na wyobraźnię. Nawet słabszy Saunders jest dobry, tyle wypada powiedzieć tytułem wstępu.
Nie ma chyba sensu pisać o wszystkich opowiadaniach, jak początkowo zamierzałam, bo tym samym zaspoilerowałabym wam zbiór, a przecież nie to jest moim celem. Ograniczę się do mojego osobistego top 3 i paru ogólnych refleksji.

Ucieczka z Pajęczej Głowy to sf bliskiego zasięgu. Historia pokazująca, w jak drastycznym kierunku mógłby ewoluować system wymiaru sprawiedliwości pod auspicjami zasady humanitaryzmu. Mózgi skazańców są tu stymulowane kroplówkami, pozwalającymi osiągnąć w zasadzie dowolny efekt - od symulacji zakochania do całkowitej obojętności po odcięciu dopływu neurochemicznego dopalacza. Można poszerzyć obiektowi słownik, zmusić go do mówienia prawdy albo posłać w otchłań rozpaczy. Cele są słuszne, ale procedura badawcza ma dosyć rygorystyczne wymogi. I dramatyczne koszty uboczne.  Jest to też jeden z tekstów najlepiej pokazujących językową maestrię Saundersa (i tłumacza Michała Kłobukowskiego), który sprawnie i płynnie posługuje się rozmaitymi stylizacjami, co pozwala mu osiągać znakomite, kontrastowe efekty.

Dziewczęta z Sempliki to z kolei dziennik (stroną formalną tekstów Sauders żongluje równie swobodnie jak warstwą językową) sfrustrowanego czterdziestolatka - dobrego męża i ojca, chcącego zapewnić żonie i dzieciom społeczne oznaki prestiżu. Starsza córka boleśnie odczuwa ubóstwo rodziny, czuje się gorsza od koleżanek. Przełomem w bezowocnych staraniach bohatera, by ją uszczęśliwić, okazuje się wygrana w zdrapkę. Nagrodę czuły ojciec inwestuje w żywą ozdobę ogrodową, czyniącą prozaiczne dotąd podwórko idealnym miejscem urodzinowej imprezy. Ale ma jeszcze drugą córkę, która z mechaniką tej ozdoby nie potrafi się pogodzić. Człowiek, który tylko chciał dobrze, porządny facet z najlepszymi intencjami, czy bezmyślny konformista, niezdolny przekazać dzieciom prawidłowej hierarchii wartości? Jak ocenić bohatera?

10 grudnia to mocny akcent końcowy, w którym autor kolejny raz posługuje się zestawieniem perspektyw dwójki skrajnie różnych bohaterów do opisania tych samych wydarzeń (podobny zabieg został wykorzystany w Zwycięskiej rundzie i w Szczeniaku).  Blady chłopiec z nieszczęsną grzywką komiksowego księcia i szczenięcym sposobem bycia zostaje współnarratorem i nieświadomym wybawcą terminalnie chorego człowieka, który zdecydował się popełnić samobójstwo, nim utraci resztki człowieczeństwa. A wszystko przez przypadek. I teraz czytelnikowi pozostaje ocenić, czy to faktycznie szczęśliwe zakończenie.

Bo tych w świecie Saudersa mamy zdecydowany deficyt. Mimo posługiwania się od czasu do czasu rekwizytorium sf autor pozostaje realistą aż do bólu. Jego Ameryka to Polska C. W takiej Ameryce wyborcze zwycięstwo Trumpa to nie tylko oczywistość. To dziejowa konieczność.  Przekład budził pewne kontrowersje (pod linkiem bardzo ciekawy artykuł na ten temat, polecam, ale dopiero po przeczytaniu zbioru), ale według mnie fragmenty przełożone genialnie przeważają nad drobnymi i w zasadzie pomijalnymi niezręcznościami.

Gorąco polecam. Zdecydowanie warto.
piątek, 19 maja 2017
Sidequel Czasomierzy, ale bez wewnętrznego pęknięcia (Slade house, David Mitchell)
O ile Czasomierze byłyby genialną powieścią, gdyby nie ostatnia część, o tyle Slade house, opowiadający o dwójce renegatów Drogi Cienia i ich kilkorgu ofiarach (tak, główny nurt to Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn - znani i nielubiani, przynajmniej przeze mnie), to ze strony Mitchella pójście na łatwiznę. Kilkukrotne odegranie tego samego refrenu w konwencji grozy z nutką horroru, z podmienianiem li i jedynie  głównych aktorów i subtelnym powiązaniem ich losów oraz nawiązaniami do innych powieści - dla autora z warsztatem Mitchella to betka. Pod względem objętościowym ten przypis do Czasomierzy to niemal nowelka, ale wychodzi jej na dobre i niewielka objętość, i jednorodna stylistyka.
Nie da się ukryć, mimo wewnętrznej powtarzalności i przewidywalnego od pierwszej strony zakończenia znakomicie się to czyta. Tym razem nie ma słownej waty. Jest za to, jak zwykle, gęsty klimat, świetny styl i sprawnie nakreślone, przekonujące postaci o różnorodnych życiorysach i pragnieniach. Oraz znakomity przekład Justyny Gardzińskiej.
Wciąż chciałabym, żeby autor Widmopisu wyszedł w końcu ze swojej tematycznej i formalnej strefy komfortu i ponownie mnie olśnił, jak mu się trzykrotnie udało.
Ale jeśli odgrzewany kotlet ma smakować tak jak Slade house, to następnym też nie pogardzę. Może wspomnienie nie zostaje na długo, ale niestrawność nie grozi.
piątek, 05 maja 2017
Niby trójkąt równoboczny w centrum, a nic tu nie jest proste (Christopher Priest, Człowiek z sąsiedztwa)
Christophera Priesta wielbię, więc jak tylko kolejna jego powieść - Człowiek z sąsiedztwa (tytuł oryginalny: Adjacent chyba nieco bardziej przystaje do treści) - ukazała się w Uczcie Wyobraźni, niezwłocznie wdarła się na szczyt mojej listy must read.
Przeczytawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Książki tego autora nigdy nie są łatwe. Zawsze zapraszają czytelnika, by patrzył uważnie. Częstokroć nie dają nie tylko prostych, ale nawet mniej oczywistych odpowiedzi na wiele postawionych w intrydze pytań, przenosząc na odbiorcę ostateczny ciężar interpretacji całości. W tym spora część ich uroku. W zasadzie nie inaczej jest tym razem. A jednak...
Zaczynamy naszą podróż z Tiborem Tarentem, fotografem freelancerem o węgiersko-amerykańskich korzeniach, obywatelem Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, pewnie gdzieś w XXII wieku, ale dokładnych danych brak. Postępujące zmiany klimatyczne zaczęły zagrażać ludzkości, powstały nowe, gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak burze strefy umiarkowanej. Tibor wraca z Anatolii, gdzie jego żona, Melanie, zginęła w ataku terrorystycznym przeprowadzonym z użyciem nowej broni, narzędzia perfekcyjnej anihilacji, wypalającego w miejscu ataku czarne trójkąty. Ciała nie znaleziono. Z czasem okazuje się, że takie ataki, na większą skalę, miały miejsce także w innych regionach świata.
Początkowo wydaje się, że to właśnie Tibor będzie głównym bohaterem, jednak choć rzeczywiście do niego będziemy wracać najczęściej, równie istotną rolę odegra kilka innych osób, z innych miejsc i - co nie mniej ważne - z innych czasów. Przeniesiemy się w czasy I WŚ, by śledzić nieudane próby wprowadzenia innowacji na froncie, podjęte przez iluzjonistę i pisarza sf, potem  w czasy II WŚ, do bazy brytyjskiego lotnictwa, by obserwować zalążki romansu między angielskim mechanikiem a polską pilotką Krystyną Roszko. W retrospekcji prześledzimy także krakowski mezalians pilotki, urodzonej w chłopskiej rodzinie pod Krakowem i zakochanej z wzajemnością w książęcym potomku. Tamtą miłość przerwał wybuch wojny.
Śledzi się tę układankę, chwilami mocno statyczną (acz buzującą napięciem), chwilami nieco ckliwą, z nieustającym zainteresowaniem, bo zagadki się piętrzą. Kluczem do całości wydaje się być wspomniana niezwykła broń, oparta na mechanice kwantowej i najwyraźniej mogąca przenosić materię między równoległymi wszechświatami. Miała być bronią, która zakończy wszystkie wojny, przeznaczoną wyłącznie do zastosowań defensywnych, zdolną zneutralizować każdy potencjalny konwencjonalny atak. Jak to jednak zwykle bywa z pięknymi ideami, przejęte przez brzydkie umysły kończą koszmarnie wynaturzone.
Po przeczytaniu sześciu z ośmiu części powieści można mieć wrażenie, że mniej więcej wie się, o co chodzi. Jasne, jest wiele niewiadomych, na przykład współistniejące na najwyraźniej równych prawach różne warianty tych samych wydarzeń (nie wejdę w szczegóły, byłby to już straszny spoiler). Ale jakoś się to trzyma kupy. A potem przychodzi część siódma, Prachous, dowodząca, że tkwiliśmy w tak zwanym mylnym błędzie. Na przedziwnej wyspie, w najwyraźniej zupełnie innym świecie, spotykamy kolejne inkarnacje wcześniej wprowadzonych bohaterów, podobne nie tylko fizycznie, ale i biograficzne, jakby do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego) były skazane na wieczne odtwarzanie tych samych szlaków, kochanie tych samych ludzi, przeżywanie tego samego życia.
Część ósma pokazuje, że granice między sąsiednimi światami są płynne, a rzeczywistość różnych miejsc i czasów najwyraźniej w jakiś przedziwny sposób dąży do równowagi.
Tylko co z tego? Właśnie nic. Zupełnie nic. I po przeczytaniu autentycznie wciągającej opowieści taka odpowiedź stanowi wielkie rozczarowanie. Tym razem Priest obiecuje znacznie więcej, niż finalnie daje. Nie znaczy to, że nie warto, w żadnym wypadku, ale brak satysfakcjonującej puenty sprawia, że miejsce wcześniejszego zaangażowania w opowieść zajmuje poczucie bycia wystrychniętym na dudka. Trochę szkoda.
sobota, 29 kwietnia 2017
Rudolf Gąbczak powraca
Po jedenastu latach od premiery Tango ortodonto Joanna Fabicka postanowiła wrócić do swojego bohatera, imiennika Valentino. Powieść Rudolf Gąbczak i stan wyjątkowy była dla mnie całkowitą niespodzianką, ale też przyznam uczciwie, że sięgałam po nią z pewną obawą. Uwielbiam cztery poprzednie tomy cyklu i nie chciałam sobie popsuć wspomnień. Niepotrzebnie się niepokoiłam. Opowieść rozpoczyna się w listopadowy piątek trzynastego, 10 lat po tym, jak rozstaliśmy się z bohaterem i jego nieortodoksyjną rodzinką oraz znajomymi.

Stałem w przyciasnym prochowcu i zastanawiałem się, jak to się mogło stać, że świat, który znałem z lat młodości, tak szybko spróchniał? Wszystko wyblakło, rozmyło się, przepadło w niszczarce czasu: Anglicy grożą wystąpieniem z Unii Europejskiej, Turcy grożą wstąpieniem, a premierem Polski został mój dawny kumpel z młodości…
I tylko upiorny charakter matki przetrwał w niezmiennie dobrej kondycji. On i moje traumy, z którymi zmagam się od lat.


Mamy tu wszystko, do czego przywykliśmy. Wspomniane traumy Rudolfa (w tym kilka nowych, jak nadwaga, łysienie i rozpad małżeństwa), sporo komentarzy odnoszących się do aktualnych wydarzeń społecznych i politycznych w kraju (czarne protesty, reforma edukacji, wycinka drzew - tylko zamiast Beaty Szydło premierem jest BB Blacha, co też generuje sporo komicznych sytuacji) i nowe wyskoki Gonzo, czyli bratanka Wiktora, który w międzyczasie został gotem o radykalnych lewicowych poglądach. Powracają także Elka, Ozi, Brukselka (jako okrutna prawie że była żona Rudolfa) i oczywiście matka Rudolfa, jedyna w swoim rodzaju terapeutka Krystyna Gąbczak. Jedynie Gawła Gąbczaka, ojca rodu, już nie zobaczymy, gdyż powieść rozpoczyna się jego pogrzebem. Dzięki czemu wdowa może zacząć szukać nowej miłości.
Rzeczą nową są rodzicielskie perypetie bohatera, którego rezolutna córeczka Bronia, lat 9, prowadzi przezabawny Dzienniczek uczuć. Ma wprawdzie poważne problemy z interpunkcją i ortografią (dlatego zlecono jej to ćwiczenie), ale głębią przemyśleń i trafnością obserwacji nie ustępuje ojcu, który swoje pamiętniki zaczął prowadzić znacznie później.
Pewnie, nie wszystko mi się w piątym tomie podobało, niektóre wątki publicystyczne (uchodźcy) były zbyt przerysowane, ale ogólnie lektura była jak powrót do domu. Połknęłam całość jednym tchem, wielokrotnie szczerze się śmiejąc, a kilkukrotnie wzruszając. Dostałam, co chciałam. Jeśli ktoś jeszcze nie zna tego znakomitego cyklu, serdecznie polecam wcześniejsze tomy. Na majówkę jak znalazł!
niedziela, 23 kwietnia 2017
O nagrodach książkowych
Dziś z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich wpis nagrodowy.

Po pierwsze, nagrodę Kryminalnej Piły dla najlepszej miejskiej powieści kryminalnej 2016 zdobyła Łaska Anny Kańtoch, według mnie jak najbardziej zasłużenie. Fotorelację z wręczenia nagrody można zobaczyć tutaj.

Z dobrych wiadomości, 14 czerwca, nakładem Wydawnictwa Czarne, ukaże się kolejna (wg mnie jeszcze bardziej udana) powieść kryminalna tej autorki, zatytułowana Wiara. Tu zapowiedź. O samej książce więcej napiszę w okolicach premiery. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Łaski, to doskonała okazja, żeby nadrobić zaległość, tym bardziej że e-booka można teraz nabyć w promocyjnej cenie (jeszcze przez 4 dni).

Po drugie, ogłoszono nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego za 2016 rok. Jak łatwo zauważyć, Puste niebo Radosława Raka oraz Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego miały ogromną przewagę nad resztą stawki. Obu powieści nie udało mi się skończyć, przy czym Piskorskiego skończyć mam szczery zamiar. Z moich nominacji przeszła tylko jedna, ale za to ta najważniejsza - Olga i osty Agnieszki Hałas, którą nieustannie polecam waszej uwadze. Bo naprawdę warto.

A co wy byście polecili przy czytelniczym święcie?
sobota, 22 kwietnia 2017
Mio, moja Mio, a może byś się jednak dłużej nie męczyła? (Samuel Bjork, Sowa)
Przyszła pora na dalszy ciąg perypetii Holgera Muncha i Mii Kruger, śledczych ze specjalnej jednostki ds. zabójstw w Oslo. Sowa była dla mnie lekturą paradoksalną, bo czytało się ją bardzo dobrze, choć właściwie powinno być wręcz przeciwnie. Powody są dwa. Uwaga, jeśli ktoś jest mocno uwrażliwiony na jakiekolwiek informacje fabularne, nie powinien czytać dalej, bo nie da się moich zarzutów do książki uzasadnić, nie zdradzając tego i owego. Dotyczy to w szczególności pierwszego punktu.

Po pierwsze, na poziomie konstrukcji intrygi to nie jest uczciwy kryminał. Bjork proponuje jeden łopatologiczny trop, sygnalizowany już od prologu i konsekwentnie wspierany różnymi ujawnianymi w toku śledztwa poszlakami. Po czym pod koniec wprowadza kiks od czapy, zupełnie się spójnością historii nie krępując. Ani tym, że policjanci, podążający za przedstawionymi poszlakami, a więc kierujący się logiką, niby to najlepsi w kraju, wychodzą w efekcie na bandę dzieci we mgle. Robi też po raz kolejny to, co nie podobało mi się już w Sezonie niewinnych - czyni celem sprawcy osobę bliską śledczemu. Jest to nie tylko chwyt tani, ale już nawet w ramach cyklu wtórny i mimo rozwiązania tego wątku w sposób wymykający się uzasadnionym oczekiwaniom - jednak niemożebnie irytujący. Tak jakby w Oslo mieszkało 20 osób na krzyż i sprawca po prostu nie mógł się nie natknąć na bliskich policjantów.

Po drugie - nic nie jest w tej powieści tak irytujące jak Mia. Przy tym, co niby genialna i wyjątkowa, obdarzona darem i zatrudniona w specjalnej jednostce bez ukończenia szkoły policyjnej śledcza na kartach Sowy wyczynia, bledną wszelkie niedostatki intrygi. Gdyż jak tylko nie musimy czytać o biednej, nieszczęśliwej i marzącej o samobójstwie i przytulnej trumnie pannie Kruger, jesteśmy autorowi szczerze wdzięczni. Skutkuje to przychylniejszą niż obiektywnie  zasłużona oceną pozostałych partii tekstu. O ile polecając Sezon niewinnych, wspominałam o tym, że kreacja Mii niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając, to tym razem wszelkie granice zostały już przekroczone. Ponowna próba samobójcza, ciągłe myśli o siostrze, stałe odjazdy po miksie tabletek i alkoholu. Nie wystarcza on już jednak do stymulowania daru, przemyślenia bohaterki nie mają w sobie nic odkrywczego i w żaden sposób nie pomagają w pracy zespołu. Jedynie niemiłosiernie męczą i wnoszą chaos.

A przy tym wszystkim - jednak bardzo dobrze całość jest rozpisana, czyta się ją mimo irytacji błyskawicznie i zainteresowaniem. Autor może i nie umie w realny suspens ani w spójność intrygi, ucieka w irytujące schematy, ale niewątpliwie ma rzadki dar opowiadacza, który sprawia, że negatywne elementy kumulują się dopiero po zakończeniu lektury. Wątpię jedynie, czy tę samą sztuczkę uda mu się wykonać trzeci raz, bez polepszania warstwy fabularnej i portretów psychologicznych postaci. Już za drugim podejściem wyszła jedynie fuksem.
niedziela, 09 kwietnia 2017
Żuławie odleciały
Wczoraj spełniłam swój elektorski obowiązek i wysłałam nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego za rok 2016. Obok Olgi i ostów Agnieszki Hałas na mojej liście znalazły się:

Smocze koncerze Andrzeja W. Sawickiego, pierwsza przeczytana przeze mnie pozycja z serii Horyzonty zdarzeń Domu Wydawniczego Rebis, i to od razu jakby stworzona specjalnie dla mnie. Epoka panowania Jana III Sobieskiego, polskie poselstwo chce wynegocjować w Stambule zwolnienie chrześcijańskich jeńców i zmniejszenie haraczu. Trzeba trafu, że akurat ten moment i miejsce wybiera sobie na inwazję na Ziemię potężna obca świadomość, zwana Wielojaźnią. Ma już na koncie mnóstwo podbitych światów, ale z husarią jeszcze się nie mierzyła:) Czy może być coś fajniejszego? Jak to na własny użytek nazwałam: Sienkiewicz spotyka Inwazję porywaczy ciał. Do tego ciekawe postaci, w których losy łatwo się zaangażować (np. polska medyczka (hakima) Dorota Falak, poturczynka, robiąca w Stambule karierę, o jakiej w Rzplitej nie mogłaby nawet pomarzyć, z uwagi na swoje urodzenie). Samo się czyta.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu - bardzo udany debiut autorki piszącej pod pseudonimem Anna Lange. Rzadki przypadek książki, w której rozpoczęcie fabuły właściwej za połową tekstu w zasadzie w niczym mi nie przeszkadzało (taką np. Siłę niższą Marty Kisiel porzuciłam z tego powodu w 1/3 bez większego żalu). Jest kilka przyczyn, przede wszystkim bardzo dobry styl, humor, świetnie i drobiazgowo oddane XIX wieczne realia i gromadka, żywych, autentycznych, sympatycznych i zróżnicowanych bohaterów. Do tego ciekawe retrospekcje, serwowane na przemian z bieżącą linią czasową i pogłębiające historię relacji między bohaterami.  Wątek kryminalny, gdy już rusza, jest mocno przewidywalny, a czarny charakter nieco za bardzo przerysowany. Ale nawet to nie zmniejsza przyjemności z lektury. Coś jak Protektorat parasola Gail Carriger, tylko bez wilkołaków i wampirów (przynajmniej na razie). Czyli może bez rewelacji, ale solidna rozrywka. Jeśli pojawią się kolejne tomy, sięgnę z przyjemnością.

Projekt Mefisto Marcina Mortki początkowo zapowiadał się na coś nieco innego, niż się ostatecznie okazało, ale także był przyjemną lekturą. Piekło to korporacja, a jej pracownicy nastawieni są na wynik. Nie inaczej jest z agentem o kryptonimie Zygmunt, który w ramach tytułowego projektu ma działać na terenie miejscowości Wypluty. Niby łatwa robota, małe miasteczko pełne potencjalnych frustratów powinno być zagłębiem przyszłych rezydentów Czeluści. A jednak od początku wszystko idzie jak po grudzie, nawet piekielne moce nie działają na tym zadupiu, jak trzeba. Stopniowo okazuje się, że niektórzy mieszkańcy nie są tak zwyczajni, jak się wydają, a miastu (i światu) grozi poważne niebezpieczeństwo. W sumie ciekawa fabuła, sporo celnych, ironicznych obserwacji społeczno-obyczajowych, zgrabny styl. Niezła rozrywka.

Piątego tytułu nie nominowałam z braku godnego kandydata.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka