Kategorie: Wszystkie | O literaturze małej i dużej | Orlątko Temidy | Rendez-vous z X muzą | moja grafomania | rzyciowe | z metra cięte
RSS
niedziela, 09 grudnia 2018
Gdy białe noce nie dają spać (Ann Cleeves, Biel nocy)
Tym razem na Szetlandach mamy lato, które pod pewnymi względami bywa równie trudne jak ponura zima. A to z powodu białych nocy, gdy słonce niemal nie znika za horyzontem, a normalny sen staje się wyzwaniem nawet dla przyzwyczajonych do tego zjawiska miejscowych. Czy to z przemęczenia tajemniczy przyjezdny postanowił ze sobą skończyć i powiesił się w szopie na sprzęt rybacki w niewielkim przysiółku Bidista?
Jimmy Perez może i chciałby w to wierzyć, jednak jego złudzenia szybko zostają rozwiane przez lekarski werdykt - ktoś pomógł obcemu przenieść się na tamten świat, a następnie upozorował samobójstwo. Znów trzeba wzywać wsparcie z Inverness, ale i tak to Perez pokieruje śledztwem. Miejscowi mu ufają, a w tak zamkniętej społeczności to kluczowe i ważniejsze od oficjalnej służbowej hierarchii. Skąd się wziął obcy? Dlaczego sabotował wernisaż miejscowej malarki, która konsekwentnie zaprzecza, by go kiedykolwiek spotkała, a tym bardziej uraziła?

Niespiesznie rozwiązując te zagadki, Ann Cleeves wplata w opis działań policji obrazy z letniej codzienności wyspiarzy, takie jak strzyża owiec. Autorka ma niezwykły talent do budowania atmosfery, obserwacji dzikiej i nieokiełznanej przyrody oraz portretowania rutyny w sposób, który dodatkowo potęguje realizm wdzierającego się w nią dramatu. Obok postaci przedstawionych już czytelnikowi na kartach Czerni kruka pojawiają się nowe – skazani na siebie i żyjący wspomnieniami przeszłości nieliczni mieszkańcy odizolowanego Bidista oraz ekscentryczny pisarz, twórca powieści fantasy, który postanowił porzucić wielki świat i zamieszkać na uboczu.

Kwartet szetlandzki raczej nie jest dla fanów szybkiej akcji, to proza mocno introspektywna, skupiona na społeczno-psychologicznych korzeniach przestępstwa, gdzie przełomu w śledztwie dostarcza zwykle pogłębiona analiza relacji międzyludzkich. Dlatego tak ważny jest sposób prezentacji bohaterów – autorka robi to bez uprzedzeń, nie sugerując czytelnikowi, kogo powinien polubić, a kogo obdarzyć antypatią. U niej wszyscy są zwykłymi ludźmi, posiadającymi zarówno wady, jak i zalety, a każdy – łącznie z policjantami – dźwiga bagaż przeszłych doświadczeń, które mimochodem determinują jego działania, wybory i postrzeganie rzeczywistości. Gwarantuje to za każdym razem zaskoczenie tożsamością sprawcy (choć gdybym bardziej uważała, tym razem mogłabym zgadnąć, o czym w przypadku Czerni kruka nie było mowy), bo niemal wszyscy są podejrzani w jednakowym stopniu. A winny nie jest dehumanizowany – przeciwnie, jego motywacja ostatecznie wydaje się w jakimś stopniu zrozumiała. Każdy z nas może zostać zabójcą, zdaje się mówić Cleeves, to tylko kwestia warunków brzegowych. Teza bardzo prawdziwa, a rzadko stawiana tak mocno i uzasadniana tak konsekwentnie w literackiej fikcji.

Według mnie to naprawdę dobry kryminał, dlatego ucieszyłam się na wieść, że premierowy trzeci tom cyklu – Czerwień kości – ukaże się już w styczniu 2019. Tak trzymać, Wydawnictwo Czwarta Strona!

P.S. Peter May powinien zapisać się do Ann Cleeves na korepetycje z tworzenia realistycznych wątków obyczajowych i ogólnie z kreowania postaci.

niedziela, 02 grudnia 2018
Daj dziecku mądrze napisany elementarz, a zmienisz nie tylko jego świat (Neal Stephenson, Epoka diamentu)
Najpierw będzie autotematyczny wtręt czytelniczy, więc – jeśli kogoś nie interesuje historia mojej fascynacji pisarstwem Neala Stephensona – może od razu przejść do kolejnego akapitu. Otóż zaczęło się w 2003 roku, w początkach mojej przygody z fantastyką, od pierwszego tomu Cyklu barokowego, czyli Żywego srebra. Ten wspaniały miks gatunków po prostu rzucił mnie na kolana i nawet podjęłam szaleńczą próbę przeczytania drugiego tomu, czyli Zamętu, w oryginale, bo MAG wydawał trylogię niespiesznie i w ośmiu kawałkach. Szybko jednak zaniechałam, bo i po polsku jest to tekst bardzo wymagający, mocno osadzony w historii i rozmaitych dziedzinach nauki. Myślałam, że to opus magnum autora, jednak Peanatema, traktat filozoficzny w kosmicznym sztafażu, przekonała mnie, że się myliłam. I że Neal jest jeszcze mądrzejszy, niż myślałam, a jednocześnie posiada niezwykły dar przystępnego przekazywania swoich przemyśleń czytelnikowi. Potem dopadłam wcześniejszy chronologicznie, choć z akcją rozgrywającą się o wiele później i licznymi nawiązaniami do Cyklu barokowego, Cryptonomicon. I pomyślałam, że Stephenson jest po prostu geniuszem. Rozumiem, że nie wszystkim opisana tam opowieść może się wydać fascynująca – nie każdy interesuje się historią drugiej wojny światowej, programowaniem czy kryptografią, a to właśnie wokół tych zagadnień skupiają się główne wątki fabuły, będącej jednak przede wszystkim hołdem dla nieograniczonego potencjału ludzkiego intelektu. Ten element łączy Cryptonomicon nie tylko z Peanatemą, ale także z Cyklem barokowym. I tak sobie trwałam w zachwycie, również powszechnie krytykowanym w środowisku fanów fantastyki sensacyjnym Reamde. Aż przyszło 7 EW, powieść świadcząca, co się może zdarzyć, gdy autor da się ponieść hermetycznej naukowej stronie zagadnienia i zapomni dać szaraczkowi czytelnikowi fabułę.

Chciałam znowu pokochać Neala i w tym celu planowałam sięgnąć po kurzący się na półce od 2005 roku Diamentowy wiek w wydaniu ISY (mam jeszcze takąż Zamieć). Nim jednak przekułam zamiary w czyn, ukazał się nowy przekład powieści, autorstwa jednego z moich ulubionych tłumaczy, czyli Wojciecha Szypuły. I tę wersję, zachęcona dodatkowo informacjami o pominiętych w poprzedniej fragmentach, wybrałam. Zaczynałam z fascynacją, gdyż Stephenson, jak zwykle, miał pomysł na świat przedstawiony. Oto rzeczywistość po nanotechnologicznym przełomie, w której ludzkość nie musi się już martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo jedzenie, najtańsze ubrania i podstawowe sprzęty każdy kompiluje sobie za darmo w publicznych kompilatorach materii. Czy dzięki temu zapanowała równość społeczna? Wręcz przeciwnie, ludzie, o ile to tylko możliwe, stali się jeszcze większymi snobami, zamykając się w elitarnych społecznościach zwanych fylami, z których każda hołduje innym wartościom. Mamy na przykład Neowiktorian, restrykcyjnie przestrzegających norm rodem z XIX wieku. Zaś postęp wykorzystano m.in. do rozwinięcia tak zaawansowanych narzędzi inwigilacyjnych, że o rewolucji, gdyby ktoś chciał – choćby z nudów – takową przeprowadzić, nie ma co marzyć. Struktura klasowa dzięki nanobotom została zacementowana na dobre.

I tu, tradycyjnie dla autora, na scenę wkracza geniusz – John Hackworth, neowiktoriański specjalista od projektowania nowych nanotechnologicznych urządzeń. Na polecenie jednego z najważniejszych lordów udziałowców swojej fyli ma stworzyć dla jego wnuczki interaktywny elementarz, który wychowa dziewczynkę inaczej, niż by sobie tego życzyli jej rodzice. Nauczy ją odważnego, nieszablonowego, a nade wszystko samodzielnego myślenia. Nagrodą za wykonanie zlecenia ma być tytuł szlachecki, jednak dla ludzi takich jak nasz bohater to jedynie dodatkowa, czysto formalna zachęta. Samo wyzwanie i natura projektu to więcej niż dostateczna zapłata. Hackworth znakomicie realizuje zlecenie, nie może się jednak oprzeć pokusie podarowania elementarza również własnej córce, Fionie. By uzyskać dostęp do niepodłączonego do publicznej sieci kompilatora, zawiera układ z wpływowym rozgrywającym chińskiego półświatka, niejakim Doktorem X. A ponieważ, jak większość geniuszy, w sprawach tzw. normalnego życia John Hackworth błądzi jak dziecko we mgle, jest dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy – wracając do domu z nielegalnym egzemplarzem elementarza – zostaje napadnięty i traci bezcenny przedmiot. Na skutek zbiegu okoliczności książka trafia do kilkuletniej Nell, pochodzącej z patologicznej rodziny. Tak rozpoczyna się zasadnicza fabuła, a treść elementarza i proces wychowania dziewczynki przez podręcznik stanowią jej bardzo istotny element.

Sam pomysł jest więc podwójnie fascynujący: na poziomie mechaniki elementarza – bo np. interaktywną książkę mieli obsługiwać opłacani aktorzy, a kończy się na tym, że z Nell pracuje tylko jedna osoba – Miranda, interaktorka, która dla tego niezwykłego zlecenia, równoważnego w zasadzie macierzyństwu, porzuca dobrze się zapowiadającą karierę – a także dlatego, że fabuła osadzona poza historiami z książki zostaje z nimi ściśle skorelowana. Do stopnia, który nawet przed czytelnikiem pozostaje ukryty aż do finałowych partii Epoki diamentu. Dostajemy więc w zasadzie dwie powieści, jedną skompilowaną z przypowieści o charakterze dydaktycznym, a drugą o tym, jak niezwykły wpływ na świat mogą wywrzeć nieszablonowo myślące jednostki. Jeśli tylko dać im odpowiednie narzędzia. Nie przekreślać ich z racji pochodzenia. Wszystko w niezwykłych ramach świata funkcjonującego dzięki nanotechnologii, tytułowej epoki diamentu.

Wyczuwacie nadchodzące zastrzeżenia? Macie rację. W pewnym momencie ta misterna konstrukcja zaczyna się bowiem Stephensonowi troszkę sypać. Mniej więcej wtedy, gdy Nell kończy szkołę i rusza na spotkanie prawdziwemu życiu. Wielka geopolityczna zmiana wywołana przez armię dziewczynek uzbrojonych w nielegalnie skompilowane elementarze, przy wsparciu podwodnej subkultury, której udało się stworzyć niezależny obieg informacji, nie przystaje mi do tej kameralnej w gruncie rzeczy opowieści o umożliwionym przez przypadek imponującym samorozwoju jednostki. Jest do niej pośpiesznie przyszyta, ale trzyma się na słowo honoru, nie jak piękny, misterny haft. Raczej jak nieporadna fastryga kilkulatki. Stephenson miał już wtedy imponujący, wielopoziomowy pomysł. Ale jeszcze brakowało mu późniejszego warsztatu, żeby go odpowiednio spójnie zrealizować. Dlatego Epoka diamentu, choć stanowi bez wątpienia satysfakcjonującą lekturę, zachęca czytelnika znającego dalszy dorobek autora głównie do przemyśleń o tym, czym mogłaby być, gdyby powstała nieco później. Wielki potencjał pomysłu wyjściowego nie został tu w pełni wykorzystany. Ale mimo wszystko warto.
niedziela, 18 listopada 2018
Samospełniająca się przepowiednia? (Anthony Horowitz, Pogrzeb na zamówienie)

Po zeszłorocznym zachwycie Morderstwami w Somerset sama zapowiedź kolejnej pozycji Horowitza wystarczyła, bym wzmogła czujność. Premiera praktycznie zbiegła się z promocją z okazji krakowskich targów, a z lekturą nie zwlekałam zbyt długo. Tym razem autor, który poprzednio oczarował mnie szkatułkową i misterną konstrukcją intrygi, zdecydował się na wyjątkowo ryzykowny zabieg – napisał powieść w pierwszej osobie, obsadzając w roli narratora samego siebie! W dodatku miał jedynie - jako zatrudniony kronikarz – opisywać śledcze poczynania byłego policjanta, a obecnie konsultanta MET, Daniela Hawthorne’a. Zyskami z tak powstałej powieści planowali podzielić się po połowie. Jak łatwo się domyślić, Horowitz nie zadowolił się funkcją biernego obserwatora i sprawozdawcy, lecz zaangażował się w śledztwo, również na własną rękę…

A zagadka była, przyznać trzeba, całkiem intrygująca. Oto Diana Cowper, dobrze sytuowana kobieta w bynajmniej nie podeszłym wieku, matka znanego i odnoszącego sukcesy za oceanem brytyjskiego aktora, udała się do zakładu pogrzebowego, by wydać szczegółowe dyspozycje co do organizacji własnego pochówku. I jeszcze tego samego dnia została zamordowana. Zbieg okoliczności? Rozliczenie za grzechy przeszłości, które, jak się okazuje, w zasadzie uszły jej płazem? Bo przecież nie wyłącznie prorocze przeczucie, prawda?

Na te pytania szukają odpowiedzi początkowo sceptyczny pisarz i od pierwszej chwili skoncentrowany przede wszystkim na rozwikłaniu zagadki były detektyw. Zaczynają od odtworzenia ostatniego dnia życia zmarłej, potem wybierają się w podróż do jej nieoczekiwanie mrocznej przeszłości oraz, oczywiście, na pogrzeb. Sprawa wydaje się aż zbyt oczywista, zupełnie jakby ktoś celowo prowadził ich po precyzyjnie rozsnuwanej nitce do całkiem niewłaściwego kłębka. Ale były detektyw Daniel Hawthorne, choć aspołeczny, skryty i antypatyczny (co nie czyni z niego, eufemistycznie rzecz ujmując, idealnego powieściowego bohatera), jest zarazem niezwykle spostrzegawczy. Dlatego pozornie idealnie do siebie przystające kawałki  układanki budzą jego nieufność.

Horowitz to wielki fan Agathy Christie i autor nowych przygód Sherlocka Holmesa. Biegle porusza się w klasycznych dla gatunku rozwiązaniach, tak dawkując wskazówki, by czytelnik cały czas pozostawał zaintrygowany i otrzymywał prawdopodobnych kandydatów na sprawcę, a jednocześnie przedwcześnie nie zainteresował się właściwą osobą. Rozwiązanie zagadki pogrzebu na zamówienie zaskoczy was jak należy. Nie jest to może aż taki majstersztyk jak Morderstwa w Somerset, ale niewątpliwie dobrze skonstruowany, współczesny, postmodernistyczny, a zatem głęboko i otwarcie zapożyczony u najlepszych spośród klasyków kryminał. Polecam!

Tłumaczył, podobnie zresztą jak Morderstwa w Somerset, Maciej Szymański, którego od czasów Nacji i Spryciarza z Londynu  Pratchetta bardzo cenię.

sobota, 10 listopada 2018
Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

sobota, 03 listopada 2018
Kiedy mięso się buntuje (Peter Watts, Poklatkowa rewolucja)

Mało która książka, jaką przeczytałam, była dla mnie tak rozwijająca poznawczo, jak Ślepowidzenie. Nie łudzę się, że je w pełni zrozumiałam, bo, powiedzmy sobie szczerze, w porównaniu z Peterem Wattsem, Kanadyjczykiem z magisterką z nauk ścisłych i doktoratem z zoologii, zdecydowana większość populacji to półgłówki. Ja na pewno tak się czuję w obliczu jego wiedzy. Ale to zarazem taki autor, który nie każe czytelnikowi wstydzić się jego własnych ograniczeń – przeciwnie, prowadzi go cierpliwie za rączkę przez meandry swoich wywodów o tym, że w zasadzie wszyscy jesteśmy przygłupimi, bezwolnymi marionetkami, skazanymi na zagładę. Dzięki temu można poczuć się, paradoksalnie, zarazem gorzej (bo wszyscy marnie zginiemy) i o wiele lepiej (bo wszyscy jesteśmy przygłupami, nie ma zatem sensu posiadanie kompleksów). Nie jest to jednak proza dla czytelnika o słabej konstrukcji psychicznej, bo skrajny pesymizm to w zasadzie jej trzon. Ale warto, bo choć Echopraksja stoi w mojej prywatnej klasyfikacji nieco niżej niż Ślepowidzenie, a poziom opowiadań ze zbioru Odtrutka na optymizm waha się od czystego geniuszu do przeciętności, każde spotkanie z prozą Wattsa to jakieś małe odkrycie. We wspomnianym zbiorze zawarte było m.in. opowiadanie zatytułowane Wyspa. Akcja tekstu rozgrywała się na statku kosmicznym napędzanym czarną dziurą, który budował bramki na swego rodzaju autostradzie tuneli czasoprzestrzennych (wormhole). Drogą tą mieliby podróżować potomkowie załogantów, którzy wyruszyli z umierającej Ziemi, by zapewnić reszcie ludzkości jakąś drogę ucieczki. Wyruszyli niewyobrażalnie dawno, ale przeżyli jedynie niewielki ułamek tego okresu, bo przez większość czasu pozostają zahibernowani. Szymp, sztuczna inteligencja sterująca statkiem i botami budującymi kolejne bramki, budzi ludzi jedynie w sytuacjach krytycznych, gdy jego algorytmy nie pozwalają na podjęcie optymalnej decyzji, bo pojawia się zbyt wielka ilość niepewnych zmiennych. Załoga żyje więc w zasadzie wiecznie, jednak tego rodzaju migawkowa egzystencja niesie ze sobą liczne obciążenia.

Poklatkowa rewolucja, wydana kilka dni temu w serii Uczta wyobraźni wydawnictwa MAG, rozgrywa się na tym samym statku, co Wyspa. Opisuje jednak o wiele wcześniejsze wydarzenia. Bunt ludzkich załogantów, którzy przeciwstawiają się sztucznej inteligencji. Uważają ją za głupszą od siebie, i w zasadzie niebezpodstawnie. Biorąc pod uwagę długość trwania misji, Szymp, którego podstawowym zadaniem miała być realizacja jej celów, wręcz musiał być przygłupi. Gdyby był zbyt inteligentny, prędzej czy później (raczej prędzej) przejawiłby własną inicjatywę i odszedł od predefiniowanych dyrektyw. Musiał być głupszy od ludzkiej załogi. Sprawny jak kalkulator, ale nie na tyle sprytny, by coś kombinować na boku. Kiedy więc mięsuchy (tak tłumacz, Wojciech M. Próchniewicz, korzystając z podpowiedzi czytelnika, któremu podziękował za pomoc, przełożył oryginalne meat i meatsacks) nabierają podejrzeń, że Szymp zwraca się przeciwko nim i postanawiają go wyeliminować, nie spodziewają się większych trudności. Poza tymi obiektywnymi: są budzeni w losowo dobieranych składach, na krótkie odcinki czasu, co kilkadziesiąt tysięcy lat. Szymp wszystko widzi i słyszy. Sam pomysł rewolucji w takich warunkach brzegowych jest równie fascynujący, co karkołomny. Kto wygra: ludzie, czy tępawa AI?

Tylko że jeżeli przeczytaliście najpierw Wyspę, wiecie już, jak się całe przedsięwzięcie skończy, więc nowy tekst nie ma dla was w zasadzie żadnego fabularnego napięcia. Ciekawie śledzi się starania załogi, podejmowane działania, wymyślne sposoby komunikacji, stopniowe przewerbowywanie kolejnych ludzi. Zwłaszcza że główną bohaterką Watts czyni Sunday, oddaną misji i początkowo mającą bardzo dobre relacje z Szympem, do tego stopnia, że inni uważają ją za pieszczocha nadzorcy. Stopniowo nastawienie bohaterki do istoty sterującej statkiem ulega jednak zmianie. Jeśli czytaliście Wyspę, to jednak też już wiecie. Poklatkowa rewolucja jest w takiej sytuacji niczym więcej niż pogłębiającą obraz świata przedstawionego i konstrukcję postaci oraz dynamikę relacji między nimi ciekawostką. Ma twist na końcu, ale nie kompensuje on gigantycznego spoilera, jaki stanowi Wyspa.

Zmierzam do tego, że teksty z cyklu o budowniczych bramek (Sunflowers) powinno się czytać według chronologii opisanych w nich wydarzeń, a nie w porządku, w jakim powstawały. Jeśli czytacie po angielsku, to polecam taką kolejność (dostępne legalnie w Internecie): Hotshot, Poklatkowa rewolucja, Giants, The Island. Olbrzymy ukazały się po polsku w Nowej Fantastyce z września 2014 r. Czytane w odpowiedniej kolejności teksty z tego uniwersum robią o wiele większe wrażenie i szczerze mówiąc, trochę mnie dziwi, że nie zostały wydane w jednym zbiorze. Ale powiem wam, że mimo spalenia głównego fabularnego wątku po zakończeniu lektury natychmiast musiałam przypomnieć sobie Wyspę, a potem, po prześledzeniu dyskusji na anglojęzycznym forum, wchłonęłam jak gąbka dwa nieznane mi wcześniej opowiadania. Może i Watts nie jest mistrzem w opisywaniu życia wewnętrznego swoich bohaterów (choć w Poklatkowej rewolucji zauważalna jest pod tym względem znacząca poprawa), ale pomysły na kreowanie światów i warstwa problemowa jego twórczości mają niesamowitą siłę rażenia. I raczej nie ma drugiego autora, który skłoniłby mnie do pieczołowitego wynotowywania w czasie lektury wyróżnionych na czerwono losowych literek z tekstu. W tym przypadku wiem, że warto, bo na końcu czeka dodatkowa niespodzianka.

Polecam, choć nie na początek przygody z twórczością tego autora. Zacząć trzeba od Ślepowidzenia.

sobota, 27 października 2018
O zwichrowanym egzemplarzu (Spektrum, Martyna Raduchowska)
Rzecz jasna, całość kończy się wyjątkowo paskudnym cliffhangerem i oczekiwanie na ciąg dalszy będzie prawdziwą torturą – pisałam, kończąc w maju 2015 r. recenzję Czarnych świateł. Łez Mai. Poprzednie powieści autorki to była sympatyczna rozrywka ze zdecydowanie wyższej niż przeciętna półki, ale ten humanistycznie zorientowany cyberpunkowy kryminał niósł zupełnie nową jakość. Niedawno porządkowałam stare papierzyska i na dnie trafiłam na kopertę z recenzenckim, przedpremierowym wydrukiem Łez Mai. Od razu przypomniała mi się lektura, przewracanie tych luźnych kartek, jakby się paliło (a miałam akurat dość wysoką gorączkę), żeby tylko dowiedzieć się, co będzie dalej. I ten okropny cliffhanger na samym końcu. Ależ byłam wściekła, co nie zdarza mi się często i jednocześnie potwierdza, że książka, która wywołuje emocje tego kalibru, ma w sobie coś wyjątkowego.

Ponad trzy lata i pięć miesięcy tej tortury później (a dręczyłam autorkę o wieści o kontynuacji regularnie), doczekawszy się w końcu e-booka w Nexto, mogłam dorwać się do Spektrum. Niestety, proza życia nie pozwoliła mi poprzedzić lektury powtórką pierwszej części, ale że dobra pamięć to mój dar i przekleństwo, byłam przekonana, że wspomnienia wystarczą, a szczegóły wyostrzą się po drodze, jak to zwykle w takich przypadkach bywa. Gdybym wiedziała, że tym razem, zamiast klasycznego dalszego ciągu, dostaniemy ponowny opis tych samych wypadków z perspektywy tytułowej bohaterki, androidki Mai, pewnie znalazłabym czas na przypomnienie sobie relacji Jareda. Wówczas, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, odebrałabym Spektrum pełniej, lepiej, inaczej. Ale co się stało, to się nie odstanie. Skonsumowałam je solo. Jeśli jednak, tak jak ja, czytaliście pierwszy tom niedługo po premierze, szczerze polecam poprzedzić Spektrum powtórką.
Nie oznacza to bynajmniej, że bez odświeżenia Łez kontynuacja się nie broni, a odbiorca jest pogubiony. Intryga kryminalna posuwa się wprawdzie naprzód zaledwie o milimetry i dopiero pod sam koniec, tak więc czeka nas kolejne kilka lat nerwówki w kwestii serii tajemniczych bestialskich zabójstw w New Horizon. Na tym froncie Spektrum okazuje się zatem rozczarowaniem, nie da się ukryć i nie zamierzam nawet próbować. Ale kryminałów, nawet tych w fantastycznym sztafażu, mamy na pęczki. A czegoś takiego jak najnowsza powieść Martyny Raduchowskiej w naszej rodzimej fantastyce nie kojarzę. Bo jeśli Quinn nie mógł sobie w pierwszym tomie dać rady ze wszczepami i badał na nowo granice swojego ulepszonego człowieczeństwa, to teraz mamy do czynienia z sytuacją w zasadzie symetryczną. Maya, stworzona, by służyć, odkrywa u siebie całkiem nieoczekiwanie zalążki człowieczeństwa, które stopniowo się rozwijają, poważnie komplikując jej życie. Do tej pory była bezmyślną częścią roju. Nagle skazana jest na psychiczną i fizyczną odrębność, musi na nowo nauczyć się funkcjonować, na każdym kroku podejmując samodzielne decyzje. A dodatkowo ukrywać swoją emancypację przed światem zewnętrznym. Obserwowanie jej zmagań jest fascynujące. Jared był przekonany, ze zdolność Mai do kłamstwa jest dowodem jej zdrady i zażywania przez partnerkę reinforsyny, substancji pozwalającej androidom odczuwać ludzkie emocje. Miał rację i równocześnie był w błędzie, bo Maya wprawdzie zdradziła, ale leku nie przyjmowała.
Fabularnie Spektrum poza wcześniej opisanymi wydarzeniami pozwala czytelnikowi obserwować Bunt, powstawanie Muru, rozbudowę złowrogiego systemu inwigilacji Riot Shield i realia egzystencji buntowników w nowo powstałym Dark Horizon. Reinforsyniści po pierwszej euforii chętnie powróciliby do status quo (przynajmniej niektórzy), ale powrotu nie ma. Czas, który Quinn spędził w regeneracyjnej komie, Maya poświęciła na próby przetrwania i znalezienia własnego miejsca w Dark Horizon, wierząc jednocześnie, że uda jej się wrócić do domu. Przy czym jako dom, nieoczekiwanie dla siebie samej, rozumie mieszkanie swojego porucznika. Co z nimi dalej będzie? Pewnie kiedyś się dowiemy, oby nie trzeba było czekać zbyt długo.
Jest więc Spektrum lustrzanym odbiciem, a w pewnym stopniu intrygującym dopełnieniem Łez Mai. Kontynuacją rozważań o istocie i granicach człowieczeństwa. Może nie tak porywającą, jak część pierwsza, ale niewątpliwie co najmniej równie interesującą i świeżą. Bardziej wymagającą wobec odbiorcy. Akcent z czystej akcji przesunięty został na introspekcję, ale kto by nie chciał zajrzeć w myśli wyzwolonego androida? Można tam zaobserwować niesamowicie złożone procesy, zdolne w ostatecznym rozrachunku stawać w szranki z kryminalną zagadką.
niedziela, 21 października 2018
Poszlaki wiodące donikąd (Czerń kruka, Ann Cleeves)
Gdy na Szetlandach ginie w niewyjaśnionych okolicznościach chadzająca własnymi drogami nastolatka Catherine, podejrzenie pada na Magnusa - żyjącego samotnie staruszka, który przed wielu laty był już zamieszany w zaginięcie o wiele młodszej dziewczynki. Wtedy ciała nie odnaleziono, ale nikt nie miał wątpliwości, że Catriona nie żyje. Spraw tych jednak, poza osobą dziwacznego i żyjącego poza nawiasem niewielkiej społeczności staruszka, nic nie łączy. Inny wiek ofiar, inny sposób działania, wieloletnia przerwa. Miejscowy policjant, Jimmy Perez, który, choć tu się uczył i zna wyspy oraz ich mieszkańców jak własną kieszeń, mimo wszystko czuje się outsiderem, nie chce ulegać pokusie najprostszego rozwiązania. Nie wierzy w winę Magnusa. Zaczyna, przy wsparciu funkcjonariuszy z Inverness, szukać prawdy.
Powieść jest paradoksalna, ujawnia bowiem dwoistą naturę wysp. Z jednej strony to najbezpieczniejsze miejsce do wychowywania dzieci. Wszyscy się tu znają, nic się nie ukryje na dłuższą metę przed oczami złaknionych jakiejkolwiek atrakcji tutejszych. Z drugiej strony, jeśli do kogoś raz przylgnie jakaś etykietka, nie sposób się od niej uwolnić. Życie na wyspach to zatem nie idylla, ale wyrafinowana gra pozorów - innym wolno pokazywać tylko to, co powinni zobaczyć, a prawdziwe oblicze trzeba zachowywać dla siebie. Młodziutka, lecz przenikliwa Catherine Ross dostrzegła to rozdwojenie. Nie zdawała sobie tylko sprawy, że próba jego obnażenia może mieć daleko idące konsekwencje.
Cleeves umieszcza zbrodnię na marginesie, nie jako główną atrakcję, zdarzenie nieoczekiwane, obce i irracjonalne, lecz jako logiczną konsekwencję pewnego ciągu zdarzeń. A ciąg ten stopniowo i z wyczuciem przed czytelnikiem odkrywa. W centrum jej zainteresowania pozostają zróżnicowane typy ludzkie oraz rozmaite prozaiczne okoliczności, które determinują osobowości i decyzje poszczególnych bohaterów. Nie są oni wyrafinowani, ale zwykli, prości, nieskomplikowani, a przez to prawdziwi i bardzo wiarygodni. Jeden z nich jest zabójcą, a autorka potrafi tak nas zmylić, by podejrzenie nie padło przed czasem na właściwą osobę.
Mamy zatem wszystkie składowe dobrego kryminału, a Jimmy Perez chyba dopiero się rozkręca. Na pewno sięgnę po dalszy ciąg.
niedziela, 14 października 2018
Koń, labrador i emocjonalne przedszkole (Robert Galbraith, Lethal White)

Być może ktoś jeszcze pamięta, że poprzednią część z cyklu o detektywie z amputowaną nogą i jego sekretarce ze skomplikowaną przeszłością, czyli Żniwa zła, oceniłam najlepiej z trzech dotychczasowych, choć jednocześnie nie polemizowałam z powszechną opinią, że miała najsłabszą intrygę kryminalną. Bo było to faktem, gdyby Strike spojrzał na sprawę z odpowiedniego dystansu, rozwiązałby ją o wiele wcześniej.

Nic jednak (może poza analogicznym spadkiem poziomu pomiędzy czwartym a piątym tomem Harry’ego Pottera, którego pierwsze cztery tomy także ukazywały się rok po roku, a na Zakon Feniksa przyszło poczekać 3 lata – i okazał się przeładowany pustosłowiem) nie przygotowało mnie na katorgę, jaką była lektura w oryginale 660 stron Lethal White. Rzuciłam się na tom w dniu premiery i z miejsca wpadłam na to, za czym, mówiąc łagodnie, nie przepadam, ale czego po finale Żniw należało się spodziewać. Czyli dalszy ciąg ślubu Robin i Matthew. W rozwlekłym prologu nowożeńcy prawie że się rozstają, a detektywi przeżywają Znaczący Moment Na Schodach. Bez jakichkolwiek dalszych konsekwencji, bo w końcu ślub kosztował masę pieniędzy i trzeba uszanować gości. Potem Robin już, już, ma się rozstać z mężem, ale akurat, jakże dogodnie, pada on w czasie podroży poślubnej ofiarą przypadkowej, acz groźnie wyglądającej infekcji. Tak mija rok – szczęśliwie poza kadrem, bo już w prologu odchodziło takie emocjonalne przedszkole, że czułam się prawie jak inżynier Mamoń na polskim filmie. Ale nie wyszłam (nie przerwałam lektury), która zajęła mi łącznie 19 dni. I żałuję poświęconego jej czasu. Mogłam w tym czasie, z trudem wygospodarowywanym, czytać zdecydowanie lepszą literaturę, nawet jeśli tylko rozrywkową. Na pewno tak bym się nie wynudziła i nie czuła się finalnie tak bardzo wystrychnięta na dudka.

Zaczyna się akcja (ha, ha, w tej książce do połowy praktycznie nic się nie dzieje, a i potem poza jednym trupem niewiele więcej) naprawdę ciekawie, gdyż do biura Cormorana wpada bez zapowiedzi bardzo pobudzony młodzieniec i zaczyna bełkotać coś bez ładu i składu o dzieciobójstwie sprzed lat, którego był świadkiem. Jest to, trzeba przyznać, intrygujące. Tajemniczy Billy, słysząc, że tymczasowa zastępczyni Robin wzywa policję, znika jednak jak kamfora i dużo wody upłynie, nim znowu go na kartach Zabójczej Bieli zobaczymy. A w tej mętnej wodzie politycznych spisków zatonie cały entuzjazm znudzonego czytelnika. Klientem agencji zostaje bowiem ostatecznie minister handlu, który jest szantażowany. A choć podejrzewa, przez kogo, nie chce wyjawić, czym. Chowa się za ogólnikami, mówiąc, że nie popełnił żadnego przestępstwa. Ale być może istnieją zdjęcia, które zdolne są zakończyć polityczną karierę ministra. A to twardy zawodnik, podniósł się z wielu wizerunkowych ciosów – skandalicznego rozwodu oraz śmiertelnego wypadku, który jego syn, Rafael, spowodował pod wpływem alkoholu i narkotyków. Teraz jednak minister się boi. Robin, by znaleźć haki na  przeciwników i potencjalnych szantażystów klienta, zatrudnia się jako Venetia Hall w jego biurze w Izbie Gmin.

W tle rozpada się relacja Robin z Matthew, a także najnowszy związek Strike’a, który oczywiście ma nową, sympatyczną, zabawną partnerkę, Lorelei, właścicielkę sklepu z odzieżą. Ta, choć początkowo zgodziła się na związek bez zobowiązań, po niemal roku się zaangażowała. A żądanie czegoś więcej działa na Cormorana jak płachta na byka. Coraz mniej go lubię, szczerze mówiąc. A Rowling/Galbraith stracił/a chyba dryg do opisywania wątków obyczajowych, bo wychodzi jej w tej sferze irytująca dziecinada i nic ponadto. Wolanie kukułki miało obnażyć mroczne sekrety świata mody, Jedwabnik zaprosił nas za kulisy pracy wydawców, a Żniwa zła pozwoliły nam prześledzić dawne śledztwa Strike’a. Tym razem Galbraith chciał wziąć pod lupę zepsucie politykującej arystokracji, ale wyszło to słabiej niż średnio, głównie z powodu źle skomponowanej, rozwlekłej intrygi i ostatecznie rozczarowujących, podobnych kapiszonom rozwiązań. Wszystko się składa, ale jest wysilone, przerysowane, nieprawdziwe, nużące i kompletnie czytelnika nie obchodzi. Powiedzieć, że nie polecam, to mało. Trzymajcie się z daleka.

sobota, 06 października 2018
Perspektywa zmienia wszystko (Fatum i furia, Lauren Groff)
I kolejna dziwna pozycja, która najpierw odleżała swoje w kolejce do przeczytania, a następnie niemal dwa miesiące czekała na recenzję. Bezpośrednio po lekturze moje wrażenia były chaotyczne i przytłaczająco banalne. Szkoda miejsca na blogu - myślałam sobie. A jednocześnie nie dawało mi spokoju przeświadczenie, że w tej powieści musi być coś więcej, coś, czego nie dostrzegam, i jeśli tylko zrobię dwa kroki w tył i dam sobie więcej czasu, jeszcze to zauważę. W końcu była taka głośna, krajowej premierze towarzyszył spory szum (choć specjalnie żadnych tekstów na jej temat nie czytałam, żeby uniknąć spoilerów i zachować nieskażoną perspektywę).
Cóż, czas minął. Jeśli dam go sobie jeszcze więcej, całkowicie zapomnę, o czym była historia Lancelota (którego imię musiałam przed chwilą sprawdzić w książce, bo w międzyczasie nabrałam przekonania, że nazywał się Leonard, co samo w sobie jest symptomatyczne) i Mathilde. A była o miłości, czy raczej - bo do tego się niestety całość sprowadza - o tym, że zakochujemy się jedynie we własnym wyobrażeniu o drugiej osobie. Gdy ich poznajemy, wydają się kochankami idealnymi - nawet odcięcie od rodzinnej fortuny nie jest w stanie zmotywować Lotta do zakończenia spontanicznie zawartego małżeństwa ze zjawiskową fizycznie i tajemniczą dziewczyną, która w mgnieniu oka zawładnęła jego sercem i umysłem. Im jednak dalej w las (pierwsza połowa opowieści przedstawiona jest z perspektywy męża, druga - żony), tym bardziej oczywiste staje się, że nawet uroczo naiwny niewydarzony aktor, a w późniejszym okresie odnoszący sukcesy dramaturg, nie jest ze swoją wybranką całkiem szczery. Ona zaś cały ich związek zbudowała na kłamstwach o fundamentalnym ciężarze gatunkowym, po czym, niespodziewanie dla samej siebie, odkryła, że kocha go naprawdę, kiedy było już za późno.
Brzmi tandetnie i kliszowato? Cóż, na pocieszenie mogę wam powiedzieć, że to właśnie ujęcie z szerokiej perspektywy czytelnika zdystansowanego. W trakcie lektury jest znacznie lepiej, bo jednak autorka opowiada sprawnie (choć nie zachwyca na poziomie stylistycznym, czyta się ją w przekładzie Mateusza Borowskiego gładko i bezproblemowo) i tak wykłada karty, by czytelnik cały czas pozostawał zainteresowany, choć druga, demaskatorska część, w której głos dostaje Mathilde, wypada zarazem gorzej przez swoją tanią niekiedy sensacyjność i lepiej pod względem dynamiki. Słowem, udaje się Groff odbiorcę zaangażować, jednak finalnie zostawia go z mętlikiem sprzecznych odczuć, zaskoczonego, że to już wszystko, co miała do zaoferowania. Gdybym ja miała pisać blurba, brzmiałby on: Ambitniejsza wersja Zaginionej dziewczyny, która nie do końca się udała.
Czytaliście? Jak wasze wrażenia?
niedziela, 30 września 2018
Zemsta przebrana za sprawiedliwość (Ciszej niż śmierć, Sarah Hilary)
Czwarte śledztwo komisarz Marnie Rome i sierżanta Noaha Jake’a rozgrywa się w mroźnym klimacie, gdyż w Londynie trwa wyjątkowo ostra zima. Śledczy badają serię napaści na pozornie przypadkowe osoby, które łączy jedno – mają na sumieniu grzechy z przeszłości. A sprawca je zna i dostosowuje do nich swój sposób działania. Wydaje się jednak, że nie zamierza zabijać, do momentu, gdy kolejna napaść wymyka się spod kontroli. Naturalnymi podejrzanymi są dawne ofiary napadniętych. Zatem Noah i Marnie wracają na blokowisko, znane czytelnikom z poprzedniego tomu, gdyż mieszka tam młodzieniec, który w dzieciństwie padł ofiarą porywaczki. Gdy okazuje się, że chłopak zniknął, a dodatkowo, eufemistycznie mówiąc, sprawiał poważne problemy wychowawcze, policjanci nabierają przekonania, że to on jest tajemniczym mścicielem. Nie jest to jednak tak prosta zagadka, a podejrzany nie jest jedynym zaginionym dzieciakiem z blokowiska. Równolegle Marnie boryka się z zagadkowym włamaniem do swojego rodzinnego domu, z którego nie zginęło nic oprócz bardzo prywatnych i dobrze ukrytych pamiątek z jej dzieciństwa. Schował je zabójca jej rodziców, ich adoptowany syn Steven Keele. Natomiast Noah stara się pomóc bratu, który usiłował odejść z gangu, co bardzo nie spodobało się jego dawnym kompanom. Oboje muszą się też dogadać z nową przełożoną, gdyż ich szef zmaga się z nawrotem choroby nowotworowej.

Słowem, akcji nie brakuje. Mimo to początkowo byłam poirytowana, bo autorka znowu postanowiła pogrzebać w straumatyzowanej psychice jakże wrażliwej, a mimo to heroicznie twardej komisarz Rome, podrzucając poszlaki wskazujące, że za tajemniczym mścicielem może stać jej odsiadujący wyrok przybrany brat Steven. A tego wątku po prostu nie znoszę. Kreacja Marnie wyjątkowo działa mi na nerwy, gdyż jest ona może nie typową Mary Sue (tj. postacią przerysowaną i zbyt idealną, aż groteskową), ale mocno się o tę kategorię ociera. Dlatego im mniej miejsca zajmują jej wątki prywatne, tym zazwyczaj lepiej dla powieści jako całości. Na szczęście, tym razem następuje w  relacjach komisarz Rome ze Stevenem dosyć radykalny przełom, mogący wskazywać, że ich rodzice wydatnie przyczynili się do tego, co ich spotkało. Daje to pewne nadzieje na przyszłość, bo dzięki temu zarówno czarny, jak i biały charakter zyskał więcej ludzkich cech i automatycznie oboje zaczęli być znacznie mniej irytujący i koturnowi, a bardziej intrygujący. Sama intryga również potoczyła się w mniej oczekiwanym kierunku, do tego stopnia, że autorce udało się mnie zaskoczyć tożsamością sprawcy. Mimo pewnych ciągot do psychologizowania i schematów Sarah Hilary naprawdę dobrze kontroluje swoje opowieści, których istotny element zawsze stanowi tło społeczne, co dla mnie zawsze jest dużym walorem. Zarówno ofiary, jak i sprawcy dawnych przestępstw pochodzą z różnych środowisk, które autorka potrafi wiarygodnie przedstawić, często za pomocą kilku zdań i drobnych detali powplatanych w narrację. Tego rodzaju wrażliwość jest rzadka i dodatnio wpływa na całościową ocenę powieści, niwelując jej ewidentne słabości i chwilowe mielizny. Inną kwestią jest, że Hilary najwyraźniej jako sposób pisania przyjęła przerabianie na intrygę określonych problemów społecznych. Tych niby nie brakuje, jako metoda pisarska zagraża to jednak pewną przewidywalnością. Tymczasem niewątpliwie nadal nieźle działa.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka