Kategorie: Wszystkie | O literaturze małej i dużej | Orlątko Temidy | Rendez-vous z X muzą | moja grafomania | rzyciowe | z metra cięte
RSS
sobota, 17 lutego 2018
anarchia sjurealizm moderna (Jarosław Kamiński, Tylko Lola)
Ten tekst musiał odczekać. Ta lektura musiała mi się ułożyć w głowie. W międzyczasie nadeszła - jak na zamówienie - dyplomatyczna awantura z polskimi obozami śmierci na cały świat, któremu władza wykrzykuje, że Polacy wyłącznie ratowali Żydów. A przecież to nie była prawda. Jaka była postawa większości, wymownie świadczy marzec '68 i brak szerokiej społecznej reakcji na wypędzanie polskich obywateli. Świadczy o tym także biografia głównej bohaterki powieści, Niny Molskiej, która dopiero przy okazji przed marcowych szykan dowiaduje się, że jest Żydówką i nazywa się Moel. Choć dla wszystkich dookoła było to oczywiste, ją rodzice przed tą wiedzą całe życie chronili. A gdyby bycie Żydem w powojennej Polsce nie stanowiło balastu, po co by tak robili? Dlaczego zmienialiby nazwisko?

Tytułowa Lola w przedziwny sposób łączy ścieżki dwóch głównych bohaterek i naprzemiennych narratorek powieści. Lidii, starszej komunistki, która niegdyś była anarchistką, surrealistką, modernistką, a potem została funkcjonariuszką partyjną w TVP, wykorzystując znajomości scementowane na hiszpańskich barykadach. Oraz Niny, córki kuzyna Loli, młodej, naiwnej i egoistycznej dziewczyny, marzącej o karierze i przekonanej, że świat powinien się położyć u jej stóp tylko dlatego, iż ma na to ochotę. Z uwagi na uczucie, które łączyło ją z Lolą w czasach młodości, Lidia pomaga Michałowi, ojcu Niny, znaleźć po śmierci żony mieszkanie i pracę w Warszawie, a w końcu samej Ninie załatwia pracę prowadzącej młodzieżowy program w telewizji. Dziewczyna fizycznie przypomina jej Lolę, a tym samym krótki okres szczęścia, jaki Lidia przeżyła, kiedy były razem. By utrzymać to wspomnienie jak najdłużej, Lidia podejmuje coraz trudniejsze z moralnego punktu widzenia decyzje, gdyż władza znajduje nagle wroga publicznego w postaci Żydów. By represje nie spadły na Ninę, muszą dotknąć kogoś innego.

Wejście w lekturę Tylko Loli nie było prostą sprawą – początkowe partie pamiętnika Lidii z pewnych uzasadnionych powodów napisane są chaotycznym, wymagającym językiem, pozbawionym interpunkcji. To męczy i irytuje, choć sytuacja – również z pewnych uzasadnionych powodów – stopniowo ulega poprawie. Przetrwajcie ten początek, nie poddawajcie się, powalczcie trochę z oporną literacką materią, bo naprawdę warto. Tym bardziej, że fragmenty wspomnień Lidii przeplatają się z wersją Niny, już o wiele przystępniejszą językowo.
W nagrodę za wytrwałość dostaniecie przejmującą opowieść o miłości, historii, skrajnym egoizmie i bezwzględności systemu. Jak również o przewrotności losu. Bez Loli, nieprzypadkowo figurującej w tytule, nic z tego by się nie wydarzyło. Powstaje pytanie, czy tak dla obu bohaterek nie byłoby lepiej? Bo tak naprawdę Tylko Lola może być też interpretowana jako studium samotności jednostki, rozpaczliwego poszukiwania swojego miejsca w życiu. Nie jest łatwo nikomu: lesbijce, Żydówce, sierocie, wdowcowi, emigrantom dobrowolnym, tym wyjeżdżającym przymusowo ani tym, którzy zostają. Ale wszyscy próbują, każdy szuka swojego punktu odniesienia, czegoś, co nada kierunek dryfowi codziennego życia. To opowieść świadcząca o tym, że nie jest łatwo go znaleźć, a i nie warto kurczowo trzymać się jednego, odnalezionego w którymś momencie nieodwracalnie już minionej przeszłości. Choć, kto wie, może lepiej miniony niż żaden? Także wielość pytań, możliwych odpowiedzi  na nie, wariantów oceny działań bohaterów stanowi moim zdaniem wielką wartość dodaną tej prozy. Kilka tygodni po zakończeniu lektury sam powrót do niej myślą sprawia, że pytania i wątpliwości buzują na nowo. A to chyba najlepsze świadectwo, że mamy do czynienia z książką niebanalną, choć niewolną od wad (język erotycznych fantazji Lidii jest tak nieporadny, że aż w jakimś stopniu uroczy – ale skąd miała brać inne słownictwo?). Przynajmniej spróbujcie, bo nie będę się tym razem upierała, że to pozycja dla każdego.
sobota, 10 lutego 2018
Hrabia w hotelu (Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie)
Powieść Amora Towlesa rozpoczyna się fragmentem wiersza, który uratował życie jej głównemu bohaterowi. Gdyby nie autorstwo prorewolucyjnego Gdzie on teraz jest? z 1913 roku, hrabia Aleksander Iljicz Rostow w roku 1922 zostałby przez Komisję Nadzwyczajną Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych bez żadnej wątpliwości skazany na śmierć za przynależność klasową. Ponieważ jednak wiersz napisał, skazano go na areszt domowy w moskiewskim Hotelu Metropol. Krok za próg – kula w łeb. Musiał oczywiście opuścić zajmowany od 1918 luksusowy apartament 317 i zadowolić się skromną klitką na poddaszu. Władza pewnie myślała, że trzydziestotrzyletni w chwili wydania wyroku Rostow nie wytrzyma w zamknięciu zbyt długo i problem sam się rozwiąże. Ale wytrzymał kolejne trzydzieści dwa lata. I o tym – w zasadzie – jest ta monumentalna powieść.
Już słyszę te jęki zawodu – co można robić w hotelu przez ponad trzydzieści lat, by czytelnik nie umarł z nudów, czytając ich opis? Z pewnością nie jest to pozycja dla zwolenników dynamicznej akcji. Podzielona na pięć części, z których każda stanowi pewien etap wewnętrznej ewolucji Rostowa, powieść – zdaniem samego autora – przypomina diament leżący na boku. U podstawy jest on najszerszy, gdyż w początkowym okresie aresztu bohater eksploruje Metropol i odkrywa, że w tych czterech ścianach kryje się cały wielki świat, ukryty przed oczyma przelotnych bywalców. Po zbadaniu infrastruktury hrabia nawiązuje bliższe stosunki, które z czasem nabierają charakteru głębokiej przyjaźni, z pracownikami obsługi. Wykorzystując wrodzone predyspozycje do rozsadzania gości przy stole, zostaje kierownikiem sali w prestiżowej restauracji Bojarska. Nowa władza, z którą kolejne państwa stopniowo nawiązują stosunki dyplomatyczne, widząc, że nigdzie się ona nie wybiera, także postanawia wykorzystać obycie towarzyskie i znajomość języków obcych Rostowa, który musi szkolić jej wysokiego funkcjonariusza. To jedna warstwa. Najbardziej powierzchowna.
Ale są i inne. Pod względem psychologicznym Rostow musi zaakceptować nową sytuację, a następnie się do niej dostosować, co nie przychodzi mu łatwo, choć dla postronnych przywdziewa maskę stoika, tytułowego dżentelmena, niezachwianego wobec przeciwności losu. Nie potrafi uciec przed wspominaniem przeszłości, którą zresztą systematycznie przypominają mu wizyty przyjaciela z lat studenckich, obecnie gorliwego zwolennika zwycięskich bolszewików. Wspominki jednak nie wystarczą, nowemu życiu, poza codzienną rutyną, trzeba nadać jakiś sens. I tu przewrotny los zdaje się sprzyjać hrabiemu, gdyż stawia na jego drodze dziewczynkę i kobietę, które wydatnie mu w tym pomogą.
Jest to opowieść nie tylko o starym, które, chcąc nie chcąc, ustępuje nowemu, starając się ocalić jak najwięcej własnych wartości i zrozumieć, jakie wady dawnej epoki przyczyniły się do tryumfu rewolucji. To także pisana mimochodem i na marginesach kronika historii ZSRR (braki w hotelowej kuchni skądś się biorą, a porządek dziobania w partii podlega stałym zmianom, dostrzegalnym przy ustalaniu, kto gdzie będzie siedział na przyjęciach w prywatnej sali restauracji Bojarska). A przede wszystkim subtelna, pełna ciepła, humoru i wzruszeń historia o przyjaźni, miłości i przywiązaniu, które sprawiają, że cztery ściany domowego aresztu wystarczą za cały wielki i szczęśliwy świat. Do czasu, gdy w imię miłości trzeba będzie podjąć wielkie ryzyko i opuścić bezpieczne schronienie w Metropolu. Ku temu momentowi leżący na boku diament, jakim jest narracyjna struktura tej historii, systematycznie się zawęża.
Diamentowa metafora Towlesa, którą wyczytałam w wywiadzie dotyczącym powieści, dostępnym na jego stronie internetowej (po angielsku), idealnie pasuje do moich odczuć w trakcie lektury – Dżentelmen w Moskwie zaskoczył mnie i oczarował na podobieństwo fasetowanego diamentu,  tym bardziej że w ogóle nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. A dostałam prawdziwą literacką ucztę, wykwintną i zróżnicowaną jak menu restauracji Bojarska w Metropolu. Takie książki trafiają się rzadko, ale to dobrze, bo można je bardziej docenić. Nie przegapcie!
wtorek, 06 lutego 2018
Czy tańczyłeś kiedyś z psychopatą przy dźwiękach Mahlera? (Bernard Minier, Noc)
W zeszłym tygodniu ostrzegałam przed najnowszymi przygodami komendanta Martina Servaza, dziś ostrzeżenie ponawiam w szerszej formie na łamach Fahrenheita. Chętnych zapraszam do lektury tekstu, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: Co tu się odbyło? Bo nie wypadało zatytułować recenzji WTF:D
poniedziałek, 29 stycznia 2018
O Cieniach Wojciecha Chmielarza dla naekranie.pl
W tym tygodniu książkę recenzowałam na łamach portalu naekranie.pl. Kto ciekaw moich wrażeń z najnowszej odsłony przygód Jakuba Mortki, tego zapraszam tutaj. Gdyby recenzja miała tytuł, brzmiałby: Kiedy system zawodzi. Muszę przyznać, że jestem z tego tekstu całkiem zadowolona, co nie zdarza mi się często.
P.S. Darujcie sobie za to najnowszego Miniera. Absolutnie do dupy.
sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
niedziela, 14 stycznia 2018
Zróbmy to tak, by nikt nie widział (Poznań. Miasto grzechu, Marcin Kącki)
Miałam najpierw napisać o licznych pominiętych na blogu z braku czasu lekturach z roku poprzedniego, ale pierwsza pozycja przeczytana w 2018 zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że plan ten uległ zmianie.
Po znakomitym, choć przygnębiającym i przerażającym Białymstoku Marcin Kącki zabrał się za swój matecznik, czyli Poznań. I udało mu się po raz kolejny stworzyć bardzo sugestywny i - eufemistycznie mówiąc - niewesoły obraz miejskiej rzeczywistości. Kluczem do zbioru jest jedno z mott, fragment autobiograficznych zapisków Marii Rudowicz, zatytułowanych Grzeszne miasto. Brzmi on tak: Dziwny dom i dziwni mieszkańcy. Dla oka, przed ludźmi tworzyli niby porządną rodzinę, a każdy z nich żył własnym życiem, odrębnym i tylko w niedzielę następowała pewna zmiana.
Znajduje odwzorowanie w strukturze Poznania, którego cztery części to kolejno: Synowie, Rodzina, Kościół i Matki. W pierwszym rozdziale przeczytamy o dorosłych, którzy jako chłopcy należeli do chóru Polskie Słowiki (jeden z trzech podrozdziałów stanowi przedruk z reportażu Maestro). Nie wszyscy bohaterowie byli ofiarami dyrygenta Kroloppa. Ich dalsze losy także były bardzo zróżnicowane, podobnie jak stosunek ich rodziców do wydarzeń w chórze. W rozdziale Rodzina przeczytamy o historii rodziców pierwszego polskiego ujawnionego dorosłego dziecka poczętego metodą in vitro oraz o zagadkowym zniknięciu ujawnionego geja, a zarazem znanego i szanowanego lekarza, który prowadził bardzo bujne i towarzyskie życie, lecz choć miał wielu przyjaciół, praktycznie nie miał kontaktów z własną rodziną. W rozdziale Kościół znajdziemy historię księdza, który po obnażeniu bezradności instytucjonalnej KK wobec molestowania kleryków w sprawie abp. Paetza zrzucił sutannę. I jak wcześniej był poważany w środowisku naukowym, tak później stał się trędowatym. Jest biografia dziennikarza lokalnej katolickiej gazety, który był przez długi czas blisko z Paetzem. A także bardzo ciekawy - śmieszno-straszny - podrozdział poświęcony historii pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, zburzonego przez hitlerowców, który obecnie usiłuje się odbudować. Rozdział Matki był dla mnie chyba najciekawszy - otwiera go bowiem podrozdział Jeżycjada (na wszelki wypadek z symbolem znaku towarowego), o rodzinie Barańczaków. Małgorzata Musierowicz to siostra genialnego poety i tłumacza Stanisława, córka "czerwonego lekarza" Jana Barańczaka. W opowieść o tej niezwykłej rodzinie wplecione są też losy mało znanego poznańskiego poety Wojciecha Bąka, zdradzonego przez własne środowisko. Historia jak z Lotu nad kukułczym gniazdem Keseya. W tym rozdziale Kącki umieścił też portret mało poznańskiej matki - wspomnianej na wstępie Marii Rudowicz, autorki Grzesznego miasta. Byłaby takim Grzesiukiem Poznania, gdyby nie to, że życie od dzieciństwa miała przerażająco ciężkie, a momentu zasłużonej sławy i sukcesu związanego ze spisaniem wspomnień w nim zabrakło. Niemniej - postać absolutnie fascynująca. Na jej tle nieco mniejsze wrażenie robi sylwetka  Marii Wicherkiewicz, malarki, literatki i historyczki, skupionej na historii społecznej Poznania. Nieco mniejsze, ale nadal wielkie, bo - jak na czasy, w których przyszło jej żyć oraz posiadany status społeczny - była prawdziwą pionierką feministycznej niezależności. Ale ma ta biografia i dość zagadkowy, a w pewnym stopniu nieprzystający do pięknego obrazka fragment. Jaki? Nie zdradzę, by nie psuć przyjemności z lektury.
Choć to taka masochistyczna przyjemność - bo mimo że całość jest niewątpliwie interesująca, miejscami wręcz fascynująca, to jednak jawi się ten Poznań miejscem dusznym, hołdującym pozorom i nieprzyjaznym jakiemukolwiek indywidualizmowi. Jest to zapewne przesada wynikająca z doboru materiału, jednak nie da się ukryć, że w znacznym stopniu mentalność poznańska to po prostu nasza mentalność narodowa. Niestety. Autor wykonał gigantyczną pracę i udało mu się na jej podstawie stworzyć opowieść - diagnozę, po którą niewątpliwie warto sięgnąć.
sobota, 30 grudnia 2017
Bilans czytelniczy 2017
Przeczytanych: 62. Cóż mogę powiedzieć - za to przeczytałam dużo grubych książek. No i chyba w końcu dorosłam do tego, żeby naprawdę nie zwracać uwagi na bilans ilościowy. Najlepszy czytelniczo był październik, kiedy to przeczytałam 8 książek. Zagranicznych: 37. Polskich: 25. Udział procentowy prozy polskiej znacząco wyższy niż w latach ubiegłych, wyniósł tym razem około 40%. Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy, to 7 reportaży (w tym męczony przez dwa lata i na trzy podejścia Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna), 18 pozycji fantastycznych (byłoby mniej, gdyby nie nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego), 16 kryminałów, a reszta to proza obyczajowa i szeroko pojęte biografie. Jest też nowa kategoria – niedoczytane: 6. Wszystkie raczej dokończę, z czego jedną – Córki Wawelu Anny Brzezińskiej – tylko dlatego, że muszę.
 
A. NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

1) Margaret Atwood Opowieść podręcznej - najmocniejsze wrażenia, jakich dostarczyła mi fikcja literacka w tym roku. O tym, dlaczego warto pochylić się nad tą niezwykłą, wymagającą emocjonalnie opowieścią, pisałam tu. Jest również fenomenalny serial, o którym napiszę więcej w serialowym podsumowaniu roku.

Cztery z tegorocznych pozycji oceniłam na 5,0 w Biblionetkowej skali. Zgadza się, w tym roku nie wystawiłam ani jednej 6. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była chyba nieco niższa niż w 2016, ale możliwe, że to tylko ja zrobiłam się bardziej wymagająca. Tylko pięciokrotnie wystawiłam 4,5, a  3,5 lub 4.0 - 46 razy (o trzy mniej niż w roku ubiegłym, kiedy ilość lektur była o 5 większa).

2) Marlon James Księga nocnych kobiet - to jedna z tegorocznych 5,0. Ta powieść to było dla mnie odkrycie na wielu poziomach, ale przede wszystkim zaskoczyła mnie jej maestria językowa, znakomicie oddana w przekładzie Roberta Sudoła. Więcej na temat wrażeń z lektury tutaj.

3) Anna Kańtoch Wiara - z wybraniem laureata trzeciego miejsca nie miałam tym razem problemu. Dlaczego, obszernie wyjaśniałam na blogu. Po piętach deptał Annie Kańtoch Hakan Nesser z cudnie pomyślanym Karambolem. Z wartych uwagi polskich pozycji wymienić chciałabym Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich oraz jeszcze nieopisane na blogu Celibat Marcina Wójcika i Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej.

B. NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

W tym roku zamówiłam chyba tylko dwie książki do recenzji i wszystkie wybierałam sama. Ciemne strony etatu ciemnymi stronami, ale czytelnicza niezależność stanowi zdecydowany plus. W związku z tym nie było za bardzo z czego wybierać, bo jednak umiem już tak dobierać lektury, by za bardzo się nie sparzyć. Ale tradycyjnie coś się znalazło.

1) Kamil Fejfer Zawód. Opowieść o pracy w Polsce wyprzedził Jakuba Żulczyka niemalże na ostatniej prostej i zbiera tegoroczny laur, ale nawet mi się nad nim za bardzo pastwić nie chce, bo już to zrobiłam w recenzji. Jedyne tegoroczne 2,5 i była to najniższa ocena.

2) Jakub Żulczyk Wzgórze psów - tu było troszeczkę lepiej, a jednak znacznie gorzej, bo po niezłym Ślepnąc od świateł zawiesiłam poprzeczkę dość wysoko. Spadła z hukiem, zamortyzowanym nieco przez ocean wodolejstwa.

3) Edward St. Aubyn Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja - pułapka marketingowa, w którą wpadłam na własne życzenie. Ale że tak nijaką i męczącą pulpą zachwycają się profesjonalni krytycy, to naprawdę nie pojmuję. Z drugiej strony – Żulczyk też miał dobre recenzje. Być może nie istnieje już coś takiego jak profesjonalna krytyka literacka.

C. NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Natalia Osińska Fanfik - po „nowej, lepszej Jeżycjadzie” wiele się nie spodziewałam. A jednak mimo pewnych wad powieść jest naprawdę niezła i porusza tematy ważne oraz potrzebne w sposób nienachalny.

D.NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

W tej kategorii tegoroczny wybór nie był trudny: Łukasz Orbitowski, Exodus. Nieudana, męcząca, chaotyczna przez większość objętości powieść jednego z moich ulubionych autorów. To bolało, bo w pomyśle potencjał był. A jednak była to pierwsza książka tego autora, w której przez 80% czasu los bohatera był mi totalnie obojętny.
 
E. ODKRYCIE ROKU

Julian Barnes – tak, wiem, mam refleks:). Ale po świetnym Zgiełku czasu na pewno sięgnę po inne książki autora. Polecacie jakieś tytuły?
 
F. ULUBIONY NOWY BOHATER

Covis LaFayMagicznych akt Scotland Yardu Anny Lange – nekromanta-dżentelmen.

 G. KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Wojciech Chmielarz Zombie -  efekciarskie, a przede wszystkim nielogiczne zakończenie sprawiło, że powieść poza tym znakomita straciła szanse na 5.0.
sobota, 23 grudnia 2017
Świąteczny Bursa
Święty Józef

Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię świętego Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba czuł się
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
że nie był jego synem
tylko Boga
albo kogo innego
a jak uciekali przed policją
nocą
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami)
niósł Dziecko
i najcięższy koszyk.

Wszystkiego dobrego w tym świątecznym czasie, drodzy czytelnicy! Samych wspaniałych książek pod choinką, zdrowia i spokoju.
piątek, 22 grudnia 2017
Niełatwo być tchórzem (Julian Barnes, Zgiełk czasu)
Bohaterstwo jest znacznie łatwiejsze. Żeby być bohaterem, trzeba wykazać się tylko chwilą odwagi – kiedy wyciąga się broń, zrzuca bombę, wciska przycisk detonatora, likwiduje się dyktatora, a także samego siebie. Tchórzostwo zaś to kariera na całe życie. Nigdy nie można się odprężyć. Należy umieć przewidzieć następną sytuację, kiedy trzeba się będzie usprawiedliwiać, wahać, płaszczyć, zapoznać na nowo ze smakiem butów i stanem swojej nędznej upadłej duszy. Tchórzostwo wymaga nieustępliwości, wytrwałości, niechęci do zmiany – co w pewien sposób czyni z niego rodzaj odwagi. Uśmiechnął się do siebie i zapalił kolejnego papierosa. Jeszcze potrafił czerpać przyjemność z poczucia ironii.

Zaczynając lekturę tej kameralnej powieści, której początkowe partie bezwzględnie odsiewają odbiorców oczekujących klasycznej i przystępnej narracji, nie wiedziałam o Dymitrze Szostakowiczu niczego poza tym, że istniał i był kompozytorem. Zapewne inaczej podchodzą do Zgiełku czasu osoby znające jego muzykę i życiorys, ale czy wtedy lektura jest bardziej satysfakcjonująca, tego już nie jestem taka pewna.
Dla laika wszystko tutaj będzie nowe i zaskakujące, od druzgocącej recenzji Lady Makbet mceńskiego powiatu począwszy, a na osobistym telefonie Stalina skończywszy. Laik zamiast wielkiego kompozytora zobaczy przede wszystkim człowieka – obdarzonego genialnym talentem i zarazem słabym charakterem. Zdominowanego przez matkę, marzącego tylko o tym, by jego muzyka była wykonywana, a jego najbliżsi byli bezpieczni. Są to pragnienia niewygórowane, które łatwo zrozumieć i trudno potępić jedynie z tego powodu, że miejsce i czas, w których Szostakowiczowi przyszło żyć i tworzyć, za ich realizację wymagały niebotycznie wysokiej ceny.
Trójdzielna kompozycja utworu nie jest przypadkowa – mamy tu dramat w trzech aktach, a w każdym z nich, symbolizowanym przez innych środek lokomocji, bohater coś traci, by przetrwać. Najpierw szacunek do samego siebie, bo doskonale wie, że zdradziłby przyjaciela i protektora nawet i bez tortur, by ocalić życie, własne i rodziny. Nie musiał tego zrobić jedynie dzięki przypadkowi. Potem poważanie na świecie, gdy podczas międzynarodowego kongresu mówi tylko to, czego od niego oczekuje władza. A na koniec resztki godności, gdy – już po śmierci wielkiego wodza – ostatecznie sprzedaje duszę jego następcy, ustępuje z ostatniej wewnętrznej reduty. Wstępuje do partii.
Potępienie jest reakcją łatwą i kuszącą, tym bardziej że bohater sam sobą pogardza. Jednak pisarski kunszt, z jakim Barnes oddaje wewnętrzne zmagania Dymitra, oddala od ferowania łatwych wyroków. Pozwala na spojrzenie z innej perspektywy, z której każda kolejna decyzja kompozytora jawi się jako nieuchronna konsekwencja jego poprzednich wyborów. A pierwszego z nich chyba nikt by nie potępił, bo bohaterami się nie rodzimy. Nie jest to powieść wybitna, ale niewątpliwie niebanalna, naszpikowana błyskotliwymi frazami, którymi można by się było delektować, gdyby tylko nie były tak gorzkie i tak prawdziwe.

Poczucie ironii ma też swoje granice. Nie można na przykład być ironicznym oprawcą; albo ironiczną ofiarą tortur. Tak samo nie można ironicznie wstąpić do partii. To jest albo szczere, albo cyniczne: innych możliwości nie ma. A osobie z zewnątrz może być obojętne, co wybraliśmy, bo jedno i drugie może uważać za godne pogardy. Młodszy on, stojący na skraju drogi, zobaczyłby na tylnym siedzeniu samochodu zgrzybiały stary słonecznik, już nie zwrócony ku słońcu stalinowskiej konstytucji, ale wciąż dążący ku niemu, wciąż przyciągany przez światło władzy.
Ironia, kiedy zatracasz jej poczucie, ścina się w sarkazm. I co z niej wtedy? Sarkazm to ironia, która straciła duszę.


I angażująca emocjonalnie jak rzadko która.

Czytajcie!
sobota, 16 grudnia 2017
O dziwnym prezencie na trzydzieste urodziny wiedźmina Geralta (antologia Wiedźmin. Szpony i kły)

Mówili, że lepiej nie czytać antologii pokonkursowej, złożonej z jedenastu tekstów, które startowały (a cztery z nich zdobyły nawet nagrody) w konkursie na trzydziestą rocznicę publikacji opowiadania Wiedźmin na łamach miesięcznika Nowa Fantastyka. A tymi, co mówili, byli fani nad fanami białowłosego zabójcy potworów, wieloletni aktywni forumowicze Wieży Błaznów. Nie posłuchałam. Miałam w zeszłym tygodniu słabsze popołudnie, zachciało mi się poprawy nastroju i lotu na skrzydłach nostalgii. I na dzień dobry dostałam po oczach zwycięskim opowiadaniem, Kresem cudów Piotra Jedlińskiego. Nie owijając w bawełnę, powiem, że było to wyjątkowo bolesne doświadczenie. Grand Prix to temu utworowi by się należało, ale w kategorii „Wydaje mi się, że umiem pisać jak Andrzej Sapkowski, tylko że jednak nawet w przybliżeniu nie”. Zresztą, żadne słowa nie oddadzą tego, do jakiego stopnia autor starał się poza granicę swoich – skromnych – możliwości imitować styl twórcy wiedźmina. Szczęśliwie, tekst jest dostępny w całości i może przemówić sam za siebie. Werdykt konkursowego jury po lekturze całego zbioru jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, gdyż jest to jedno ze słabszych opowiadań w zestawie. I bardzo dobrze, bo gdyby reszta utworów prezentowała niższy poziom niż niemiłosiernie wymęczony Kres cudów, nie byłoby sensu marnować czasu na lekturę Szponów i kłów.


Wiem co nieco o wiedźmińskich fanfikach. Latami czytałam te publikowane na stronie Andrzej Sapkowski Zone. Stąd nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie ma przeszkód, by amatorski tekst fana był koncepcyjnie i warsztatowo bardzo dobry, a jednocześnie spełniał formalne wymogi opowiadania, to jest miał fabułę trzymającą się kupy i takąż strukturę narracyjną. Niestety, dalece nie o wszystkich tekstach z tego zbioru można to powiedzieć. W zasadzie według mnie tak postawione warunki spełniają cztery utwory znajdujące się w końcowej części antologii, z czego dwa napisali fachowcy, mający już na koncie publikacje książkowe. Tym większe brawa należą się amatorom, czyli Przemysławowi Gulowi za Lekcję samotności (która według mnie powinna wygrać te zawody, ale przynajmniej dostała wyróżnienie szefa działu prozy polskiej NF, Michała Cetnarowskiego) oraz Tomaszowi Zliczewskiemu za Nie będzie śladu. Obaj autorzy stworzyli ponadto historie autentycznie angażujące i oddające ducha prozy Andrzeja Sapkowskiego – gorzki cynizm i brak złudzeń co do prawdziwej natury ludzi, potworów i porządku tego świata. Co do utworów profesjonalistów, opowiadanie Andrzeja W. Sawickiego (który w konkursie startował incognito jako Dorota Chłosta) o dalszych losach elfki Toruviel z Doliny Kwiatów niestety mi się nie spodobało. Za gruba kreska, mocno groteskowi antagoniści i za dużo sentymentalizmu. Natomiast tekst tytułowy, czyli Szpony i kły Jacka Wróbla, jest naprawdę wart uwagi. Tak się powinno podejmować dialog z tekstem oryginalnym, czyli w tym przypadku z legendarnym opowiadaniem Wiedźmin, od którego wszystko się zaczęło. Autor przedstawia opisane tam wypadki z perspektywy strzygi, a raczej królewny Addy. Łatwo powiedzieć, trudniej ciekawie i przekonująco zrobić. Jackowi Wróblowi to się udało. Dał królewnie przekonujący głos i ciekawą historię nie-życia, na oryginalnym opowiadaniu opierając się tylko o tyle, o ile było to absolutnie konieczne.


A że jest to sztuka trudna, najlepiej świadczy tekst Barbary Szeląg Bez wzajemności. Odwrócony pod względem wymowy prequel Trochę poświęcenia, ze starszą siostrą Essi Daven w roli głównej i groteskowym Jaskrem na przystawkę, oraz Małą syrenką bez szczęśliwego Disnejowskiego zakończenia w tle. Drętwe stylistycznie, warsztat bardzo marny, może gdyby na tych dwóch niwach było lepiej, całość nie byłaby tak przeraźliwie sztuczna, a autorka miałaby jakiekolwiek szanse zrealizować swoje ambitne zamierzenie. Największą ciekawostką, czy raczej kuriozum, w tym kontekście jawi się fakt, że ten tekst również zdobył konkursowe wyróżnienie, przyznane przez Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego NF. Przecież samo zestawienie z genialnym Trochę poświęcenia boleśnie obnaża mizerię Bez wzajemności. Żeby pisać o uczuciach, trzeba najpierw umieć pisać, bo do tego niezbędna jest subtelność.


Z pozostałych utworów bardzo podobała mi się Skala powinności Katarzyny Gielicz - zaskoczyła mnie na plus po poprzedzającej ją mizerii, bo była ładnie i z wyczuciem napisana, ASowa w wymowie, o Coenie i jego towarzyszce poznanej na szlaku. Co z tego, że trochę zbyt rwana i stanowiąca raczej ciąg obrazków niż opowiadanie z prawdziwego zdarzenia? Co z tego, że miejscami zbyt sentymentalna, a u samych swych podstaw ma wątpliwe założenie, że wiedźmin zgarnąłby z traktu pierwszą lepszą dziewuchę i narażał ją przy robocie tylko po to, żeby mieć towarzystwo? Przekonująco oddana relacja między bohaterami jest siłą tego tekstu.


Coś dobrego mogłoby jeszcze wyjść z Ironii losu Sobiesława Kolanowskiego, bo pomysł jest ciekawy i ma potencjał – potwór daje wiedźminowi zlecenie na innego potwora. Ale warsztat woła o pomstę do nieba, tekst powinien zostać mocno skrócony, za dużo przerzucania się niby błyskotliwymi puentami, kawa zbyt dosłownie wyłożona na ławę. Niestety, redaktora antologia – podobnie jak Sezon burz – nie miała. I pozostawały w niej w rezultacie kwiatki w takim stylu: Szybka zarówno na łapach – dzięki lwiemu tułowiowi – jak i w przestworzach dzięki silnym, nietoperzym skrzydłom. Śmiertelnie niebezpieczna. Jad z jej podobnego do skorpionowego ogona zabijał w ciągu kilku sekund – o ile wcześniej bestia nie rozszarpała swych ofiar wyposażonymi ją przez Naturę solidnymi kłami czy pazurami. To opis mantikory.


Reszta tekstów jest milczeniem, choć chciałoby się rzucić kilka obelżywych słów o stanowiącej festiwal żenady Balladzie o Kwiatuszku  Michała Smyka (indywidualne wyróżnienie szefa działu zagranicznego NF, Marcina Zwierzchowskiego - bez komentarza). Ale leżącego kopać się nie godzi. Sami zdecydujcie, czy czytać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka