czwartek, 17 sierpnia 2006
Z tego mogłaby być książka...

http://www.fahrenheit.eisp.pl/forum/viewtopic.php?t=865&highlight=

W nowej edycji Zakużonych Warsztatów wystawiłam shorta "Projekt Ikar" napisanego i wysłanego na ostatnią chwilę. I tak sobie myślę, że po raz pierwszy stworzyłam fabułę, która udźwignęłaby prawdziwą książkę...ten gin to jednak ma na mnie błogosławiony wpływ:)

21:14, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2006
Po raz trzeci

No muszę się pochwalić, bo mi język do tyłka ucieknie:))))

http://www.kryminalny.blog.polityka.pl/

Paragraf 16:)

Powiedzcie, czy można wątpić, że Cintryjka jest rodzaju żeńskiego? Choć, z drugiej strony, spotkałam się już w sieci z takimi, co myśleli, że Maryna jest rodzaju męskiego:>

18:30, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 sierpnia 2006
Grafomania wciąż w natarciu aka Szulc zzieleniały

Paragraf 13 (hehe) Bloody bloga : http://kryminalny.blog.polityka.pl/

oraz najnowszy shorcik Zakużono-Warsztatowy (numer 2, Odcienie zieleni):

http://fahrenheit.eisp.pl/forum/viewtopic.php?t=839

Pocieszę was - w najbliższym czasie raczej nie stworzę nic nowego, bo zanosi się na grad książek do recenzowania, a poza tym mam ROBOTĘ ( tak, tak, dobrze widzicie, wizyta w Grodzie Na Ka, poza wpisem na studia, zaowocowała podpisaniem umowy o pracę:)

P.S. Chcecie usłyszeć dowcip stulecia? To zgadnijcie, ile punktów dostałam z rozmowy kwalifikacyjnej:)

370.

Na 400 możliwych.

Chyba słaby będzie poziom na tych studiach:P

15:54, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 lipca 2006
Kradzież stulecia

http://www.fahrenheit.eisp.pl/forum/viewtopic.php?t=805&postdays=0&postorder=asc&start=0

Czyli kolejny Zakużono-Warsztatowy short:) Tym razem chyba bardziej przypadł do gustu audytorium. Zapraszam do lektury.

23:34, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 lipca 2006
Co mnie łączy z Detrytusem?

Otóż nie lubię, jak jest gorąco. Ciężko mi się wtedy myśli oraz funkcjonuje. Ciepło latem jest pożądane - upał - już niekoniecznie. A trwało to cholerstwo i trwało. Aż w końcu przyszła burza. Cały dzień wisiała w powietrzu, by około drugiej w nocy przejść do ofensywy. Ale już samo to, że znaki na niebie i ziemi dobitnie zwiastowały jej przybycie, pozytywnie wpłynęło na moje funkcje mózgowe.

Tak, POCHWALĘ SIĘ:) Otóż od paru odcinków wysyłałam swoje propozycje dalszego ciągu do Powieści Internetowej Polityki, którą Czytelnicy tworzą pod nadzorem jednego z dziennikarzy w ramach akcji "Lato z kryminałem". Ale, jako że  był upał, wcześniejsze moje kawałki, pozbawione ikry, co sama wyczuwałam, nie były wybierane. A tym razem się udało:)

LADIES AND GENTS, AGNES KRWAWA SIEKIERA PROUDLY PRESENTS:

BLOODY BLOGA PARAGRAF 6:) http://kryminalny.blog.polityka.pl/

Ponadto, o zgrozo, mam kolejny pomysł na warsztatowego shorta - oby ochłodzenie się utrzymało:)

12:23, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (1) »
środa, 05 lipca 2006
Z placu boju

Nadmiar wolnego czasu rzuca mi się na mózg. Popełniłam byłam shorta i wysłałam na Fahrenheitowe Zakużone Warsztaty. Komu wola, może ten i inne teksty z tej edycji przeczytać tu:

http://www.fahrenheit.eisp.pl/forum/viewtopic.php?t=781

Ocenić też można. Najlepiej krytycznie:)

22:03, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 stycznia 2006
Niespodzianka dla Inside część VI

Postanowił dopomóc szczęściu, które podobno lubi śmiałków. Mimo że nie cierpiał zapożyczeń z języków obcych, godził się na to, że nie istnieje polski odpowiednik słowa casting  i brał udział w niejednym. Wstępnie postanowił zacząć od najzwyklejszego epizodu, a potem wspinać się mozolnie na swój, hm, szczycik. Nie miał dużych wymagań. Wystarczyło, że dostrzegł gdzieś taki anons:

 

            PILNIE POSZUKIWANI STATYŚCI DO ATRAKCYJNYCH RÓL W NAJNOWSZEJ POLSKIEJ SUPERPRODUKCJI, MIĘDZY INNYMI GOŚCIE WESELNI, POLEGLI W BITWIE I SARMACKI ODPOWIEDNIK TAJEMNICZYCH BEDUINÓW NA WIELBŁĄDACH!!!!PRZYJDŹ! NA PEWNO SIĘ NADASZ!

 

 I już bez żalu rezygnował z fascynujących zajęć gramatyki opisowej i punktualnie o wskazanej porze udawał się gdzie należało, odstawał swoje w długim ogonku oczekujących, nie użalał się na doznane przy okazji kontuzje i docierał wreszcie przed oblicze sił władnych pomóc mu w realizacji marzenia. Widocznie przeznaczenie zapomniało je uprzedzić o jego wizycie, bo na ogół następowała niezrozumiała konsternacja. Po dłuższej chwili, widząc, że nie bardzo jest inne wyjście, odpowiedzialny zadawał pytanie.

 

-         Interesuje pana rola gościa weselnego?

-         Wszystko mnie interesuje.

-         Doskonale. Widzi pan tamten stół? Proszę podejść, usiąść, dokładnie, a teraz proszę się pod niego osunąć.

-         Tak dobrze?

-         Hm, paralityków nie szukamy, niestety, gdyby się pan zgłosił dwa tygodnie temu....

-         To może ranny?

-         Nie, tam najpierw trzeba markować walkę, a to, hm, wymaga aktorskiej praktyki. Jaką szkołę pan skończył?

-         Średnią.

-         Pytam o aktorską.

-         Na razie żadnej. Ale przecież statysta nie potrzebuje kwalifikacji!

-         A kto to panu powiedział? Statysta jest bardzo istotnym elementem każdego filmu, niektóre role, jak na przykład rannych, wymagają ekspresji i są zbyt wymagające dla amatorów. Widział pan kiedyś konającego?

-         Nie. Szczerze mówiąc nie zabiegałem o zdobycie tego cennego doświadczenia.

-         Dziękujemy i zapraszamy ponownie. Rany, co za matoł, prostej przenośni nie rozumie! Na scenie! Konający na scenie!

 

Kiedy startując na prawdziwego beduina usłyszał na wstępie, że role wielbłądów są już zajęte, zrozumiał, że komercja to nie dla niego i zwrócił się w stronę kina niezależnego. Wyzwania, łamanie konwencji, żadnych kajdan kwalifikacji, istny raj dla naturszczyków, takich jak on! Prawdziwa Sztuka. L’art pour l’ art. Czuł, ze to będzie TO. Tam aż roi się od odważnych epizodów, wprost stworzonych z myślą o nim, gdzie zabłyśnie niewymuszonym wewnętrznym blaskiem. Jak widać, czego by o nim nie myśleć, brak wiary w siebie nie należał jeszcze wtedy, w tym pięknym okresie, do jego wad. Nie zniechęcał się, nie wątpił, nie porzucał swojego marzenia. Był wytrwały. Obiektywnie rzecz biorąc, wytrwałość powinna zostać wynagrodzona. Z tym, że obiektywizm bardzo rzadko występuje w ziemskiej atmosferze. Tak się przynajmniej wydaje niedowiarkom. A on wierzył. Szukał dojść do niezależnych reżyserów, co nie było proste ani tanie, z perspektywy jego skromnego studenckiego budżeciku, bo kiedy już dotarło się do takiego reżysera, najpierw trzeba było mu zafundować kolację w barze mlecznym, żeby w ogóle zaczął kontaktować. Od razu było widać, że to ludzie autentycznie oddani Sztuce. Te podkrążone oczy, bo muza nie daje im spać. Te drżące z ciągłego podniecenia dłonie. Ten krok niepewny, jakby właściwie tylko z przymusu stąpali po ziemi. Dialogi z nimi – prawdziwy strumień świadomości, do którego poziomu trzeba było mentalnie dorosnąć.

 

-         No i wtedy on mi mówi wiesz nie jadłem od trzech dni kasa się skończyła jak już prawie dotarłem do producenta co miał niby mieć tow..tworzywa artystyczne no i stary tym razem nic z tego nie będzie no to już miałem mu przyładować temu ignorantowi faryzeuszowi cholernemu dobra ta zupa pyszna prawie jak mamusi a nikt nie robi takiej zalewajki jak mama a tu nagle wpada Józef i woła szukają nas uciekajmy no i my szpula tak ze widzisz kocham cię i jak coś to zagrasz główną rolę kiedy dzień nadejdzie słowo stanie się ciałem.

 

Niestety, oprócz metafizycznego przeżycia, spotkania  nie dawały wymiernych rezultatów. Ale on nie zwątpił. Nie stracił nadziei. Wiara go nie opuściła. Formalnie rzecz biorąc, podobny optymizm, który nie sposób nazwać umiarkowanym, powinien zostać nagrodzony. I tak też się stało – dzień nadszedł. Bez fanfar, niepostrzeżenie. Ten reżyser był podejrzany, bo ani mu ręce nie drżały ani worów pod oczami nie miał i chodził całkiem zwyczajnie, słowem - zero charyzmy, ale niezbadane są kryteria, według których sztuka wybiera swoich sług. I, co już mogło budzić podejrzenia cięższego kalibru, tym razem to reżyser fundował obiad. Do obiadu zaś jako okrasę zaproponował banalny dialog. No dobrze, może i miał w oczach słabą nutkę fanatyzmu, ale nieuważny obserwator mógłby ją uznać za lekką nutkę dekadencji.

-         No więc, teoretycznie, jest to produkcja naprawdę niezależna, ale tak prawdę mówiąc, to mamy dość zamożnego sponsora, oczywiście na poziomie, który woli pozostać w cieniu – on właśnie zachęca nas do złamania tym obrazem wszelkich tabu.

I w dodatku okazał się zdrajcą idei. Zamożny sponsor w kinie niezależnym, też coś. Sprzedawczyk i tyle. O, zauważył, że traci punkty i próbuje się ratować.

-         I dlatego zamierzam zaproponować wizję, jakiej jeszcze nie było, naturalistyczną do bólu, bez żadnych ograniczeń.

-         Bardziej Zola czy bardziej Nałkowska ? – trochę ironii nie zaszkodzi, niech bubek nie myśli, że ma go na widelcu.

-         Człowieku! Zola się po prostu chowa! Ale w lot chwyciłeś ogólna ideę. To coś w sam raz dla ciebie! Widzę, ze starczy ci odwagi, masz to wypisane na twarzy, właśnie kogoś takiego szukałem. Wchodzisz?

-         Tylko epizod.

-         Jasne, ale jaki!

-         W ciemno.

 

Idiota. Dał się złapać na najprymitywniejszą przynętę pochlebstwa, zgodził się pojechać prosto na plan, kręcić z rozbiegu, zero sztuczności. Uciszył złe przeczucia. Stanął na chodniku, pod odrapaną, grożącą zawaleniem ścianą , pierwszy raz w życiu przed kamerą, czując, że to TO. To były najcudowniejsze dwie minuty w jego życiu, do chwili, gdy usłyszał:

           

-         Świetnie. Za tobą jest karton. O, właśnie. Odwróć, się tyłem. Opuść spodnie. Zbliżenie. 45 sekund, OK., teraz siadaj na kartonie, spokój nonszalancja, dekadentyzm, a teraz, do kartonu, naturalizm z grubej rury (tłumione, acz kiepsko, chichoty).Cięcie. Dzięki, byłeś wielki.(burza śmiechu, sam reżyser się popłakał).

Myślał, że nigdy do tego nie dojdzie, ale po dziś dzień dziękował bogom, że jego marzenie się nie spełniło i film nie odniósł sukcesu, a nawet nie wszedł do kin. Najchętniej wymazałby z pamięci ten epizod swojego życia. Ale choć epizod rzecz drobna, dotąd mu się ta sztuka nie udała, co dowodzi, jak błędne jest stwierdzenie, reklamujące inny film , że liczy się wielkość.

23:02, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (7) »
Niespodzianka dla Inside część V

E jak EPIZOD

 

            Wszyscy marzą. Każdy na innym etapie. Jedni od kołyski, inni od przedszkola, jeszcze inni od chmurnego i durnego okresu umownie zwanego licealnym. On zaczął marzyć na studiach, pewnie dlatego, że, wybrawszy je uprzednio doskonale taktycznie, nie miał zbyt wiele do roboty i mógł z całą swobodą myśleć o niebieskich aktorskich migdałach. O zapaleniu migdałków po wielu wyczerpujących próbach, mających doprowadzić rolę do perfekcji, nie myślał z dwóch powodów. Po pierwsze i zasadnicze, w owym czasie był już pozbawiony migdałków, które ewentualnie mogłyby ucierpieć, od dobrych kilku lat. Z ich utratą wiązały się traumatyczne wspomnienia, dlatego unikał tego wątku nawet w sentymentalnych retrospektywach. Po drugie, był rozsądny – powie ktoś, że rozsądek wyklucza marzenia i minie się z prawdą mniej więcej tak samo jak dowolny wielki gwiazdor filmowy w swoim zeznaniu podatkowym. Po prostu marzenia ludzi rozsądnych są dokładnie takie, jak ich właściciele, a ponadto, co bardzo przydatne, posiadają konkretną specyfikację.

            On, nawet marząc, dokładnie wiedział, czego chce. Chciał epizodu. Bardzo konkretnego epizodu. W żadnym razie teatralnego. Dlaczego? Zabrzmi to paradoksalnie, ale ni mniej ni więcej, a dlatego, że był wielkim fanem teatru. W związku z tym „klasyczny” repertuar znał na wyrywki, był na każdej liczącej się „trzeciej generalnej”, zawsze umiał jakimiś, nieistotnymi dla tej opowieści, kanałami (wszak bohater powinien być kryształowy) załatwić sobie wejściówkę na premierę, był w niejednej garderobie, z obsługą znał się jak łysy koń, a za kulisami czuł, jak u siebie w domu. A że był spostrzegawczy, w lot zrozumiał kilka istotnych spraw. Każde przedstawienie w końcu schodzi z afisza, a do legendy przechodzi jedno na milion, rzadko kiedy dlatego, że samo w sobie było szczególnie udane, częściej z takich banalnych powodów, jak towarzyszące mu okoliczności historyczne (zasłabnięcie któregoś z VIP-ów w loży, a jeszcze lepiej jego późniejszy zgon, ale koniecznie dopiero po przewiezieniu do szpitala i kilku(nastu) godzinach zabiegów ratujących życie – dramatyzm musi być), samobójstwo autora sztuki albo reżysera etc. etc. Śmierć aktora w trakcie próby czy samego przedstawienia nie jest choć w połowie równą gwarancją legendarności, ot, podwyższa frekwencję na kilka spektakli, bo głównym i bezlitosnym prawem sceny jest show must go on. I niepostrzeżenie dotarliśmy do sedna zagadnienia: frekwencja w teatrze jest duża tylko na premierach, bo tam wypada bywać. Nieliczni chodzą do teatru dla przyjemności. Toteż grający epizody teatralne niemal nigdy nie zyskują popularności, nie takiej na wieki, ale nawet przelotnej. Po prostu mają zbyt wąski krąg odbiorców. Nikt nie uczy się scenariusza teatralnego, nie zakłada fanklubu konkretnej sztuki, nie kupuje gadżetów takich jak peruka Ofelii z aktu trzeciego, nikt też nie pała chęcią posiadania danego spektaklu na VHS, a co dopiero na dvd w limitowanej serii kolekcjonerskiej. Epizod teatralny nie ma więc szansy zostać dostrzeżony. Bo, nie wiedzieć czemu, prawdziwy show biznes jest gdzie indziej. W filmie.

            Marzył zatem o epizodzie filmowym. Nie zwyczajnym, rzecz prosta. Żaden tam Czlowiek-Który-Dostał-Tortem-W-Twarz. Zapamiętywalna perełka. W filmie zdarza się czasem, że taka perełka przyćmiewa największe sławy i otwiera epizodycznemu szczęśliwcowi drogę na szczyt. Gdyby nawet w jego wypadku to się zdarzyło, nie skorzystałby, wiedział aż za dobrze, że to nie dla niego, nie tylko dlatego, że nie lubi wysokości.

            Interesujący epizod filmowy – to było jego rozsądne marzenie, jego początek i koniec. Rozsądne marzenia nie różnią się niczym od tych wydumanych, fantastycznych i fizycznie niemożliwych. Spełniają się równie rzadko. Ma to swoje zalety: nie trzeba wymyślać nowych, starczą na wiele bezsennych nocy/nudnych wykładów/zlotów rodzinnych – niepotrzebne skreślić. Tak, to jest właśnie magia.

23:01, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (2) »
Niespodzianka dla Inside część III

B jak BŁĄD

 

Może być stylistyczny, gramatyczny, ortograficzny, słownikowy, interpunkcyjny, składniowy, fleksyjny – zawsze, w najlepszym pozornie wypracowaniu, jakiś się znajdzie. Jest wszechobecny. Może stać się przyczyną słabej oceny, zepsutego popołudnia, utraty złudzeń. A że życie jest jak wypracowanie – tylko gorsze, bo tu korektor nie pomoże, a zwalić też nie bardzo jest od kogo – to możemy też mówić o błędzie życiowym. Z tym, że rzadko mówimy głośno i otwarcie. Częściej przemilczamy, ukrywamy, tuszujemy, staramy się ze wszystkich sił, żeby nie wyszedł na jaw. Jak trzeba, to często otwarcie zaprzeczamy, kłamiemy zatem i znowu błądzimy i kółko się zamyka. A wszystko to i tak jest bez sensu, bo prędzej czy później, ze wskazaniem na prędzej, błąd  wyjdzie na jaw. Na klasówce jest łatwiej, a życie trwa dłużej niż trzy kwadranse i tam zawsze w końcu wpadniemy. Im dłużej trwa pozorny fart, tym gorzej. Wyobraźnia pracuje cały czas, podsuwając detaliczne obrazy ewentualnej wsypy, aż w końcu nie wytrzymujemy presji i przyznajemy się. Popełniłem błąd. Wtedy jest lżej. Bo jak już go nam belfer podkreśli na czerwono, to naiwnie wierzymy, że ten konkretny więcej się nam nie zdarzy.

Lubił ojca, bo był do niego podobny : spokojny, melancholijny, ugodowy (wtedy jeszcze nie znał takich brzydkich słów jak konformista), nigdy się nie kłócił ani nie próbował stawiać na swoim. W sumie słusznie, bo i tak nigdy by nie wygrał z matką, która była jego zupełnym przeciwieństwem. Widać sam też doszedł do tego wniosku i rozsądnie postanowił oszczędzić sobie i jej zbędnych wydatków energii. Był zupełnie zadowolony z istniejącego stanu rzeczy. Czasem tylko, siedząc na balkonie i paląc fajkę (Pod żadnym pozorem tego świństwa w mieszkaniu!), kiedy myślał, że jest bezpieczny, nikt go nie widzi i nie słyszy, opierał brodę na dłoni, wpatrywał się w horyzont , zasnuty oparami zakładów przemysłowych i wzdychał rozdzierająco. Niekiedy zamyślił się tak głęboko, że krztusił się dymem i zaczynał przeraźliwie kaszleć, co dawało matce i babci okazję do wrednych docinków, że do grobu się wpędza, że kto dziecku da jeść, dymem Mareczkowi studiów nie opłaci i tak dalej w ten deseń. Kaszel ojca był jak sygnał startu do ulubionych zawodów, dlatego obie wyczekiwały go z utęsknieniem, stale w pogotowiu, by choć tak urozmaicić sobie monotonię popołudnia. Ale on zwykle miał się na baczności. Kaszel zdarzał się rzadko, a westchnienia nie interesowały nikogo, bo każdy wzdychał do własnego punktu na horyzoncie.

Dzieci jednak są spostrzegawcze i dociekliwe. Jako że żyją krótko, nie zdążą jeszcze paść ofiarą spleenu i wszystko je intryguje. On też postanowił wyjaśnić, czemu ojciec tak wzdycha. Zaobserwował to jako prawidłowość i uznał za nieprzypadkowe. Przystąpił więc do działania. Zawsze gdy ojciec wychodził z fajką, zabierał żołnierzyki albo dla niepoznaki zeszyt, kiedy już poszedł do szkoły (wziąć zeszyt było bezpieczniej, wytrącało to mamie i babci z rąk ich ulubiony oręż „ Co się pałętasz pod nogami? Lekcje odrobione?”) i dyskretnie przemieszczał się coraz bliżej drzwi balkonowych. Najpierw sądził, że fajka to parawan, że ojciec w rzeczywistości coś tam sobie potajemnie czyta albo jakieś zakazane zdjęcia ogląda albo może majsterkuje. I wzdycha z zachwytu, nie może się powstrzymać. Sprawdzić, co robi, to był pierwszy cel. Okazało się, że zupełnie beznadziejnie i prozaicznie pali, od czasu do czasu podpierając brodę ręką i krztusząc się dymem. Wielka mi atrakcja. Chciał już zaprzestać obserwacji, bo powodu westchnień ani widu ani słychu, pewnie ojciec sam sobie nie zdaje sprawy, że wzdycha i syna intryguje. Ojciec usłyszał jednak jego kroki, wyrwany z zamyślenia zdradzieckim chrzęstem przypadkowo rozdeptanego żołnierzyka. Obudził się z zamyślenia, zlokalizował źródło odgłosu, zauważył syna.

-         No, co tam? – zapytał dobrotliwie.

To była TA chwila. Teraz wszystko zależało od przyjętej taktyki. Należało zdecydować natychmiast. Zapytać czy nie zapytać? Obejrzał się do tyłu. Mama i babcia były w kuchni. Postanowił więc zaryzykować. Zapyta.

11:53, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2006
Niespodzianka dla Inside część II

Całość nie zmieściła się w jednym pliku:)

-         I jak, Mareczku, czytasz książkę?

-         Tak, dziadku.

-         Daleko zaszedłeś?

-         Skończyłem C.

-         A to przynieś ją dziadkowi.

 

Pobiegł. Przyniósł. Podał. Nawet zapytał naiwnie:

 

-     Poczytamy razem?

-         Nie, sprawdzimy, co zapamiętałeś. Co to jest afazja?

-         Nie wiem.

-         A bukolika?

-         Nie wiem, dziadku.

-         A cenzor?

-         Nie pamiętam.

-         To nieładnie, Mareczku. Bardzo nieładnie. Nie czytasz uważnie. Czyli dziadek na darmo pieniądze wydał, a to dziadka baaardzo smuci. Nic go tak nie smuci, jak ciężko zarobione pieniądze, które wyrzuca się w błoto. A już bardzo go smuci i denerwuje, jak robi to jego własny wnuk.

-         Dziadku, ja nie chciałem....- przejęło się dziecko.

-         Tak mówisz? Czyli będziesz czytał uważniej? Obiecujesz? Pamiętaj, dziadek sprawdzi.

-         Obiecuję.

 

Przerażony, żeby nie okazać się naprawdę niewdzięcznym i perfidnym wnukiem, spędził cały kolejny dzień, czytając po raz drugi przerobioną już partię słownika i starając się zapamiętać jak najwięcej, byle tylko nie rozczarować dziadka. Był pewny, że mu się uda. Oczywiście, nie miał racji. Co gorsza, tym razem nie pomogły obietnice, że jutro będzie lepiej. Bo złamał słowo, okazał się kłamcą, za co został skarcony. Dziadek użył w tym celu swojego oficerskiego pasa. Bolało, fakt, ale co nieco zrozumiał. Teraz czytał mniejsze partie, jedno hasło po kilkanaście razy, żeby móc je na pewno opanować pamięciowo i był w stanie zadowolić dziadka. Niestety, żeby nie wyrzucać pieniędzy w błoto, musiał „przeczytać” dwanaście tomów. Nie robił tego z entuzjazmem, co chyba nikogo nie dziwi. I tak powstała trauma, która sprawiła, że do dziś, korzystając ze słownika, ma problemy ze znalezieniem haseł, bo nigdy nie może ustalić, gdzie mniej więcej się znajdują i mozolnie sprawdza kartka po kartce. Proste rozwiązanie – uraz z dzieciństwa. Żadne pole do popisu dla filozofa. Żadna żyła złota dla psychoanalityka. Proza życia. I świetna wymówka, żeby wyjaśnić, dlaczego w niniejszym alfabecie nie wszystkie litery  będą następowały po sobie „po bożemu”, a niektórych może wręcz zabraknąć. Wymówka tym lepsza, że, jak niewiele wymówek, stuprocentowo prawdziwa. Solidna niczym dwunastotomowy słownik języka polskiego. Który stoi po dziś dzień na półce u dziadków. Mareczkowi nie starczyło odwagi, by go spalić. Duch dziadka by mu tego nie wybaczył i mógłby go dręczyć po nocach, podzwaniając złowróżbnie oficerskim pasem. Lepiej nie budzić licha.

cdn...

21:30, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka