sobota, 22 września 2018
Bo zakochali się (Pokochać noc, Dennis Lehane)
Uwielbiam Lehane’a i sama nie wiem, czemu zaufałam mieszanym recenzjom i ocenie mojego taty, odkładając tak długo lekturę Pokochać noc. Pewnie przede wszystkim dlatego, że byłam trochę zawiedziona Brudnym szmalem, który więcej obiecywał, niż ostatecznie dał. Ale tutaj Lehane wraca do swoich najlepszych tradycji – do mieszania historii obyczajowej z intrygą kryminalną, tym razem w stylu heist movie. A wszystko to oprawia w ramy absolutnie niezwykłego uczucia między Rachel a Brianem. Ona – niegdyś gwiazda bostońskiego dziennikarstwa, rozpaczliwie poszukująca nieznanego sobie ojca po śmierci toksycznej i zaborczej matki psycholożki. Trafia do jego biura całkowitym przypadkiem, a on – początkujący detektyw – nie chce przyjąć jej zlecenia i przestrzega przed innymi naciągaczami. Choć ojca klientki znaleźć się nie udaje, ścieżki Rachel i Briana przecinają się jeszcze wielokrotnie. Brzmi jak stara dobra zagrywka z Chandlera, prawda?
Ale nic tutaj nie jest takim, jakim się początkowo wydaje. Tym bardziej, że w tle brzmi fatalistyczny szlagier o niszczącym uczuciu, Since I fell for you Lenny’ego  Welcha. Ta wielokrotnie przerabiana przez innych twórców piosenka jest też parafrazowana w oryginalnym tytule powieści Since we fell i stanowi klucz do fabuły. Kto szuka thrillera trzymającego w napięciu od pierwszych stron, ten rzeczywiście będzie zawiedziony. Niemal połowa Pokochać noc to powieść obyczajowa, skoncentrowana na biografii Rachel Childs, w której były dwa punkty przełomowe – śmierć matki i trzęsienie ziemi na Haiti. Skończyło się ostrą agorafobią, choć autor do ostatnich stron nie ujawnia czytelnikowi całej prawdy o przyczynach załamania bohaterki. Nie jest ona zresztą potrzebna. Wystarczy wiedza, że gdyby nie Brian Delacroix, który zajmował się nią przez dwa lata, kobieta niegdyś brylująca przed telewizyjnymi kamerami i na bostońskich salonach mogłaby już nigdy nie wyjść z domu.
A jednak Brian, choć uroczy, zabawny i troskliwy, oddany i niewątpliwie zakochany, coś ukrywa. I nie są to drobiazgi. W zasadzie Rachel powierzyła swoje życie osobie, której wcale nie znała, a gdy się o tym przekona, nie będzie miała czasu na przemyślenia i rozdzieranie szat, bo wydarzenia ruszą z kopyta.  Pokochać noc to unikalna, emocjonująca międzygatunkowa rozrywka, od której naprawdę trudno się oderwać. Autor prowadzi nas na manowce z właściwym sobie wdziękiem, co i raz zmuszając do przecierania oczu ze zdumienia. Polecam, z minimalnymi zastrzeżeniami co do finału, który jednak mieści się w ramach konwencji. Nie jest to konwencja klasycznego kryminału ani thrillera, żeby nie było niedomówień.
sobota, 15 września 2018
Wrobieni w polski rynek pracy (Urobieni. Reportaże o pracy, Marek Szymaniak)
Urobieni. Reportaże o pracy Marka Szymaniaka pozostawili mnie z na tyle mieszanymi i trudnymi do zwerbalizowania uczuciami, że odwlekałam pisanie o nich, bo nie potrafiłam się zdecydować, co właściwie sądzę. Nie zdarza mi się to zbyt często, więc choćby pod tym względem to pozycja dość niezwykła. Książkowy debiut młodszego ode mnie o 3 lata (!) dziennikarza, i od razu bardzo ambitny temat – praca w Polsce. Nie mogłam się ustrzec porównań z  Zawodem Fejfera i Nie hańbi Gitkiewicz, które dotykają zbliżonej tematyki. Z Fejferem Szymaniak wygrywa w cuglach, bo – choć podobnie buduje swoją narrację wokół jednostkowych historii – to jednak każda z nich służy pokazaniu szerszego, systemowego problemu, a nie tylko jojczeniu, że system jest zły, a młodzi ludzie zostali oszukani obietnicą dobrej pracy za dobre wykształcenie. Już pierwszy rozdział pokazuje na dobrych przykładach patologiczną twarz taniego państwa – biednych pracujących, wyoutsourcowane salowe czy ochroniarzy, którzy, żeby zarobić sensownie, muszą albo tyrać po 220 godzin miesięcznie, albo załatwić sobie lewe orzeczenie o niepełnosprawności. Potem są elastyczne formy pracy, które niby to miały służyć pracownikom, a pozwalają pracodawcom płacić mniej. Zatrudnianie przez agencję na umowy przedłużane dziesiątki razy zamiast umowy o pracę. Praca w kulturze, gdzie wypłaty zależą od tego, czy i kiedy przyjdzie grant. Dziennikarskie klepanie wierszówek na umowy o dzieło. Dalej agresywna i nieetyczna sprzedaż telefoniczna w call center. Target jest tu wszystkim. Jednym z mocniej oddziałujących na psychikę jest rozdział o imigrantach zarobkowych z Ukrainy, w szczególności historia Żeni, która miała po prostu pomagać prowadzić dom, a była traktowana jak niewolnica. Poraża nieuczciwość zarówno pośredników organizujących wyjazdy, żerujących bezwzględnie na ludzkich dramatach, jak i polskich pracodawców, a w zasadzie wyzyskiwaczy, choć bardziej pasowałby mocno niecenzuralny wyraz. Bo kto umawia się na 10 zł za godzinę, a płaci 10 zł za dzień (co zresztą okazuje się dopiero przy wypłacie)? Ukraińcy, zdesperowani, wezmą każdą pracę, zwłaszcza że często tę, na którą mieli załatwione zaświadczenie, zmuszeni byli rzucić i jechać w inny region kraju. Polacy dobrze o tym wiedzą. Bo kiedy oni wyjadą, o czym też jest rozdział, to, zupełnie jak Ukraińcy u nas, pracują ciężko i poniżej kwalifikacji. A i tak wolą taką pracę, bo pozwala na godne życie. I w większości nie zamierzają wracać do kraju, bo ten nie ma im nic do zaoferowania. Owszem, można tanio zrobić zakupy w rosnącej sieci supermarketów i dyskontów, ale ma to swoją cenę. Najpierw zapłacili ją właściciele małych sklepów osiedlowych, które padły, bo nie mogły konkurować cenowo z sieciami. Płacą także pracownicy marketów, często zatrudniani na zlecenie, żeby zmniejszyć koszty. Płacą dostawcy, którzy muszą się godzić na niekorzystne warunki współpracy, dyktowane przez sieci, bo inaczej nikt nie weźmie ich towaru. Zgodnie z tytułem rozdziału – tanio drogo kosztuje. Walka o pracowników, działanie w związkach zawodowych w supermarketach, to także ciężki kawałek chleba. I niedoceniany. Współpracownicy raczej zazdroszczą związkowego etatu, a nie ma czego, bo to ogromny psychiczny koszt. Do realnej pracy w związkach nikt się nie garnie. Rozdział o tym, jak polscy zarządcy wypaczyli japońskie zasady Toyoty, tworząc z fabryki w zasadzie obóz pracy, w którym pracownicy biegają jak chomiki w kołowrotkach i jeszcze pilnują się nawzajem, jeży włos na głowie. Trudno odmówić po lekturze racji jednej z bohaterek, która mówi, że jak człowiek rodzi się w Polsce, to jakby miał na plecach napisane Kunta Kinte (czyli niewolnik z powieści i serialu Korzenie). I nie trzeba być ochroniarzem wyrabiającym ponad 400 godzin miesięcznie, bo non stop w pracy jest też świetnie prosperujący finansowo trader (choć on przynajmniej coś z tego finansowo ponad egzystencjalne minimum ma). Jest i o mikroprzedsiębiorcach, soli tej ziemi, którzy, jak tylko mogą, tną koszty pracy. Na koniec rozdział o tych, co załapali się na „okno transformacji” i dzięki unikalnym kompetencjom odnieśli wielki sukces. Czy to obraz całościowy? Oczywiście, że nie. Czy to obraz prawdziwy? W dużym stopniu tak. Brakowało mi w nim jednak na przykład miejsca dla niepełnosprawnych, którzy na rynku pracy mają bardzo pod górkę mimo teoretycznie licznych systemowych ułatwień. I dla rzeszy ich opiekunów, których idiotyczne przepisy praktycznie wykluczają z rynku. Zamiast statystyk i mocno irytujących cytatów z Rafała Wosia mógłby autor zamieścić więcej problemowych historii. Poszerzyć perspektywę. Ale może jeszcze zdąży. Z perspektywy czasu całość oceniam lepiej niż bezpośrednio po lekturze, jako dobry i interesujący debiut. Istnieje coś więcej niż korporacje z wielkich miast. Praca nie ma u nas adekwatnej wartości, a pracownik żadnej. Opowieści o tym, że to on teraz rządzi na rynku, należy włożyć tam, gdzie ich miejsce. Między bajki.
sobota, 08 września 2018
Antychryst udomowiony (Terry Pratchett, Neil Gaiman, Dobry Omen)
Tę pozycję odkładałam długo, ale zapowiedź serialu BBC z Michaelem Sheenem i Davidem Tennantem w rolach anioła Azirafala i demona Crowleya zmotywowała mnie do nadrobienia zaległości. Jako że o polskim przekładzie krążą niezbyt dobre opinie, idąc za ciosem po Dresdenie, ponownie sięgnęłam po wersję oryginalną. Parę słów o fabule: po narodzinach Antychrysta dochodzi do pomyłki i chłopiec, zamiast wychowywać się wśród satanistów, dorasta w niewielkim, idyllicznym brytyjskim miasteczku, które kocha z całego serca. Gdy w jedenaste urodziny Adama pojawia się piekielny ogar, by stanąć u boku swego pana i pomóc mu sprowadzić Apokalipsę, ze zdumieniem odkrywa, że oczekuje się od niego raczej aportowania. Kiedy legiony Nieba i Piekła sposobią się do ostatecznego starcia, ich ziemscy wysłannicy – Azirafal, dawny strażnik wrót Raju, oraz Crowley, dawny Wąż, odkrywają, że przez sześć minionych tysiącleci przywiązali się do świata i zdecydowanie woleliby, żeby nie stanął on w płomieniach. Postanawiają sabotować Koniec Czasów. Tymczasem Czterej Jeźdźcy wsiadają na dwudziestowieczny odpowiednik imponujących rumaków, czyli motocykle, i wyruszają do siedziby Antychrysta, by wypełniło się to, co zostało przepowiedziane. A jest jeszcze Anatema Device, potomkini Agnes Nutter, jedynej prorokini w dziejach, która trafnie (choć bardzo enigmatycznie) przepowiedziała całą przyszłość, nim spłonęła na stosie.

Brzmi dobrze, prawda? Niestety, z wykonaniem jest troszeczkę gorzej. Początek wypada świetnie, podobnie jak końcowa ćwiartka, natomiast w środek wkrada się sporo chaosu i tempo zdecydowanie siada. Być może ma to pewien związek z faktem, że powieść pisały dwie osoby, w dodatku przesyłając sobie pocztą dyskietki i konsultując się przez telefon (Dobry Omen powstawał pod koniec lat 80.). Sam pomysł zamiany dzieci i zawiązania akcji był dziełem Gaimana, jak popchnąć akcję dalej, wymyślił natomiast Pratchett. On też stworzył niedocenioną przez jej współczesnych prorokinię Agnes Nutter i opisywał większą część perypetii Adama i grupki jego przyjaciół, w rodzinnym miasteczku znanych jako Oni. Gaiman prowadził motocyklistów Apokalipsy, a resztę napisali na przemian (Pratchett nieznacznie więcej, on też zredagował całość). Nie bez znaczenia jest też zapewne, że dla Gaimana był to pisarski debiut, a Pratchett miał wtedy na koncie dopiero dwa pierwsze, najbardziej slapstickowe i w zasadzie nieprzystające do reszty cyklu, tomy Świata Dysku, czyli Kolor magii i Blask fantastyczny. W dużym stopniu humor Dobrego Omenu jest podobny, co nie znaczy bynajmniej, że brakuje w nim zabawnych scen – przeciwnie, jest ich cała masa, może właśnie aż za dużo, przez co cierpi na tej ilości harmonijny rozwój fabuły. Zapewne inaczej odbieram tę książkę, bo znam cały późniejszy, o ileż dojrzalszy pod każdym względem, dorobek obu autorów. Jednak to, co charakterystyczne dla stylu każdego z nich, jest w niej już obecne i sprawia, że mimo pewnej sinusoidalności to wciąż bardzo przyjemna lektura. Zwłaszcza relacja anioła i demona opisana jest znakomicie. Mimo masy gagów nie brakuje też filozoficznej refleksji o wartościach fundamentalnych. Nienachalnej, pogodnej, pozbawionej dydaktyzmu i wplecionej mimochodem, czyli takiej, którą przyswaja się najlepiej. Gaiman, wypełniając ostatnią prośbę Pratchetta, pracuje nad serialem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znajdzie się w nim wszystko, co w tej książce najlepsze. Mimo pewnych zastrzeżeń bawiłam się przy lekturze bardzo dobrze i na pewno nie żałuję poświęconego jej czasu.

sobota, 01 września 2018
Ostateczne starcie z Czerwonym Dworem (Jim Butcher, Changes)
Wczoraj był Dzień Blogera. Z tej okazji daruję wam i sobie zaległe recenzje tak zwanej literatury ambitnej, w tym reportaży (jakoś łatwiej i przyjemniej mi się czyta reportaże niż o nich pisze, ciekawe, dlaczego?). W zamian zrobię przyjemność, nie ukrywajmy, głównie sobie, opisując wrażenia z lektury kolejnego tomu jednego z moich ulubionych cykli powieściowych, czyli Akt Dresdena. A przy okazji popsioczę trochę na bezlitosne prawa rynku. Changes to 12 z 15 dotychczas napisanych tomów cyklu. Po ostatnim autor ma dłuższą przerwę, ale może to i lepiej, bo przez lata pisał regularnie, utrzymując naprawdę wysoki poziom. Wiem, że powtarzam to za każdym razem i pewnie jestem już nie tylko nudna, ale i brzmię jak fanatyczna katarynka, niemniej: nie ma drugiego cyklu, który byłby tak dobry tak długo. A przynajmniej ja takiego nie znam. Autor cały czas dokłada coś zarówno do świata przedstawionego, jak i do historii, konsekwentnie udowadniając, że kolejne tomy nie stanowią odcinania kuponów, ale realizację planu, który, przynajmniej w ogólnych zarysach, istniał od samego początku. Jeden jedyny raz, na etapie Drobnej przysługi, miałam wątpliwości w tym względzie, bo, powiedzmy sobie szczerze, choć bardzo dynamiczny, nie wniósł ten tom za wiele nowego. Potem jednak był znakomity Zdrajca (premiera polskiego przekładu 28 lipca 2017 r.), który zaostrzył mój apetyt na ciąg dalszy. Będąc na urlopie, doszłam do wniosku, że nie chce mi się dłużej czekać na polskiego wydawcę, czyli Wydawnictwo MAG, i zabrałam się za lekturę oryginału. Bo polski wydawca ma gdzieś czytelników tego cyklu, który zresztą ma na naszym rynku wybitnego pecha. Pierwszy tom, czyli Front burzowy, ukazał się u nas nakładem Wydawnictwa Amber już w 2004 roku, czyli cztery lata po premierze oryginału. Amber zrobił do cyklu jeszcze drugie podejście, wznawiając go w formacie kieszonkowym od 2006 r. Jednak, za sprawą tragicznego tłumaczenia, nawet ja odpadałam na etapie tomu trzeciego, choć udało im się wydać pięć (premiera Śmiertelnych masek w lipcu 2005 r., zaledwie dwa lata po oryginale). Naprawdę polubiłam bohatera i zaciekawił mnie świat, ale nie da się ukryć, że to, co najlepsze w tej serii, zaczyna się od czwartego tomu. Tłumaczenie trzeciego tak mnie zniechęciło, że za pierwszym podejściem dalej nie dotarłam. I wtedy weszło Wydawnictwo Mag, które w 2011 roku przejęło prawa do cyklu i wydało pierwszy tom w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Porównanie tych dwóch przekładów (z Maga i Amberu) świetnie pokazuje, jak bardzo można książkę skrzywdzić i że każdą krzywdę da się naprawić. Niestety, jakkolwiek jestem wielką fanką talentu translatorskiego PWC, powierzenie mu tego akurat cyklu do tłumaczenia nie okazało się tak doskonałym wyborem, jak mi się pierwotnie wydawało (a zapewne wydawcy również). Nie wiem, jakie dokładnie były powody i czy odpowiadał za to wyłącznie tłumacz, ale przekład piątej części zaliczał sporą obsuwę (trzy pierwsze  ukazały się w ciągu roku, do października 2012, a czwarta w sierpniu 2013) i pojawił się dopiero w październiku 2015, po ponad dwóch latach przerwy, wraz z premierowym na polskim rynku tomem szóstym (przekładu dokonał już Wojciech Szypuła). Nie znam się, rzecz jasna, na biznesie wydawniczym, ale dosyć oczywiste wydaje mi się, że czytelnicy, którzy polubili cykl w poprzednim wydaniu, nie byli do tej pory zainteresowani wznowieniem. Cykl sprzedawał się poniżej oczekiwań i raczej upatrywałabym przyczyny w tej dwuletniej dziurze niż w czymkolwiek innym, ale co ja tam wiem. W porównaniu z paranormalami Cassandry Clare czy tomiszczami Brenta Weeksa to jest na pewno niszowe przedsięwzięcie, podobnie jak większość cykli wartych lektury. W każdym razie w 2016 roku wyszły trzy kolejne tomy, w 2017 roku dwa, a w 2018 nie będzie żadnego. Tymczasem Akta Dresdena są jak serial. Każdy tom czyta się kilka dni. Pokażcie mi człowieka, który będzie cierpliwie czekał na kolejny odcinek (nie sezon) serialu przez dwa lata. Nie znacie? No właśnie. Ja też już nim nie jestem, wyzbyłam się resztek poczucia winy względem wydawcy i zabrałam się za oryginał, bo mogłam.
Nie tylko nie żałuję, bo wbrew moim obawom nie miałam żadnych problemów językowych, również na poziomie znanych mi dotąd jedynie z tłumaczenia nazw własnych, ale i jestem bardzo zadowolona. Lektura uprzyjemniła mi urlop, pozwoliła przetrwać upały i ogólnopolski rekord ciepła, który akurat padł nad morzem (prawie 38 stopni). W warstwie językowej Butcher nie jest trudny, pisze dynamicznie, nawiązania do innych tekstów kultury też raczej udawało mi się identyfikować, tym razem dziwnym trafem były to głównie Gwiezdne Wojny. Changes znakomicie ilustrują przy tym mechanizm, o którym wspominałam na wstępie, gdyż główna oś fabularna stanowi bezpośrednią konsekwencję pojedynku z diukiem Ortegą z Czerwonego Dworu, który Harry stoczył w Śmiertelnych maskach (czyli 7 tomów wcześniej). Nie jest łatwo zabić wampira, zwłaszcza tak potężnego jak Paolo Ortega, i Dresdenowi się nie udało. Zrobił to jednak jego protektor, Ebenezar McCoy. Arianna Ortega, wdowa, odwlekała zemstę do czasu, gdy obok załatwienia prywatnych zaszłości mogła za jej sprawą wzmocnić swoją pozycję w hierarchii Czerwonego Dworu. Jednak posługując się jako zakładnikiem osobą najbliższą Dresdenowi, mówiąc bardzo łagodnie, nie postąpiła rozsądnie. Dla rodziny Harry gotowy jest prawie na wszystko, nawet na odrzucany konsekwentnie przez wiele lat układ z Mab. Jego własna moc nie wystarczy bowiem, by rzucić wyzwanie wierchuszce Czerwonego Dworu w samym sercu jej terytorium, czyli w Meksyku. Zarówno przygotowania, jak i samo starcie, tworzą pasjonującą całość, od której oderwać się podobnie trudno, jak np. od klasycznych przygód Indiany Jonesa. A dodatkowo autor do ostatniej chwili trzyma w rękawie kilka kart atutowych, po wyłożeniu których czytelnik musi zbierać szczękę z podłogi. Niby mimochodem stawia również bohatera w obliczu trudnych decyzji, każąc mu redefiniować w krańcowych okolicznościach rzekomo nienaruszalną hierarchię wartości. Słowem – kwintesencja rozrywkowej fantastyki, a dodatkowo coś więcej. Bardzo gorąco polecam. Cieszę się, że zostały mi jeszcze trzy tomy.
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka