sobota, 30 września 2017
Kilka refleksji Michała Kłobukowskiego o sztuce przekładu
Dziś Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Z tej okazji proponuję fragment rozmowy z Michałem Kłobukowskim (tłumaczem m.in. zbioru opowiadań 10 grudnia), zatytułowanej Wyrywanie wątroby, z książki Przejęzyczenie Zofii Zaleskiej, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Ku refleksji przy święcie i w ramach zachęty do lektury całości. Tradycyjnie też zapytam - macie swoich ulubionych tłumaczy? Dlaczego właśnie tych? I jak uważacie, czy Kłobukowski ma rację? Całość rozmowy opublikował Dwutygodnik.

Przyszłym językiem Europy jest przekład” – głosił dwadzieścia lat temu Umberto Eco. Od tamtej pory pojawiły się publikacje na temat teorii przekładu, poświęcone mu seminaria i kierunki uniwersyteckie, tłumacze dostają nagrody i wyjeżdżają na stypendia. Sytuacja tłumaczy nigdy nie była lepsza?
Rzetelnie potrafię powiedzieć tylko, czy i jak zmieniła się moja sytuacja, a na ile można to uogólniać – trzeba by się zastanowić. Poprawa sytuacji tłumacza wydaje mi się czymś co najmniej nieoczywistym. Owszem, mamy stypendia, nagrody i te wszystkie miłe rzeczy, które pani wymieniła – ale to są kwiaty na Dzień Kobiet, a codzienność wygląda zupełnie inaczej. W stopce pod recenzją teatralną wymienia się nazwiska czterech charakteryzatorek i ani jednego tłumacza. W umowach wydawniczych pojawiają się klauzule sprzeczne z prawem autorskim, a o brzmieniu tytułu często decyduje dział sprzedaży, którego pracownicy przeczytali książkę najwyżej raz, a nie kilka lub kilkanaście razy, tak jak przeczytał ją tłumacz. Po ukazaniu się Alicji w Krainie Czarów w przekładzie Elżbiety Tabakowskiej jakiś internauta napisał: „Fajne! Ktoś tłumaczył czy Googlem?”. I rzeczywiście zdarzają się ogłoszenia typu: „Poszukuję redaktorów do opracowywania tekstów przepuszczonych przez Google translator”. Niektórzy wydawcy zamawiają próbki przekładu kolejnych fragmentów książki u kilkunastu osób, a potem dają to komuś do zredagowania i mają tekst za darmo, a że bohaterowie mówią co chwila innym stylem i z kieszeni, do której schowali rewolwer, wyjmują pistolet, to już mniejsza. Wielu tłumaczy (zwłaszcza tłumaczących z angielskiego) nie zasługuje zresztą na dużo lepsze traktowanie. Mam wrażenie, że sztuka przekładu upada. Co nie znaczy, że już nigdy się nie podniesie i że w tym upadku nie ma chwilowych wzlotów.
Kiedyś było inaczej?
W PRL-u cykle wydawnicze były długie, nad książką pracowało się kilka lat, terminy były odległe, od korekty do korekty mijały długie miesiące, a na koniec książka zalegała jeszcze w wydawniczych szufladach. Zaletą tych skądinąd złych czasów był brak pośpiechu. Natomiast w tej chwili, po pierwsze – pośpiech jest wszechobecny, a po drugie – wszyscy tłumaczą. Za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś gazeta znowu zwolniła dwieście osób, myślę: no tak, teraz połowa z nich pójdzie tłumaczyć z angielskiego, bo uważają, że potrafią, a co gorsza, większość wydawców też tak uważa.
Dawniej zawód tłumacza literatury był bardziej zamknięty?
Tak. Ja sam przez długi czas trwałem w przekonaniu, że bardzo trudno jest zostać tłumaczem literackim. Kiedy zaczynałem współpracować z czasopismami, wyobrażałem sobie, że miną lata, zanim dostanę pierwszą książkę do zrobienia. W moim przypadku stało się to znacznie szybciej, ale znałem kilka osób ze swojego pokolenia, które niekoniecznie z braku talentu, ale po prostu z powodu braku zapotrzebowania na aż tylu tłumaczy, musiały zająć się czymś innym. Dziś jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem z łapanki.
To właśnie w tym umasowieniu zawodu upatruje pan przyczynę upadku sztuki przekładu?
Dzieje się tak z bardzo wielu powodów. Na pewno w znacznym stopniu winę za to ponosi zbytnia dostępność tego zawodu i nierzetelność wydawców. Poza tym doszło też do ogólnego upadku języka. Prawdopodobnie wynika on z tego, że czytamy coraz szybciej i coraz niechlujniej. Człowiek pisze mail i blog – albo co gorsza maila i bloga – i nikt tych tekstów po nim już nie poprawia, więc trafiają do czytelników w takiej formie, w jakiej spadły z palców na klawiaturę. Coraz bardziej nas to uodparnia na niechlujny i byle jaki język. Oczywiście nonszalancja też bywa w literaturze potrzebna. Jednym z kardynalnych błędów starszych tłumaczy było pedantyczne, polonistyczne tłumaczenie wszystkiego – nawet jeśli oryginał został napisany w pijanym widzie i wszyscy bohaterowie byli lumpami, to w przekładzie mówili jak profesorowie. Niechlujstwo bywa czasem wręcz wskazane, ale dziś najczęściej jest niezamierzone.
Absolutnym zabójstwem dla każdej sztuki jest pośpiech i krótkie terminy. Wydawca najchętniej dziś podpisałby umowę z agentem, a już nazajutrz miał gotowy przekład, żeby książka szybko przynosiła zysk. Oczywiście zdarzają się szlachetne wyjątki. Zbyt częste są jednak sytuacje, że na ekrany wchodzi filmowa adaptacja książki albo autor dostał nagrodę, albo po prostu książka musi być w księgarniach przed Gwiazdką – i wtedy nawet misterną, wymagającą wielu pomysłów prozę tłumaczy się w pośpiechu.
Zdarzało się to panu?
Tak, parę razy podjąłem się czegoś takiego, bo zależało mi na książce. Miałem ochotę ją przetłumaczyć i robiłem to w trzy miesiące, wściekając się, że nie mam na to roku. Wychodziło w miarę przyzwoicie, ale gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym to lepiej. Gdyby jednak taka książka trafiła do kogoś bardziej niefrasobliwego, czytelnicy dostaliby kolejny prezent w postaci marnego przekładu. Tak tworzy się błędne koło nakręcające psucie języka: im więcej złych przekładów, tym więcej następnych złych przekładów i w ogóle byle jak napisanych tekstów. To niechlujstwo nie jest związane z nadejściem młodego pokolenia tłumaczy, zdarza się też ludziom bardzo doświadczonym. Coraz więcej osób wykształconych posługuje się językiem z klocków („robi się grubszy” zamiast „grubieje”) i używa skundlonych idiomów. Czytałem niedawno, że ktoś kogoś „pobił na łeb, na szyję”, zamiast „na głowę”. I tak dobrze, że nie „na złamanie karku”.
Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić.
„Poezją jest to, co przepada w tłumaczeniu” – mówił amerykański poeta Robert Frost. Co umyka w tłumaczeniu?
Wiele rzeczy, choć zdarzają się przekłady lepsze niż oryginał. Najczęściej świadczy to o tym, że był on językowo nieporadny. Każdy pisarz, który jest cokolwiek wart, stara się przynajmniej chwilami pisać tak, jak nikt przed nim. Używa śmiałej składni, nieoczekiwanych zestawień słów, szuka swojego indywidualnego języka. Potem pojawia się tłumacz, a trzeba pamiętać, że nawet najbardziej utalentowany tłumacz zazwyczaj jest większym konserwatystą językowym niż autor. Dlatego nawet przy najlepszych chęciach w przekładzie następuje przeważnie mniejsze lub większe spłaszczenie stylistyczne w stosunku do oryginału. Potem wkracza redaktor, który jest jeszcze bardziej zachowawczy językowo – nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują. To jest kwestia psychologiczna, kwestia pewnej śmiałości, wzięcia odpowiedzialności za słowo i powiedzenia: ja to tak właśnie napisałem. Na końcu przychodzi korektor i jeszcze bardziej wyprasowuje tekst, jeśli mu się tego nie udaremni. To wszystko psuje przekład.
niedziela, 24 września 2017
Premierowy konkurs z Dwiema kartami Agnieszki Hałas - wyniki
Tydzień się kończy, więc - zgodnie z obietnicą - po konsultacjach jury ogłaszam wyniki konkursu. Dwie karty zdobywa Kasiek za Eliksir na otworzenie ludzkich umysłów na to, co filozofom się nie śniło.
Gratuluję i proszę o podanie adresu do wysyłki wraz z deklaracją w kwestii autografu (ma być, czy nie, a jeśli oprócz tego dedykacja, to dla kogo) na adres agnieszka.chojnowska[at]wp.pl.

sobota, 23 września 2017
Możesz próbować ucieczki, ale Amgash zabierzesz wszędzie ze sobą (Elisabeth Strout, Mam na imię Lucy)

Mieszkaliśmy w dolinie Sauk, gdzie można ruszyć przed siebie i dojrzeć najwyżej jeden albo dwa domy otoczone polami. Jak już wspomniałam, obok naszego nie stał żaden. Żyliśmy wśród ciągnących się po horyzont łanów kukurydzy i soi, a za horyzontem była świńska farma Pedersonów. Pośrodku pola kukurydzy rosło drzewo. Uderzała nas jego surowość. Przez wiele lat uważałam je za przyjaciela. Było moim przyjacielem. Nasz dom stał przy bardzo długiej polnej drodze nieopodal Rock River i kilku drzew chroniących pola kukurydzy przed wiatrem. Nie mieliśmy w pobliżu żadnych sąsiadów. Nie mieliśmy też telewizora, gazet, czasopism ani książek. 

 Tak dorastała Lucy Barton, jedna z trójki rodzeństwa, jedyna, której – dzięki ciężkiej pracy i wrodzonej inteligencji – udało się wyrwać z małego miasteczka i szponów społecznego ostracyzmu, jaki otaczał jej ubogą rodzinę. Być może odniosła sukces także dlatego, że zimą po lekcjach dobrowolnie zostawała w szkole, żeby nie marznąć, gdyż w jej własnym domu było bardzo zimno. W pustej klasie mogła skupić się na nauce i odrabianiu prac domowych. Od samotności uciekała w książki i marzyła o zostaniu pisarką. Dostała pełne stypendium na uczelni na przedmieściach Chicago, gdzie poznała swojego przyszłego męża. A jednak ciągle towarzyszył jej strach, że przez swoje luki w wiedzy o kulturze masowej zostanie zdemaskowana jako nieprzynależąca do studenckiej braci. Najbardziej bała się mimo wszystko czego innego:

Pamiętam jedno. Kiedy przyjechałam do domu na Święto Dziękczynienia, w nocy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że moje życie na uczelni to tylko sen. Bałam się, że po przebudzeniu znów utknę w tym domu i zostanę w nim na zawsze, a wydawało mi się to nie do zniesienia. Pomyślałam: nie, i powtarzałam to słowo w myślach tak długo, że w końcu zasnęłam.

Ten strach zatruwał jej każdy sukces, mącił każdą satysfakcję.

 Strout proponuje tym razem wyjątkowo przejmującą historię, być może nawet lepszą niż Olive Kitteridge, choć pod wieloma względami bardzo do niej podobną. Kameralną, rozgrywającą się – poza retrospekcjami – głównie w szpitalnej sali, gdzie protagonistka zmuszona jest z nie do końca jasnej przyczyny walczyć o życie przez dziewięć długich tygodni. Nas interesuje jednak głównie kilka dni, gdy przy łóżku Lucy czuwa matka. Opowiada córce różne historie o ludziach  z rodzinnego miasteczka, które wywołują u niej refleksje i wspomnienia na co dzień pieczołowicie spychane na margines świadomości.

Jest to opowieść o zasłużenie  spełnionych marzeniach, których słodycz zatruwa poczucie zdrady. Odcięcie się od korzeni i od trudnej przeszłości nie udaje się Lucy do końca, a wszelkie prywatne niepowodzenia kobieta postrzega jak zasłużoną karę za to, że zerwała więzi z rodziną, wybierając miłość do męża. Za swój wstyd. Za to, że matka nigdy nie okazywała jej miłości. Lucy jest skonfliktowana wewnętrznie, dręczy ją paradoksalna potrzeba, by matka, która nie walczyła o swoją obecność w jej dorosłym życiu, a w dzieciństwie nie wywiązywała się ze swojej roli, okazała jej zainteresowanie i uznanie. W głębi serca, nawet już jako odnosząca sukcesy nowojorska pisarka, Lucy na zawsze pozostaje dzieckiem z Amgash, które szukało ciastek w śmietniku za cukiernią i w Święto Dziękczynienia chodziło na obiad dla ubogich.

Przecież styl to treść – mówi w pewnym momencie Lucy swojemu przelotnemu kochankowi, malarzowi i snobowi. I taka też jest proza Strout, tym bardziej przejmująca i bardziej trafiająca w sedno, im bardziej pozbawiona ozdobników i lapidarna. Zupełnie jak życie.

sobota, 16 września 2017
Grunt to rodzinka, chyba że kto rodzinkę niefajną ma (Bloodline, Ozark i Atypical)

 Czyli o serialach obejrzanych ostatnio, w których rodzina jest kluczowa. Wszystkie dostępne na Netfliksie, do którego jednak łatwo się przyzwyczaić, bo jest, skubaniec, wygodny.

Bloodline to serial, do oglądania którego zabierałam się przez trzy lata, aż się zebrałam, jak się skończył (i w sumie dobrze się stało, że w wakacyjnej przerwie, bo inaczej nie wiem, czy miałabym cierpliwość do całości). Chciałam obejrzeć dla Kyle’a Chandlera, którego zapamiętałam jako charyzmatycznego trenera footballu z Friday Night Lights. A skończyło się na tym, że pierwszy sezon dokończyłam głównie dla Bena Mendelsohna, czyli jego serialowego brata Danny’ego, czarnej owcy rodu Rayburnów. Familia ta od lat prowadzi pensjonat na Florydzie i udaje jej się wszystko (łącznie z dziećmi – policjantem Johnem granym przez Chandlera, prawniczką Meg i właścicielem przystani Kevinem, najmłodszym z synów, wciąż niedorosłym mentalnie). Jedynie najstarsza latorośl, czyli Danny, się wypaczyła. Stąd nikt się nie cieszy, gdy z okazji rodzinnej uroczystości postać grana przez Mendelsohna wraca do domu i okazuje się, że chce zostać i pracować w rodzinnym biznesie. Danny wiele ma rodzicom i rodzeństwu za złe, jak się stopniowo okazuje – więcej niż zasadnie. Rodzinna sielanka Rayburnów to tylko krucha fasada, która nie wytrzymuje powrotu osoby nieustannie przypominającej samym swym widokiem wszystkie mroczne sekrety przeszłości. A Danny nie ogranicza się do milczącej obecności, o nie, jest jednostką bardzo ekspresyjną i ekspansywną, niepoddającą się sile konwenansów. To się nie może dobrze skończyć. I istotnie kończy się źle, co zapowiadają retrospekcje umieszczone w każdym odcinku (narracja jest poprowadzona dosyć ciekawie). Pierwszy sezon, choć formalnie najciekawszy, jest zarazem najbardziej rozwlekły, co może i miało służyć budowaniu napięcia, ale retardacje poszły zdecydowanie za daleko. W dwóch kolejnych odsłonach dzieje się już więcej, ale zdecydowanie bardziej bezsensownie (za dużo życzeniowego myślenia u scenarzystów), szczególnie sam finał mocno rozczarowuje. Niemniej, mimo niewykorzystania pełni potencjału pomysłu wyjściowego rzecz jest na tyle interesująca, że nie żałuję poświęconego jej czasu. Dużo dobrego aktorstwa, w tym Sissy Spacek w roli matki i żony, ostoi pensjonatu – Sally Rayburn. 7/10

Ozark to taki miks Breaking bad i Justified. Główny bohater, genialny inwestor giełdowy Marty Byrde (Jason Bateman, znakomita kreacja i chyba największy walor serialu) wraz ze wspólnikiem pierze pieniądze kartelu narkotykowego w swojej firmie w Chicago. Żona Marty’ego, Wendy (Laura Linney), niegdyś pośredniczka w handlu nieruchomościami, a teraz pełnoetatowa kura domowa, nudę i osamotnienie osładza sobie skokiem w bok. Nie wie tylko, że zdrada nie jest już jej tajemnicą. I akurat ten moment kartel wybiera sobie na test lojalności. Gdy wychodzi na jaw, że jego wspólnik okradał mafię, Marty, by ocalić życie, wraz z całą rodziną (w tym córką w wieku licealnym i kilka lat młodszym synem) przenosi się do Ozark w stanie Missouri. Ma tam zorganizować pranie pieniędzy na o wiele większą skalę niż dotychczas. Jeśli nie wypierze pięciu milionów dolarów w trzy miesiące, zginie.  A musi jeszcze użerać się z dzieciakami i rozpadem swojego małżeństwa. Mimo intrygującego otwarcia pierwsza połowa serii jest nierówna, a niektóre zwroty akcji wręcz groteskowe. Na szczęście dalej robi się o wiele ciekawiej, gdy plany biznesowe Marty’ego zakłócają lokalny ekosystem kryminalny, i w rezultacie po finale perspektywa drugiego sezonu cieszy. 7,5/10

Atypical to serial, którego głównym bohaterem jest Sam, licealista ze stosunkowo łagodną postacią autyzmu. Motor napędowy fabuły to marzenie chłopaka o tym, żeby mieć dziewczynę (do tej pory interesowały go głównie pingwiny). Osiem trzydziestoparominutowych odcinków daje nam wgląd nie tylko w romantyczne potyczki nietypowego, zgodnie z tytułem, protagonisty, ale też w to, jaki wpływ mają one na życie całej jego rodziny. Nadopiekuńcza matka (w tej roli mocno przerysowana i często groteskowa, ale i tak znakomita Jennifer Jason Leigh) zostaje nagle zepchnięta na boczny tor, Sam polega bardziej na radach ojca (Michael Rapaport, którego dotąd znałam tylko z roli Daryla Crowe’a w Justified, więc to ciekawa zmiana emploi), z którym dotąd nie łączyła go nić porozumienia. Ojciec się z tej zmiany cieszy, matka nie potrafi się w nowej dynamice odnaleźć. Jest i starsza siostra Casey, odnosząca sukcesy biegaczka, której problemy (nowy związek, szansa na stypendium sportowe w elitarnej szkole) zawsze pozostają na dalszym planie, bo najważniejszy jest Sam. Mimo licznych uproszczeń i mało realistycznych rozwiązań (dziewczyna na pierwszej randce proponuje Samowi seks, zaraz potem pojawia się następna kandydatka na partnerkę) całość jest ciekawa i w sumie dosyć zabawna, choć nie stroni od poważniejszych aspektów i chwilami miewa nachalnie edukacyjny charakter. 7/10

czwartek, 14 września 2017
Premierowy konkurs z Dwiema kartami Agnieszki Hałas
Za chwilę dalszy ciąg programu, a tymczasem gratka dla czytelników bloga, którzy chcieliby mieć na własność świeżo wznowione Dwie karty, pierwszy tom Teatru Węży Agnieszki Hałas. Konkurs z taką właśnie nagrodą - na życzenie zwycięzcy opatrzoną autografem autorki:)

Żeby wygrać, trzeba grać, a zadanie konkursowe jest następujące: puśćcie wodze wyobraźni i wymyślcie jakiś magiczny eliksir. Opiszcie recepturę (składniki), nazwę i właściwości (sposób działania). Najciekawszy przepis wygrywa. Oceniamy kolegialnie: ja i Agnieszka Hałas, która wymyśliła zadanie konkursowe i zafundowała nagrodę.
Odpowiedzi proszę zamieszczać w komentarzach pod tym postem do 23:59 w dniu 21 września (czwartek).
Wyniki do końca przyszłego tygodnia na blogu.

Dla przypomnienia oraz zachęty moje wpisy o Dwóch kartach i Krzyczącym w Ciemności. Powodzenia! Niech mistrz eliksirów Severus Snape będzie z wami:)
sobota, 09 września 2017
Opowieść niosąca odpowiedź (Anna Kańtoch, Niepełnia, przedpremierowo)

Komu spodobało się Czarne, ten wyzwaniem, jakie stanowi lektura najnowszej powieści Anny Kańtoch, zatytułowanej Niepełnia, będzie zachwycony. Choć na żadnej innej płaszczyźnie poza tym, że ich forma jest zaproszeniem dla czytelnika do zdekodowania nieoczywistego przesłania, utwory te nie są podobne.

Struktura Niepełni ma unikalny charakter, który łatwo przegapić, bo w pierwszej chwili wszystko wydaje się zwodniczo proste. Na prowincjonalnym posterunku policji, przed zmęczoną funkcjonariuszką, która w zasadzie powinna już skończyć dyżur, siedzi chłopak, znaleziony w opuszczonym domku letniskowym, i próbuje wytłumaczyć, co tam właściwie robił. Policjantkę nie bardzo to obchodzi, ale ponieważ śnieżyca uwięziła ich oboje w tym miejscu, nie wiadomo na jak długo, z braku alternatywy zaczyna słuchać dziwnej, niby zupełnie niezwiązanej z sytuacją, opowieści zatrzymanego. Jest to opowieść o dziewczynie, która tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2015 zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach na katowickim rynku. Stanowi pierwsze ogniwo misternego łańcucha powiązanych ze sobą historii. Jak w matrioszce, w pewnym momencie bohaterowie każdej fabuły trafiają na następną, w której znowu ktoś inny czyta o losach kolejnych postaci. Powstaje intrygująca spirala różnorodnych gatunkowo i tematycznie opowieści, zapisanych czy to na stronach internetowych, czy na zwykłych, pokrytych wyblakłymi śladami ołówka kartkach. Spirala, która wciąga tak bardzo, że nie sposób wyrwać się z jej meandrów przed dotarciem do ostatniej kartki.

Wspólne mianowniki są liczne. Ten sam biały dom, z osobną piwnicą, w gminie Radziechowy, nieopodal Golgoty Beskidów. W każdej opowieści para bohaterów – mężczyzna i kobieta (czasem dziewczyna i chłopak). Oprócz jednej, której protagonista ma jednocześnie cechy męskie i żeńskie. Ulotny zapach cytrusów. Atmosfera tajemnicy i zagrożenia. Dziwne, niewytłumaczalne zniknięcia i desperackie poszukiwania. Sporo pozorów i kłamstw. Liczne trupy, lub przynajmniej domniemane trupy. I te metaforyczne, chowane w szafie przeszłości, z której lubią nieoczekiwanie wypadać, i jak najbardziej dosłowne. Powracający motyw White Christmas, melodii tak idyllicznej, że aż ironicznej, jeśli wziąć pod uwagę, dla czego stanowi podkład dźwiękowy. Jak łatwo zgadnąć, podobieństwa nie są kwestią przypadku. Niepełnia to precyzyjna, spójna konstrukcja, w której każdy element ma znaczenie.

Co łączy dwójkę maturzystów, dwójkę studentów kulturoznawstwa, dawną licealna parę i rodzeństwo włamujące się do letniskowych domów po sezonie? Jaką rolę pełni w historiach wszystkich bohaterów biały dom, przyciągający ich niczym magnes? Czemu służy opowieść snuta przez dziwnego chłopaka na policyjnym posterunku? Niepełnia, najnowsza pozycja w serii wydawnictwa Powergraph Kontrapunkty, to wiele więcej niż odpowiedź na wszystkie te pytania. Przekonajcie się sami, premiera już 29 września 2017.

P.S. Polecam też (choć może lepiej po lekturze) bardzo ciekawą rozmowę o książce, jaką z autorką, przy okazji prapremiery na tegorocznym Polconie, przeprowadził Stanisław Krawczyk.

niedziela, 03 września 2017
Lato z kryminałem 2017 (2): Smak strachu, Co nas nie zabije, Karambol, Oczy Eugene'a Kallmana
Zajęłam się tego lata cegłami rozmaitego autoramentu i trochę zaniedbałam kryminały. W ostatnim czasie nieco się na tym polu zrehabilitowałam, czego rezultaty przedstawiam poniżej.

Hakan Nesser Oczy Eugene'a Kallmana - to w zasadzie nie do końca kryminał, choć są tajemnicze zgony i kilku detektywów-amatorów (uczniowie i nauczyciele liceum z niedużego szwedzkiego miasteczka). Nesser w kilku ostatnich powieściach próbuje czegoś nowego, wyzwalając się z ram wymogów literatury gatunkowej. W sumie mam w stosunku do tej książki nieco mieszane uczucia i bynajmniej nie dlatego, że oczekiwałam klasycznego kryminału. Według mnie ten rozpisany na kilka zróżnicowanych głosów i na kilka planów czasowych obyczajowy obraz prowincjonalnej rzeczywistości jest bardzo zajmujący, a element kryminalnej intrygi wręcz mu ciąży. A już najbardziej niepotrzebny jest komponent fantastyczny, czyli rzekoma moc spojrzenia Kallmana. Nie jest to najlepszy Nesser, ale nawet nie najlepszy Nesser jest dobry.

David Lagercrantz  Co nas nie zabije - czwarty to Millenium, po który sięgnęłam na fali reklam kolejnej części i zapotrzebowania na odmóżdżacz. Choć trylogię Larssona przeczytałam z przyjemnością, byłam zdania, że jest w niej wiele irytujących elementów i przede wszystkim masa zbędnego pustosłowia. Fanfik Lagercrantza od części tych wad jest wolny - przede wszystkim bardziej skondensowany i mniej naszpikowany reklamami, co się chwali. Brak mu jednak także pazura, który Larsson mimo wszystko, nawet z poprawką na różne mało prawdopodobne zagrywki fabularne, miał.  Jest to całkiem zajmujący, ale w sumie bardzo przeciętny i nie stroniący od wyświechtanych motywów (genialny autysta, i to z akurat takim kombo talentów, jakie jest niezbędne fabularnie, dobra i zła bliźniaczka) thriller. Czyli można, ale nie trzeba.

Sarah Hillary Smak strachu to była u mnie powieść ostatniej szansy dla Marnie Rome i Noaha Jake'a. Szczęśliwie autorka zaproponowała tym razem lepszą i mniej przewidywalną historię niż w mocno rozczarowującej Nie ma innej ciemności. Najnowszy zwyrodnialec opiekuje się bezdomnymi dziewczętami, które zgarnia z ulic, ubiera w mundurki i w zamian za poczucie bezpieczeństwa oraz dach nad głową wymaga, by nie dorastały. Jest jednak tak zafiksowany na swoim urojonym obrazku idealnej rodziny, że umykają mu pewne drobne, ale istotne szczegóły. W końcu misterna konstrukcja zaczyna się sypać, a odrzucone fragmenty stają się przedmiotem śledztwa. Nie powiem, tym razem intryga jest bardzo wciągająca i potrafi autentycznie zaskoczyć. Wielką zaletą jest zminimalizowanie do minimum wewnętrznych dylematów Marnie i Noaha, które poprzednią powieść niemal mi obrzydziły. Tę mogę polecić z czystym sumieniem, jedynie nieznacznie ustępuje świetnemu W obcej skórze.

Hakan Nesser Karambol - cykl z - na tym etapie już byłym - komisarzem Van Veeterenem i ekipą śledczych z Maardam oszczędzam sobie i czytam po jednym tomie rocznie. Tegoroczna odsłona była bodaj najlepszą z dotychczasowych, a to sporo znaczy, bo to równa i niebanalna seria. Przesądza o tym niezwykle zgrabna fabularna konstrukcja, w której fatalnie skumulowane zbiegi okoliczności (oporna dziewczyna, uciekający autobus, deszczowa pogoda, brak wolnej taksówki) zapoczątkowują ciąg upadających kostek makabrycznego domina. Czy, jak chcą bohaterowie, interakcję bilardowych kul. Jedną z tych padających kostek jest syn Van Veeterena, co sprawia, że do wyjaśnienia sprawy rzucone zostają wszystkie policyjne zasoby. Nie na wiele się to jednak zdaje, bo to złożona historia. Kryminał na najwyższym poziomie i zarazem traktat filozoficzny. Tak się to powinno robić. Gorąco polecam.
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka