niedziela, 16 lipca 2017
Zybork zły - i to nie tylko metafora, ale i ostrzeżenie (Jakub Żulczyk, Wzgórze psów)

Po miesiącach czytelniczo tłustych przychodzą miesiące chude – tak musi być. Ale kiedy cegła na 864 strony okazuje się mizerotą możliwą do sensownego i bardziej strawnego od oryginału skondensowania na maksymalnie dwustu pięćdziesięciu, uważam, że jako czytelnik mam prawo być zła. Normalnie powiedziałabym, że przede wszystkim na siebie, ale w tym wypadku czuję się oszukana przez autora. Bo wcześniej pokazał, że umie napisać naprawdę dobrą (choć nie tak genialną, jak powszechnie twierdzono), intrygującą formalnie i wciągającą powieść. Gdyby nie Ślepnąc od świateł, żadna siła nie skłoniłaby mnie do sięgnięcia po Wzgórze psów Jakuba Żulczyka. A tak byłam ciekawa. I ciekawość okazała się pierwszym stopniem może nie do piekła, ale do krainy coraz to większych negatywnych zaskoczeń. Najlepiej podsumował to sam autor, choć zapewne miało to być takie ironiczne mrugnięcie do czytelnika:

 Oczywiście książka jest kupą gówna. Dobra, kupą to może za dużo powiedziane. Taką sowitą, stołową łyżką gówna. Jest chyba gorsza niż moja pierwsza książka. Miała być o powrocie, a w sumie jest chyba o niczym. Historia jest szczątkowa. Człowiek, czyli ja, chodzi po mieście, w którym kiedyś mieszkał. Zagląda w kolejne okna. Szuka śladów życia. Spotyka duchy. Próbuje z nimi rozmawiać. Kurwa, nawet nie ma sensu tego opowiadać. To po prostu zdania. Zajęły w sumie półtora zeszytu. To zasadniczo niewiele, ale mam nadzieję, że wystarczy. Musi wystarczyć, bo więcej nie będzie. Więcej nie da rady. Muszę przepisać ją na komputerze, aby wysłać plik mojemu agentowi. To będzie jeszcze gorsze niż pisanie, ale gdy to zrobię, on wyśle mi zaliczkę, którą wytargował z jakimś kolejnym wydawnictwem. Kupę forsy. Z pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nie mam pojęcia, jak on to zrobił, i nie mam zielonego pojęcia, co ja z tym zrobię. W każdym razie kazałem mu przysiąc, że nie będzie żadnych wywiadów. Żadnych zdjęć. Żadnego przyjeżdżania tutaj. Żadnego zawracania głowy ani mnie, ani nikomu innemu. Po prostu: tekst, pieniądze, cześć. Poinformowałem go, że może wysłać mi jeden egzemplarz.

Grzesiek powiedział, że jest niezła, chyba lepsza od tamtej, chociaż zupełnie nie rozumie, o co w niej chodzi.

– Jak będzie się nazywać? – pyta Kaśka.

– To ważne? – odpowiadam.

– Ważne – mówi. – To zajebiście ważne.

– Wzgórze Psów – odpowiadam po dłuższej chwili.

– Niezły, poetycki taki – mówi głos za mną, głos mężczyzny, głos jak mróz, głos, który gdyby tylko chciał, mógłby zmrozić całą tę kiełkującą trawę.

Co poradzę, autorecenzja Mikołaja Głowackiego idealnie podsumowuje moje odczucia co do Wzgórza psów. No, niemal idealnie, bo dochodzi jeszcze srogi żal, że autor nie poszedł w ślady swojego bohatera i nie ograniczył się objętościowo. Jest to bowiem właśnie historia o powrocie w rodzinne strony bohatera – autora jednej świetnej książki, w której zniszczył rodzinne mazurskie miasteczko w Polsce C. A zniszczył, bo obwiniał się o śmierć swojej byłej dziewczyny, o śmierć swojej matki, i musiał tę winę przerzucić gdzie indziej. Sukces debiutu zniszczył z kolei samego Mikołaja, który za niesamowitą furę hajsu, jaka na niego nieoczekiwanie spadła, chciał kupić sobie ucieczkę od poczucia winy. Resztki pozbierała z ziemi Justyna, dziennikarka pracująca w dziale reportażu Krajowej (czemuż nie Wyborczej?), i nawet się z tymi zreanimowanymi resztkami hajtnęła. Tylko że Mikolaj się nie starał, nie chciał napisać kolejnego hitu, chałturzył, a Justynę zwolnili. W efekcie oboje muszą wrócić w rodzinne strony Głowackiego, a swoje kupione na kredyt lokum w stolicy wynająć Portugalczykom. Będą mieszkać z ojcem Mikołaja, trzeźwym alkoholikiem, despotą, inicjatorem referendum przeciw uwikłanej w sitwę burmistrzowej, jego drugą żoną Agatą, alkoholiczką jak najbardziej pijącą, choć dyskretnie i głównie małpki kolorowych wódek, i dwójką ich dzieci – Jankiem i Joasią. Na tym samym podwórku stoi drugi dom, w którym mieszka rozwiedziony młodszy brat bohatera – Grzesiek. Grzesiek pije, gra na automatach, a jego małżeństwo się rozpadło, wcale nie dlatego, że żona to zła kobieta była.  W tę idyllę wkroczy jednak prawdziwe zło, kiedy zaczną znikać kolejni mieszkańcy Zyborka. Ktoś tutaj wymierza starotestamentową, choć odroczoną o kilkanaście lat, sprawiedliwość, obnażając przy okazji lokalny układ. Klucz do tajemnicy tkwi w przeszłości, w wydarzeniach lata 2000, które zniszczyło Mikołaja.

Nie brzmi źle, prawdaż? Czytać w sumie też się daje, ale żeby bezboleśnie, to już nie mogę uczciwie powiedzieć. Przede wszystkim główną treść stanowi niepotrzebna do niczego wata słowna. Drobiazgowe opisy tego, kto którą ręką ruszył, a którą brew podniósł, nie są bynajmniej najgorsze. Wszechobecne „aby” we wszelkich odmianach być może tylko mnie doprowadzało do szału, ale w sumie to nieszkodliwy drobiazg. Najgorsze są przemyślenia bohaterów-narratorów (głównie Mikołaja i Justyny), niezróżnicowane na poziomie stylistycznym w żaden sposób (osobę aktualnego narratora identyfikują końcówki gramatyczne),  idealnie przezroczyste (jak nie znoszę tego określenia-wytrycha, tak do tej jednostajnej brei myślowej pasuje jak ulał).

Uczucia kiedyś cię zabiją. Jak mają cię nie zabić, skoro poza nimi nic nie ma? Najwyżej jakaś ziemia, jakieś słońce. Generalnie coś, co tam sobie istnieje, coś poza tobą. Rośliny, zwierzęta. Niech sobie istnieje. I tak przestanie istnieć razem z tobą. Dla człowieka człowiek to wszystko, co ma. Człowiek to worek uczuć, ślepych jak pożar. Człowiek bez przerwy wpatruje się we własne uczucia tak jak w pożar.

Mój dom jest w brzuchach robaków.

Kto wie? Ilu z nich wie, o co chodzi? Za wszystkimi zamkniętymi drzwiami komend i urzędów, domów, mieszkań w blokach. Ilu z nich się boi? Ilu uważa, że szatan istnieje i w każdej chwili może przyjść, i uciąć im głowy, i zjeść ich dzieci?

Kalt to szatan, może mają rację, ale czy to on jest prawdziwym złem?

Czy diabły mogą zabijać inne diabły? Czy właśnie to nie byłaby idealna sytuacja, pozwolić wszystkim diabłom pozabijać się nawzajem?

I Żulczyk tak potrafi całymi stronami, wcale go to nie męczy ani nie żenuje. Ciężko to znieść, by dobrnąć do ciekawszych kawałków. A im dalej w treść, tym mocniej proporcje słownej waty i pseudofilozofii do fabularnego mięsa (bo w warstwie literackiej jest tu niestety, obawiam się, tylko najtańsza mielonka z puszki)  zmieniają się na korzyść waty. Fabularny kotlet zaś też koniec końców okazuje się wielokrotnie odgrzewanym schematem. A już ten geniusz zła Kalt to postać iście komiksowa, nie dziwota, że musi przeciw niemu stanąć lokalne wcielenie Punishera.

U Smarzowskiego to zadziałało, bo było skondensowane do niecałych dwóch godzin, dobrze wyreżyserowane, zrealizowane, zagrane, a przede wszystkim intrygujące i trzymające w napięciu. U Żulczyka tajemnica tonie w bezsensownej paplaninie, a groza stępiona jest groteską. Zabójczo skutecznie. Najgorsza powieść, jaką przeczytałam w tym roku.

sobota, 08 lipca 2017
Serialowisko 2017 (4)
Czyli końcówka sezonu.

Better Call Saul - sezon 3 - zdecydowany faworyt zestawienia. O ile w poprzednim sezonie tempo rozwoju wydarzeń zaczynało mnie już irytować mimo całego przywiązania do bohaterów, to w tym wszystko było skalibrowane idealnie. Wszystkie wątki ruszyły, co więcej, w końcu doszło do przełomu w najważniejszym, dotyczącym relacji Jimmy'ego z bratem. Wprost nie mogę się doczekać dalszego ciągu. 8,5/10

Fargo - sezon 3
- mimo mocno niemrawego i nieproporcjonalnie rozbudowanego początku oraz dodatkowych dziwnych wstawek narracyjnych pod koniec sezon złapał tempo. Nieco paradoksalnie, w sumie głównie dzięki kreacjom aktorskim, sezon - przez większość odcinków rozlazły jak nieszczęście i słabszy od poprzedniego - wypadło ostatecznie ocenić lepiej. Wystarczy, że w finale nie było UFO. Za to główny Zły, czyli Varga, był absolutnie obrzydliwy. Te zęby, w połączeniu z dłubaniem w nich, sprawiały, że za każdym jego pojawieniem się na ekranie było mi niedobrze, co w sumie chyba świadczy o geniuszu Davida Thewlisa (i pomyśleć, że to poczciwy Lupin z Harry'ego Pottera!) oraz autorów castingu. 7/10

The Americans - sezon 5
- jestem wielką fanką tego serialu i cieszę się, że w końcu zaczął dostawać zasłużone od lat nagrody, ale ten sezon był mocno statyczny, i to także na polu relacji między bohaterami oraz ich wewnętrznej ewolucji, na czym wyraźnie koncentrował się scenariusz. Powstało wrażenie krążenia w kółko i międlenia tych samych problemów. Fajny wątek w ZSRR z Burowami, ale końcówka mocno przewidywalna. 7,5/10

American Gods
- mimo niezłego otwarcia odcinki 2 i 3 okazały się pewnym rozczarowaniem. Na szczęście popisowy numer Fullera, czyli kobieta wracająca z martwych (żona Cienia, Laura), tchnął w opowieść życie. Bardzo podobał mi się odcinek w całości poświęcony Szalonemu Sweeneyowi, retrospekcje dotyczące relacji Cienia z żoną, no i finał - ciekawa interpretacja Wielkiejnocy, typowo Fullerowska wizualnie, a pod względem wymowy wierna duchowi powieści. Taki jest zresztą cały serial (wstawki o poszczególnych bogach, z cyklu Przybycie do Ameryki, w większości udane), choć podejrzewam, że mimo wszystko bardziej przypadnie do gustu fanom Fullera niż Gaimana. Gwiazdą na firmamencie castingu jest bezspornie Ian McShane, czyli niezapomniany Al z Deadwood, jako pan Wednesday. Anansi nie do końca mnie przekonał. Wg mnie warto zobaczyć i ciekawa jestem, jak się to rozwinie. Oby Fuller tradycyjnie dla siebie nie skręcił w krainę własnych fascynacji. 7/10

Sillicon Valley po raz pierwszy mnie nużyło. Zaczęło zjadać własny ogon i poza momentami (romans Danesha z hakerką!) nie jest już tak zabawne jak dawniej. Szkoda.
niedziela, 02 lipca 2017
Lato z kryminałem 2017 (1): M&M, czyli Marinina i Marwood
Życie po życiu to była Kamieńska ostatniej szansy. Albo będzie dobra, albo żegnam się z cyklem na zawsze, bo ostatnio przynosił same rozczarowania. Cóż, Marinina znowu zdołała przekonać mnie swoją historią, więc z Nastią się jeszcze spotkamy. Tym razem wydająca Kamieńską na emeryturze Czwarta Strona zdecydowała się przedstawić czytelnikom pierwszą sprawę byłej analityczki kryminalnej w sektorze prywatnym. W prowincjonalnym Tomilinie ktoś zamordował, w odstępie półrocznym, w przedziwny i identyczny sposób, dwie starsze panie. Jedna wracała z wieczoru artystycznego znanej aktorki, druga, emerytowana śledcza prokuratury, została znaleziona na budowie. Łączyła je przynależność do zaskakująco nowoczesnego klubu Złota Jesień, w którym emeryci mogli różnorodnie spędzać wolny czas, m.in. nauczyć się obsługi Internetu i nawiązywać za jego pośrednictwem korespondencyjne znajomości. Poza tym ofiary dzieliło w zasadzie wszystko, co było przyczyną ich wzajemnej antypatii. Połączyły je pośmiertnie rozbite lusterka na na piersiach i kolczyki wyrwane z uszu.
Nastia musi wyjaśnić, czy w rozpropagowanej przez miejscową gazetę teorii, zgodnie z którą zabójcą jest obłąkany potomek rodu Rumiancewów, dawnych właścicieli posiadłości zajmowanej przez klub Złota Jesień, tkwi ziarno prawdy. Klub to oczko w głowie miejscowego oligarchy, Andrieja Biegorskiego, zleceniodawcy agencji detektywistycznej Stasowa. Biegorski jest osobą skrajnie apodyktyczną, szybko jednak się przekona, że Nastia nie będzie tańczyła tak, jak on chciałby jej zagrać.
Życie po życiu to taki klasyczny kryminał w starym stylu, z zamkniętą pulą podejrzanych, wyizolowaną posiadłością i siecią wzajemnych powiązań między postaciami, typowych dla małego, prowincjonalnego miasteczka z zaimpregnowaną hierarchią społeczną. Działa to na korzyść intrygi, w ramach której Marinina po raz pierwszy od dość dawna pokazuje, że jeśli chce, potrafi skonstruować sensowną i wielowątkową zagadkę z niebanalnym, a jednak niewydumanym rozwiązaniem, nie uciekając się do wątpliwych chwytów, takich jak eugeniczne eksperymenty, czy wygodnych wytrychów w stylu wszechmocnych macek mafii. Oczywiście, jak zwykle, tworzy również galerię postaci o zróżnicowanych życiorysach, demonstrując przy okazji, jak rozmaicie przejście na emeryturę może wpłynąć na ludzki charakter. Dotyczy to także głównej bohaterki, która z trudem odnajduje się w nowej roli i uczy działać bez wsparcia autorytetu funkcjonariuszki stołecznego wydziału zabójstw.

Najmroczniejszy sekret to moja pierwsza powieść Alex Marwood, bo recenzje poprzednich sugerowały, że raczej nie przypadłyby mi one do gustu. W tym wypadku o sięgnięciu po książkę zdecydowała Facebookowa polecanka Wojciecha Chmielarza. I nie zawiodłam się, choć lektura była dla mnie dosyć paradoksalnym doświadczeniem. Głównie zapewne wzięło się to stąd, że wbrew marketingowej oprawie kryminał jest to jedynie przy okazji, a głównie powieść obyczajowa. W czym, rzecz jasna, nie ma nic złego, ale jednak zawartość rozmija się z oczekiwaniami. W każdym razie w centrum historii znajduje się zagadka zniknięcia dziecka sprzed dwunastu lat, a jej bohaterami są rodzina i przyjaciele Seana - dewelopera-psychopaty. Sean jest postacią skrajnie antypatyczną, zatem jego śmierć nie budzi wielkiego smutku nawet w jego dzieciach. I nic dziwnego - ciężko żałować faceta, który zmienia żony jak rękawiczki, bo jest zazdrosny, że zamiast koncentrować się wyłącznie na nim i pełnić rolę wdzięcznej bankietowej ozdoby, zaczynają poświęcać uwagę ich wspólnym dzieciom. Pogrzeb Seana, zmarłego w kompromitujących okolicznościach, staje się jednak okazją do spotkania jego rodzin z rożnych etapów życia. Milly, jego druga pod względem starszeństwa córka, wspomina przy tej okazji dzień zaginięcia swojej trzyletniej przyrodniej siostry Coco, tuż po 50. urodzinach Seana. Jak się okazuje, nie tylko ona powraca myślami do tych wydarzeń, a z mozaiki wspomnień całej grupy bohaterów Marwood komponuje przerażająco-fascynujący obraz, z którego w końcu wyłania się prawda o zniknięciu Coco, ale przede wszystkim ponura prawda o priorytetach ludzi przywykłych do przywilejów klasy wyższej. Składanie tej mozaiki w całość, dzięki przekonującym portretom psychologicznym bohaterów i wielości perspektyw narracyjnych, stale podtrzymuje zainteresowanie czytelnika, co jest o tyle paradoksalne, że z czysto formalnego punktu widzenia powieść przypomina polski film - w zasadzie niemal nic się w niej nie dzieje. Są jednak pozycje dowodzące, że akcja to nie wszystko, i ta się do nich zalicza.
wtorek, 20 czerwca 2017
Zaległości
Zwykle kilka nieopisanych tytułów sobie chomikuję, żeby mieć materiał na notki także w czasie czytania powieści dłuższych (jak będący aktualnie w toku Skrytobójca błazna Robin Hobb, którą to autorkę przy okazji po raz kolejny gorąco polecam fanom psychologicznego fantasy). Ostatnio zorientowałam się, że sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli i czas się trochę odgruzować, zanim całkiem zapomnę, o czym były niektóre książki. Tradycyjnie w takich sytuacjach proponuję impresje w wersji kompaktowej.

Siła niższa Marty Kisiel - jakkolwiek autorkę bardzo lubię, cenię jej styl i intertekstualność, to - przy całej sympatii dla bohaterów Dożywocia - czytanie kontynuacji było ciężkim doświadczeniem. Za dużo tam tego humoru, zbyt nachalnego jak dla mnie i w większości zupełnie nie w moim typie, a za mało fabuły (już chyba nawet Dożywocie miało jej więcej). Doczytałam w sytuacjach przymusowych typu poczekalnie, łącznie męczyłam się trzy tygodnie, ale nie mogę, niestety, z czystym sumieniem powiedzieć, że dla cameo nieszczęsnego Panicza Szczęsnego było warto. Trzecie i ostatnie spotkanie z twórczością autorki.

Konklawe Roberta Harrisa to taka solidna rozrywka, którą dobrze się czyta, błyskawicznie i z zaangażowaniem w fabułę, ale po zakończeniu lektury nie zostaje z niej za wiele. Mocno przewidywalna, choć, przyznaję, końcowy twist mimo wszystko zdołał mnie zaskoczyć. Być może zabrzmi to dziwnie w kontekście rozgrywek między kardynałami zamkniętymi w Kaplicy Sykstyńskiej - idealna wakacyjna lektura. Ale osobiście wolałam bardziej monumentalne i cięższe gatunkowo dzieła tego autora.

Krwawe zwierciadło Brenta Weeksa, czyli czwarty tom rozrastającej się w nieskończoność sagi Powiernika Światła, trafiło na idealny moment, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia przy nieskomplikowanej, a dynamicznej rozrywce. W pierwszej lidze rozrywkowej fantasy autor chyba nigdy nie zagra, ale jak na drugą cały czas się wyrabia. Wchodzi to jak woda i tak samo wychodzi, ale widać też wyraźnie, że wody wydłużającej cykl wylano na tych stronicach sporo. Największą zaletą było umieszczone na początku streszczenie poprzednich tomów, bo choć mniej więcej pamiętałam fabułę, to mniej więcej jest w tym zdaniu kluczowe:) Jeśli komuś podeszły poprzednie części, to najnowsza trzyma poziom.

Kiksy klawiatury Terry'ego Pratchetta, czyli drugi, po Mgnieniu ekranu, zbiór tekstów pisanych na różne okazje. Chwilami miałam wrażenie, że to już skrobanie po dnie szuflady, pewne motywy często się powtarzały, ale i tak sporo było ciekawych tekstów, oferujących wgląd w biografię, formację kulturalną i walkę z chorobą jednego z moich ulubionych autorów. Według mnie warto.

Ma być czysto Anny Cieplak to obyczajówka o współczesnych nastolatkach - z gorszej dzielnicy oraz tzw. dobrego domu - i macosze jednej z nich. Skusiłam się pod wpływem pełnych zachwytów recenzji, jakaż to książka nie jest realistyczna i jak to nie oferuje bezpośredniego wglądu w psychikę młodzieży. Cóż mogę powiedzieć - albo recenzje były na wyrost, albo ja mam większe wymagania (i inny ogląd rzeczywistości) niż większość recenzentów z wielkich miast. Nie są dla mnie żadną rewelacją twierdzenia, że mieszkanie w gorszej dzielnicy to nie to samo, co patologia, a życie gimnazjalistów toczy się głównie w mediach społecznościowych i seks nie jest dla nich tematem tabu, podobnie jak używki. Ogólnie powieść w porządku, choć w swoim realizmie wg mnie mocno powierzchowna. Można, ale nie trzeba.
niedziela, 18 czerwca 2017
Serialowisko 2017 (3)

Dziś mam dla was sporo zaległych polecanek serialowych. I jedną niepolecankę.

Anne with an E (Ania, nie Anna) - serialowa adaptacja jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa, czyli Ani z Zielonego Wzgórza. Za wcześniejszymi wersjami nie przepadałam, więc, jak łatwo się domyślić, także co do tej byłam sceptyczna. Ale jest naprawdę świetna, nawet mimo całkiem niepotrzebnie wprowadzonego wątku kryminalnego, dostarczającego końcowy cliffhanger. Zasługa w tym całej obsady (początkowo nie mogłam się przekonać do Mateusza, ale i on szybko skradł moje serce), ale jednak przede wszystkim odtwórczyni roli tytułowej, Amybeth McNulty. Ta szesnastolatka ma przed sobą wielką aktorską przyszłość, jest Anią z całą jej egzaltacją, radością życia, skłonnością do wpadania z euforii prosto w otchłań rozpaczy. W recenzjach pojawiały się zarzuty, że serial jest zbyt mroczny, a przeszłe traumy Ani nadmiernie podkreślone, ale mnie akurat ten aspekt jak najbardziej przekonuje. 8,5/10

Opowieść podręcznej - i znowu, po zachwycie książką, przeczytaną na początku roku z myślą o serialu, nie wierzyłam, że można ją sensownie przenieść na mały ekran. A dostałam coś równie imponującego jak literacki pierwowzór, jednocześnie wiernego powieści i uzupełniającego oraz uwspółcześniającego jej treść w sposób spójny z przesłaniem, a nawet wzmacniający jego wydźwięk. Fanką Elisabeth Moss, grającej Offred (polska Freda brzmi jakoś kulawo), jestem od czasów Mad men, gdzie pokazała ogrom swoich możliwości, prowadząc Peggy od zakompleksionej szarej myszki do roli królowej reklamy. Tu dzielnie wspiera ją reszta obsady, przede wszystkim Fiennes i Strahovsky w roli małżeństwa Waterfordów (Serenę odmłodzono, co okazało się dobrą decyzją, podobnie jak dodanie retrospekcji dotyczących jej związku z Fredem), a także błyszcząca w roli Janine Madeline Brewer, ale cały casting jest znakomity, osobiście podziwiam też grę Ann Dowd jako Ciotki Lydii. Ale to przede wszystkim unikatowa kreacja Moss tworzy ten serial, tak jak postać Offred decydowała o sile powieści. Jak dla mnie bezdyskusyjny hit sezonu. Tylko moim zdaniem żadna kontynuacja nie jest potrzebna. 10/10

The Crown - z historią o początkach panowania Elżbiety II męczyłam się od listopada, w zasadzie nie wiem, dlaczego, bo ostatecznie całość bardzo mi się podobała. Nie mogłam wejść w opowieść i złapać chemii z początkowymi odcinkami (konkretnie problemem były pierwsze 3). A przecież wszystko jest jak trzeba - świetne aktorstwo (jestem wielką fanką premiera Churchilla, czyli Trójkowego z Dextera, oraz księżniczki Małgorzaty), ciekawy scenariusz, sporo emocji, dobrze oddane realia epoki (znakomity odcinek smogowy). W sumie to królowa irytowała mnie chyba najbardziej, ale tak, zdaje się, być miało, bo serial skupia się właśnie na tym, jak młoda kobieta stara się udźwignąć ciężar przedwcześnie odziedziczonej korony. W każdym razie polecam. 8/10

House of Cards, sezon 5 – szczerze, to mam już serdecznie dość tego serialu. Underwoodowie zostali w tym sezonie przegięci w sposób ostateczny i o ile jeszcze do czasu rozstrzygnięcia wyborów obchodziło mnie, co tam się dzieje i co będzie dalej, to dalsza część sezonu, choć naładowana akcją, w ogóle mnie nie obeszła. Była, poza wszystkim, dość przewidywalna. A Claire jako groteskowa lady Makbet w ogóle mnie nie przekonuje. Nie umiejąc zrezygnować ze swojego okrętu flagowego, Netflix go solidnie podtopił. A mogli skończyć w zeszłym roku, zachowałabym dobre wspomnienia. Mimo wszystko 6/10.

Orange Is The New Black, sezon 5 – już rok temu były symptomy, że – podobnie jak przy początkowo genialnym Weeds – pomysł Jenji Kohan na ten serial się kończy, a ona nie chce z niego zrezygnować. Ten absolutnie beznadziejny sezon, w całości poświęcony trzydniowej okupacji więzienia przez osadzone i pełen groteskowych epizodów, stanowczo to potwierdza. Mimo tego Netflix przedłużył produkcję na kolejne 2 lata. Gorąco odradzam, 3/10.

P.S. Publikacja tego wpisu była gehenną.

środa, 14 czerwca 2017
Wiara czyni nie tylko cuda (Anna Kańtoch, Wiara)
Początek lipca 1986 roku, Rokitnica, niewielka wieś niedaleko Żywca, w pobliżu rzeki Soły. Kiedyś była jeszcze mniejsza, ale po zalaniu pobliskiej Brzozówki w związku z budową elektrowni jądrowej nieco się rozrosła. Zyskała na przykład własny kościół, a z kościołem proboszcza, choć na tym stanowisku jest spora rotacja, a parafia ma opinię pechowej. Aktualnie sprawujący tę funkcję ksiądz Jerzy Marczewski raczej nie przełamie złej passy - w piękny letni poranek znajduje na torach zwłoki zadźganej nożem młodej kobiety, cudem ocalając ciało przed bliskim spotkaniem z pociągiem. Od tego momentu, nie do końca z własnej woli wciągnięty w śledztwo, duchowny zaczyna na własną rękę badać tajemnice swojej parafii, takie jak zagadka kwiatów pozostawianych na krzyżu w pobliżu torów, czy przyczyny krótkiej kariery jego poprzedników. Dotąd wygodniej mu było je ignorować, a jego nowe, aktywne podejście nie spotyka się, łagodnie rzecz ujmując, z entuzjastyczną reakcją miejscowych. Miejscowi woleliby, żeby odprawił mszę w intencji powstrzymania budowy elektrowni, do czego ksiądz z kolei nie jest skłonny. Jakiekolwiek pytania o przeszłość rozbijają się o zwarty mur ich milczenia.
W sprawie zagadkowego trupa przyjezdnej milicja nie ma łatwego zadania. Dziewczyna nie ma dokumentów, przyszła piechotą, nie broniła się przed ciosami, śladów biologicznych czy jakichkolwiek innych brak. Dwuosobowa obsada lokalnego posterunku - młodziutki kapral i nieco bardziej zaawansowany wiekiem starszy sierżant, ofiara własnego sukcesu sprzed dwudziestu lat, nawet ze wsparciem entuzjastycznej i solennej starszej szeregowej z Żywca nie są w stanie ruszyć z miejsca. Na ratunek przybywa kapitan Andrzej Witczak, przysłany przez górę fachowiec. W końcu morderstwo to nie byle co, zwłaszcza że atmosfera w Rokitnicy jest gorąca nie tylko z powodu pory roku, ale także z uwagi na hippisów blokujących budowę elektrowni. Mimo ustalenia tożsamości ofiary zabójca pozostaje nieuchwytny i nie zamierza robić sobie urlopu. A tajemnice i zagadki wciąż się piętrzą, zmuszając funkcjonariuszy do jeżdżenia w upale po całym kraju.

Anna Kańtoch w swojej najnowszej powieści wykorzystuje na potrzeby intrygi nieufność zamkniętej wiejskiej społeczności wobec wszelkiej maści obcych, czy to miastowych (choć pożądanych jako dochodowi turyści), czy przedstawicieli władzy, a także wobec postępu, symbolizowanego przez elektrownię. Jednocześnie perfekcyjnie odtwarza duszną atmosferę wiejskiego lata u schyłku PRL, domów wczasowych, kolonii pracowniczych, prywatnych kwater dla letników, czy nawet niedzielnej mszy. Ale Wiara to nie tylko Rokitnica, to także inne, funkcjonujące siłą inercji zamknięte ekosystemy, takie jak kościół, dom dziecka czy szpital psychiatryczny. Miejsca, gdzie wszystko toczy się zgodnie z dawno ustalonymi i niezmiennymi zasadami, a zło ma doskonałe warunki do rozrostu. System działa, a że słabsze jednostki padają jego ofiarami? Z tym trzeba się liczyć.

Tego rodzaju refleksja wyłania się z zakorzenionej w przeszłości mrocznej historii, która doprowadziła młodą kobietę na kolejowy nasyp. Historię tę Anna Kańtoch opowiada w sposób niezwykle wciągający, tym razem, inaczej niż w Łasce, dawkując tropy i zmyłki z aptekarską precyzją, dzięki czemu identyfikacja sprawcy staje się możliwa dopiero pod koniec powieści. Wiara, będąca niewątpliwie świetnym kryminałem retro, to jednak przede wszystkim opowieść o ludziach, który padli ofiarami nie mordercy, ale własnych słabości. Także o tych, którzy uwierzyli w niewłaściwe rzeczy.
sobota, 03 czerwca 2017
Trochę słabo pofastrygowany żywy trup (Wojciech Chmielarz, Zombie)
Drugi tom cyklu gliwickiego był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier, już od pierwszych zapowiedzi na Facebookowym profilu autora. Książkę kupiłam, jak tylko się ukazała, i od razu zabrałam się do lektury, porzucając napoczęte Wchodzi koń do baru. Jak wypadła druga przygoda Dawida Wolskiego?

Przede wszystkim tym razem młody detektyw pozostaje na drugim planie, a pierwsze skrzypce gra prokurator Adam Górnik, który, jak się okazuje, skrywa mroczny sekret z przeszłości. I właśnie wtedy, gdy powinien spijać zawodową śmietankę za rozwiązanie opisanej w Wampirze sprawy Alicji, przeszłość - pod postacią dawnego szkolnego prześladowcy, o którym Górnik sądził, że pozbył się go w najskuteczniejszy z możliwych sposobów - powraca, by zatruć mu tryumf i zagrozić jego najbliższym. Zdecydowany chronić swoją karierę i reputację prokurator zleca wyjaśnienie tego zagadkowego come backu Wolskiemu. Jednocześnie sam wraca myślami do końcowych miesięcy swojej nauki w podstawówce, do lata 1996 r. i wydarzeń, które doprowadziły go do desperackiego kroku, a w konsekwencji ukształtowały jego obecną osobowość. Ta wymuszona podróż do przeszłości nie pozostaje bez wpływu na pozornie idealne  życie rodzinne prokuratora.

W Zombiem jest mnóstwo świetnych elementów - wspomniane retrospekcje, w tym wątek przemocy szkolnej; współczesne śledztwo Dawida, które ukazuje dalsze losy szkolnych znajomych Wolskiego i Górnika, odbiegające od obrazka, jaki znamy z polskich komedii romantycznych, za to boleśnie realistyczne, ale nieprzerysowane. W Gliwicach toczy się prawdziwe życie - samotne matki wychowują niepełnosprawne intelektualnie dzieci, wielodzietne rodziny wyglądają uruchomienia programu 500 + niczym zbawienia, bezwzględny wnuczek terroryzuje babcię, a zamiast pracy marzeń jest mop sprzątaczki i miotła szkolnego woźnego. W zasadzie tylko Górnikowi się w życiu powiodło.W warstwie socjologiczno-obyczajowej nowa powieść Chmielarza jest znakomita.

Doskonały jest również sam pomysł na intrygę, osnutą w całości wokół zemsty i fałszywych wspomnień. Niebanalny, a zarazem całkiem prawdopodobny, gwarantujący efekt autentycznego zaskoczenia nie tylko czytelnikowi, ale również samemu protagoniście. Tym większa szkoda, że tak mocno szwankuje wykonanie, bo wiele kluczowych dla zaplanowanego rozwoju intrygi decyzji czy zachowań bohaterów jest po prostu skrajnie niewiarygodnych. Owszem, trzeba przyznać autorowi, że za każdym razem oferuje jakieś wyjaśnienie, ale ja ich po prostu nie kupiłam.

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, niech pominie kolejny akapit, gdyż roi się w nim od fabularnych spoilerów, koniecznych dla wyjaśnienia moich zarzutów do intrygi.

Cała sprawa zaczyna się od znalezienia zwłok dwunastoletniej dziewczynki w miejscu bardzo istotnym dla przeszłości Górnika. Następnie ktoś próbuje porwać syna szkolnego kolegi prokuratora - dzieciak się wyrywa i ucieka, ojciec nie zgłasza incydentu policji, bo rodzice jego zmarłej żony starają się za wszelką cenę odebrać mu opiekę nad synem. Jakiś czas potem dzieciak faktycznie zostaje porwany, a ojciec - wiedząc, że grozi mu śmierć - w dalszym ciągu nie zgłasza tego władzom i wraz z Górnikiem i Wolskim próbuje sam odnaleźć syna. Według mnie nie ma mowy, żeby w takiej sytuacji oglądał się już na cokolwiek, skoro tak mu zależało na dzieciaku. Podobnie nie wierzę, że Górnik w opisanej sytuacji przedłożyłby swoją pozycję zawodową, a nawet wolność, nad bezpieczeństwo własnych małych dzieci. Mógłby, gdyby był sukinsynem bez serca, ale kompletnie nie takiego bohatera autor nam opisuje, mimo wszystkich jego wad. Adam kocha swoje dzieci, z przerażeniem szuka Zuzi, gdy zapomina odebrać ją z baletu. Może i nie kocha żony, ale dzieci na pewno. Mimo to nie zapewnia im ochrony, by chronić siebie. Nawet nie ostrzeże żony o naturze zagrożenia. Gdy znajduje zwłoki drugiej ofiary, z tych samych powodów - we własnym interesie - zostawia je na pastwę szczurów. Żeby zrobić coś takiego, musiałby być całkowitym zwyrodnialcem. Od tej chwili wiarygodność intrygi sypie się ostatecznie i nieodwołalnie, a kulminacja następuje w zakończeniu, gdzie jako motywację sprawcy dostajemy miłość instant do obiektu skrajnie antypatycznego. Również wyjaśnienie powodów, dla których sprawca zdecydował się na działanie po tak wielu latach od zdarzenia, jest, powiedzmy to sobie bardzo eufemistycznie, wątłe.
Koniec strefy spoilerów.

Zombie
jest więc świetną współczesną powieścią obyczajową, ale kryminałem pełnym dziur i luźnych kawałków, charakterystycznych dla żywych trupów, które trzyma w kupie głównie wiara autora, że czytelnik, oczarowany efektownym twistem, wybaczy mu swobodny stosunek do realizmu i spójności intrygi. Wielu pewnie tak właśnie postąpi, ale nie ja. Przejęcie zbyt wysoko zawiesiło poprzeczkę, żeby Wojciech Chmielarz mógł liczyć u mnie na takie fory. Szkoda wielkiego, a niewykorzystanego potencjału pomysłu.
niedziela, 28 maja 2017
A jeśli amerykański sen to koszmar? (George Saunders, 10 grudnia)
Zbiór opowiadań George'a Saundersa, gwiazdkowy prezent od przyjaciółki, przeczytałam na początku miesiąca, ale potrzebowałam czasu, żeby go należycie przemyśleć,  i odpowiedniego nastroju, żeby sensownie o nim napisać. Do tej pory się nie składało, dopiero teraz podejmę próbę, z lekką obawą, czy niektóre refleksje mi nie uciekły. Ale teksty zawarte w 10 grudnia, niezależnie od ich oceny (bo wg mnie zbiór nie jest równy), mają na szczęście ważny wspólny mianownik - nie dają się łatwo zapomnieć.
Jest ich dziesięć, a każdy inny, ale generalnie mam wrażenie, że krótsze (z wyjątkiem genialnego Mojego rycerskiego fiaska) wypadają słabiej. Najbardziej podobały mi się te, gdzie autor dał sobie więcej miejsca na prezentację pomysłu i pozwolił ożyć bohaterom - bez wyjątku w jakiś sposób przegranym w wielkim życiowym wyścigu.  Choć i miniaturka Patyki, za pomocą prostego symbolu opisującą wieloletni rodzinny dramat, oddziałuje mocno na wyobraźnię. Nawet słabszy Saunders jest dobry, tyle wypada powiedzieć tytułem wstępu.
Nie ma chyba sensu pisać o wszystkich opowiadaniach, jak początkowo zamierzałam, bo tym samym zaspoilerowałabym wam zbiór, a przecież nie to jest moim celem. Ograniczę się do mojego osobistego top 3 i paru ogólnych refleksji.

Ucieczka z Pajęczej Głowy to sf bliskiego zasięgu. Historia pokazująca, w jak drastycznym kierunku mógłby ewoluować system wymiaru sprawiedliwości pod auspicjami zasady humanitaryzmu. Mózgi skazańców są tu stymulowane kroplówkami, pozwalającymi osiągnąć w zasadzie dowolny efekt - od symulacji zakochania do całkowitej obojętności po odcięciu dopływu neurochemicznego dopalacza. Można poszerzyć obiektowi słownik, zmusić go do mówienia prawdy albo posłać w otchłań rozpaczy. Cele są słuszne, ale procedura badawcza ma dosyć rygorystyczne wymogi. I dramatyczne koszty uboczne.  Jest to też jeden z tekstów najlepiej pokazujących językową maestrię Saundersa (i tłumacza Michała Kłobukowskiego), który sprawnie i płynnie posługuje się rozmaitymi stylizacjami, co pozwala mu osiągać znakomite, kontrastowe efekty.

Dziewczęta z Sempliki to z kolei dziennik (stroną formalną tekstów Sauders żongluje równie swobodnie jak warstwą językową) sfrustrowanego czterdziestolatka - dobrego męża i ojca, chcącego zapewnić żonie i dzieciom społeczne oznaki prestiżu. Starsza córka boleśnie odczuwa ubóstwo rodziny, czuje się gorsza od koleżanek. Przełomem w bezowocnych staraniach bohatera, by ją uszczęśliwić, okazuje się wygrana w zdrapkę. Nagrodę czuły ojciec inwestuje w żywą ozdobę ogrodową, czyniącą prozaiczne dotąd podwórko idealnym miejscem urodzinowej imprezy. Ale ma jeszcze drugą córkę, która z mechaniką tej ozdoby nie potrafi się pogodzić. Człowiek, który tylko chciał dobrze, porządny facet z najlepszymi intencjami, czy bezmyślny konformista, niezdolny przekazać dzieciom prawidłowej hierarchii wartości? Jak ocenić bohatera?

10 grudnia to mocny akcent końcowy, w którym autor kolejny raz posługuje się zestawieniem perspektyw dwójki skrajnie różnych bohaterów do opisania tych samych wydarzeń (podobny zabieg został wykorzystany w Zwycięskiej rundzie i w Szczeniaku).  Blady chłopiec z nieszczęsną grzywką komiksowego księcia i szczenięcym sposobem bycia zostaje współnarratorem i nieświadomym wybawcą terminalnie chorego człowieka, który zdecydował się popełnić samobójstwo, nim utraci resztki człowieczeństwa. A wszystko przez przypadek. I teraz czytelnikowi pozostaje ocenić, czy to faktycznie szczęśliwe zakończenie.

Bo tych w świecie Saudersa mamy zdecydowany deficyt. Mimo posługiwania się od czasu do czasu rekwizytorium sf autor pozostaje realistą aż do bólu. Jego Ameryka to Polska C. W takiej Ameryce wyborcze zwycięstwo Trumpa to nie tylko oczywistość. To dziejowa konieczność.  Przekład budził pewne kontrowersje (pod linkiem bardzo ciekawy artykuł na ten temat, polecam, ale dopiero po przeczytaniu zbioru), ale według mnie fragmenty przełożone genialnie przeważają nad drobnymi i w zasadzie pomijalnymi niezręcznościami.

Gorąco polecam. Zdecydowanie warto.
piątek, 19 maja 2017
Sidequel Czasomierzy, ale bez wewnętrznego pęknięcia (Slade house, David Mitchell)
O ile Czasomierze byłyby genialną powieścią, gdyby nie ostatnia część, o tyle Slade house, opowiadający o dwójce renegatów Drogi Cienia i ich kilkorgu ofiarach (tak, główny nurt to Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn - znani i nielubiani, przynajmniej przeze mnie), to ze strony Mitchella pójście na łatwiznę. Kilkukrotne odegranie tego samego refrenu w konwencji grozy z nutką horroru, z podmienianiem li i jedynie  głównych aktorów i subtelnym powiązaniem ich losów oraz nawiązaniami do innych powieści - dla autora z warsztatem Mitchella to betka. Pod względem objętościowym ten przypis do Czasomierzy to niemal nowelka, ale wychodzi jej na dobre i niewielka objętość, i jednorodna stylistyka.
Nie da się ukryć, mimo wewnętrznej powtarzalności i przewidywalnego od pierwszej strony zakończenia znakomicie się to czyta. Tym razem nie ma słownej waty. Jest za to, jak zwykle, gęsty klimat, świetny styl i sprawnie nakreślone, przekonujące postaci o różnorodnych życiorysach i pragnieniach. Oraz znakomity przekład Justyny Gardzińskiej.
Wciąż chciałabym, żeby autor Widmopisu wyszedł w końcu ze swojej tematycznej i formalnej strefy komfortu i ponownie mnie olśnił, jak mu się trzykrotnie udało.
Ale jeśli odgrzewany kotlet ma smakować tak jak Slade house, to następnym też nie pogardzę. Może wspomnienie nie zostaje na długo, ale niestrawność nie grozi.
piątek, 05 maja 2017
Niby trójkąt równoboczny w centrum, a nic tu nie jest proste (Christopher Priest, Człowiek z sąsiedztwa)
Christophera Priesta wielbię, więc jak tylko kolejna jego powieść - Człowiek z sąsiedztwa (tytuł oryginalny: Adjacent chyba nieco bardziej przystaje do treści) - ukazała się w Uczcie Wyobraźni, niezwłocznie wdarła się na szczyt mojej listy must read.
Przeczytawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Książki tego autora nigdy nie są łatwe. Zawsze zapraszają czytelnika, by patrzył uważnie. Częstokroć nie dają nie tylko prostych, ale nawet mniej oczywistych odpowiedzi na wiele postawionych w intrydze pytań, przenosząc na odbiorcę ostateczny ciężar interpretacji całości. W tym spora część ich uroku. W zasadzie nie inaczej jest tym razem. A jednak...
Zaczynamy naszą podróż z Tiborem Tarentem, fotografem freelancerem o węgiersko-amerykańskich korzeniach, obywatelem Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, pewnie gdzieś w XXII wieku, ale dokładnych danych brak. Postępujące zmiany klimatyczne zaczęły zagrażać ludzkości, powstały nowe, gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak burze strefy umiarkowanej. Tibor wraca z Anatolii, gdzie jego żona, Melanie, zginęła w ataku terrorystycznym przeprowadzonym z użyciem nowej broni, narzędzia perfekcyjnej anihilacji, wypalającego w miejscu ataku czarne trójkąty. Ciała nie znaleziono. Z czasem okazuje się, że takie ataki, na większą skalę, miały miejsce także w innych regionach świata.
Początkowo wydaje się, że to właśnie Tibor będzie głównym bohaterem, jednak choć rzeczywiście do niego będziemy wracać najczęściej, równie istotną rolę odegra kilka innych osób, z innych miejsc i - co nie mniej ważne - z innych czasów. Przeniesiemy się w czasy I WŚ, by śledzić nieudane próby wprowadzenia innowacji na froncie, podjęte przez iluzjonistę i pisarza sf, potem  w czasy II WŚ, do bazy brytyjskiego lotnictwa, by obserwować zalążki romansu między angielskim mechanikiem a polską pilotką Krystyną Roszko. W retrospekcji prześledzimy także krakowski mezalians pilotki, urodzonej w chłopskiej rodzinie pod Krakowem i zakochanej z wzajemnością w książęcym potomku. Tamtą miłość przerwał wybuch wojny.
Śledzi się tę układankę, chwilami mocno statyczną (acz buzującą napięciem), chwilami nieco ckliwą, z nieustającym zainteresowaniem, bo zagadki się piętrzą. Kluczem do całości wydaje się być wspomniana niezwykła broń, oparta na mechanice kwantowej i najwyraźniej mogąca przenosić materię między równoległymi wszechświatami. Miała być bronią, która zakończy wszystkie wojny, przeznaczoną wyłącznie do zastosowań defensywnych, zdolną zneutralizować każdy potencjalny konwencjonalny atak. Jak to jednak zwykle bywa z pięknymi ideami, przejęte przez brzydkie umysły kończą koszmarnie wynaturzone.
Po przeczytaniu sześciu z ośmiu części powieści można mieć wrażenie, że mniej więcej wie się, o co chodzi. Jasne, jest wiele niewiadomych, na przykład współistniejące na najwyraźniej równych prawach różne warianty tych samych wydarzeń (nie wejdę w szczegóły, byłby to już straszny spoiler). Ale jakoś się to trzyma kupy. A potem przychodzi część siódma, Prachous, dowodząca, że tkwiliśmy w tak zwanym mylnym błędzie. Na przedziwnej wyspie, w najwyraźniej zupełnie innym świecie, spotykamy kolejne inkarnacje wcześniej wprowadzonych bohaterów, podobne nie tylko fizycznie, ale i biograficzne, jakby do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego) były skazane na wieczne odtwarzanie tych samych szlaków, kochanie tych samych ludzi, przeżywanie tego samego życia.
Część ósma pokazuje, że granice między sąsiednimi światami są płynne, a rzeczywistość różnych miejsc i czasów najwyraźniej w jakiś przedziwny sposób dąży do równowagi.
Tylko co z tego? Właśnie nic. Zupełnie nic. I po przeczytaniu autentycznie wciągającej opowieści taka odpowiedź stanowi wielkie rozczarowanie. Tym razem Priest obiecuje znacznie więcej, niż finalnie daje. Nie znaczy to, że nie warto, w żadnym wypadku, ale brak satysfakcjonującej puenty sprawia, że miejsce wcześniejszego zaangażowania w opowieść zajmuje poczucie bycia wystrychniętym na dudka. Trochę szkoda.
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka