sobota, 08 października 2016
Atlas pszczół
Historia pszczół Mai Lunde kojarzyła mi się z najbardziej znaną powieścią Davida Mitchella w zasadzie od samego początku, bo zarówno zamysł konstrukcyjny, jak i tematyka (ludzkość sama doprowadza się do upadku - tu jego symbolem jest oczywiście postępująca systematycznie gehenna pszczół) są podobne. Choć u Lunde powiązania między poszczególnymi planami czasowymi są jeszcze bardziej symboliczne i w zasadzie mało istotne.
Są też inne różnice. Mitchell konsekwentnie odmalowuje przyszłość ludzkości w czarnych barwach, Lunde w ostatecznym rozrachunku stawia jednak na nadzieję i daje naszym potomkom szansę naprawienia popełnionych przez nas i naszych przodków błędów. Mitchella najbardziej interesuje jednostka, najchętniej twórcza i w jakiś sposób wyjątkowa, oraz jej kontekst historyczny i społeczny. Lunde wydaje się zafascynowana relacjami rodzinnymi. Dwukrotnie jest to ojciec spragniony relacji z synem - raz zostaje odtrącony (a równocześnie sam odtrąca córkę, która dzieli jego pasję i pragnie współuczestniczyć w jego pracy naukowej - w wątku z XIX wieku), raz próbuje narzucić synowi swoje zasady, a gdy dorasta do kompromisu, dzieje się to zbyt późno (w wątku osadzonym na początku XXI wieku). Wątek futurystyczny, rozgrywający się 2098 roku, przedstawia przyszłość relatywnie nieodległą i w zasadzie całkiem prawdopodobną. Pszczoły znikają, Ziemię dotyka klęska głodu, a ludzie całą energię poświęcają na ręczne zapylanie roślin, by przetrwać. Na tym tle osadzona jest odyseja Tao - matki, która próbuje odkryć, jakie nieszczęście spotkało jej synka, a jednocześnie odtrąca męża.
Wszystkie historie są zajmujące (choć rozwiązanie zagadki z wątku Tao jest od początku raczej oczywiste, trochę szkoda, że nie ma tu żadnego elementu zaskoczenia), jednak stylistycznie Lunde nie dorasta Mitchellowi do pięt, nie niuansuje też swoich bohaterów, rysowanych użytkowo, na ogół kilkoma dość prostymi kreskami.
Z tego względu powieść jest tylko dobra i choć dostarcza satysfakcjonującej rozrywki i odrobiny refleksji, pozostawia też dojmujące poczucie zmarnowanego potencjału. Niemniej - warto.
sobota, 01 października 2016
Nowa Bridget Jones zaskakująco dobra!
A na pewno zdecydowanie lepsza od trzeciej książki, z którą film - na szczęście - nie ma kompletnie nic wspólnego. Idąc na seans, nie miałam w zasadzie żadnych oczekiwań. Jeśli już, to spodziewałam się rozczarowania, bo jestem wielką fanką dwóch poprzednich części i nie wydawało mi się możliwe, żeby po tylu latach przerwy trzeci raz udało się opowiedzieć historię z tymi samymi bohaterami na zbliżonym poziomie.
Jak dobrze się czasem kolosalnie mylić! Choć pełen nawiązań do poprzednich części (ale nienachalnych, bardzo sympatycznych), obraz podąża własną drogą. Fabuła jest oczywiście przewidywalna i prosta, jednak podana tak lekko, z humorem, tradycyjne świetnie dobraną muzyką i przeważnie udanymi one-linerami w ilości hurtowej, że nawet nie zwraca się na to uwagi. Poza tym nie złożoności fabularnej oczekujemy od komedii romantycznej, prawda?
Oczekujemy za to chemii między bohaterami, a pod tym względem genialnym trafieniem było dołączenie do Bridget (w najlepszej formie fizycznej i intelektualnej ever, miło, że przestali robić z niej idiotkę, bo w książkach nie była aż taka głupia) i smętnego posiwiałego Marka, który nadal zachowuje się, jakby kij połknął, Patricka Dempseya, znanego szerszej publiczności jako Derek Shepard, a tutaj wcielającego się w guru randkowania Jacka Quanta. Chemia pomiędzy nim a Bridget jest po prostu namacalna, co więcej, Jack z niezwykłą swobodą podkpiwa sobie ze sztywniackiego Darcy'ego.
Przyjemnie się na to patrzy, a do tego jest mnóstwo okazji, żeby naprawdę szczerze się pośmiać. Po ciężkim tygodniu w pracy idealne rozpoczęcie weekendu. Zdecydowanie polecam.
sobota, 24 września 2016
Nie o takim osiedlu marzyłam
Podejrzewam, że to raczej kwestia rozbuchanych oczekiwań po Przejęciu, które czytało mi się naprawdę znakomicie, ale dalsze losy komisarza Mortki trochę mnie rozczarowały. Osiedle marzeń, napiszmy od razu i żeby nie było nieporozumień, jest dobrze przemyślanym, wielowątkowym, ciekawym i solidnym kryminałem, utrzymującym dotychczasowy poziom serii. Liczyłam po prostu na dalszy progres, może nie tak znaczący, jak różnica na plus między Podpalaczem i Przejęciem, ale jednak zauważalny.
Tymczasem tom czwarty, choć zaczyna się mocną sceną, nie przykuwa do opisywanej historii tak bezwarunkowo jak Przejęcie. Jasne, dzieje się sporo, na tyle dużo, że wątki prywatne głównych bohaterów pojawiają się tylko w szczątkowej formie (i w zasadzie w porządku, Mortce poświęcono sporo miejsca w poprzednich tomach, Sucha ma na razie pozostać enigmą). Tylko że tematyka głównego wątku (styk zorganizowanej przestępczości i polityki, narkotyki i stręczycielstwo, a na dokładkę jeszcze media) w tak skumulowanej formie dobrze wyglądałaby w wielosezonowym serialu w stylu The Wire albo w trylogii, takiej, jak ta z Oslo Jo Nesbo. W pojedynczej powieści, której akcja rozgrywa się w ciągu kilku dni na warszawskim osiedlu dla wyższej klasy średniej, powstaje raczej wrażenie przeładowania, momentami ocierającego się o groteskę.
A główny wątek to dalece nie wszystko, co Osiedle marzeń ma nam do zaoferowania. Jest jeszcze wątek podkomisarza Kochana, z którym osobiście mam największy problem. Po pierwsze, kompletnie nie kupuję totalnej przemiany osobistej tego bohatera (piszę w ogólnikowy sposób, żeby uniknąć spoilerów). Niby czysto teoretycznie taki zwrot jest możliwy pod wpływem opisanego bodźca, ale nie w przypadku tego faceta, którego poznaliśmy już dosyć dobrze. Choć motyw wygląda efektownie i może wzbudzić w mniej cynicznym czytelniku spore emocje, jest kompletnie niewiarygodny.
Ale jest jeszcze zawodowa aktywność Kochana, delegowanego za karę do jednoosobowego Archiwum X. Gdzie w ciągu 3 dni rozwiązuje 3 duże sprawy! I o ile jeszcze jedną można by jakoś zrozumieć (szczęśliwy traf), a drugą da się racjonalnie wytłumaczyć (dane nieznajdujące się w aktach - możliwy sabotaż), to, powtarzam, trzy sprawy w trzy dni stawiają jakość pracy komendy stołecznej pod sporym znakiem zapytania. Bo skoro może sobie przyjść taki leser jak Kochan, otworzyć losową teczkę, podjąć losową aktywność i rozwiązać daną sprawę (zaginięcie czy podwójne zabójstwo nastolatek) w ciągu doby, to wcześniej najwyraźniej zajmowała się nią banda krótkowzrocznych idiotów, ewentualnie jeszcze gorszych leserów. A wystarczyło, że jednemu nie chciało się wracać do domu i z desperacji wziął się za robotę, pomyślał chwilę, pojechał tu i tam.  Jest to obrazek, delikatnie rzecz ujmując, mocno naciągany. I banalizujący mrówczą pracę, jaką wykonuje prawdziwe Archiwum X. Jasne, czasem zdarza się tak, jak w opisanych sprawach. Ale zwykle takie zagadki rozwiązuje się latami i wymaga to ciężkiej pracy analitycznej.
A na dodatek zmyłka była tym razem zbyt oczywista, zwłaszcza jeśli ktoś po majstersztyku z Przejęcia był wyczulony od samego początku:)
Miło było ponownie spotkać się z Kubą M., ale chyba Wampira (mimo zastrzeżeń) czytało mi się lepiej, bo bardziej kupiłam konwencję i miałam zdecydowanie mniejsze oczekiwania.
Przy czym zdecydowana większość moich uwag wynika z indywidualnego odbioru tekstu. Zachodzi więc dość wysokie prawdopodobieństwo, że nikt poza mną nie oceni intrygi w ten sam sposób. Zatem koniecznie przekonajcie się sami, co kryje Osiedle marzeń. A jeśli jeszcze nie znacie Mortki, to zacznijcie od Podpalacza. Warto, z polskich autorów chyba tylko Miłoszewski pisze lepsze współczesne kryminały niż Chmielarz.
niedziela, 18 września 2016
Tym razem cztery filmy:)
I tylko jeden ciut słabszy:)

Iluzja 2 - o, właśnie ten. Znaczy, ja bardzo lobię filmy w tej konwencji, nudy nie było bynajmniej, a Lizzy Caplan była przeurocza. Ale mimo wszystko zabrakło świeżości jedynki, a twórcy odarli magię z magii i dodali na koniec tak o dwie tony za dużo cukru w cukrze. Ale żeby nie było - sporo rzeczy mi się podobało, choćby świetna podwójna kreacja Harrelsona. 6/10

Londyński bulwar
to niby taki dosyć standardowy kryminał noir (wypuszczony z paki skazaniec chce zerwać z przeszłością, ale nie bardzo mu wychodzi, a w dodatku musi bronić damy w opałach przed zgrają żądnych sensacji paparazzich). Ale, kurczę, jest tak genialnie obsadzony i do tego stopnia zaskakuje w chwili, gdy człowiek jest już pewien, że wie o fabule wszystko, że naprawdę warto zawiesić na nim oko. Świetne kreacje w zasadzie całej obsady (m.in. Farella, Knightley i Friel) i naprawdę nietuzinkowy psychopata, a jako wisienka na torcie nastrojowy soundtrack. 7/10

Trumbo
to lider dzisiejszego zestawienia, z hasłem - zdecydowanie lepiej późno nadrabiać braki w Oscarowych nominacjach, niż nie robić tego wcale:) Wykreowany przez Cranstona tytułowy bohater, pisarz i scenarzysta filmowy, odmówił odpowiedzi na pytanie o przynależność do partii komunistycznej i trafił do więzienia, a także na czarną listę Hollywood. Pisał jednak nadal, nie tylko do filmów gorszego sortu. Pod pseudonimem Richard Rich dostał Oscara, wcześniej oddał znajomemu autorstwo - również nagrodzonych - Rzymskich wakacji. Cenę jego uporu i niezłomności zapłaciła liczna rodzina, totalnie podporządkowana  twórczej obsesji Daltona. Ten film to zbiór perełek, wiele scen na długo pozostaje w pamięci dzięki błyskotliwym dialogom. Genialni są Helen Mirren w roli opętanej ideą zwalczania komunizmu autorki  opiniotwórczych felietonów i kronik filmowych oraz John Goodman jako właściciel wytwórni gorszego sortu - Frank King. Polecam! 8/10

Boska Florence
- czyli film o najgorszej śpiewaczce świata, a raczej o jej dwóch wielkich miłościach - muzyce i St. Clairze Bayfieldzie, niespełnionym aktorze i nieprawym potomku angielskiego szlachcica. Nie jest to może jakiś wybitny film, ale zarówno zabawny, jak i autentycznie wzruszający. I - po raz kolejny - świetnie obsadzony. O Streep nawet nie ma co pisać, choć fałszowanie musiało być dla niej wyzwaniem. Ale Hugh Grant gra najlepszą i najciekawszą rolę od wielu lat, jest niby to cyniczny i wyrachowany, a w gruncie rzeczy - wierny, opiekuńczy i troskliwy, a przy tym bardzo naturalny. Simon Helberg, czyli Howie z The Big Bang Theory, pokazuje wielki komediowy talent w roli pianisty Florence, Cosme McMoona. We trójkę tworzą na ekranie całość angażującą emocje i przykuwającą uwagę. Warto. 7/10
niedziela, 11 września 2016
Opowieść o życiu z perspektywy Śmierci
Tydzień temu kończyłam lekturę Złodziejki książek Markusa Zusaka i nie mogłam się nadziwić, czemu zwlekałam z nią tak długo. Dlatego - jeśli jest ktoś jeszcze, kto nie sięgnął po książkę przy premierze filmu - opowiem wam dzisiaj, z jakiego powodu warto.
Osobiście broniłam się przed nią, bo wiedziałam, że jest smutna i o II WŚ. Okazało się, że jakkolwiek jest to prawda, to jednak równocześnie opowieść jest piękna, wzruszająca i pełna paradoksalnej nadziei na przyszłość oraz wiary w człowieka. Tak wielu różnorodnych emocji dostarczyła mi w tym roku chyba tylko lektura Ścieżek północy Richarda Flanagana, co powinno mówić samo za siebie.
Jak sugeruje tytuł notki (i czego dowiadujemy się już na samym początku), narratorem jest tutaj Mroczny Żniwiarz. Ścieżki jego i głównej bohaterki - Liesel - przecinają się kilkakrotnie, po raz pierwszy wówczas, gdy umiera jej młodszy brat. Ma to miejsce w czasie podróży pociągiem do Molching, niewielkiej miejscowości pod Monachium, gdzie matka dziewczynki - komunistka (czy raczej kobieta jedynie oskarżona o komunistyczny światopogląd z uwagi na życiorys męża) planowała zostawić dzieci dobrym Niemcom, bo sama nie była w stanie zapewnić im utrzymania z powodu prześladowań. Teraz do rodziny Hubermannów, mieszkających przy ulicy Niebiańskiej, trafia tylko Liesel. Ma niespełna dziesięć lat. To właśnie w trakcie pogrzebu brata ukradła swoją pierwszą książkę:PODRĘCZNIK GRABARZA Dwanaście kroków do sukcesu w kopaniu grobów, wydaną przez Bawarskie Towarzystwo Cmentarne. Ale nie umiała czytać i nauka nie przyszła jej z łatwością. Pomagał jej przybrany ojciec, Hans, akordeonista, malarz i nałogowy palacz, który siedział przy niej każdej nocy, gdy budziły ją koszmary. Razem, na raty, przeczytali podręcznik grabarza.
Życie Liesel przy Niebiańskiej nie było usłane różami, ale nawiązała tam przyjaźnie i jakoś odnajdywała się w trudnej codzienności po wybuchu wojny między III Rzeszą a ZSRR. Zusak w niezwykle subtelny, wirtuozerski sposób łączy powieść inicjacyjną z refleksją o codzienności niemieckiej prowincji, której rytm wyznaczały zbiórki Hitlerjugend i pokazowe przemarsze Żydów pędzonych do pobliskiego obozu w Dachau. Jest to tym ciekawsza warstwa historii, że Hans Hubermann wcale nie okazuje się dobrym Niemcem. Przeciwnie, jako jeden z nielicznych mieszkańców miasteczka nie popiera nazistów, a zwłaszcza prześladowań Żydów. Wie jednak, co dobre i konieczne dla przetrwania rodziny, dlatego wiesza flagę ze swastyką, mówi Heil Hitler i nie waha się uderzyć przybranej córki, gdy ta deklaruje nienawiść wobec wodza. Co innego jednak demonstruje publicznie, a co innego kryje w sercu. I w piwnicy...
Nie ma tu patosu (co uważam za największą zaletę), jest niekiedy strach, sporo (rozmaicie okazywanej) miłości, prawdziwa przyjaźń, ale nade wszystko - przedziwna normalność w skrajnie nienormalnych czasach.
Materiał do inspirujących refleksji, zwłaszcza gdy popatrzymy na to, co nam teraz z nagła normalnieje, staje się akceptowalne, a co jest coraz odważniej spychane na margines. Kiedyś już szliśmy tą drogą i nie zaprowadziła nas w zbyt interesujące miejsca. O czym chyba warto sobie przypomnieć.
sobota, 03 września 2016
Gdy spod przykrywki kipi
Żywi i umarli w Winsford to Nesser nietypowy w tym sensie, że choć czyn zabroniony jest katalizatorem akcji, to jednocześnie jest najmniej istotny dla fabuły. Tutaj w centrum jest kobieta - Maria Holinek - i jej demony z przeszłości, emocje tłamszone całymi latami, nieprzepracowana żałoba po zbyt wcześnie utraconych bliskich. W końcu spada kropla, która przepełnia czarę - mąż bohaterki, Martin Holinek, ceniony profesor literaturoznawstwa, zostaje oskarżony o gwałt przez dwudziestoczteroletnią dziewczynę. Ostatecznie ofiara wycofuje zarzuty, ale Martin nie zaprzecza, że się z nią przespał, zaś Maria - po rozmowie z pokrzywdzoną twarzą w twarz - nabiera przekonania, że mimo żarliwych zaprzeczeń także ją zgwałcił. Zgadza się jednak na półroczny wyjazd do Maroka, gdzie Martin zamierza pracować nad książką o dwójce pisarzy, których znał w młodości i z którymi przez kilka lat z rzędu spędzał wakacje w artystycznym kolektywie. W tym potencjalnym bestsellerze Holinek zamierza ujawnić skrywaną przez wiele lat tajemnicę, dotyczącą powikłanych relacji między dwójką literackich sław. Po drodze ze Szwecji do Maroka Holinkowie zatrzymują się w Międzyzdrojach, gdzie Martin odwiedza polskiego znajomego z dawnych lat. W czasie spaceru plażą Maria, zaskakując samą siebie, ulega przedziwnemu impulsowi.
W retrospektywnej narracji, zabierając nas w przeszłość na kilku planach, podczas gdy jego bohaterka zamiast  po plażach Maroka spaceruje z psem po brytyjskich wrzosowiskach, Nesser odsłania kolejne elementy składające się na prawdę o Marii i Martinie. Nie stroni przy tym od proponowania czytelnikowi coraz to nowych tajemnic, z których nie wszystkie zostają ostatecznie wyjaśnione.
Powieść jest bardzo dobrze przemyślana na poziomie głównego wątku, a autor korzysta z wieloletniego doświadczenia, budując przejmujący nastrój i dozując napięcie oraz informacje w sposób stale podtrzymujący zainteresowanie czytelnika. Nie jest to jednak pozycja dla miłośników dynamicznej akcji, introwertyczna jak Maria, niechętnie zrzucająca maskę telewizyjnej prezenterki nawet przed samą sobą,  i silnie statyczna, pełna introspektywnych rozważań i dosyć ponurych na ogół opisów przyrody. Bohaterka bowiem próbuje się schronić przed rzeczywistością w codziennej rutynie: rozpalić w kominku, wziąć prysznic, wyprowadzić psa na długi spacer rano i popołudniu. Ta powtarzalność potrafi momentami znużyć, choć sam zabieg ma uzasadnienie w fabule.
Drugim zarzutem, poważniejszym, są wspomniane wyżej pourywane wątki. Niektóre z nich przez długi czas zapowiadają się na kluczowe fabularnie i mocno angażują, budując spore oczekiwania, a potem zawisają w próżni. Nieładnie, autorze, nieładnie.
Ale ogólnie powieść warta polecenia, przede wszystkim ze względu na swoją nieszablonowość.
sobota, 27 sierpnia 2016
Trzy dobre filmy i jeden bardzo zły
Wśród bieżącego repertuaru kinowego mam problem ze znalezieniem czegoś, co by mnie zainteresowało na tyle, by zainwestować w bilet (choć teraz np. poszłabym na Boską Florence, bo Meryl Streep i Hugh Grant, ale w moim kinie dają dwa seanse dziennie w malutkich salkach, więc jednak spasowałam). Zabrałam się zatem do oglądania tytułów nieco starszych, które wpadły mi w oko w latach poprzednich i czekały na swój czas. Powiem wam, że była to bardzo dobra decyzja.

Dama w vanie to oparta faktach historia bezdomnej kobiety, która - niespodzianka! - mieszka w vanie:) Latami w tej samej dzielnicy, przeparkowując go od czasu do czasu w inne miejsce. Po zmianie przepisów dotyczących parkowania na ulicy zdominowany przez matkę pisarz i scenarzysta teatralny pozwala jej zaparkować w obrębie swojej posesji. Ich przedziwna koegzystencja (pisarz z jednej strony brzydzi się bezdomnej dotknąć, z drugiej jest nią zafascynowany, pragnie poznać historię jej życia i nie pozwala obcym zrobić jej krzywdy) trwa kilkanaście lat, aż do śmierci kobiety, która z czasem staje się coraz bardziej niedołężna. Tytułową i zarazem główną bohaterkę gra Maggie Smith, która, co tu dużo mówić, kradnie ten film, czy może raczej go samodzielnie buduje? Jest po prostu genialna, wspaniale oddaje swoją grą wewnętrzne rozdarcie bohaterki, jej pragnienie niezależności i szacunku tym większe, im trudniejsza staje się jej sytuacja życiowa. Jednocześnie starsza, schorowana kobieta, w teorii będąca społecznym pariasem, do samego końca potrafi czerpać autentyczną radość z drobiazgów, takich jak szybka jazda ulica na wózku inwalidzkim. Świetny, słodko-gorzki film.

Złota dama to kolejna historia oparta na faktach i kolejny popis znakomitej aktorki. Tym razem jest to Helen Mirren, wcielająca się w Żydówkę, która próbuje odzyskać portret swojej ciotki pędzla Klimta. Obraz został w czasie II WŚ skonfiskowany przez nazistów, a następnie przejęty przez austriackie władze, komisja reprywatyzacyjna nie chce go oddać, gdyż stal się jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie elementów kulturalnego dziedzictwa kraju. Krewna sportretowanej przez Klimta kobiety przy pomocy znajomego prawnika występuje więc na drogę sądową, ale batalia ta nie będzie łatwa. Bardzo dobry, bynajmniej nie łzawy i skłaniający do refleksji o historycznej odpowiedzialności kolaborujących z nazistami oraz konieczności naprawy historycznych krzywd film.

LEGO - Przygoda czyli dla odmiany całkowicie fikcyjny (i w całości zbudowany z klocków - niesamowicie się na to patrzy) oraz o wiele bardziej rozrywkowy element zestawu. Stara jak świat historia o Wybrańcu, który był nikim, a nagle musi zbawić całe klockowe uniwersum, pełna popkulturowych nawiązań i humoru. Bardzo przyjemny, odprężający seans.

Na koniec zachowałam ostrzeżenie:

Zakładnik z Wall Street - film, który powinien się nazywać: Clooneyowi i Roberts zabrakło kasy na drobne wydatki w stylu n-tej prywatnej wyspy, wskutek czego zdecydowali się zagrać w straszliwej szmirze. Co więcej, w roli epizodycznej zrobił to także Dominic West, ale jego łatwiej mi zrozumieć, bo mimo wszystko ma zdecydowanie mniej pieniędzy. W każdym razie Clooney prowadzi show, w którym doradza Amerykanom, jak inwestować, trochę się przy okazji wydurniając, bo inaczej nikt by tego nie oglądał. Na podstawie jednej z takich rad, w wyniku awarii algorytmu inwestycyjnego w firmie Westa, Amerykanie tracą w jednej chwili 800 milionów dolarów. Jeden z poszkodowanych wdziera się na plan programu (którego producentką jest Roberts) i stara się uzyskać od prowadzącego odpowiedź, co było przyczyną awarii. Ponieważ grozi mu bronią i zmusza do założenia kamizelki z ładunkiem wybuchowym, Clooney ulega sugestiom, a po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że chłopak w zasadzie ma słuszność i nie należy pozwolić antyterrorystom go zabić. Realne, nie? Zwłaszcza że postać Clooneya to rzekomo cyniczny egoista oraz dupek bez serca. Odpuściłam jakieś pół godziny przed końcem, gdy Clooney, osłaniając terrorystę własnym ciałem, udał się z nim na przechadzkę przez miasto w obstawie SWAT, by uzyskać od Westa odpowiedzi. Już drugi w tym roku film z Clooneyem (po Ave, Cezar!), który okazał się wielką pomyłką.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Pozostałe lektury urlopowe
Urlop niestety dobiega końca, jak wszystko, co dobre (np. Polcon 2016 we Wrocławiu), czas zatem na podsumowanie nieopisanych do tej pory lektur.

Włodzimierz Nowak Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda to pozycja bardzo ciekawa i zdecydowanie godna uwagi - biografia Zygfryda Kapeli, pół-Polaka, pół-Niemca (po matce), któremu przyszło dorastać w trudnych (zwłaszcza dla kogoś z takim pochodzeniem i imieniem) powojennych polskich realiach. Zygfryd jest postacią nietuzinkową, o ile jednak w pierwszej części opowieści zdecydowanie łatwiej z nim empatyzować, to im dalej w historię, tym bardziej oczywiste staje się, że jest typowym cwaniaczkiem, koniunkturalistą, a do prawdy i jakichkolwiek wartości ma mocno swobodny stosunek, ujmując rzecz bardzo łagodnie. Ale nie trzeba go lubić (co ciekawe, nawet sam autor w pewnym momencie zdecydowanie przestaje i traci serce do opisywanej historii), by docenić złożoność i niezwykłość jego biografii, w której ucieczka (ostatecznie chyba nie dokądś, a po prostu przed nieładną prawdą o sobie) jest elementem kluczowym. Są fragmenty lepsze i gorsze, ale całość oceniam wysoko i zdecydowanie polecam, nie wchodząc w dalsze szczegóły, by nie psuć wam zabawy, jaką jest odkrywanie biografii bohatera, nierozerwalnie związanej z polską historią.

Joseph Delaney Zemsta czarownicy, czyli pierwszy tom cyklu fantasy kierowanego w teorii do czytelników 10+. W praktyce dostajemy dosyć dorosły horror. Trzynastoletni główny bohater, siódmy syn siódmego syna, stawiający pierwsze kroki w potrzebnym, lecz mało prestiżowym fachu stracharza, natyka się na rzeczy, które mnie nieźle przeraziły. A to: placki z krwi niemowląt, zazdrosnego górnika z pylicą zakopującego żonę żywcem w piwnicy, stado wisielców - widm na pobliskiej górce, krwiożercze czarownice porywające dzieci i niestroniące od opętania. Rzecz jasna, wszystko kończy się całkiem dobrze, ale jeśli otwarcie jest tak mroczne, to - będąc egzemplarzem wyjątkowo strachliwym - chyba podziękuję za dalszy ciąg. Niemniej, książka w swoim gatunku dobra: nastrojowa, wyrazista i znakomicie przetłumaczona przez Paulinę Braiter. No i czyta się błyskawicznie.

Jørn Lier Horst Poza sezonem - ponoć kolejne tomy (wydane wcześniej, ale późniejsze w cyklu) są lepsze, jednak co do tego jestem zdecydowanie na nie. Bohaterowie są przeraźliwie papierowi i kompletnie mnie nie obeszli, podobnie jak intryga, ostatecznie może i spójna, ale zrealizowana sztywno, niczym zadanie z kursu kreatywnego pisania. Być może to po części kwestia języka (czy to oryginału, czy tłumaczenia - nie sposób przesądzić, ale mimo wszystko skłaniam się ku pierwszej opcji) - suchego, ściśle celowego, sprawozdawczego i podporządkowanego raportowaniu akcji. Nastroju w każdym razie, mimo czynionych przez pisarza prób scenograficznych, nie stwierdzono. A potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo autor wysłał bohaterów do Wilna, nie mając zielonego pojęcia o litewskich realiach, które opisał wprost tragicznie, stereotypowo i powinien się mocno zastanowić, zanim zdecydował się na coś podobnego bez solidnego researchu. Intryga częściowo wydumana, a częściowo przewidywalna. Jedna z najgorszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Odradzam dosyć stanowczo.

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk Pies i klecha. Żertwa i inne historie - w związku ze skandalicznym opóźnieniem e-booka nowych Akt Dresdena znalazłam po dwóch latach czas dla ich polskiego odpowiednika, tj. zbioru opowiadań o księdzu i policjancie rozwiązujących nadprzyrodzone zagadki w czasach schyłkowego PRL. Mam sentyment do księdza Gila i porucznika Enki z czasów czytania dwóch niezłych powieści z ich udziałem, zatem miło było ponownie spędzić z nimi trochę czasu. Choć fabuły bywają przekombinowane (poziom poszczególnych tekstów jest bardzo zróżnicowany), a rozwiązania średnio wiarygodne, kreacje bohaterów i ogólny klimat wiele wynagradzają. No bo czy voodoo w krakowskim akademiku Żaczek nie brzmi dobrze? Na początek polecam jednak powieści. Choć opowiadania w ciekawy sposób pogłębiają portrety bohaterów.

Antti Toumainen Czarne jak moje serce to bardzo nastrojowy kryminał noir, dostarczający wszystko, czego można by oczekiwać po utworze tego gatunku. W tym także pewne przerysowanie sztandarowych motywów czy charakterów, niestety. Nie wiem też, czy to tłumaczka Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher przeszarżowała z poetyckością języka, czy autor na taką drogę się zdecydował. Do pewnego momentu zabieg ów buduje klimat opowieści, jednak po przekroczeniu pewnego krytycznego stężenia zaczyna już tylko działać na nerwy. Niemniej, nie zmienia to faktu, że przeplatana retrospekcjami historia planowanej od wielu lat zemsty wciąga, a sama książka jest na swój sposób wyjątkowa i naprawdę niezła. Po prostu spodziewałam się czegoś więcej:)
sobota, 13 sierpnia 2016
W Crosby, w stanie Maine
W miasteczku najważniejsze są: kościół, ratusz i sklep spożywczy, choć sklepowi przydałoby się odmalowanie.

Do kościoła Olive Kitteridge chodzić nie chce (chyba że na koncert muzyki poważnej), w pewnym momencie stanowczo odmawia także chodzenia do sklepu.
W ogóle Olive chodzi własnymi drogami, co w takim niewielkim miasteczku jak Crosby nie jest dobrze widziane. Ludzie uważają ją za sekutnicę (którą jest), ale nikt nie powie jej tego prosto w oczy, bo w końcu była nauczycielką matematyki w miejscowej szkole średniej, a fakt, że przeszła już na emeryturę, nie pozbawia jej bynajmniej autorytetu, stanowiącego pochodną tej złowrogiej funkcji.
Nazwą ją raczej świętą osobą, co ją szczerze rozbawi, bo nie z dobroci serca, a z obawy przed codzienną samotnością niezłomnie pielęgnować będzie powalonego wylewem męża.
W toku opisanych w zbiorze opowiadań Elizabeth Strout wydarzeń mały wszechświat, w którym Olive niepodzielnie włada na początku tej historii, ulega stopniowemu rozpadowi. Niektóre wstrząsy udaje się zamortyzować, np. zauroczenie męża młodziutką farmaceutką. Jednak już nieoczekiwane małżeństwo syna, a co gorsza - jego wyprowadzka na drugi koniec kraju, porzucenie specjalnie wybudowanego przez rodziców domu, brak powrotu mimo rozpadu związku - zamortyzować się nie dają. To gorzej niż niewdzięczność, to zdrada.
Samotność leczy rany skuteczniej niż czas i Olive tak rozpaczliwie pragnie jakiejkolwiek relacji z synem, że z radością leci na jego wezwanie do Nowego Jorku, gotowa zaakceptować nawet jego dziwaczną nową żonę z dwójką dzieci z wcześniejszych związków i trzecim - jej wnukiem - w drodze. Desperacja także ma mimo wszystko swoje granice i Olive nie pozwoli się traktować, jakby była zdziecinniałą staruszką. Wraca do Crosby, gdzie może być sobą. W nagrodę dostaje końcowy promyczek nadziei, bez którego całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia.
Na marginesach tej smutnej, ale przejmująco realistycznej historii o toksycznych rodzinnych relacjach Strout - umieszczając Olive jedynie w tle - opowiada o innych nieprzystających do małomiasteczkowego szablonu szczęśliwej normalności jednostkach: córce prostytutki, utalentowanej pianistce, której matka nie pozwoliła się kształcić i która dożywa swoich dni, topiąc tremę w alkoholu i przygrywając ze słuchu do kotleta w miejscowym barze; nastolatce chorej na anoreksję; rodzicach, których syn okazał się mordercą i nie pomogła zainwestowana w jego wychowanie fortuna; dziewczynie, która chciała żyć z chłopakiem bez ślubu; porzuconej przez matkę córce fanatycznie religijnego pastora; żonie, która w dniu pogrzebu męża dowiaduje się o jego zdradzie. Te opowieści w zdecydowanej większości nie zmieściły się w genialnym serialu HBO na podstawie zbioru, a nadają historii Olive zupełnie inny wydźwięk. W porównaniu bowiem z ich protagonistami tytułowa bohaterka wygrała los na loterii życia. Mimo trudności dopasowała się, założyła rodzinę, była szanowaną członkinią społeczności. Cóż z tego, że tylko z wierzchu? Inni daliby się za ten substytut sukcesu pokroić.
Kwestia perspektywy i względności jest jednym z najciekawszych elementów tego zbioru, którego lekturę gorąco i bezwarunkowo polecam.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Temoins, czyli nie wszystko złoto, co zagraniczne
Jestem na urlopie, na który - jak zwykle - miałam bardzo ambitne plany z zakresu must read i must watch. Między innymi, łącząc przyjemne z pożytecznym, planowałam odrdzewić swój francuski.
Z pomocą przyszedł mi zeszłoroczny serial Świadkowie, który kurzył się na dysku od jakiegoś czasu, i całkiem nieoczekiwanie okazał się być w języku Moliera.
I tak sobie patrzyłam (dość szybko okazało się, po początkowym wstrząsie, że z francuskim jest jak z jazdą na rowerze i ku swemu zaskoczeniu rozumiem praktycznie wszystko, co do mnie płynie z ekranu!), nie mogąc się oprzeć refleksji, że produkcji bliżej do naszych rodzimych kryminałów silących się na zachodni sznyt niż do choćby przeciętnego brytyjskiego czy amerykańskiego serialu z tego gatunku.
Przede wszystkim wspólnym mianownikiem była spora teatralność, bo jakoś tak się dziwnie składa, że często gęsto miałam poczucie, iż patrzę na Prokuratora (z którym wiązałam wielkie nadzieje, a rzeczywistość bolała tak bardzo, że odpuściłam sobie pisanie o niej i wcale mnie nie dziwi, że nie będzie kolejnego sezonu...). Problem Świadków jest dosyć podobny - nieźli aktorzy, w sumie całkiem fajny klimat i pomysł na intrygę z korzeniami w przeszłości i w życiu osobistym protagonisty, ale wykonanie tak przerysowane i koturnowe, realizacja tak słaba, że aż patrzeć hadko.
Gdyby się za to wziął scenarzysta Line of duty, z tego samego materiału (ktoś wykopuje świeżych nieboszczyków i upozowuje ich w domkach pokazowych na szczęśliwe rodzinki, zostawiając za każdym razem na miejscu zdarzenia przedmiot, który może rozpoznać tylko główny bohater - niegdyś genialny śledczy, obecnie wrak człowieka) zrobiłby bez trudu cudeńko.
Z powodu topornych paraleli i niepotrzebnych przerysowań Francuzom wyszedł snuj z przeogromną ilością zmarnowanego potencjału.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka