czwartek, 14 września 2017
Premierowy konkurs z Dwiema kartami Agnieszki Hałas
Za chwilę dalszy ciąg programu, a tymczasem gratka dla czytelników bloga, którzy chcieliby mieć na własność świeżo wznowione Dwie karty, pierwszy tom Teatru Węży Agnieszki Hałas. Konkurs z taką właśnie nagrodą - na życzenie zwycięzcy opatrzoną autografem autorki:)

Żeby wygrać, trzeba grać, a zadanie konkursowe jest następujące: puśćcie wodze wyobraźni i wymyślcie jakiś magiczny eliksir. Opiszcie recepturę (składniki), nazwę i właściwości (sposób działania). Najciekawszy przepis wygrywa. Oceniamy kolegialnie: ja i Agnieszka Hałas, która wymyśliła zadanie konkursowe i zafundowała nagrodę.
Odpowiedzi proszę zamieszczać w komentarzach pod tym postem do 23:59 w dniu 21 września (czwartek).
Wyniki do końca przyszłego tygodnia na blogu.

Dla przypomnienia oraz zachęty moje wpisy o Dwóch kartach i Krzyczącym w Ciemności. Powodzenia! Niech mistrz eliksirów Severus Snape będzie z wami:)
sobota, 09 września 2017
Opowieść niosąca odpowiedź (Anna Kańtoch, Niepełnia, przedpremierowo)

Komu spodobało się Czarne, ten wyzwaniem, jakie stanowi lektura najnowszej powieści Anny Kańtoch, zatytułowanej Niepełnia, będzie zachwycony. Choć na żadnej innej płaszczyźnie poza tym, że ich forma jest zaproszeniem dla czytelnika do zdekodowania nieoczywistego przesłania, utwory te nie są podobne.

Struktura Niepełni ma unikalny charakter, który łatwo przegapić, bo w pierwszej chwili wszystko wydaje się zwodniczo proste. Na prowincjonalnym posterunku policji, przed zmęczoną funkcjonariuszką, która w zasadzie powinna już skończyć dyżur, siedzi chłopak, znaleziony w opuszczonym domku letniskowym, i próbuje wytłumaczyć, co tam właściwie robił. Policjantkę nie bardzo to obchodzi, ale ponieważ śnieżyca uwięziła ich oboje w tym miejscu, nie wiadomo na jak długo, z braku alternatywy zaczyna słuchać dziwnej, niby zupełnie niezwiązanej z sytuacją, opowieści zatrzymanego. Jest to opowieść o dziewczynie, która tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2015 zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach na katowickim rynku. Stanowi pierwsze ogniwo misternego łańcucha powiązanych ze sobą historii. Jak w matrioszce, w pewnym momencie bohaterowie każdej fabuły trafiają na następną, w której znowu ktoś inny czyta o losach kolejnych postaci. Powstaje intrygująca spirala różnorodnych gatunkowo i tematycznie opowieści, zapisanych czy to na stronach internetowych, czy na zwykłych, pokrytych wyblakłymi śladami ołówka kartkach. Spirala, która wciąga tak bardzo, że nie sposób wyrwać się z jej meandrów przed dotarciem do ostatniej kartki.

Wspólne mianowniki są liczne. Ten sam biały dom, z osobną piwnicą, w gminie Radziechowy, nieopodal Golgoty Beskidów. W każdej opowieści para bohaterów – mężczyzna i kobieta (czasem dziewczyna i chłopak). Oprócz jednej, której protagonista ma jednocześnie cechy męskie i żeńskie. Ulotny zapach cytrusów. Atmosfera tajemnicy i zagrożenia. Dziwne, niewytłumaczalne zniknięcia i desperackie poszukiwania. Sporo pozorów i kłamstw. Liczne trupy, lub przynajmniej domniemane trupy. I te metaforyczne, chowane w szafie przeszłości, z której lubią nieoczekiwanie wypadać, i jak najbardziej dosłowne. Powracający motyw White Christmas, melodii tak idyllicznej, że aż ironicznej, jeśli wziąć pod uwagę, dla czego stanowi podkład dźwiękowy. Jak łatwo zgadnąć, podobieństwa nie są kwestią przypadku. Niepełnia to precyzyjna, spójna konstrukcja, w której każdy element ma znaczenie.

Co łączy dwójkę maturzystów, dwójkę studentów kulturoznawstwa, dawną licealna parę i rodzeństwo włamujące się do letniskowych domów po sezonie? Jaką rolę pełni w historiach wszystkich bohaterów biały dom, przyciągający ich niczym magnes? Czemu służy opowieść snuta przez dziwnego chłopaka na policyjnym posterunku? Niepełnia, najnowsza pozycja w serii wydawnictwa Powergraph Kontrapunkty, to wiele więcej niż odpowiedź na wszystkie te pytania. Przekonajcie się sami, premiera już 29 września 2017.

P.S. Polecam też (choć może lepiej po lekturze) bardzo ciekawą rozmowę o książce, jaką z autorką, przy okazji prapremiery na tegorocznym Polconie, przeprowadził Stanisław Krawczyk.

niedziela, 03 września 2017
Lato z kryminałem 2017 (2): Smak strachu, Co nas nie zabije, Karambol, Oczy Eugene'a Kallmana
Zajęłam się tego lata cegłami rozmaitego autoramentu i trochę zaniedbałam kryminały. W ostatnim czasie nieco się na tym polu zrehabilitowałam, czego rezultaty przedstawiam poniżej.

Hakan Nesser Oczy Eugene'a Kallmana - to w zasadzie nie do końca kryminał, choć są tajemnicze zgony i kilku detektywów-amatorów (uczniowie i nauczyciele liceum z niedużego szwedzkiego miasteczka). Nesser w kilku ostatnich powieściach próbuje czegoś nowego, wyzwalając się z ram wymogów literatury gatunkowej. W sumie mam w stosunku do tej książki nieco mieszane uczucia i bynajmniej nie dlatego, że oczekiwałam klasycznego kryminału. Według mnie ten rozpisany na kilka zróżnicowanych głosów i na kilka planów czasowych obyczajowy obraz prowincjonalnej rzeczywistości jest bardzo zajmujący, a element kryminalnej intrygi wręcz mu ciąży. A już najbardziej niepotrzebny jest komponent fantastyczny, czyli rzekoma moc spojrzenia Kallmana. Nie jest to najlepszy Nesser, ale nawet nie najlepszy Nesser jest dobry.

David Lagercrantz  Co nas nie zabije - czwarty to Millenium, po który sięgnęłam na fali reklam kolejnej części i zapotrzebowania na odmóżdżacz. Choć trylogię Larssona przeczytałam z przyjemnością, byłam zdania, że jest w niej wiele irytujących elementów i przede wszystkim masa zbędnego pustosłowia. Fanfik Lagercrantza od części tych wad jest wolny - przede wszystkim bardziej skondensowany i mniej naszpikowany reklamami, co się chwali. Brak mu jednak także pazura, który Larsson mimo wszystko, nawet z poprawką na różne mało prawdopodobne zagrywki fabularne, miał.  Jest to całkiem zajmujący, ale w sumie bardzo przeciętny i nie stroniący od wyświechtanych motywów (genialny autysta, i to z akurat takim kombo talentów, jakie jest niezbędne fabularnie, dobra i zła bliźniaczka) thriller. Czyli można, ale nie trzeba.

Sarah Hillary Smak strachu to była u mnie powieść ostatniej szansy dla Marnie Rome i Noaha Jake'a. Szczęśliwie autorka zaproponowała tym razem lepszą i mniej przewidywalną historię niż w mocno rozczarowującej Nie ma innej ciemności. Najnowszy zwyrodnialec opiekuje się bezdomnymi dziewczętami, które zgarnia z ulic, ubiera w mundurki i w zamian za poczucie bezpieczeństwa oraz dach nad głową wymaga, by nie dorastały. Jest jednak tak zafiksowany na swoim urojonym obrazku idealnej rodziny, że umykają mu pewne drobne, ale istotne szczegóły. W końcu misterna konstrukcja zaczyna się sypać, a odrzucone fragmenty stają się przedmiotem śledztwa. Nie powiem, tym razem intryga jest bardzo wciągająca i potrafi autentycznie zaskoczyć. Wielką zaletą jest zminimalizowanie do minimum wewnętrznych dylematów Marnie i Noaha, które poprzednią powieść niemal mi obrzydziły. Tę mogę polecić z czystym sumieniem, jedynie nieznacznie ustępuje świetnemu W obcej skórze.

Hakan Nesser Karambol - cykl z - na tym etapie już byłym - komisarzem Van Veeterenem i ekipą śledczych z Maardam oszczędzam sobie i czytam po jednym tomie rocznie. Tegoroczna odsłona była bodaj najlepszą z dotychczasowych, a to sporo znaczy, bo to równa i niebanalna seria. Przesądza o tym niezwykle zgrabna fabularna konstrukcja, w której fatalnie skumulowane zbiegi okoliczności (oporna dziewczyna, uciekający autobus, deszczowa pogoda, brak wolnej taksówki) zapoczątkowują ciąg upadających kostek makabrycznego domina. Czy, jak chcą bohaterowie, interakcję bilardowych kul. Jedną z tych padających kostek jest syn Van Veeterena, co sprawia, że do wyjaśnienia sprawy rzucone zostają wszystkie policyjne zasoby. Nie na wiele się to jednak zdaje, bo to złożona historia. Kryminał na najwyższym poziomie i zarazem traktat filozoficzny. Tak się to powinno robić. Gorąco polecam.
niedziela, 27 sierpnia 2017
Wznowienie Dwóch kart Agnieszki Hałas i premierowe opowiadanie ze świata Zmroczy gratis!
Od lat regularnie zachęcam czytelników tego bloga do zapoznania się z twórczością Agnieszki Hałas i jest ku temu kolejna znakomita okazja. Dom Wydawniczy REBIS będzie teraz wznawiał jej sztandarowy cykl, czyli Teatr Węży. Tom pierwszy, czyli Dwie karty, ukaże się już 12 września 2017 r. Treść w żaden sposób nie odbiega od pierwszego wydania, które ukazało się nakładem świętej pamięci lubelskiego wydawnictwa Ifryt w 2011 roku. Dlatego pozwolę sobie przypomnieć moją recenzję powieści, która pierwotnie ukazała się pod tytułem Dwie barwy magii i więcej niż jedna tajemnica na łamach portalu książki.wp.pl (wrzuciłabym linka, ale serwis przeszedł jakąś radykalną metamorfozę i nie jestem w stanie znaleźć tekstu). Zanim jednak przejdziemy do recenzji, nadmienię, że przy okazji premiery wznowienia Dwóch kart REBIS w celach promocyjnych udostępnia wraz z fragmentem powieści za darmo premierowe opowiadanie ze świata Zmroczy, w którym rozgrywa się akcja trylogii, czyli Królestwo i jego cienie. Tekst można pobrać w Publio, Virtualo i Ebookpoint. Ponadto dostępne jest nominowane do tegorocznej Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla opowiadanie Panicz z Ertel-Sega z antologii Na nocnej zmianie. Tekst nie wygrał, laur zgarnął wczoraj Wywiad z Borutą Łukasza Orbitowskiego i Michała Cetnarowskiego, niemniej to też dobra okazja do zapoznania się z głównym bohaterem Teatru Węży, Brune Keare.
 
A teraz moja recenzja Dwóch kart, które są taką przystawką, wprowadzeniem w świat opowieści. Dalej jest jeszcze lepiej.
 
Nie znałam dotąd żadnego tekstu o Krzyczącym w Ciemności, ale nazwisko autorki opowiadań kojarzyłam z pozytywnymi opiniami czytelników. Z zainteresowaniem sięgnęłam zatem po jej debiutancką powieść. Uniwersum Dwóch kart to świat intrygujący, w którym po wojnie bogów z Wrogiem stanęła bariera, mająca pod nieobecność najpotężniejszych nieśmiertelnych chronić ludzkość przed Otchłanią – Zmrocza. Utrzymanie delikatnej równowagi osłony wymaga wyważenia występującego na świecie dobra i zła. Jest to głównym zadaniem srebrnych magów, których tylko umownie i w sporym uproszczeniu nazwać można dobrymi. Jeśli bowiem Ekwilibrium tego wymaga, nie tylko przymykają oczy na zło, ale i sami je czynią.

 A jednak to główny bohater opowieści jest tym umownie złym – czarnym magiem, ka-ira, którego moc płynie z bólu i cierpienia. Niczym wampir, karmi się życiową energią innych i zmuszony jest unikać słońca. Stara się jednak ze wszystkich sił panować nad swoim darem i używać go do pomagania innym. Nie jest bynajmniej altruistą, zabraniają tego zresztą magiczne prawa, które głoszą, między innymi, że nie ma nic za darmo. Nie jest też aniołkiem, boryka się – poza bezlikiem innych problemów – z pociągiem do opium i czymś, co wygląda na początki szaleństwa. To, niestety, częsty skutek uboczny talentu związanego z Czernią, drugą, obok Srebra, barwą magii. Kreacja Krzyczącego w Ciemności nie jest przeszarżowana w kierunku wszechmocy, intryguje i ma w sobie spory potencjał.

Niejednoznaczna moralnie, interesująca mechanika społeczna świata przedstawionego - opisanego zresztą dość szczegółowo i kontrastowo – nędza i bogactwo są mniej elastyczne interpretacyjnie niż dobro i zło, zwłaszcza obraz nędzy i rozpaczy odmalowany został tutaj drobiazgowo - należy do najważniejszych zalet powieści. Podobało mi się również, że niemal każda z pojawiających się postaci, nawet na drugim i trzecim planie, miała w sobie jakiś charakterystyczny, nadający jej prawdziwe życie i indywidualność, rys. Takie podejście  pomagało  budować wiarygodny nastrój, który także zaliczam do walorów Dwóch kart.

Zagadka przeszłości głównego bohatera, choć początkowo nieco trąci schematem (amnezja), rozwija się bardzo interesująco. I całe szczęście, gdyż pozostałe elementy fabuły, powiązane, przynajmniej przez większość objętości powieści, dosyć luźno, nie są szczególnie fascynujące (co nie znaczy w żadnym razie, że wieje nudą – po prostu w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z kilkoma niezależnymi historiami).

Powieść Agnieszki Hałas oferuje wszystko, czym powinna legitymować się literatura rozrywkowa z ambicjami: pomysły, zagadki, przykuwającego uwagę bohatera, gęsty klimat, masę splątanych intryg i dynamiczne sceny walk. Jej dodatkową zaletę stanowi sprawność językowa, z jaką została napisana, co sprawia, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. Może i po wszystkich usłyszanych przez lata pochwałach spodziewałam się czegoś więcej, fenomenu na miarę, nie przymierzając, wiedźmina, ale dostałam całkiem sporo. Na pewno wystarczająco wiele, by z zainteresowaniem sięgnąć po kolejne odsłony cyklu Teatr węży. Zdecydowanie polecam jego pierwszy tom miłośnikom mroczniejszej fantasy z więcej niż odrobiną refleksji. Mam też nadzieję, że na kontynuację nie będzie trzeba czekać zbyt długo, bo fabuła urywa się – a jakże – w wyjątkowo interesującym momencie.
sobota, 19 sierpnia 2017
Dresden po lekkiej zadyszce wraca do popisowej formy (Jim Butcher, Zdrajca)
Akta Dresdena to jeden z moich ukochanych cykli w ogóle i najlepszy cykl urban fantasy, jaki do tej pory spotkałam na swojej czytelniczej drodze. A to coś znaczy, bo gatunek lubię i czytałam sporo. Do tej pory o cyklu, wznawianym i kontynuowanym - po niesławnej kompromitacji Wydawnictwa Amber (tragiczne tłumaczenie) - od dobrych paru lat, a dokładnie od października 2011, ze skandaliczną przerwą po 4 tomie, przez Wydawnictwo MAG, pisałam na łamach ksiazki.wp.pl. Była to już ostatnia nić łącząca mnie z serwisem, a po kolejnej zmianie kierownictwa i ona została zerwana. Ponad ośmioletnią współpracę zakończyłam recenzją dziewiątego tomu, czyli Białej nocy.
I choć do tej pory powtarzałam jak mantrę, że Butcher jako jedyny mimo napisania wielkiej liczby tomów cały czas proponuje czytelnikowi coś świeżego, na etapie Drobnej przysługi, czyli dziesiątej odsłony, zaczęłam mieć wątpliwości. Owszem, czytało się ją nadal bardzo przyjemnie, ale po raz pierwszy pojawiło się wrażenie, że - oprócz rozgrywania znanych elementów - nie wnosi w zasadzie niczego nowego. Dlatego nie napisałam o niej i w zasadzie mogłabym się podpisać pod tą recenzją Moreni.
Jednak Zdrajca, czyli tom 11, przywrócił mi lekko zachwianą wiarę w Jima Butchera, okazując się jedną z najlepszych (obok np. Rycerza Lata czy Dowodów winy) części serii. A wszystko dzięki przesunięciu akcentów na sferę wielkiej intrygi politycznej z udziałem Czarnej Rady, w którą Harry zostaje uwikłany z racji antypatii łączącej go z Donaldem Morganem. Antypatia to w zasadzie eufemizm, Morgan latami czyhał na najdrobniejsze potknięcie Dresdena, by móc ściąć mu głowę jako czarnoksiężnikowi. Biała Rada w końcu po latach oczyściła Harry'ego z zarzutów (raczej z powodu braków kadrowych wywołanych wojną z wampirami niż z przekonania o jego niewinności), ale Morgan prywatnych podejrzeń wobec niego nigdy się nie wyzbył. Tym słodszym paradoksem jest, że gdy to na zapiekłego Strażnika pada niesłuszne podejrzenie o zdradę i zabójstwo, musi on szukać pomocy właśnie u Dresdena. Bo tam pogoń podąży za nim w ostatniej kolejności. A Dresden, jak na sentymentalnego frajera przystało (i za to go kochamy:), pomocy oczywiście udziela. Co stanowi początek kłopotów.
Mamy zatem sporo nowości, między innymi możemy zwiedzić siedzibę Białej Rady w Edynburgu. Ale poszlaki prowadzą także do Białego Dworu (te wątki prywatnie zawsze bardzo lubiłam, koncept wampira żerującego na ludzkiej rozkoszy jest bardzo oryginalny). A że za głowę zdrajcy Rada zaoferowała nielichą nagrodę, w przerwach między zbieraniem dowodów niewinności swojego podopiecznego Harry musi odpierać ataki łowców nagród, w tym takich spod naprawdę ciemnej gwiazdy. Jeden z nich porywa jego przyrodniego brata Thomasa i wyrządza mu okrutną krzywdę (albo robi przysługę, obnażając jego prawdziwą naturę, to jedna z licznych ocennych kwestii w tym tomie). Do stawki honorowej i politycznej w polowaniu na faktycznego sprawcę dochodzi w efekcie motywacja osobista. Według mnie taki Dresden jest najlepszy, a Butcher, jak się finalnie okazuje, trzyma w rękawie jeszcze kilka atutów, z których nawiązanie do klasyki literatury stanowi jedynie przyjemny drobiazg. Słowem, wiele się w tym tomie wyjaśnia, ale równie dużo pozostaje do odkrycia. Na tom dwunasty czekam z prawdziwą niecierpliwością. Martwi mnie tylko, że autor już od 3 lat nie pisze dalszego ciągu i po piętnastym możemy zostać na takim samym głodzie jak reszta świata.
P.S. W tym tomie jako tłumaczka Akt Dresdena debiutuje Anna Reszka, z której pracą przy MAGowych paranormalach, ze szczególnym uwzględnieniem dzieł Cassandry Clare i Lauren Kate (och, jak bardzo nie będę tęsknić za recenzowaniem na zlecenie!), wiąże się wiele moich wyjątkowo traumatycznych wspomnień. Miałam zatem obawy, a nawet lęki. Z radością donoszę, że okazały się one bezpodstawne, a przekład ma w sobie swobodę i lekkość, której brakowało miejscami tomom przełożonym przez Michała Jakuszewskiego. Szkoda, że PWC nie przełożył całości, ale pewnie dalej tkwilibyśmy na etapie piątego tomu.
sobota, 12 sierpnia 2017
Czy mnie jeszcze pamiętasz? (Ósme życie I, Grzesiuk - król życia i Skrytobójca błazna)
Chomikowanie nieopisanych lektur jest dobre, o ile nie trwa zbyt długo. Dlatego teraz nadrabiam zaległości z czerwca i lipca.

Ósme życie tom I Nino Haratischwili zebrało swego czasu mnóstwo dobrych recenzji i zachwyciło moją mamę. W ramach postanowienia, by czytać w tym roku więcej cegieł, zabrałam się także za nie. Niestety, nie porwała mnie historia córek fabrykanta czekolady. Za dużo tam było romansu, tandetnego melodramatu, a poza tym najstarsza z nich zachowywała się jak bierna, a zarazem roszczeniowa i kompletnie oderwana od realiów codziennego życia idiotka. Irytowała mnie tak bardzo, że na jej tle już nawet pozostałe siostry (z których jedna była dewotką, druga marzyła tylko o zamążpójściu, a trzecia była pięknością stworzoną do życia w luksusie)  oraz jej własne dzieci - też niezbyt biegłe w surfowaniu na fali codzienności - wypadały lepiej. Warstwa historyczna dla kogoś choćby pobieżnie zainteresowanego historią powszechną XX wieku nie ma w sobie nic odkrywczego. O Gruzji w zasadzie same ogólniki. Styl nie powala. Być może sięgnę po kontynuację, ale ponoć jest jeszcze słabsza, więc wątpię. Ogólnie - spore rozczarowanie. Nie polecam.

Grzesiuk - król życia Bartosza Janiszewskiego to pozycja, która zapewne nie rozczarowałaby mnie w takim stopniu, gdybym nie miała w stosunku do niej tak wygórowanych oczekiwań. Jestem wielką fanką książek Grzesiuka (Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu oraz Na marginesie życia) i znam je w zasadzie na pamięć, a mimo to odświeżam sobie od czasu do czasu. Strasznie chciałam dowiedzieć się o Stanisławie czegoś więcej niż to, co sam napisał, i byłam podekscytowana perspektywą uzupełnienia o dodatkowe fakty tego zafałszowanego subiektywizmem obrazu, jaki wyłaniał się z trylogii. Tymczasem z dziesięciu części książki Janiszewskiego pięć (Dzielnica, Wojna, Niewola, Choroba i Dom) w zasadzie powiela informacje z dzieł Grzesiuka. A to jest połowa materiału. ciekawe są fragmenty o życiu jego rodziców, tak przed powrotem do Warszawy, jak i w późniejszym czasie. Ale już o żonie i dzieciach swojego bohatera Janiszewski pisze bardzo pobieżnie, o obozie nie dodaje właściwie nic nowego, kontrowersje wokół Pięciu lat kacetu, w tym procesy sądowe, w zasadzie zbywa ogólnikami. Najciekawsze są poza szpitalne fragmenty powojenne, czyli bardzo niewielka część całości. Szkoda.

Skrytobójca Błazna Robin Hobb okazał się za to cegłą (816 stron) wspaniałą pod każdym względem, która umiliła mi czerwcowy tygodniowy urlop. Jest to pierwszy tom trzeciej trylogii fantasy z tymi samymi bohaterami, cyklu zapoczątkowanego dwadzieścia dwa lata temu Uczniem skrytobójcy, który już kiedyś tu polecałam i czynię to ponownie. W tym gatunku mało jest serii na takim poziomie. Całość zaczyna się jak bardzo schematyczna fantasy (na litość, główny bohater to książęcy bękart!), ale ewoluuje w o wiele bardziej złożoną, epicką opowieść, a przede wszystkim poglębione studium psychologiczne człowieka samotnego, który najpierw rozpaczliwie pragnął gdzieś przynależeć, a gdy to pragnienie zostało okrutnie wykorzystane, zamarzył z kolei o samotności. Z uwagi na objętość poszczególnych tomów czytelnik ma czas, by postaci stały się członkami jego wyimaginowanej rodziny, a każda kolejna odsłona jest niczym powrót do domu. W części siódmej Bastard w końcu dostaje swoje długo wyczekiwane szczęście, w dawnym dworku ojca, u boku ukochanej kobiety. Zupełnie niepodziewanie, bo w jesieni życia, rodzi mu ona kolejne dziecko, które już w czasie rozwoju prenatalnego łamie wszelkie normy. Podobnie jak jej ojciec, Pszczoła będzie uwikłana w przepowiednie, a jej mimo wszystko idylliczne dzieciństwo zostanie gwałtownie przerwane. Hoob ma niezwykłą władzę nad powieściową materią, opowieść, przez większość objętości niespieszna, hipnotyzuje, przez co finałowe przyspieszenie (dyskretnie i logicznie umocowane w misternej konstrukcji całości) robi tym mocniejsze wrażenie. Wprost nie mogę się doczekać kontynuacji, bo te ponad 800 stron to w tym wypadku o wiele za mało.
sobota, 05 sierpnia 2017
Serialowisko 2017 (5)
Wakacyjna przerwa między sezonami amerykańskich i brytyjskich produkcji to dla mnie zwykle czas na nadrabianie zaległości. Nie inaczej było w tym roku. Zbiegło się to częściowo z dwutygodniowym urlopem, który pozwolił mi poświęcić trochę czasu na szukanie ciekawych tytułów.

Bedrag sezon 2 – kolejna odsłona perypetii funkcjonariuszy duńskiej policji gospodarczej oraz ściganych przez nich przestępców. O ile pierwszy sezon koncentrował się na przekrętach związanych z odnawialnymi źródłami energii (farmy wiatrowe), to drugi, choć główny zły pozostaje ten sam, kręci się wokół nadużyć banków. Jest moim zdaniem jeszcze ciekawiej, do czego niewątpliwie obok scenariusza przyczynia się fakt, że odpada konieczność przedstawiania zdecydowanej większości bohaterów. Sama idea skupienia się na przestępstwach gospodarczych w zalewie kryminałów skupionych na zabójstwach ma w sobie coś ożywczego. W wątkach pobocznych są pewne gatunkowe klisze, zdarzają się naciągnięcia prawdopodobieństwa, ale całokształt zasługuje na uwagę i mocne 8/10

Springfloden ze Szwecji to kolejny reprezentant klasycznego podejścia do gatunku. Studentka Akademii Policyjnej, Olivia, w ramach wakacyjnego projektu podejmuje próbę ustalenia, czy nowoczesne techniki śledcze pozwoliłyby na rozwiązanie zagadki zabójstwa kobiety utopionej przez przypływ przed 25 laty. Nie jest kwestią przypadku, że nad tą samą nierozwiązaną sprawą pracował jako śledczy nieżyjący już ojciec Olivii. Jego ówczesny partner, także błyskotliwy policjant, od lat z wyboru jest bezdomnym. A właśnie teraz nieznani napastnicy zaczynają na bezdomnych polować. Pobicia filmują i zamieszczają w Internecie. Dla policji sprawa  nie jest priorytetowa, więc dawny śledczy z osobistych pobudek postanawia odkurzyć swoje umiejętności oraz kontakty i zidentyfikować sprawców. Wątki oczywiście się przeplotą, w efekcie powstanie całkiem ciekawa historia mimo nieco melodramatycznej puenty. 7/10

Legion – jak przystało na serial scenarzysty Fargo, w ścisłym fabularnym sensie za wiele się w tych 8 odcinkach nie wydarza. Cała historia ostatecznie daje się streścić w kilku zdaniach. Jednocześnie jakakolwiek próba opisu fabuły zahaczy nieuchronnie już na początkowym etapie o niewybaczalny spoiler. Jeśli podobała wam się Incepcja czy Prestiż i lubicie grać z twórcą w grę popatrz uważnie i zgadnij, co jest prawdą, a co narzuconym majakiem, ten serial jest dla was. To naprawdę mocno i umiejętnie zakręcona, a w dodatku przepięknie zrealizowana, w tym od strony wizualnej, zagadka tego właśnie rodzaju. Dwa czy trzy pierwsze odcinki mogą się dla mniej wytrwałych okazać nie do przejścia, bo jest mocno mętnie, ale potem wszystko zostaje elegancko wyklarowane. Rozczarowaniem była dla mnie jedynie sama końcówka, bo, jak to często bywa, zamiast zamknąć historię konsekwentną, logiczną puentą, Noah Hawley musiał otworzyć sobie furtkę do kontynuacji. Ale i tak 8/10, dość unikalne cacko. Choć drugi sezon raczej nie utrzyma poziomu.

Muszę jeszcze napisać o Bloodline, ale to osobno.

piątek, 28 lipca 2017
Wielki come back Władka Łokietka (Elżbieta Cherezińska, Płomienna korona)
Wielki tak w przenośni, jak i zupełnie dosłownie, bo - wynagradzając fanom cyklu Odrodzone królestwo trzy lata oczekiwania na finałową odsłonę - autorka dorzuciła dodatkowe 300 stron. Całość w wersji papierowej ma 1084 strony. I bez tych bonusowych trzystu wypadałaby według mnie o wiele lepiej.
Jest to zapewne cena sukcesu Cherezińskiej, gdyż podobne przegadanie widać było już w Hardej, a zwłaszcza w Królowej, która była sporym rozczarowaniem, do tego stopnia, że pisanie o niej ostatecznie sobie odpuściłam. Bestsellerowym autorom wolno więcej, a i redaktor na mniej może sobie pozwolić (choć tu nie mam wiedzy, być może autorka napisała 2000 stron, a redaktorka, ciepło wspomniana przez nią w posłowiu, wywaliła połowę - niemniej, niewątpliwie wywaliła za mało). Po prostu za dużo tu wszystkiego. Mamy i wątek krzyżacko-joannicko-templariuszowski, powiązany z mieczem Łokietka, i wewnętrzne rozgrywki Krzyżaków, i tarcia między frakcjami pogańskimi (Dębina kontra Starcy, a jeszcze i Jaćwież). A to dopiero początek, bo i bunt wójta Alberta, i szarpanina z Brandenburgią o Pomorze, cały wątek czeski, skoncentrowany wokół Rikissy i Henryka z Lipy (prywatnie jeden z moich ulubionych), starania polskich duchownych o bullę koronacyjną w Awinionie, konflikt Łokietka z biskupem Muskatą (też bardzo ciekawy). I jeszcze nieszczęsny Michał Zaremba w smoka zaklęty, któremu, za sprawą ambitnego rodowca, peron odjeżdża w sposób ostateczny. Bynajmniej nie wymieniłam wszystkich istotnych fabularnie kwestii.

Skakanie między wątkami i zmiana miejsc akcji oraz aktorów dramatu powinny zwiększać dynamikę opowieści oraz podtrzymywać zainteresowanie czytelnika. Ogromna ilość tych wątków, osób i miejsc w Płomiennej koronie daje jednak efekt wręcz odwrotny. Zanim obskoczymy wszystkich, już nie bardzo pamiętamy, co się działo na początku w wątku wyjściowym. Co i raz musimy od nowa wchodzić w każdą z opowieści, a następnie autorka nas z niej wyrywa. I skoro mam takie wrażenia ja, fanka epickiego fantasy, gdzie wielość osób i miejsc jest cechą immanentną, coś musi być na rzeczy. Przerwa w czasie między tomem drugim i trzecim zadania nie ułatwia, gdyż autorka często nawiązuje do detali, które przez 3 lata mogły się zatrzeć w pamięci czytelników. W rezultacie powieść, choć niewątpliwie epicka, pozbawiona jest niestety przez ogromną większość objętości fabularnego nerwu i raczej nuży zamiast porywać. Trzeba było z czegoś zrezygnować – albo z paru wątków, albo z koncepcji trylogii na rzecz tetralogii. W efekcie tego, że żadna z tych decyzji nie zapadła, Płomienna korona  ledwie słabiutko się żarzy przy poprzedniczkach, w tym zwłaszcza otwierającej cykl Koronie śniegu i krwi. Miło było wrócić do świata i bohaterów, ale od finału oczekiwałam czegoś więcej.

czwartek, 20 lipca 2017
Poza tematem, ale czasami człowiek musi, inaczej się udusi
Nie chciałam poruszać na blogu wątków politycznych, bo nie miejsce tu na to, ale po prostu - jako prawnik z wykształcenia i zawodu - dłużej milczeć nie mogę. Kroplą, która przepełniła czarę, była Facebookowa notka Jakuba Żulczyka, pod którą podpisał się Łukasz Orbitowski. Bo o ile nie mam złudzeń co do tego, że zdecydowana większość społeczeństwa nie ma i nie chce mieć pojęcia, o co chodzi w aktualnym legislacyjnym skoku PiS na sądownictwo (Krajową Radę Sądownictwa, nominującą sędziów, mają w całości wybierać politycy, a jej aktualna kadencja, podobnie jak kadencja WYBRANYCH sędziów Sądu Najwyższego, ma być, wbrew jasnym i jednoznacznym normom konstytucyjnym, a zatem normom najwyższej rangi i bezwzględnie obowiązującym, skrócona), to owszem, miałam złudzenia, że tzw. „ludzie kultury” choć istotę tego problemu rozumieją. To naprawdę nie jest trudne – nie będzie sądów niezależnych od polityków, a to, czy politycy wybiorą swoje pionki większością 2/3, czy 3/5 głosów, nie ma najmniejszego znaczenia. Dlatego wielka wolta prezydenta Dudy jest żenująca i nawet jeśli jego nowelizacja ustawy o KRS przejdzie, to – podpisując obie te ustawy – doktor prawa zniszczy niezależne sądy w Polsce i odbierze obywatelom gwarancję obiektywnej weryfikacji wyniku wyborów, bo tę przeprowadza Sąd Najwyższy. To jest demontaż ustroju państwa i nie ma co porównywać go z jakimikolwiek nadużyciami któregokolwiek poprzedniego rządu czy większości parlamentarnej. Pewnie, że takie były. Ale nikt nie kwestionował podwalin demokracji, a tym jest trójpodział władzy.

I teraz wchodzi Jakub Żulczyk, absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, a zatem człowiek, któremu studia uniwersyteckie niewątpliwie dały umiejętność korzystania ze źródeł, tj. odnajdywania informacji, osadzania ich w odpowiednim kontekście, a przede wszystkim ich rozumienia. Nominowany do Paszportu Polityki za Ślepnąc od świateł, scenarzysta zbierającego bardzo dobre recenzje serialu Belfer, autor świeżo po premierze bestsellerowego już Wzgórza psów i ze sporymi zasięgami w social mediach (prawie 50 tysięcy fanów na Faceoboku). Ogólnie – twórca na fali. Cały na biało. I składa następujące oświadczenie na temat bieżących wydarzeń wokół sądownictwa:

Ja tak nieśmiało, jako laik, dlaczego opozycja nie ma żadnego alternatywnego projektu reformy sądownictwa? Zamach na demokrację, który jest faktem, w ich ustach staje się sloganem. Na spotkaniach scenariuszowych jest taka zasada - jeśli chcesz storpedować czyjś pomysł, nawet najgłupszy, musisz mieć kontrpropozycję. Ta kontrpropozycja jest konieczna zwłaszcza wtedy, gdy cały projekt zaczyna tonąć w coraz większych odmętach głupoty.

Chcecie żeby było tak, jak do tej pory? Poczytajcie książkę Justyna Kopińska, którą tutaj polecałem.

Polski wymiar sprawiedliwości jest przesycony patologiami.

Moi koledzy i koleżanki twórcy wystosowali dziś list do prezydenta RP z prośbą o weto ustaw o KRS i SN.

Skoro oni mogą, i ja mogę.

Proszę opozycję o konkretny pomysł na Polskę, w tym inicjatywę ustawodawczą dot. sądownictwa.

To, co się dzieje, to również wina waszej indolencji.

Niestety, gdy nikt nie staje do licytacji, przetarg wygrywają złodzieje.

Pod tą deklaracją podpisał się następnie Łukasz Orbitowski, pisarz, laureat Paszportu Polityki, nominowany do Nike, mający własny autorski program telewizyjny. Absolwent filozofii na UJ.

I tutaj załamałam się w sposób ostateczny. Bo nawet jeśli się jest laikiem, to pewne rzeczy można szybko sprawdzić, doczytać i zrozumieć. Nie trzeba wykształcenia prawniczego, by pojąć, że to, co PiS przepycha jako reformę sądów i walkę z uprzywilejowaną kastą sędziowską, to nie jest projekt usuwający wady systemu, a projekt usuwający bezpieczniki uniemożliwiające przejęcie władzy na stałe przez jedną opcję. Sądy trzeba reformować, przede wszystkim dokładając etatów.  W roku 2016 wpływ spraw do sądów powszechnych wyniósł 14,9 mln i był mniejszy o 1,6 punktu procentowego niż w roku poprzednim, natomiast w porównaniu z rokiem 2012 wzrósł o 6,2%. W okresie 2012-2016 największy wpływ odnotowano w roku 2013 – 15 169 808 spraw (źródło). Ilość etatów sędziowskich na  terenie całego kraju to 10.000 i ponieważ minister Ziobro uważa, że fakt, iż załatwili oni jedynie niecałe 94 % z tych niemal 15 milionów nowych zeszłorocznych spraw, jest skandalem, liczba ta nie będzie zwiększana. Bo i po co? Postępowania nie są przewlekłe z czyjejś zlej woli czy lenistwa, a (prócz zbyt małej liczby sędziów w stosunku do wpływu) dlatego, że np. Inpost, który miał e- zwrotki w standardzie, dzięki czemu potwierdzenie doręczenia pism procesowych i zawiadomień trafiało do sądu natychmiast, przegrał obsługę sądów z Pocztą Polską. Ta e-zwrotek ma niewiele, choć się do ich wprowadzenia w 100%, startując do przetargu, zobowiązała. A jak nie ma wszystkich zwrotek na termin rozprawy, sprawa spada. I następny termin jest za 3 miesiące, albo za pół roku. Bo wcześniej nie ma wolnej sali (patrz niemal 15 milionów nowych spraw rocznie).

Co tu można zaproponować w kontrze, skoro kontrpropozycja już jest, w deptanej i pogardzanej Konstytucji, nazwanej przez Prezesa Kraju książeczką? Co ma skok na niezależność sądownictwa do spraw opisywanych w Polska odwraca oczy? Za to, że Policja fałszuje statystyki, odpowiada Komendant Główny, który każe fałszować, bo tego od niego oczekuje Minister Spraw Wewnętrznych. Dajmy więcej władzy politykom, a mniej realnych możliwości ich kontrolowania sądom, sytuacja na pewno się radykalnie poprawi. Tortury młodocianych pacjentów na oddziałach psychiatrycznych to również efekt zaniechań prokuratury i Policji. Dajmy więcej władzy politykom, a mniej realnych możliwości ich kontrolowania sądom, sytuacja na pewno się radykalnie poprawi. Za błędną diagnozę Beethovena z Murzasichla sądy nie odpowiadają. Wypuścili skazanego zabójcę przedterminowo na podstawie pozytywnej opinii z Zakładu Karnego – ok, ewidentny błąd, ale jak takie ryzyko wyeliminować? Nigdy nie wypuszczać skazanych za najbardziej niebezpieczne przestępstwa? Pisana pod Trynkiewicza ustawa o bestiach jest najprawdopodobniej niezgodna z europejskim prawem, stanowiącym część polskiego porządku prawnego. Kodeks nie przewiduje obowiązku informowania Policji o warunkowym przedterminowym zwolnieniu zabójcy. W tym zakresie warto by zmienić prawo. Ale czy to wina sądów, że prawo jest złe? Chyba raczej wina posłów, którzy je uchwalają. Dajmy więcej władzy politykom, a mniej realnych możliwości ich kontrolowania sądom, sytuacja na pewno się radykalnie poprawi.

Co tu by zmienił alternatywny projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych? Który i tak przy obecnym układzie sił w parlamencie wylądowałby w koszu bez czytania? Pewnie, sędziowie to też ludzie i – zwłaszcza przemęczeni zbyt dużą ilością spraw – popełniają czasem błędy. Ale tego się żadną ustawą nie wyeliminuje. Więcej etatów to mniej spraw na głowę i lepsza jakość pracy pojedynczego sędziego.

Od ludzi kultury, dziennikarzy i filozofów, oczekiwałabym większej odpowiedzialności za słowo niż od przeciętnego czytelnika Faktu. A przynajmniej wiedzy, że jak się nie ma pojęcia, o czym się mówi, to warto nie zabierać głosu, zanim się tego nie sprawdzi.

Jest źle, a będzie jeszcze gorzej, bo przecież ci pisarze kończyli szkoły sprzed reformy i studia w czasach, gdy obowiązywały egzaminy wstępne. Smutno mi.

P.S. Profesor Ewa Łętowska, mój wielki osobisty autorytet, o tym, dlaczego postulat alternatywnej ustawy zmieniającej aktualnie obowiązujące prawo jest pozbawiony sensu. Zachęcam do poczytania.

18:03, krwawasiekiera , z metra cięte
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 lipca 2017
Zybork zły - i to nie tylko metafora, ale i ostrzeżenie (Jakub Żulczyk, Wzgórze psów)

Po miesiącach czytelniczo tłustych przychodzą miesiące chude – tak musi być. Ale kiedy cegła na 864 strony okazuje się mizerotą możliwą do sensownego i bardziej strawnego od oryginału skondensowania na maksymalnie dwustu pięćdziesięciu, uważam, że jako czytelnik mam prawo być zła. Normalnie powiedziałabym, że przede wszystkim na siebie, ale w tym wypadku czuję się oszukana przez autora. Bo wcześniej pokazał, że umie napisać naprawdę dobrą (choć nie tak genialną, jak powszechnie twierdzono), intrygującą formalnie i wciągającą powieść. Gdyby nie Ślepnąc od świateł, żadna siła nie skłoniłaby mnie do sięgnięcia po Wzgórze psów Jakuba Żulczyka. A tak byłam ciekawa. I ciekawość okazała się pierwszym stopniem może nie do piekła, ale do krainy coraz to większych negatywnych zaskoczeń. Najlepiej podsumował to sam autor, choć zapewne miało to być takie ironiczne mrugnięcie do czytelnika:

 Oczywiście książka jest kupą gówna. Dobra, kupą to może za dużo powiedziane. Taką sowitą, stołową łyżką gówna. Jest chyba gorsza niż moja pierwsza książka. Miała być o powrocie, a w sumie jest chyba o niczym. Historia jest szczątkowa. Człowiek, czyli ja, chodzi po mieście, w którym kiedyś mieszkał. Zagląda w kolejne okna. Szuka śladów życia. Spotyka duchy. Próbuje z nimi rozmawiać. Kurwa, nawet nie ma sensu tego opowiadać. To po prostu zdania. Zajęły w sumie półtora zeszytu. To zasadniczo niewiele, ale mam nadzieję, że wystarczy. Musi wystarczyć, bo więcej nie będzie. Więcej nie da rady. Muszę przepisać ją na komputerze, aby wysłać plik mojemu agentowi. To będzie jeszcze gorsze niż pisanie, ale gdy to zrobię, on wyśle mi zaliczkę, którą wytargował z jakimś kolejnym wydawnictwem. Kupę forsy. Z pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nie mam pojęcia, jak on to zrobił, i nie mam zielonego pojęcia, co ja z tym zrobię. W każdym razie kazałem mu przysiąc, że nie będzie żadnych wywiadów. Żadnych zdjęć. Żadnego przyjeżdżania tutaj. Żadnego zawracania głowy ani mnie, ani nikomu innemu. Po prostu: tekst, pieniądze, cześć. Poinformowałem go, że może wysłać mi jeden egzemplarz.

Grzesiek powiedział, że jest niezła, chyba lepsza od tamtej, chociaż zupełnie nie rozumie, o co w niej chodzi.

– Jak będzie się nazywać? – pyta Kaśka.

– To ważne? – odpowiadam.

– Ważne – mówi. – To zajebiście ważne.

– Wzgórze Psów – odpowiadam po dłuższej chwili.

– Niezły, poetycki taki – mówi głos za mną, głos mężczyzny, głos jak mróz, głos, który gdyby tylko chciał, mógłby zmrozić całą tę kiełkującą trawę.

Co poradzę, autorecenzja Mikołaja Głowackiego idealnie podsumowuje moje odczucia co do Wzgórza psów. No, niemal idealnie, bo dochodzi jeszcze srogi żal, że autor nie poszedł w ślady swojego bohatera i nie ograniczył się objętościowo. Jest to bowiem właśnie historia o powrocie w rodzinne strony bohatera – autora jednej świetnej książki, w której zniszczył rodzinne mazurskie miasteczko w Polsce C. A zniszczył, bo obwiniał się o śmierć swojej byłej dziewczyny, o śmierć swojej matki, i musiał tę winę przerzucić gdzie indziej. Sukces debiutu zniszczył z kolei samego Mikołaja, który za niesamowitą furę hajsu, jaka na niego nieoczekiwanie spadła, chciał kupić sobie ucieczkę od poczucia winy. Resztki pozbierała z ziemi Justyna, dziennikarka pracująca w dziale reportażu Krajowej (czemuż nie Wyborczej?), i nawet się z tymi zreanimowanymi resztkami hajtnęła. Tylko że Mikolaj się nie starał, nie chciał napisać kolejnego hitu, chałturzył, a Justynę zwolnili. W efekcie oboje muszą wrócić w rodzinne strony Głowackiego, a swoje kupione na kredyt lokum w stolicy wynająć Portugalczykom. Będą mieszkać z ojcem Mikołaja, trzeźwym alkoholikiem, despotą, inicjatorem referendum przeciw uwikłanej w sitwę burmistrzowej, jego drugą żoną Agatą, alkoholiczką jak najbardziej pijącą, choć dyskretnie i głównie małpki kolorowych wódek, i dwójką ich dzieci – Jankiem i Joasią. Na tym samym podwórku stoi drugi dom, w którym mieszka rozwiedziony młodszy brat bohatera – Grzesiek. Grzesiek pije, gra na automatach, a jego małżeństwo się rozpadło, wcale nie dlatego, że żona to zła kobieta była.  W tę idyllę wkroczy jednak prawdziwe zło, kiedy zaczną znikać kolejni mieszkańcy Zyborka. Ktoś tutaj wymierza starotestamentową, choć odroczoną o kilkanaście lat, sprawiedliwość, obnażając przy okazji lokalny układ. Klucz do tajemnicy tkwi w przeszłości, w wydarzeniach lata 2000, które zniszczyło Mikołaja.

Nie brzmi źle, prawdaż? Czytać w sumie też się daje, ale żeby bezboleśnie, to już nie mogę uczciwie powiedzieć. Przede wszystkim główną treść stanowi niepotrzebna do niczego wata słowna. Drobiazgowe opisy tego, kto którą ręką ruszył, a którą brew podniósł, nie są bynajmniej najgorsze. Wszechobecne „aby” we wszelkich odmianach być może tylko mnie doprowadzało do szału, ale w sumie to nieszkodliwy drobiazg. Najgorsze są przemyślenia bohaterów-narratorów (głównie Mikołaja i Justyny), niezróżnicowane na poziomie stylistycznym w żaden sposób (osobę aktualnego narratora identyfikują końcówki gramatyczne),  idealnie przezroczyste (jak nie znoszę tego określenia-wytrycha, tak do tej jednostajnej brei myślowej pasuje jak ulał).

Uczucia kiedyś cię zabiją. Jak mają cię nie zabić, skoro poza nimi nic nie ma? Najwyżej jakaś ziemia, jakieś słońce. Generalnie coś, co tam sobie istnieje, coś poza tobą. Rośliny, zwierzęta. Niech sobie istnieje. I tak przestanie istnieć razem z tobą. Dla człowieka człowiek to wszystko, co ma. Człowiek to worek uczuć, ślepych jak pożar. Człowiek bez przerwy wpatruje się we własne uczucia tak jak w pożar.

Mój dom jest w brzuchach robaków.

Kto wie? Ilu z nich wie, o co chodzi? Za wszystkimi zamkniętymi drzwiami komend i urzędów, domów, mieszkań w blokach. Ilu z nich się boi? Ilu uważa, że szatan istnieje i w każdej chwili może przyjść, i uciąć im głowy, i zjeść ich dzieci?

Kalt to szatan, może mają rację, ale czy to on jest prawdziwym złem?

Czy diabły mogą zabijać inne diabły? Czy właśnie to nie byłaby idealna sytuacja, pozwolić wszystkim diabłom pozabijać się nawzajem?

I Żulczyk tak potrafi całymi stronami, wcale go to nie męczy ani nie żenuje. Ciężko to znieść, by dobrnąć do ciekawszych kawałków. A im dalej w treść, tym mocniej proporcje słownej waty i pseudofilozofii do fabularnego mięsa (bo w warstwie literackiej jest tu niestety, obawiam się, tylko najtańsza mielonka z puszki)  zmieniają się na korzyść waty. Fabularny kotlet zaś też koniec końców okazuje się wielokrotnie odgrzewanym schematem. A już ten geniusz zła Kalt to postać iście komiksowa, nie dziwota, że musi przeciw niemu stanąć lokalne wcielenie Punishera.

U Smarzowskiego to zadziałało, bo było skondensowane do niecałych dwóch godzin, dobrze wyreżyserowane, zrealizowane, zagrane, a przede wszystkim intrygujące i trzymające w napięciu. U Żulczyka tajemnica tonie w bezsensownej paplaninie, a groza stępiona jest groteską. Zabójczo skutecznie. Najgorsza powieść, jaką przeczytałam w tym roku.

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka