niedziela, 18 grudnia 2016
Kamieńska raz jeszcze
Długo się zastanawiałam, czy chce mi się w tym tygodniu produkować zwykły wpis i czy to w ogóle adekwatne, zważywszy na to, co się dzieje w kraju. Choćby taki drobiazg, że w zasadzie nie mamy legalnie uchwalonego budżetu na przyszły rok, a to chyba dopiero początek. Ale ostatecznie doszłam do wniosku, że ten blog nie jest, nigdy nie był i być nie powinien miejscem, w którym zajmuję się polityką. Tu jestem widzem i czytelnikiem. Tutaj odpoczywam. Także od tego cyrku, w jaki garstka totalnie oderwanych od realiów codziennego życia wieloletnich beneficjentów systemu zamieniła kraj, za nic sobie mając głos suwerena marznącego na masowych spontanicznych demonstracjach i przepisy prawa.
Stąd opiszę wam kolejny kryminał, bo wpisy serialowe jakoś nie cieszą się popularnością:) Nie wiem, czy mnie pewne schematy cyklu o Kamieńskiej zaczynają po prostu nużyć, czy zwyczajnie akurat jesteśmy w dolnej partii sinusoidy cyklu, który od początku był mocno nierówny. Dość, że to już trzecia z rzędu (po wyjątkowo słabym Styliście i sporo lepszej, choć z wydumanym wątkiem eksperymentów eugenicznych,  Iluzji grzechu) powieść o przygodach leniwej analityczki kryminalnej, która pozostawiła mnie dziwnie obojętną.
I tym razem naprawdę trudno mi powiedzieć, dlaczego w zasadzie tak się stało, bo w teorii Jasne oblicze śmierci należy do tych powieści Marininy, które lubię najbardziej. W intrydze nie ma żadnych paranaukowych elementów ani spisków sięgających służb specjalnych, politycznych elit i szczytów władzy. Wszystko kręci się wokół wątków obyczajowych, a opisywanie relacji międzyludzkich zawsze było mocną stroną autorki, podobnie jak oddawanie realiów codziennego życia mieszkańców Moskwy. Tutaj jednak nawet to słabuje. I już chyba wiem, dlaczego (warto jednak pisać notki na blogu!). Zarówno historia dwóch przyjaciółek, które wyjechały się razem dorobić w zagranicznym kurorcie, jak i zasadnicza dla fabuły opowieść o trzech nierozłącznych kamratach jeszcze z czasów studenckich (dwóm z nich lojalność wobec trzeciego rujnuje życie rodzinne) po prostu porażają sztucznością. Ci ludzie są kukiełkami, które zachowują się w określony sposób, bo taki jest wymóg fabuły, ale kompletnie się im nie wierzy. Ani czytelnika nie obchodzą. Koniec końców, wszystkie trybiki do siebie pasują, a niezwykła lojalność trzech muszkieterów okazuje się mieć mroczne korzenie w przeszłości, więc teoretycznie na poziomie konstrukcyjnym powieści niczego nie da się zarzucić, a i czyta się nie najgorzej, bo wielość wątków skutecznie podtrzymuje zainteresowanie. Ale gdy wszystko się skończy i na całość można spojrzeć z dystansu, widać te słabo maskowane sznurki władczyni marionetek i absurdalną wręcz liczbę czysto operetkowych zbiegów okoliczności, niezbędnych, by wydarzenia potoczyły się według planu. Jest to zatem, jak na możliwości Marininy, książka przeciętna. Widać zmęczenie materiału. Szkoda.
sobota, 10 grudnia 2016
Wrażenia po pierwszym sezonie Westworld
Jak ktoś nie słyszał o Westworld, to albo temat go kompletnie nie interesuje, albo może wrócić do wpisu po obejrzeniu całego sezonu, gdyż oczywiście będą SPOILERY. Seans nie będzie stratą czasu, jako że występują m.in. Anthony Hopkins i Ed Harris, a za scenariusz odpowiada m.in. Johnathan Nolan, któremu mimo koszmarnego skaszanienia Interstellar nadal należy się wielki szacunek za wcześniejsze dokonania i w zasadzie można na nim polegać. Zwłaszcza jeśli bazą całości jest pomysł Michaela Crichtona, wykorzystany w filmie z 1973 roku.
Moja przygoda z Westworldem miała trzy główne etapy. Najpierw było olśnienie pilotem, który przedstawiał intrygujący świat futurystycznego parku rozrywki, zaludnionego przez androidy na oko nieodróżnialne od ludzi, i składał wielkie obietnice co do fabuły. Bowiem w funkcjonującej przez dziesiątki lat (trzy z okładem) bez zarzutu maszynce do zarabiania pieniędzy, jaką była realistyczna symulacja Dzikiego Zachodu dla znudzonych codziennością przedstawicieli wyższych sfer, ktoś zaczął grzebać. Gospodarze (czyli androidy) zaczęli się wyłamywać z ram narzuconych przez narrację, zyskali zdolność zachowywania wspomnień i zaczęli przejawiać inicjatywę. Szykowała się intrygująca fabuła, w której zagadek przybywało z każdym kolejnym odcinkiem.
Jednocześnie od trzeciego do szóstego epizodu zachwyt mój opadał, zaczynała za to narastać irytacja, bo odcinki bywały mocno przegadane, zdarzały się rzeczy pozbawione racjonalnego uzasadnienia (nadal uważam za niewyjaśnione, dlaczego technicy pomagali Maeve). a informacje posuwające akcję do przodu dozowane były bardzo skąpo. Zaczynałam się obawiać, że skończy się jak z The Leftovers, najnudniejszym serialem w historii HBO, z którego zrezygnowałam po przedostatnim odcinku pierwszego sezonu, co mówi samo za siebie.
Szczęśliwie odcinki od siódmego do dziesiątego były dynamiczne, naładowane wyjaśnieniami i twistami jak prosięta pieczone kaszą i jako że nie śledziłam na bieżąco internetowych teorii, za to miałam własne, przeżyłam kilka chwil satysfakcji (tajemnica labiryntu) i kilka zaskoczeń, z których tożsamość Człowieka w Czerni była tym najmniej przyjemnym (choć doceniam zręcznie przeprowadzoną sztuczkę narracyjną). Natomiast bardzo rozczarowała mnie przemiana doktora Forda, którą uznałam za kompletnie niewiarygodną, a - było nie było - miała kluczowe znaczenie dla całej fabuły, prowadzącej ku wypadkom finałowym. Ostatecznie ujawniona motywacja tego bohatera była całkowicie niespójna z jego charakterem i czynami popełnianymi od początku serialu. Znowu zapachniało tanim sentymentalizmem, który Nolan - scenarzysta Memento wykpiłby ze wzgardą u Nolana - scenarzysty Interstellar.
Przede wszystkim zaś uważam, że Westworld jest już zamkniętą historią i jakikolwiek kolejny sezon nie ma racji bytu, podobnie jak powinno być w przypadku Homeland, który - gdyby skończył się po pierwszej serii - byłby serialem genialnym, a tak...
Czy się mylę, przekonamy się w 2018. Gdyż drugi sezon Westworld dostał już zielone światło. Ale niezależnie od dalszych losów produkcji pierwszy sezon warto zobaczyć. Czegoś tak świeżego i ciekawego telewizja dawno nie zaproponowała.
P.S. Wspominałam o Hopknisie i Harrisie, prawda?:))
niedziela, 04 grudnia 2016
The Missing - sezon 2 (2016)
2016 zbliża się do końca, a w ostatni czwartek wyemitowano finałowy odcinek serialu, który z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością (bo chyba już nie rzucą 4 sezonu Mostu nad Sundem) będzie moim serialem roku.
Jedyną postacią łączącą obie historie (tę z pierwszego i drugiego sezonu) jest detektyw Julien Baptiste. Tym razem rzecz dotyczy badanego przez niego wiele lat wcześniej zaginięcia dziewczynki, Sophie Giroux. Inna zaginiona od 11 lat dziewczyna, Alice Webster, tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2014 pojawia się nagle w fikcyjnym miasteczku Eckhausen w pobliżu Hanoweru, gdzie znajduje się garnizon brytyjskiej armii (ojciec Alice jest żołnierzem). I wymienia, majacząc, nazwisko Sophie. Detektyw przybywa więc do Niemiec, by przyjrzeć się sprawie i w miarę możliwości ustalić, kto porwał obie dziewczynki i czy Francuzka jeszcze żyje. Wszyscy cieszą się z niespodziewanego powrotu i oswobodzenia Alice, tylko Baptiste jest podejrzliwy wobec składanych przez młodą kobietę wyjaśnień.
Drugi sezon jest dziełem tych samych scenarzystów, co pierwszy. Umieją wyśmienicie dawkować informacje, budować napięcie tak, że po zakończeniu przedostatniego odcinka ma się ochotę obgryźć sobie wszystkie paznokcie z niecierpliwości, jak to się skończy, a co najważniejsze - oferują satysfakcjonujące zakończenie i nie pozostawiają luźnych wątków. I tylko w jednej małej kwestii w finale idą na ciut schematyczną łatwiznę. Ale za całą resztę można im to wybaczyć, bo od zaoferowanej w 8 odcinkach misternie tkanej mozaiki wzajemnych zależności między osobami i wydarzeniami po prostu nie sposób się oderwać. Fabuła jest tym razem jeszcze ciekawsza i bardziej skomplikowana, tak z uwagi na wielość planów czasowych (3 główne, w tym najważniejsze osadzone w 2014 i 2016 roku, a i pobocznych nie brakuje), bohaterów, wątków, jak i miejsc akcji. Równie ważne, co znalezienie sprawcy, jest tutaj pokazanie, jak wieloletnia nieobecność ofiar i nagły - już chyba nawet niewyczekiwany - powrót jednej z nich wpłynęły na życie ich rodzin. Ważny jest też, oczywiście, sam Baptiste, którego pogoń za rozwiązaniem jest próbą ucieczki przed prywatnym strachem. To taki przypadek, że powiedzenie czegokolwiek więcej mogłoby być niewybaczalnym spoilerem. Grają między innymi takie brytyjskie gwiazdy jak Laura Fraser (Lip Service, Single Father i Linda z Breaking Bad) i Roger Allam (Endeavour, The Politician's Husband), no i David Morrissey, ale cała obsada jest dobrana bez pudła.
De-li-cje.
P.S. Jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie nadróbcie pierwszy sezon. Dwa słowa: James Nesbitt.
niedziela, 27 listopada 2016
Sfilmować niefilmowalne, czyli Nowy początek
Polecałam tu zbiór Teda Chianga Historia twojego życia 10 lat temu - do tej pory pamiętam fabuły wszystkich opowiadań, co samo w sobie świadczy o ich jakości. Tytułowy tekst, zanurzony w teorii lingwistyki tak bardzo, że chyba trudno o wyższy poziom, wydawał mi się nie najlepszy (tu konkurencja była naprawdę mocna), ale z pewnością był jednym z ciekawszych, zarówno tematycznie, jak i strukturalnie, no i naprawdę skłaniał do interesujących przemyśleń. Jak to często mówię w takich przypadkach - zostawał w głowie.
Niemniej jednego byłam zdecydowanie pewna - nie da się go zekranizować, problematyka prezentuje zbyt wysoki poziom abstrakcji i hermetyzmu, zresztą tekst czysto fabularnie jest mocno statyczny, a dodatkowy problem stanowi jego nieoczywista forma, wyjaśniająca się dopiero na poziomie puenty. Subtelność, która jest największą siłą Historii twojego życia, w połączeniu z powyższymi elementami była też jej największym wrogiem na poziomie jakiejkolwiek adaptacji.
Wróciwszy z wczorajszego seansu Nowego początku, muszę ze zdumieniem poinformować, że jednak się dało:) Udało się zachować przesłanie opowiadania, koncentrację na roli języka w zetknięciu dwóch skrajnie odmiennych cywilizacji i w sposobie postrzegania przez nie świata, oryginalność podejścia do - w teorii skrajnie wyświechtanej - problematyki Pierwszego Kontaktu. A także klimat tajemnicy i złożoną warstwę emocjonalną. Czyli, w zasadzie, wszystko to, co najbardziej istotne.
Co oczywiste, nie sposób było uniknąć zmian, bo jednak jakąś akcję należało widzowi zaoferować (cały wątek polityczno-zamieszkowy został dodany, zmieniono sposób komunikacji z siedmionogami na bardziej atrakcyjny wizualnie i zakończenie). Większość modyfikacji jest jednak do przyjęcia, łącznie z bardziej łopatologicznym wyłożeniem puenty, bo rzeczywiście nie dało się tego obejść, chociaż może aż tak wielka maczuga nie była potrzebna. Nie do przyjęcia i niepotrzebna jest dla mnie jednak zmiana w przyszłości głównej bohaterki. Nie wejdę w szczegóły, żeby uniknąć spoilerów, kto czytał i obejrzy, będzie wiedział, o co chodzi. Kto nie czytał, też będzie zadowolony - przetestowane wczoraj na żywym organizmie:) Wielkim pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie świetna kreacja Amy Adams - według mnie to może być najlepsza rola w jej dotychczasowym dorobku. Dla tych, co znają literacki pierwowzór, ocena jakieś 7,5/10. Nieznającym zapewne całość bardziej przypadnie do gustu. I pamiętajcie - to wcale nie jest film o lądowaniu Obcych. To wielka pochwała siły komunikacji. To, że nie gustujecie w SF, naprawdę nie przeszkodzi wam obejrzeć Nowego początku z zainteresowaniem.
P.S. No i czytajcie Chianga, przed filmem, po filmie, czy bez filmu - wszystko jedno - po raz kolejny jego zbiór opowiadań został wznowiony przy okazji premiery ekranizacji. Ten facet to GENIUSZ.
niedziela, 20 listopada 2016
3 w 1, w tym dwie kontynuacje, jedna lepsza, druga niekoniecznie
A żeby nie zalegały nieopisane:))
Poza tym jutro dentysta, nie wiadomo, czy przeżyję, lepiej nie zostawiać nieukończonych spraw:>

Rozdarta zasłona Maryli Szymiczkowej to kolejne śledztwo profesorowej Szczupaczyńskiej. I to ta lepsza z dwóch wspomnianych w tytule wpisu kontynuacji. Może nieco mniej miejsca autorzy (gdyż jest to pisarski duet - Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) poświęcają tym razem opisom życia towarzyskiego krakowskich elit, za to sama intryga porusza istotny problem społeczny i czyni to w bardzo interesujący sposób. Zofia z Goldtów zmuszona jest przy okazji zrewidować sporą część swoich - dotąd niezachwianych - przekonań o tym, że pozycja społeczna zobowiązuje do respektowania pewnych etycznych standardów. Najnowsze śledztwo, zapoczątkowane nieszczęściem w jej własnym domu, sprawi, że bohaterka uświadomi sobie istnienie bardzo ciemnej strony miasta. Otrze się też o pioniera seksuologii, walecznego socjalistę, a nawet właściciela domu publicznego! Zdecydowanie zatem przyjdzie jej działać poza dotychczasową strefą komfortu. Za to pisarski tandem stojący za Szymiczkową zgrywa się najwyraźniej coraz lepiej, całość jest swobodniejsza, bardziej płynna, a humor w idealnych proporcjach pożeniony z powagą. Sama zagadka ciekawsza i bardziej wymagająca niż poprzednio. Słowem - czysta przyjemność, serdecznie polecam i mam nadzieję, że to nie jest ostatnia odsłona serii.

Nie ma innej ciemności Sarah Hilary, czyli kolejny tom perypetii Marnie Rome i Noaha Jake'a, z kolei nieco mnie rozczarował. Nie potrafiłam tym razem dać się porwać opowieści, być może dlatego, że za dużo na wejściu wręcz ostentacyjnej makabry i wszechobecnego nieszczęścia, za to niewiadomych niemal od początku niewiele. Twist oparty na podobnym mechanizmie co w przypadku W obcej skórze, jednak całość rozpisana już bez tego napięcia, jakby gorszym stylem i z mniejszą ilością suspensu. Zamiast dać się zaintrygować, odczuwałam głównie narastającą irytację. Choć, koniec końców, wciąż nieźle się to czyta.

Bracia Burgess czyli dokładka Elisabeth Strout, którą nie tak dawno temu chwaliłam za Olive Kitteridge. Powieść tematycznie bardzo na czasie, bo choć to głównie historia rodzinna, to katalizatorem akcji okazuje się antyimigranckie (skierowane przeciwko Somalijczykom) zachowanie siostrzeńca tytułowych braci. Zmusza to nieutrzymujące ze sobą od lat bliższych relacji rodzeństwo do ponownego kontaktu i powrotu do przeszłości. Jednocześnie stopniowo poznajemy przyczyny, dla których bracia uciekli z prowincji do Nowego Jorku, a siostra została w niewielkim miasteczku w Maine. Powieść pełna niespiesznych, przenikliwych, choć nie rewolucyjnych obserwacji. Ciekawa lektura, mimo że nie porusza tak mocno jak poprzednia pozycja autorki.
sobota, 12 listopada 2016
A gdyby jednak?
Bogiem pośród ruin Kate Atkinson uzupełnia historię opowiedzianą w Jej wszystkich życiach. Wbrew jednak temu, czego można by się spodziewać, nie powiela zamysłu konstrukcyjnego poprzedniej powieści. Życie Edwarda Todda, zwanego Teddym, poznajemy tylko w jednym, niereprezentatywnym statystycznie wariancie. Jak zapewne pamiętają uważni czytelnicy opowieści o jego siostrze Ursuli, która powracała raz po raz, by zmieniać historię swoją i bliskich, a niekiedy i świata, akurat jedna rzecz była za niemal każdym razem niezmienna. Teddy - oczko w głowie całej rodziny, z wyjątkiem antypatycznego Maurice'a - ginął na wojnie jako pilot bombowca.
Tym razem możemy się dowiedzieć, jak wyglądałoby życie Teddy'ego, jego córki i wnuków, gdyby bohater zdążył córkę spłodzić i dostał okazję, by umrzeć ze starości. Opowieść jest za to achronologiczna i rozpisana na wiele głosów. Patrzymy równie często oczami samego Teddy'ego, jak i jego żony, córki, wnuka i wnuczki, którzy wpuszczają nas w swoje życiorysy, równie unikalne, co ten należący do ich męża, ojca i dziadka. Niewiele wydarzeń z Jej wszystkich żyć zostaje w efekcie powielonych, dostajemy za to sporo zupełnie nowych historii. Teddy przestaje też jawić się jako kryształowa postać, idealizowana przez matkę i siostry. Głównie za sprawą niezwykłego talentu Atkinson do pisania o codzienności jak o zajmującej baśni gobelin, w którym przeplatają się nici w zasadzie zupełnie zwykłych, choć naznaczonych historią i wypadkami losowymi, życiorysów bohaterów, staje się tak hipnotyzującą i barwną całością, że przed odwróceniem ostatniej kartki wprost nie sposób się od niej oderwać. Wszystko jest tam na właściwym miejscu - tak spowszedniałe okrucieństwa wojny, jak i obficie cytowana poezja, tak niepewność załóg bombowców, jak muzyka klasyczna, tak niezwykła miłość do natury, jak nienawiść do okupanta i wyrzuty sumienia wobec niewinnej ludności cywilnej, unicestwianej wskutek dywanowych nalotów. A na deser dostajemy jeszcze puentę. Niby zaskakującą, ale w zasadzie logiczną.
Uwielbiam Atkinson, bo niewielu umie pisać tak mało sensacyjnie, a jednocześnie przejmująco. Czytajcie, ale najpierw pierwszą część.
sobota, 05 listopada 2016
Blaski i cienie młodzieńczej przyjaźni
Tana French powraca z kolejnym tomem swojego cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Aspirujący do awansu detektyw wydziału spraw niewyjaśnionych Stephen Moran wykorzystuje przyniesioną przez jedną z uczennic prestiżowej prywatnej szkoły wskazówkę, dotyczącą ubiegłorocznego śledztwa, by zapewnić sobie możliwość pracy przy sprawie. A kto wie, może i późniejsze przeniesienie do wymarzonej jednostki?
Sprawa, w każdym razie, jest dziwna. Uczeń położonej po sąsiedzku prywatnej szkoły dla chłopców im. św. Kolumby został znaleziony martwy na terenie szczycącej się surową dyscypliną dziewczęcej szkoły imienia św. Kildy. O ile narzędzie zbrodni (motykę) zidentyfikowano stosunkowo szybko, to sprawca mimo wysiłków policji (a było się o co starać, bo do obu szkół uczęszczały przeważnie dzieciaki z wyższych sfer) pozostał nieznany.
Aż pewnego dnia na szkolnej Ścianie Sekretów w św. Kildzie, tablicy stanowiącej swoisty kontrolowany przez grono pedagogiczne wentyl bezpieczeństwa, na której uczennice mogą się dzielić swoimi problemami i emocjami, pojawiło się zdjęcie ofiary z napisem Wiem, kto go zabił.
Śledztwo zostaje wznowione, Stephen Moran jako dostawca kluczowego dowodu współuczestniczy w jego prowadzeniu. Szybko udaje się ograniczyć krąg podejrzanych o autorstwo zagadkowego komunikatu do ośmiu osób - dwóch niedarzących się sympatią czteroosobowych grup przyjaciółek.
Struktura powieści jest dwudzielna. Naprzemiennie obserwujemy postępy wznowionego śledztwa, które odbywa się w ciągu jednego dnia, i - w retrospekcjach - wypadki, które ostatecznie doprowadziły do śmierci Chrisa Harpera. Przy czym retrospekcje to wspomnienia czterech przyjaciółek: Holly, Julii, Bekki oraz Seleny. Tana French po raz kolejny wykorzystuje swój niezwykły talent do konstruowania wiarygodnych pod względem psychologicznym bohaterów, tym razem na potrzeby oddania bezlitosnej dynamiki relacji w grupie rówieśniczej. Jej bohaterki w ramach swojej czwórki próbują stworzyć swego rodzaju azyl, strefę wolną od wszelkiego rodzaju presji i opartą na bezwarunkowym zaufaniu. Jak to jednak zwykle bywa, idea ideą, a życie życiem. W końcu wydarza się coś, co łamie łączącą dziewczyny sztamę, ale ponieważ chcą za wszelką cenę obronić swoje piękne złudzenia, podejmują decyzje, które ostatecznie doprowadzają do tragedii.
Ciekawa jest także uzupełniająca zewnętrzna perspektywa, sposób, w jaki dwoje detektywów postrzega szkolną rzeczywistość. Oboje - Moran i Conway - pochodzą ze społecznych dołów. Jednak Moran św. Kildę podziwia, a jej uczennicom zazdrości (do czasu), podczas gdy Conway tak instytucją, jak i dziewczętami w agresywny sposób pogardza, dowodząc od samego początku, że mimo otaczającego je elitarnego klosza podejrzane niczym się nie różnią od mieszkanek blokowisk. Może tylko są bardziej niebezpieczne, bo mają wysoko postawionych rodziców i trzeba wokół nich chodzić na paluszkach.
Koniec końców, dla miłośników społeczno-psychologicznego kryminału pozycja obowiązkowa. Szukający dynamicznej intrygi powinni się zgłosić pod inny adres. Jedynie elementy, z braku lepszego słowa, nadprzyrodzone, niekoniecznie pasują do całości. Szczęśliwie odgrywają ostatecznie bardzo marginalną rolę.
czwartek, 03 listopada 2016
Jedenastka na ostrzu!
Tak jest, dręczę publikę swoimi wpisami już całe jedenaście lat! Statystyki, jak sądzę, nikogo poza mną nie obchodzą:) W zamian postanowiłam polecić wam z okazji urodzin bloga 11 tytułów, które oceniłam na 10/10 w ciągu tych lat.

1. Hyperion Dana Simmonsa - pierwsza część tetralogii, konstrukcyjnie kolaż złożony z opowieści uczestników niezwykłej pielgrzymki. Do dziś pamiętam niezwykłe emocje, jakie - mimo początkowego sceptycyzmu - towarzyszyły tej lekturze. Naprawdę, dla wszystkich. Nie dajcie się odstraszyć złowrogiej etykiecie sf, a nie będziecie żałowali. Więcej w recenzji na samym dole linkowanej strony.

2. Shogun Jamesa Clavella - odsyłam do swoich zachwytów polekturowych. Rzecz monumentalna, ale niewątpliwie warta poświęconego jej czasu. Co mi przypomina, że w kolejce czeka Gaj-jin.

3. Reamde Neala Stephensona to pozycja dla autora, tworzącego głównie sf, w zasadzie mocno nietypowa i budząca w gronie jego fanów skrajne emocje, ale według mnie - fenomenalna sensacja.

4. Pożeglować do Sarancjum i Władca cesarzy Guya Gavriela Kaya - alternatywne Biznacjum i porywająca mozaika ludzkich losów, wyborów oraz namiętności. Warto, nawet jeśli w innych powieściach autor spuszczał z tonu, to ta dylogia jest absolutnie wyjątkowa.

5. Ślepowidzenie Petera Wattsa to powieść, którą trzeba przeżyć samodzielnie. Jej niezwykła popularność nie jest przypadkowa. Do dziś pamiętam to skakanie po przypisach na kartkach recenzenckiej szczotki i wrażenie totalnego wessania w losy Siriego i reszty załogi. W recenzji widnieje dziewiątka, ale dziś dałabym dziesiątkę:)

6. Rzeka tajemnic Dennisa Lehane'a to dla mnie perła w koronie jego twórczości i kwintesencja tego, czego szukam w każdym kryminale.

7. Carpe Jugulum Terry'ego Pratchetta to jedna z najlepszych części Świata Dysku, humorystycznie odziany traktat o odwiecznej walce tradycji z nowoczesnością i instytucjonalnej religii z prawdziwą wiarą (recenzja druga od dołu na linkowanej stronie).

8. O Rozłące Christophera Priesta rozpisywałam się już wielokrotnie, ale żadna okazja nie jest zła, by polecić ją po raz kolejny, ani by sięgnąć po nią po raz pierwszy.

9. Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu Sagi o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Choć to trochę oszustwo, bo w ciągu tych 11 lat zaliczałam tylko powtórki. Jest jednak dla mnie bardzo ważna. O tym, jak zacząć przygodę z tym niezwykłym cyklem i dlaczego warto, przeczytacie tutaj.

10. Wieki światła Iana R. MacLeoda zachwyciły mnie lata temu i stanowiły początek przygody z twórczością tego autora, nurtem new weird i serią Wydawnictwa MAG Uczta Wyobraźni. Byłam wtedy recenzentką nieopierzoną i pełną entuzjazmu dla nowości, ale wszystkie trzy przygody kontynuuję po dziś dzień, co chyba o czymś świadczy.

11. Gniew  Zygmunta Miłoszewskiego, czyli najlepszy polski kryminał, jaki przeczytałam w ciągu tych 11 lat:)

Dziękuję Wam za tych 11 lat. Za to, że jesteście. Za to, że jest was coraz więcej, nawet jeśli nie wszyscy się odzywacie. Że te sobotnie notki to nie tylko mój kompulsywny rytuał. Kto wie, może nawet dobijemy do trzeciej pięciolatki?:)
sobota, 29 października 2016
Samuraj w ciemności
Dzisiaj będę gorąco polecać, i to nie tylko na fali euforii, że niekończące się przeziębienie zaczyna odpuszczać:) Raz na zawsze Andreasa Pflügera to kryminał, po który sięgałam ze sporymi obawami, głównie ze względu na okładkową polecankę Katarzyny Bondy. Bonda w wydaniu kryminalnym zdecydowanie mnie odrzuca, raz dlatego, że mimo swojego osławionego researchu i kilometrowych info-dumpów (coby praca się nie zmarnowała, logiczne) sadzi dramatyczne babole, np. z dziedziny procedury karnej. A po drugie, cóż:) W każdym razie bałam się, że skoro Królowa Polskiego Kryminału (to też mnie wyjątkowo irytuje, tak swoją drogą) zarwała dla perypetii Jenny Aaron noc, możemy mieć do czynienia z książką (dla mnie) wątpliwie atrakcyjną.
Nie miałam racji. Owszem, autor stąpał po cienkim lodzie, czyniąc główną bohaterką niewidomą wskutek postrzału byłą funkcjonariuszkę Wydziału - fikcyjnej jednostki specjalnej berlińskiej policji. Ale się na tym lodzie nie wywrócił, a zatańczył bardzo zręcznie, pokazując, jak się powinno robić i wykorzystywać w nienachalny (acz skuteczny) sposób research na potrzeby konkretnego motywu. Którym tutaj jest orientacja niewidomych w przestrzeni. A że zrobił to dobrze, najlepiej dowodzi fakt, że poza samą końcówką nawet tak czepliwy egzemplarz jak ja nie miał wrażenia, by cokolwiek w tej sferze zostało przekoloryzowane.
Ale wracając do powieści. Pięć lat po utracie wzroku Aaron wraca do Berlina, by spotkać się - na jego wyraźne życzenie - z człowiekiem, którego wsadziła do więzienia wiele lat wcześniej, rozpoczynając tym samym błyskotliwą karierę. Życzenie więźnia, jak się rychło okaże, nie jest przypadkowe. Przyjazd Aaron do Berlina uruchamia dramatyczny scenariusz, którego korzenie znajdują się w jej przeszłości. Istotna jest między innymi akcja w Barcelonie, wskutek której protagonistka utraciła wzrok i dotychczasowy status zawodowy, a także wiele innych rzeczy. Nagle okazuje się, że to nie był niefortunny wypadek przy pracy, ale pierwszy akt zemsty jej osobistej Nemezis.
Autor w wyjątkowo zajmujący sposób prowadzi narrację, splatając dynamiczną i zarazem detalicznie przemyślaną akcję z interesująco podanymi retrospekcjami. Przy czym te ostatnie dotyczą nie tylko Aaron, ale także pozostałych bohaterów, i umożliwiają czytelnikowi stopniowe uzyskanie pełniejszego obrazu sytuacji. Kto mnie czyta regularnie, ten wie, że nie mam zwyczaju szastać pochwałami, ale ta książka jest tak świetnie napisana i przetłumaczona (brawa dla Sławy Lisieckiej, imponująca praca), że ostatnio na podobne połączenie trafiłam w Nie ma innej ciemności Sarah Hilary.
Znakomite wrażenie nieco psują, niestety, końcowe partie powieści. W nich, jak to często bywa, autor, do tej pory naprawdę drobiazgowo rzetelny, nostalgicznie pomachał prawdopodobieństwu i ostro pojechał po bandzie, zahaczając momentami o groteskę. Choć ustami jednego z bohaterów przedstawił o wiele bardziej realistyczny (i spójniejszy z charakterem tegoż bohatera) wariant rozwoju wydarzeń. Ale nawet mimo tego Raz na zawsze to więcej niż dobry kryminał. Gorąco polecam, jak zapowiadałam na wstępie:).
sobota, 22 października 2016
Droga z piekła do piekła, czyli o literackiej i scenicznej Mszy za miasto Arras
Msza za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego powstała w reakcji na antysemicką nagonkę rozpętaną przez aparat PRL w 1968 roku. Opisuje jednak mechanizmy zatrważająco uniwersalne, które obserwujemy także dziś. Narratorem powieści jest Jan, protegowany biskupa Utrechtu Dawida, oddany pod opiekę ojcu Albertowi, niekwestionowanemu miejskiemu autorytetowi Arras, jednego z lepiej prosperujących miast Barbancji, znanego z przepięknie tkanych kobierców.

Kilka słów od Jana o ojcu Albercie:

Nie było w Arras mądrzejszego i bardziej dostojnego człowieka. Wychowałem się w jego cieniu lub raczej w jego blasku. Umysł tego świętego starca rozświetlał ścieżki mojego życia. Przybyłem do Arras jako człowiek bardzo młody, nie ukończywszy jeszcze szkół, bez znajomości pisma, bez żadnej ogłady. Oddano mnie pod jego opiekę, kiedym miał lat dwadzieścia i w gruncie rzeczy niczego, poza tępym klepaniem pacierzy, nie potrafiłem czynić samodzielnie. Zajął się mną serdecznie, otaczając nie tylko opieką, ale uczuciem tkliwego przywiązania, jakie mężczyźni dorośli i doświadczeni zwykli przelewać czasem na młokosów, w których widzą przedłużenie swoich życiowych ambicji. Klnę się na Boga żywego, że widział we mnie swojego następcę!

Niestety lub na szczęście, Jan zawiódł pokładane w nim nadzieje. O makabrycznych wypadkach, jakie zaszły w Arras jesienią 1458 roku, opowiada mieszkańcom Brugii. A cały ambaras zaczął się od tego, że ktoś oskarżył Żyda o rzucenie uroku na konia, który następnie zdechł. Niby nic nowego, a jednak świątobliwy Albert wziął za dobrą monetę słowa rzekomego świadka żydowskich czarów i zapragnął go osądzić, choć nie wszystkim się to spodobało:

Farias de Saxe, który był mędrcem w zakresie kompetencji i przepisów prawa, a zasiadał w Radzie dla braku ciekawszego zajęcia, rzekł do Alberta: „Ojcze. Nie godzi się, byś rozstrzygał sprawy dotyczące mieszczan. Nawet jeśli dzisiaj okażą zadowolenie z twojego wyroku, jutro podniosą krzyk, że manipulujesz miastem wedle własnej woli. Niech lepiej oni sami słuchają Celusa”. Wynikł spór niemałego znaczenia. Albert, który nigdy nie rezygnował z rozkoszy wymierzenia sprawiedliwości, oponował przeciw poglądom Fariasa de Saxe, powołując się na pochodzenie Celusa. „Gdzież jest napisane, że miejskie trybunały winny sądzić Żyda?! Żyda sądzić może każdy!” Na to Farias de Saxe: „A gdzież jest napisane, że Żyda może sądzić każdy?”. Rzecz jasna, spór wygrał Albert, bowiem dla niego rezultat był istotnie ważny, gdy natomiast de Saxe traktował wszystko jak rozrywkę.

Oskarżony, którego wyjaśnień (zresztą, jak się bronić przed tak absurdalnym zarzutem?) nikt nie chciał słuchać, powiesił się. Wtedy jeszcze mieszkańcom wydawało się, że coś tu może być nie w porządku. Czuli się współwinni śmierci zaszczutego człowieka. Przyszli do naszego bohatera z prośbą, by sprowadził do miasta biskupa, który ich zdaniem wiedziałby, jak mają naprawić niesprawiedliwość i zachować szanse na odkupienie. Jan (swoją drogą wyjątkowo antypatyczne indywiduum, świętoszek-konformista, typowa chorągiewka i prawdopodobnie znakomity kandydat na polityka) wolał jednak okazać lojalność Albertowi i opowiedział mu o prośbie mieszkańców, zamiast ją spełnić. Albert uznał to za doskonałą okazję, by przekonać miejską społeczność, że nie potrzebuje interwencji z zewnątrz, bo ma prawo do samostanowienia i powinna z niego skorzystać. Dopuścił plebs do udziału w Radzie Miasta i sprytnie nim manipulował, by przeprowadzić swój plan, mający na celu - oczywiście - zapewnienie wszystkim mieszkańcom zbawienia. Ścieżką do tego celu okazały się prześladowania - najpierw Żydów, a potem kolejno wszystkich, których Albert postrzegał jako potencjalne zagrożenie dla swojego planu. Standardowy mechanizm rewolucji w modelu wodzowskim.
To autocharakterystyka Alberta:  Wiesz doskonale, że nie istnieje granica, która by oddzielała mnie od miasta i miasto ode mnie. Ja jestem nim, a ono jest mną. Jeślim coś dla ciebie uczynił, winieneś wdzięczność wszystkim obywatelom Arras, bo to oni właśnie, poprzez mnie, sprawują tu rządy. Przez tyle lat powtarzałem ci nieustannie, że kto walczy ze mną, występuje przeciwko miastu, a kto usiłuje naruszyć tutejsze prawa i przywileje – staje się moim nieprzyjacielem.

A szczerze mówiąc, gdy się tę powieść teraz czyta, zwłaszcza niektóre fragmenty, to dosłownie ciarki chodzą po plecach.

Doprawdy, Albert zasłużył sobie na zbawienie wieczne. Jeśli nie uczynkami, to bez wątpienia chytrością. Bo przecież osiągnął rzecz, o jakiej marzą wszyscy władcy. Cedując część władzy na prosty lud – zdobył władzę niepodzielną. Dzieląc ją z głupcami – zatrzymał w całości dla siebie!

Czym jest gwałt, który nazwiesz karą? Jest karą. A czym urojenie, które nazwiesz wiarą w zbawienie? Jest wiarą w zbawienie! Człowiek wydaje ci się utworzony z czynów i zamysłów, gdy tymczasem jest także utworzony ze słów. Nie ty pierwszy ulegasz zdumiewającej łatwości, która polega na najgłupszym złudzeniu ludzkiego umysłu, że można poznać i zmienić świat bez słów. Jakże go poznasz i zmienisz bez języka, który został ci dany, abyś nim nazywał?! Co nie ma nazwy – nie istnieje. A co istnieje – istnieje dzięki swojemu imieniu”.

A czytałam, żeby świadomie obejrzeć monodram Janusza Gajosa na podstawie powieści, który zresztą został nagrany w zeszłym roku dla TVP Kultura i jest na Youtubie.

Ale jednak na żywo robi niesamowite wrażenie. Może tylko cięcia w tekście nieco za bardzo wybielają postać Jana, który w powieści jawi się jako tchórz i koniunkturalista w o wiele większym stopniu. W każdym razie polecam zarówno literacki pierwowzór, jak i adaptację. Oba stanowią materiał do niewesołych przemyśleń w kontekście aktualnych, nazwijmy to eufemistycznie, nastrojów społecznych.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka