sobota, 29 października 2016
Samuraj w ciemności
Dzisiaj będę gorąco polecać, i to nie tylko na fali euforii, że niekończące się przeziębienie zaczyna odpuszczać:) Raz na zawsze Andreasa Pflügera to kryminał, po który sięgałam ze sporymi obawami, głównie ze względu na okładkową polecankę Katarzyny Bondy. Bonda w wydaniu kryminalnym zdecydowanie mnie odrzuca, raz dlatego, że mimo swojego osławionego researchu i kilometrowych info-dumpów (coby praca się nie zmarnowała, logiczne) sadzi dramatyczne babole, np. z dziedziny procedury karnej. A po drugie, cóż:) W każdym razie bałam się, że skoro Królowa Polskiego Kryminału (to też mnie wyjątkowo irytuje, tak swoją drogą) zarwała dla perypetii Jenny Aaron noc, możemy mieć do czynienia z książką (dla mnie) wątpliwie atrakcyjną.
Nie miałam racji. Owszem, autor stąpał po cienkim lodzie, czyniąc główną bohaterką niewidomą wskutek postrzału byłą funkcjonariuszkę Wydziału - fikcyjnej jednostki specjalnej berlińskiej policji. Ale się na tym lodzie nie wywrócił, a zatańczył bardzo zręcznie, pokazując, jak się powinno robić i wykorzystywać w nienachalny (acz skuteczny) sposób research na potrzeby konkretnego motywu. Którym tutaj jest orientacja niewidomych w przestrzeni. A że zrobił to dobrze, najlepiej dowodzi fakt, że poza samą końcówką nawet tak czepliwy egzemplarz jak ja nie miał wrażenia, by cokolwiek w tej sferze zostało przekoloryzowane.
Ale wracając do powieści. Pięć lat po utracie wzroku Aaron wraca do Berlina, by spotkać się - na jego wyraźne życzenie - z człowiekiem, którego wsadziła do więzienia wiele lat wcześniej, rozpoczynając tym samym błyskotliwą karierę. Życzenie więźnia, jak się rychło okaże, nie jest przypadkowe. Przyjazd Aaron do Berlina uruchamia dramatyczny scenariusz, którego korzenie znajdują się w jej przeszłości. Istotna jest między innymi akcja w Barcelonie, wskutek której protagonistka utraciła wzrok i dotychczasowy status zawodowy, a także wiele innych rzeczy. Nagle okazuje się, że to nie był niefortunny wypadek przy pracy, ale pierwszy akt zemsty jej osobistej Nemezis.
Autor w wyjątkowo zajmujący sposób prowadzi narrację, splatając dynamiczną i zarazem detalicznie przemyślaną akcję z interesująco podanymi retrospekcjami. Przy czym te ostatnie dotyczą nie tylko Aaron, ale także pozostałych bohaterów, i umożliwiają czytelnikowi stopniowe uzyskanie pełniejszego obrazu sytuacji. Kto mnie czyta regularnie, ten wie, że nie mam zwyczaju szastać pochwałami, ale ta książka jest tak świetnie napisana i przetłumaczona (brawa dla Sławy Lisieckiej, imponująca praca), że ostatnio na podobne połączenie trafiłam w Nie ma innej ciemności Sarah Hilary.
Znakomite wrażenie nieco psują, niestety, końcowe partie powieści. W nich, jak to często bywa, autor, do tej pory naprawdę drobiazgowo rzetelny, nostalgicznie pomachał prawdopodobieństwu i ostro pojechał po bandzie, zahaczając momentami o groteskę. Choć ustami jednego z bohaterów przedstawił o wiele bardziej realistyczny (i spójniejszy z charakterem tegoż bohatera) wariant rozwoju wydarzeń. Ale nawet mimo tego Raz na zawsze to więcej niż dobry kryminał. Gorąco polecam, jak zapowiadałam na wstępie:).
sobota, 22 października 2016
Droga z piekła do piekła, czyli o literackiej i scenicznej Mszy za miasto Arras
Msza za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego powstała w reakcji na antysemicką nagonkę rozpętaną przez aparat PRL w 1968 roku. Opisuje jednak mechanizmy zatrważająco uniwersalne, które obserwujemy także dziś. Narratorem powieści jest Jan, protegowany biskupa Utrechtu Dawida, oddany pod opiekę ojcu Albertowi, niekwestionowanemu miejskiemu autorytetowi Arras, jednego z lepiej prosperujących miast Barbancji, znanego z przepięknie tkanych kobierców.

Kilka słów od Jana o ojcu Albercie:

Nie było w Arras mądrzejszego i bardziej dostojnego człowieka. Wychowałem się w jego cieniu lub raczej w jego blasku. Umysł tego świętego starca rozświetlał ścieżki mojego życia. Przybyłem do Arras jako człowiek bardzo młody, nie ukończywszy jeszcze szkół, bez znajomości pisma, bez żadnej ogłady. Oddano mnie pod jego opiekę, kiedym miał lat dwadzieścia i w gruncie rzeczy niczego, poza tępym klepaniem pacierzy, nie potrafiłem czynić samodzielnie. Zajął się mną serdecznie, otaczając nie tylko opieką, ale uczuciem tkliwego przywiązania, jakie mężczyźni dorośli i doświadczeni zwykli przelewać czasem na młokosów, w których widzą przedłużenie swoich życiowych ambicji. Klnę się na Boga żywego, że widział we mnie swojego następcę!

Niestety lub na szczęście, Jan zawiódł pokładane w nim nadzieje. O makabrycznych wypadkach, jakie zaszły w Arras jesienią 1458 roku, opowiada mieszkańcom Brugii. A cały ambaras zaczął się od tego, że ktoś oskarżył Żyda o rzucenie uroku na konia, który następnie zdechł. Niby nic nowego, a jednak świątobliwy Albert wziął za dobrą monetę słowa rzekomego świadka żydowskich czarów i zapragnął go osądzić, choć nie wszystkim się to spodobało:

Farias de Saxe, który był mędrcem w zakresie kompetencji i przepisów prawa, a zasiadał w Radzie dla braku ciekawszego zajęcia, rzekł do Alberta: „Ojcze. Nie godzi się, byś rozstrzygał sprawy dotyczące mieszczan. Nawet jeśli dzisiaj okażą zadowolenie z twojego wyroku, jutro podniosą krzyk, że manipulujesz miastem wedle własnej woli. Niech lepiej oni sami słuchają Celusa”. Wynikł spór niemałego znaczenia. Albert, który nigdy nie rezygnował z rozkoszy wymierzenia sprawiedliwości, oponował przeciw poglądom Fariasa de Saxe, powołując się na pochodzenie Celusa. „Gdzież jest napisane, że miejskie trybunały winny sądzić Żyda?! Żyda sądzić może każdy!” Na to Farias de Saxe: „A gdzież jest napisane, że Żyda może sądzić każdy?”. Rzecz jasna, spór wygrał Albert, bowiem dla niego rezultat był istotnie ważny, gdy natomiast de Saxe traktował wszystko jak rozrywkę.

Oskarżony, którego wyjaśnień (zresztą, jak się bronić przed tak absurdalnym zarzutem?) nikt nie chciał słuchać, powiesił się. Wtedy jeszcze mieszkańcom wydawało się, że coś tu może być nie w porządku. Czuli się współwinni śmierci zaszczutego człowieka. Przyszli do naszego bohatera z prośbą, by sprowadził do miasta biskupa, który ich zdaniem wiedziałby, jak mają naprawić niesprawiedliwość i zachować szanse na odkupienie. Jan (swoją drogą wyjątkowo antypatyczne indywiduum, świętoszek-konformista, typowa chorągiewka i prawdopodobnie znakomity kandydat na polityka) wolał jednak okazać lojalność Albertowi i opowiedział mu o prośbie mieszkańców, zamiast ją spełnić. Albert uznał to za doskonałą okazję, by przekonać miejską społeczność, że nie potrzebuje interwencji z zewnątrz, bo ma prawo do samostanowienia i powinna z niego skorzystać. Dopuścił plebs do udziału w Radzie Miasta i sprytnie nim manipulował, by przeprowadzić swój plan, mający na celu - oczywiście - zapewnienie wszystkim mieszkańcom zbawienia. Ścieżką do tego celu okazały się prześladowania - najpierw Żydów, a potem kolejno wszystkich, których Albert postrzegał jako potencjalne zagrożenie dla swojego planu. Standardowy mechanizm rewolucji w modelu wodzowskim.
To autocharakterystyka Alberta:  Wiesz doskonale, że nie istnieje granica, która by oddzielała mnie od miasta i miasto ode mnie. Ja jestem nim, a ono jest mną. Jeślim coś dla ciebie uczynił, winieneś wdzięczność wszystkim obywatelom Arras, bo to oni właśnie, poprzez mnie, sprawują tu rządy. Przez tyle lat powtarzałem ci nieustannie, że kto walczy ze mną, występuje przeciwko miastu, a kto usiłuje naruszyć tutejsze prawa i przywileje – staje się moim nieprzyjacielem.

A szczerze mówiąc, gdy się tę powieść teraz czyta, zwłaszcza niektóre fragmenty, to dosłownie ciarki chodzą po plecach.

Doprawdy, Albert zasłużył sobie na zbawienie wieczne. Jeśli nie uczynkami, to bez wątpienia chytrością. Bo przecież osiągnął rzecz, o jakiej marzą wszyscy władcy. Cedując część władzy na prosty lud – zdobył władzę niepodzielną. Dzieląc ją z głupcami – zatrzymał w całości dla siebie!

Czym jest gwałt, który nazwiesz karą? Jest karą. A czym urojenie, które nazwiesz wiarą w zbawienie? Jest wiarą w zbawienie! Człowiek wydaje ci się utworzony z czynów i zamysłów, gdy tymczasem jest także utworzony ze słów. Nie ty pierwszy ulegasz zdumiewającej łatwości, która polega na najgłupszym złudzeniu ludzkiego umysłu, że można poznać i zmienić świat bez słów. Jakże go poznasz i zmienisz bez języka, który został ci dany, abyś nim nazywał?! Co nie ma nazwy – nie istnieje. A co istnieje – istnieje dzięki swojemu imieniu”.

A czytałam, żeby świadomie obejrzeć monodram Janusza Gajosa na podstawie powieści, który zresztą został nagrany w zeszłym roku dla TVP Kultura i jest na Youtubie.

Ale jednak na żywo robi niesamowite wrażenie. Może tylko cięcia w tekście nieco za bardzo wybielają postać Jana, który w powieści jawi się jako tchórz i koniunkturalista w o wiele większym stopniu. W każdym razie polecam zarówno literacki pierwowzór, jak i adaptację. Oba stanowią materiał do niewesołych przemyśleń w kontekście aktualnych, nazwijmy to eufemistycznie, nastrojów społecznych.
niedziela, 16 października 2016
Przeszarżowany Tomek, czyli słów kilka o Ostatniej rodzinie
Na Ostatnią rodzinę wybraliśmy się rodzinnie (czyli podobnie, jak czytaliśmy - z zachwytem - książkę Grzebałkowskiej, choć film nie ma z nią poza bohaterami nic wspólnego) w zeszłą niedzielę.
I chyba po raz kolejny trochę mi zaszkodziły zawyżone oczekiwania, jak niedawno przy czwartym Mortce. Naczytałam się przed filmem wywiadów z aktorami, reżyserem etc. I być może za bardzo mi się udzielił ich entuzjazm.
Znowu - nie chcę być źle zrozumiana. Film jest świetny, znakomicie oddaje pewną (mniej istotne, na ile zgodną ze stanem faktycznym) wizję relacji w bardzo nietypowej rodzinie, zdominowanej przez dwie, wybitne i wybitnie trudne, dlatego zapewne niezdolne do porozumienia się, jednostki - ojca i syna. Ten tragiczny dysonans kładzie się cieniem na codzienności całej rodziny, w której nie brakuje humoru, ale brakuje ciepła. Stąd te wszystkie kolejne śmierci są akurat tam jakoś przerażająco na miejscu, a wymowa całości jest zdecydowanie przygnębiająca, mimo wspomnianych humorystycznych kontrapunktów i niewątpliwego ironicznego dystansu bohaterów do rzeczywistości.
Bardzo dobrze oddane zostały również zmieniające się realia (mieliśmy taką samą suszarkę, jak ta, którą Zdzisław suszy obraz!).
Jedyny problem, jaki mam z tym filmem, to wizja postaci Tomka Beksińskiego, jaka się z niego wyłania. I już nawet nie do końca chodzi o to, jak go zagrał Dawid Ogrodnik (czy nie zbyt ekspresyjnie - tak mi się wydaje, ale w sumie nie mam pojęcia, jaki on faktycznie był, a aktor przy budowaniu fizycznej części kreacji pracował z nagraniami, których była masa). Bardziej o to, co dostał do zagrania, jakie sceny są dla tej postaci przewidziane w scenariuszu, a jakich zupełnie zabrakło. Widzimy młodego Beksińskiego niemal wyłącznie w sytuacjach granicznych, z obu końców emocjonalnego spektrum. Nie ma prawie nic pomiędzy. Wiadomo, materia filmowa ma swoje ograniczenia, narzucone choćby czasem trwania całości, i pewnie scenarzyście zależało na wyeksponowaniu tych elementów osobowości syna, które najsilniej wpływały na życie rodziny. Osiągnął jednak, przynajmniej w moim odczuciu, efekt trochę przeciwny do zamierzonego. Rozkładając akcenty tak, a nie inaczej, odebrał postaci Tomka wiarygodność, zmieniając go trochę w odpustowego diabełka z pudełka. Postać przez to traci, zwłaszcza na tle o wiele bardziej spójnych i wiarygodnych kreacji Zdzisława i Zofii (świetni Seweryn i Konieczna, która miała chyba najtrudniej, a jednak zdołała nie pozostawić wątpliwości co do tego, kto miał w domu ostatnie słowo).
Niemniej, warto zobaczyć i przemyśleć na własną rękę, choć większe wrażenie zrobi zapewne na widzach nieznających Portretu podwójnego. Moja ocena: 8/10.
sobota, 08 października 2016
Atlas pszczół
Historia pszczół Mai Lunde kojarzyła mi się z najbardziej znaną powieścią Davida Mitchella w zasadzie od samego początku, bo zarówno zamysł konstrukcyjny, jak i tematyka (ludzkość sama doprowadza się do upadku - tu jego symbolem jest oczywiście postępująca systematycznie gehenna pszczół) są podobne. Choć u Lunde powiązania między poszczególnymi planami czasowymi są jeszcze bardziej symboliczne i w zasadzie mało istotne.
Są też inne różnice. Mitchell konsekwentnie odmalowuje przyszłość ludzkości w czarnych barwach, Lunde w ostatecznym rozrachunku stawia jednak na nadzieję i daje naszym potomkom szansę naprawienia popełnionych przez nas i naszych przodków błędów. Mitchella najbardziej interesuje jednostka, najchętniej twórcza i w jakiś sposób wyjątkowa, oraz jej kontekst historyczny i społeczny. Lunde wydaje się zafascynowana relacjami rodzinnymi. Dwukrotnie jest to ojciec spragniony relacji z synem - raz zostaje odtrącony (a równocześnie sam odtrąca córkę, która dzieli jego pasję i pragnie współuczestniczyć w jego pracy naukowej - w wątku z XIX wieku), raz próbuje narzucić synowi swoje zasady, a gdy dorasta do kompromisu, dzieje się to zbyt późno (w wątku osadzonym na początku XXI wieku). Wątek futurystyczny, rozgrywający się 2098 roku, przedstawia przyszłość relatywnie nieodległą i w zasadzie całkiem prawdopodobną. Pszczoły znikają, Ziemię dotyka klęska głodu, a ludzie całą energię poświęcają na ręczne zapylanie roślin, by przetrwać. Na tym tle osadzona jest odyseja Tao - matki, która próbuje odkryć, jakie nieszczęście spotkało jej synka, a jednocześnie odtrąca męża.
Wszystkie historie są zajmujące (choć rozwiązanie zagadki z wątku Tao jest od początku raczej oczywiste, trochę szkoda, że nie ma tu żadnego elementu zaskoczenia), jednak stylistycznie Lunde nie dorasta Mitchellowi do pięt, nie niuansuje też swoich bohaterów, rysowanych użytkowo, na ogół kilkoma dość prostymi kreskami.
Z tego względu powieść jest tylko dobra i choć dostarcza satysfakcjonującej rozrywki i odrobiny refleksji, pozostawia też dojmujące poczucie zmarnowanego potencjału. Niemniej - warto.
sobota, 01 października 2016
Nowa Bridget Jones zaskakująco dobra!
A na pewno zdecydowanie lepsza od trzeciej książki, z którą film - na szczęście - nie ma kompletnie nic wspólnego. Idąc na seans, nie miałam w zasadzie żadnych oczekiwań. Jeśli już, to spodziewałam się rozczarowania, bo jestem wielką fanką dwóch poprzednich części i nie wydawało mi się możliwe, żeby po tylu latach przerwy trzeci raz udało się opowiedzieć historię z tymi samymi bohaterami na zbliżonym poziomie.
Jak dobrze się czasem kolosalnie mylić! Choć pełen nawiązań do poprzednich części (ale nienachalnych, bardzo sympatycznych), obraz podąża własną drogą. Fabuła jest oczywiście przewidywalna i prosta, jednak podana tak lekko, z humorem, tradycyjne świetnie dobraną muzyką i przeważnie udanymi one-linerami w ilości hurtowej, że nawet nie zwraca się na to uwagi. Poza tym nie złożoności fabularnej oczekujemy od komedii romantycznej, prawda?
Oczekujemy za to chemii między bohaterami, a pod tym względem genialnym trafieniem było dołączenie do Bridget (w najlepszej formie fizycznej i intelektualnej ever, miło, że przestali robić z niej idiotkę, bo w książkach nie była aż taka głupia) i smętnego posiwiałego Marka, który nadal zachowuje się, jakby kij połknął, Patricka Dempseya, znanego szerszej publiczności jako Derek Shepard, a tutaj wcielającego się w guru randkowania Jacka Quanta. Chemia pomiędzy nim a Bridget jest po prostu namacalna, co więcej, Jack z niezwykłą swobodą podkpiwa sobie ze sztywniackiego Darcy'ego.
Przyjemnie się na to patrzy, a do tego jest mnóstwo okazji, żeby naprawdę szczerze się pośmiać. Po ciężkim tygodniu w pracy idealne rozpoczęcie weekendu. Zdecydowanie polecam.
sobota, 24 września 2016
Nie o takim osiedlu marzyłam
Podejrzewam, że to raczej kwestia rozbuchanych oczekiwań po Przejęciu, które czytało mi się naprawdę znakomicie, ale dalsze losy komisarza Mortki trochę mnie rozczarowały. Osiedle marzeń, napiszmy od razu i żeby nie było nieporozumień, jest dobrze przemyślanym, wielowątkowym, ciekawym i solidnym kryminałem, utrzymującym dotychczasowy poziom serii. Liczyłam po prostu na dalszy progres, może nie tak znaczący, jak różnica na plus między Podpalaczem i Przejęciem, ale jednak zauważalny.
Tymczasem tom czwarty, choć zaczyna się mocną sceną, nie przykuwa do opisywanej historii tak bezwarunkowo jak Przejęcie. Jasne, dzieje się sporo, na tyle dużo, że wątki prywatne głównych bohaterów pojawiają się tylko w szczątkowej formie (i w zasadzie w porządku, Mortce poświęcono sporo miejsca w poprzednich tomach, Sucha ma na razie pozostać enigmą). Tylko że tematyka głównego wątku (styk zorganizowanej przestępczości i polityki, narkotyki i stręczycielstwo, a na dokładkę jeszcze media) w tak skumulowanej formie dobrze wyglądałaby w wielosezonowym serialu w stylu The Wire albo w trylogii, takiej, jak ta z Oslo Jo Nesbo. W pojedynczej powieści, której akcja rozgrywa się w ciągu kilku dni na warszawskim osiedlu dla wyższej klasy średniej, powstaje raczej wrażenie przeładowania, momentami ocierającego się o groteskę.
A główny wątek to dalece nie wszystko, co Osiedle marzeń ma nam do zaoferowania. Jest jeszcze wątek podkomisarza Kochana, z którym osobiście mam największy problem. Po pierwsze, kompletnie nie kupuję totalnej przemiany osobistej tego bohatera (piszę w ogólnikowy sposób, żeby uniknąć spoilerów). Niby czysto teoretycznie taki zwrot jest możliwy pod wpływem opisanego bodźca, ale nie w przypadku tego faceta, którego poznaliśmy już dosyć dobrze. Choć motyw wygląda efektownie i może wzbudzić w mniej cynicznym czytelniku spore emocje, jest kompletnie niewiarygodny.
Ale jest jeszcze zawodowa aktywność Kochana, delegowanego za karę do jednoosobowego Archiwum X. Gdzie w ciągu 3 dni rozwiązuje 3 duże sprawy! I o ile jeszcze jedną można by jakoś zrozumieć (szczęśliwy traf), a drugą da się racjonalnie wytłumaczyć (dane nieznajdujące się w aktach - możliwy sabotaż), to, powtarzam, trzy sprawy w trzy dni stawiają jakość pracy komendy stołecznej pod sporym znakiem zapytania. Bo skoro może sobie przyjść taki leser jak Kochan, otworzyć losową teczkę, podjąć losową aktywność i rozwiązać daną sprawę (zaginięcie czy podwójne zabójstwo nastolatek) w ciągu doby, to wcześniej najwyraźniej zajmowała się nią banda krótkowzrocznych idiotów, ewentualnie jeszcze gorszych leserów. A wystarczyło, że jednemu nie chciało się wracać do domu i z desperacji wziął się za robotę, pomyślał chwilę, pojechał tu i tam.  Jest to obrazek, delikatnie rzecz ujmując, mocno naciągany. I banalizujący mrówczą pracę, jaką wykonuje prawdziwe Archiwum X. Jasne, czasem zdarza się tak, jak w opisanych sprawach. Ale zwykle takie zagadki rozwiązuje się latami i wymaga to ciężkiej pracy analitycznej.
A na dodatek zmyłka była tym razem zbyt oczywista, zwłaszcza jeśli ktoś po majstersztyku z Przejęcia był wyczulony od samego początku:)
Miło było ponownie spotkać się z Kubą M., ale chyba Wampira (mimo zastrzeżeń) czytało mi się lepiej, bo bardziej kupiłam konwencję i miałam zdecydowanie mniejsze oczekiwania.
Przy czym zdecydowana większość moich uwag wynika z indywidualnego odbioru tekstu. Zachodzi więc dość wysokie prawdopodobieństwo, że nikt poza mną nie oceni intrygi w ten sam sposób. Zatem koniecznie przekonajcie się sami, co kryje Osiedle marzeń. A jeśli jeszcze nie znacie Mortki, to zacznijcie od Podpalacza. Warto, z polskich autorów chyba tylko Miłoszewski pisze lepsze współczesne kryminały niż Chmielarz.
niedziela, 18 września 2016
Tym razem cztery filmy:)
I tylko jeden ciut słabszy:)

Iluzja 2 - o, właśnie ten. Znaczy, ja bardzo lobię filmy w tej konwencji, nudy nie było bynajmniej, a Lizzy Caplan była przeurocza. Ale mimo wszystko zabrakło świeżości jedynki, a twórcy odarli magię z magii i dodali na koniec tak o dwie tony za dużo cukru w cukrze. Ale żeby nie było - sporo rzeczy mi się podobało, choćby świetna podwójna kreacja Harrelsona. 6/10

Londyński bulwar
to niby taki dosyć standardowy kryminał noir (wypuszczony z paki skazaniec chce zerwać z przeszłością, ale nie bardzo mu wychodzi, a w dodatku musi bronić damy w opałach przed zgrają żądnych sensacji paparazzich). Ale, kurczę, jest tak genialnie obsadzony i do tego stopnia zaskakuje w chwili, gdy człowiek jest już pewien, że wie o fabule wszystko, że naprawdę warto zawiesić na nim oko. Świetne kreacje w zasadzie całej obsady (m.in. Farella, Knightley i Friel) i naprawdę nietuzinkowy psychopata, a jako wisienka na torcie nastrojowy soundtrack. 7/10

Trumbo
to lider dzisiejszego zestawienia, z hasłem - zdecydowanie lepiej późno nadrabiać braki w Oscarowych nominacjach, niż nie robić tego wcale:) Wykreowany przez Cranstona tytułowy bohater, pisarz i scenarzysta filmowy, odmówił odpowiedzi na pytanie o przynależność do partii komunistycznej i trafił do więzienia, a także na czarną listę Hollywood. Pisał jednak nadal, nie tylko do filmów gorszego sortu. Pod pseudonimem Richard Rich dostał Oscara, wcześniej oddał znajomemu autorstwo - również nagrodzonych - Rzymskich wakacji. Cenę jego uporu i niezłomności zapłaciła liczna rodzina, totalnie podporządkowana  twórczej obsesji Daltona. Ten film to zbiór perełek, wiele scen na długo pozostaje w pamięci dzięki błyskotliwym dialogom. Genialni są Helen Mirren w roli opętanej ideą zwalczania komunizmu autorki  opiniotwórczych felietonów i kronik filmowych oraz John Goodman jako właściciel wytwórni gorszego sortu - Frank King. Polecam! 8/10

Boska Florence
- czyli film o najgorszej śpiewaczce świata, a raczej o jej dwóch wielkich miłościach - muzyce i St. Clairze Bayfieldzie, niespełnionym aktorze i nieprawym potomku angielskiego szlachcica. Nie jest to może jakiś wybitny film, ale zarówno zabawny, jak i autentycznie wzruszający. I - po raz kolejny - świetnie obsadzony. O Streep nawet nie ma co pisać, choć fałszowanie musiało być dla niej wyzwaniem. Ale Hugh Grant gra najlepszą i najciekawszą rolę od wielu lat, jest niby to cyniczny i wyrachowany, a w gruncie rzeczy - wierny, opiekuńczy i troskliwy, a przy tym bardzo naturalny. Simon Helberg, czyli Howie z The Big Bang Theory, pokazuje wielki komediowy talent w roli pianisty Florence, Cosme McMoona. We trójkę tworzą na ekranie całość angażującą emocje i przykuwającą uwagę. Warto. 7/10
niedziela, 11 września 2016
Opowieść o życiu z perspektywy Śmierci
Tydzień temu kończyłam lekturę Złodziejki książek Markusa Zusaka i nie mogłam się nadziwić, czemu zwlekałam z nią tak długo. Dlatego - jeśli jest ktoś jeszcze, kto nie sięgnął po książkę przy premierze filmu - opowiem wam dzisiaj, z jakiego powodu warto.
Osobiście broniłam się przed nią, bo wiedziałam, że jest smutna i o II WŚ. Okazało się, że jakkolwiek jest to prawda, to jednak równocześnie opowieść jest piękna, wzruszająca i pełna paradoksalnej nadziei na przyszłość oraz wiary w człowieka. Tak wielu różnorodnych emocji dostarczyła mi w tym roku chyba tylko lektura Ścieżek północy Richarda Flanagana, co powinno mówić samo za siebie.
Jak sugeruje tytuł notki (i czego dowiadujemy się już na samym początku), narratorem jest tutaj Mroczny Żniwiarz. Ścieżki jego i głównej bohaterki - Liesel - przecinają się kilkakrotnie, po raz pierwszy wówczas, gdy umiera jej młodszy brat. Ma to miejsce w czasie podróży pociągiem do Molching, niewielkiej miejscowości pod Monachium, gdzie matka dziewczynki - komunistka (czy raczej kobieta jedynie oskarżona o komunistyczny światopogląd z uwagi na życiorys męża) planowała zostawić dzieci dobrym Niemcom, bo sama nie była w stanie zapewnić im utrzymania z powodu prześladowań. Teraz do rodziny Hubermannów, mieszkających przy ulicy Niebiańskiej, trafia tylko Liesel. Ma niespełna dziesięć lat. To właśnie w trakcie pogrzebu brata ukradła swoją pierwszą książkę:PODRĘCZNIK GRABARZA Dwanaście kroków do sukcesu w kopaniu grobów, wydaną przez Bawarskie Towarzystwo Cmentarne. Ale nie umiała czytać i nauka nie przyszła jej z łatwością. Pomagał jej przybrany ojciec, Hans, akordeonista, malarz i nałogowy palacz, który siedział przy niej każdej nocy, gdy budziły ją koszmary. Razem, na raty, przeczytali podręcznik grabarza.
Życie Liesel przy Niebiańskiej nie było usłane różami, ale nawiązała tam przyjaźnie i jakoś odnajdywała się w trudnej codzienności po wybuchu wojny między III Rzeszą a ZSRR. Zusak w niezwykle subtelny, wirtuozerski sposób łączy powieść inicjacyjną z refleksją o codzienności niemieckiej prowincji, której rytm wyznaczały zbiórki Hitlerjugend i pokazowe przemarsze Żydów pędzonych do pobliskiego obozu w Dachau. Jest to tym ciekawsza warstwa historii, że Hans Hubermann wcale nie okazuje się dobrym Niemcem. Przeciwnie, jako jeden z nielicznych mieszkańców miasteczka nie popiera nazistów, a zwłaszcza prześladowań Żydów. Wie jednak, co dobre i konieczne dla przetrwania rodziny, dlatego wiesza flagę ze swastyką, mówi Heil Hitler i nie waha się uderzyć przybranej córki, gdy ta deklaruje nienawiść wobec wodza. Co innego jednak demonstruje publicznie, a co innego kryje w sercu. I w piwnicy...
Nie ma tu patosu (co uważam za największą zaletę), jest niekiedy strach, sporo (rozmaicie okazywanej) miłości, prawdziwa przyjaźń, ale nade wszystko - przedziwna normalność w skrajnie nienormalnych czasach.
Materiał do inspirujących refleksji, zwłaszcza gdy popatrzymy na to, co nam teraz z nagła normalnieje, staje się akceptowalne, a co jest coraz odważniej spychane na margines. Kiedyś już szliśmy tą drogą i nie zaprowadziła nas w zbyt interesujące miejsca. O czym chyba warto sobie przypomnieć.
sobota, 03 września 2016
Gdy spod przykrywki kipi
Żywi i umarli w Winsford to Nesser nietypowy w tym sensie, że choć czyn zabroniony jest katalizatorem akcji, to jednocześnie jest najmniej istotny dla fabuły. Tutaj w centrum jest kobieta - Maria Holinek - i jej demony z przeszłości, emocje tłamszone całymi latami, nieprzepracowana żałoba po zbyt wcześnie utraconych bliskich. W końcu spada kropla, która przepełnia czarę - mąż bohaterki, Martin Holinek, ceniony profesor literaturoznawstwa, zostaje oskarżony o gwałt przez dwudziestoczteroletnią dziewczynę. Ostatecznie ofiara wycofuje zarzuty, ale Martin nie zaprzecza, że się z nią przespał, zaś Maria - po rozmowie z pokrzywdzoną twarzą w twarz - nabiera przekonania, że mimo żarliwych zaprzeczeń także ją zgwałcił. Zgadza się jednak na półroczny wyjazd do Maroka, gdzie Martin zamierza pracować nad książką o dwójce pisarzy, których znał w młodości i z którymi przez kilka lat z rzędu spędzał wakacje w artystycznym kolektywie. W tym potencjalnym bestsellerze Holinek zamierza ujawnić skrywaną przez wiele lat tajemnicę, dotyczącą powikłanych relacji między dwójką literackich sław. Po drodze ze Szwecji do Maroka Holinkowie zatrzymują się w Międzyzdrojach, gdzie Martin odwiedza polskiego znajomego z dawnych lat. W czasie spaceru plażą Maria, zaskakując samą siebie, ulega przedziwnemu impulsowi.
W retrospektywnej narracji, zabierając nas w przeszłość na kilku planach, podczas gdy jego bohaterka zamiast  po plażach Maroka spaceruje z psem po brytyjskich wrzosowiskach, Nesser odsłania kolejne elementy składające się na prawdę o Marii i Martinie. Nie stroni przy tym od proponowania czytelnikowi coraz to nowych tajemnic, z których nie wszystkie zostają ostatecznie wyjaśnione.
Powieść jest bardzo dobrze przemyślana na poziomie głównego wątku, a autor korzysta z wieloletniego doświadczenia, budując przejmujący nastrój i dozując napięcie oraz informacje w sposób stale podtrzymujący zainteresowanie czytelnika. Nie jest to jednak pozycja dla miłośników dynamicznej akcji, introwertyczna jak Maria, niechętnie zrzucająca maskę telewizyjnej prezenterki nawet przed samą sobą,  i silnie statyczna, pełna introspektywnych rozważań i dosyć ponurych na ogół opisów przyrody. Bohaterka bowiem próbuje się schronić przed rzeczywistością w codziennej rutynie: rozpalić w kominku, wziąć prysznic, wyprowadzić psa na długi spacer rano i popołudniu. Ta powtarzalność potrafi momentami znużyć, choć sam zabieg ma uzasadnienie w fabule.
Drugim zarzutem, poważniejszym, są wspomniane wyżej pourywane wątki. Niektóre z nich przez długi czas zapowiadają się na kluczowe fabularnie i mocno angażują, budując spore oczekiwania, a potem zawisają w próżni. Nieładnie, autorze, nieładnie.
Ale ogólnie powieść warta polecenia, przede wszystkim ze względu na swoją nieszablonowość.
sobota, 27 sierpnia 2016
Trzy dobre filmy i jeden bardzo zły
Wśród bieżącego repertuaru kinowego mam problem ze znalezieniem czegoś, co by mnie zainteresowało na tyle, by zainwestować w bilet (choć teraz np. poszłabym na Boską Florence, bo Meryl Streep i Hugh Grant, ale w moim kinie dają dwa seanse dziennie w malutkich salkach, więc jednak spasowałam). Zabrałam się zatem do oglądania tytułów nieco starszych, które wpadły mi w oko w latach poprzednich i czekały na swój czas. Powiem wam, że była to bardzo dobra decyzja.

Dama w vanie to oparta faktach historia bezdomnej kobiety, która - niespodzianka! - mieszka w vanie:) Latami w tej samej dzielnicy, przeparkowując go od czasu do czasu w inne miejsce. Po zmianie przepisów dotyczących parkowania na ulicy zdominowany przez matkę pisarz i scenarzysta teatralny pozwala jej zaparkować w obrębie swojej posesji. Ich przedziwna koegzystencja (pisarz z jednej strony brzydzi się bezdomnej dotknąć, z drugiej jest nią zafascynowany, pragnie poznać historię jej życia i nie pozwala obcym zrobić jej krzywdy) trwa kilkanaście lat, aż do śmierci kobiety, która z czasem staje się coraz bardziej niedołężna. Tytułową i zarazem główną bohaterkę gra Maggie Smith, która, co tu dużo mówić, kradnie ten film, czy może raczej go samodzielnie buduje? Jest po prostu genialna, wspaniale oddaje swoją grą wewnętrzne rozdarcie bohaterki, jej pragnienie niezależności i szacunku tym większe, im trudniejsza staje się jej sytuacja życiowa. Jednocześnie starsza, schorowana kobieta, w teorii będąca społecznym pariasem, do samego końca potrafi czerpać autentyczną radość z drobiazgów, takich jak szybka jazda ulica na wózku inwalidzkim. Świetny, słodko-gorzki film.

Złota dama to kolejna historia oparta na faktach i kolejny popis znakomitej aktorki. Tym razem jest to Helen Mirren, wcielająca się w Żydówkę, która próbuje odzyskać portret swojej ciotki pędzla Klimta. Obraz został w czasie II WŚ skonfiskowany przez nazistów, a następnie przejęty przez austriackie władze, komisja reprywatyzacyjna nie chce go oddać, gdyż stal się jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie elementów kulturalnego dziedzictwa kraju. Krewna sportretowanej przez Klimta kobiety przy pomocy znajomego prawnika występuje więc na drogę sądową, ale batalia ta nie będzie łatwa. Bardzo dobry, bynajmniej nie łzawy i skłaniający do refleksji o historycznej odpowiedzialności kolaborujących z nazistami oraz konieczności naprawy historycznych krzywd film.

LEGO - Przygoda czyli dla odmiany całkowicie fikcyjny (i w całości zbudowany z klocków - niesamowicie się na to patrzy) oraz o wiele bardziej rozrywkowy element zestawu. Stara jak świat historia o Wybrańcu, który był nikim, a nagle musi zbawić całe klockowe uniwersum, pełna popkulturowych nawiązań i humoru. Bardzo przyjemny, odprężający seans.

Na koniec zachowałam ostrzeżenie:

Zakładnik z Wall Street - film, który powinien się nazywać: Clooneyowi i Roberts zabrakło kasy na drobne wydatki w stylu n-tej prywatnej wyspy, wskutek czego zdecydowali się zagrać w straszliwej szmirze. Co więcej, w roli epizodycznej zrobił to także Dominic West, ale jego łatwiej mi zrozumieć, bo mimo wszystko ma zdecydowanie mniej pieniędzy. W każdym razie Clooney prowadzi show, w którym doradza Amerykanom, jak inwestować, trochę się przy okazji wydurniając, bo inaczej nikt by tego nie oglądał. Na podstawie jednej z takich rad, w wyniku awarii algorytmu inwestycyjnego w firmie Westa, Amerykanie tracą w jednej chwili 800 milionów dolarów. Jeden z poszkodowanych wdziera się na plan programu (którego producentką jest Roberts) i stara się uzyskać od prowadzącego odpowiedź, co było przyczyną awarii. Ponieważ grozi mu bronią i zmusza do założenia kamizelki z ładunkiem wybuchowym, Clooney ulega sugestiom, a po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że chłopak w zasadzie ma słuszność i nie należy pozwolić antyterrorystom go zabić. Realne, nie? Zwłaszcza że postać Clooneya to rzekomo cyniczny egoista oraz dupek bez serca. Odpuściłam jakieś pół godziny przed końcem, gdy Clooney, osłaniając terrorystę własnym ciałem, udał się z nim na przechadzkę przez miasto w obstawie SWAT, by uzyskać od Westa odpowiedzi. Już drugi w tym roku film z Clooneyem (po Ave, Cezar!), który okazał się wielką pomyłką.
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka