niedziela, 12 lutego 2017
Czwarty rok z czytnikiem - z trzymiesięcznym pooślizgiem
W zasadzie poślizg nie wynikł z zapominalstwa, a z tego, że w listopadzie uznałam robienie kolejnego wpisu z tego cyklu za bezsensowne. Powód był banalnie prosty - między 14 listopada 2015 a 14 listopada 2016 przeczytałam 6 książek papierowych. Były to:

1. Rada mniejszości Kate Griffin, czyli czwarty tom przygód londyńskiego czarnoksiężnika Matthew Swifta (w grudniu 2015);
2. Dziewięciu książąt Amberu Rogera Zelaznego (w grudniu 2015);
3. Crimen Józefa Hena (w lutym 2016);
4. Obudź się i śnij Iana R. MacLeoda (w maju 2016);
5.Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie Jessiki Knoll (w maju 2016);
6. Ostre cięcia Joego Abercrombiego (w lipcu 2016).

Dwie spośród nich to książki pożyczone, trzy - otrzymane do recenzji, a tylko jedna (MacLeod) pochodziła z moich własnych, wciąż niemałych, półkowych zasobów.

Do dnia dzisiejszego liczba ta uległa zwiększeniu o 0,5 (dwa tomy nowego czterotomowego wydania Przygód dobrego wojaka Szwejka czasu wojny światowej).

Nie kupuję już papierowych książek (Pratchett już nic nie napisze, więc najbliższy wyjątek od tej reguły przypadnie zapewne na kolejną powieść Jo Nesbo), niemal niczego nie recenzuję (poza kolejnymi tomami Akt Dresdena, ale zanim przyjdzie recenzencki papierowy egzemplarz, dawno mam przeczytaną wersję elektroniczną), w prezencie też dostaję głównie e-booki, bo sama o to proszę. Niedawno kupiłam dwie papierowe książki (Nocny film oraz Dom z liści), by podarować je w prezencie. Ponieważ Nocny film otrzymał entuzjastyczną recenzję od obdarowanej, kilka dni temu kupiłam sobie w promocyjnej cenie e-booka. I nie chodzi tylko o to, że w domu skończyło się miejsce na książki (choć to prawda, bo nawet na najnowszej półce nad monitorem leżą w stosach, na które czasem patrzę z lekką obawą, czy półka wytrzyma). Po prostu na czytniku lektura jest o wiele większą przyjemnością, przyzwyczaiłam się do możliwości powiększania czcionki, a przede wszystkim do jego małego ciężaru. Oraz, nie da się ukryć, zdecydowana większość książek, także z dotychczasowego papierowego księgozbioru, to pozycje jednorazowe, do których więcej nie wrócę.  Nie ma sensu, żeby zajmowały miejsce i pokrywały się kurzem na półkach.

Nie dalej jak przedwczoraj, po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, natknęłam się na brak wersji elektronicznej przy próbie zakupu Najlepiej w życiu ma twój kot - zbioru listów Szymborskiej i Filipowicza. Ale nie pojawił się przymus kupienia wersji papierowej. Raczej refleksja o wciąż rosnącej liście must read i o tym, że mogę spokojnie poczekać, aż będzie e-book.

Chyba się starzeję:)

P.S. Ten wpis to typowa zapchajdziura. Od zeszłego piątku walczę z przeziębieniem najgorszego sortu, tj. takim, które wykańcza, ale nie kwalifikuje się na L4 (brak gorączki). Dlatego nie byłam w stanie oddać w ten weekend sprawiedliwości Opowieści podręcznej Atwood ani napisać nic merytorycznego.

P.S.2 Tradycyjnie zapytam: ktoś zaczął niedawno przygodę z e-czytelnictwem lub kontynuuje ją od jakiegoś czasu? Jaki czytnik? Jakieś wrażenia i refleksje? Czy tylko u mnie ekspansja e-booków jest tak dynamiczna i wynika z mojego wygodnictwa, czy może to powszechniejsze zjawisko?
sobota, 04 lutego 2017
Jak Wowa przerósł Napoleona
Wspominałam w poprzednim wpisie o książce Krystyny Kurczab-Redlich Wowa. Wołodia. Władimir. Tajemnice Rosji Putina. Dziś chciałabym wam napisać o tym, dlaczego warto było poświęcić prawie dwa tygodnie na tę niełatwą i przygnębiającą, ale zarazem w przedziwny sposób fascynującą lekturę.
Na wstępie trzeba zaznaczyć, że na pewno nie jest to pozycja dla ludzi o słabych nerwach. Mając za sobą lekturę książki Litwinienki i Felsztyńskiego Wysadzić Rosję oraz śledząc na bieżąco konflikt na Ukrainie (na ile to możliwe w ograniczonym medialnym przekazie), byłam przekonana, że wiem już o Putinie i jego drodze na Kreml wszystko, co najgorsze.
A jednak nie, to zaledwie ułamek większej całości, która na kartach Wowy, w oparciu o imponującą pracę ze źródłami, jest dla czytelnika rekonstruowana, przy czym okropieństwa wojenne możemy obserwować z makabryczną dokładnością (przy torturach stosowanych w czeczeńskich obozach filtracyjnych Guantanamo to luksusowy hotel z basenem, a o marynarzach z Kurska wydanych na śmierć poprzez brak zgody na zagraniczną pomoc nie da się szybko przestać myśleć, podobnie jak o ostrzeliwanych z premedytacją uciekających cywilach i srogich bojownikach, będących faktycznie przypadkowymi cywilami z ulicznych łapanek - a to zaledwie początek wyliczanki).
Psychoanalityczny klucz do bohatera, który autorka stosuje, zaczynając opowieść od pilnie strzeżonej tajemnicy dzieciństwa, rzeczywistej tożsamości rodziców i prawdziwej daty urodzenia Putina, może w pierwszej chwili budzić pewne wątpliwości, tym bardziej że akurat ten fragment historii niełatwo potwierdzić. Bohater o to starannie zadbał, w najlepszym, uświęconym wielowiekową tradycją rosyjskim stylu usuwając wszystkich, którzy próbowali przed jego pierwszymi wyborami prezydenckimi nagłośnić temat. Co jednak początkowo wydaje się naciągane i sztampowe (tyran miał trudne dzieciństwo, nie nauczył się budować więzi, a poza tym ma kompleks niskiego wzrostu i od dzieciństwa wielbi Stalina), z perspektywy późniejszych wypadków zaczyna wyglądać o wiele bardziej przekonująco.
Spośród dziewięciu rozbudowanych rozdziałów dla mnie najciekawsze były fragmenty poświęcone okresowi, kiedy Putin wraz z merem Sobczakiem (uważanym za czołowego demokratę, co stanowiłoby świetny dowcip, gdyby nie było takie straszne) władał Petersburgiem oraz Operacji Następca, czyli splotowi wypadków, które sprawiły, że Borys Jelcyn namaścił Putina na kolejnego prezydenta Rosji. W Petersburgu Putin i Sobczak zbudowali prawdziwe korupcyjne imperium, które zawstydziłoby Nucky'ego Thompsona. Rozdział o tym (zatytułowany Dobry pan i psie konserwy) zaczyna się:

Najkrócej można powiedzieć tak: ukradł co najmniej 93 miliony dolarów. Ukradł je w doborowym, niezbyt wielkim gronie. Ukradł mieszkańcom Petersburga
.

W zamian za rożne towary, m.in. metale rzadkie, pogrążone w kryzysie niedoboru miasto miało otrzymać żywność z zagranicy.  Dziwnym trafem barter jednak nie dotarł, a pieniądze za cenne towary zniknęły w kieszeniach miejskich rozgrywających. Co zatem jedli mieszkańcy?

Sobczak zapełnił półki zapasami z magazynów wojskowych (do czego zresztą nie miał prawa), a gdy i tych zabrakło, Putin sprowadził 60 ton konserw mięsnych dla psów „w ramach zapobieżenia niedostatkowi białka u mieszkańców Petersburga”, o czym z pewną dozą dumy zawiadomił służbową notatką ówczesnego ministra gospodarki Andrieja Nieczajewa.

Jak widać, tytuł rozdziału nie jest przypadkowy. Choć afera się wydała (ujawniła ją i doskonale udokumentowała powołana w radzie miasta komisja, a prezydent Jelcyn otrzymał do rąk własnych jej raport), odpowiedzianym włos z głowy nie spadł. Z tym że Sobczakowi - jak wszystkim, którzy zbyt wiele wiedzieli o Putinie - tylko do czasu.
Więcej - kariera naszego bohatera po wszystkim jeszcze przyspieszyła, a jej ukoronowaniem było najwyższe stanowisko w państwie. A wszystko przez chorobę Jelcyna (którego autorka najwyraźniej darzy wielką sympatią, czasem przesadza z jego wybielaniem) oraz bezpardonową korupcję, która przeżarła jego i jego dwór, zwany Rodziną. Bali się odpowiedzialności i w zamian za nietykalność oddali władzę Putinowi. Kurczab-Redlich jest przekonana, że Jelcyn uważał następcę za demokratę. Osobiście nie sądzę, by przekonania Putina miały dla niego wielkie znaczenie, ale kto wie?
Ukrainie, Olimpiadzie w Soczi i innym świeższym wypadkom autorka poświęca mniej miejsca, całościowo jednak naświetla wiele zdarzeń i mechanizmów, o których nie usłyszycie w żadnych wiadomościach. Choćby dlatego, by lepiej zrozumieć działający po sąsiedzku system i skalę terroru, każdy powinien Wowę przeczytać.
Widać też, niestety, pewne paralele z tym, co się aktualnie dzieje u nas (chodzi mi przede wszystkim o stawianie się władzy ponad prawem,  o zakłamywanie rzeczywistości, bezwstydne zaprzeczanie faktom i toporną propagandę publicznej telewizji).

Zarzuciłabym autorce jedynie wyżej wspomniane nadmierne psychologizowanie, faworyzowanie niektórych równie umoczonych co Putin bohaterów oraz zawartą w dodatku Życie prywatne sugestię co do genezy homoseksualizmu rosyjskiego prezydenta:

Czynnikiem spostrzeganym jako najważniejszy w powstawaniu męskiego homoseksualizmu jest brak pozytywnej i wiążącej relacji z ojcem: alienacja od ojca we wczesnym dzieciństwie, ponieważ ojciec był odbierany jako ktoś wrogi lub daleki, gwałtowny lub alkoholik.

Serio? Na sam koniec coś takiego? I to jeszcze z takiego źródła? Wiadomo już od dawna, że z orientacją seksualną człowiek się rodzi i jest uwarunkowana biologicznie. Trochę mi to zepsuło lekturę na finiszu i kazało bardziej krytycznie ocenić całość.

Ale i tak dla zainteresowanych współczesnym światem, a Rosją zwłaszcza, lektura obowiązkowa. Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam - będzie bardzo bolało.
sobota, 28 stycznia 2017
Serialowisko 2017 (1)
Zabrałam się niemal dwa tygodnie temu za Wowę. Wołodię. Władimira. Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich i jestem aktualnie w 55%. Fascynująca, ale monumentalna lektura, niemal 800 stron drobną czcionką. Pomyślałam sobie zatem, że to dobry moment, by po raz kolejny podjąć próbę bieżącego opisywania oglądanych seriali.

Sneaky Pete - już same nazwiska twórców: Davida Shore'a, ojca Dr House'a, i Briana Cranstona (który zresztą gra główny czarny charakter) wystarczyły, żebym dała szansę. A że gra jeszcze Margo Maritndale (Justified, The Americans), zaś w scenariuszu maczał palce Graham Yost (Justified) - nowa produkcja Amazonu po prostu nie mogła być zła. I nie jest. Niby prosta historia - oszust Marius, specjalizujący się w tak zwanych long cons (wyrafinowane przekręty z wielką stawką), wychodzi z więzienia, gdzie schronił się przed zemstą swojej ostatniej ofiary. Ponieważ nadal musi się ukrywać, podszywa się pod sąsiada z celi, którego rzewnych opowieści z dzieciństwa słuchał przez ostatnich parę lat. I jedzie do jego dziadków, którzy nie widzieli wnuka ponad dwadzieścia lat. Okazuje się, że rodzinny biznes to poręczenia majątkowe i chwytanie zbiegów, którzy po wpłaceniu kaucji nie zamierzają stawić się na procesie. A jeden z kuzynów jest policjantem. Równocześnie nasz bohater musi oddać swojej ostatniej ofierze, granej przez Cranstona, 100 tysięcy dolarów. Ma na to tydzień, inaczej jego brat będzie systematycznie pozbawiany różnych kawałków ciała. Naprawdę jednak Marius marzy głównie o zemście. Dobre. Ciekawe postacie, przyzwoity scenariusz, inteligentny humor. 7,5/10

Sherlock, sezon 4
- miałam nie oglądać, ale po przyzwoitej Abominable Bride dałam się skusić. I żałuję. Twórcy już kompletnie odlecieli, więc mimo całej sympatii dla aktorów i postaci raczej tylko się męczyłam. Były momenty (początek pierwszego i drugiego odcinka), były fajne motywy (pani Hudson!), ale poza trzecią, obiektywnie  najbardziej  wydumaną historią, kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje i jak to się skończy. W zasadzie zgadzam się z opinią Anneke o całym sezonie, z tym zastrzeżeniem, że trzeci odcinek uważam za lepszy od drugiego (w drugim groteską skandalicznie zmarnowali pięknie się zapowiadającego Złego). W trzecim przynajmniej z zainteresowaniem obserwowałam zmagania Sherlocka z samym sobą i z członkiem rodziny, no i Mycroft wyszedł na idiotę, co było uroczo odświeżające.

Endeavour
- zwykle był jasnym punktem trudnego do przetrwania początku stycznia, ale po 3 z 4 odcinków tegoroczny sezon będzie zdecydowanie najsłabszym. Widać wyraźne zmęczenie materiału, intrygi są wydumane, rozwlekłe i bez pazura. Wielka szkoda.

Taboo - taki był szum wokół tego serialu, bo Tom Hardy, bo mrok, bo od twórcy Peaky Blinders, o jerum pajtasz. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku byłam trochę zażenowana, bo straszliwa postać Hardy'ego raczej mnie bawiła swoim ostentacyjnym stylem emo, a już pies żywiący się zwłokami naprawdę nie był potrzebny. Ale dam jeszcze szansę, bo akcja w sumie nawet nie zdążyła się zacząć, a fama głosi, że coś się z tego wykluwa. Ktoś widział dalszy ciąg i może potwierdzić lub zaprzeczyć?

Chance - zabrałam się, bo Hugh Laurie, ale po pierwszym odcinku jakoś mnie nie porwało. Wczoraj po dłuższej przerwie obejrzałam odcinek drugi i dalej w zasadzie nic się nie wydarzyło, oprócz konfrontacji z mężem tajemniczej pacjentki (Cooper z Private Practice umie być groźny:O) i jakichś (prawdopodobnie) zwidów głównego bohatera pod koniec. Warto to kontynuować?

The Path, sezon 2 - pierwszy sezon oglądało się całkiem przyjemnie, w czym duża zasługa aktorów (Aaron Paul, Hugh Dancy, Michelle Monaghan), choć i scenariusz, początkowo dość sztampowy - bohater traci wiarę i odchodzi od sekty - ciekawie się z czasem rozkręcił. Ale dwa pierwsze odcinki nowego sezonu prowadzą opowieść w stronę, która kompletnie mi się nie podoba, wprowadzając elementy fantastyki, sugerujące, że Drabina i Światło to nie kocopały, tylko prawda, a Eddie (bohater Paula) ma być przepowiedzianym Zbawcą Ludzkości. Obym się myliła.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego? W najbliższych planach mam dokończenie powszechnie chwalonego The Crown, którego pierwszy odcinek, widziany dawno temu, też jakoś mnie nie porwał.
sobota, 21 stycznia 2017
Unieruchomiona baletnica
Powieść Zdążyć przed zmrokiem, debiut Tany French, przeczytałam jeszcze w grudniu, ale czas na opisanie wrażeń mam dopiero teraz. Tradycyjnie dla autorki, jest to historia mocno nastrojowa, w której relacje między bohaterami oraz ich introspektywne rozważania dominują nad śledztwem i zagadką tożsamości zabójcy. Intryga jednak na takim rozłożeniu akcentów nie cierpi, w tym sensie, że jest bardzo spójna, a elementy psychologiczne odgrywają w niej - jak się ostatecznie okazuje - kluczową rolę. Równocześnie nie da się tym razem uczciwie powiedzieć, że proporcje między wątkiem głównym - kto i dlaczego zabił i upozował na dawnym ołtarzu w centrum archeologicznych wykopalisk nastolatkę, która niebawem miała wyjechać do prestiżowej szkoły baletowej - a wątkami teoretycznie pobocznymi, tj. tajemniczym zniknięciem dwójki dzieci w tej samej okolicy w dosyć odległej przeszłości oraz relacjami między parą detektywów prowadzących śledztwo - zostały zachowane.
Jasne, wątki poboczne niewątpliwie służą naświetleniu w pośredni sposób pewnych elementów kluczowych dla wątku głównego, a także wyjaśnieniu, dlaczego śledztwo potoczyło się takim, a nie innym torem. Z uwagi na ich obszerność zachodzi jednak duże prawdopodobieństwo, że czytelnik skupiony głównie na śledztwie (nie ja, według mnie wątki poboczne, choć stanowczo nie zaszkodziłyby im redaktorskie nożyczki, również były bardzo ciekawe) w pewnym momencie się od tej historii odbije. Rola wszystkich elementów powieściowej układanki  staje się bowiem oczywista dopiero z perspektywy przewrotnego finału. W swoich kolejnych książkach irlandzka autorka nauczyła się nieco lepiej panować nad powieściową materią i własnymi tendencjami do dygresji (lub dostała lepszego redaktora, a kto wie - może jedno i drugie?).
Wasza ocena pierwszej części cyklu o dublińskim wydziale zabójstw będzie zależała od tego, czego w kryminale szukacie przede wszystkim. Jeśli czegoś więcej niż zagadka i szybka akcja, np. rozbudowanych wątków psychologiczno-socjologicznych, to niewątpliwie, podobnie jak ja, będziecie ostatecznie bardzo zadowoleni, że sięgnęliście po Zdążyć przed zmrokiem. Bardzo się cieszę, że zostały mi jeszcze 2 powieści Tany French do przeczytania.
sobota, 14 stycznia 2017
O laniu wody, czyli Planeta Woda
Zacznijmy od tego, że mimo narastającego z najnowszymi tomami serii rozczarowania, na Erasta Fandorina chora jestem nieuleczalnie. Dlatego z wielką radością przyjęłam ukazanie się zbioru 3 opowiadań Borysa Akunina z udziałem tej postaci (choć niby Czarne miasto miało być ostatnią odsłoną cyklu). Jak to ostatnio pięknie napisały Kurzojady w kontekście Jeżycjady - ciągnie narkomankę do meliny:) Dostajemy trzy utwory, z czego tytułowy, najdłuższy (i najbardziej rozczarowujący) został przez autora sklasyfikowany jako kryminał technokratyczny. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, a szkoda, bo może byłabym lepiej przygotowana psychicznie na meandry intrygi. Zaczyna się dosyć ciekawie - Fandorin wraz z Masą szukają zatopionego skarbu, testując przy okazji prototyp łodzi podwodnej w pięknych okolicznościach przyrody karaibskich wysp (stacjonują na Arubie). Potem jednak pojawia się agent Scotland Yardu i przedstawia detektywowi - teoretycznie od dawna byłemu - propozycję nie do odrzucenia. Fandorin ma przeniknąć do prywatnego przedsiębiorstwa na wyspie Saint Constantin, by powstrzymać mordercę zwanego Liliowym Maniakiem, który na ofiary wybiera pacjentki zlokalizowanego na wyspie dziecięcego sanatorium przeciwgruźliczego. Na krzywdę dzieci szlachetny mąż nie może patrzeć biernie, ale zleceniodawca chce upiec na ogniu jego szlachetności także większą, własną pieczeń. Chcę uniknąć spoilerów, napiszę więc tylko tyle, że najbardziej atrakcyjnym elementem skrajnie niewiarygodnej, groteskowej intrygi jest groźny idealistyczny wariat, w istocie będący Napoleonem:) Który - jakże oryginalnie - chce władać światem i buduje podwodne technocentrum (sic!), mające mu przejęcie władzy umożliwić. Z góry jednak wiadomo, że tam, gdzie są Fandorin i Masa, taki plan nie może się udać. Kończą się Akuninowi wiarygodne pomysły na intrygi, a sf to zdecydowanie nie jego bajka, tyle powiem.

Samotny żagiel
, czyli kryminał nostalgiczny, to powrót Fandorna do Rosji. Bohater chce wyjaśnić zagadkę mordu na przeoryszy prowincjonalnego monasteru, znanej czytelnikom serii z Dekoratora jako niedoszła miłość jego życia. Gdy Fandorin sam wymierzył sprawiedliwość zabójcy, ona wybrała Boga. Teraz padła ofiarą makabrycznego mordu. To trochę zagadka zamkniętego pokoju, z uwagi na nietypową lokalizację monasteru i zamknięty krąg podejrzanych. Sama intryga jest więc lepsza, przy tej okazji wychodzi jednak z Fandorina paskudny seksista. Spotykając wyzwoloną i niezależną kobietę, lekarkę Annuszkinę, nie może jej znieść.

Dawniej takich kobiet chyba nie było na Rusi. Były nihilistki i ofiarne pracownice ziemstw; wśród jednych i drugich zdarzały się kobiety o męskim typie osobowości, nawet wyglądem przypominające mężczyzn, ale podobnych do doktor Annuszkiny Erast Pietrowicz jeszcze nie widywał. Ludmiła Sokratowna nie próbowała udawać mężczyzny, pozostawała absolutną, stuprocentową kobietą – a przy tym nie było w niej za grosz kobiecości. Jakaś brytyjska sufrażystka, z gatunku tych, co palą portrety króla i przykuwają się do ogrodzenia pałacu Buckingham. Sympatyczne rosyjskie imię w ogóle nie harmonizowało ze zdecydowanie nierosyjskimi manierami. Nie sposób wyobrazić sobie Rusłana, który pokochałby taką Ludmiłę.

Kobiety, które nie chcą zachowywać się jak kobiety, można traktować jak mężczyzn.

Kobieta jest jak wąż dusiciel, zdolna kochać tylko króliki (..).

Tego typu myślenie u światłego i postępowego człowieka jest przykre, choć zapewne typowe dla epoki. W każdym razie już mi Erasta nie żal, że - lecząc kryzys wieku średniego - związał się z puściuteńką aktoreczką, bo była fizycznie podobna do jego pierwszej żony:)

Od tejże aktoreczki ucieka w trzecim opowiadaniu (kryminale zaiste absurdalnym Dokąd płyniemy?) i to wprost z pociągu, co dowodzi wyjątkowej desperacji. Rusza w pogoń za niejakim Cukiereczkiem, psychopatycznym przestępcą z obsesją na punkcie czystości, który obrabował pociąg (jak się z czasem okaże, na zlecenie knujących komunistów, w tym Lenina i Stalina). Pogoń prowadzi Erasta do Krakowa, a nawet na gzyms Grand Hotelu na Sławkowskiej (na studiach przez trzy lata mieszkałam tuż obok!:) Fandorin daje się złapanemu przestępcy zrobić w konia jak ostatni kretyn, po czym ponownie musi go szukać, i tak spędza sylwestrowy wieczór w jednym lokalu z knującymi komunistami. Dosyć dziwaczna, choć ładnie ornamentowana historia, znów kompletnie niespójna z tym, co o Fandorinie wiemy z poprzednich odsłon.

Ponadto nie podobało mi się sentymentalne zakończenie drugiego opowiadania, psujące dawno i skutecznie zamknięty - w niebanalny sposób - wątek romantycznej relacji kliszą tandetną i niemiłosierną. I chyba o to mam do Akunina największy żal. O ile czytając drugie i trzecie opowiadanie bawiłam się - mimo zastrzeżeń - nie najgorzej, o tyle pierwsze i najdłuższe to totalne nieporozumienie.
czwartek, 05 stycznia 2017
Seriale roku 2016

A. NAJLEPSZE SERIALE:

 

1. The Good Wife - nie było w tym roku dyskusji ani godnego rywala dla finałowego sezonu opowieści o Alicii, która z dobrej żony stała się dobrym prawnikiem. Dlaczego, obszernie pisałam, omawiając finał serialu. Już mi go brakuje, dlatego bardzo ucieszyłam się na wieść, że w lutym startuje spin-off z Diane pod tytułem The Good Fight.

 

2. The Missing - sezon 2 - nie miał jeszcze premiery w USA i pewnie dlatego nie przewija się w rocznych zestawieniach, ale żadna inna tegoroczna premiera nie przykuwała mnie tydzień po tygodniu do ekranu tak mocno, nie zaskakiwała tak pozytywnie i nie trzymała poziomu do samego końca. Więcej tutaj.

 

3. Line of duty - spóźnione odkrycie, ale lepiej późno, niż wcale. Wspaniały serial, którego wszystkie 3 sezony (całe 17 odcinków, jak przystało na szalone standardy brytyjskie) obejrzałam za jednym zamachem, a każdy kolejny był lepszy od poprzedniego. Patrząc uczciwie na oceny wystawiane na bieżąco po seansach, powinien tu być 3 sezon Peaky Blinders, który zaskoczył mnie pozytywnie równie mocno, jak sezon drugi zaskoczył mnie negatywnie, ale o tym serialu przeczytacie wszędzie, zresztą pewnie już go znacie, więc zdecydowałam popromować coś mniej oczywistego.

B. PREMIERY WARTE UWAGI:

 

1. Trapped - mroczny islandzki kryminał z duszną atmosferą i angażującą fabułą.

2. Westworld - jakkolwiek zakończenie nieco mnie rozczarowało, to jako całość serial niewątpliwie wart był poświęconego mu czasu.

3. Młody papież - serial specyficzny, mocno autorski i zdecydowanie nie dla każdego, co od razu zaznaczam. Jednocześnie żaden serial, który obejrzałam w tym roku, nie zdążył tyle razy i tak skutecznie wyprowadzić mnie w pole. Wiadomo, niektóre wstawki metafizyczne są, łagodnie mówiąc, irytujące, zaś niektóre wątki popadają w nieznośny melodramatyzm. Zarazem jest to tak wyrafinowana gra z oczekiwaniami widza, że w zasadzie do końca nie wie on, co o tytułowym bohaterze mysleć. NIe widzę tu miejsca na drugi sezon, podobnie jak przy Westworld, ale zobaczymy.

Nie zmieściły się w topce, ale zdecydowanie zasługują na wspomnienie: American Crime (drugi sezon jeszcze lepszy od pierwszego, ludziska, dajcie se siana z O.J.-em i oglądajcie to!), The A Word, Bedrag oraz This is Us (wprawdzie nie ma jeszcze pełnego sezonu, ale dawno nie było tak bezpretensjonalnej obyczajówki).

C. KLAPY ROKU:

Luke Cage - po porządnych, a nawet więcej, produkcjach spod szyldu Marvela, tym razem koncert przynudzania. Bolało.

Undercover - nie tego oczekiwałam po kolejnym serialu Petera Moffata, choć obiektywnie nie był zły, ale w moim odczuciu, przy takim punkcie wyjścia, różne tanie zagrywki zmarnotrawiły sporą część pierwotnego potencjału.

Wikingowie w tym roku kontynuują spadek po równi pochyłej, stale przyspieszając. Wielka szkoda.

Coś waszym zdaniem pominęłam?

niedziela, 01 stycznia 2017
Bilans filmowy 2016
W minionym roku obejrzałam 23  nowe filmy, w tym 2 polskie, czyli Joannę i Ostatnią rodzinę. Poniżej lista tytułów z ocenami i krótkimi komentarzami. Gdybym miała przyznać pierwsze miejsce, musiałyby się nim podzielić Trumbo i Spotlight, ale inne podkreślone tytuły niewiele im ustępują. Najgorszymi tegorocznymi seansami były Zakładnik z Wall Street i Ave, Cezar!. Rozczarowania roku to Ave, Cezar!, Nienawistna ósemka oraz Łotr 1. Największym pozytywnym zaskoczeniem była Bridget Jones 3. Poniżej tradycyjna już lista tytułów z ocenami i krótkimi uzasadnieniami.

Joanna - 7/10 - nominowany do Oscara dokument o Chustce i jej rodzinie, po którym nie wiem, czego dokładnie się spodziewałam, ale nie do końca tego, co dostałam.

Spotlight - 8/10 - b. inteligentnie, z wyczuciem zrobiony film na b. grząski temat. Zdecydowanie polecam.

Marsjanin - 7/10 - poprawna ekranizacja, ale nominacja do Oscara to nieporozumienie.

Nienawistna ósemka - 6/10 (i z perspektywy czasu chyba zweryfikowałabym ocenę w dół) - spore rozczarowanie mimo genialnych momentów. Najsłabszy film Tarantino od lat. Soundtrack tradycyjnie miażdży, w tym wykonanie Botany Bay szczególnie mnie ujęło.

Deadpool - 7/10  taka sympatyczna głupotka, czysto rozrywkowo się sprawdza.

Ave, Cezar! - 3/10, przy czym jedno oczko za scenę z marynarzami. Lubię Cohenów, znam specyfikę ich filmów, ale ten to jedno wielkie WTF o niczym. Poczułam się oszukana.

Gdzie jest Dory? - 7/10 - niby dla dzieci, a jednak zdecydowanie także dla dorosłych, porusza problematykę bliską rodzicom niepełnosprawnych. Bardzo zabawny, a zarazem autentycznie wzruszający. Serdecznie polecam, podobnie jak poprzedzającą seans animację Pisklak.

Zwierzogród - 7/10 - o dzielnym króliczku, który chciał zostać policjantem; niegłupie, przyjemnie się ogląda, a leniwiec w Wydziale Komunikacji rządzi:)  

Zakładnik z Wall Street - 3/10 - trzymajcie się z daleka.

Złota dama - 8/10 - warto.

LEGO Przygoda - 7/10 - nie spodziewałam się, że to będzie takie fajne. Nie mogę się doczekać klockowego Batmana:)

Dama w vanie - 7/10 - Maggie Smith robi ten film.

Londyński bulwar - 7/10 - całkiem fajny noir, zaskakuje do końca.

Iluzja 2 - 6/10 - ciut słabszy od pierwszej części, ale nadal miło popatrzeć.

Trumbo - 8/10 - serdecznie polecam waszej uwadze, a dlaczego, już pisałam.

Boska Florence - 7/10 - genialny Hugh Grant!

Bridget Jones 3
- 8/10 - bardzo udany powrót, a Derek Shepard zdecydowanie się odnalazł:))

Ostatnia rodzina - 8/10 - znakomite wykorzystanie potencjału niezwykłej biografii Beksińskich, koncert aktorstwa.

Nowy początek - 7,5/10 - bo choć to prawdziwa maestria w ekranizowaniu tekstu literackie, to nie wszystkie zmiany były potrzebne, ciut za dużo łopatologii w tłumaczeniu przesłania.

Łotr 1 - 6/10 - ocenę uzasadniłam całkiem niedawno.

W okresie świątecznym obejrzałam dwa filmy, które wymuszają na widzu myślenie i samodzielną interpretację - animację Anomalisa o tragizmie wyobcowania i sf Lobster o tym, że przesada w żadną stronę nie jest dobra. Oba oceniam jako interesujące, choć ten drugi daje więcej pola do interpretacyjnego popisu. W obu przypadkach ocena to 7/10.

A jakie były wasze odkrycia i rozczarowania filmowe 2016? Nie muszą to być tegoroczne premiery. Ja np. muszę jeszcze nadrobić m.in. Mustanga, z którym cały czas się mijam.
piątek, 30 grudnia 2016
Bilans czytelniczy 2016

Przeczytanych: 67. Cóż mogę powiedzieć - za to przeczytałam dużo grubych książek. No i miałam przeokrutny zapieprz w pracy. Permanentny drenaż. Wynik tak wysoki osobiście uważam w zaistniałej sytuacji za cud.

Zagranicznych: 52.

Polskich: 15. Udział procentowy chyba podobny jak w zeszłym roku.

 A. NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

 1) Richard Flannagan Ścieżki Północy - najmocniejsze wrażenia, jakich dostarczyła mi fikcja literacka w tym roku. O tym, dlaczego warto pochylić się nad tą niezwykłą, wymagającą emocjonalnie opowieścią, pisałam tutaj.

Pięć z tegorocznych pozycji oceniłam na 5,0 w Biblionetkowej skali. Zgadza się, w tym roku nie wystawiłam ani jednej 6. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była chyba nieco niższa niż w 2015, ale również mniej było gniotów, a więcej książek po prostu dobrych. Tylko dziesięciokrotnie wystawiłam 4.5, a  3,5 lub 4.0 - 49 razy (raz więcej niż w roku ubiegłym, mimo że ilość lektur była mniejsza, więc chyba jednak przeciętna jakość wzrosła, a nie zmalała).

2) Markus Zusak Złodziejka książek - to jedna z tegorocznych 5,0., ta powieść to było dla mnie odkrycie na wielu poziomach, ale przede wszystkim zaskoczyła mnie skala własnego emocjonalnego zaangażowania. Dosłownie płakałam, co nie zdarzyło mi się przy potencjalnie o wiele bardziej poruszającej historii Flannagana. A myślałam, że to bajeczka dla starszych nastolatków.

3) Elizabeth Strout Olive Kitteridge - z wybraniem laureata trzeciego miejsca nie miałam tym razem problemu. Dlaczego, obszernie wyjaśniałam na blogu.  Po piętach deptała Strout Robin Hoob z Przeznaczeniem Błazna (w ogóle druga trylogia z Bastardem była wspaniałą przygodą, ale ostatni akord zasługiwał na szczególne wyróżnienie). Z wartych uwagi polskich pozycji wymienić chciałabym Polska odwraca oczy Justyny Kopińskiej, oraz Niemca. Wszystkie ucieczki Zygfryda Włodzimierza Nowaka.

 B. NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

W tym roku poza Dresdenami zamówiłam chyba tylko dwie książki do recenzji i wszystkie wybierałam sama. Ciemne strony etatu ciemnymi stronami, ale czytelnicza niezależność stanowi zdecydowany plus. W związku z tym nie było za bardzo z czego wybierać, bo jednak umiem już tak dobierać lektury, by za bardzo się nie sparzyć. Ale tradycyjnie coś się znalazło.

 1) Hjorth i Rosenfeldt Oblany test ratuje adekwatność kategorii i zbiera tegoroczny laur, ale nawet mi się nad nim za bardzo pastwić nie chce, bo już to zrobiłam w recenzji. Jedyne tegoroczne 2,5 i była to najniższa ocena.

2) Elena Ferrante Genialna przyjaciółka - tu było troszeczkę lepiej, a poza tym dałam jeszcze pewien kredyt zaufania. Nie został spłacony, co więcej, zostałam w wielkim zadziwieniu, jakim cudem tak nudna i wtórna historia mogła się tak dobrze sprzedać i zebrać tak pozytywne recenzje.

3) Jessica Knoll Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie - pułapka marketingowa, w którą wpadłam na własne życzenie.

C. NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Andreas Pflüger Raz na zawsze - po książce o niewidomej policjantce spodziewałam się wszystkiego najgorszego. A okazała się przykładem najrzetelniejszego i najlepiej wykorzystanego researchu, na jaki natknęłam się w tym roku. I mimo słabszej końcówki jednym z najlepszych tegorocznych kryminałów.

D.NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

W tej kategorii tegoroczny wybór nie był trudny: Neal Stephenson 7 EW. Wyobraźcie sobie Marsjanina w wersji postapokaliptycznej, z lepiej wyjaśnionymi (za to bardzo rozwlekle) kwestiami naukowo-technicznymi. Z przezroczystymi bohaterami, których los jest wam idealnie obojętny. Z rozwleczoną fabułą. Na 900 stron. I z przeskokiem naprzód o 5.000 lat oraz całkowitą wymianą bohaterów (ciekawej fabuły wciąż brak) po 70% tekstu. To będzie właśnie 7EW. Najgorsza literacko powieść jednego z moich ulubionych autorów. To bolało.

 E. ODKRYCIE ROKU

Sarah Hillary - świetny debiut, nieco słabszy drugi tom, co może zwiastować pewną wtórność w konstruowaniu intryg, ale W  obcej skórze czytało się naprawdę znakomicie.

 F. ULUBIONY NOWY BOHATER

Hans Hubermann ze  Złodziejki książek Markusa Zusaka - porządny mimo wszystko.

 G. KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Andreas Pflüger Raz na zawsze -  efekciarskie i nielogiczne zakończenie sprawiło, że powieść poza tym znakomita straciła szanse na 5.0.

piątek, 23 grudnia 2016
Duch Strzeżenia Wiedźm (4)

Sanie pędziły po niebie. W dole przesuwały się ośnieżone pola.

– Hmmf – odparł Albert. Pociągnął nosem.

JAK NAZYWASZ TO WRAŻENIE CIEPŁA, KTÓRE CZUJESZ W ŚRODKU?

– Zgaga – burknął Albert.

CZYŻBYM WYCZUWAŁ NUTĘ NIEŚWIĄTECZNEGO ZRZĘDZENIA? – zapytał Śmierć. OJ, NIE BĘDZIE DLA CIEBIE CUKROWEJ ŚWINKI, ALBERCIE.

– Nie chcę żadnych prezentów, panie. – Albert westchnął. – Może tylko tego, żeby się obudzić i odkryć, że wszystko znów jest normalne. Przecież wiesz, że kiedy zaczynasz coś zmieniać, zawsze się to źle kończy.

ALE WIEDŹMIKOŁAJ MOŻE WPROWADZAĆ ZMIANY. NIEWIELKIE CUDA TU I TAM, I DUŻO WESOŁEGO HO, HO, HO. TO UCZY LUDZI RZECZYWISTEGO ZNACZENIA STRZEŻENIA WIEDŹM.

– Masz na myśli to znaczenie, panie, że świnie i bydło są pozarzynane, a przy odrobinie szczęścia dla wszystkich wystarczy jedzenia na zimę?

WIESZ, KIEDY MÓWIĘ O RZECZYWISTYM ZNACZENIU...

– O tym, że jakiemuś nieszczęsnemu biedakowi ucięli głowę w lesie, bo znalazł w obiedzie specjalną fasolę, więc teraz lato powróci?

NIE CAŁKIEM DOKŁADNIE TO, ALE...

– Ach, chodzi ci o to, panie, że zagonili na śmierć jakiegoś biednego zwierzaka, a potem strzelali z łuków do jabłoni, więc teraz cienie w końcu odejdą?

TO RZECZYWIŚCIE JEST JAKIEŚ ZNACZENIE, ALE...

– Aha, w takim razie chodzi ci o to, że rozpalali takie wielkie ognisko, żeby dać słońcu wskazówkę, bo powinno przestać się chować poniżej horyzontu i zabrać do normalnej pracy?

Śmierć milczał przez chwilę. Świnie przemknęły ponad pasmem wzgórz.

NIE POMAGASZ MI, ALBERCIE.

– To jedyne rzeczywiste znaczenia, o jakich wiem.

MYŚLĘ, ŻE MÓGŁBYŚ NAD TYM TROCHĘ POPRACOWAĆ.

– Tu chodzi o słońce, panie. Biały śnieg, czerwona krew i słońce. Zawsze tak było.

NO WIĘC DOBRZE. WIEDŹMIKOŁAJ MOŻE NAUCZYĆ LUDZI NIERZECZYWISTEGO ZNACZENIA STRZEŻENIA WIEDŹM.

Albert splunął przez burtę sań.

– Tak? Czy świat nie byłby miły, gdyby każdy był miły, co?

ZNAM GORSZE OKRZYKI BOJOWE.


W zasadzie ja też znam gorsze okrzyki bojowe:) Oby w te święta udzielił Wam się optymizm Śmierci zamiast zdrowego realizmu Alberta. Wszystkiego dobrego!

czwartek, 22 grudnia 2016
Nie taki łotr uroczy, jak go malują
Zachęcona pozytywnymi recenzjami (i jeszcze pamiętając niesamowitą zeszłoroczną radochę, jaką był seans Przebudzenia Mocy), wybrałam się na Rouge One: A Star Wars Story. I nie podzielam dość powszechnej pozytywnej oceny. BĘDĄ SPOILERY. Owszem, było tu sporo świeżych i wartościowych elementów, zmierzających w dobrą, acz nietypową dla serii stronę - odbrązowienia Rebelii na przykład. Załatania jednej z najważniejszych logicznych dziur w Nowej Nadziei (czyli jakim cudem Luke strzelił akurat tak fartownie, że Gwiazda Śmierci się rozpadła). Były też ciekawe postaci, choć niestety nie główna bohaterka, której życiorys to taka sztampa, że aż zęby bolą. Jedyne, co trzeba Jyn Erso przyznać, to że konflikt Rebelia-Imperium miała tam, gdzie słońce nie dochodzi, co rzeczywiście było bardzo odświeżające. Niestety, pod koniec nawet to jej przeszło. Wyjątkowo mało fartownie trafił też Mads Mikkelsen, bo Galen Erso jest mimo swego - w teorii ciekawego - tragizmu postacią tak topornie napisaną, jakby jego partie stworzył George Lucas we własnej osobie. W sumie nie ma tam zbyt wielkiego pola manewru, bo mógł się albo zabić z honorem (wtedy za dużo by nie pograł), albo zostać i sabotować Gwiazdę Śmierci (na co się zdecydował). Ale, na litość Mocy i jej midichlorianów, czy nie mógł gadać jakoś sensowniej i mniej patetycznie? I mniej razy powtórzyć Gwiazdeczka? Najwyraźniej nie. Z całego tego bajzlu (bo w fabule mimo jej prostoty panuje nieustanny chaos, który dość szybko przestaje być zajmujący, a staje się nużący) najbardziej podobał mi się Cassian Andor, Rebeliant od brudnej roboty, i jego kompan, przeprogramowany robot imperialny K-2SO (Alan Tudyk z Firefly). Cassian nie urodził się w cieniu Przeznaczenia, ale poświęcił życie walce o wolność i robił różne nieciekawe rzeczy, z którymi nie zawsze czuł się najlepiej. Ale tego wymagał cel. Normalny aż miło. Takich nam pod sztandarami Mocy brakowało. A K-2SO jest fajnie cyniczny, ale lojalny, ładnie to wyszło. Dobrym pomysłem było też wprowadzenie Sawa Gerrery (Forrest Whitaker), którego wątek ładnie pokazuje, że w łonie Rebelii nie było zgody co do metod prowadzenia walki, przeważała linia zachowawcza i złudzenia co do tego, że uda się uniknąć konfrontacji, zaś realistów nazywano ekstremistami. Brzmi dziwnie znajomo. Po stronie plusów mogę jeszcze zapisać epizod Lorda Vadera (ale tylko rozmowę z dyrektorem Krennikiem, w końcówce wypadł b. groteskowo). I oczywiście zakończenie, zaskakująco realistyczne. Takiej rzeźni wśród pozytywnych bohaterów w tym uniwersum jeszcze nie było. Ale ogólnie, niestety, słabiutko. Ginie to wszystko w pretekstowej fabule, głupocie Imperialnych i naciąganych rozwiązaniach fabularnych, które wychodzą poza moją tolerancję dla konwencji. Mogło być o wiele lepiej. Dlatego u mnie dominującym uczuciem po seansie jest tym razem rozczarowanie. Maksymalnie 6/10.
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka