sobota, 20 stycznia 2018
Ekspresowo o zaległościach z 2017
Dusza chciałaby się pozachwycać Dżentelmenem w Moskwie Amora Towlesa (wyjątkowa powieść, polecam już teraz!), ale rozum podpowiada, że jak dzisiaj nie opiszę zeszłorocznych zaległości, to już nigdy.

Skrzydła sfinksa Andrea Camilleri - kolejny tom o komisarzu Salvo Montalbano z fikcyjnego sycylijskiego miasteczka Vigata. Tym razem bohater – walcząc jednocześnie z poważnym kryzysem w swoim związku z Livią – musi rozwikłać zagadkę martwej dziewczyny z tajemniczym tatuażem w kształcie motyla. Przy okazji niechcący zaburza lokalne układy i układziki, zadzierając między innymi z kościelnymi dostojnikami. Jak można się domyśleć, jego przełożony, kwestor, nie będzie zachwycony. Ale kto zna komisarza, ten wie, w jak głębokim poważaniu ma on opinię kwestora. A kto nie zna, czym prędzej powinien się z nim zapoznać, bo cykl Włocha to fenomen – na etapie 11 tomu (oszczędzam sobie, bo po polsku wyszło dotąd tylko 15) nadal trzyma równy, wysoki poziom. I oferuje unikalny sycylijski klimat, ze wspaniałymi opisami lokalnych potraw.

Wszystkie dzieci Louisa Kamila Bałuka to debiutancki reportaż o głośnej aferze z holenderską kliniką in vitro (wielokrotnie, latami używano nasienia tego samego dawcy, o zapłodnienia bardzo wielu kobiet). Jest to niewątpliwie tekst dobry, w który autor włożył mnóstwo pracy. Jednak – cóż mogę powiedzieć? Nie porwał mnie. Nie do końca odpowiada mi reporterski styl Bałuka, więc choć doceniam zarówno wybór, jak i realizację tematu, tym bardziej że to jego pierwsza książka – na następną, jeśli się ukaże, nie będę się rzucała. Nie ma między nami chemii i tyle.

Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika to przykład z przeciwnego bieguna. Już przy poprzedniej książce, o Rodzinie Radia Maryja, zaiskrzyło między nami. Autor ma świetny, angażujący emocjonalnie styl opowiadania, dar wynajdywania niezwykłych, różnorodnych historii, pozwalających wieloaspektowo przedstawić temat. A przy tym nie osądza swoich bohaterów, pisze o nich empatycznie, starając się nawet w najgorszych przypadkach zrozumieć ich położenie i motywacje. Od poprzedniej książki znacząco się rozwinął pod względem warsztatu. Jest więc o księżach, którzy zrzucili sutanny dla kobiet. I o kobietach żyjących w związkach z tymi, którzy tego nie zrobili. O dzieciach, które ponoszą tych związków konsekwencje (słynna afera z dziedziczeniem po zmarłym nagle księdzu profesorze przez jego syna). Ale jest tu również wiele innych, mniej oczywistych opowieści, a każda warta przeczytania. Całość wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Trzy dni i jedno życie Pierre’a Lemaitre’a to historia, której chyba nikt się po nim nie spodziewał. Wiele było głosów zawodu, ale ja akurat postrzegam to jako zaletę. Pisarz zagrał czytelnikom na nosie, zamiast kolejnego kryminału nafaszerowanego zwrotami akcji proponując opowieść o dość niezwykłym sprawcy, któremu się upiekło i musiał z tym żyć. Wyszło ciekawie, zwłaszcza jeśli chodzi o punkty zwrotne w tej historii, które są tak banalne jak życie. Najgorszą karę wymierzamy sobie sami. Tak więc polecam, ale raczej nie osobom nastawionym na dynamiczną fabułę.

Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy Janusza Głowackiego czytało się wartko, bo napisane ze swadą, ale najciekawsze były nie anegdoty poboczne, a kolejne wersje scenariusza właśnie. Niezłe, ale do Z głowy startu nie ma.

Lady Day śpiewa bluesa czyli autobiografia Billie Holiday spisana przez Williama Dufty’ego – niezwykła, fascynująca i przejmująco smutna historia wielkiego talentu. Kobiety o rzadkiej sile charakteru i pasji muzycznej, której nie złamał rasizm i wszelkie związane z posiadaniem czarnej skóry trudności. A jednak pokonały ją narkotyki. Na uwagę zasługuje przekład, moim zdaniem budujący unikalny klimat. Wielkie oklaski dla tłumacza Marcina Wróbla. Nie jest to łatwa lektura pod żadnym względem, ale warto.

Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna to z kolei pozycja, na którą napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a mordowałam się z nią ponad dwa lata i cztery podejścia. Nudna, przeładowana kompletnie nieciekawymi rozważaniami obok tematu, nabiera tempa dopiero w końcówce. Porażka.

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie – nie jesteśmy dla siebie stworzone i tyle. Wszystkie kawałki do siebie pasują, ale intryga jako całość jest tak wydumana i wymaga przyjęcia tylu niewiarygodnych założeń, że mnie nie przekonuje. Nie mój typ kryminału i to się raczej nie zmieni, choć złożoność pomysłu mimo wszystko doceniam.

Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej to najlepszy przeczytany w zeszłym roku reportaż. O sprawie Jasia, anonimowego chłopca wyłowionego ze stawu, o tym, jak ustalano jego tożsamość i jak się w tym stawie znalazł. Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i jak doszło do tragedii. Temat-pułapka, który mniej utalentowaną reporterkę zapewne by pokonał, ale Ewa Winnicka ma to coś, co pozwala jej opisać go z odpowiednim dystansem, bez uciekania się do tanich chwytów. Jej warsztatowy geniusz zwiększa jedynie siłę rażenia tej tragicznej historii. O tym, że system jest na tyle wadliwy, iż martwe dziecko może w nim przepaść bez śladu na lata, a gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności – przepadłoby na zawsze. I nie dlatego, że sprawca był geniuszem zbrodni. Czytajcie koniecznie.

Zostało mi jeszcze Nie hańbi Olgi Gitkiewicz, o którym postaram się napisać osobno, oraz pierwsza część rozmowy Pilcha i Pietrowiak Zawsze nie ma nigdy, o której napiszę, jak przeczytam już zakupioną część drugą. Czytaliście coś z tej listy? Jakie wrażenia?
niedziela, 14 stycznia 2018
Zróbmy to tak, by nikt nie widział (Poznań. Miasto grzechu, Marcin Kącki)
Miałam najpierw napisać o licznych pominiętych na blogu z braku czasu lekturach z roku poprzedniego, ale pierwsza pozycja przeczytana w 2018 zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że plan ten uległ zmianie.
Po znakomitym, choć przygnębiającym i przerażającym Białymstoku Marcin Kącki zabrał się za swój matecznik, czyli Poznań. I udało mu się po raz kolejny stworzyć bardzo sugestywny i - eufemistycznie mówiąc - niewesoły obraz miejskiej rzeczywistości. Kluczem do zbioru jest jedno z mott, fragment autobiograficznych zapisków Marii Rudowicz, zatytułowanych Grzeszne miasto. Brzmi on tak: Dziwny dom i dziwni mieszkańcy. Dla oka, przed ludźmi tworzyli niby porządną rodzinę, a każdy z nich żył własnym życiem, odrębnym i tylko w niedzielę następowała pewna zmiana.
Znajduje odwzorowanie w strukturze Poznania, którego cztery części to kolejno: Synowie, Rodzina, Kościół i Matki. W pierwszym rozdziale przeczytamy o dorosłych, którzy jako chłopcy należeli do chóru Polskie Słowiki (jeden z trzech podrozdziałów stanowi przedruk z reportażu Maestro). Nie wszyscy bohaterowie byli ofiarami dyrygenta Kroloppa. Ich dalsze losy także były bardzo zróżnicowane, podobnie jak stosunek ich rodziców do wydarzeń w chórze. W rozdziale Rodzina przeczytamy o historii rodziców pierwszego polskiego ujawnionego dorosłego dziecka poczętego metodą in vitro oraz o zagadkowym zniknięciu ujawnionego geja, a zarazem znanego i szanowanego lekarza, który prowadził bardzo bujne i towarzyskie życie, lecz choć miał wielu przyjaciół, praktycznie nie miał kontaktów z własną rodziną. W rozdziale Kościół znajdziemy historię księdza, który po obnażeniu bezradności instytucjonalnej KK wobec molestowania kleryków w sprawie abp. Paetza zrzucił sutannę. I jak wcześniej był poważany w środowisku naukowym, tak później stał się trędowatym. Jest biografia dziennikarza lokalnej katolickiej gazety, który był przez długi czas blisko z Paetzem. A także bardzo ciekawy - śmieszno-straszny - podrozdział poświęcony historii pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, zburzonego przez hitlerowców, który obecnie usiłuje się odbudować. Rozdział Matki był dla mnie chyba najciekawszy - otwiera go bowiem podrozdział Jeżycjada (na wszelki wypadek z symbolem znaku towarowego), o rodzinie Barańczaków. Małgorzata Musierowicz to siostra genialnego poety i tłumacza Stanisława, córka "czerwonego lekarza" Jana Barańczaka. W opowieść o tej niezwykłej rodzinie wplecione są też losy mało znanego poznańskiego poety Wojciecha Bąka, zdradzonego przez własne środowisko. Historia jak z Lotu nad kukułczym gniazdem Keseya. W tym rozdziale Kącki umieścił też portret mało poznańskiej matki - wspomnianej na wstępie Marii Rudowicz, autorki Grzesznego miasta. Byłaby takim Grzesiukiem Poznania, gdyby nie to, że życie od dzieciństwa miała przerażająco ciężkie, a momentu zasłużonej sławy i sukcesu związanego ze spisaniem wspomnień w nim zabrakło. Niemniej - postać absolutnie fascynująca. Na jej tle nieco mniejsze wrażenie robi sylwetka  Marii Wicherkiewicz, malarki, literatki i historyczki, skupionej na historii społecznej Poznania. Nieco mniejsze, ale nadal wielkie, bo - jak na czasy, w których przyszło jej żyć oraz posiadany status społeczny - była prawdziwą pionierką feministycznej niezależności. Ale ma ta biografia i dość zagadkowy, a w pewnym stopniu nieprzystający do pięknego obrazka fragment. Jaki? Nie zdradzę, by nie psuć przyjemności z lektury.
Choć to taka masochistyczna przyjemność - bo mimo że całość jest niewątpliwie interesująca, miejscami wręcz fascynująca, to jednak jawi się ten Poznań miejscem dusznym, hołdującym pozorom i nieprzyjaznym jakiemukolwiek indywidualizmowi. Jest to zapewne przesada wynikająca z doboru materiału, jednak nie da się ukryć, że w znacznym stopniu mentalność poznańska to po prostu nasza mentalność narodowa. Niestety. Autor wykonał gigantyczną pracę i udało mu się na jej podstawie stworzyć opowieść - diagnozę, po którą niewątpliwie warto sięgnąć.
piątek, 12 stycznia 2018
Kilka przymyśleń o ostatnim Jedim
By rozruszać nieco zakurzoną - jak okazało się podczas podsumowań minionego roku - sekcję filmową na blogu, podrzucam linka do garści luźnych impresji, jakie sformułowałam po seansie najnowszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Dziś tekst ukazał na wirtualnych łamach Fahrenheita. Zachęcam do polemiki i podzielenia się własnymi przemyśleniami. W moich przeważa rozczarowanie, niestety.
czwartek, 04 stycznia 2018
Seriale roku 2017
Opisywanie seriali szło mi zdecydowanie lepiej niż opisywanie filmów. Odpadłam dopiero w czwartym kwartale, a z ważniejszych premier nie widziałam chyba tylko Feud i The Deuce. Oba tytuły mam w planach.

A. NAJLEPSZE SERIALE:
 
1. Opowieść podręcznej - nie było w tym roku dyskusji ani godnego rywala dla tej genialnej ekranizacji, o której pisałam na świeżo po seansie.
 
2. The Man in the High Castle – sezon 1 i zwłaszcza sezon 2 – a to z kolei przykład, jak twórczo rozwinąć wyjściowo dość kameralny świat przedstawiony i zrobić to ciekawiej od oryginału. Szczerze? Pierwszy sezon był trochę rozlazły, ale – z uwagi na bardzo niską zbieżność serialowej fabuły z powieścią Dicka – i tak intrygował na tyle, że warto było dotrwać do momentu, w którym akcja ruszyła. Za to w drugiej serii twórcy naprawdę rozwinęli skrzydła i zaproponowali wciągającą historię. Świetna obsada, zwłaszcza jej japońska część (to historia alternatywna, o świecie, w którym państwa Osi wygrały wojnę), ale głównego esesmana też lubię (wiem, jak to brzmi, ale naprawdę to jedna z ciekawszych postaci). Bardzo polecam, wyjątkowo nie trzeba znać książki, ale dzięki jej znajomości można tym bardziej docenić geniusz scenarzystów.
 
3. Mindhunter – nie ma co oszukiwać, uwielbiam Finchera, uwielbiam grzebanie w przestępczych umysłach, ten serial po prostu musiał być na moim tegorocznym podium. Dlaczego? Pisałam tutaj. I soundtrack, geniusz w stanie czystym.

B. PREMIERY WARTE UWAGI:
 
1. Ania, nie Anna – ekranizacja, której bardzo się bałam, a która okazała się chyba najprzyjemniejszym zaskoczeniem roku.

2. The Crown sezon 1 i zwłaszcza sezon 2 – nie mogłam długo złapać chemii z tym serialem, czemu zawiniły trzy pierwsze, dosyć nudne odcinki. Ale pierwszy sezon ładnie się rozkręcił, a drugi, skoncentrowany na Elżbiecie jako członku rodziny, a nie głowie państwa, oglądało się już naprawdę znakomicie. Wielkie brawa dla księcia Filipa (Matt Smith), któremu udało się ukraść sezon tytułowej bohaterce.

3. Legion – serial SF, specyficzny, mocno autorski i zdecydowanie nie dla każdego, co od razu zaznaczam. Wymaga bardzo dużego skupienia, zwłaszcza na etapie zawiązania akcji, kiedy to niczego widzowi nie ułatwia.  Jednocześnie żaden serial, który obejrzałam w tym roku, nie zdążył tyle razy i tak skutecznie wyprowadzić mnie w pole. No i zdecydowanie to sztuczka, która może się udać tylko raz. Ale zobaczymy, co przyniesie ewentualna kontynuacja.

Nie zmieściły się w topce, ale zdecydowanie zasługują na wspomnienie: Better Call Saul – sezon 3 (nareszcie ruszył, i jak pięknie pokazał wojnę między braćmi!), Liar – sześć odcinków o tym, jak łatwo paść ofiarą sprawnego kłamcy, niestety troszkę siada w finale, ale nie można mieć wszystkiego oraz This is Us - ładnie zamknęło pierwszy sezon i mimo moich obaw w drugim nadal zachowuje swoją nieuchwytną magię.

C. KLAPY ROKU:

Top of the Lake sezon 2 – umówmy się, że ten serial nigdy nie był normalny, ale poziom odjazdu, jaki zaprezentowano w tym sezonie, jest nie do przełknięcia nawet mimo genialnej obsady. Nie róbcie sobie tej krzywdy. Dawno nie widziałam czegoś bardziej absurdalnego.

Tin Star – Tim Roth jako szeryf samotnie rzucający wyzwanie naftowemu gigantowi. Co może pójść źle? Otóż wszystko, moi drodzy. Totalnie wszystko, bo scenarzysta chyba dostał nie te narkotyki. A może miał akurat syndrom odstawienia? W każdym razie serdecznie odradzam.

The Defenders mogło z tego być coś ciekawego, ale przez idiotycznie poprowadzony wątek Iron Fista wyszło kiepsko.

Coś waszym zdaniem pominęłam?
wtorek, 02 stycznia 2018
Bilans filmowy 2017
W minionym roku obejrzałam 20  nowych filmów, w tym 2 polskie, czyli Sztukę kochania i Cichą noc. Aż 8 w kinie. Gdybym miała przyznać pierwsze miejsce, musiałyby się nim podzielić Ukryte działania i Obdarowani, ale inne podkreślone tytuły niewiele im ustępują. Najgorszym tegorocznym seansem był Pierwszy śnieg. Rozczarowania roku to Ostatni Jedi oraz nowi Piraci z Karaibów. Największym pozytywnym zaskoczeniem był Blade Runner 2049. Poniżej tradycyjna już lista tytułów z ocenami i krótkimi uzasadnieniami.

Gorączka sobotniej nocy - 7/10 – czyli atrakcja zeszłorocznego Sylwestra. W swoim czasie to musiał być rewolucyjny film, ale nadal dobrze się ogląda, a ścieżka dźwiękowa jest świetna.

Sztuka kochania – 7,5/10 – nie wszystko mi się w tym filmie podobało, sporo było niepotrzebnych przerysowań, ale uważam go za ważny i potrzebny. Genialna kreacja Magdaleny Boczarskiej.

Manchester by the sea - 7/10 – to rzadki przykład filmu, w którym wszyscy bohaterowie bez wyjątku działali mi na nerwy. Nawet kilka słów o tym napisałam.
 
Moonlight - 8/10 - także opisałam. I na tym – w marcu – skończyły się moje zeszłoroczne sukcesy w opisywaniu obejrzanych filmów, niestety. Nawet nie będę łgać, że może w tym roku będzie lepiej.

Piękna i Bestia - 7/10  - ale Luke Evans jako Gaston 11/10. To trzeba zobaczyć.
 
Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie - 8/10, jedno z większych pozytywnych zaskoczeń. Spodziewałam się po prostu komedii, a dostałam bardzo ciekawy film o pozorności relacji międzyludzkich. Polecam!

Sekrety morza - 6/10 – strasznie mi tę animację zachwalano, ale choć doceniam stronę techniczną, treść – w teorii bardzo poruszająca emocjonalnie – raczej mnie wymęczyła.

Zwierzęta nocy - 8/10 – rzadki ptak, czyli dobra ekranizacja niebanalnej powieści.

Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara - 6/10 – ten dzień zapamiętacie jako dzień, w którym Jack Sparrow stał się własną karykaturą i największym balastem filmu.

Mała Miss - 7/10 – ciepły, pozytywny, pełen humoru film o rodzinie spełniającej marzenie córki. Dziadek i jego choreo rządzą!

LEGO Batman - 6/10 – film, na który czekałam, ale który okazał się gorszy od pierwszej części.

Dunkierka - 8/10 – bardzo dobry film, kameralny i poruszający.

Obdarowani - 8/10 – zaangażował mnie emocjonalnie bardziej niż Dunkierka, a to jest coś. Genialna rola jedenastoletniej McKenny Grace.

Kingsman: Złoty Krąg  - 6/10 Głupie i gorsze od jedynki, ale i tak fajne:) Elton John +1.
 
Blade Runner 2049 – 7,5/10 – śliczny wizualnie, Gosling wreszcie w roli, do której został stworzony. I dłużył mi się zdecydowanie mniej od oryginału.

Ukryte działania - 9/10 – oparty na faktach film o czarnoskórych kobietach zatrudnionych w NASA, które umożliwiły Amerykanom lot na Księżyc. GENIALNY.

Cicha noc - 8/10 - bardzo dobry film o rodzinie z tradycją wyjazdów za chlebem do Holandii. Realizm najwyższej próby, znakomita obsada. Polecam!

Pierwszy śnieg - 3/10 – tragedia, bezeceństwo, gwałt na literackim pierwowzorze. Jak z dobrego kryminału zrobić film bez napięcia i bez sensu.

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi - 6/10 – momenty były, lecz niestety i żenady nie zabrakło.

Lady Bird  - 6/10 – niby faworyt wszystkich nagród, dla mnie dość nijaka historia o buntującej się nastolatce.

A jakie były wasze odkrycia i rozczarowania filmowe 2017? Nie muszą to być tegoroczne premiery.
sobota, 30 grudnia 2017
Bilans czytelniczy 2017
Przeczytanych: 62. Cóż mogę powiedzieć - za to przeczytałam dużo grubych książek. No i chyba w końcu dorosłam do tego, żeby naprawdę nie zwracać uwagi na bilans ilościowy. Najlepszy czytelniczo był październik, kiedy to przeczytałam 8 książek. Zagranicznych: 37. Polskich: 25. Udział procentowy prozy polskiej znacząco wyższy niż w latach ubiegłych, wyniósł tym razem około 40%. Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy, to 7 reportaży (w tym męczony przez dwa lata i na trzy podejścia Manson: ku zbrodni Jeffa Guinna), 18 pozycji fantastycznych (byłoby mniej, gdyby nie nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego), 16 kryminałów, a reszta to proza obyczajowa i szeroko pojęte biografie. Jest też nowa kategoria – niedoczytane: 6. Wszystkie raczej dokończę, z czego jedną – Córki Wawelu Anny Brzezińskiej – tylko dlatego, że muszę.
 
A. NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

1) Margaret Atwood Opowieść podręcznej - najmocniejsze wrażenia, jakich dostarczyła mi fikcja literacka w tym roku. O tym, dlaczego warto pochylić się nad tą niezwykłą, wymagającą emocjonalnie opowieścią, pisałam tu. Jest również fenomenalny serial, o którym napiszę więcej w serialowym podsumowaniu roku.

Cztery z tegorocznych pozycji oceniłam na 5,0 w Biblionetkowej skali. Zgadza się, w tym roku nie wystawiłam ani jednej 6. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była chyba nieco niższa niż w 2016, ale możliwe, że to tylko ja zrobiłam się bardziej wymagająca. Tylko pięciokrotnie wystawiłam 4,5, a  3,5 lub 4.0 - 46 razy (o trzy mniej niż w roku ubiegłym, kiedy ilość lektur była o 5 większa).

2) Marlon James Księga nocnych kobiet - to jedna z tegorocznych 5,0. Ta powieść to było dla mnie odkrycie na wielu poziomach, ale przede wszystkim zaskoczyła mnie jej maestria językowa, znakomicie oddana w przekładzie Roberta Sudoła. Więcej na temat wrażeń z lektury tutaj.

3) Anna Kańtoch Wiara - z wybraniem laureata trzeciego miejsca nie miałam tym razem problemu. Dlaczego, obszernie wyjaśniałam na blogu. Po piętach deptał Annie Kańtoch Hakan Nesser z cudnie pomyślanym Karambolem. Z wartych uwagi polskich pozycji wymienić chciałabym Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich oraz jeszcze nieopisane na blogu Celibat Marcina Wójcika i Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej.

B. NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

W tym roku zamówiłam chyba tylko dwie książki do recenzji i wszystkie wybierałam sama. Ciemne strony etatu ciemnymi stronami, ale czytelnicza niezależność stanowi zdecydowany plus. W związku z tym nie było za bardzo z czego wybierać, bo jednak umiem już tak dobierać lektury, by za bardzo się nie sparzyć. Ale tradycyjnie coś się znalazło.

1) Kamil Fejfer Zawód. Opowieść o pracy w Polsce wyprzedził Jakuba Żulczyka niemalże na ostatniej prostej i zbiera tegoroczny laur, ale nawet mi się nad nim za bardzo pastwić nie chce, bo już to zrobiłam w recenzji. Jedyne tegoroczne 2,5 i była to najniższa ocena.

2) Jakub Żulczyk Wzgórze psów - tu było troszeczkę lepiej, a jednak znacznie gorzej, bo po niezłym Ślepnąc od świateł zawiesiłam poprzeczkę dość wysoko. Spadła z hukiem, zamortyzowanym nieco przez ocean wodolejstwa.

3) Edward St. Aubyn Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja - pułapka marketingowa, w którą wpadłam na własne życzenie. Ale że tak nijaką i męczącą pulpą zachwycają się profesjonalni krytycy, to naprawdę nie pojmuję. Z drugiej strony – Żulczyk też miał dobre recenzje. Być może nie istnieje już coś takiego jak profesjonalna krytyka literacka.

C. NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Natalia Osińska Fanfik - po „nowej, lepszej Jeżycjadzie” wiele się nie spodziewałam. A jednak mimo pewnych wad powieść jest naprawdę niezła i porusza tematy ważne oraz potrzebne w sposób nienachalny.

D.NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

W tej kategorii tegoroczny wybór nie był trudny: Łukasz Orbitowski, Exodus. Nieudana, męcząca, chaotyczna przez większość objętości powieść jednego z moich ulubionych autorów. To bolało, bo w pomyśle potencjał był. A jednak była to pierwsza książka tego autora, w której przez 80% czasu los bohatera był mi totalnie obojętny.
 
E. ODKRYCIE ROKU

Julian Barnes – tak, wiem, mam refleks:). Ale po świetnym Zgiełku czasu na pewno sięgnę po inne książki autora. Polecacie jakieś tytuły?
 
F. ULUBIONY NOWY BOHATER

Covis LaFayMagicznych akt Scotland Yardu Anny Lange – nekromanta-dżentelmen.

 G. KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Wojciech Chmielarz Zombie -  efekciarskie, a przede wszystkim nielogiczne zakończenie sprawiło, że powieść poza tym znakomita straciła szanse na 5.0.
sobota, 23 grudnia 2017
Świąteczny Bursa
Święty Józef

Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię świętego Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba czuł się
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
że nie był jego synem
tylko Boga
albo kogo innego
a jak uciekali przed policją
nocą
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami)
niósł Dziecko
i najcięższy koszyk.

Wszystkiego dobrego w tym świątecznym czasie, drodzy czytelnicy! Samych wspaniałych książek pod choinką, zdrowia i spokoju.
piątek, 22 grudnia 2017
Niełatwo być tchórzem (Julian Barnes, Zgiełk czasu)
Bohaterstwo jest znacznie łatwiejsze. Żeby być bohaterem, trzeba wykazać się tylko chwilą odwagi – kiedy wyciąga się broń, zrzuca bombę, wciska przycisk detonatora, likwiduje się dyktatora, a także samego siebie. Tchórzostwo zaś to kariera na całe życie. Nigdy nie można się odprężyć. Należy umieć przewidzieć następną sytuację, kiedy trzeba się będzie usprawiedliwiać, wahać, płaszczyć, zapoznać na nowo ze smakiem butów i stanem swojej nędznej upadłej duszy. Tchórzostwo wymaga nieustępliwości, wytrwałości, niechęci do zmiany – co w pewien sposób czyni z niego rodzaj odwagi. Uśmiechnął się do siebie i zapalił kolejnego papierosa. Jeszcze potrafił czerpać przyjemność z poczucia ironii.

Zaczynając lekturę tej kameralnej powieści, której początkowe partie bezwzględnie odsiewają odbiorców oczekujących klasycznej i przystępnej narracji, nie wiedziałam o Dymitrze Szostakowiczu niczego poza tym, że istniał i był kompozytorem. Zapewne inaczej podchodzą do Zgiełku czasu osoby znające jego muzykę i życiorys, ale czy wtedy lektura jest bardziej satysfakcjonująca, tego już nie jestem taka pewna.
Dla laika wszystko tutaj będzie nowe i zaskakujące, od druzgocącej recenzji Lady Makbet mceńskiego powiatu począwszy, a na osobistym telefonie Stalina skończywszy. Laik zamiast wielkiego kompozytora zobaczy przede wszystkim człowieka – obdarzonego genialnym talentem i zarazem słabym charakterem. Zdominowanego przez matkę, marzącego tylko o tym, by jego muzyka była wykonywana, a jego najbliżsi byli bezpieczni. Są to pragnienia niewygórowane, które łatwo zrozumieć i trudno potępić jedynie z tego powodu, że miejsce i czas, w których Szostakowiczowi przyszło żyć i tworzyć, za ich realizację wymagały niebotycznie wysokiej ceny.
Trójdzielna kompozycja utworu nie jest przypadkowa – mamy tu dramat w trzech aktach, a w każdym z nich, symbolizowanym przez innych środek lokomocji, bohater coś traci, by przetrwać. Najpierw szacunek do samego siebie, bo doskonale wie, że zdradziłby przyjaciela i protektora nawet i bez tortur, by ocalić życie, własne i rodziny. Nie musiał tego zrobić jedynie dzięki przypadkowi. Potem poważanie na świecie, gdy podczas międzynarodowego kongresu mówi tylko to, czego od niego oczekuje władza. A na koniec resztki godności, gdy – już po śmierci wielkiego wodza – ostatecznie sprzedaje duszę jego następcy, ustępuje z ostatniej wewnętrznej reduty. Wstępuje do partii.
Potępienie jest reakcją łatwą i kuszącą, tym bardziej że bohater sam sobą pogardza. Jednak pisarski kunszt, z jakim Barnes oddaje wewnętrzne zmagania Dymitra, oddala od ferowania łatwych wyroków. Pozwala na spojrzenie z innej perspektywy, z której każda kolejna decyzja kompozytora jawi się jako nieuchronna konsekwencja jego poprzednich wyborów. A pierwszego z nich chyba nikt by nie potępił, bo bohaterami się nie rodzimy. Nie jest to powieść wybitna, ale niewątpliwie niebanalna, naszpikowana błyskotliwymi frazami, którymi można by się było delektować, gdyby tylko nie były tak gorzkie i tak prawdziwe.

Poczucie ironii ma też swoje granice. Nie można na przykład być ironicznym oprawcą; albo ironiczną ofiarą tortur. Tak samo nie można ironicznie wstąpić do partii. To jest albo szczere, albo cyniczne: innych możliwości nie ma. A osobie z zewnątrz może być obojętne, co wybraliśmy, bo jedno i drugie może uważać za godne pogardy. Młodszy on, stojący na skraju drogi, zobaczyłby na tylnym siedzeniu samochodu zgrzybiały stary słonecznik, już nie zwrócony ku słońcu stalinowskiej konstytucji, ale wciąż dążący ku niemu, wciąż przyciągany przez światło władzy.
Ironia, kiedy zatracasz jej poczucie, ścina się w sarkazm. I co z niej wtedy? Sarkazm to ironia, która straciła duszę.


I angażująca emocjonalnie jak rzadko która.

Czytajcie!
sobota, 16 grudnia 2017
O dziwnym prezencie na trzydzieste urodziny wiedźmina Geralta (antologia Wiedźmin. Szpony i kły)

Mówili, że lepiej nie czytać antologii pokonkursowej, złożonej z jedenastu tekstów, które startowały (a cztery z nich zdobyły nawet nagrody) w konkursie na trzydziestą rocznicę publikacji opowiadania Wiedźmin na łamach miesięcznika Nowa Fantastyka. A tymi, co mówili, byli fani nad fanami białowłosego zabójcy potworów, wieloletni aktywni forumowicze Wieży Błaznów. Nie posłuchałam. Miałam w zeszłym tygodniu słabsze popołudnie, zachciało mi się poprawy nastroju i lotu na skrzydłach nostalgii. I na dzień dobry dostałam po oczach zwycięskim opowiadaniem, Kresem cudów Piotra Jedlińskiego. Nie owijając w bawełnę, powiem, że było to wyjątkowo bolesne doświadczenie. Grand Prix to temu utworowi by się należało, ale w kategorii „Wydaje mi się, że umiem pisać jak Andrzej Sapkowski, tylko że jednak nawet w przybliżeniu nie”. Zresztą, żadne słowa nie oddadzą tego, do jakiego stopnia autor starał się poza granicę swoich – skromnych – możliwości imitować styl twórcy wiedźmina. Szczęśliwie, tekst jest dostępny w całości i może przemówić sam za siebie. Werdykt konkursowego jury po lekturze całego zbioru jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, gdyż jest to jedno ze słabszych opowiadań w zestawie. I bardzo dobrze, bo gdyby reszta utworów prezentowała niższy poziom niż niemiłosiernie wymęczony Kres cudów, nie byłoby sensu marnować czasu na lekturę Szponów i kłów.


Wiem co nieco o wiedźmińskich fanfikach. Latami czytałam te publikowane na stronie Andrzej Sapkowski Zone. Stąd nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie ma przeszkód, by amatorski tekst fana był koncepcyjnie i warsztatowo bardzo dobry, a jednocześnie spełniał formalne wymogi opowiadania, to jest miał fabułę trzymającą się kupy i takąż strukturę narracyjną. Niestety, dalece nie o wszystkich tekstach z tego zbioru można to powiedzieć. W zasadzie według mnie tak postawione warunki spełniają cztery utwory znajdujące się w końcowej części antologii, z czego dwa napisali fachowcy, mający już na koncie publikacje książkowe. Tym większe brawa należą się amatorom, czyli Przemysławowi Gulowi za Lekcję samotności (która według mnie powinna wygrać te zawody, ale przynajmniej dostała wyróżnienie szefa działu prozy polskiej NF, Michała Cetnarowskiego) oraz Tomaszowi Zliczewskiemu za Nie będzie śladu. Obaj autorzy stworzyli ponadto historie autentycznie angażujące i oddające ducha prozy Andrzeja Sapkowskiego – gorzki cynizm i brak złudzeń co do prawdziwej natury ludzi, potworów i porządku tego świata. Co do utworów profesjonalistów, opowiadanie Andrzeja W. Sawickiego (który w konkursie startował incognito jako Dorota Chłosta) o dalszych losach elfki Toruviel z Doliny Kwiatów niestety mi się nie spodobało. Za gruba kreska, mocno groteskowi antagoniści i za dużo sentymentalizmu. Natomiast tekst tytułowy, czyli Szpony i kły Jacka Wróbla, jest naprawdę wart uwagi. Tak się powinno podejmować dialog z tekstem oryginalnym, czyli w tym przypadku z legendarnym opowiadaniem Wiedźmin, od którego wszystko się zaczęło. Autor przedstawia opisane tam wypadki z perspektywy strzygi, a raczej królewny Addy. Łatwo powiedzieć, trudniej ciekawie i przekonująco zrobić. Jackowi Wróblowi to się udało. Dał królewnie przekonujący głos i ciekawą historię nie-życia, na oryginalnym opowiadaniu opierając się tylko o tyle, o ile było to absolutnie konieczne.


A że jest to sztuka trudna, najlepiej świadczy tekst Barbary Szeląg Bez wzajemności. Odwrócony pod względem wymowy prequel Trochę poświęcenia, ze starszą siostrą Essi Daven w roli głównej i groteskowym Jaskrem na przystawkę, oraz Małą syrenką bez szczęśliwego Disnejowskiego zakończenia w tle. Drętwe stylistycznie, warsztat bardzo marny, może gdyby na tych dwóch niwach było lepiej, całość nie byłaby tak przeraźliwie sztuczna, a autorka miałaby jakiekolwiek szanse zrealizować swoje ambitne zamierzenie. Największą ciekawostką, czy raczej kuriozum, w tym kontekście jawi się fakt, że ten tekst również zdobył konkursowe wyróżnienie, przyznane przez Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego NF. Przecież samo zestawienie z genialnym Trochę poświęcenia boleśnie obnaża mizerię Bez wzajemności. Żeby pisać o uczuciach, trzeba najpierw umieć pisać, bo do tego niezbędna jest subtelność.


Z pozostałych utworów bardzo podobała mi się Skala powinności Katarzyny Gielicz - zaskoczyła mnie na plus po poprzedzającej ją mizerii, bo była ładnie i z wyczuciem napisana, ASowa w wymowie, o Coenie i jego towarzyszce poznanej na szlaku. Co z tego, że trochę zbyt rwana i stanowiąca raczej ciąg obrazków niż opowiadanie z prawdziwego zdarzenia? Co z tego, że miejscami zbyt sentymentalna, a u samych swych podstaw ma wątpliwe założenie, że wiedźmin zgarnąłby z traktu pierwszą lepszą dziewuchę i narażał ją przy robocie tylko po to, żeby mieć towarzystwo? Przekonująco oddana relacja między bohaterami jest siłą tego tekstu.


Coś dobrego mogłoby jeszcze wyjść z Ironii losu Sobiesława Kolanowskiego, bo pomysł jest ciekawy i ma potencjał – potwór daje wiedźminowi zlecenie na innego potwora. Ale warsztat woła o pomstę do nieba, tekst powinien zostać mocno skrócony, za dużo przerzucania się niby błyskotliwymi puentami, kawa zbyt dosłownie wyłożona na ławę. Niestety, redaktora antologia – podobnie jak Sezon burz – nie miała. I pozostawały w niej w rezultacie kwiatki w takim stylu: Szybka zarówno na łapach – dzięki lwiemu tułowiowi – jak i w przestworzach dzięki silnym, nietoperzym skrzydłom. Śmiertelnie niebezpieczna. Jad z jej podobnego do skorpionowego ogona zabijał w ciągu kilku sekund – o ile wcześniej bestia nie rozszarpała swych ofiar wyposażonymi ją przez Naturę solidnymi kłami czy pazurami. To opis mantikory.


Reszta tekstów jest milczeniem, choć chciałoby się rzucić kilka obelżywych słów o stanowiącej festiwal żenady Balladzie o Kwiatuszku  Michała Smyka (indywidualne wyróżnienie szefa działu zagranicznego NF, Marcina Zwierzchowskiego - bez komentarza). Ale leżącego kopać się nie godzi. Sami zdecydujcie, czy czytać.

sobota, 09 grudnia 2017
Każdy kogoś stracił, ale trzeba żyć dalej (Łukasz Orbitowski, Exodus)
Zacznę od tego, że lubiłam czytać Orbitowskiego, zanim to było modne. Czyli w czasach, kiedy pisał fantastykę, od której od dobrych paru lat dość mocno się odcina (co jest o tyle ciekawym paradoksem, że dopiero ostatnio udało mu się zdobyć nagrodę fandomu, za opowiadanie/słuchowisko Wywiad z Borutą, napisane wspólnie z Michałem Cetnarowskim w ramach projektu Legendy polskie, które można pobrać za darmo tutaj, także w wersji audio). Nie chwaląc się, już dawno, bo w maju 2009 roku, postulowałam, by od fantastyki odszedł, gdyż zaczyna ciągnąć jego pisanie w dół i stanowić zbędny balast. Po raz kolejny Łukasz Orbitowski ściga się sam ze sobą, sprawdzając, czy potrafi napisać coś jeszcze bardziej przytłaczającego niż dotychczas - tak z kolei pisałam w recenzji Szczęśliwej ziemi i myśl ta w dalszym ciągu pozostaje aktualna w przypadku Exodusu. W najnowszym wpisie blogowym, datowanym na 4 grudnia 2017 roku, autor napisał rzecz kluczową dla interpretacji jego najnowszej powieści: A potem, przy najnowszej książce, zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.

Przeczytawszy, mogę potwierdzić, że jest to prawda. Exodus to pierwsza powieść Orbitowskiego całkowicie wolna od elementów fantastycznych. Nawet w Innej duszy, która ukazała się w serii Na F/aktach, się one pojawiały, w widzeniach Jędrka, który zresztą jest wspominany przez jednego z bohaterów Exodusu. Tu ich nie ma. I teraz okaże się, że jestem osobą, której nie sposób zadowolić. Dostałam, czego chciałam od lat – czystą powieść obyczajową autora. I znowu mam jakieś ale. Zanim jednak o nich, co nieco o powieściowej materii.

Jest to historia ucieczki Jana, podzielonej na cztery etapy, a każdemu z nich patronuje inny typ osobowości – choleryk, melancholik, flegmatyk i sangwinik. Startujemy z Warszawy, uciekamy w popłochu, palimy za sobą wszystkie mosty. Jan czyści konta bankowe, niszczy karty, spuszcza w kiblu komórkę. Zasadnie przypuszczamy, iż zrobił coś bardzo złego. Na kolejnych etapach swojej Księgi wyjścia bohater szuka zapomnienia w alkoholu i balandze (to w Berlinie), szuka odkupienia w pracy na rzecz potrzebujących (to w słoweńskim obozie dla uchodźców Imagine), porzuca wszelką aktywność i z rezygnacją poddaje się swojemu losowi (to bezdomność i żebranina w Lublanie), a w końcu próbuje mimo wszystko zacząć od nowa i zapomnieć o przeszłości, co jednak nie będzie mu dane (to głównie na greckiej wyspie Salaminie). W międzyczasie, w każdym rozdziale, powraca jak refren stopniowo rozwijany opis zdarzenia, od którego droga Jana się zaczęła, praprzyczyny, punktu zapalnego. A w bieżący wątek opowieści autor wplata retrospekcje z życia bohatera sprzed. I, niestety, ta część – wraz z zagadką: co takiego zmusiło Jana do porzucenia swojego życia? – to według mnie jedyna część udana. A przynajmniej jedyna, która mnie jako odbiorcę interesowała i emocjonalnie angażowała. Cała reszta, w której bohater beznadziejnie się miotał, była, nie ukrywajmy, głównie męcząca, a sporymi fragmentami także dość groteskowa. Z wyłączeniem części ostatniej, greckiej i sangwinicznej, gdzie wszystko było już w zasadzie wyjaśnione. I tu jednak nie zabrakło zwrotu akcji niczym z greckiej – a zatem dopasowanej do scenerii - tragedii. Szczęściem, autor nie zdecydował się na wariant scenariusza pozornie oczywisty, a dla bohatera bardzo kuszący, gdyż to już pogrzebałoby książkę w sposób ostateczny. Kazał Janowi wrócić do punktu wyjścia i zmierzyć się z prawdą, przed którą próbował on uciec.

Celowo nie piszę, o czym jest ta powieść, choć mocno utrudnia mi to jej krytyczne recenzowanie. Jak sam autor sygnalizuje w przytoczonym wyżej fragmencie bloga – wziął tym razem na warsztat chyba najgorszą tragedię, jaka może się przydarzyć człowiekowi. Ale mimo pieczołowitego konstruowania formy opowieści, dobierania intrygujących dekoracji, które pewnie dadzą mu uznanie krytyków i kolejne branżowe nagrody – nie zdołał tchnąć w nią, a przynajmniej w większą jej część, ducha. A emocje dla tej historii są kluczowe. Muszę zastrzec, że wiele zależy tu zapewne od indywidualnego odbioru każdego czytelnika. Wy, być może, będziecie zachwyceni. Ja jestem głównie rozczarowana, że autor, w którego wierzyłam, nie udźwignął swojego projektu. Widać jednak potwory były łatwiejsze niż czysta groza prawdziwego życia. Ale czytajcie i oceńcie sami.

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka