sobota, 07 lipca 2018
Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)
Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie - mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów - przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.
sobota, 30 czerwca 2018
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra (Min Jin Lee, Pachinko)
Po przeczytaniu recenzji na Mieście książek jednocześnie ciągnęło mnie do tej powieści i obawiałam się, że okażemy się kompletnie niedobrane. Wypróbowałam ją na mojej mamie, którą zachwyciła. Nie jest to co prawda żadna gwarancja, że mnie również się spodoba, ale o wiele więcej niż nic. Spróbowałam i powiem, że nie tylko nie żałuję, ale - mimo pewnych zastrzeżeń - ta rodzinna saga o Koreańczykach w Japonii znalazła się w czołówce moich tegorocznych lektur.
Łączy bowiem historię losu jednostki (Sunji, która impulsywnie wdała się w romans z nieznajomym, a w konsekwencji zmuszona była opuścić rodzinne strony) i jej wielopokoleniowej rodziny z szerszą perspektywą, ukazującą losy całej koreańskiej diaspory w Japonii w dwudziestym wieku. I robi to niby mimochodem, ale w sposób wyjątkowo zajmujący. A wszystko dlatego, że, budując sylwetki kolejnych bohaterów, autorka zadbała, by każdego obdarzyć unikalnym stosunkiem do sytuacji, w której wszyscy się znaleźli. I tak Sunja odczuwa przede wszystkim wdzięczność - wobec męża, jego rodziny, która przyjęła ją pod swój dach, ogólnie wobec losu, mimo wszelkich przeciwności, jakie jej on gotuje. Nie waha się pracować ponad siły dla dobra synów i głównie na tym, a nie na bezsensownym gniewie i tęsknocie, koncentruje wszystkie swoje wysiłki. Z jej synami, urodzonymi w Japonii, sprawa jest już o wiele bardziej skomplikowana. Noa rozpaczliwie pragnie być traktowany jak Japończyk, co okazuje się oczywiście niemożliwe. Mozasu okazuje Japończykom agresywną obojętność, dzielnie znosi prześladowania w szkole, a w końcu bez żalu ją porzuca, by zająć się pracą w salonie Pachinko - koreańskiej gry hazardowej. Jednocześnie jednak marzy, by jego syn Salomon wyjechał do USA i tam pracował w sektorze bankowym. Nie do końca więc, mimo grubej skóry i wszelkich pozorów, pozostaje obojętny na realia, w których przyszło mu żyć. A tymczasem Salomon, jakby na przekór ojcu, odkrywa, że tylko w Japonii jest u siebie.
Kwestia tożsamości (swojskości i obcości) oraz hierarchii wartości jest w tej historii równie ważna jak rodzinne więzi, które bohaterowie niejednokrotnie szarpią, sprawdzając ich wytrzymałość, ale ostatecznie wcale nie chcą się od nich uwalniać. Stanowią one bowiem jedyny pewny punkt odniesienia.
Jak wcześniej wspominałam, mam zastrzeżenia, gdyż mimo stworzenia całej rzeszy wiarygodnych bohaterów i autentycznie zajmującej historii autorka nie ustrzegła się kilkakrotnie paskudnych fabularnych schematów rodem z telenoweli. Podam tylko jeden z kilku najważniejszych przykładów, żeby niepotrzebnie nie spoilerować. Jeden z bohaterów wygląda jak jego biologiczny ojciec. Widuje tego człowieka przez większość swojego życia, zna go jako przyjaciela rodziny. Jest wybitnie inteligentny, a jednak nie dostrzega łączącego ich podobieństwa, które musi być oczywiste, bo jego dziewczynie wystarczy raz zobaczyć bohatera z ojcem, żeby je zauważyć. Oczywiście, o łączącym go z ojcem podobieństwie (i tym samym pokrewieństwie) bohater dowiaduje się od tejże dziewczyny. Serio?
Koniec końców są to jednak drobiazgi. Można się na nie lekko żachnąć, ale nie odbierają magii ani siły oddziaływania lekturze, którą wydatnie uprzyjemnia przekład Urszuli Gardner. Polecam.
wtorek, 26 czerwca 2018
On był silniejszy (Daniel Magariel, Nasz chłopak)
Kolejny bardzo dobry powieściowy debiut. I kolejny o patologicznych relacjach rodzinnych. O tym, jak łatwo zmanipulować dziecko, które nade wszystko chce zaufać, przynależeć, mieć poczucie bezpieczeństwa. Dlatego chętnie - w zamian za te wszystkie wartości - kupi narrację tego z rodziców, który po rozpadzie związku wygra walkę o rząd dusz. Nieważne, do jakiego stopnia będzie ona niespójna z rzeczywistością. Istotne, że uporządkuje rozchwiany rozwodem świat, wskazując matkę jako wyłącznie winną rozpadu rodziny. Kładąc podwaliny pod sojusz ojca z synami - my przeciwko niej. Dając pozytywne, krzepiące pewniki, których nagle zabrakło. Rodzina jest najważniejsza - dla nas, dla niej nie była. Dlatego zasłużyła na wszystko, co ją spotkało. I dlatego mam problem z przekładem tytułu, bo uważam, że jest on - w oryginalnym brzmieniu - ważnym kluczem do tej powieści.  Oryginalnie brzmi: One of the Boys, czyli Jeden z Chłopaków (wielka litera nie jest tu przypadkowa, podkreśla elitarność grupy, coś jakby był to gang albo zakon, czy może zespół rockowy). Od razu zaznaczę, że nie jest to w żadnym razie zarzut pod adresem tłumaczki, Dobromiły Jankowskiej, gdyż, po pierwsze, tłumacz nie zawsze decyduje o tytule, a po drugie - wybrany przez nią (jeśli to ona jednak decydowała) wariant też kładzie akcent na przynależność. W zdecydowanej większości przypadków przekład dosłowny nie jest też przekładem najlepszym. Ale tutaj jednak coś bliższego oryginałowi lepiej by moim zdaniem pasowało. Np. Jeden z nas (z naszych), jeśli już faktycznie nie dosłownie.
Bo ojciec - negatywny bohater tej opowieści, choć niemal biblijny heros i zwycięzca prowadzący wybranych do Ziemi Obiecanej w oczach synów, przynajmniej do czasu - sprzedaje tę przynależność do męskiej (ale hołubiącej wewnętrzną chłopackość, jak sama nazwa wskazuje) drużyny jako coś najważniejszego na świecie. Dla takiej nagrody warto zadać sobie ból. Można okłamać pracowników socjalnych. Sfabrykować dowody przeciwko matce. Pracować na dwie zmiany. Kraść. Żadna cena nie jest za mała.
Tylko że z takiej paczki, z tak wysokim wkupnym, cholernie ciężko się wypisać, nawet kiedy już wiesz, że obsesja ojca na punkcie prywatności nie służyła okazywaniu szacunku, a ukrywaniu nałogu. Nawet kiedy zaczynasz nim pogardzać. Rozumieć, że choć z dwojga rodziców był fizycznie silniejszy, a psychicznie bardziej wyrafinowany, w istocie jest bardzo słaby. Bo zadbał o to, żebyś, wchodząc do bractwa, spalił wszystkie mosty. I nie masz już nic innego.
Czyniąc narratorem młodszego z braci, Magariel z niezwykłą u debiutanta biegłością pokazuje sposób rozumowania zmanipulowanego dziecka i jego trudną, bolesną drogę ku zrozumieniu, że osoba najważniejsza je okłamała i wykorzystała. Tym większa szkoda, że końcówka jest strasznie niekonsekwentna. Nie chcę tu spoilerować, ale autor ostatecznie jakby zgadza się mimo wszystko ze swoim negatywnym bohaterem, gdyż wolta matki zdaje się potwierdzać, że - koniec końców - na synach istotnie bardziej zależało psychopatycznemu ojcu. Jako na klakierach i niewolnikach, ale przynajmniej w ogóle. Matka - rzecz jasna wieloletnia ofiara przemocy fizycznej i psychicznej - wybiera w decydującej chwili własne ocalenie. Obiektywnie trudno ją za to jednoznacznie potępić, ale jak mają to zinterpretować szukające drogi ucieczki dzieciaki? Tylko jako zdradę. Czyli na jakimś poziomie, skoro już chłopcy musieli wybrać między dżumą a cholerą, to nie wybrali źle, choć wybrali piekło. A podejrzewam, że nie o taką konkluzję autorowi chodziło.
Krótka, mocna powieść ze słabszą końcówką, w której asceza środków wyrazu wzmacnia wymowę. Ale do George'a Saundersa, który uczył go fachu, na każdym poziomie bardzo jeszcze Magarielowi daleko. Z drugiej strony, to samo można powiedzieć o całej rzeszy pisarzy z wieloletnim dorobkiem.
sobota, 16 czerwca 2018
Lato z kryminałem 2018 (1): Motywy osobiste i Kartoteka 64
Jako że upały są z nami już od dawna, czas zainaugurować tegoroczne Lato z kryminałem. W pierwszym zestawie dosyć zróżnicowane pozycje.

Motywy osobiste to kolejna odsłona cyklu o Nastii Kamieńskiej, w której, po przejściu na emeryturę, bohaterka odkrywa, że poza pracą także istnieje życie. Swoją drogą, nieustannie mnie śmieszy, że Kamieńska, mając lat 49, postrzega siebie jako staruszkę. Ciekawe, ile w tym przeniesienia osobistych odczuć i problemów autorki. Ale wracając do naszych baranów - tym razem Nastia ma wyjaśnić zagadkę zabójstwa staruszka, który i tak był już terminalnie chory i zostało mu bardzo niewiele życia. Śledczy uznali, że sprawcą był włamywacz i szukaj wiatru w polu, ale to nie przekonuje córki zmarłego, która zleca agencji detektywistycznej Stasowa przeprowadzenie dochodzenia. A że tak się dogodnie składa, iż zdarzenie miało miejsce w nadmorskim kurorcie, zaś dochodzenie ma być prowadzone w okresie, gdy przypadają w niedługim odstępie czasu dwa święta państwowe i sporo dni wolnych, Kamieńska postanawia zabrać ze sobą męża i połączyć dochodzenie z wakacjami.
I w tym miejscu szczerze przyznam, że wątek relacji Kamieńskiej z Czistiakowem, ich wspólnej pracy, a przede wszystkim pierwszego od bardzo dawna wspólnego urlopu, był dla mnie najciekawszą częścią powieści. Jasne, intryga, jak zawsze u tej autorki, jest drobiazgowo przemyślana. Jak często u niej bywa, przyczyna zabójstwa kryje się w odległej przeszłości, a samo odkrycie tożsamości zabójcy ma podrzędne znaczenie, ważniejsze są historie i motywacje poszczególnych bohaterów (stąd zresztą tytuł). Jeśli kogoś nie nęci pogłębiona warstwa obyczajowa, to uczciwie ostrzegam - dostajemy tym razem głównie ten element, intryga kryminalna raczej się snuje niż rozwija, i to zdecydowanie w tle. Mnie to nie przeszkadzało, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czytelnika sięgającego po ten tom z gatunkowym nastawieniem lektura nieźle wymęczy.

Kartoteka 64 to czwarta część serii Adlera-Olsena o Departamencie Q, w której ponownie spotykamy się z wiecznie niezadowolonym Carlem Morckiem i jego tajemniczym asystentem Hasanem al-Assadem, specjalizującymi się w wyjaśnianiu dawno porzuconych spraw. Tym razem zajmą się serią skumulowanych w czasie zagadkowych zaginięć sprzed ćwierćwiecza i szukając wspólnego punktu między ofiarami, trafią prosto w wyjątkowo mocno cuchnące nazistowską ideologią bagno, w którym unurzane były także instytucje duńskiego państwa. Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Zresztą, również w poprzednich częściach pomysły były zdecydowanie najmocniejszą stroną autora, z wykonaniem bywało już rozmaicie. Niestety, tym razem realizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie wystarczy, jak się okazuje, wziąć na warsztat gorącego tematu, dorzucić tajnej organizacji skupiającej funkcjonariuszy państwowych rozmaitego autoramentu, a modus operandi mszczącej się ofiary pożyczyć od Agathy Christie, żeby wszystko zagrało, jak należy. Może nie byłoby jeszcze tak kiepsko, gdyby główny zły nie okazał się tak groteskową postacią, a w szpary kryminalno-politycznej intrygi Adler-Olsen, w rozpaczliwej próbie wprowadzenia wątku realistyczno-humorystycznego, nie powtykał naturalistycznych do granic dobrego smaku, a czasem i poza nie, opisów epidemii grypy na komendzie. Dla mnie gwoździem do trumny tej pozycji okazało się fatalne tłumaczenie - tłumaczka jest ta sama od początku, więc nie wiem, co się wydarzyło. Czy zmienił się redaktor, czy korektor, czy może ktoś przez pomyłkę puścił do druku tłumaczenie w surowej wersji? Nie mam, niestety, możliwości, żeby to prześledzić, bo poprzednich części wyzbyłam się bez większego żalu. Czytałam e-booka, a zaznaczenia na czytniku kompletnie mnie nie przekonują, zatem nie mam przykładów, ale w tekście po prostu roi się od stylistycznych nieporadności, które częstokroć nie mają nic wspólnego z polską składnią i sprawiają wrażenie, że tłumaczył translator. Z wszystkich wymienionych powodów - zdecydowanie nie polecam.
niedziela, 10 czerwca 2018
Serialowisko 2018 (1), odsłona ekspresowa
Szybciutko, żeby choć trochę się odgruzować:

ACS: Versace: IMHO lepsza odsłona od mocno przereklamowanej pierwszej serii z OJ Simpsonem. Pod każdym względem, scenariuszowym (pisał Tom Rob Smith, autor Ofiary 44) i aktorstwa. 8/10, zdecydowanie polecam, nie zniechęcajcie się pierwszym odcinkiem, bo nie jest reprezentatywny dla tej odsłony antologii.

Dom z papieru - ciekawy pomysł, fajny początek, ale już w drugiej połowie pierwszego sezonu zaczęło się robić głupawo, a drugi pobił pod tym względem wszelkie rekordy. 6/10 to i tak naciągane. Ale piosenka super.

Terror - serial, w który jako fanka powieści kompletnie nie wierzyłam, przyjemnie mnie zaskoczył. Dobry, nie jego wina, że przemyśleń bohaterów nie da się zekranizować. 7/10

3% - ciekawa brazylijska antyutopia o merytokracji  przyszłości - tylko tytułowy odsetek populacji, wyłaniany w procedurze zwanej Procesem, może mieszkać na Wyspie. Reszta ludzkości gnieździ się w slumsach. Każdy ma tylko jedną szansę, w wieku 20 lat, na odmianę swojego losu. Troszeczkę słabsza końcówka drugiego sezonu, szczególnie sam finał, ale ogólnie bardzo świeża i ciekawa rzecz - 7/10.

Safe zaczął się dość ciekawie, ma dobrą obsadę (m.in. Michael C. Hall i Marc Warren), ale fakt, że stworzył go Harlan Coben, powinien był stanowić dla mnie dostateczne ostrzeżenie. Cóż, finałowe odpowiedzi były straszliwie głupiutkie i naciągane. 5/10

Killing Eve - tylko osiem odcinków, BBC America, powrót Sandry Oh znanej z Chirurgów do telewizji i luźna adaptacja serii opowiadań.  Rozgrywka między topową morderczynią na zlecenie a ścigającą ją agentką MI6. Przypadło mi to mocno do gustu, bo pod wieloma względami odbiega na korzyść od typowych procedurali. Wprawdzie nic więcej ponad niezobowiązującą rozrywkę, ale na upały jak znalazł. 6/10

The Americans - finałowy sezon godnie zamknął całą historię o parze sowieckich agentów zakonspirowanych w czasach zimnej wojny w USA jako właściciele biura podróży i domku na przedmieściach. Gorąco polecam całość, 8/10, a pierwsze 3 sezony nawet 9/10.

The Good Fight  - moim zdaniem drugi sezon nawet lepszy od pierwszego, bo ma ciekawszy wątek główny (seryjne zabójstwa prawników, ale także krucjata scenarzystów przeciwko aktualnej obsadzie Białego Domu i jak zawsze genialne sprawy odcinka), aktualnie chyba nic lepszego już poza kablówkami nie zostało - 8.5/10

Young Sheldon - spin off TBBT o dzieciństwie dr. Coopera, bardzo przyjemne zaskoczenie mimo negatywnego nastawienia z mojej strony. W ocenie zgadzam się ze Zwierzem popkulturalnym - 7,5/10

Patrick Melrose - już po jednym odcinku wiem, że choć jest to nieco mniej męczące i nudne niż wersja książkowa, to nawet Benedict Cumberbatch nie jest w stanie zrobić z tego materiału czegoś, co da się oglądać bez bólu. Choć gra znakomicie.
poniedziałek, 28 maja 2018
Wynaturzone uczucie (Gabriel Tallent, Moja najdroższa)

Miałam plan odgruzowania kategorii filmowo-serialowej i nadgonienia zaległych opisów, których ilość systematycznie wzrasta, ale rozwój protestu dorosłych niepełnosprawnych i ich opiekunów zniszczył mnie psychicznie, odbierając motywację. Całe szczęście, że wyszli, bo nie wiadomo, jak by się to skończyło. Na ile to było możliwe, odpoczywałam w fikcyjnym świecie Na południe od Brazos Larry’ego McMurtry’ego. Zostało mi po dziesięciu dniach lektury jeszcze nieco ponad sto stron tej wspaniałej literackiej przygody. By zakochać się w powieści, mistrzowsko przełożonej przez Michała Kłobukowskiego (pewne nazwiska powracają w moich peanach na rzecz tłumaczeń i nie jest to przypadek), potrzebowałam przeczytać jakieś trzy.

Ale dzisiaj o książce przeczytanej już jakiś czas temu. Takiej, której obawiałam się jako kolejnej marketingowej miny (ogłoszona najważniejszą książka 2017 roku przez „Washington Post”, „USA Today”, „New York Timesa”, „Business Insider” oraz Amazon.com i National Public Radio. Otrzymała także nominacje do prestiżowych nagród: National Book Critics Circle John Leonard Prize dla najlepszego debiutu roku; LA Times dla najlepszej książki roku; Goodreads Choice Awards w kategoriach Najlepsza powieść i Najlepszy debiut roku; International Dylan Thomas Prize dla najlepszej książki roku; Barry Award dla najlepszego debiutu roku; na domiar złego ma na okładce wielki napis „Bestseller New York Timesa”), a którą ostatecznie ciężko przeżyłam i potrzebowałam dogłębnie przemyśleć. I wciąż nie jestem pewna, czy znajdę odpowiednie słowa, żeby o niej sensownie napisać. Muszę jednak przynajmniej spróbować. Bo taki debiut jak Moja najdroższa Gabriela Tallenta faktycznie nie zdarza się często i choć ciężko mi to przechodzi przez gardło, zasłużył na swoją sławę i światowy sukces.

Najważniejsza w tej książce jest Julia. Trochę jednak potrwa, nim poznacie jej prawdziwe imię, a na pewno do niego nie przywykniecie, bo sama myśli o sobie jako o Turtle. Dziewczyna ma 14 lat, mieszka z ojcem Martinem w położonym na uboczu zrujnowanym domu na północnym wybrzeżu Kalifornii. W szkolnej ławce cierpi niewyobrażalne wprost katusze, czytanie ze zrozumieniem to dla niej wyzwanie. Myśli sama o sobie jak najgorzej. Wolna i pewna tego, co należy zrobić, czuje się tylko na łonie natury, najlepiej – obserwując świat przez celownik broni, którą posługuje się z wyjątkową biegłością. A czyszczenie broni i rozbieranie jej na części stanowi jej ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Turtle wie, że musi być czujna, zwarta i gotowa. Zbliża się bowiem koniec świata, zawiniona przez ludzkość ekologiczna katastrofa, a w świecie „po” przetrwają tylko najsprytniejsi, najbardziej samowystarczalni i bezwzględni. Taką wizję przekazał córce Martin, a słowo Martina to w jej wąskiej rzeczywistości prawda objawiona. Martin jest mądry, sprytny i ujmujący, kiedy się postara. Codziennie odprowadza córkę na przystanek szkolnego autobusu. Wezwany przez dyrekcję i nauczycielkę z powodu niezadowalających postępów dziewczyny w nauce – obiecuje ćwiczyć z nią słówka. Jest przystojny i nonszalancki. Koledzy zazdroszczą Turtle fajnego ojca. Ale tak naprawdę Turtle nie ma kolegów – po szkole wraca od razu do domu. Poza tatą ma tylko dziadka, który mieszka z psem w zrujnowanej przyczepie kempingowej niedaleko jej domu. A przynajmniej tak sytuacja wygląda do czasu, gdy pewnego dnia, podczas jednej ze swoich niekończących się leśnych wędrówek, Julia pomaga dwóm zagubionym chłopakom mniej więcej w swoim wieku. Jeden z nich zaczyna jej się podobać.

A to kłopot, bo ma poważnego konkurenta. Martin jest nie tylko ojcem, ale i kochankiem Turtle, co dziewczyna przywykła uważać za normę, razem z resztą anormalnych zasad kształtujących jej codzienność. Dzięki przyjaźni z przypadkowo poznanymi chłopakami zaczyna odkrywać, jak żyją inne dzieciaki w jej wieku. A ponieważ niemal równocześnie staje się kobietą, powoli znajduje odwagę, by przeciwstawić się ojcu i uwolnić od uczucia stanowiącego dotąd sens jej życia. Obserwowanie tego procesu, dzięki sprawności autora w oddawaniu przemyśleń bohaterki, równie mocno przeraża, co fascynuje. I przyciąga niczym magnes. Ale Martin nie puści Julii łatwo. Ani z trudem. Nie zamierza puścić jej wcale. Gdyby chodziło tylko o nią, pewnie by mimo wszystko została. Jednak w pewnym momencie, przekonany o bezmiarze swojej władzy nad córką, ojciec popełnia błąd.

Pewnie, można by się czepiać. Debiutanta w zasadzie zawsze da się na czymś przyłapać. Tallent miejscami, szczególnie w monologach Martina, pozwala sobie popłynąć i lekko przeciąga strunę. Ale jednocześnie tak przekonująco wciąga nas do głowy młodej kobiety skrzywdzonej przez najbliższą jej osobę, że za to warto mu te momenty utraty kontroli wybaczyć.

To bardzo dobra, ale naprawdę okropna powieść. Nie jestem w stanie jej polecić, bo chyba nie każdy da sobie z nią radę. Ale nie żałuję, że ją przeczytałam.
niedziela, 20 maja 2018
W nocy wszystkie koty są czarne (Wojciech Chmielarz, Żmijowisko)
Najnowsza powieść Wojciecha Chmielarza to w pewnym sensie eksperyment na czytelnikach, których pisarz do tej pory przyzwyczaił do typowego kryminału, choć z każdą kolejną książką coraz mocniej przesuwał akcenty na społeczno-psychologiczne tło. W przypadku Zombiego ucierpiała na tym logika intrygi. Żmijowisko jest bardzo spójną całością, w ramach której autor sprytnie odwraca uwagę czytelnika od najbardziej oczywistego rozwiązania zagadki, podsuwając kolejnych podejrzanych i możliwe wyjaśnienia zaginięcia nastoletniej Ady. Za to należą mu się pochwały, bo – choć z góry wiadomo, że np. nastoletni Damian, syn właścicieli gospodarstwa agroturystycznego, w którym rozgrywa się zdecydowana większość akcji, sprawcą raczej nie będzie, to już inni kandydaci do tej roli są bardziej prawdopodobni. Co najważniejsze, podejrzenie nie pada przed czasem na właściwą osobę. Mimo że – podobnie jak w przypadku opisywanej tutaj całkiem niedawno Czwartej małpy – wystarczyłoby zrobić pół kroku do tyłu, a winny stałby się oczywisty, bo niemal od samego początku dostajemy wszelkie niezbędne dane. Rozgrywka z czytelnikiem jest więc uczciwa, gdyż ma on szansę odgadnąć prawdę. To zawsze dla mnie dodatkowy i cenny walor tego typu powieści. Jest też jednak zarazem mistrzowska, gdyż Wojciechowi Chmielarzowi udaje się na tyle mocno wciągnąć odbiorcę w opowiadaną historię, że nie ma on czasu spojrzeć na całą układankę z odpowiedniego dystansu i skupia się na jej aktualnie eksponowanych elementach. Gwarantuje to powodzenie prowadzonej z czytelnikiem gry i ostateczny tryumf autora, czyli finałowy efekt zaskoczenia.
Sprzymierzeńcem pisarza w tej rozgrywce jest wybrana przez niego konstrukcja narracji, opartej na trzech planach czasowych. Pierwszy to teraźniejszość, rok po wakacyjnym wyjeździe grupki przyjaciół ze studiów i ich partnerów, na którym Ada Dusza zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Drugi rozgrywa się rok wcześniej, w trakcie feralnych wakacji. A trzeci w okresie przejściowym, co pozwala ukazać wpływ zaginięcia nastolatki oraz innych wakacyjnych wydarzeń na życie bohaterów.
Pisanie o zaginięciu dziecka i towarzyszących mu emocjach rodziców to trudne zadanie, jednak w tych ruchomych piaskach, pełnych takich zagrożeń jak banał, koturnowość i tani sentymentalizm, Chmielarz lawiruje sprawnie i udaje mu się nie przeszarżować, oddając emocjonalne reakcje bohaterów w sposób wiarygodny.
Niestety, jest też jakieś ale (zauważcie, że Cieni się nie czepiałam, więc nie czepiam się dla samej sztuki). Ze wskazanych na wstępie powodów jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że autor musiał namnożyć wątków pobocznych w ramach dywersji, mającej na celu odwrócenie uwagi od tego jednego kierunku, w którym czytelnik nie powinien spoglądać. Ale, na litość, czy musiał do tego posłużyć krótki przegląd tabloidowych nagłówków? Historia dwójki nastolatków, na pierwszy rzut oka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z Rakowisk (nawet i tytuł, a zarazem nazwa letniskowej miejscowości, narzuca oczywiste skojarzenia), jest jeszcze do przyjęcia,  bo choć Sabina, zwana Merigold, może się wydawać irytująco przerysowana, to przy autentycznej Zuzannie M. jawi się jako postać bardzo realistyczna. Podobnie z lokalnymi zblatowanymi notablami – jakoś przejdzie. Mroczna przeszłość właściciela agroturystyki zaczyna już zalatywać tasiemcową docudramą, ale od biedy da się na nią przymknąć oko, bo w sumie mogła się przecież wydarzyć. Jednak wsadzenie w to wszystko polsko-nigeryjskiej prezenterki telewizyjnej, która po utracie pracy zamierza zabawić się w Trumana Capote i napisać książkę o zaginięciu Ady, a przy okazji jest napastowana przez miejscowych rasistowskich kmiotków o wąskich horyzontach, to już więcej niż lekka przesada. Zwłaszcza że w ramach całej intrygi motywacje paczki inteligenckich przyjaciół z Warszawy – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – nie wystawiają im wszystkim lepszego świadectwa co do szerokości horyzontów. Więcej nawet, wystawiają im świadectwo o wiele gorsze. Ludzie są nieskomplikowani i pod cienką powłoką kulturalnego wychowania drzemią w każdym dokładnie takie same, prymitywne instynkty i motywacje. O tym, między innymi, opowiada ta historia, i wybrzmiałaby równie mocno bez dosłownej Murzynki do bicia. Czy tak kategorycznie postawiona teza o ludzkiej naturze jest prawdziwa, nie jestem prywatnie do końca przekonana, ale takich bohaterów dostaliśmy i zapewne są oni w populacyjnej większości. Doboru próbki czepiać się zatem nie będę. Ale sama chciałabym wierzyć, ze ludzie są mimo wszystko, nawet statystycznie, nieco lepsi niż wakacyjna paczka ze Żmijowiska i mieszkający tam miejscowi.
piątek, 18 maja 2018
Rok z Nexto Premium – czy było warto?
Dokładnie 21 maja 2017 r. kupiłam roczny abonament Nexto Premium. Za 19,90 zł. Abonament kończy mi się za 3 dni, więc chciałam podsumować swoje wrażenia, żeby wiedzieć, czy warto go przedłużać na kolejny rok (tym razem już za 100 zł, za 6 miesięcy – 50 zł). Być może was też to zainteresuje. Zasady Nexto Premium są dosyć proste – wszystkie e-booki 40% taniej niż cena w Nexto, przy czym rabat łączy się z promocjami i nie są rzadkie przypadki, gdy łączna zniżka przekracza 80%. Do dzisiaj kupiłam 24 e-booki. Głównie nowości i książki ulubionych autorów: W. Chmielarz, Zombie, R. Hobb, Skrytobójca Błazna,  M. Jago, Prawdziwy George Smiley. Opowieść o agencie, który zainspirował Johna le Carré, E. Cherezińska, Płomienna korona, H. Nesser, Oczy Eugena Kallmana, C. Withead, Kolej podziemna, J. Butcher, Zdrajca, P. Lemaitre, Trzy dni i jedno życie, A. Marinina, Motywy osobiste, T. French, Ostatni intruz, N. Osińska, Fanfik, K. Fejfer, Zawód. Opowieść o pracy w Polsce, A. Horowitz, Morderstwa w Somerset, M. Atwood, Grace i Grace, A. Camilleri, Taniec mewy, A. Christie, Morderstwo w Orient Expressie – tu swoją drogą Nexto zrobiło mnie w balona, bo chciałam kupić przekład Marty Kisiel - Małeckiej i taki sugerowała okładka przy e-booku (specjalnie sprawdzałam), a po pobraniu pliku okazało się, że był to inny przekład z tego samego wydawnictwa, sprzed kilku lat; J. Leovy, Wszyscy wiedzą, J. Kamiński, Tylko Lola, M. Kącki, Poznań. Miasto grzechu, K. Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, t.1; J. Pilch, E. Pietrowiak, Inne ochoty, J. le Carré, Szpiegowskie dziedzictwo, R. Harris, Monachium i W. Chmielarz, Żmijowisko.
Łączny koszt wszystkich zakupów wyniósł 419,14 zł, po doliczeniu ceny abonamentu – 439,04 zł. Średnio za jedną książkę zapłaciłam zatem 18,29 zł. Moim zdaniem nie jest to zła cena, zważywszy na fakt kupowania w przeważającej mierze rynkowych nowości oraz horrendalne ceny polskich e-booków. Żeby jednak mieć porównanie, ile faktycznie udało mi się zaoszczędzić, przeprowadziłam nie do końca miarodajny eksperyment. Zsumowałam aktualne najlepsze – nie promocyjne, bo akurat jest sporo przecen targowych – ceny wymienionych wyżej pozycji, wg danych z porównywarki Świata Czytników. Jak wspomniałam, nie jest to do końca adekwatne, bo powinnam zapisywać drugą najkorzystniejszą cenę z daty danego zakupu i nawet miałam kiedyś taki pomysł, ale zabrakło mi samozaparcia. Zapamiętałam tylko, że koszt samego abonamentu zwrócił mi się już przy drugiej zakupionej książce. W każdym razie przy wskazanych wyżej założeniach łączny koszt zakupów na dziś wyniósłby 672,89 zł. Czyli dzięki abonamentowi zaoszczędziłam 233,85 zł. Co najmniej, bo zdaje mi się, że z okazji WTK ceny i tak są dziś wszędzie trochę niższe niż normalne. Zatem nawet uwzględniając, że w tym roku koszt abonamentu będzie o 80 zł wyższy niż w poprzednim, w dalszym ciągu ta zabawa się opłaca. A jak ktoś kupuje więcej niż 2 e-booki miesięcznie (tzn. ja oczywiście poza Nexto kupowałam też w innych księgarniach, ale przeważnie wtedy, gdy dany tytuł był u nich niedostępny, bo w Premium ceną wygrywali w 9 przypadkach na 10), to już w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać. Zdecydowanie warto.
A wy korzystacie z Nexto Premium? Jak wrażenia?
EDIT: Przez najbliższy tydzień zarówno roczny, jak i półroczny abonament 50% taniej: http://www.nexto.pl/premium/
niedziela, 13 maja 2018
Zagadka konfabulującej bohaterki (Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu)

Przedziwna sprawa z tą książką, bo spodziewałam się, że będzie ona o czymś zupełnie innym. Historie uratowanych przez Irenę Sendler i jej współpracownice z Wydziału Opieki dzieci, od których Anna Bikont rozpoczyna, przynajmniej w pierwszej chwili zdają się potwierdzać ukształtowane niezbyt dobrym filmem oczekiwania. Ale już bohaterka pierwszego rozdziału, Margarita, maluje obraz skrajnie odmienny od obowiązującej narracji o dobrym polskim narodzie. Jest pełna nienawiści i żalu, i trudno po zapoznaniu się z jej historią, pełną prześladowań i bezwzględnego szantażu, mieć do niej o to pretensję. Drugi rozdział bilansu wcale nie poprawia, jest jednak ważny dla wymowy całości, bo na koniec bohaterka przyznaje, że po fakcie wpisała Sendlerową w historię swojego ocalenia, bo gdy tylko ją spotkała, zapragnęła, by była ona częścią jej życia. Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? – zaczęłam się zastanawiać i to pytanie towarzyszyło mi już do końca lektury. Gdyż – choć autorka stara się wyjątkowo delikatnie obchodzić ze swoją bohaterką i unikać takich słów jak kłamstwo czy zmyślenie – bardzo szybko okazuje się, że Irena Sendler w dużym stopniu sama zbudowała własną legendę. A przecież wcale nie musiała tego robić: przywłaszczać sobie cudzych historii, zasług najbliższej przyjaciółki, zawyżać w sposób niebotyczny liczby uratowanych żydowskich dzieci. Miała bowiem najlepsze intencje, stabilne przekonania i autentyczne zasługi na froncie logistyczno-organizacyjnym, których nikt nigdy nie kwestionował. Ale osobiście nie wyprowadzała dzieci z getta.
Gdy jednak zapoznać się z jej prywatną biografią, staje się w pewnym sensie zrozumiałe, że miała potrzebę podciągnięcia życiowego bilansu,  skompensowania fałszywą publiczną personą niepowodzeń w związkach i relacjach z dziećmi, mającymi jej za złe wieczną nieobecność. W pewnym momencie zabrnęła chyba za daleko i stała się niewolnicą własnych kłamstw, w które najprawdopodobniej sama w końcu uwierzyła. Wierzyła zresztą głęboko w wiele rzeczy niezgodnych z prawdą – np. że jej dzieci nie przyjęto na studia, by ukarać ich matkę za ratowanie Żydów, podczas gdy najzwyczajniej w świecie zabrakło im punktów i się nie dostały. Także powojenne losy Sendlerowej naznaczone są paradoksem. Łatwo zrozumieć, że osoba o jej poglądach chciała wierzyć w system komunistyczny i budować nową Polskę w myśl jego szlachetnych ideałów. Jednak pozostała w PZPR do samego końca, mimo że już w marcu 1968 roku zobaczyła prawdziwą twarz systemu. Nie wspierała oficjalnej antyżydowskiej propagandy, ale nie wystąpiła z partii. Przedziwna, ale bardzo realistyczna – aż niewygodnie realistyczna w zestawieniu z legendą – biografia.
Z historii ocalonych też wyłania się obraz odbiegający od oficjalnej laurki tak daleko, jak to tylko możliwe. Niektórych koszmary wojny popchnęły do odebrania sobie życia. Inni, najbardziej liczni, ukrywali własną tożsamość nawet przed partnerami i dziećmi.  A dlaczego? Bo społeczeństwo polskie było w swej masie skrajnie antysemickie. Przed wojną, w jej trakcie i po jej zakończeniu. Polskie dzieci wydawały żydowskie dzieci z czystej złośliwości, nawet te ukrywane w klasztorach czuły się stale zagrożone przez rówieśników.  Dlatego uważam, że książka Anny Bikont powinna być czytana jak najpowszechniej i mam nadzieję, że liczne nagrody w tym pomogą. Nie da się bowiem przy tej lekturze nie przemyśleć pewnych smutnych, fundamentalnych i bardzo niewygodnych spraw.

niedziela, 06 maja 2018
Lektury majówkowe (J. D. Barker, Czwarta małpa i R. Harris, Monachium)
Przed majówką skończyłam Sendlerową. W ukryciu Anny Bikont, ale o niej będzie osobno. Dziś o dwóch lżejszych lekturach.

Po Czwartą małpę sama bym na pewno nie sięgnęła, poleciła mi ją przyjaciółka. Powieść J.D. Barkera okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałam po obciążającej psychicznie książce Bikont i dłuższym okresie ciężkiej pracy. Page-turner w pełnym znaczeniu tego słowa. Dawno nie czytałam książki, której po prostu nie da się odłożyć, bo każdy kolejny rozdział zmusza do przeczytania następnego. I nawet końcówka nie jest żenująca! Temat dość klasyczny - śledczy od pięciu lat bezskutecznie tropi seryjnego zabójcę, który więzi i okalecza swoje ofiary, nawiązując do trzech mądrych małp - nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego. A sam wierzy w istnienie tytułowej czwartej małpy i w to, że swoimi działaniami wymierza sprawiedliwość. Bieżące wydarzenia przeplatane są fragmentami pamiętnika opisującego dzieciństwo zabójcy. O tym, że autor dobrze wyczuł i zrealizował konwencję, najlepiej świadczy, że nawet tak marudny czytelnik jak ja dał mu się wciągnąć w opowieść na tyle mocno, że nie znalazł nawet chwili, by spojrzeć na fabułę z zewnątrz i zauważyć jej w sumie dość przewidywalne z perspektywy całości utworu pułapki. Jeśli zatem szukacie relaksu przy dynamicznym kryminale, ta pozycja będzie idealnym wyborem. Ostatni raz książka z tego gatunku wciągnęła mnie tak bardzo jakieś 1,5 roku temu i było to Raz na zawsze Andreasa Pflügera. Niestety, tam finisz okazał się rozczarowaniem.

Monachium Roberta Harrisa również czytało się bardzo płynnie, ale całościowo powieść do pewnego stopnia mnie zawiodła. Za dużo tam raportowej faktografii, a za mało fabularnego mięsa. Harris opisuje okoliczności, w jakich doszło do zawarcia układu monachijskiego, porozumienia, na mocy którego, za oddanie Rzeszy sporego kawałka Czechosłowacji, Wielka Brytania i Francja kupiły dodatkowe 11 miesięcy pokoju. Czytelnik postrzega wydarzenia z perspektywy dwójki przyjaciół, Brytyjczyka i Niemca, którzy wspólnie studiowali w Oksfordzie, a teraz pracują w dyplomacji swoich państw. Przestali utrzymywać kontakt po tym, jak sześć lat wcześniej wybrali się razem na wakacje i trafili m.in. do Monachium, pod dom Hitlera, gdzie doszło do wydarzeń, które ich poróżniły. Co takiego zaszło między niegdysiejszymi przyjaciółmi? Harris niemal do końca trzyma to w tajemnicy, ale ostateczne wyjaśnienie nie kompensuje detalicznie dokumentalnego tonu reszty opowieści. Żeby była jasność - dzięki lekkiemu pióru autora przez tekst po prostu się mknie, ale dodatkowe wątki, które mają utrzymać zainteresowanie czytelnika (bo finał prac nad porozumieniem jest wszak z góry znany), są po prostu zbyt wątłe, a ich bohaterowie zbyt bezbarwni. Nie mogę zatem polecić z czystym sumieniem.
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka