piątek, 18 listopada 2005
Socjopatom to dobrze...

Chwilami to aż im zazdroszczę. Ostatnio na ćwiczeniach z kryminologii szczególnie zazdrościłam. Takim to dobrze. Nie obowiązują ich żadne normy, nie wiedzą, co to poczucie winy. Są głęboko przekonani o słuszności wszelkich swoich działań. Niepotrzebne im techniki neutralizacji (znaczy takie mateody samousprawiedliwiania się, jakie stosują inni sprawcy przestępstw). Co ciekawe, socjopaci to najczęściej przestępcy wielokrotni. Klasycznym, choć na szczęście nie istniejącym realnie, przykładem socjopaty jest doktor Hannibal Lecter ze swoją misją oczyszczania świata-pastwiska z pasącego się na nim ludzkiego bydła. Coniektóre chwasty sama bym chętnie powyrywała, ale nie zrobię tego, bo wiążą mnie ( na moje własne życzenie) normy i wartości. Może więc, w jakimś szczególnym sensie, socjopaci są potrzebni. Jeden mógłby się na przykład zająć tym cwaniaczkiem, który uszkodził mózg własnego synka tak, że dziecko nieodwracalnie straciło wzrok i słuch. Biciem w głowę. Bon apetit, cher docteur.

20:41, krwawasiekiera , Orlątko Temidy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2005
Dzień świra
Bo czasem jest taki dzień. I wcale nie musimy wiedzieć o tym od razu po przebudzeniu, instynktownie.Właściwie, jeśli się dobrze zastanowić, to właśnie jest w takich dniach najgorsze. Dobrze się maskują, skubańce. Weźmy takie wczoraj, 16 listopada anno domini 2005. Nie było jakoś specjalnie fascynujące, rutyna. Wykład, jedne ćwiczenia, wykład, lektorat. W tak zwanym międzyczasie gorączkowe poszukiwanie w sklepach jakiegoś w miarę normalnego (czytaj: nie różowego, i nie mam na myśli koloru, tylko filozofię, styl życia, bo róż ma różne oblicza:P) swetra, uwieńczone sukcesem, ale za nieproporcjonalną cenę...Nihil novi sub Jove, generalnie rzecz ujmując. Środy w tym roku są ciężkie, a już na lektoracie, rozpoczynającym się o 18:20, mój mózg przypomina ścięte białko. A trudno od takiej substancji wymagać błyskotliwych wywodów na temat historii unifikacji językowej w Polsce, w dodatku, bagatelka, w języku francuskim. Nicto, dobiłam do zbawczej 20-ej z  poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Doleciałam do domu na skrzydłach ulgi. Pomyślałam, że zasłużyłam na jakąś przyjemność. Jako osoba prymitywna ( i głodna) zwizualizowałam sobie odruchowo coś słodkiego. Z posiadanych produktów tylko musli egzotyczne spełniało to kryterium. No to otwieram. Robiłam to dziesiątki razy. Zawsze rękami. Nigdy nożyczkami. I wiecie co? Paczka eksplodowała i rozsypała się po całej kuchni (świeżo posprzątanej, nadmieńmy). Zbierałam musli jak Adaś Miauczyński cornflakesy. Chciało mi się miauczeć. Prawdziwy dzień świra. Czasem nie trzeba doby, wystarczy sekunda.
15:04, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 listopada 2005
PKP czyli Płać Kochany Pasażerze

Polskie Koleje Państwowe - to brzmi dumnie. Bliższe prawdy byłoby jednakowoż rozszyfrowanie tego skrótu jako np. Przedsiębiorstwo Kulejąco-Padające. Albo Podróżuj Kurwa Powoli. Ja przepraszam, że posługuję się łaciną, ale sami oceńcie, czy nie mam prawa:

5:15 rano [właściwie to środek nocy, ale co tam] - Otwieram jedno zapuchnięte oko. I już muszę wyskakiwać z łóżka na łeb na szyję, bo pociąg odchodzi o 5:55, a my musimy być na dworcu 15 minut przed czasem, bo tak.

5:56 - pociąg osobowy relacji Legnica -Wrocław rusza powoli, jak żółw ociężale. Pokonuje dzielące oba miasta 60 kilometrów z prędkością poddźwiękową w imponującym czasie 88 minut. Nicto, zgodnie z planem.

7:25-7:52 - świerkniemy na dworcu we Wrocławiu (choć wydawać by się mogło, że w kieleckiem, bo piździ jak nie przymierzając tamże)

7:52 - pociąg Tanich Linii Kolejowych pod tytułem "Wielkopolanin" zajeżdża z fasonem na peron. Mamy miejscówkę, więc przynajmniej tradycyjne sceny dantejskie i walka o ogień związana z szukaniem miejsca zostają nam oszczędzone.

7:52 -11:28 planowy czas podróży na trasie Wrocław - Kraków urozmaicony, a jakże:

- ciągłym otwieraniem (zimny przeciąg po nogach) i zamykaniem drzwi przez współpasażerów z obowiązkowym skrzypem i trzassskiem

- symfonią na 6 dzwonków komórkowych (i pewnie tyleż komórek mózgowych) z tego jeden miauczał rozdzierająco jak kot (tak od miski:P)

- krzykami:piwko!kawa!!!!napoje zimne, gorące, słodycze!!!( gdy tylko zdawało mi się, że zasypiam)

- dramatycznymi historiami o Jacku o Krótkim Wacku opowiadanymi via mobile phone, że się tak popiszę znajomością języków obcych:P

Tak że się nie wyspałam. Zamiast tego przypomniałam sobie piosenkę Big Cyca :Ja jestem pasażerem, wyrywam irchę z siedzeń, na wszystko leje pies, bo lubi PKS.

 Może dlatego tak nerwowo zareagowałam na fakt, że o 11:28 nie znajdowaliśmy się jeszcze w Krakowie ani nawet w bliskim pobliżu. Co tam, że miałam wykład na 13. A żeby usiąść, musiałam tam być o 12:45. A żeby dojść, powinnam wyjść z domu (ha, ha!) o 12:30. Ponieważ nic innego nie mogłam zrobić wyżyłam się pasożytniczo Ja jestem pasażerką, podarłabym coś z chętką, przeklinać mi się chce, PKP. Średnie, wiem. Skuteczność też miało niedużą. Przyszedł pan konduktor i powiedział, żeby raczej nie liczyć na jakąkolwiek redukcję 25 minutowego opóźnienia. Tu miał rację.Czego jak czego, ale szczerości nie można PKP odmówić. I hojności. Dojechaliśmy nawet 5 minut później:P W dodatku dworzec był w remoncie, więc zanim per aspera ad astra dotarliśmy do domu, miałam sporo czasu na deszyfrowanie drogiej memu sercu nazwy. Tak, żeby oddać jej kwintesencję. Najpełniej. Najsprawiedliwiej. Nie wiem, czy mi się udało, oceńcie sami:

PKP - Perfekcyjny Kurs Przeklinania.

19:21, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 listopada 2005
Biega, krzyczy pan Hilary....
Owoż odkryłam z właściwym sobie refleksem i inteligencją, że nie można komentować wpisów bez logowania. I nawet odkryłam, jak to zmienić. I just did it. Tak więc od dziś chcę tu widzieć las komentarzy i nie ma, że trzeba się logować na bloksie i to boli:P Mamy wolność słowa ! Lepiej późno niż wcale...
15:59, krwawasiekiera , z metra cięte
Link Komentarze (5) »
piątek, 11 listopada 2005
Bo nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie...płotu.

Historyjki z UJowej uczelni inauguruję niniejszym. Na pierwszy ogień kilka opowieści dziwnej treści z przedmiotu pod tytułem kryminalistyka.

Opowieść 1. "Bliskie spotkanie trzeciego stopnia" by ćwiczeniowiec: Proszę państwa, ja bardzo chętnie wyjaśnię, dlaczego moim zdaniem w Polsce nie powinno się wprowadzać powszechnego dostępu do broni palnej na wzrór USA. - po krótkiej pauzie zupełnie, przynajmniej pozornie, odbiegł od wątku głównego - Otóż ja mam sąsiadkę, starszą panią w wieku bliżej nieokreślonym, ale oscylującym w okolicach 70-tki. Pewnego pięknego zimowego dnia sąsiad z drugiej strony [Dla wyjaśnienia - mówimy tu o domkach szeregowych.Tia, ta straszliwa nędza pracowników naukowych:>]. odśnieżał swoje podwórko i podjazd, zrzucając śnieg do mnie i dalej, do sąsiadki. W pewnym momencie słyszę, że zaczęła dziamgotać, żeby jej śniegu nie wrzucać. Podziamgotała, podziamgotała coraz to głośniej i nagle...cisza. Patrzę, a ona sunie. Wparowała sąsiadowi do ogródka i, wykorzystując fakt, że był odwrócony tyłem, dalejże go przez łeb. Na szczęście tylko plastikową szuflą do śniegu. Facet zdębiał, bo mimo wszystko dostał solidnie, a ta dalej go okłada, jakby nigdy nic. W końcu się otrząsnął, wyrwał jej szuflę i uciekł. Jak teraz odśnieżam, stale czuję się zagrożony. Kłaniam się jej zawsze już z 30 metrów, tak na wszelki wypadek. A teraz będzie puenta: co by było, gdyby miała karabin?

Opowieść 2. z tego samego źródła. Mniej zabawna. "Dlaczego nie warto być miłosiernym Samarytaninem?". Wsiadł człowiek do pociągu. Idzie przedziałami, szuka miejsca. Nagle, mijając któryś z kolei, widzi, że w środku wielki facet dusi małego i potrząsa nim. W pierwszym odruchu postanowił iść dalej, ale zaraz zrobiło mu się głupio i zawrócił, żeby pomóc poszkodowanemu. Wpada do przedziału, a że nie miał za bardzo pomysłu, co niby może zrobić takiemu wielkoludowi, wiedziony spontanicznym błyskiem inwencji wbił mu syzoryk w pośladek. Głupie? Efekt osiągnął. Facet puścił tego drugiego i uciekł, zabierając li i jedynie jego portfel. Happy end? Gdzieżby tam. "Ofiara" wysiadła na następnej stacji i zgłosiła SOKistom napaść z użyciem niebezpiecznego narzędzia. W trakcie rozprawy pokrzywdzony (znaczy ten biedny mały, duszony i okradziony) odmówił składania zeznań. Ze strachu. Efekt? Samarytanin został skazany na rok pozbawienia wolności. A mógł przejść obojętnie obok...

Garść "złotych myśli" z wykładu o oględzinach:

- Gdyby tu były zwłoki, to państwo by się ucieszyli, bo nie było by wykładu. Studenci zawsze się cieszą, jak prowadzący jest chory.

- Nigdy nie spieszcie się z oddawaniem zwłok do prosektorium, bo potem ich już nie odzyskacie. Najpierw trzeba je wykorzystać kryminalistycznie.

- Po zamachach na WTC byłam mile zaskoczona postawą społeczeństwa amerykańskiego. Bliscy przychodzący zidentyfikować zwłoki przynosili szczotki do włosów, szczoteczki do zębów. Wzorowa współpraca. Szkoda, że nasze społeczeństwo  ma takie braki w edukacji...

- Pani doktor pisze pracę habilitacyjną z oględzin, a ponadto ma za sobą aplikację prokuratorską. Innymi słowy: widziała wiele trupów, więc wie, o czym mówi.

13:55, krwawasiekiera , Orlątko Temidy
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 listopada 2005
M jak Magda, której nikt nie kocha, choć nazywa się Miłowicz

Jak mnie denerwuje ten serial! Zupełnie, ale to zupełnie nie przystaje do rzeczywistości. Tak, wiem, rzeczywistość to mam na okrętkę, a seriale to taka chwileczka zapomnienia. Lobotomia bez zobowiązań. Ale ten serial mnie nie odpręża, on mnie irytuje. Bo wiem, że choćbym nawet skończyła prawo, żaden Waligóra ani tym bardziej Wyrwidąb nie weźmie mnie do swojej kancelarii. Nigdy nie będę miała nie tylko takiego, ale najprawdopodobniej żadnego własnego mieszkania. Zamiast z błyskiem zębów i połyskiem włosów brylować w sądach, będę w najlepszym razie do końca życia przekładać jakieś papierki z jednej sterty na drugą [ w sumie, biorąc pod uwagę mój krzywy zgryz, może to i lepiej:P].

Ale nie to mnie najbardziej wkurza. Tylko fakt, że łatwo być wojującą feministką i kobietą niezależną, kiedy taki Adonis po prostu aż skamle, żeby go wpuścić do dzikiego matecznika.Doza sztuczności, pseudoamerykańskości i totalnych idiotyzmów przekracza w tym serialu średnią krajową.

Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że, wiedząc to wszystko, wciąż oglądam to barachło. A wiecie dlaczego? Bo Małaszyński jest diablo przystojny. Rany, a myślałam, że już z tego wyrosłam...Lecę, zaraz się zaczyna:>

21:29, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 listopada 2005
Ptasia grypo, przybywaj!

I to rychło.  Na okoliczność przyspieszenia pożądanego rozwoju wypadków, pozwoliłam sobie popełnić parafrazę:

"Zarazo! Ty do nas z Azji przybywaj,

Z prędkością światła

I poraź co prędzej morem

Kaczorów i drobiu stadka."

Bo to, co się tu wyprawia, to jest wbrew naturze. Przy okazji coś mogłoby przetrzebić rydze, małe i duże.

11:29, krwawasiekiera , z metra cięte
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 listopada 2005
Miód, czekolada i gorzka pigułka

OSTRZEŻENIE:WSZELKIE WPISY Z TEJ KATEGORII DOTYCZĄ MNIE IN PERSONAM, W ZWIĄZKU Z CZYM SĄ RACZEJ NUDNE, MAŁO ERUDYCYJNE I BEZNADZIEJNE. W SKRÓCIE - DNO.

No i stało się. Popadłam w nastrój pseudofilozofii dla ubogich. Akurat w jeden z najmilszych wieczorów od naprawdę długiego czasu świat musiał mimochodem przypomnieć, jak beznadziejnie jest urządzony. Jakbym nie wiedziała. Bo właściwie to nie chcę wiedzieć.Ignoruję ten fakt, z uporem godnym zaprawdę lepszej sprawy. A tu figa. To se ne da. Prawda zawsze wyjdzie na jaw. A takich żałosnych pseudoidealistów jak ja zaskoczy zawsze w najgorszym momencie. Mnie dziś zaskoczyła niczym Mefisto niejakiego Twardowskiego w karczmie "Rzym". Tylko nie piłam wódki z kielicha, a miód. Dobry miód. Tym lepszy, że w doborowym towarzystwie. I ni z tego, ni z owego, jakby siekierą przez łeb. Pewne rzeczy zdecydowanie nie powinny się zdarzać. Nigdy i nikomu. Truizmy, truizmy. Złe rzeczy zdarzały się, zdarzają i będą zdarzać - bo nie ma sprawiedliwości.Ale nigdzie nie jest napisane, że muszę się z tym godzić. Choć mój sprzeciw nic nie zmieni, a mój bunt mogę sobie wsadzić ni mniej, ni więcej, a właśnie w rzyć. A jednak nie potrafię z niego zrezygnować. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Pewnie naiwnie. Muszę być naiwna, bo szybko sobie znalazłam pocieszenie. Bez nieszczęść nie docenialibyśmy szczęścia. Kiepskie pocieszenie, ale, z braku większej ilości miodu, lepsze takie niż żadne. I tak właśnie działa mój mały teatrzyk.Show must go on.

22:16, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 listopada 2005
Jak wiedźmin podążył za białym królikiem

Z braku własnych oryginalnych i powalających pomysłów param się, rzecz jasna tymczasowo i między innymi, zacnym gatunkiem fanfiction.Z czym to się je? Jest to, jak sama nazwa wskazuje, fikcja tworzona przez fanów. Przy czym pod określeniem "fani" kryją się literackie formy pasożytnicze kradnące danemu autorowi jego wykreowane w pocie czoła uniwersum, bohaterów i bezczelnie robiące w tymże uniwersum własny bajzel. Takąż niedźwiedzią przysługę byłam (nie)uprzejma wyświadczyć Andrzejowi Sapkowskiemu moim fanfikiem zatytułowanym "M jak MISJA". Fanfik co prawda bije głównie w niesławnej pamięci szczerial, to jest, przepraszam, serial, który z twórczością pana Andrzeja łączą li i jedynie imiona bohaterów...Ale dlaczego właściwie ja się tłumaczę? Kto chce wiedzieć, co łączy Geralta z Rivii z niejakim Neo Reevesem, niech sam sprawdzi - zapraszam.OSTRZEŻENIE: bez znajomości opowiadań Andrzeja Sapkowskiego ze zbiorów "Ostatnie życzenie" i "Miecz przeznaczenia" oraz, pożal się Wielka Melitele, "dzieła" kinematografii rodzimej, jakim jest serial "Wiedźmin", tekst staje się, delikatnie mówiąc, niezrozumiały.

http://siekierka.blox.pl/resource/M_jak_Misja.doc

21:06, krwawasiekiera , moja grafomania
Link Dodaj komentarz »
Piraci z Karaibów po polsku

Znacie kapitana Jacka Sparrowa? Ja znam i podziwiam, za brawurę i fryzurę, niekoniecznie w tej kolejności. Dzisiaj zaczęłam lekturę najnowszej powieści Marcina Mortki "Karaibska krucjata. Płonący Union Jack". I jej główny bohater wydaje się być bliskim krewniakiem krewkiego Jacka, mimo że nazywa się Billy O'Connor. Już chłopaka lubię:) Od chwili, kiedy wyrzucił za burtę swojego kapitana - wyjątkowego dupka, lubię go jeszcze bardziej. Sama nie raz i nie dwa mam ochotę na taką radykalną akcję w stosunku do rozmaitych jednostek, tylko:a)nie mam okrętu z czym wiąże się b) nie mam żadnej poręcznej burty, c) większość potencjalnych ofiar jest cięższa i silniejsza ode mnie, więc i tak nie zdołałabym uskutecznić manewru wyrzucania. W tej sytuacji może i lepiej, że zachodzą okoliczności a) i b). Ale zostawmy mnie, która chwilowo sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, a wróćmy do Billy'ego. Sprytnie wykorzystawszy powstały wakat, przedsiębiorczy ów młodzieniec doszedł do, słusznego skądinąd, wniosku, że jak już szaleć, to na całego i zaabordażował sobie lepszy i nowszy okręt. A to tylko początek jego przygód. Wróżę, że zajdzie wysoko, choć mam nadzieję, że nie na szubienicę. Będę informować o rozwoju sytuacji. A tymczasem hej, ho i butelka rumu!

P.S. Niestety nie mam rumu. Ani nawet herbaty rumowej aromatyzowanej. Ani żadnego alkoholu. Nie tylko w butelce, nawet w naparstku:/ Do stu tysięcy fur beczek zjełczałego tranu, wszystko wskazuje na to, że będę się musiała zadowolić herbatką pod tytułem "melisa z pomarańczą":( Bez cukru. Bo wyszedł.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka