sobota, 21 stycznia 2006
Mnemo irony

Przeważnie nikt ( z nielicznymi a chlubnymi wyjątkami) nie pamięta. I w sumie nic dziwnego. Bo dziś jest przede wszystkim Dzień Babci. Nauczyłam się nie przywiązywać do tego wagi, zresztą i tak imienin nie obchodzę. A tu dzisiaj, jak raz. Wszyscy pamiętali:) Miło, nie ukrywam. Nieistotne, że w dniu wczorajszym dopuściłam się bezprzykładnej orgii czytelniczej za sprawą niejakiego Morgana i zasnęłam około trzeciej nad ranem. Co zaowocowało powrotem do rzeczywistości o 12:35:P Sen mam mocny, toteż zdziwiłam się mniej więcej niebotycznie, widząc, że otrzymałam 5 SMSów. Nie słyszałam ani jednego, jako żywo! A potem przyszły następne:) wszystkie przecudnej urody, w tym jedna graficzna różyczka. Naisto za serce mię ujęły.

Szczególnie dziękuję za życzenie "własnego Kozaka":D Przydałby się...w te zimne krakowskie noce:P

Zaraz kurcgalopkiem po oblodzonym chodniku nabędę jakowes procenty na wieczór. Gin ili Finka - nielicha rozkminka:P

P.S. Nie wiem, czy wiecie, ale Agnieszka to z greckiego czysta. Ironia, fatum?:> Śmiech na sali.

16:02, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 stycznia 2006
Zaciął się, taki syn!:P

Przyjęcie niespodziankę śmy z Niewyspaną zrobiły. Urodzinowe. Dla jej wspólniczki z pierwszej roboty. W wyniku czego Niewyspana poszła niewyspana pierwszy raz do nowej roboty, ale to strzegół:P Było jak na amerykańskich filmach. Się schowaliśmy z gośćmi w pokoju, światło zagaszone, jubilatka wchodzi i wszyscy krzyczą surprise. Prawie wyszło. Prawie, bo Rysiek Rynkowski odmówił kooperacji, chociaż podobno wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Albowiem ustawiłam jego empetrójkę z peśnią Urodziny na winampie i zapauzowałam w momencie, kiedy kończy się wstępne wycie chórku i on jużjuż ma wejść i zaśpiewać :"Dziś są Twoje urodziny....". No i odkliknęłam pauzę, a Rysiek przykładnie zaśpiewał "Dziś są twoje - i się nie wiedzieć czemu w kluczowym momencie zaciął. Skutkiem czego pierwszą rzeczą,jaką Aśka usłyszała po wejściu do pokoju, było nie "Sto lat!" a mój okrzyk : "Zaciął się, skurwysyn!":P.

Ale potem już było zgodnie z planem. Tort w kształcie jeża wszystkim smakował, na wiśniówkę i inne specjały też nikt nie narzekał. Imprezka na 102.

I tylko moje abstysesyjne postanowienie pękło 6 dni przed czasem. Bo miałam takie. W Nowy Rok postanowiłam, że następny raz po Sylwestrze wypiję coś z procentami dopiero po pierwszym egzaminie sesyjnym. I wytrwałabym bez problemu, ale, jak pisze klasyk, są takie okazje, że po prostu nie można się nie napić. No i pech chciał, że się taka wzięła i trafiła.

Ale dziś wstałam rześka jak skowronek, posprzątałam pobojowisko, zrobiłam latami odkładany porządek w dokumentach na dysku (pięknie wszystko w folderkach tematycznych teraz mam, aż się nazachwycać nie mogę:))) I siedzę i myślę, co by tu jeszcze wykombinować, żeby się nie uczyć. Zostało mi 170 stron ostatniej książki, Widackiego (tak, TEGO Widackiego:P). Jakbym tak to dzisiaj zrobiła, to zyskałabym dwa dni całkowicie prawomocnego WOLNEGO przed zaplanowaną od poniedziałku powtórką z etiologii przestępczości. I bym mogła poczytać z czystym sumieniem "Upadłe Anioły". Nomen omen:P

No, to idę po zakupy i do nauki.

15:24, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (1) »
środa, 18 stycznia 2006
Serce
Cebulo za nerwowa
firletko wesoła
maślaku w deszczu lepki
opieńko miodowa
obupłciowa dżdżownico więc dwa razy smutna
biedronko kropka w kropkę
jak przed pierwszą wojną
czy lat dwadzieścia cztery
czy sześćdziesiąt dziewięć

tak samo serce łazi jak samotna pszczoła

Jan Twardowski

Już nie jest samotny...przeżył 90 lat, wierny w poezji zawsze tym samym ideałom, dowodząc, że nie tylko biedronki są niezmienne. Jego twórczość była źródłem spokoju i niezmąconej pogody ducha. Niech spoczywa w pokoju.

wtorek, 17 stycznia 2006
Nowy dekalog:)

"Dziesięcioro przykazań Sienkiewiczowskich, danych Narodowi na raucie jubileuszowym w dn. 22 r.1900. Jam jest Henryk Sienkiewicz, Wielka Wielkość Twoja, którym Cię wywiódł na pole sławy wszechświatowej.

1) Nie bedziesz miał Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i innych nade mnie.

2) Nie będziesz używał wielkiego Imienia Mego nadaremno.

3) Pamiętaj, abyś Dzień Jubileuszu Mego uroczyście święcił.

4) Czcij Skrzetuskiego, Zagłobę, Wołodyjowskiego i Baskę Jego, a Mnie nade wszystko, bom nieporównany jest.

5) Nie śmiej używać na utworach moich.

6) Nie używaj dzieł moich na podpalkę.

7) Nie popularyzuj dzieł Moich bez dodatkowej opłaty na ręce Moje.

8) Nie fałszuj myśli mojej, gdyż lojalność jej murem stoi.

9) Nie pożądaj żony Skrzetuskiego, albowiem Kniaziówną jest.

10) Ani Oblęgorka, ani pióra brylantowego, ani zaprzęgów, ani jarzma na woły nie będziesz pragnął, gdyż narodowym darem jest! Będziesz miłował każdego literata w miarę możności i chęci osobistej, a Mnie bez żadnych zastrzeżeń."

" Credo.

Wierzę w Sienkiewicza Starego i Syna jego, Henryka Wielkiego, który się począł w miłości wielkiej, narodził się w Ziemi Okrzejskiej, uznoił swe czoło w Trylogii, umęczon jest przez komitet pod biskupem Ruszkiewiczem w dniu Jublileuszu swego, pogrzebion na raucie w kasie literackiej. Po skończonych uroczystościach odsapnął, wstąpił do Oblęgorka -  nie podobało mu się, stamtąd przyjdzie i sądzić będzie dary otrzymane. Wierzę w lojalność Sienkiewicza, w nakładców z Sienkiewiczem obcowanie, w ceny utorów Jego podbijanie i z Krzyżakami zblamowanie. Amen."

W dniu Jubileuszu 25 lecia twórczości napisali Przyjaciele

  źródło: J.Szczublewski "Henryk Sienkiewicz. Żywot pisarza."

Jak widać z przytoczonych cytatów, nie jest to bynajmniej biografia typowa ( w domyśle -> z przewagą suchych faktów). Sam Sienkiewicz takie oto miał zdanie o grzebaniu w życiorysach literatów:

Jestem zasadniczym przeciwnikiem zbyt drobiazgowego grzebania w życiorysach artystów w celu dokładniejszego zrozumienia ich utworów. [...] Dając ludziom swe dzieło, [autor] mówi im tym samym - to wasze, ale moja prywatne uczucia, listy, chwile osobistego szczęścia i osobistych zawodów, jak również moje przeżycia i stany należą tylko do mnie.

I nie dziwota, że tak stanowczo je określił. Miał w szafie niejednego trupa. A dowodów (listów) zostawił wyjątkowo wiele. Czego nie wyciągnęli wcześniejsi biografowie, wygrzebał teraz Szczublewski, który zaprezentował wyjątkowo rzetelną robotę, a jej rezultaty umiał podać w ciekawej, nienużącej i nie przytłaczającej czytelników formie. A pewnie to jeszcze nie cała prawda o Litwosie...

poniedziałek, 16 stycznia 2006
Kogo dorwie królik Kuzia?

Znowu długa i głucha cisza w tym dziale zapadła. Z przyczyn obiektywnych, ale uwaga, uwaga.

Są w literaturze takie postacie, że nic tylko się w nich zatracić. Taki na przykład Bohun Jurko. Albo Atos, de la Fere, hrabia. Albo Corso, Lucas. Albo Regis, Rohellec Terzief-Godefroy, Emiel. Albo Kovacs, Takeshi.No, imię ich legion. Nieprzypadkowo wymieniałam tylko męskie:> Dzisiejszy bohater moich rozważań, uosobienie siły, która wciąż zła pragnąc ciągle dobro czyni, teoretycznie mógłby być zarówno mężczyzną jak i kobietą. Chociaż, chyba jednak nie, bo w końcu femina to jego instrumentum. No, nie owijając dłużej w bawełnę, o diabła się rozchodzi. Złego, znaczy. Wizerunków jego multum sporządzono, bardziej i mniej udanych. Literackich i grafomańskich. W poczet mistrzowskich zaliczam ten popełniony przez Bułhakowa.

Madames et Monsieurs, oklaski dla Messera. Wolanda:)))))))) Konterfektu rysować chyba nie trzeba, bo kto go nie zna, ten niech sobie daruje lekturę tej notki a rozpocznie w zamian lekturę Mistrza i Małgorzaty. Woland ma w sobie to nieuchwytne coś. Klasę, charyzmę, stajla - jak zwał tak zwał. Fakt pozostaje faktem. Ma, i to w ilościach hurtowych. Emanuje. Ma się ochotę raz po raz wracać do MiM, żeby znowu zobaczyć, jak na Patriarszych Prudach załatwia bez mydła Berlioza i Bezdomnego. Jak...ech, do każdej sceny z jego udziałem. Ale z drugiej strony pozostaje odwieczne pytanie: co było dalej? Odnośnie ludzkich bohaterów, Mistrza, Małgorzaty, Piłata, Jeszuy - wszystko wiadomo. Tylko dla Wolanda i jego komnpanii ostatnia kropka nie oznacza końca. I oto Woland powraca do Moskwy. W czasie pierestrojki. W karecie. I od razu czyni z próbującego go zatrzymać posterunkowego drogówki wielkiego literata, autora bestsellerowych Zapisków z posterunku. Odwiedza też, zapewne z sentymentu, Patriarsze Prudy. Trzeba trafu, natyka się, jak ongiś, na dwóch dyskutantów. Jednak przedmiotem ich sporu jest tym razem nie religia, a Lenin. A raczej dostosowanie jego wizerunku w dramatach do aktualnych przemian politycznych. I znów jeden z dyskutantów ginie, zastrzelony przez swoje ukochane Czeka przy próbie ucieczki (Woland przeniósł go w czasie, bo niepotrzebnie się stawiał:>), a drugi ląduje w "psychuszce".

Jest i odpowiednik Mistrza - Jakuszkin, niedoceniony literat z powołania, a biofizyk z wykształcenia, autor opowiadania Pogrzeb myśliwego. W którym podanny tajemniczej procedurze KOMFIGU królik Kuzia zyskuje niezwykłe właściwości - jego ugryzienie zmusza pokąsanych do publicznej spowiedzi, obnaża wszelkie grzeszki. Zafascynowany Woland ożywia Kuzię, by wykorzystać go do realizacji swojego planu. Plan jest prosty - poprzez obnażenie zepsucia władzy chce sprowokować Rosjan do buntu, obalenia systemu i walki o wolność. Dostaje się między innymi na naradę ekonomiczną na Kremlu, gdzie wraz z Korowjowem prezentuje urządzenie, o którym ani chybi marzy Samoobrona - maszynkę przerabiającą papier toaletowy na pieniądze. Rubelki, dewizy, co tylko kto chce. Kuzia robi swoją akcją dywersyjną nieliche zamieszanie.

Następnym etapem jest bal, będący tym razem zjazdem tyranów wszystkich epok. Wspaniała sprawa. Jakbym Bułhakowa czytała.

Najważniejsze jest jednak spotkanie Wolanda z Mateuszem Lewitą. Zły stawia pytanie o przyszłość Rosji i Rosjan. Ewangelista uchyla się od odpowiedzi. Ale Woland i tak ją zna. Znowu cierpienie. Wpada w furię, ale jest bezsilny. Zaczyna rozumieć, że wolność to nie kwestia zewnętrznego ustroju, ale wewnętrznego nastawienia. I że może ją przynieść tylko czas. Polemika z Bułhakowem wielce ciekawa, a zarazem hołd dla niego. Tym jest książka Witalija Ruczyńskiego "Powrót Wolanda".

A ty, czy rozpoznałbyś Korowjowa po pincez-nez?

sobota, 14 stycznia 2006
Dotknęłam go

Serioserio. Prawdziwego. Bębenka. A potem lufy. I spustu. Pokryty patyną lat oryginalny rewolwer firmy Harrington & Richardson z 1896 roku spoczywał w mojej dłoni niczym nieszkodliwa zabaweczka. Cacuszko. Takie same miała ochrona Capone'a. Choć niepozorne, z bliskiej odległości druzgotały kości.

He shot me down...bang, bang.

I hit the ground....bang,  bang.

That awful sound...bang, bang.

My baby shot me down.

Ech, się rozmarzyłam. Chyba jednak nie wszystko ze mną w porządku:>

19:58, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 stycznia 2006
Lekcja politologii satyrycznej

Dlaczego Merkel zmontowała Wielką Koalicję, a Marcinkiewiczowi się nie udało?

Bo w Niemczech każdy miał dziadka w Wehrmachcie.

19:34, krwawasiekiera , z metra cięte
Link Dodaj komentarz »
Co tam słychać w państwie duńskim?

Ano żyję. Co już jest sporym plusem, przynajmniej dla mnie:> Uporałam się z pierwszą lekturą Kryminologii. Dożyłam do weekendu. Który oznacza randkę z Kryminalistyką z kolei, ale dzisiaj o tym nie myślę, bo dzisiaj zasłużyłam na wolne, seriale i słodycze (kolejność dowolna). Byłam w tym tygodniu pilnym dzieckiem. Osiągnęłam wyznaczone normy z li i jedynie jednodniowym poślizgiem. Nie poszłam tylko na lektorat z francuskiego, ale o to mniejsza:P

Merlin po raz drugi nagrodził moją recenzję, rozszerzoną wersję tej zajawki "Skrzyni na złoto", którą publikowałam na blogu:) Jeszcze jedna i będę miała wysyłkę gratis:>

WP opublikowała reckę "Wałęsy. Ludzi. Epoki." (też był swego czasu skrót na blogu).

Aktualnie czytam (choć to nieco za mocne słowo, wyszarpuję po parę stron przed snem): Józef Szczublewski "Henryk Sienkiewicz.Żywot pisarza":)))))))))

Generalnie w moim prywatnym państwie lepiej niż w naszym polskim, z którego trzeba się śmiać, bo jakby człowiek zaczął płakać za każdym razem, jak jest powód, to by szybko utonął i żadna platforma czy inna brona, to jest, przepraszam, brzytwa, by nie pomogła.

Zimno jak szlag. Że się tak dosadnie wyrażę. W łazience codziennie rano i wieczorem przeżywam coś na kształt szoku termicznego ( bo gdyby to był prawdziwy szok termiczny, byłabym od dawna martwa:P).

Sesja rusza ponownie 25 stycznia. Jak dobrze pójdzie, skończy się dla mnie 7 lutego.

Tyle z frontu.

18:54, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 stycznia 2006
Czeski film w Krakowie

Miejsce akcji: salka na poddaszu.

Czas akcji: 11 stycznia, Anno Domini 2006, godzina mniej więcej 15:45. Ćwiczenia z cywila.

Osoby: doktor Anna Rachwał (prowadząca),prof.dr hab.Józef Wójcikiewicz (prodziekan do spraw studenckich, wpadający z wizytą), studenci (zwierzyna)

J.W. (wchodząc nagle do salki): A, dzień dobry, tak wpadłem, zobaczyć, jak się państwu tu studiuje. Pani jest za doktora Rachwała?

A.R. (skonfundowana): To ja jestem doktor Rachwał. Tak mam na nazwisko... Zawsze tu jestem. A po mnie doktor Tracz.

J.W. (udając, że nic się nie stało) A, widzi pani, doktora Tracza znam... Tak nam się kadra rozrasta, że nie sposób znać wszystkich.(odzyskując kontenans) Ale po to właśnie są takie wizyty, żeby się zapoznawać. (próbując zapunktować) Nieprawdaż, pani Agnieszko?

A.R. (mimowolnie): Aniu...

J.W. (ostatecznie zbity z tropu): Otóż właśnie...(desperacko zmieniając temat) a tu, jak widzę, całkiem ciepło [w salce można się udusić, a są tylko maleńkie, trudno otwieralne okna "na uchył" -> modern stajl:P]. Bo miałem doniesienia, że zimno...

Zwierzyna (chórem): To nie tutaj, tylko z drugiej strony, na karnym! Klimatyzacja nie działa!

J.W. (chcąc się wycofać z tarczą) No to cóż, nie będę przeszkadzał. Egzamin z prawa cywilnego już zdałem, swego czasu, całkiem nieźle...(ostatnia próba) Jaki temat dzisiaj?

A.R. Zawieranie umów w trybie aukcji i przetargu.

J.W. Hm, cóż, sporo się pozmieniało, tyle teraz tych umów...Żegnam. (wychodzi).

Zwierzyna w zbiorowy, dotychczas ledwie hamowany, śmiech.

A.R. (rozbawiona) Nic dziwnego, że mnie prof. Ćwiąkalski nie pamięta. Nie byłam dobra z polityki gospodarczej...

Zwierzyna (chórem) Ale to nie był prof. Ćwiąkalski, tylko prof. Wójcikiewicz!!! Z kryminalistyki!

A.R. (z uporem) Ale podobny!

Głos z sali: Prof. Ćwiąkalski jest chudszy!

A.R. (zrezygnowana) No dobrze, państwo lepiej wiecie...

Świat się śmieje, nikt nic nie wie:)))

19:18, krwawasiekiera , Orlątko Temidy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 stycznia 2006
Jak koledzy w rurach chcieli się ze mną pobawić

Sytuacja stała się ekstremalna. Znikąd pomocy. Ryzyko skażenia i związanej z nim katastrofy ekologicznej wzrastało z minuty na minutę. Jako że gubernator Kalifornii przebywał niestety w Kalifornii, a Rambo szykował się do kręcenia kolejnej części swoich przygód pt. "Wejście geriatry", nolens volens zmuszona byłam spojrzeć prawdzie w oczy. To JA musiałam podjąć wyzwanie, rzucone mi z nagła przez zdradziecki los. Dokonawszy, skrótowego, z konieczności, bilansu potencjalnych zysków i strat, przeszłam od słów do czynów. Zgodnie z wiedzą zdobytą ongiś na zajęciach z podstaw przedsiębiorczości, działania rozpoczęłam od przeglądu dostępnych środków. Wyszło szydło z worka, że mój największy, nie chwaląc się, atut, to jest siła intelektu, jest w zaistniałej sytuacji kompletnie bezużyteczna. Diametralnie odwrotnie rzecz się miała z siłą fizyczną, którą, owszem, rozporządzam, jednakowoż mam z nią pewien problem. Problem jest tej natury, że jak już zacznę jej używać, to trudno mi wyczuć granicę, wypośrodkować, innymi słowy: często gęsto przeciągam strunę i powoduję jej pęknięcie. Tym niemniej żadne tertium nie zostało mi datur.

     Zaczęłam ostrożnie, delikatnie, ale rychło się okazało, że nie z moją przeciwniczką te numery. Broniła się zajadle. Ani, cholera, drgnęła. Tkwiła ostentacyjnie w miejscu, drwiąc sobie z mojej wyrozumiałości. Jednak, jako studentka prawa i zwolenniczka szeroko pojętego humanitaryzmu, postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę. I tym razem nie ustąpiła. Nie ukrywam, zorytowało mnie to. Pojawiła się już co prawda szczelina w jej zwartym dotychczas pancerzu, jednak było to zdecydowanie za mało. Do trzech razy sztuka, pomyślałam. Nadszedł czas na radykalizm. Sama, cholernico, się o to prosiłaś. I nauczyłam ją moresu. Za pomocą linijki aluminiowej, na którą naparłam z taką determinacją, że aż wyraźnie się odkształciła. I, co najgorsze, byłam z siebie prymitywnie dumna.Zrobiłam to, co tu kryć. Dopięłam swego.

Naprawiłam spłuczkę!

 

21:56, krwawasiekiera , rzyciowe
Link Komentarze (3) »
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka