wtorek, 05 marca 2019
Nowy adres
Zgodnie z zapowiedzią, podaję nowy adres bloga: https://siekierka.home.blog/
Do zobaczenia!
Tagi: przenosiny
11:34, krwawasiekiera
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lutego 2019
Blox mnie wykopał, zanim sama się wyniosłam

Czyli o żarcie stulecia, zamknięciu serwisu Blox.pl.

W związku z zaistniałą sytuacją przenoszę bloga na Wordpressa, jako że jest to mechanizm miły, skuteczny i znany mi z Fahrenheita.

Komentarze nie będą przeniesione, nad czym szczerze boleję, gdyż - jak by nie było - ponad 13 lat dyskusji najprawdopodobniej przepadnie z dniem 30 listopada 2019 r. Piszę najprawdopodobniej, bo postaram się jeszcze zasięgnąć porady zewnętrznych specjalistów co do tego, czy komentarze da się jednak wytransferować.

Najzabawniejsze jest to, że rozważałam przeniesienie bloga na inną platformę od dobrych kilku lat, ale ze zwykłego wygodnictwa nie potrafiłam się na to zdecydować. Szkoda mi było ciągłości. Cóż, czas nadszedł:)

Dziękuję, że byliście. I mam nadzieję, że przeniesiecie się razem ze mną. Adres podam, jak tylko blog będzie dopracowany na tyle, by bez wstydu można było pokazać go publiczności. A reszta, mam nadzieję, pozostanie bez zmian:D

 

Tagi: przenosiny
11:22, krwawasiekiera , z metra cięte
Link Komentarze (11) »
sobota, 16 lutego 2019
Seriale roku 2018
A. NAJLEPSZE SERIALE
 
1. Marvelous Mrs. Maisel - nadrabiałam ciurkiem 2 sezony. Opowieść o Żydówce z dobrego domu, która pod wpływem zdrady męża odkrywa w sobie potencjał stand-uperki, jest po prostu fenomenalnym połączeniem komedii, dramatu i znakomitego soundtracku. W roli ojca Maisel możemy podziwiać detektywa Monka! W tym serialu nie ma słabego wątku i mam nadzieję, że w trzecim sezonie się to nie zmieni. Genialna satyra.
 
2. AHS: Zabójstwo Versace (teraz już dostępny na Netfliksie) zaczynał sie niemrawo w porównaniu z historią O.J. Simpsona z pierwszego sezonu, ale w miarę rozwoju zostawił poprzednika daleko w tyle. A to głównie za sprawą Darrena Crissa, znanego wczesniej z Glee, który w roli psychopatycznego zabójcy Andrew Cunanana ujawnia niesamowity aktorski talent. Ale scenariusz też jest dobry. Zdecydowanie polecam.
 
3. A Very English Scandal tylko trzy odcinki, historia oparta na faktach, Hugh Grant w roli pretendenta do stanowiska brytyjskiego premiera i Ben Wishaw jako jego neurotyczny kochanek, który wywołuje tytułowy skandal. Warto jak nie wiem.
 
B. PREMIERY WARTE UWAGI
 
1. Dark - niemiecki serial SF na kilku planach czasowych, o podróżach w czasie. Zakręcony jak ruski słoik na zimę, ale zdecydowanie warto powytężać zwoje mózgowe w próbach odszyfrowania, jak poszczególne kawałki układanki do siebie pasują. Końcówka troszkę rozczarowuje, zdecydowanie wolałabym zamkniętą historię. Ale taki mamy klimat. Również Netflix.
 
2. The Kominsky Method to urocza, bezpretensjonalna historia o starzejącym się aktorze i jego równie wiekowym agencie, którą na wyższy poziom wynoszą kreacje Michaela Douglasa i Alana Arkina. Serial stworzył Chuck Lorre, odpowiedzialny za TBBT i Młodego Sheldona. Wisienką na torcie jest Lisa Edelstein w nietypowym emploi. Dostępne na Netfliksie.
 
3. Seven seconds gęsty kryminał z mocnymi wątkami obyczajowymi i przygnębiającą diagnozą społeczną. Punktem wyjścia jest przypadkowe i tragiczne w skutkach potrącenie czarnego nastoletniego rowerzysty przez samochód. Serial twórczyni The Killing, także z oferty Netfliksa.
 
C. KLAPY ROKU.
 
1. Modyfikowany węgiel, czyli wielka zmarnowana okazja. Dobra obsada, niezłe dekoracje i nieporzebne majstrowanie przy gotowym znakomitym scenariuszu, jakim była powieść Richarda Morgana. Tak, ten gniot też na Netfliksie. I mam nadzieję, że z wiedźminem nie będzie tak samo.
 
2. Ania, nie Anna, sezon 2 - po niezłym otwarciu w tym sezonie scenarzyści posunęli się w swoich innowacjach o kilka kroków za daleko. Szkoda. Też Netflix, owszem.
 
3. Dom z papieru - serial z dobrym pomysłem, świetnie zaczęty, który następnie zaprezentował równię pochyłą scenariuszowych bzdur. Ale piosenka - cymes.
 
Ogólnie mam nieodparte wrażenie, że serialowo był to słaby rok. A wy widzieliście coś wartego polecenia?
sobota, 09 lutego 2019
Specjalista Lynn dziwi się światu (Ben Fountain, Długi marsz w połowie meczu)

Zaczniecie chyba niedługo podejrzewać, że mnie ktoś podmienił, ale ostatnimi czasy naprawdę trafiają mi się świetne lektury. W tym takie, które miałam w kolejce od dłuższego czasu. Tak jak powieść Bena Fountaina w fenomenalnym przekładzie Tomasza S. Gałązki. Niby prosty pomysł – uczynić narratorem dziewiętnastolatka, który po wyjątkowo spektakularnej akcji bojowej w trakcie wojny z terroryzmem w Iraku dostaje wraz z kolegami dwutygodniową przepustkę z piekła. Ale nie za darmo – są obwożeni po Stanach jako propagandowe maskotki na tournée zwycięstwa. Każdy chce im pogratulować osobiście, szybko impregnują się na monotonny patriotyczny bełkot, który zresztą autor dość ciekawie wyodrębnił w tekście. Korzystają za to do oporu z atrakcji niedostępnych na wojnie: dobrego jedzenia, luksusowej limuzyny i alkoholu. Oraz próbują za pośrednictwem hollywoodzkiego producenta Alberta sprzedać prawa do ekranizacji swojej historii. Obiecano im za nie po sto patyków na łebka, ale robi się nerwowo – umowa niepodpisana, a oni za dwa dni muszą wracać na front. Przy tej okazji narrator - Billy Lynn, prosty chłopak z Teksasu, dla którego wojsko nie było wolnym wyborem, ale alternatywą wobec więzienia, pozwala sobie na rozmaite obserwacje i przemyślenia dotyczące otaczającej go ściemy. Widzicie, zdaje mu się, że na wojnie zrozumiał, jak naprawdę działa świat. Doznał oświecenia niedostępnego cywilom.

Pomysł może i nieskomplikowany na pierwszy rzut oka, ale takie są najtrudniejsze w realizacji. Zdecydować się na narrację, której dominujący nurt stanowi monolog wewnętrzny, to postawić wszystko na jedną kartę. Można dużo i łatwo przegrać. Jeśli stworzy się postać niewiarygodną albo sztampową, zabrany do jej głowy czytelnik szybko się znudzi, nie zaangażuje w podaną z jednostkowej perspektywy problematykę, którą chce go zainteresować autor. Zakwestionuje stawiane przez niego tezy, wyczuwając koturnowość i fałsz. Ale Fountain rozbił całą pulę. Billy’emu się wierzy. A jednocześnie się mu współczuje. Bo stracił przyjaciela i nie może oddać się żałobie. Bo musi wrócić na front. Bo nigdy nie miał dziewczyny ani oparcia w ojcu, który był wyjątkowym skurczybykiem. Ale przede wszystkim współczujemy specjaliście Lynnowi, bo, stojąc z boku, widzimy, jak krucha jest narracja, którą chłopak próbuje wytłumaczyć sobie świat. Że pod zapożyczoną od bardziej doświadczonych kolegów pozą doświadczonego przez życie cynika czai się naiwność, bezwarunkowe pragnienie bliskości i akceptacji, a przede wszystkim strach przed powrotem tam, stale walczący o lepsze z lojalnością wobec kolegów z Bravo.

Niby zatem nic takiego się nie zdarza (zdecydowana większość akcji rozgrywa się, zgodnie z tytułem, podczas meczu futbolowego na stadionie Dallas Cowboys  w Święto Dziękczynienia), ale w duszy Billy’ego Lynna trwa walka, o której wie tylko on i zaproszony do jego myśli czytelnik - podglądacz. A której obserwacji nie sposób przerwać. Dzięki genialnemu przekładowi (Tomasz S. Gałązka, powtarzam raz jeszcze) rozbiegane, skaczące między wątkami przemyślenia specjalisty Lynna wprost hipnotyzują odbiorcę, porywają go w wir różnorodnych i sprzecznych odczuć, które – w co łatwo uwierzyć – mogą miotać młokosem po pierwszym chrzcie bojowym niemal w przeddzień powrotu na pole walki.

Zapoznajcie się z Billym – brak mi słów, żeby adekwatnie opisać, dlaczego warto z nim przejść cały długi marsz. Ale nie żałuję żadnego kroku i zapamiętam tę trasę.

P.S. Chciałam wrzucić jakiś fragment, żeby zilustrować geniusz tłumacza, ale musiałabym wrzucić całą książkę. Nie umiałam się zdecydować.

niedziela, 03 lutego 2019
Głosy Watts (Ryan Gattis, Miasto gniewu)

Przeczytałam pięć dobrych książek, ale ta była zdecydowanie najlepsza. Zamieszki w Watts, dzielnicy Los Angeles, 6 gorących dni w 1992 r., kiedy ludzie dali wyraz swojemu oburzeniu na wyrok uniewinniający policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego taksówkarza Rodneya Kinga. Rzekomo stawiał on opór podczas próby aresztowania. Ale co zaczęło się jako wyraz słusznego gniewu społecznego, zostało słusznie zinterpretowane jako niepowtarzalna okazja do wyrównania rachunków przez różne grupy interesu. Przede wszystkim gangi, rozzuchwalone nieadekwatną do skali protestu ilością funkcjonariuszy sił porządkowych, rozpoczęły z dawna odkładane egzekucje, licząc na darowaną przez chaos bezkarność. Ale była to też szansa dla drobnych przedsiębiorców pod kreską – jeśli jakiś sklep czy budynek zapłonie w ogniu Powstania Rodneya Kinga, ubezpieczycielowi trudno będzie wykazać, kto zaprószył iskrę.

Według mnie bardziej adekwatny do struktury narracyjnej tej porywającej i przerażającej historii jest tytuł oryginalny, czyli All involved, co tłumaczy się jako „wszyscy zamieszani”, „wszyscy zainteresowani”, a w tym kontekście może raczej „wszyscy uwikłani” lub „wszyscy umoczeni”. Gattis bowiem konstruuje swoją opowieść jako swego rodzaju sztafetę narracyjną, a każdy kolejny bohater, z którego perspektywy śledzimy wydarzenia we wrzącym mieście, jest w jakiś sposób związany z poprzednimi. Pierwszym z nich – i najważniejszym, choć zajmie scenę najkrócej – jest Ernie, sprzedawca tacos niezwiązany z gangami, ale mieszkający z gangsterską ekipą, do której należy także jego młodszy brat, a aspiruje młodsza siostra. Ernie najbardziej nie lubi wracać do domu piechotą, bo to w jego dzielnicy bardzo niebezpieczny sport. Poprzedni samochód jednak sprzedał bez mrugnięcia okiem, gdy trzeba było wpłacić kaucję za jednego z członków ferajny. Pieniądze z narkotyków, o nieznanym źródle pochodzenia, wzbudziłyby podejrzliwość władzy. Pewnie, Ernie mógł odkupić brykę za pieniądze z handlu. Ale nie chciał mieć z tym interesem nic wspólnego. Sam odkłada, niedługo będzie miał wystarczającą sumę i może zacznie się uczyć, jak robić sushi. Ten chłopak ma dalekosiężne plany.

Ale przeznaczenie ma wobec niego inne zamiary. Parka już się czai z nożycami. I tak rusza samonakręcająca się spirala zemsty, układów, zdrady, lojalności i walki o przetrwanie. Poznamy siostrę i brata Erniego, jego współlokatorów, sąsiadów, koleżanki ze szkoły. Strażaka gaszącego wybuchające w całym mieście pożary, pielęgniarkę próbującą ratować ofiary zamieszek, gangstera, który w krótkim czasie stracił dwójkę rodzeństwa, młodego graficiarza, szalonego bezdomnego rozmawiającego z przepływającą przez LA rzeką, byłego gangstera, ćpunkę, funkcjonariusza oddziałów specjalnych i mnóstwo innych „zamieszanych”.

A każdy ma własną historię i indywidualny język, znakomicie oddany w przekładzie Roberta Sudoła. Wartka fabuła rozpisana na tak porywające głosy, wielość i wiarygodność zaoferowanych perspektyw sprawiają, że – czy tego chcecie, czy nie – pochłonie was kocioł zamieszek. To straszna, smutna, brutalna i ironiczna opowieść o rzeczywistości, w której nawet normalność jest jak stąpanie po cienkim lodzie. Tu nawet bez zamieszek można zginąć na każdym kroku, a pierwszym prawem ulicy jest losowość.

Gorzkie, ironiczne, znakomite. Za zwrócenie uwagi na autora bardzo dziękuję Jane Doe.

niedziela, 27 stycznia 2019
Bilans filmowy 2018

W minionym roku obejrzałam 20 nowych filmów, w tym 5 polskich, czyli Jestem mordercą, Zminą wojnę, Kler, 7 uczuć  i Moje córki krowy. Aż 6 w kinie. Całą pulę zgarnia animacja Coco, jedyne zeszłoroczne 10/10. Najgorszym seansem były Moje córki krowy. Rozczarowania roku to Zimna wojna oraz The Florida Project. Poniżej tradycyjna już lista tytułów z ocenami i krótkimi uzasadnieniami.

Król Polki 7/0 – bardzo interesujący fabularyzowany dokument o naszym przedsiębiorczym rodaku na amerykańskiej ziemi, można obejrzeć na Netfliksie.

Trzy Billboardy za Ebbing, Misouri – 8/10 – świetny scenariusz, znakomite aktorstwo. Polecalam i podtrzymuję.

Jestem najlepsza. Ja, Tonya – 8/10 - czyli o społeczeństwie klasowym na przykładzie łyżwiarstwa figurowego. Intrygująca biografia, także pod względem formy. Warto.

The Florida Project 5/10 – jaskrawy przykład kina festiwalowego. Długie, nic niewnoszące ujęcia. Hektolitry nudy.

Jestem mordercą 5/10 – Maciejowi Pieprzycy zdawało się, że jest Davidem Fincherem. Nie jest. Co widać, slychać i czuć. Całe szczęście, że swego czasu nie wybrałam się do kina, bo marketing to ten film miał świetny.

Czas mroku8/10 – genialny Oldman, solidny scenariusz i znakomicie oddany duch czasów przełomu.

Nić widmo - 5/10 – kiedy Daniel Day Lewis to za mało, by skompensować dłużyzny i samozachwyt reżysera. Nie polecam.

Contratiempo8/10 – kryminał niebanalny, serdecznie polecam! Bardzo odświeżająca rzecz.

Morderstwo w Orient Ekspresie 6/10 – nie porywa.

Wszystkie pieniądze świata6/10 – winien być w tym filmie suspens, który dla mnie sprowadzał się do czy daleko jeszcze do końca?

Coco 10/10 – dobro i piękno. Polecam każdemu! Płakałam jak bóbr.

Król rozrywki 7,5/10 – Jackman, Efron i fajne piosenki! Polecam.

Han Solo 6/10 – lepiej niż się spodziewałam i zdecydowanie lepiej niż w Ostatnim Jedim. O co nie trudno.

Gra o wszystko 9/10 – film Sorkina to zawsze film o czymś. Tu niby o pokerze na wysokie stawki, ale naprawdę o mnóstwie ciekawych spraw.

Zimna wojna – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że wyjdę z seansu, nie wiedząc, gdzie podziać oczy z zażenowania. Końcówka kompletnie kładzie ten film, robiąc z obojga bohaterów idiotów. A było całkiem nieźle. Mocno zniechęcam, 5/10 i to głównie za fragmenty muzyczno-taneczne. I nawet mi tu proszę nie wyjeżdżać z metaforami, osnuciem filmu wokół tekstu piosenki etc. Nie kupuję tego kipiszu pod żadną postacią. Dawno nikt mnie tak nie wystrychnął na dudka. Nieporozumienie to eufemizm.

Mamma mia! 2 6/10 – początek kiepski, potem nieco lepiej. Momenty były:)

Moje córki krowy 5/10 – nudny smęt.

Kler 7/10 – Smarzowski trochę się powściągnął, choć nie w finale. Niemniej, władował do scenariusza za dużo afer.

7 uczuć7/10 – w tym + 1 za sentyment dla serii. Temat wazny, kreska za gruba. Nie tylko w łopatologicznym epilogu.

Bohemian Rhapsody 8/10 – wiem, że cukierkowy i nierealistyczny, ale i tak mi się podobał.

Coś przegapiłam?

sobota, 19 stycznia 2019
Małych miasteczek nie warto lekceważyć (Val McDermid, Miejsce egzekucji)
 
Z odciętego od świata przysiółka Scardale w Derby znika trzynastoletnia Allison Carter. Trwa ostra zima 1963. Nie jest to pierwsze takie zaginięcie w ostatnim czasie. Dlatego świeżo awansowany śledczy George Bennett od początku nie ma dobrych przeczuć co do losów dziewczynki. Gdy okazuje się, że jego żona spodziewa się dziecka, sprawa Allison staje się dla młodego funkcjonariusza czymś więcej niż zawodowym wyzwaniem. Wręcz niezdrową obsesją. Ale choć śledztwo się przeciąga, a mieszkańcy Scardale, stanowiący zamkniętą społeczność, wcale go nie ułatwiają, przełom nie przychodzi. Nie ma ciała, jednak w tych warunkach atmosferycznych nie ma również najmniejszej szansy, by zaginiona przeżyła. Kolejne poszlaki jednoznacznie sugerują, że dziewczyna nie uciekła, ale spotkało ją coś złego. Dziennikarze brukowców angażują nawet jasnowidzkę z Francji, żeby podgrzać stygnący temat. Frustracja i poczucie bezradności Bennetta sięgają zenitu. I nagle jego wytrwałość zostaje nagrodzona…
 
Z twórczością Val McDermid miałam dotąd kontakt jedynie za pośrednictwem serialu Wire in The Blood, w którym policjantka Carol Jordan przy wsparciu psychologa Tony’ego Hilla tropiła seryjnych morderców odznaczających się wyjątkową inwencją w zakresie sposobu działania. Serial powstał w oparciu o najwyżej oceniany cykl powieściowy autorki i  był niezły, choć dewiacje sprawców wydawały mi się niekiedy wydumane. Niemniej, gdy trafiła się okazja, z ciekawością sięgnęłam po wydane przez Papierowy Księżyc i obsypane nagrodami Miejsce egzekucji. Nie zawiodłam się, w powieści jest wszystko, co w gatunku cenię – konsekwentnie budowany nastrój, detaliczny i realistyczny obraz odizolowanej społeczności, sporo miejsca na przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zgodnie z tytułem, miejsce, czyli malutki przysiółek Scardale, ma kluczowe znaczenie. Jednocześnie, gdy rozwiązanie zagadki zniknięcia Allison następuje sporo przed końcem tekstu, czytelnik dostaje wyraźny sygnał, że nie wszystko wygląda tak, jak się poczciwemu detektywowi Bennettowi wydawało. Zresztą, nie trzeba jasnowidza (wracam do tego wątku z uporem maniaka, bo motyw, choć marginalny, autorka rozegrała genialnie!), by wyczuć, że skompilowany z trudem podejrzanie spójny łańcuch poszlak niekoniecznie doprowadził organy wymiaru sprawiedliwości do prawdy na temat sprawcy.
 
Ale to, co po trzydziestu latach odkrywa dziennikarka pisząca przy współpracy Bennetta książkę o precedensowej sprawie Allison, było dla mnie autentycznym zaskoczeniem, choć przecież już z niejednego kryminalnego pieca chleb jadłam i najbardziej oczywiste wolty fabularne znam na wyrywki. Intrygę zatem autorka skomponowała znakomicie (nieczęsto czytam jednego dnia prawie trzysta stron!), a przy okazji dała czytelnikowi materiał do złożonych przemyśleń na temat natury sprawiedliwości i proporcji kary do zbrodni. Nie jest łatwo zapomnieć o tej historii, nie sposób po prostu odłożyć ją do szufladki z napisem „fikcja literacka”, bo takie, a pewnie i gorsze rzeczy, się zdarzają, ale często nie dowiadują się o tym ani organy ścigania, ani opinia publiczna.
 
P.S. I wszystko byłoby pięknie, pierwszy tegoroczny kryminał „na piątkę” już w styczniu, ale po prostu nie mogę przemilczeć elementarnych błędów w przekładzie Aleksandry Szymił, których nie wyłapała redakcja (Magdalena Olejnik, redaktor prowadzący Artur Wróblewski) ani korekta (Magdalena Olejnik i Joanna Kłos). Takich jak tłumaczenie name jako imię (gdy ewidentnie chodzi o publikację nazwiska w prasie) czy interview jako wywiad (gdy ewidentnie chodziło o przesłuchanie). Nie są to może błędy liczne czy częste, ale mimo wszystko podstawowe i rażące. Przy kryminale z istotnym wątkiem śledczym i procesowym przydałby się redaktor lub korektor albo nawet konsultant władający prawniczym językiem angielskim. 
sobota, 12 stycznia 2019
Magia się wyczerpuje (Elisabeth Strout, To, co możliwe)

Kiedyś nie rozumiałam, co się niektórym recenzentom nie podoba w pisarstwie Strout. Byłam zachwycona opowiadaniami o Olive Kitteridge i powieścią Mam na imię Lucy.

Bracia Burgess nie wzbudzili już może aż takiego zachwytu. Niemniej, nadal była to opowieść o czymś.

Natomiast w przypadku Tego, co możliwe miałam już wrażenie pewnej wtórności w stosunku do Olive Kitteridge. Powracamy bowiem do Amgash, rodzinnej miejscowości Lucy Barton, i dostajemy kilka opowieści, w których przewijają się osoby i motywy w jakiś sposób związane ze znaną nam z powieści o pokonywaniu środowiskowych ograniczeń dzięki osobistym uzdolnieniom i determinacji bohaterką. I tak, protagonistami kolejnych historii zostają brat Lucy, były pracodawca jej ojca i szkolny woźny (w jednej osobie), jej siostrzenica, śliczne córki państwa Nicely (ich rodzice byli klientami matki Lucy, która dorabiała sobie szyciem), siostrzenica Lucy czy jej kuzyn Abel, z którym swego czasu szukała jedzenia w śmietniku za cukiernią, o czym zresztą mieszkańcy Amgash do dziś pamiętają. Tylko w jedym opowiadaniu pojawia się na pierwszym planie sama Lucy – po latach, po śmierci rodziców, podejmuje próbę spotkania z rodzeństwem w ich dawnym wspólnym domu (obecnie zajmowanym przez jej brata, starego kawalera Pete’a, powszechnie uważanego za opóźnionego w rozwoju). Próba kończy się gwałtownym atakiem paniki i pośpieszną rejteradą, potwierdzającą dobitnie, że cały sukces Lucy to tylko krucha fasada, a demony przeszłości nadal ją prześladują. Nie zyskała na tyle siły i pewności siebie, by przetrwać otwartą konfrontację ze wspomnieniami rodzeństwa. Które to wspomnienia, co uważam za bardzo znamienne, w znaczącym stopniu odbiegają od jej własnych. Brat i siostra uważają ją na przykład – i to zgodnie! – za ulubienicę matki. Są też zdania, że tylko dzięki swojej uprzywilejowanej pozycji Lucy mogła codziennie zostawać w szkole po lekcjach i rozwijać posiadane uzdolnienia. Ta część opowieści stanowi zatem interesujące uzupełnienie historii z Mam na imię Lucy. Potwierdza również moją ówczesną czytelniczą intuicję, zgodnie z którą wersja zdarzeń narratorki nie zasługiwała na bezwarunkowe zaufanie.

Zaś co do reszty opowiadań, z czysto formalnego punktu widzenia trudno postawić im jakiekolwiek konkretne zarzuty. Wszystkie powielają sprawdzoną pisarską metodę Strout – stylistycznie oszczędny, kameralny realizm, skupienie na jednostkowej historii, na pierwszy rzut oka przeciętnej do bólu, a jednak – jak się zawsze ostatecznie okazuje – w jakiś sposób wstrząsającej, szokującej, niesmacznej czy po prostu przejmująco smutnej. Trochę wprawdzie trudno uwierzyć, że na kogo by w prowincjonalnym Amgash nie spojrzeć, ten skrywa jakiś mroczny sekret, ale powiedzmy, że czysto teoretycznie jest to możliwe. Przy entym powtórzeniu ten chwyt przestaje jednak robić wrażenie, a zestawieni ze sobą bohaterowie odbierają wiarygodność sobie nawzajem, choć zdaję sobie sprawę, jak paradoksalnie to brzmi.

Być może się czepiam, ale razi ograniczony wachlarz rozwiązań warsztatowych, jakie autorka ma do dyspozycji. Oczekiwałam czegoś więcej, jakichś nowości, a nie po raz kolejny tego samego. Z drugiej strony, w grupie czytelników pisarki jestem najprawdopodobniej w mniejszości, bo każda sygnowana przez nią pozycja odnosi sprzedażowy sukces. Czytanie Strout stało się modne.

sobota, 05 stycznia 2019
Wszystko wolno, hulaj dusza (Miranda July, Pierwszy bandzior)
Wiem, że zalegam z podsumowaniem filmowym i serialowym, ale rok nie zaczął się dobrze. Padł mi twardy dysk, na którym miałam wszystko, a nie miałam kopii zapasowej. Komputer powędrował do sprzedawcy w ramach rękojmi, a ja zostałam z frustracją wygenerowaną przez własną głupotę. Rada na nowy rok - sprawcie sobie chmurę do przechowywania danych i korzystajcie z niej regularnie!
To idealny nastrój, żeby wam opisać, jak mi się czytało ostatnią zeszłoroczną lekturę, a zarazem drugą powieść z katalogu Wydawnictwa Pauza.

A było to doświadczenie przedziwne. Cheryl to taka Bridget Jones 15 lat później, tylko z mniejszym szczęściem do facetów, a większą obsesją na punkcie zachowywania ładu dookoła (poprzez minimalizowanie ilości posiadanych i używanych przedmiotów oraz ograniczanie wszelkich aktywności). Ten system działa całkiem dobrze, dopóki nie wprowadza się do niej córka szefostwa - Cheryl pracuje w firmie dystrybuującej filmiki nauczające samoobrony, obecnie skrzyżowanej z fitnessem. Clee jest młoda, leniwa i niechlujna, zalęga się na kanapie w salonie i żywi gotowymi  potrawami do mikrofalówki, a skrajnie nieasertywna Cheryl stara się unikać konfrontacji.

I wtedy autorka zmienia konwencję, porzuca ironiczny, ale mimo wszystko realizm, każe swoim bohaterkom komunikować się przez przemoc fizyczną (Clee jest agresorką), co w przedziwny sposób uwalnia Cheryl od przypadłości zwanej globus histericus, czyli dławiącej kuli w gardle. Swoją drogą, nie wiem, jak wy, ale ja do tej pory kojarzyłam globusa z udawaną migreną, zarezerwowaną dla wyższych sfer. Okazuje się, że jest to jeden z objawów nerwicy. Na tym jednak skutki komunikacji poprzez napaść się nie kończą  - Cheryl zaczyna mieć obsesyjne i gargantuiczne fantazje seksualne na temat Clee oraz odkrywa swoja lesbijską tożsamość, a młodsza dziewczyna, jak się z czasem okazuje, odwzajemnia jej uczucie.

Nie jest to wszystko jednak takie proste (ha, proste!), jakby się wydawać mogło, gdyż powieść - bez ostrzeżenia - skręca w zupełnie inną alejkę - pojawia się ciąża, trudny poród i jego konsekwencje, a następnie wpływ opieki nad dzieckiem na relacje obu bohaterek. Zakończenie jest niejednoznaczne - Cheryl zostaje wykorzystana, ale też zyskuje coś cennego.

Całość jest niewątpliwie nietypowa - szalona, niejednorodna i nie dla konwencjonalnego czytelnika. Taki prawdopodobnie szybko odpadnie, bo July się nie certoli - logika i umiar są jej obce. Fascynuje ją natomiast fizjologia, fizyczność i seks. Szczerze mówiąc - przy całej mojej otwartości na wszelkiego rodzaju eksperymenty i braku pruderii - było to dla mnie niesmaczne, obrzydliwe, a nade wszystko bardzo często pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia. Przed sztuką dla sztuki i przesuwaniem granicy, żeby wyśmiać jako zaściankowego i ograniczonego czytelnika, którego wrażliwość tego eksperymentu nie wytrzyma, klękać nie zwykłam. Literatura musi być o czymś, i Pierwszy bandzior niewątpliwie jest - o samotności, lęku, próbach poszukiwania i nieoczekiwanych odkryciach. Na tej płaszczyźnie byłby przekonujący (choć i żadnej Ameryki by nie odkrył) bez wszystkich tych skandalizujących fajerwerków, które mają go sprzedać publiczności jako ambitne novum.

Byłam ciekawa, została porwana w wir fascynująco-odrażającej narracji, ale nie wypadłam z niego olśniona. Można, ale zdecydowanie nie trzeba. Lektura na jedno wolne popołudnie, gdyby wam się bardzo nudziło.

niedziela, 30 grudnia 2018
Bilans czytelniczy 2018

Przeczytanych: 60. Cóż mogę powiedzieć - za to przeczytałam dużo grubych książek. Sporo czasu wolnego poświęcałam też w tym roku na naukę. Najbardziej owocny czytelniczo był czerwiec, kiedy to przeczytałam 9 książek. Zagranicznych: 39. Polskich: 21. Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy, to 6 reportaży, 10 pozycji fantastycznych (stały spadek, a byłoby jeszcze mniej, gdyby nie nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego), 19 kryminałów, a reszta to proza obyczajowa i szeroko pojęte biografie, eseje i różne takie trudne do jednoznacznego skategoryzowania pozycje, jak choćby Młyny boże. Zapiski o Kościele i zagładzie Jacka Leociaka.

NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

1) Larry McMurtry Na południe od Brazos – znakomity, epicki antywestern, jedyna tegoroczna 6.0. Próbę spisania czytelniczych wrażeń, którą podjęłam z dużym opóźnieniem, uważam za dalece nieadekwatną. Jeśli jednak lubicie rozlewne opowieści o ludziach i przewrotności losu, nie będziecie żałowali czasu poświęconego tej wspaniałej cegle.

Jedną z tegorocznych pozycji oceniłam na 5.0 w Biblionetkowej skali. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była chyba nieco niższa niż w 2017 (wtedy były cztery „piątki”), ale możliwe, że to tylko ja zrobiłam się bardziej wymagająca. Tylko sześciokrotnie wystawiłam 4,5, a  3,5 lub 4.0 - 44 razy (o dwa mniej niż w roku ubiegłym, kiedy ilość lektur była o 2 większa).

2) Don Winslow Z psich pazurów - to jedyna tegoroczna 5.0. Długo i wytrwale szukałam tekstu, ale zdecydowanie było warto. Niezwykłe połączenie ponurych faktów o handlu narkotykami i pasjonującej obyczajowej historii. Więcej na temat wrażeń z lektury tutaj. Od siebie dodam tylko, że trzymam mocno kciuki za ekranizację, bo może wtedy wznowią tom pierwszy i wydadzą sequel – The Cartel. Ja nie będę na to czekać, pozyskałam już wersję oryginalną i niewątpliwie przeczytam ją w nadchodzącym 2019 roku.

3) Amor Towles Dżentelmen w Moskwie - z wybraniem laureata trzeciego miejsca miałam tym razem problem, bo wahałam się między perypetiami hrabiego w hotelu Metropol a Cieniami Wojciecha Chmielarza i Pachinko Min Jin Lee. Wygrał Rostow, bo jego przygody emanują niezwykłym ciepłem i wiarą w człowieka, nawet wplątanego w tryby okrutnej historii.

 NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

Już w zasadzie nie jestem recenzentką, piszę oficjalne, poza blogowe teksty zupełnie incydentalnie. Ale potwierdza się mimo to, że nawet na recenzenckich ograniczonych do absolutnego minimum można się sparzyć wyjątkowo spektakularnie, czego dowodem tegoroczny tryumfator tej kategorii:

1) Bernard Minier, którego Noc bez wysiłku zbiera tegoroczny laur, ale nawet mi się nad nią za bardzo pastwić nie chce, bo już to zrobiłam w recenzji. Jedyne tegoroczne 2.0 i była to najniższa ocena.

2) J. K. Rowling Zabójcza biel - tu było troszeczkę lepiej, a jednak znacznie gorzej, bo tej autorce, mistrzyni snucia opowieści, zawiesiłam poprzeczkę dość wysoko. Nawet się do niej tym razem nie zbliżyła, po trzech latach oczekiwania oferując kryminał, w którym do połowy zupełnie nic się nie dzieje, a kiedy już zaczyna, to sztampowo, koturnowo i rozczarowująco.

3) Jussi Adler - Olsen Kartoteka 64 – cykl o Departamencie Q to taka sinusoida, a to jej – jak do tej pory – zdecydowanie najniższy punkt. Dziwny przekład, fizjologiczny humor, przerysowany czarny charakter, fabularnie słabiutka zrzynka z Christie.

NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Min Jin Lee Pachinko – spodziewałam się nadmuchanego marketingowo taniego romansidła, a dostałam poruszającą rodzinną sagę.

NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

Mogłabym tu wstawić Nesbo, Rowling, Miniera, a nawet zachwalanego powszechnie Ellisona. Ale zdecyduję się, dość nietypowo, na powieść, którą oceniłam jako dobrą, a mimo to poczułam się nią negatywnie zaskoczona. George Saunders, Lincoln w Bardo. Przy czym to zaskoczenie to nie tyle wina samej książki, co towarzyszącej jej promocji, która upewniła mnie, że oto będę obcować z utworem absolutnie wyjątkowym. A dostałam rzecz istotnie dość ciekawą formalnie, ale nie rewelacyjną, na żadnym poziomie.

 ODKRYCIE ROKU

Gabriel Tallent – błyskotliwy debiutant, mocno wierzę, że nie okaże się autorem jednego tytułu

 ULUBIONY NOWY BOHATER

TurtleMojej najdroższej Gabriela Tallenta – dzielna dziewczyna.

 KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Jo Nesbo Macbeth -  ta powieść to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie i zarazem dowód, że można pisać znakomite współczesne kryminały i nie mieć pojęcia o sensownym, twórczym adaptowaniu klasyki literatury. Jako wariację na temat Makbeta polecam Trzy wiedźmy Pratchetta.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 118
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka