sobota, 12 stycznia 2019
Magia się wyczerpuje (Elisabeth Strout, To, co możliwe)

Kiedyś nie rozumiałam, co się niektórym recenzentom nie podoba w pisarstwie Strout. Byłam zachwycona opowiadaniami o Olive Kitteridge i powieścią Mam na imię Lucy.

Bracia Burgess nie wzbudzili już może aż takiego zachwytu. Niemniej, nadal była to opowieść o czymś.

Natomiast w przypadku Tego, co możliwe miałam już wrażenie pewnej wtórności w stosunku do Olive Kitteridge. Powracamy bowiem do Amgash, rodzinnej miejscowości Lucy Barton, i dostajemy kilka opowieści, w których przewijają się osoby i motywy w jakiś sposób związane ze znaną nam z powieści o pokonywaniu środowiskowych ograniczeń dzięki osobistym uzdolnieniom i determinacji bohaterką. I tak, protagonistami kolejnych historii zostają brat Lucy, były pracodawca jej ojca i szkolny woźny (w jednej osobie), jej siostrzenica, śliczne córki państwa Nicely (ich rodzice byli klientami matki Lucy, która dorabiała sobie szyciem), siostrzenica Lucy czy jej kuzyn Abel, z którym swego czasu szukała jedzenia w śmietniku za cukiernią, o czym zresztą mieszkańcy Amgash do dziś pamiętają. Tylko w jedym opowiadaniu pojawia się na pierwszym planie sama Lucy – po latach, po śmierci rodziców, podejmuje próbę spotkania z rodzeństwem w ich dawnym wspólnym domu (obecnie zajmowanym przez jej brata, starego kawalera Pete’a, powszechnie uważanego za opóźnionego w rozwoju). Próba kończy się gwałtownym atakiem paniki i pośpieszną rejteradą, potwierdzającą dobitnie, że cały sukces Lucy to tylko krucha fasada, a demony przeszłości nadal ją prześladują. Nie zyskała na tyle siły i pewności siebie, by przetrwać otwartą konfrontację ze wspomnieniami rodzeństwa. Które to wspomnienia, co uważam za bardzo znamienne, w znaczącym stopniu odbiegają od jej własnych. Brat i siostra uważają ją na przykład – i to zgodnie! – za ulubienicę matki. Są też zdania, że tylko dzięki swojej uprzywilejowanej pozycji Lucy mogła codziennie zostawać w szkole po lekcjach i rozwijać posiadane uzdolnienia. Ta część opowieści stanowi zatem interesujące uzupełnienie historii z Mam na imię Lucy. Potwierdza również moją ówczesną czytelniczą intuicję, zgodnie z którą wersja zdarzeń narratorki nie zasługiwała na bezwarunkowe zaufanie.

Zaś co do reszty opowiadań, z czysto formalnego punktu widzenia trudno postawić im jakiekolwiek konkretne zarzuty. Wszystkie powielają sprawdzoną pisarską metodę Strout – stylistycznie oszczędny, kameralny realizm, skupienie na jednostkowej historii, na pierwszy rzut oka przeciętnej do bólu, a jednak – jak się zawsze ostatecznie okazuje – w jakiś sposób wstrząsającej, szokującej, niesmacznej czy po prostu przejmująco smutnej. Trochę wprawdzie trudno uwierzyć, że na kogo by w prowincjonalnym Amgash nie spojrzeć, ten skrywa jakiś mroczny sekret, ale powiedzmy, że czysto teoretycznie jest to możliwe. Przy entym powtórzeniu ten chwyt przestaje jednak robić wrażenie, a zestawieni ze sobą bohaterowie odbierają wiarygodność sobie nawzajem, choć zdaję sobie sprawę, jak paradoksalnie to brzmi.

Być może się czepiam, ale razi ograniczony wachlarz rozwiązań warsztatowych, jakie autorka ma do dyspozycji. Oczekiwałam czegoś więcej, jakichś nowości, a nie po raz kolejny tego samego. Z drugiej strony, w grupie czytelników pisarki jestem najprawdopodobniej w mniejszości, bo każda sygnowana przez nią pozycja odnosi sprzedażowy sukces. Czytanie Strout stało się modne.

sobota, 05 stycznia 2019
Wszystko wolno, hulaj dusza (Miranda July, Pierwszy bandzior)
Wiem, że zalegam z podsumowaniem filmowym i serialowym, ale rok nie zaczął się dobrze. Padł mi twardy dysk, na którym miałam wszystko, a nie miałam kopii zapasowej. Komputer powędrował do sprzedawcy w ramach rękojmi, a ja zostałam z frustracją wygenerowaną przez własną głupotę. Rada na nowy rok - sprawcie sobie chmurę do przechowywania danych i korzystajcie z niej regularnie!
To idealny nastrój, żeby wam opisać, jak mi się czytało ostatnią zeszłoroczną lekturę, a zarazem drugą powieść z katalogu Wydawnictwa Pauza.

A było to doświadczenie przedziwne. Cheryl to taka Bridget Jones 15 lat później, tylko z mniejszym szczęściem do facetów, a większą obsesją na punkcie zachowywania ładu dookoła (poprzez minimalizowanie ilości posiadanych i używanych przedmiotów oraz ograniczanie wszelkich aktywności). Ten system działa całkiem dobrze, dopóki nie wprowadza się do niej córka szefostwa - Cheryl pracuje w firmie dystrybuującej filmiki nauczające samoobrony, obecnie skrzyżowanej z fitnessem. Clee jest młoda, leniwa i niechlujna, zalęga się na kanapie w salonie i żywi gotowymi  potrawami do mikrofalówki, a skrajnie nieasertywna Cheryl stara się unikać konfrontacji.

I wtedy autorka zmienia konwencję, porzuca ironiczny, ale mimo wszystko realizm, każe swoim bohaterkom komunikować się przez przemoc fizyczną (Clee jest agresorką), co w przedziwny sposób uwalnia Cheryl od przypadłości zwanej globus histericus, czyli dławiącej kuli w gardle. Swoją drogą, nie wiem, jak wy, ale ja do tej pory kojarzyłam globusa z udawaną migreną, zarezerwowaną dla wyższych sfer. Okazuje się, że jest to jeden z objawów nerwicy. Na tym jednak skutki komunikacji poprzez napaść się nie kończą  - Cheryl zaczyna mieć obsesyjne i gargantuiczne fantazje seksualne na temat Clee oraz odkrywa swoja lesbijską tożsamość, a młodsza dziewczyna, jak się z czasem okazuje, odwzajemnia jej uczucie.

Nie jest to wszystko jednak takie proste (ha, proste!), jakby się wydawać mogło, gdyż powieść - bez ostrzeżenia - skręca w zupełnie inną alejkę - pojawia się ciąża, trudny poród i jego konsekwencje, a następnie wpływ opieki nad dzieckiem na relacje obu bohaterek. Zakończenie jest niejednoznaczne - Cheryl zostaje wykorzystana, ale też zyskuje coś cennego.

Całość jest niewątpliwie nietypowa - szalona, niejednorodna i nie dla konwencjonalnego czytelnika. Taki prawdopodobnie szybko odpadnie, bo July się nie certoli - logika i umiar są jej obce. Fascynuje ją natomiast fizjologia, fizyczność i seks. Szczerze mówiąc - przy całej mojej otwartości na wszelkiego rodzaju eksperymenty i braku pruderii - było to dla mnie niesmaczne, obrzydliwe, a nade wszystko bardzo często pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia. Przed sztuką dla sztuki i przesuwaniem granicy, żeby wyśmiać jako zaściankowego i ograniczonego czytelnika, którego wrażliwość tego eksperymentu nie wytrzyma, klękać nie zwykłam. Literatura musi być o czymś, i Pierwszy bandzior niewątpliwie jest - o samotności, lęku, próbach poszukiwania i nieoczekiwanych odkryciach. Na tej płaszczyźnie byłby przekonujący (choć i żadnej Ameryki by nie odkrył) bez wszystkich tych skandalizujących fajerwerków, które mają go sprzedać publiczności jako ambitne novum.

Byłam ciekawa, została porwana w wir fascynująco-odrażającej narracji, ale nie wypadłam z niego olśniona. Można, ale zdecydowanie nie trzeba. Lektura na jedno wolne popołudnie, gdyby wam się bardzo nudziło.

niedziela, 30 grudnia 2018
Bilans czytelniczy 2018

Przeczytanych: 60. Cóż mogę powiedzieć - za to przeczytałam dużo grubych książek. Sporo czasu wolnego poświęcałam też w tym roku na naukę. Najbardziej owocny czytelniczo był czerwiec, kiedy to przeczytałam 9 książek. Zagranicznych: 39. Polskich: 21. Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy, to 6 reportaży, 10 pozycji fantastycznych (stały spadek, a byłoby jeszcze mniej, gdyby nie nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego), 19 kryminałów, a reszta to proza obyczajowa i szeroko pojęte biografie, eseje i różne takie trudne do jednoznacznego skategoryzowania pozycje, jak choćby Młyny boże. Zapiski o Kościele i zagładzie Jacka Leociaka.

NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

1) Larry McMurtry Na południe od Brazos – znakomity, epicki antywestern, jedyna tegoroczna 6.0. Próbę spisania czytelniczych wrażeń, którą podjęłam z dużym opóźnieniem, uważam za dalece nieadekwatną. Jeśli jednak lubicie rozlewne opowieści o ludziach i przewrotności losu, nie będziecie żałowali czasu poświęconego tej wspaniałej cegle.

Jedną z tegorocznych pozycji oceniłam na 5.0 w Biblionetkowej skali. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była chyba nieco niższa niż w 2017 (wtedy były cztery „piątki”), ale możliwe, że to tylko ja zrobiłam się bardziej wymagająca. Tylko sześciokrotnie wystawiłam 4,5, a  3,5 lub 4.0 - 44 razy (o dwa mniej niż w roku ubiegłym, kiedy ilość lektur była o 2 większa).

2) Don Winslow Z psich pazurów - to jedyna tegoroczna 5.0. Długo i wytrwale szukałam tekstu, ale zdecydowanie było warto. Niezwykłe połączenie ponurych faktów o handlu narkotykami i pasjonującej obyczajowej historii. Więcej na temat wrażeń z lektury tutaj. Od siebie dodam tylko, że trzymam mocno kciuki za ekranizację, bo może wtedy wznowią tom pierwszy i wydadzą sequel – The Cartel. Ja nie będę na to czekać, pozyskałam już wersję oryginalną i niewątpliwie przeczytam ją w nadchodzącym 2019 roku.

3) Amor Towles Dżentelmen w Moskwie - z wybraniem laureata trzeciego miejsca miałam tym razem problem, bo wahałam się między perypetiami hrabiego w hotelu Metropol a Cieniami Wojciecha Chmielarza i Pachinko Min Jin Lee. Wygrał Rostow, bo jego przygody emanują niezwykłym ciepłem i wiarą w człowieka, nawet wplątanego w tryby okrutnej historii.

 NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

Już w zasadzie nie jestem recenzentką, piszę oficjalne, poza blogowe teksty zupełnie incydentalnie. Ale potwierdza się mimo to, że nawet na recenzenckich ograniczonych do absolutnego minimum można się sparzyć wyjątkowo spektakularnie, czego dowodem tegoroczny tryumfator tej kategorii:

1) Bernard Minier, którego Noc bez wysiłku zbiera tegoroczny laur, ale nawet mi się nad nią za bardzo pastwić nie chce, bo już to zrobiłam w recenzji. Jedyne tegoroczne 2.0 i była to najniższa ocena.

2) J. K. Rowling Zabójcza biel - tu było troszeczkę lepiej, a jednak znacznie gorzej, bo tej autorce, mistrzyni snucia opowieści, zawiesiłam poprzeczkę dość wysoko. Nawet się do niej tym razem nie zbliżyła, po trzech latach oczekiwania oferując kryminał, w którym do połowy zupełnie nic się nie dzieje, a kiedy już zaczyna, to sztampowo, koturnowo i rozczarowująco.

3) Jussi Adler - Olsen Kartoteka 64 – cykl o Departamencie Q to taka sinusoida, a to jej – jak do tej pory – zdecydowanie najniższy punkt. Dziwny przekład, fizjologiczny humor, przerysowany czarny charakter, fabularnie słabiutka zrzynka z Christie.

NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Min Jin Lee Pachinko – spodziewałam się nadmuchanego marketingowo taniego romansidła, a dostałam poruszającą rodzinną sagę.

NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

Mogłabym tu wstawić Nesbo, Rowling, Miniera, a nawet zachwalanego powszechnie Ellisona. Ale zdecyduję się, dość nietypowo, na powieść, którą oceniłam jako dobrą, a mimo to poczułam się nią negatywnie zaskoczona. George Saunders, Lincoln w Bardo. Przy czym to zaskoczenie to nie tyle wina samej książki, co towarzyszącej jej promocji, która upewniła mnie, że oto będę obcować z utworem absolutnie wyjątkowym. A dostałam rzecz istotnie dość ciekawą formalnie, ale nie rewelacyjną, na żadnym poziomie.

 ODKRYCIE ROKU

Gabriel Tallent – błyskotliwy debiutant, mocno wierzę, że nie okaże się autorem jednego tytułu

 ULUBIONY NOWY BOHATER

TurtleMojej najdroższej Gabriela Tallenta – dzielna dziewczyna.

 KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Jo Nesbo Macbeth -  ta powieść to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie i zarazem dowód, że można pisać znakomite współczesne kryminały i nie mieć pojęcia o sensownym, twórczym adaptowaniu klasyki literatury. Jako wariację na temat Makbeta polecam Trzy wiedźmy Pratchetta.

sobota, 29 grudnia 2018
Każdy z nas ma tylko jedną historię miłości (Julian Barnes, Jedyna historia)
Po zachwycie Zgiełkiem czasu obiecywałam sobie, że szybko sięgnę po inne pozycje z dorobku autora, ale, jak to zwykle bywa z  tego typu deklaracjami, zaginęły w pomroce dziejów, przywalone stosami pilniejszych, ciekawszych oraz zupełnie przypadkowych lektur. Dopiero w czasie świątecznej przerwy sięgnęłam po Jedyną historię i mam po zakończeniu lektury co najmniej mieszane uczucia.

Jedyna historia to opowieść igrająca ze schematami fabularnymi i z oczekiwaniami czytelnika w zasadzie od początku do końca. Fabuła może wydawać się typowa do granic sztampowości, nawet mimo odwrócenia genderowego schematu. Bowiem to nie nastoletnia dziewczyna, ucząca się życia i miłości, zostaje uwiedziona przez zramolałego starca, ale dziewiętnastoletni student pada ofiarą niemal pięćdziesięcioletniej sąsiadki i swojej partnerki z tenisowego kortu. Potem też jest raczej nietypowo, gdyż relacja między tymi dwojgiem nie ogranicza się do wakacyjnej przerwy, ale trwa całymi latami, pod okiem rodziców Romea i męża oraz córek Julii. Co jednak jest tutaj najciekawsze, to nie rozwój samego romansu, ale szkicowany niby to mimochodem i na marginesie portret kochanka, Caseya Paula. Oszołomiony siłą pierwszego prawdziwego uczucia, ale i zafascynowany jego nietypowością, chłopak czuje się lepszy nie tylko od rodziców, których postrzega jako nudziarzy uwięzionych w utartych koleinach małomiasteczkowej egzystencji, ale także od rówieśników, którzy - w jego ocenie - nie mogą konkurować swoimi typowymi flirtami i zadurzeniami z jego barwnym pas a deux.

Na fali samozachwytu bohater podejmuje radykalne życiowe decyzje (przeprowadzka, zmiana kierunku nauki), które jednak dają mu jedynie przejściowe zadowolenie. Szybko bowiem okazuje się, że wyjątkowość jego ukochanej ma bardzo prozaiczną mroczną stronę - nałóg alkoholowy. Jednocześnie Paul znajduje się w niezbyt zręcznym położeniu - w trakcie wydłużającej się nauki pozostaje na utrzymaniu partnerki, nie bardzo może jej więc czynić jakiekolwiek wymówki co do stylu życia. Starsza kochanka z ekscytującego wyzwania staje się kłopotliwym zobowiązaniem, a szybko okazuje się, że lojalność wobec pierwszej miłości nie znajduje uznania, ani nawet zrozumienia, w oczach kolejnych partnerek. Ostatecznie zatem Paul kończy jako samotny emocjonalny elektron, wolny od oków banału, ale i samotny. Rozpamiętujący w nieskończoność konsekwencje jednego zauroczenia. Czy było warto – zdaje się pytać autor, a czytelnik ma niejaki kłopot z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi.

Czyli w zasadzie przedsięwzięcie pisarskie należałoby ocenić jako udane, bo niepokoi, skłania do przemyśleń i porusza w duszy jakieś mało używane struny. Jest jednak z tą opowieścią pewien podstawowy problem – nie wierzę w Paula. Nie mówię, że takich ludzi i scenariuszy nie ma, ale ta konkretna osoba napisana została w sposób skrajnie niewiarygodny, i to nie jest ten typ nieprawdopodobieństwa, który budzi podskórną zazdrość i zachęca do zawieszenia niewiary na czas lektury. Dla mnie Paul jako typ ludzki jest po prostu odrażający – nie ma najmniejszego problemu z życiem latami na koszt kochanki – pijaczki, co więcej, od jakichkolwiek realnych emocjonalnych zobowiązań wymiguje się rzekomą lojalnością wobec Susan. Jednocześnie, gdy rzeczywistość wystawia te deklaracje przywiązania na próbę, naszego dzielnego rycerza na białym rumaku brak – problemem ma się zająć rodzina kobiety, a w końcu instytucje państwowe. Powiecie, że to właśnie realizm najczystszej próby i czego ja się właściwie czepiam?

Obiektywnie przyznam wam rację, subiektywnie dysonans pomiędzy deklaracjami narratora a sferą faktyczną jest dla mnie w tym wydaniu nie do przełknięcia.  Nie jest to zła powieść, ale w jakiś sposób wewnętrznie niespójna, zbyt odrealniona w podstawowych założeniach, a równocześnie za gorzko realistyczna w konkluzjach. Jak ładny kolorowy cukierek, który okazuje się mieć smak anyżku.

P.S. Przekład Dominiki Lewandowskiej - Rodak też jest jakiś przedziwny. W początkowej części roi się od koślawych, fałszywie brzmiących zdań, później styl ulega znacznemu wygładzeniu. Może odzwierciedla to styl oryginału, w którym Paul jako młodzik początkowo pisał bardziej nieporadnie (nie konfrontowałam), ale mocno wątpię, gdyż całość wygląda na wspomnienia spisywane z perspektywy całego życia.
sobota, 22 grudnia 2018
Kilkanaście rzutów kostką i kawa na ławę, albo Co tam, panie, w Meekhanie? (Robert M. Wegner, Każde martwe marzenie)
Moja relacja z cyklem fantasy Opowieści z meekhańskiego pogranicza ma w sobie lekką nutkę masochizmu. Podobały mi się opowiadania (choć nie wszystkie w jednakowym stopniu), nie podobała pierwsza powieść, bardzo przypadła do gustu druga, a o trzeciej i najnowszej nadal nie do końca wiem, co myśleć. Ta notka ma być sposobem uporządkowania wrażeń, więc może się okazać nieco chaotyczna, za co z góry przepraszam. Postaram się jednak unikać spoilerów, na ile to będzie możliwe. Na Każde martwe marzenie czytelnicy czekali trzy lata, co, biorąc pod uwagę zakończenie Pamięci wszystkich słów, z pewnością podkręciło oczekiwania odnośnie do zawartości tych niemal 750 stron. Co znajdziemy w środku?

Dalsze losy szóstej kompanii szóstego pułku Górskiej Straży, portowego złodziejaszka Altsina (czy raczej nowego bytu, którym chłopak stał się po wyczerpującym starciu, zakończonym objęciem fragmentu duszy awenderi jednego z najpotężniejszych bóstw), issarskiej wojowniczki Deany i grupy uzdolnionych magicznie wyrzutków przygarniętych przez wielkiego imperialnego generała. Przy czym, co autor wyraźnie sygnalizował w zakończeniu poprzedniego tomu, poszczególne wątki połączą się. Zaś jako klamrę narracyjną porządkującą opowieść i dającą wgląd w całościową sytuację geopolityczną imperium Wegner proponuje przebitki na spotkania cesarza z szefami wywiadu wewnętrznego i zewnętrznego. Formalnie mucha nie siada, nic, tylko snuć porywającą opowieść, pod którą poprzednie odsłony pieczołowicie przygotowały grunt. Wszak na Południu aż się gotuje i starcie armii Białego Konoweryn ze zbuntowanymi niewolnikami wydaje się nie do uniknięcia (znakomita okazja do kolejnych epickich scen batalistycznych, w których autor czuje się jak ryba w wodzie, by przypomnieć choćby szturm na Martwy Kwiat). A na Północy zima nie chce odejść i nie bez przyczyny umierający drzewny bożek posłał tam Altsina, by wyjaśnił ów niepokojący fenomen.

Teoretycznie – uczta. Rzut oka na fabułę z perspektywy ostatniej strony również nie pozwala jej nic zarzucić. Jest spójna i potwierdza niezbicie, że Robert M. Wegner już od pierwszych tekstów ze swojego uniwersum miał precyzyjny plan całej historii i nie stracił nad nią kontroli nawet przez moment. Pozornie nieistotne drobiazgi z perspektywy opisywanych obecnie wydarzeń zyskują nowe znaczenie i wpisują się w kluczowe wątki fabularne. Ręce powinny same składać się do oklasków, bo taki stopień precyzji przy równie rozległym i detalicznym materiale, tworzonym wszak na przestrzeni wielu lat, zasługuje na  najwyższy szacunek.

A jednak – nie składają się. Bo przez zdecydowaną większość czasu nie ma w tym życia, które sprawiłoby, że historia mnie poniesie. Wątki – zwłaszcza Szóstek i Key’li (nie wspomniałam o niej wcześniej, bo jej po prostu nie znoszę, ale oczywiście przygody Wozackiej Męczenniczki po drugiej stronie Mroku okażą się mieć finalnie absolutnie kluczowe znaczenie) – rozwijają się przeraźliwie wolno i dodatkowo odrywają czytelnika od interesującego rozwoju konfliktu na Południu, bo narracja prowadzona jest naprzemiennie. Dopiero końcowa ćwiartka całości to dynamiczny rozwój wypadków, gdzie możemy przestać mieć poczucie, że obcujemy ze szczegółowo rozpisanym scenariuszem sesji RPG, i zacząć po prostu cieszyć się lekturą.

No właśnie, wrażenie sztuczności i mechanicznych działań postaci, niczym pionków przesuwających się na określone pole na planszy po rzucie kostką, przeszkadzało mi w wątkach Północnym i Mrocznym zdecydowanie najbardziej. Ale to opis wielkiej bitwy na Południu pozwolił mi zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Umiejętności warsztatowe Roberta M. Wegnera po prostu nie dorastają do jego wielkiej, szczegółowej i niewątpliwie imponującej koncepcji światotwórczo-fabularnej. Bez koncepcji nici z historii, ale bez odpowiedniego warsztatu nawet najlepsza historia nie stanie się naprawdę dobrą literaturą. Dalibyście opisać bitwę pod Pomwe Kayowi, Hobb albo Sapkowskiemu i gwarantuję wam, że w efekcie nawet przy najtańszych melodramatycznych zagrywkach taka cyniczka jak ja miałaby łzy w oczach, bo warsztat i sprawność stylistyczna tych autorów sprawiłyby, że – nawet widząc tani szkielet – mogłabym przymknąć na niego oko. Moje serce byłoby z każdym szeregowcem, bo nawet postaci epizodyczne miałyby w sobie życie. A efektowne rozwiązania nie byłyby efektowne tylko w teorii, ale naprawdę robiłyby wrażenie. Natomiast gdy Wegner, traktujący postaci zadaniowo, a wszystkie partie opisowe realizujący tym samym suchym, niezróżnicowanym stylem, przypominającym wojskowy raport, wyciąga w końcu z rękawa swoje asy, reakcja moja jako czytelnika to chłodne i pozbawione emocji przyjęcie faktów do wiadomości. Chciałabym czegoś więcej, ale ten autor nie może mi tego dać. Dlatego dominującym uczuciem po lekturze jest poczucie zmarnowanego potencjału genialnej historii.

Bo nawet swoją koncepcję fabularną Wegner ostatecznie w partiach finałowych po prostu wkłada w usta dwóch różnych postaci, które na koniec wygłaszają wykłady, żeby na pewno nie było wątpliwości, że wszyscy widzą i rozumieją, jak wszystko do siebie pasuje, do czego zmierza i że teraz trzeba klaskać.

Z przykrością odmawiam aplauzu.

P.S. Mam wrażenie, że spoilerów brak:)
niedziela, 09 grudnia 2018
Gdy białe noce nie dają spać (Ann Cleeves, Biel nocy)
Tym razem na Szetlandach mamy lato, które pod pewnymi względami bywa równie trudne jak ponura zima. A to z powodu białych nocy, gdy słonce niemal nie znika za horyzontem, a normalny sen staje się wyzwaniem nawet dla przyzwyczajonych do tego zjawiska miejscowych. Czy to z przemęczenia tajemniczy przyjezdny postanowił ze sobą skończyć i powiesił się w szopie na sprzęt rybacki w niewielkim przysiółku Bidista?
Jimmy Perez może i chciałby w to wierzyć, jednak jego złudzenia szybko zostają rozwiane przez lekarski werdykt - ktoś pomógł obcemu przenieść się na tamten świat, a następnie upozorował samobójstwo. Znów trzeba wzywać wsparcie z Inverness, ale i tak to Perez pokieruje śledztwem. Miejscowi mu ufają, a w tak zamkniętej społeczności to kluczowe i ważniejsze od oficjalnej służbowej hierarchii. Skąd się wziął obcy? Dlaczego sabotował wernisaż miejscowej malarki, która konsekwentnie zaprzecza, by go kiedykolwiek spotkała, a tym bardziej uraziła?

Niespiesznie rozwiązując te zagadki, Ann Cleeves wplata w opis działań policji obrazy z letniej codzienności wyspiarzy, takie jak strzyża owiec. Autorka ma niezwykły talent do budowania atmosfery, obserwacji dzikiej i nieokiełznanej przyrody oraz portretowania rutyny w sposób, który dodatkowo potęguje realizm wdzierającego się w nią dramatu. Obok postaci przedstawionych już czytelnikowi na kartach Czerni kruka pojawiają się nowe – skazani na siebie i żyjący wspomnieniami przeszłości nieliczni mieszkańcy odizolowanego Bidista oraz ekscentryczny pisarz, twórca powieści fantasy, który postanowił porzucić wielki świat i zamieszkać na uboczu.

Kwartet szetlandzki raczej nie jest dla fanów szybkiej akcji, to proza mocno introspektywna, skupiona na społeczno-psychologicznych korzeniach przestępstwa, gdzie przełomu w śledztwie dostarcza zwykle pogłębiona analiza relacji międzyludzkich. Dlatego tak ważny jest sposób prezentacji bohaterów – autorka robi to bez uprzedzeń, nie sugerując czytelnikowi, kogo powinien polubić, a kogo obdarzyć antypatią. U niej wszyscy są zwykłymi ludźmi, posiadającymi zarówno wady, jak i zalety, a każdy – łącznie z policjantami – dźwiga bagaż przeszłych doświadczeń, które mimochodem determinują jego działania, wybory i postrzeganie rzeczywistości. Gwarantuje to za każdym razem zaskoczenie tożsamością sprawcy (choć gdybym bardziej uważała, tym razem mogłabym zgadnąć, o czym w przypadku Czerni kruka nie było mowy), bo niemal wszyscy są podejrzani w jednakowym stopniu. A winny nie jest dehumanizowany – przeciwnie, jego motywacja ostatecznie wydaje się w jakimś stopniu zrozumiała. Każdy z nas może zostać zabójcą, zdaje się mówić Cleeves, to tylko kwestia warunków brzegowych. Teza bardzo prawdziwa, a rzadko stawiana tak mocno i uzasadniana tak konsekwentnie w literackiej fikcji.

Według mnie to naprawdę dobry kryminał, dlatego ucieszyłam się na wieść, że premierowy trzeci tom cyklu – Czerwień kości – ukaże się już w styczniu 2019. Tak trzymać, Wydawnictwo Czwarta Strona!

P.S. Peter May powinien zapisać się do Ann Cleeves na korepetycje z tworzenia realistycznych wątków obyczajowych i ogólnie z kreowania postaci.

niedziela, 02 grudnia 2018
Daj dziecku mądrze napisany elementarz, a zmienisz nie tylko jego świat (Neal Stephenson, Epoka diamentu)
Najpierw będzie autotematyczny wtręt czytelniczy, więc – jeśli kogoś nie interesuje historia mojej fascynacji pisarstwem Neala Stephensona – może od razu przejść do kolejnego akapitu. Otóż zaczęło się w 2003 roku, w początkach mojej przygody z fantastyką, od pierwszego tomu Cyklu barokowego, czyli Żywego srebra. Ten wspaniały miks gatunków po prostu rzucił mnie na kolana i nawet podjęłam szaleńczą próbę przeczytania drugiego tomu, czyli Zamętu, w oryginale, bo MAG wydawał trylogię niespiesznie i w ośmiu kawałkach. Szybko jednak zaniechałam, bo i po polsku jest to tekst bardzo wymagający, mocno osadzony w historii i rozmaitych dziedzinach nauki. Myślałam, że to opus magnum autora, jednak Peanatema, traktat filozoficzny w kosmicznym sztafażu, przekonała mnie, że się myliłam. I że Neal jest jeszcze mądrzejszy, niż myślałam, a jednocześnie posiada niezwykły dar przystępnego przekazywania swoich przemyśleń czytelnikowi. Potem dopadłam wcześniejszy chronologicznie, choć z akcją rozgrywającą się o wiele później i licznymi nawiązaniami do Cyklu barokowego, Cryptonomicon. I pomyślałam, że Stephenson jest po prostu geniuszem. Rozumiem, że nie wszystkim opisana tam opowieść może się wydać fascynująca – nie każdy interesuje się historią drugiej wojny światowej, programowaniem czy kryptografią, a to właśnie wokół tych zagadnień skupiają się główne wątki fabuły, będącej jednak przede wszystkim hołdem dla nieograniczonego potencjału ludzkiego intelektu. Ten element łączy Cryptonomicon nie tylko z Peanatemą, ale także z Cyklem barokowym. I tak sobie trwałam w zachwycie, również powszechnie krytykowanym w środowisku fanów fantastyki sensacyjnym Reamde. Aż przyszło 7 EW, powieść świadcząca, co się może zdarzyć, gdy autor da się ponieść hermetycznej naukowej stronie zagadnienia i zapomni dać szaraczkowi czytelnikowi fabułę.

Chciałam znowu pokochać Neala i w tym celu planowałam sięgnąć po kurzący się na półce od 2005 roku Diamentowy wiek w wydaniu ISY (mam jeszcze takąż Zamieć). Nim jednak przekułam zamiary w czyn, ukazał się nowy przekład powieści, autorstwa jednego z moich ulubionych tłumaczy, czyli Wojciecha Szypuły. I tę wersję, zachęcona dodatkowo informacjami o pominiętych w poprzedniej fragmentach, wybrałam. Zaczynałam z fascynacją, gdyż Stephenson, jak zwykle, miał pomysł na świat przedstawiony. Oto rzeczywistość po nanotechnologicznym przełomie, w której ludzkość nie musi się już martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo jedzenie, najtańsze ubrania i podstawowe sprzęty każdy kompiluje sobie za darmo w publicznych kompilatorach materii. Czy dzięki temu zapanowała równość społeczna? Wręcz przeciwnie, ludzie, o ile to tylko możliwe, stali się jeszcze większymi snobami, zamykając się w elitarnych społecznościach zwanych fylami, z których każda hołduje innym wartościom. Mamy na przykład Neowiktorian, restrykcyjnie przestrzegających norm rodem z XIX wieku. Zaś postęp wykorzystano m.in. do rozwinięcia tak zaawansowanych narzędzi inwigilacyjnych, że o rewolucji, gdyby ktoś chciał – choćby z nudów – takową przeprowadzić, nie ma co marzyć. Struktura klasowa dzięki nanobotom została zacementowana na dobre.

I tu, tradycyjnie dla autora, na scenę wkracza geniusz – John Hackworth, neowiktoriański specjalista od projektowania nowych nanotechnologicznych urządzeń. Na polecenie jednego z najważniejszych lordów udziałowców swojej fyli ma stworzyć dla jego wnuczki interaktywny elementarz, który wychowa dziewczynkę inaczej, niż by sobie tego życzyli jej rodzice. Nauczy ją odważnego, nieszablonowego, a nade wszystko samodzielnego myślenia. Nagrodą za wykonanie zlecenia ma być tytuł szlachecki, jednak dla ludzi takich jak nasz bohater to jedynie dodatkowa, czysto formalna zachęta. Samo wyzwanie i natura projektu to więcej niż dostateczna zapłata. Hackworth znakomicie realizuje zlecenie, nie może się jednak oprzeć pokusie podarowania elementarza również własnej córce, Fionie. By uzyskać dostęp do niepodłączonego do publicznej sieci kompilatora, zawiera układ z wpływowym rozgrywającym chińskiego półświatka, niejakim Doktorem X. A ponieważ, jak większość geniuszy, w sprawach tzw. normalnego życia John Hackworth błądzi jak dziecko we mgle, jest dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy – wracając do domu z nielegalnym egzemplarzem elementarza – zostaje napadnięty i traci bezcenny przedmiot. Na skutek zbiegu okoliczności książka trafia do kilkuletniej Nell, pochodzącej z patologicznej rodziny. Tak rozpoczyna się zasadnicza fabuła, a treść elementarza i proces wychowania dziewczynki przez podręcznik stanowią jej bardzo istotny element.

Sam pomysł jest więc podwójnie fascynujący: na poziomie mechaniki elementarza – bo np. interaktywną książkę mieli obsługiwać opłacani aktorzy, a kończy się na tym, że z Nell pracuje tylko jedna osoba – Miranda, interaktorka, która dla tego niezwykłego zlecenia, równoważnego w zasadzie macierzyństwu, porzuca dobrze się zapowiadającą karierę – a także dlatego, że fabuła osadzona poza historiami z książki zostaje z nimi ściśle skorelowana. Do stopnia, który nawet przed czytelnikiem pozostaje ukryty aż do finałowych partii Epoki diamentu. Dostajemy więc w zasadzie dwie powieści, jedną skompilowaną z przypowieści o charakterze dydaktycznym, a drugą o tym, jak niezwykły wpływ na świat mogą wywrzeć nieszablonowo myślące jednostki. Jeśli tylko dać im odpowiednie narzędzia. Nie przekreślać ich z racji pochodzenia. Wszystko w niezwykłych ramach świata funkcjonującego dzięki nanotechnologii, tytułowej epoki diamentu.

Wyczuwacie nadchodzące zastrzeżenia? Macie rację. W pewnym momencie ta misterna konstrukcja zaczyna się bowiem Stephensonowi troszkę sypać. Mniej więcej wtedy, gdy Nell kończy szkołę i rusza na spotkanie prawdziwemu życiu. Wielka geopolityczna zmiana wywołana przez armię dziewczynek uzbrojonych w nielegalnie skompilowane elementarze, przy wsparciu podwodnej subkultury, której udało się stworzyć niezależny obieg informacji, nie przystaje mi do tej kameralnej w gruncie rzeczy opowieści o umożliwionym przez przypadek imponującym samorozwoju jednostki. Jest do niej pośpiesznie przyszyta, ale trzyma się na słowo honoru, nie jak piękny, misterny haft. Raczej jak nieporadna fastryga kilkulatki. Stephenson miał już wtedy imponujący, wielopoziomowy pomysł. Ale jeszcze brakowało mu późniejszego warsztatu, żeby go odpowiednio spójnie zrealizować. Dlatego Epoka diamentu, choć stanowi bez wątpienia satysfakcjonującą lekturę, zachęca czytelnika znającego dalszy dorobek autora głównie do przemyśleń o tym, czym mogłaby być, gdyby powstała nieco później. Wielki potencjał pomysłu wyjściowego nie został tu w pełni wykorzystany. Ale mimo wszystko warto.
sobota, 24 listopada 2018
Trzy różne refleksje o polskich filmach (Kler, 7 uczuć i Moje córki krowy)
Nadejszła wiekopomna chwila. Nie mam nowej książki do omówienia, bo nie zdążyłam skończyć lektury Epoki diamentu Neala Stephensona. No to w końcu długo odkładany wpis filmowy z polską nutką. Nad zbyt długo odwlekaną Zimną wojną nie będę się tu jednak pastwiła za głupotę scenariusza, bo z czasem po prostu mi się odechciało. Krytycy i tak wiedzą lepiej.

Trzymając się chronologii seansów, zacznę od obejrzanych w TVN, z reklamami (doceńcie poświęcenie!), Moich córek krów. Od premiery minęły 3 lata, a ja wciąż miałam w głowie powszechny zachwyt tym obrazem. Jaki on świeży, jaki nie-polski, pełen humoru, z lekkością mówiący o sprawach trudnych, jak choroba i śmierć najbliższych. A jednocześnie taki autentyczny w obrazowaniu trudnych relacji rodzinnych. Koncertowy aktorsko. Nawet do kina się wybierałam swego czasu, szczęśliwie nic z tego nie wyszło. Gdyż rzeczywistość zaskrzeczała dość okrutnie. Początek nudny. Środek nudny. A potem, zupełnie znienacka, film się urywa i wchodzą napisy końcowe. W międzyczasie Kulesza jest przerysowana, Muskała tak histeryczna, ze nie idzie wytrzymać, a Dziędziel gra to, co zwykle. Ludzie chorują, umierają, siostry Kulesza i Muskała na siebie wrzeszczą, ale w ich relacjach nie dochodzi do żadnego przełomu. Humoru też nie stwierdzono (chyba miały to być przekleństwa Dziędziela), a ta rewolucja w obrazowaniu relacji rodzinnych to prawdopodobnie scena, w której ojciec z córką palą jointa. Publika szaleje. Duże rozczarowanie, nie polecam dość stanowczo.

Kler nie był tak przerysowany, jak się po trailerze (niereprezentatywnym dla całości) i Drogówce obawiałam, ale za to niepotrzebnie przeładowany całą litanią grzechów KK. Gdyby scenarzysta nie władował do jednego wora wszystkich najgłośniejszych kościelnych afer ostatnich lat, gdyby oparł się pokusie uprawiania tak szeroko zakrojonej publicystki i z kilku wątków zrezygnował, efekt na pewno byłby lepszy. Ale mogło też być o wiele gorzej. Tutaj naprawdę dostajemy świetne aktorstwo, w którym przoduje Jacek Braciak, grający zresztą zdecydowanie najciekawszą postać. Smarzowski tradycyjnie dla siebie dał w finale alegoryczną, mocną i zupełnie bezsensowną scenę, nie oparł się też przynajmniej raz pokusie przekroczenia granicy dobrego smaku ku potencjalnej uciesze pewnej części publiki (wątek kasety z ekscesami Towarzysza Prosiaczka). Był tu potencjał na coś o wiele lepszego, ale mimo sformułowanych zastrzeżeń zobaczyć naprawdę warto - solidne 7/10.

7 uczuć Marka Koterskiego to był dla mnie jako wielkiej fanki serii z Adasiem Miauczyńskim seans obowiązkowy, choć po pierwszym trailerze, z przaśnym dowcipem o teorii względności, zaczęłam mieć poważne wątpliwości. Drugi trailer poprawił sytuację i zaryzykowałam. Było średnio, niestety, choć wbrew moim obawom Michał Koterski w roli Adasia wypadł nadspodziewanie dobrze. Klamrę narracyjną stanowi seans psychoanalityczny, a scenariusz to długi akt oskarżenia wobec krzywdzicieli dzieci - rodziców, nauczycieli, szkolnych kolegów. Wygodnie jest przerzucić winę za wszystkie swoje grzeszki i niepowodzenia na zewnątrz, dostać rozgrzeszenie i poczuć się lepiej, ale mnie ta diagnoza nie przekonuje. Nie do końca. Wszyscy jesteśmy skądś, każdy ma jakiś bagaż doświadczeń i problemów, ale dorosłość powinna polegać między innymi na tym, żeby sobie z nimi radzić, a nie na tym, by wybierać ucieczkę ostateczną. Ubranie dorosłych aktorów w szkolne mundurki, kumulacja tragedii, końcowy monolog sprzątaczki - nie lubię, jak ktoś mnie wali łopatą po głowie. Wbrew intencjom, nie wzmacnia to przesłania, ale je ośmiesza i sprawia, że się przed nim odruchowo bronię. Nie jest to całkiem zły film, ale kolejny z potencjałem zmarnowanym przez scenarzystę - ewangelistę, który w pasji nauczania zabrnął zbyt daleko. Aktorsko za to prawdziwy koncert (o, tutaj Muskała jest genialna jako prymuska ze wsi!), a ogólnie rzecz daje do myślenia, więc czasu nie uważam za zmarnowany. 7/10, ale w tym plus 1 za sentyment dla serii, bo jest sporo nawiązań autotematycznych. Czyli jak ktoś ma alergię na Adasiowe neurozy, to najwyżej 6.

P.S. Polećcie jakieś dobre filmy, nie muszą być polskie.
niedziela, 18 listopada 2018
Samospełniająca się przepowiednia? (Anthony Horowitz, Pogrzeb na zamówienie)

Po zeszłorocznym zachwycie Morderstwami w Somerset sama zapowiedź kolejnej pozycji Horowitza wystarczyła, bym wzmogła czujność. Premiera praktycznie zbiegła się z promocją z okazji krakowskich targów, a z lekturą nie zwlekałam zbyt długo. Tym razem autor, który poprzednio oczarował mnie szkatułkową i misterną konstrukcją intrygi, zdecydował się na wyjątkowo ryzykowny zabieg – napisał powieść w pierwszej osobie, obsadzając w roli narratora samego siebie! W dodatku miał jedynie - jako zatrudniony kronikarz – opisywać śledcze poczynania byłego policjanta, a obecnie konsultanta MET, Daniela Hawthorne’a. Zyskami z tak powstałej powieści planowali podzielić się po połowie. Jak łatwo się domyślić, Horowitz nie zadowolił się funkcją biernego obserwatora i sprawozdawcy, lecz zaangażował się w śledztwo, również na własną rękę…

A zagadka była, przyznać trzeba, całkiem intrygująca. Oto Diana Cowper, dobrze sytuowana kobieta w bynajmniej nie podeszłym wieku, matka znanego i odnoszącego sukcesy za oceanem brytyjskiego aktora, udała się do zakładu pogrzebowego, by wydać szczegółowe dyspozycje co do organizacji własnego pochówku. I jeszcze tego samego dnia została zamordowana. Zbieg okoliczności? Rozliczenie za grzechy przeszłości, które, jak się okazuje, w zasadzie uszły jej płazem? Bo przecież nie wyłącznie prorocze przeczucie, prawda?

Na te pytania szukają odpowiedzi początkowo sceptyczny pisarz i od pierwszej chwili skoncentrowany przede wszystkim na rozwikłaniu zagadki były detektyw. Zaczynają od odtworzenia ostatniego dnia życia zmarłej, potem wybierają się w podróż do jej nieoczekiwanie mrocznej przeszłości oraz, oczywiście, na pogrzeb. Sprawa wydaje się aż zbyt oczywista, zupełnie jakby ktoś celowo prowadził ich po precyzyjnie rozsnuwanej nitce do całkiem niewłaściwego kłębka. Ale były detektyw Daniel Hawthorne, choć aspołeczny, skryty i antypatyczny (co nie czyni z niego, eufemistycznie rzecz ujmując, idealnego powieściowego bohatera), jest zarazem niezwykle spostrzegawczy. Dlatego pozornie idealnie do siebie przystające kawałki  układanki budzą jego nieufność.

Horowitz to wielki fan Agathy Christie i autor nowych przygód Sherlocka Holmesa. Biegle porusza się w klasycznych dla gatunku rozwiązaniach, tak dawkując wskazówki, by czytelnik cały czas pozostawał zaintrygowany i otrzymywał prawdopodobnych kandydatów na sprawcę, a jednocześnie przedwcześnie nie zainteresował się właściwą osobą. Rozwiązanie zagadki pogrzebu na zamówienie zaskoczy was jak należy. Nie jest to może aż taki majstersztyk jak Morderstwa w Somerset, ale niewątpliwie dobrze skonstruowany, współczesny, postmodernistyczny, a zatem głęboko i otwarcie zapożyczony u najlepszych spośród klasyków kryminał. Polecam!

Tłumaczył, podobnie zresztą jak Morderstwa w Somerset, Maciej Szymański, którego od czasów Nacji i Spryciarza z Londynu  Pratchetta bardzo cenię.

sobota, 10 listopada 2018
Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 117
| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka