sobota, 24 września 2016
Nie o takim osiedlu marzyłam
Podejrzewam, że to raczej kwestia rozbuchanych oczekiwań po Przejęciu, które czytało mi się naprawdę znakomicie, ale dalsze losy komisarza Mortki trochę mnie rozczarowały. Osiedle marzeń, napiszmy od razu i żeby nie było nieporozumień, jest dobrze przemyślanym, wielowątkowym, ciekawym i solidnym kryminałem, utrzymującym dotychczasowy poziom serii. Liczyłam po prostu na dalszy progres, może nie tak znaczący, jak różnica na plus między Podpalaczem i Przejęciem, ale jednak zauważalny.
Tymczasem tom czwarty, choć zaczyna się mocną sceną, nie przykuwa do opisywanej historii tak bezwarunkowo jak Przejęcie. Jasne, dzieje się sporo, na tyle dużo, że wątki prywatne głównych bohaterów pojawiają się tylko w szczątkowej formie (i w zasadzie w porządku, Mortce poświęcono sporo miejsca w poprzednich tomach, Sucha ma na razie pozostać enigmą). Tylko że tematyka głównego wątku (styk zorganizowanej przestępczości i polityki, narkotyki i stręczycielstwo, a na dokładkę jeszcze media) w tak skumulowanej formie dobrze wyglądałaby w wielosezonowym serialu w stylu The Wire albo w trylogii, takiej, jak ta z Oslo Jo Nesbo. W pojedynczej powieści, której akcja rozgrywa się w ciągu kilku dni na warszawskim osiedlu dla wyższej klasy średniej, powstaje raczej wrażenie przeładowania, momentami ocierającego się o groteskę.
A główny wątek to dalece nie wszystko, co Osiedle marzeń ma nam do zaoferowania. Jest jeszcze wątek podkomisarza Kochana, z którym osobiście mam największy problem. Po pierwsze, kompletnie nie kupuję totalnej przemiany osobistej tego bohatera (piszę w ogólnikowy sposób, żeby uniknąć spoilerów). Niby czysto teoretycznie taki zwrot jest możliwy pod wpływem opisanego bodźca, ale nie w przypadku tego faceta, którego poznaliśmy już dosyć dobrze. Choć motyw wygląda efektownie i może wzbudzić w mniej cynicznym czytelniku spore emocje, jest kompletnie niewiarygodny.
Ale jest jeszcze zawodowa aktywność Kochana, delegowanego za karę do jednoosobowego Archiwum X. Gdzie w ciągu 3 dni rozwiązuje 3 duże sprawy! I o ile jeszcze jedną można by jakoś zrozumieć (szczęśliwy traf), a drugą da się racjonalnie wytłumaczyć (dane nieznajdujące się w aktach - możliwy sabotaż), to, powtarzam, trzy sprawy w trzy dni stawiają jakość pracy komendy stołecznej pod sporym znakiem zapytania. Bo skoro może sobie przyjść taki leser jak Kochan, otworzyć losową teczkę, podjąć losową aktywność i rozwiązać daną sprawę (zaginięcie czy podwójne zabójstwo nastolatek) w ciągu doby, to wcześniej najwyraźniej zajmowała się nią banda krótkowzrocznych idiotów, ewentualnie jeszcze gorszych leserów. A wystarczyło, że jednemu nie chciało się wracać do domu i z desperacji wziął się za robotę, pomyślał chwilę, pojechał tu i tam.  Jest to obrazek, delikatnie rzecz ujmując, mocno naciągany. I banalizujący mrówczą pracę, jaką wykonuje prawdziwe Archiwum X. Jasne, czasem zdarza się tak, jak w opisanych sprawach. Ale zwykle takie zagadki rozwiązuje się latami i wymaga to ciężkiej pracy analitycznej.
A na dodatek zmyłka była tym razem zbyt oczywista, zwłaszcza jeśli ktoś po majstersztyku z Przejęcia był wyczulony od samego początku:)
Miło było ponownie spotkać się z Kubą M., ale chyba Wampira (mimo zastrzeżeń) czytało mi się lepiej, bo bardziej kupiłam konwencję i miałam zdecydowanie mniejsze oczekiwania.
Przy czym zdecydowana większość moich uwag wynika z indywidualnego odbioru tekstu. Zachodzi więc dość wysokie prawdopodobieństwo, że nikt poza mną nie oceni intrygi w ten sam sposób. Zatem koniecznie przekonajcie się sami, co kryje Osiedle marzeń. A jeśli jeszcze nie znacie Mortki, to zacznijcie od Podpalacza. Warto, z polskich autorów chyba tylko Miłoszewski pisze lepsze współczesne kryminały niż Chmielarz.
niedziela, 18 września 2016
Tym razem cztery filmy:)
I tylko jeden ciut słabszy:)

Iluzja 2 - o, właśnie ten. Znaczy, ja bardzo lobię filmy w tej konwencji, nudy nie było bynajmniej, a Lizzy Caplan była przeurocza. Ale mimo wszystko zabrakło świeżości jedynki, a twórcy odarli magię z magii i dodali na koniec tak o dwie tony za dużo cukru w cukrze. Ale żeby nie było - sporo rzeczy mi się podobało, choćby świetna podwójna kreacja Harrelsona. 6/10

Londyński bulwar
to niby taki dosyć standardowy kryminał noir (wypuszczony z paki skazaniec chce zerwać z przeszłością, ale nie bardzo mu wychodzi, a w dodatku musi bronić damy w opałach przed zgrają żądnych sensacji paparazzich). Ale, kurczę, jest tak genialnie obsadzony i do tego stopnia zaskakuje w chwili, gdy człowiek jest już pewien, że wie o fabule wszystko, że naprawdę warto zawiesić na nim oko. Świetne kreacje w zasadzie całej obsady (m.in. Farella, Knightley i Friel) i naprawdę nietuzinkowy psychopata, a jako wisienka na torcie nastrojowy soundtrack. 7/10

Trumbo
to lider dzisiejszego zestawienia, z hasłem - zdecydowanie lepiej późno nadrabiać braki w Oscarowych nominacjach, niż nie robić tego wcale:) Wykreowany przez Cranstona tytułowy bohater, pisarz i scenarzysta filmowy, odmówił odpowiedzi na pytanie o przynależność do partii komunistycznej i trafił do więzienia, a także na czarną listę Hollywood. Pisał jednak nadal, nie tylko do filmów gorszego sortu. Pod pseudonimem Richard Rich dostał Oscara, wcześniej oddał znajomemu autorstwo - również nagrodzonych - Rzymskich wakacji. Cenę jego uporu i niezłomności zapłaciła liczna rodzina, totalnie podporządkowana  twórczej obsesji Daltona. Ten film to zbiór perełek, wiele scen na długo pozostaje w pamięci dzięki błyskotliwym dialogom. Genialni są Helen Mirren w roli opętanej ideą zwalczania komunizmu autorki  opiniotwórczych felietonów i kronik filmowych oraz John Goodman jako właściciel wytwórni gorszego sortu - Frank King. Polecam! 8/10

Boska Florence
- czyli film o najgorszej śpiewaczce świata, a raczej o jej dwóch wielkich miłościach - muzyce i St. Clairze Bayfieldzie, niespełnionym aktorze i nieprawym potomku angielskiego szlachcica. Nie jest to może jakiś wybitny film, ale zarówno zabawny, jak i autentycznie wzruszający. I - po raz kolejny - świetnie obsadzony. O Streep nawet nie ma co pisać, choć fałszowanie musiało być dla niej wyzwaniem. Ale Hugh Grant gra najlepszą i najciekawszą rolę od wielu lat, jest niby to cyniczny i wyrachowany, a w gruncie rzeczy - wierny, opiekuńczy i troskliwy, a przy tym bardzo naturalny. Simon Helberg, czyli Howie z The Big Bang Theory, pokazuje wielki komediowy talent w roli pianisty Florence, Cosme McMoona. We trójkę tworzą na ekranie całość angażującą emocje i przykuwającą uwagę. Warto. 7/10
niedziela, 11 września 2016
Opowieść o życiu z perspektywy Śmierci
Tydzień temu kończyłam lekturę Złodziejki książek Markusa Zusaka i nie mogłam się nadziwić, czemu zwlekałam z nią tak długo. Dlatego - jeśli jest ktoś jeszcze, kto nie sięgnął po książkę przy premierze filmu - opowiem wam dzisiaj, z jakiego powodu warto.
Osobiście broniłam się przed nią, bo wiedziałam, że jest smutna i o II WŚ. Okazało się, że jakkolwiek jest to prawda, to jednak równocześnie opowieść jest piękna, wzruszająca i pełna paradoksalnej nadziei na przyszłość oraz wiary w człowieka. Tak wielu różnorodnych emocji dostarczyła mi w tym roku chyba tylko lektura Ścieżek północy Richarda Flanagana, co powinno mówić samo za siebie.
Jak sugeruje tytuł notki (i czego dowiadujemy się już na samym początku), narratorem jest tutaj Mroczny Żniwiarz. Ścieżki jego i głównej bohaterki - Liesel - przecinają się kilkakrotnie, po raz pierwszy wówczas, gdy umiera jej młodszy brat. Ma to miejsce w czasie podróży pociągiem do Molching, niewielkiej miejscowości pod Monachium, gdzie matka dziewczynki - komunistka (czy raczej kobieta jedynie oskarżona o komunistyczny światopogląd z uwagi na życiorys męża) planowała zostawić dzieci dobrym Niemcom, bo sama nie była w stanie zapewnić im utrzymania z powodu prześladowań. Teraz do rodziny Hubermannów, mieszkających przy ulicy Niebiańskiej, trafia tylko Liesel. Ma niespełna dziesięć lat. To właśnie w trakcie pogrzebu brata ukradła swoją pierwszą książkę:PODRĘCZNIK GRABARZA Dwanaście kroków do sukcesu w kopaniu grobów, wydaną przez Bawarskie Towarzystwo Cmentarne. Ale nie umiała czytać i nauka nie przyszła jej z łatwością. Pomagał jej przybrany ojciec, Hans, akordeonista, malarz i nałogowy palacz, który siedział przy niej każdej nocy, gdy budziły ją koszmary. Razem, na raty, przeczytali podręcznik grabarza.
Życie Liesel przy Niebiańskiej nie było usłane różami, ale nawiązała tam przyjaźnie i jakoś odnajdywała się w trudnej codzienności po wybuchu wojny między III Rzeszą a ZSRR. Zusak w niezwykle subtelny, wirtuozerski sposób łączy powieść inicjacyjną z refleksją o codzienności niemieckiej prowincji, której rytm wyznaczały zbiórki Hitlerjugend i pokazowe przemarsze Żydów pędzonych do pobliskiego obozu w Dachau. Jest to tym ciekawsza warstwa historii, że Hans Hubermann wcale nie okazuje się dobrym Niemcem. Przeciwnie, jako jeden z nielicznych mieszkańców miasteczka nie popiera nazistów, a zwłaszcza prześladowań Żydów. Wie jednak, co dobre i konieczne dla przetrwania rodziny, dlatego wiesza flagę ze swastyką, mówi Heil Hitler i nie waha się uderzyć przybranej córki, gdy ta deklaruje nienawiść wobec wodza. Co innego jednak demonstruje publicznie, a co innego kryje w sercu. I w piwnicy...
Nie ma tu patosu (co uważam za największą zaletę), jest niekiedy strach, sporo (rozmaicie okazywanej) miłości, prawdziwa przyjaźń, ale nade wszystko - przedziwna normalność w skrajnie nienormalnych czasach.
Materiał do inspirujących refleksji, zwłaszcza gdy popatrzymy na to, co nam teraz z nagła normalnieje, staje się akceptowalne, a co jest coraz odważniej spychane na margines. Kiedyś już szliśmy tą drogą i nie zaprowadziła nas w zbyt interesujące miejsca. O czym chyba warto sobie przypomnieć.
sobota, 03 września 2016
Gdy spod przykrywki kipi
Żywi i umarli w Winsford to Nesser nietypowy w tym sensie, że choć czyn zabroniony jest katalizatorem akcji, to jednocześnie jest najmniej istotny dla fabuły. Tutaj w centrum jest kobieta - Maria Holinek - i jej demony z przeszłości, emocje tłamszone całymi latami, nieprzepracowana żałoba po zbyt wcześnie utraconych bliskich. W końcu spada kropla, która przepełnia czarę - mąż bohaterki, Martin Holinek, ceniony profesor literaturoznawstwa, zostaje oskarżony o gwałt przez dwudziestoczteroletnią dziewczynę. Ostatecznie ofiara wycofuje zarzuty, ale Martin nie zaprzecza, że się z nią przespał, zaś Maria - po rozmowie z pokrzywdzoną twarzą w twarz - nabiera przekonania, że mimo żarliwych zaprzeczeń także ją zgwałcił. Zgadza się jednak na półroczny wyjazd do Maroka, gdzie Martin zamierza pracować nad książką o dwójce pisarzy, których znał w młodości i z którymi przez kilka lat z rzędu spędzał wakacje w artystycznym kolektywie. W tym potencjalnym bestsellerze Holinek zamierza ujawnić skrywaną przez wiele lat tajemnicę, dotyczącą powikłanych relacji między dwójką literackich sław. Po drodze ze Szwecji do Maroka Holinkowie zatrzymują się w Międzyzdrojach, gdzie Martin odwiedza polskiego znajomego z dawnych lat. W czasie spaceru plażą Maria, zaskakując samą siebie, ulega przedziwnemu impulsowi.
W retrospektywnej narracji, zabierając nas w przeszłość na kilku planach, podczas gdy jego bohaterka zamiast  po plażach Maroka spaceruje z psem po brytyjskich wrzosowiskach, Nesser odsłania kolejne elementy składające się na prawdę o Marii i Martinie. Nie stroni przy tym od proponowania czytelnikowi coraz to nowych tajemnic, z których nie wszystkie zostają ostatecznie wyjaśnione.
Powieść jest bardzo dobrze przemyślana na poziomie głównego wątku, a autor korzysta z wieloletniego doświadczenia, budując przejmujący nastrój i dozując napięcie oraz informacje w sposób stale podtrzymujący zainteresowanie czytelnika. Nie jest to jednak pozycja dla miłośników dynamicznej akcji, introwertyczna jak Maria, niechętnie zrzucająca maskę telewizyjnej prezenterki nawet przed samą sobą,  i silnie statyczna, pełna introspektywnych rozważań i dosyć ponurych na ogół opisów przyrody. Bohaterka bowiem próbuje się schronić przed rzeczywistością w codziennej rutynie: rozpalić w kominku, wziąć prysznic, wyprowadzić psa na długi spacer rano i popołudniu. Ta powtarzalność potrafi momentami znużyć, choć sam zabieg ma uzasadnienie w fabule.
Drugim zarzutem, poważniejszym, są wspomniane wyżej pourywane wątki. Niektóre z nich przez długi czas zapowiadają się na kluczowe fabularnie i mocno angażują, budując spore oczekiwania, a potem zawisają w próżni. Nieładnie, autorze, nieładnie.
Ale ogólnie powieść warta polecenia, przede wszystkim ze względu na swoją nieszablonowość.
sobota, 27 sierpnia 2016
Trzy dobre filmy i jeden bardzo zły
Wśród bieżącego repertuaru kinowego mam problem ze znalezieniem czegoś, co by mnie zainteresowało na tyle, by zainwestować w bilet (choć teraz np. poszłabym na Boską Florence, bo Meryl Streep i Hugh Grant, ale w moim kinie dają dwa seanse dziennie w malutkich salkach, więc jednak spasowałam). Zabrałam się zatem do oglądania tytułów nieco starszych, które wpadły mi w oko w latach poprzednich i czekały na swój czas. Powiem wam, że była to bardzo dobra decyzja.

Dama w vanie to oparta faktach historia bezdomnej kobiety, która - niespodzianka! - mieszka w vanie:) Latami w tej samej dzielnicy, przeparkowując go od czasu do czasu w inne miejsce. Po zmianie przepisów dotyczących parkowania na ulicy zdominowany przez matkę pisarz i scenarzysta teatralny pozwala jej zaparkować w obrębie swojej posesji. Ich przedziwna koegzystencja (pisarz z jednej strony brzydzi się bezdomnej dotknąć, z drugiej jest nią zafascynowany, pragnie poznać historię jej życia i nie pozwala obcym zrobić jej krzywdy) trwa kilkanaście lat, aż do śmierci kobiety, która z czasem staje się coraz bardziej niedołężna. Tytułową i zarazem główną bohaterkę gra Maggie Smith, która, co tu dużo mówić, kradnie ten film, czy może raczej go samodzielnie buduje? Jest po prostu genialna, wspaniale oddaje swoją grą wewnętrzne rozdarcie bohaterki, jej pragnienie niezależności i szacunku tym większe, im trudniejsza staje się jej sytuacja życiowa. Jednocześnie starsza, schorowana kobieta, w teorii będąca społecznym pariasem, do samego końca potrafi czerpać autentyczną radość z drobiazgów, takich jak szybka jazda ulica na wózku inwalidzkim. Świetny, słodko-gorzki film.

Złota dama to kolejna historia oparta na faktach i kolejny popis znakomitej aktorki. Tym razem jest to Helen Mirren, wcielająca się w Żydówkę, która próbuje odzyskać portret swojej ciotki pędzla Klimta. Obraz został w czasie II WŚ skonfiskowany przez nazistów, a następnie przejęty przez austriackie władze, komisja reprywatyzacyjna nie chce go oddać, gdyż stal się jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie elementów kulturalnego dziedzictwa kraju. Krewna sportretowanej przez Klimta kobiety przy pomocy znajomego prawnika występuje więc na drogę sądową, ale batalia ta nie będzie łatwa. Bardzo dobry, bynajmniej nie łzawy i skłaniający do refleksji o historycznej odpowiedzialności kolaborujących z nazistami oraz konieczności naprawy historycznych krzywd film.

LEGO - Przygoda czyli dla odmiany całkowicie fikcyjny (i w całości zbudowany z klocków - niesamowicie się na to patrzy) oraz o wiele bardziej rozrywkowy element zestawu. Stara jak świat historia o Wybrańcu, który był nikim, a nagle musi zbawić całe klockowe uniwersum, pełna popkulturowych nawiązań i humoru. Bardzo przyjemny, odprężający seans.

Na koniec zachowałam ostrzeżenie:

Zakładnik z Wall Street - film, który powinien się nazywać: Clooneyowi i Roberts zabrakło kasy na drobne wydatki w stylu n-tej prywatnej wyspy, wskutek czego zdecydowali się zagrać w straszliwej szmirze. Co więcej, w roli epizodycznej zrobił to także Dominic West, ale jego łatwiej mi zrozumieć, bo mimo wszystko ma zdecydowanie mniej pieniędzy. W każdym razie Clooney prowadzi show, w którym doradza Amerykanom, jak inwestować, trochę się przy okazji wydurniając, bo inaczej nikt by tego nie oglądał. Na podstawie jednej z takich rad, w wyniku awarii algorytmu inwestycyjnego w firmie Westa, Amerykanie tracą w jednej chwili 800 milionów dolarów. Jeden z poszkodowanych wdziera się na plan programu (którego producentką jest Roberts) i stara się uzyskać od prowadzącego odpowiedź, co było przyczyną awarii. Ponieważ grozi mu bronią i zmusza do założenia kamizelki z ładunkiem wybuchowym, Clooney ulega sugestiom, a po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że chłopak w zasadzie ma słuszność i nie należy pozwolić antyterrorystom go zabić. Realne, nie? Zwłaszcza że postać Clooneya to rzekomo cyniczny egoista oraz dupek bez serca. Odpuściłam jakieś pół godziny przed końcem, gdy Clooney, osłaniając terrorystę własnym ciałem, udał się z nim na przechadzkę przez miasto w obstawie SWAT, by uzyskać od Westa odpowiedzi. Już drugi w tym roku film z Clooneyem (po Ave, Cezar!), który okazał się wielką pomyłką.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Pozostałe lektury urlopowe
Urlop niestety dobiega końca, jak wszystko, co dobre (np. Polcon 2016 we Wrocławiu), czas zatem na podsumowanie nieopisanych do tej pory lektur.

Włodzimierz Nowak Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda to pozycja bardzo ciekawa i zdecydowanie godna uwagi - biografia Zygfryda Kapeli, pół-Polaka, pół-Niemca (po matce), któremu przyszło dorastać w trudnych (zwłaszcza dla kogoś z takim pochodzeniem i imieniem) powojennych polskich realiach. Zygfryd jest postacią nietuzinkową, o ile jednak w pierwszej części opowieści zdecydowanie łatwiej z nim empatyzować, to im dalej w historię, tym bardziej oczywiste staje się, że jest typowym cwaniaczkiem, koniunkturalistą, a do prawdy i jakichkolwiek wartości ma mocno swobodny stosunek, ujmując rzecz bardzo łagodnie. Ale nie trzeba go lubić (co ciekawe, nawet sam autor w pewnym momencie zdecydowanie przestaje i traci serce do opisywanej historii), by docenić złożoność i niezwykłość jego biografii, w której ucieczka (ostatecznie chyba nie dokądś, a po prostu przed nieładną prawdą o sobie) jest elementem kluczowym. Są fragmenty lepsze i gorsze, ale całość oceniam wysoko i zdecydowanie polecam, nie wchodząc w dalsze szczegóły, by nie psuć wam zabawy, jaką jest odkrywanie biografii bohatera, nierozerwalnie związanej z polską historią.

Joseph Delaney Zemsta czarownicy, czyli pierwszy tom cyklu fantasy kierowanego w teorii do czytelników 10+. W praktyce dostajemy dosyć dorosły horror. Trzynastoletni główny bohater, siódmy syn siódmego syna, stawiający pierwsze kroki w potrzebnym, lecz mało prestiżowym fachu stracharza, natyka się na rzeczy, które mnie nieźle przeraziły. A to: placki z krwi niemowląt, zazdrosnego górnika z pylicą zakopującego żonę żywcem w piwnicy, stado wisielców - widm na pobliskiej górce, krwiożercze czarownice porywające dzieci i niestroniące od opętania. Rzecz jasna, wszystko kończy się całkiem dobrze, ale jeśli otwarcie jest tak mroczne, to - będąc egzemplarzem wyjątkowo strachliwym - chyba podziękuję za dalszy ciąg. Niemniej, książka w swoim gatunku dobra: nastrojowa, wyrazista i znakomicie przetłumaczona przez Paulinę Braiter. No i czyta się błyskawicznie.

Jørn Lier Horst Poza sezonem - ponoć kolejne tomy (wydane wcześniej, ale późniejsze w cyklu) są lepsze, jednak co do tego jestem zdecydowanie na nie. Bohaterowie są przeraźliwie papierowi i kompletnie mnie nie obeszli, podobnie jak intryga, ostatecznie może i spójna, ale zrealizowana sztywno, niczym zadanie z kursu kreatywnego pisania. Być może to po części kwestia języka (czy to oryginału, czy tłumaczenia - nie sposób przesądzić, ale mimo wszystko skłaniam się ku pierwszej opcji) - suchego, ściśle celowego, sprawozdawczego i podporządkowanego raportowaniu akcji. Nastroju w każdym razie, mimo czynionych przez pisarza prób scenograficznych, nie stwierdzono. A potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo autor wysłał bohaterów do Wilna, nie mając zielonego pojęcia o litewskich realiach, które opisał wprost tragicznie, stereotypowo i powinien się mocno zastanowić, zanim zdecydował się na coś podobnego bez solidnego researchu. Intryga częściowo wydumana, a częściowo przewidywalna. Jedna z najgorszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Odradzam dosyć stanowczo.

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk Pies i klecha. Żertwa i inne historie - w związku ze skandalicznym opóźnieniem e-booka nowych Akt Dresdena znalazłam po dwóch latach czas dla ich polskiego odpowiednika, tj. zbioru opowiadań o księdzu i policjancie rozwiązujących nadprzyrodzone zagadki w czasach schyłkowego PRL. Mam sentyment do księdza Gila i porucznika Enki z czasów czytania dwóch niezłych powieści z ich udziałem, zatem miło było ponownie spędzić z nimi trochę czasu. Choć fabuły bywają przekombinowane (poziom poszczególnych tekstów jest bardzo zróżnicowany), a rozwiązania średnio wiarygodne, kreacje bohaterów i ogólny klimat wiele wynagradzają. No bo czy voodoo w krakowskim akademiku Żaczek nie brzmi dobrze? Na początek polecam jednak powieści. Choć opowiadania w ciekawy sposób pogłębiają portrety bohaterów.

Antti Toumainen Czarne jak moje serce to bardzo nastrojowy kryminał noir, dostarczający wszystko, czego można by oczekiwać po utworze tego gatunku. W tym także pewne przerysowanie sztandarowych motywów czy charakterów, niestety. Nie wiem też, czy to tłumaczka Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher przeszarżowała z poetyckością języka, czy autor na taką drogę się zdecydował. Do pewnego momentu zabieg ów buduje klimat opowieści, jednak po przekroczeniu pewnego krytycznego stężenia zaczyna już tylko działać na nerwy. Niemniej, nie zmienia to faktu, że przeplatana retrospekcjami historia planowanej od wielu lat zemsty wciąga, a sama książka jest na swój sposób wyjątkowa i naprawdę niezła. Po prostu spodziewałam się czegoś więcej:)
sobota, 13 sierpnia 2016
W Crosby, w stanie Maine
W miasteczku najważniejsze są: kościół, ratusz i sklep spożywczy, choć sklepowi przydałoby się odmalowanie.

Do kościoła Olive Kitteridge chodzić nie chce (chyba że na koncert muzyki poważnej), w pewnym momencie stanowczo odmawia także chodzenia do sklepu.
W ogóle Olive chodzi własnymi drogami, co w takim niewielkim miasteczku jak Crosby nie jest dobrze widziane. Ludzie uważają ją za sekutnicę (którą jest), ale nikt nie powie jej tego prosto w oczy, bo w końcu była nauczycielką matematyki w miejscowej szkole średniej, a fakt, że przeszła już na emeryturę, nie pozbawia jej bynajmniej autorytetu, stanowiącego pochodną tej złowrogiej funkcji.
Nazwą ją raczej świętą osobą, co ją szczerze rozbawi, bo nie z dobroci serca, a z obawy przed codzienną samotnością niezłomnie pielęgnować będzie powalonego wylewem męża.
W toku opisanych w zbiorze opowiadań Elizabeth Strout wydarzeń mały wszechświat, w którym Olive niepodzielnie włada na początku tej historii, ulega stopniowemu rozpadowi. Niektóre wstrząsy udaje się zamortyzować, np. zauroczenie męża młodziutką farmaceutką. Jednak już nieoczekiwane małżeństwo syna, a co gorsza - jego wyprowadzka na drugi koniec kraju, porzucenie specjalnie wybudowanego przez rodziców domu, brak powrotu mimo rozpadu związku - zamortyzować się nie dają. To gorzej niż niewdzięczność, to zdrada.
Samotność leczy rany skuteczniej niż czas i Olive tak rozpaczliwie pragnie jakiejkolwiek relacji z synem, że z radością leci na jego wezwanie do Nowego Jorku, gotowa zaakceptować nawet jego dziwaczną nową żonę z dwójką dzieci z wcześniejszych związków i trzecim - jej wnukiem - w drodze. Desperacja także ma mimo wszystko swoje granice i Olive nie pozwoli się traktować, jakby była zdziecinniałą staruszką. Wraca do Crosby, gdzie może być sobą. W nagrodę dostaje końcowy promyczek nadziei, bez którego całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia.
Na marginesach tej smutnej, ale przejmująco realistycznej historii o toksycznych rodzinnych relacjach Strout - umieszczając Olive jedynie w tle - opowiada o innych nieprzystających do małomiasteczkowego szablonu szczęśliwej normalności jednostkach: córce prostytutki, utalentowanej pianistce, której matka nie pozwoliła się kształcić i która dożywa swoich dni, topiąc tremę w alkoholu i przygrywając ze słuchu do kotleta w miejscowym barze; nastolatce chorej na anoreksję; rodzicach, których syn okazał się mordercą i nie pomogła zainwestowana w jego wychowanie fortuna; dziewczynie, która chciała żyć z chłopakiem bez ślubu; porzuconej przez matkę córce fanatycznie religijnego pastora; żonie, która w dniu pogrzebu męża dowiaduje się o jego zdradzie. Te opowieści w zdecydowanej większości nie zmieściły się w genialnym serialu HBO na podstawie zbioru, a nadają historii Olive zupełnie inny wydźwięk. W porównaniu bowiem z ich protagonistami tytułowa bohaterka wygrała los na loterii życia. Mimo trudności dopasowała się, założyła rodzinę, była szanowaną członkinią społeczności. Cóż z tego, że tylko z wierzchu? Inni daliby się za ten substytut sukcesu pokroić.
Kwestia perspektywy i względności jest jednym z najciekawszych elementów tego zbioru, którego lekturę gorąco i bezwarunkowo polecam.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Temoins, czyli nie wszystko złoto, co zagraniczne
Jestem na urlopie, na który - jak zwykle - miałam bardzo ambitne plany z zakresu must read i must watch. Między innymi, łącząc przyjemne z pożytecznym, planowałam odrdzewić swój francuski.
Z pomocą przyszedł mi zeszłoroczny serial Świadkowie, który kurzył się na dysku od jakiegoś czasu, i całkiem nieoczekiwanie okazał się być w języku Moliera.
I tak sobie patrzyłam (dość szybko okazało się, po początkowym wstrząsie, że z francuskim jest jak z jazdą na rowerze i ku swemu zaskoczeniu rozumiem praktycznie wszystko, co do mnie płynie z ekranu!), nie mogąc się oprzeć refleksji, że produkcji bliżej do naszych rodzimych kryminałów silących się na zachodni sznyt niż do choćby przeciętnego brytyjskiego czy amerykańskiego serialu z tego gatunku.
Przede wszystkim wspólnym mianownikiem była spora teatralność, bo jakoś tak się dziwnie składa, że często gęsto miałam poczucie, iż patrzę na Prokuratora (z którym wiązałam wielkie nadzieje, a rzeczywistość bolała tak bardzo, że odpuściłam sobie pisanie o niej i wcale mnie nie dziwi, że nie będzie kolejnego sezonu...). Problem Świadków jest dosyć podobny - nieźli aktorzy, w sumie całkiem fajny klimat i pomysł na intrygę z korzeniami w przeszłości i w życiu osobistym protagonisty, ale wykonanie tak przerysowane i koturnowe, realizacja tak słaba, że aż patrzeć hadko.
Gdyby się za to wziął scenarzysta Line of duty, z tego samego materiału (ktoś wykopuje świeżych nieboszczyków i upozowuje ich w domkach pokazowych na szczęśliwe rodzinki, zostawiając za każdym razem na miejscu zdarzenia przedmiot, który może rozpoznać tylko główny bohater - niegdyś genialny śledczy, obecnie wrak człowieka) zrobiłby bez trudu cudeńko.
Z powodu topornych paraleli i niepotrzebnych przerysowań Francuzom wyszedł snuj z przeogromną ilością zmarnowanego potencjału.
sobota, 06 sierpnia 2016
O tej, co chciała Norwega, a poszła za Szweda
Moja przygoda z książkami Elżbiety Cherezińskiej to taki rollercoaster - do Sagi Sigrun miałam zastrzeżenia, Ja jestem Halderd mnie zachwyciła, Pasja według Einara wzbudziła mieszane uczucia, a Trzy młode pieśni bezwarunkowo mnie porwały. Podobnie z Piastami - Gra w kości była jak na mój gust za bardzo udziwniona, ale dwa tomy Odrodzonego królestwa dostarczyły mnóstwo czytelniczej satysfakcji. Od Legionu z pewnych przyczyn wolałam się trzymać z daleka, a z lektury Turnieju cieni zrezygnowałam po niecałej 1/10, bo zupełnie mnie nie obchodziło, co będzie dalej.
Z tych względów podchodziłam do Hardej jak pies do jeża, tym bardziej, że fragment opublikowany w Wyborczej z okazji rocznicy chrztu Polski nie był, delikatnie rzecz ujmując, zbyt zachęcający. Ale pojechałam do Krakowa i dostałam taką rekomendację, że pomyślałam - połączenie Wikingów i Piastów musiało się autorce udać.
I w zasadzie tak też jest. Choć da się, moim zdaniem, podzielić Hardą na dwie części, z których jedna jest wyraźnie lepsza od drugiej. Tą słabszą partią jest końcówka, co zapewne bierze się stąd, że nie mamy do czynienia ze zwartą całością, ale jedynie z połową historii, która będzie kontynuowana jesienią tego roku w powieści Królowa. Gdybym o tym wiedziała wcześniej, to zapewne bym się wstrzymała z lekturą, bo cliffhanger jest dość nieprzyjemny. Co polecam waszej uwadze.
Przechodząc jednak do meritum - autorka nie od dzisiaj jest zafascynowana Bolesławem Chrobrym, co widać, słychać i czuć. Bo choć największą siłą powieści jest kreacja jego siostry, Świętosławy, czyli tytułowej Hardej, to bez brata nie lśniłaby ona tak jasnym blaskiem. W ogóle pomysł na opowieść o Świętosławie, karygodnie pomijanej w szkolnych podręcznikach, a kluczowej dla polityki Mieszka i jego następcy poprzez jej strategiczne małżeństwa, to strzał w dziesiątkę. Od macochy, księżnej Ody, której szczerze nie znosi, Harda, ojcowskie oczko w głowie, uczy się meandrów alkowy i polityki, czyli sterowania mężczyznami. Mieszko pokazany jest w powieści jako polityk wielkiego formatu, planujący wiele ruchów naprzód i mimo przywiązania do dzieci na pierwszym miejscu stawiający nie ich osobiste szczęście, ale dobro kraju. Dzieci go podziwiają i choć nieco się buntują przeciwko tak instrumentalnemu traktowaniu, zarazem od najwcześniejszych lat jego wola jest dla nich rozkazem, którego nigdy nie kwestionują, choć często by chcieli. Oda w alkowie jest jednak w stanie roztopić tego mocarza jak wosk. Świętosława patrzy z ukrycia i zapamiętuje. Od dzieciństwa marzy o statusie królowej wdowy, zapatrzona w cesarzową - regentkę Teofano. Życie jednak udzieli jej gorzkiej lekcji co do niezbędności oparcia na męskim ramieniu. Ogólnie wątek piastowski, tak osadzony w państwie Polan, jak i perypetie Świętosławy w Szwecji, oceniam bardzo dobrze: dynamiczny, zajmujący, nadający szerszy kontekst powszechnie znanym, suchym historycznym faktom, a i pełen tych szerzej nieznanych. Dzięki wiarygodnym portretom bohaterów uzupełniony mięsistymi relacjami rodzinnymi.
Do całości kompletnie nie pasował mi natomiast wątek Olafa Trygvessona - cały ten motyw romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia (który chyba autorka zaczerpnęła od Jasienicy, mniejsza zresztą, skąd) może i był potrzebny, by tym bardziej podkreślić, że wierność interesom kraju miała dla bohaterki sporą osobistą cenę, ale rozpisany został dramatycznie kiepsko, zgodnie z najgorszymi tradycjami z Sagi Sigrun i Pasji według Einara. A już jak Olaf podjął decyzję o nie pojawianiu się w miejscu spotkania z ukochaną na podstawie wyglądu skały (!), że o pewnym białym psie wolałabym przez litość nie wspominać, to miałam poważny kryzys i moja ocena całości zaczęła pikować w dół.
Ogólnie to jednak wciągająca, interesująca lektura, może ciut gorsza tymczasem od Odrodzonego królestwa, ale z ostatecznymi ocenami wstrzymam się do czasu ukazania się drugiej części.
niedziela, 31 lipca 2016
Trapped (Ófærð), czyli mroczny kryminał z Islandii
Niewielkie portowe miasteczko, zamieć, która praktycznie odcina je od świata, bezgłowe zwłoki wyłowione z wody, uwięzieni na promie podejrzani pasażerowie i mroczne tajemnice z przeszłości.
Brzmi nieźle? A jest jeszcze lepsze. Śledztwo w sprawie makabrycznego kadłubka prowadzi zesłany na prowincję ze stolicy za zbyt brawurowe poczynania Andri - rudy, solidny miś, kochający ojciec dwoch córeczek, mieszkający z teściami po tym, jak żona go zostawiła, by budować sobie nowe życie. Jemu akurat załamanie pogody, które uniemożliwia przybycie posiłków ze stolicy, jest bardzo na rękę. Znowu może się poczuć potrzebny i wykonywać prawdziwą policyjną robotę. Niestety, to, co na początku wydaje się zagadkową acz niezbyt skomplikowaną i sprowadzającą się do wyłuskania podejrzanego spośród pasażerów promu kwestią, stopniowo okazuje się być zawikłaną i uwikłaną w życie lokalnej społeczności wielowątkową historią.
Mimo pozornie sztampowego początku znakomity, duszny, klimatyczny i wielopoziomowy kryminał z rozbudowaną warstwą obyczajową i zaskakującą intrygą, od którego nie sposób się oderwać. A w dodatku bohaterowie wyglądają jak zwykli ludzie, a nie modele z katalogu. 10 odcinków, po 50 minut.
Serdecznie polecam.
Ocena 8/10. Kolejna trafiona rekomendacja od Seriale, których nie znasz, a powinieneś.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka