sobota, 27 sierpnia 2016
Trzy dobre filmy i jeden bardzo zły
Wśród bieżącego repertuaru kinowego mam problem ze znalezieniem czegoś, co by mnie zainteresowało na tyle, by zainwestować w bilet (choć teraz np. poszłabym na Boską Florence, bo Meryl Streep i Hugh Grant, ale w moim kinie dają dwa seanse dziennie w malutkich salkach, więc jednak spasowałam). Zabrałam się zatem do oglądania tytułów nieco starszych, które wpadły mi w oko w latach poprzednich i czekały na swój czas. Powiem wam, że była to bardzo dobra decyzja.

Dama w vanie to oparta faktach historia bezdomnej kobiety, która - niespodzianka! - mieszka w vanie:) Latami w tej samej dzielnicy, przeparkowując go od czasu do czasu w inne miejsce. Po zmianie przepisów dotyczących parkowania na ulicy zdominowany przez matkę pisarz i scenarzysta teatralny pozwala jej zaparkować w obrębie swojej posesji. Ich przedziwna koegzystencja (pisarz z jednej strony brzydzi się bezdomnej dotknąć, z drugiej jest nią zafascynowany, pragnie poznać historię jej życia i nie pozwala obcym zrobić jej krzywdy) trwa kilkanaście lat, aż do śmierci kobiety, która z czasem staje się coraz bardziej niedołężna. Tytułową i zarazem główną bohaterkę gra Maggie Smith, która, co tu dużo mówić, kradnie ten film, czy może raczej go samodzielnie buduje? Jest po prostu genialna, wspaniale oddaje swoją grą wewnętrzne rozdarcie bohaterki, jej pragnienie niezależności i szacunku tym większe, im trudniejsza staje się jej sytuacja życiowa. Jednocześnie starsza, schorowana kobieta, w teorii będąca społecznym pariasem, do samego końca potrafi czerpać autentyczną radość z drobiazgów, takich jak szybka jazda ulica na wózku inwalidzkim. Świetny, słodko-gorzki film.

Złota dama to kolejna historia oparta na faktach i kolejny popis znakomitej aktorki. Tym razem jest to Helen Mirren, wcielająca się w Żydówkę, która próbuje odzyskać portret swojej ciotki pędzla Klimta. Obraz został w czasie II WŚ skonfiskowany przez nazistów, a następnie przejęty przez austriackie władze, komisja reprywatyzacyjna nie chce go oddać, gdyż stal się jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie elementów kulturalnego dziedzictwa kraju. Krewna sportretowanej przez Klimta kobiety przy pomocy znajomego prawnika występuje więc na drogę sądową, ale batalia ta nie będzie łatwa. Bardzo dobry, bynajmniej nie łzawy i skłaniający do refleksji o historycznej odpowiedzialności kolaborujących z nazistami oraz konieczności naprawy historycznych krzywd film.

LEGO - Przygoda czyli dla odmiany całkowicie fikcyjny (i w całości zbudowany z klocków - niesamowicie się na to patrzy) oraz o wiele bardziej rozrywkowy element zestawu. Stara jak świat historia o Wybrańcu, który był nikim, a nagle musi zbawić całe klockowe uniwersum, pełna popkulturowych nawiązań i humoru. Bardzo przyjemny, odprężający seans.

Na koniec zachowałam ostrzeżenie:

Zakładnik z Wall Street - film, który powinien się nazywać: Clooneyowi i Roberts zabrakło kasy na drobne wydatki w stylu n-tej prywatnej wyspy, wskutek czego zdecydowali się zagrać w straszliwej szmirze. Co więcej, w roli epizodycznej zrobił to także Dominic West, ale jego łatwiej mi zrozumieć, bo mimo wszystko ma zdecydowanie mniej pieniędzy. W każdym razie Clooney prowadzi show, w którym doradza Amerykanom, jak inwestować, trochę się przy okazji wydurniając, bo inaczej nikt by tego nie oglądał. Na podstawie jednej z takich rad, w wyniku awarii algorytmu inwestycyjnego w firmie Westa, Amerykanie tracą w jednej chwili 800 milionów dolarów. Jeden z poszkodowanych wdziera się na plan programu (którego producentką jest Roberts) i stara się uzyskać od prowadzącego odpowiedź, co było przyczyną awarii. Ponieważ grozi mu bronią i zmusza do założenia kamizelki z ładunkiem wybuchowym, Clooney ulega sugestiom, a po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że chłopak w zasadzie ma słuszność i nie należy pozwolić antyterrorystom go zabić. Realne, nie? Zwłaszcza że postać Clooneya to rzekomo cyniczny egoista oraz dupek bez serca. Odpuściłam jakieś pół godziny przed końcem, gdy Clooney, osłaniając terrorystę własnym ciałem, udał się z nim na przechadzkę przez miasto w obstawie SWAT, by uzyskać od Westa odpowiedzi. Już drugi w tym roku film z Clooneyem (po Ave, Cezar!), który okazał się wielką pomyłką.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Pozostałe lektury urlopowe
Urlop niestety dobiega końca, jak wszystko, co dobre (np. Polcon 2016 we Wrocławiu), czas zatem na podsumowanie nieopisanych do tej pory lektur.

Włodzimierz Nowak Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda to pozycja bardzo ciekawa i zdecydowanie godna uwagi - biografia Zygfryda Kapeli, pół-Polaka, pół-Niemca (po matce), któremu przyszło dorastać w trudnych (zwłaszcza dla kogoś z takim pochodzeniem i imieniem) powojennych polskich realiach. Zygfryd jest postacią nietuzinkową, o ile jednak w pierwszej części opowieści zdecydowanie łatwiej z nim empatyzować, to im dalej w historię, tym bardziej oczywiste staje się, że jest typowym cwaniaczkiem, koniunkturalistą, a do prawdy i jakichkolwiek wartości ma mocno swobodny stosunek, ujmując rzecz bardzo łagodnie. Ale nie trzeba go lubić (co ciekawe, nawet sam autor w pewnym momencie zdecydowanie przestaje i traci serce do opisywanej historii), by docenić złożoność i niezwykłość jego biografii, w której ucieczka (ostatecznie chyba nie dokądś, a po prostu przed nieładną prawdą o sobie) jest elementem kluczowym. Są fragmenty lepsze i gorsze, ale całość oceniam wysoko i zdecydowanie polecam, nie wchodząc w dalsze szczegóły, by nie psuć wam zabawy, jaką jest odkrywanie biografii bohatera, nierozerwalnie związanej z polską historią.

Joseph Delaney Zemsta czarownicy, czyli pierwszy tom cyklu fantasy kierowanego w teorii do czytelników 10+. W praktyce dostajemy dosyć dorosły horror. Trzynastoletni główny bohater, siódmy syn siódmego syna, stawiający pierwsze kroki w potrzebnym, lecz mało prestiżowym fachu stracharza, natyka się na rzeczy, które mnie nieźle przeraziły. A to: placki z krwi niemowląt, zazdrosnego górnika z pylicą zakopującego żonę żywcem w piwnicy, stado wisielców - widm na pobliskiej górce, krwiożercze czarownice porywające dzieci i niestroniące od opętania. Rzecz jasna, wszystko kończy się całkiem dobrze, ale jeśli otwarcie jest tak mroczne, to - będąc egzemplarzem wyjątkowo strachliwym - chyba podziękuję za dalszy ciąg. Niemniej, książka w swoim gatunku dobra: nastrojowa, wyrazista i znakomicie przetłumaczona przez Paulinę Braiter. No i czyta się błyskawicznie.

Jørn Lier Horst Poza sezonem - ponoć kolejne tomy (wydane wcześniej, ale późniejsze w cyklu) są lepsze, jednak co do tego jestem zdecydowanie na nie. Bohaterowie są przeraźliwie papierowi i kompletnie mnie nie obeszli, podobnie jak intryga, ostatecznie może i spójna, ale zrealizowana sztywno, niczym zadanie z kursu kreatywnego pisania. Być może to po części kwestia języka (czy to oryginału, czy tłumaczenia - nie sposób przesądzić, ale mimo wszystko skłaniam się ku pierwszej opcji) - suchego, ściśle celowego, sprawozdawczego i podporządkowanego raportowaniu akcji. Nastroju w każdym razie, mimo czynionych przez pisarza prób scenograficznych, nie stwierdzono. A potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo autor wysłał bohaterów do Wilna, nie mając zielonego pojęcia o litewskich realiach, które opisał wprost tragicznie, stereotypowo i powinien się mocno zastanowić, zanim zdecydował się na coś podobnego bez solidnego researchu. Intryga częściowo wydumana, a częściowo przewidywalna. Jedna z najgorszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Odradzam dosyć stanowczo.

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk Pies i klecha. Żertwa i inne historie - w związku ze skandalicznym opóźnieniem e-booka nowych Akt Dresdena znalazłam po dwóch latach czas dla ich polskiego odpowiednika, tj. zbioru opowiadań o księdzu i policjancie rozwiązujących nadprzyrodzone zagadki w czasach schyłkowego PRL. Mam sentyment do księdza Gila i porucznika Enki z czasów czytania dwóch niezłych powieści z ich udziałem, zatem miło było ponownie spędzić z nimi trochę czasu. Choć fabuły bywają przekombinowane (poziom poszczególnych tekstów jest bardzo zróżnicowany), a rozwiązania średnio wiarygodne, kreacje bohaterów i ogólny klimat wiele wynagradzają. No bo czy voodoo w krakowskim akademiku Żaczek nie brzmi dobrze? Na początek polecam jednak powieści. Choć opowiadania w ciekawy sposób pogłębiają portrety bohaterów.

Antti Toumainen Czarne jak moje serce to bardzo nastrojowy kryminał noir, dostarczający wszystko, czego można by oczekiwać po utworze tego gatunku. W tym także pewne przerysowanie sztandarowych motywów czy charakterów, niestety. Nie wiem też, czy to tłumaczka Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher przeszarżowała z poetyckością języka, czy autor na taką drogę się zdecydował. Do pewnego momentu zabieg ów buduje klimat opowieści, jednak po przekroczeniu pewnego krytycznego stężenia zaczyna już tylko działać na nerwy. Niemniej, nie zmienia to faktu, że przeplatana retrospekcjami historia planowanej od wielu lat zemsty wciąga, a sama książka jest na swój sposób wyjątkowa i naprawdę niezła. Po prostu spodziewałam się czegoś więcej:)
sobota, 13 sierpnia 2016
W Crosby, w stanie Maine
W miasteczku najważniejsze są: kościół, ratusz i sklep spożywczy, choć sklepowi przydałoby się odmalowanie.

Do kościoła Olive Kitteridge chodzić nie chce (chyba że na koncert muzyki poważnej), w pewnym momencie stanowczo odmawia także chodzenia do sklepu.
W ogóle Olive chodzi własnymi drogami, co w takim niewielkim miasteczku jak Crosby nie jest dobrze widziane. Ludzie uważają ją za sekutnicę (którą jest), ale nikt nie powie jej tego prosto w oczy, bo w końcu była nauczycielką matematyki w miejscowej szkole średniej, a fakt, że przeszła już na emeryturę, nie pozbawia jej bynajmniej autorytetu, stanowiącego pochodną tej złowrogiej funkcji.
Nazwą ją raczej świętą osobą, co ją szczerze rozbawi, bo nie z dobroci serca, a z obawy przed codzienną samotnością niezłomnie pielęgnować będzie powalonego wylewem męża.
W toku opisanych w zbiorze opowiadań Elizabeth Strout wydarzeń mały wszechświat, w którym Olive niepodzielnie włada na początku tej historii, ulega stopniowemu rozpadowi. Niektóre wstrząsy udaje się zamortyzować, np. zauroczenie męża młodziutką farmaceutką. Jednak już nieoczekiwane małżeństwo syna, a co gorsza - jego wyprowadzka na drugi koniec kraju, porzucenie specjalnie wybudowanego przez rodziców domu, brak powrotu mimo rozpadu związku - zamortyzować się nie dają. To gorzej niż niewdzięczność, to zdrada.
Samotność leczy rany skuteczniej niż czas i Olive tak rozpaczliwie pragnie jakiejkolwiek relacji z synem, że z radością leci na jego wezwanie do Nowego Jorku, gotowa zaakceptować nawet jego dziwaczną nową żonę z dwójką dzieci z wcześniejszych związków i trzecim - jej wnukiem - w drodze. Desperacja także ma mimo wszystko swoje granice i Olive nie pozwoli się traktować, jakby była zdziecinniałą staruszką. Wraca do Crosby, gdzie może być sobą. W nagrodę dostaje końcowy promyczek nadziei, bez którego całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia.
Na marginesach tej smutnej, ale przejmująco realistycznej historii o toksycznych rodzinnych relacjach Strout - umieszczając Olive jedynie w tle - opowiada o innych nieprzystających do małomiasteczkowego szablonu szczęśliwej normalności jednostkach: córce prostytutki, utalentowanej pianistce, której matka nie pozwoliła się kształcić i która dożywa swoich dni, topiąc tremę w alkoholu i przygrywając ze słuchu do kotleta w miejscowym barze; nastolatce chorej na anoreksję; rodzicach, których syn okazał się mordercą i nie pomogła zainwestowana w jego wychowanie fortuna; dziewczynie, która chciała żyć z chłopakiem bez ślubu; porzuconej przez matkę córce fanatycznie religijnego pastora; żonie, która w dniu pogrzebu męża dowiaduje się o jego zdradzie. Te opowieści w zdecydowanej większości nie zmieściły się w genialnym serialu HBO na podstawie zbioru, a nadają historii Olive zupełnie inny wydźwięk. W porównaniu bowiem z ich protagonistami tytułowa bohaterka wygrała los na loterii życia. Mimo trudności dopasowała się, założyła rodzinę, była szanowaną członkinią społeczności. Cóż z tego, że tylko z wierzchu? Inni daliby się za ten substytut sukcesu pokroić.
Kwestia perspektywy i względności jest jednym z najciekawszych elementów tego zbioru, którego lekturę gorąco i bezwarunkowo polecam.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Temoins, czyli nie wszystko złoto, co zagraniczne
Jestem na urlopie, na który - jak zwykle - miałam bardzo ambitne plany z zakresu must read i must watch. Między innymi, łącząc przyjemne z pożytecznym, planowałam odrdzewić swój francuski.
Z pomocą przyszedł mi zeszłoroczny serial Świadkowie, który kurzył się na dysku od jakiegoś czasu, i całkiem nieoczekiwanie okazał się być w języku Moliera.
I tak sobie patrzyłam (dość szybko okazało się, po początkowym wstrząsie, że z francuskim jest jak z jazdą na rowerze i ku swemu zaskoczeniu rozumiem praktycznie wszystko, co do mnie płynie z ekranu!), nie mogąc się oprzeć refleksji, że produkcji bliżej do naszych rodzimych kryminałów silących się na zachodni sznyt niż do choćby przeciętnego brytyjskiego czy amerykańskiego serialu z tego gatunku.
Przede wszystkim wspólnym mianownikiem była spora teatralność, bo jakoś tak się dziwnie składa, że często gęsto miałam poczucie, iż patrzę na Prokuratora (z którym wiązałam wielkie nadzieje, a rzeczywistość bolała tak bardzo, że odpuściłam sobie pisanie o niej i wcale mnie nie dziwi, że nie będzie kolejnego sezonu...). Problem Świadków jest dosyć podobny - nieźli aktorzy, w sumie całkiem fajny klimat i pomysł na intrygę z korzeniami w przeszłości i w życiu osobistym protagonisty, ale wykonanie tak przerysowane i koturnowe, realizacja tak słaba, że aż patrzeć hadko.
Gdyby się za to wziął scenarzysta Line of duty, z tego samego materiału (ktoś wykopuje świeżych nieboszczyków i upozowuje ich w domkach pokazowych na szczęśliwe rodzinki, zostawiając za każdym razem na miejscu zdarzenia przedmiot, który może rozpoznać tylko główny bohater - niegdyś genialny śledczy, obecnie wrak człowieka) zrobiłby bez trudu cudeńko.
Z powodu topornych paraleli i niepotrzebnych przerysowań Francuzom wyszedł snuj z przeogromną ilością zmarnowanego potencjału.
sobota, 06 sierpnia 2016
O tej, co chciała Norwega, a poszła za Szweda
Moja przygoda z książkami Elżbiety Cherezińskiej to taki rollercoaster - do Sagi Sigrun miałam zastrzeżenia, Ja jestem Halderd mnie zachwyciła, Pasja według Einara wzbudziła mieszane uczucia, a Trzy młode pieśni bezwarunkowo mnie porwały. Podobnie z Piastami - Gra w kości była jak na mój gust za bardzo udziwniona, ale dwa tomy Odrodzonego królestwa dostarczyły mnóstwo czytelniczej satysfakcji. Od Legionu z pewnych przyczyn wolałam się trzymać z daleka, a z lektury Turnieju cieni zrezygnowałam po niecałej 1/10, bo zupełnie mnie nie obchodziło, co będzie dalej.
Z tych względów podchodziłam do Hardej jak pies do jeża, tym bardziej, że fragment opublikowany w Wyborczej z okazji rocznicy chrztu Polski nie był, delikatnie rzecz ujmując, zbyt zachęcający. Ale pojechałam do Krakowa i dostałam taką rekomendację, że pomyślałam - połączenie Wikingów i Piastów musiało się autorce udać.
I w zasadzie tak też jest. Choć da się, moim zdaniem, podzielić Hardą na dwie części, z których jedna jest wyraźnie lepsza od drugiej. Tą słabszą partią jest końcówka, co zapewne bierze się stąd, że nie mamy do czynienia ze zwartą całością, ale jedynie z połową historii, która będzie kontynuowana jesienią tego roku w powieści Królowa. Gdybym o tym wiedziała wcześniej, to zapewne bym się wstrzymała z lekturą, bo cliffhanger jest dość nieprzyjemny. Co polecam waszej uwadze.
Przechodząc jednak do meritum - autorka nie od dzisiaj jest zafascynowana Bolesławem Chrobrym, co widać, słychać i czuć. Bo choć największą siłą powieści jest kreacja jego siostry, Świętosławy, czyli tytułowej Hardej, to bez brata nie lśniłaby ona tak jasnym blaskiem. W ogóle pomysł na opowieść o Świętosławie, karygodnie pomijanej w szkolnych podręcznikach, a kluczowej dla polityki Mieszka i jego następcy poprzez jej strategiczne małżeństwa, to strzał w dziesiątkę. Od macochy, księżnej Ody, której szczerze nie znosi, Harda, ojcowskie oczko w głowie, uczy się meandrów alkowy i polityki, czyli sterowania mężczyznami. Mieszko pokazany jest w powieści jako polityk wielkiego formatu, planujący wiele ruchów naprzód i mimo przywiązania do dzieci na pierwszym miejscu stawiający nie ich osobiste szczęście, ale dobro kraju. Dzieci go podziwiają i choć nieco się buntują przeciwko tak instrumentalnemu traktowaniu, zarazem od najwcześniejszych lat jego wola jest dla nich rozkazem, którego nigdy nie kwestionują, choć często by chcieli. Oda w alkowie jest jednak w stanie roztopić tego mocarza jak wosk. Świętosława patrzy z ukrycia i zapamiętuje. Od dzieciństwa marzy o statusie królowej wdowy, zapatrzona w cesarzową - regentkę Teofano. Życie jednak udzieli jej gorzkiej lekcji co do niezbędności oparcia na męskim ramieniu. Ogólnie wątek piastowski, tak osadzony w państwie Polan, jak i perypetie Świętosławy w Szwecji, oceniam bardzo dobrze: dynamiczny, zajmujący, nadający szerszy kontekst powszechnie znanym, suchym historycznym faktom, a i pełen tych szerzej nieznanych. Dzięki wiarygodnym portretom bohaterów uzupełniony mięsistymi relacjami rodzinnymi.
Do całości kompletnie nie pasował mi natomiast wątek Olafa Trygvessona - cały ten motyw romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia (który chyba autorka zaczerpnęła od Jasienicy, mniejsza zresztą, skąd) może i był potrzebny, by tym bardziej podkreślić, że wierność interesom kraju miała dla bohaterki sporą osobistą cenę, ale rozpisany został dramatycznie kiepsko, zgodnie z najgorszymi tradycjami z Sagi Sigrun i Pasji według Einara. A już jak Olaf podjął decyzję o nie pojawianiu się w miejscu spotkania z ukochaną na podstawie wyglądu skały (!), że o pewnym białym psie wolałabym przez litość nie wspominać, to miałam poważny kryzys i moja ocena całości zaczęła pikować w dół.
Ogólnie to jednak wciągająca, interesująca lektura, może ciut gorsza tymczasem od Odrodzonego królestwa, ale z ostatecznymi ocenami wstrzymam się do czasu ukazania się drugiej części.
niedziela, 31 lipca 2016
Trapped (Ófærð), czyli mroczny kryminał z Islandii
Niewielkie portowe miasteczko, zamieć, która praktycznie odcina je od świata, bezgłowe zwłoki wyłowione z wody, uwięzieni na promie podejrzani pasażerowie i mroczne tajemnice z przeszłości.
Brzmi nieźle? A jest jeszcze lepsze. Śledztwo w sprawie makabrycznego kadłubka prowadzi zesłany na prowincję ze stolicy za zbyt brawurowe poczynania Andri - rudy, solidny miś, kochający ojciec dwoch córeczek, mieszkający z teściami po tym, jak żona go zostawiła, by budować sobie nowe życie. Jemu akurat załamanie pogody, które uniemożliwia przybycie posiłków ze stolicy, jest bardzo na rękę. Znowu może się poczuć potrzebny i wykonywać prawdziwą policyjną robotę. Niestety, to, co na początku wydaje się zagadkową acz niezbyt skomplikowaną i sprowadzającą się do wyłuskania podejrzanego spośród pasażerów promu kwestią, stopniowo okazuje się być zawikłaną i uwikłaną w życie lokalnej społeczności wielowątkową historią.
Mimo pozornie sztampowego początku znakomity, duszny, klimatyczny i wielopoziomowy kryminał z rozbudowaną warstwą obyczajową i zaskakującą intrygą, od którego nie sposób się oderwać. A w dodatku bohaterowie wyglądają jak zwykli ludzie, a nie modele z katalogu. 10 odcinków, po 50 minut.
Serdecznie polecam.
Ocena 8/10. Kolejna trafiona rekomendacja od Seriale, których nie znasz, a powinieneś.
sobota, 23 lipca 2016
Oblany test, czyli o adekwatnym tytule
Zeszłego lata odkryłam cykl Hjortha i Rosenfeldta o ekipie z Krajowego Wydziału Zabójstw i psychologu kryminalnym Sebastianie Bergmanie. Jak to u mnie często bywa, zaczęłam od trzeciego tomu, czyli Grobu w górach, a ponieważ wrażenia były bardzo pozytywne, poszłam za ciosem i łyknęłam tom czwarty - równie dobrą Niemowę. Na dwie wcześniejsze części  jakoś zabrakło mi pary. Niedawno ukazał się polski przekład kolejnego tomu, Oblanego testu, który mimo ostrzeżeń co do jakości kupiłam w promocji z okazji dwudziestopięciolecia wydawnictwa Czarna Owca za 12,90 zł i zabrałam się za czytanie. Wczoraj skończyłam, i zaprawdę powiadam wam - nie próbujcie tego w domu. No, chyba że brakuje wam żenująco słabych lektur.
Tym większa szkoda, że początkowo pomysł na zabójcę, jego motywację i sposób działania wydaje się niegłupi i na czasie. Nasz przyjemniaczek jest zażenowany popularnością gwiazdek reality shows, youtuberów i blogerów. Tym, że w dzisiejszym świecie sukces nie wymaga wiedzy. Więcej nawet - często kluczem do sławy bywa głupota, brak zahamowań i totalna bezpruderyjność. Tymczasem inteligentni, ciężko pracujący ludzie częstokroć nie są doceniani, latami klepią biedę i mogą tylko pomarzyć o luksusach i zainteresowaniu, jakimi obdarzani są aktualni bohaterowie dnia. Tę niesprawiedliwość zabójca postanawia nieco zniwelować, a co najmniej - skoncentrować publiczny dyskurs wokół problemu.
Tymczasem nasz dzielny autorski tandem (którego połowa odpowiada za genialne scenariusze Mostu nad Sundem) wziął ten całkiem dobry punkt wyjścia i zmarnował go tak, że aż czytać przykro. Najpierw sami sobie podstawili nogę, tworząc sprawcę zbyt inteligentnego, by zostawił jakiekolwiek dowody fizyczne czy inny (poza zgodnymi ze swoimi celami) punkt zaczepienia dla śledczych. A potem, ponieważ chyba wreszcie zauważyli, że nie mają jak się z tej matni wyplątać (przy czym zauważyli troszeczkę późnawo, bo pochłonęło ich budowanie telenoweli z wątków prywatnych bohaterów), sprawca ów nagle zaczął się zachowywać jak idiota i eskalował w sposób kompletnie niezrozumiały.
Wtedy zaś dołączył do niego w identycznym wzorcu postępowania nasz ulubiony milusiński Sebastian Bergman. Autorzy nie szczędzili wysiłków, by przekonać nas, że jest egoistycznym, cynicznym sukinsynem, który traumę żałoby łata przypadkowym seksem i na wszelki wypadek nie angażuje się w żadne bliższe związki z ludźmi. W Niemowie spróbował i najwyraźniej mocno mu to zaszkodziło na spójność wewnętrzną. Teraz niby próbuje wrócić do starych sprawdzonych wzorców, a jednocześnie zbudować więź z córką. Co, niestety, wzajemnie się wyklucza, ale mimo wybitnej jakoby inteligencji oraz kompetencji zawodowych Sebastian jakimś cudem tego nie dostrzega. Kiedy już rzeczywistość całkowicie go zaskoczy, dowodząc, ze swoim postępowaniem zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na prawidłowe relacje z własnym dzieckiem, w odruchu obronnym zdecyduje się na akt heroiczny. Który pasuje do niego wprost idealnie.
W ogóle pretekstowe twisty, gorsze od najsłabszych i najbardziej naciąganych numerów Deavera, to coś, czego w Oblanym teście dostaniemy od groma. A sposób, w jaki poprowadzono wątek Billy'ego, przekracza granice prawdopodobieństwa i dobrego smaku. Cieszą mnie chyba tylko losy Torkela.
Jestem zdegustowana i robię sobie trochę przerwy od kryminałów.
sobota, 16 lipca 2016
Lata z kryminałami c.d.
Upały szczęśliwie odpuściły w tym tygodniu, ale i tak pozostałam przy lżejszych lekturach. Nie wiem, co się ostatnio dzieje, ale chyba czytam troszkę szybciej niż przeciętnie. No to jedziemy z wrażeniami:)

Christer Mjaset To ty jesteś Bobbym Fischerem - powieść obyczajowa z mocno zakonspirowanym wątkiem kryminalnym. Wyprawa paczki przyjaciół w czasy dawno utraconej młodości przy okazji pogrzebu jednego z nich. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia co do tej książki. Czyta się całkiem przyjemnie, ale w zasadzie to materiału starczyłoby raczej na dłuższe opowiadanie niż niedługą mimo wszystkich wtrętów i ozdobników powieść. Ponadto, chociaż zwykle nie mam tego rodzaju wymagań, braki fabularnej dynamiki mocno eksponują totalną przezroczystość wszystkich postaci, na czele z głównym bohaterem. Zdystansowana emocjonalnie narracja w formie beznamiętnego raportu z przywoływanych zdarzeń była zapewne celowym zabiegiem autora, ale w połączeniu z dwiema wskazanymi wyżej cechami utworu sprawiła, że mimo teoretycznego dramatyzmu losy postaci i rozwiązanie tajemnicy z przeszłości (które dość szybko można zacząć podejrzewać) były mi całkowicie obojętne. Nie jest to zła lektura, ale o wiele lepiej oceniam Białe kruki.

Samuel Bjørk Sezon niewinnych - jedno z dwóch odkryć kryminalnych ostatniego czasu, powieść, która wciągnęła mnie niemal równie mocno, co polecane niedawno W obcej skórze. Choć pod wieloma względami jej ustępuje, przede wszystkim jeśli chodzi o koncepcyjną oryginalność, bo jednak seryjny morderca dzieci ścigany przez specjalną jednostkę z charyzmatycznym szefem (Holger) i wybitnie empatyczną śledczą w szponach nałogów, nękaną problemami z przeszłości (Mia) to mocno zużyty schemat. Niemniej są tu elementy świeże, zarówno w kreacji postaci (tu raczej w przypadku Holgera, który pod każdym względem odbiega od stereotypu policyjnego herosa, niż Mii, której kreacja niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając). Ale za to jak to jest dobrze rozpisane! Suspens i dynamika, że po prostu palce lizać, co skutecznie przykrywa mniejsze i większe głupotki, przynajmniej do czasu zakończenia lektury. A jeśli tak twierdzi ktoś tak czepialski jak ja, to można wierzyć na słowo. Nesbo to to nie jest, ale jak na debiutanta rokuje naprawdę wyśmienicie i trafia na moja listę must read.

Aleksandra Marinina Egzekucja w dobrej wierze - czyli aktualna, bo pisana w 2015 roku, Kamieńska na emeryturze. Poza tym, że bohaterka ma 54 lata, nie pracuje już w policji i od czasu do czasu narzeka na zmęczenie wywołane wiekiem, nie da się tego zauważyć. A gwarantuje odpoczynek od wkurzających motywów przemiany z szarej myszki w boginię seksu, więc ja tam co do zasady jestem za. Jest to tom z gatunku gospodarczo-biznesowych, bo Nastia z Jurą Korotkowem lecą na Syberię, by szukać odpowiedniej działki pod pensjonat - nową inwestycję banku brata Kamieńskiej. Wpadają tym samym w sam środek lokalnych układów biznesowo-politycznych, zwalczające się stronnictwa forsują bowiem odmienny przebieg nowej magistrali, a infrastruktura to dla lokalizacji pensjonatu kluczowa kwestia. W dodatku zbliżają się wybory samorządowe, a ktoś ewidentnie ryje pod aktualnym merem. I jako broń wykorzystuje ekologię. Do tego lokalny koloryt, różnice między działaniem policji na prowincji i w stolicy, zróżnicowana galeria interesujących i wiarygodnych postaci oraz trupy - te w szafie, z przeszłości, i te jak najbardziej dosłowne. W sumie bardzo udane połączenie, choć fabularnie nie jest to najlepsze dokonanie autorki. Ale spokojnie środek stawki.

James Runcie Sidney Chambers - Cień śmierci. Sześć opowiadań o księdzu z niewielkiej miejscowości w pobliżu Cambridge, który w pierwszej połowie lat 50. wspomaga miejscowego policjanta w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Cztery z nich zostały przeniesione na ekran w pierwszym sezonie polecanego tutaj przeze mnie swego czasu serialu Grantchester (tak się nazywa miasteczko, w którym ksiądz ma parafię). I dla osób, które zaczęły swoją znajomość z Sidneyem i Geordiem od serialu, książka będzie z tego względu pewnym rozczarowaniem. Bo fabularnie serial jest ekranizowanym opowiadaniom bardzo wierny, a stylistycznie historyjki są suche, wręcz napuszone (nie czytałam oryginału, więc nie wiem, na ile to kwestia stylu autora, a na ile wyborów tłumacza). O wiele bardziej autentyczni, żywi i budzący sympatię są zatem bohaterowie w swoich ekranowych wcieleniach niż na kartach opowiadań. W serialu lepsza jest również dramaturgia. Tylko dwa ostatnie opowiadania nie zostały (jeszcze) zekranizowane, ale suspensem to one nie powalają, co w zasadzie wyjaśnia motywy takiej decyzji twórców serialu. Niemniej, nawet znając większość fabuł, całość czyta się całkiem przyjemnie. Choć rekomenduję lekturę, a potem oglądanie serialu, który jest lepszy od literackiego pierwowzoru, co zdarza się bardzo rzadko.
wtorek, 12 lipca 2016
Poznaj autorkę - promocja na e-booki Agnieszki Hałas do 17 lipca
O, tutaj.
5 z 6 książek, w tym trylogia w czterech tomach o Krzyczącym w Ciemności, w cenach poniżej 8 złotych. jeśli to nie jest okazja, to nie wiem, co nią jest:)
Polecana przeze mnie swego czasu Olga i osty także w okazyjnej cenie. Powieść ma bardzo dobre opinie także na LC, co mnie przyjemnie zaskoczyło, bo myślałam, że będzie bardziej niszowa.

Każda pora jest dobra na poznanie nowego interesującego autora. Zachęcam! Na decyzję macie jeszcze 5 dni.
sobota, 09 lipca 2016
Sekret, który mógłby nigdy nie wyjść na jaw
Dwa słowa: James Nesbitt <3. Uwielbiam tego aktora od czasu Jekylla, w którym pokazał czysty aktorski geniusz w podwójnej roli, i oglądam absolutnie wszystko, w czym gra. Szczęśliwie dla mnie i mojej nieszkodliwej, acz wieloletniej już, obsesji, gra w samych dobrych rzeczach. Nieszczęśliwie dla mnie, grając Irlandczyków, mówi wyjątkowo niewyraźnie. Ale dla niego jestem w stanie znieść nawet wymagające ćwiczenia fonetyczne. Zawsze warto. Nie inaczej jest w najnowszym serialu z jego udziałem. Czteroodcinkowy Secret produkcji ITV oparto na prawdziwej historii Colina Howella, w którego wciela się Nesbitt. Zarys jest dosyć znany, bo o sprawie było swego czasu bardzo głośno. Howell, głęboko religijny członek kościoła baptystycznego, dentysta i oddany ojciec dziesięciorga dzieci, skrywa tytułowy mroczny sekret. Swego czasu wdał się w romans z nauczycielką szkółki niedzielnej, podobnie jak on - zamężną i mającą dzieci. Uczucie łączące go z Hazel było bardzo silne, ale rozwód nie wchodził w rachubę, gdyż oznaczałby wykluczenie z kościelnej wspólnoty. Ponieważ oboje byli nieszczęśliwi w swoich aktualnych związkach, znaleźli sposób, by zachować wszystko, co dla nich ważne, a jednocześnie usunąć swoich partnerów.
Policja stwierdziła, że żona Howella i mąż Hazel popełnili samobójstwo. Każde z kochanków poszło własną drogą i znalazło sobie nowego partnera. Collin miał z drugą żoną kolejną piątkę dzieci. Dopiero po 19 latach przyznał się do zbrodni. Kreacja człowieka zmagającego się przez cały ten czas z własnymi demonami to kolejny przykład maestrii jednego z moich ulubionych aktorów. Serial jest mroczny, duszny, angażujący i naprawdę przerażający. Paradoks stanowiący jego oś -  religijność i potrzeba przynależności do kościelnej wspólnoty stały się motorem zbrodni, która nie wyszła by na jaw, gdyby Howell nie przyznał się ostatecznie kościelnej starszyźnie i nie został nakłoniony do pójścia na policję - jest chyba najstraszniejszy. Chociaż nie wiem, czy nie bardziej fascynuje mnie wątek Hazel - przedziwnej kobiety, która w planie zabicia dwojga ludzi widziała tylko jedną wadę - że raczej nie uda się ukryć winy ich małżonków. Potem zerwała kontakty z zabójcą, ale jednocześnie prowadziła zupełnie normalne życie, a gdy Howell się przyznał, zgrywała jego bezwolną ofiarę. Dobrali się w korcu maku, jak słowo daję. W każdym razie mocna rzecz, polecam.
P.S. Howell niedawno zasłabł w więzieniu, gdzie prowadził głodówkę w proteście przeciwko wyrokowi sądu pozbawiającemu go funduszy odłożonych na emeryturę. Wyrok zapadł, bo Howell molestował seksualnie pacjentki, którym wykonywał zabiegi w znieczuleniu.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka