sobota, 25 lutego 2017
Książka w książce
Susan dostaje od swojego byłego męża Edwarda tekst jego pierwszej powieści. W tym czasie jej kolejny mąż, Arnold, przebywa na branżowym zjeździe w nowym Jorku. Trwają ferie świąteczne, choć Boże Narodzenie już minęło. Dzieciaki spędzają czas z przyjaciółmi. Susan - wzorowa pani domu, dorywczo ucząca literatury w początkowych klasach college'u - ma idealne warunki, by oddać się lekturze Zwierząt nocy. A my czytamy razem z nią, jednocześnie mając wgląd w jej odczucia i przemyślenia po lekturze kolejnych partii tekstu, który, jak się okazuje, jest dobry. Ale i pełen nawiązań do jej pierwszego małżeństwa i - ogólniej - relacji łączących ją z byłym mężem. Zawoalowanych, jednak dla Susan czytelnych i skłaniających ją do refleksji na temat przeszłości i konsekwencji własnych życiowych wyborów.
Trzeba przyznać, że pomysł Austina Wrighta na konstrukcję powieści, choć niezbyt odkrywczy i zarazem potencjalnie karkołomny, sprawdza się znakomicie. Kluczem do sukcesu jest niby to banalna, ale zarazem niezwykle angażująca czytelnika pod względem emocjonalnym fabuła powieści Edwarda. To historia o rodzinie, która, jadąc na wakacje do letniego domu w Maine, spontanicznie postanawia nie zatrzymywać się na nocleg i kontynuować podróż przez całą noc. Niestety, na autostradzie dochodzi do niepokojącego incydentu...
Tony, główny bohater powieści Edwarda, to inteligent (profesor matematyki) i pacyfista. Są to cechy jednoznacznie odbierane jako pozytywne w świetle letniego dnia, jednak autostradą nocą rządzą inne gatunki. Tacy jak Tony, dumni ze swojego światopoglądu i zasad, niezdolni sobie wyobrazić, że życie to dżungla, łatwo i przez całkowity przypadek mogą zostać ofiarami owych zwierząt nocy. Aktorami scenariusza, który w cieple własnego kominka uznaliby za niewyobrażalny. Zarówno Susan, jak i nam - czytelnikom obu napisanych Wrighta powieści - w toku poznawania losów Tony'ego towarzyszy ciągły niepokój, a potem strach, bo wiemy, że moglibyśmy postąpić tak samo jak on (choć wolimy wierzyć, że jednak zachowalibyśmy się inaczej). Tony nie zrobił nic złego. I w niczym mu to nie pomogło. A nawet poważnie zaszkodziło.
Jedyne, co mi się w powieści Edwarda nie podobało, to zakończenie (finał powieści Wrighta jest już lepszy, choć też nieoczywisty i przenoszący ciężar ostatecznej interpretacji na czytelnika). Rozumiem, że autor dążył do efektownej klamry, ale moim zdaniem niepotrzebnie poszedł o krok za daleko. Specjalnie nie wchodzę w szczegóły, by nie psuć wam przyjemności z ich odkrycia. Mimo zastrzeżeń do wydźwięku całości (zakończenie i - szerzej - końcowe partie tekstu kazały mi nieco obniżyć ocenę, myślałam, że będzie 4,5 albo nawet 5, skończyło się na mocnej 4) zdecydowanie polecam Zwierzęta nocy waszej uwadze. Dawno żadna książka obyczajowa tak bezwarunkowo mnie nie wciągnęła i nie zmobilizowała do tak głębokich refleksji. Warto. Obecne, filmowe wydanie jest drugim polskim. Wcześniej powieść ukazała  się w 1997 roku pod tytułem Tony i Susan, który jest też tytułem oryginału, opublikowanego w 1993 roku. Tłumaczył Jędrzej Polak, całkiem solidnie, choć pojedyncze sformułowania są nieco wydumane i brzmią sztucznie, ale nie znam oryginału, więc nie mnie przesądzać, czy to nie fantazja stylistyczna autora.
Zamierzam w najbliższym czasie obejrzeć ekranizację.
sobota, 18 lutego 2017
Niebezpiecznie realistyczna antyutopia
Rachela zaś widząc, że nie może dać
Jakubowi potomstwa, zazdrościła swej siostrze
i rzekła do męża: „Spraw, abym miała
dzieci; bo inaczej przyjdzie mi umrzeć!”
Jakub rozgniewał się na Rachelę i odparł:
„Czyż to ja, a nie Bóg, odmawiam ci potomstwa?”
Wtedy ona powiedziała:
„Mam niewolnicę
Bilhę. Zbliż się do niej, aby urodziła dziecię
na moich kolanach; chociaż w ten sposób
będę miała od ciebie potomstwo”.

Tylko taką wskazówkę, cytat z Księgi Rodzaju, dostajemy przed rozpoczęciem lektury Opowieści podręcznej. Reguły rządzące rzeczywistością, w której niespodziewanie przyszło żyć narratorce, musimy zrekonstruować sami. Na początku nie wiemy o naszej przewodniczce niemal nic, nie wydarza się też, w zasadzie, nic złego. A jednak niezwykła narracja Margaret Atwood sprawia, że już od pierwszych, zupełnie neutralnych (jeśli pominąć cytowane wyżej motto) zdań tej historii czytelnikowi towarzyszy niepokój, który w miarę rozwoju wydarzeń stale narasta. Z jakiegoś powodu nie mamy wątpliwości, że to się nie może dobrze skończyć, a im więcej wiemy, tym bardziej się w tym przekonaniu utwierdzamy. Choć istotne informacje racjonowane są wprost bardzo skąpo. W tej relacji trzeba czytać między wierszami, gdyż opowiadająca także się boi.

Trwa wojna. Na ulicach stoją posterunki. Jedzenie jest na kartki. A jednak nie stąd bierze się strach bohaterki. Musi się ona bać, bo jest kobietą. Choć, jak się prędko okazuje, kobietą uprzywilejowaną, bo płodną. W świecie, w którym w wyniku niesprecyzowanej ekologicznej katastrofy jest to cecha niezwykle rzadka, a zdrowe dzieci przychodzą na świat jeszcze rzadziej, płodne kobiety są niezwykle cenne. Żyje im się lepiej, niż pozostałym. Ale czy to naprawdę dobre życie?
Nie chcę wam zdradzać niczego więcej o fabule i świecie przedstawionym, bo siłą tej powieści jest głównie kontrast między suchym, faktograficznym, ascetycznym wręcz stylem narracji a przekazywaną za jej pośrednictwem, bardzo precyzyjnie kontrolowaną treścią. To trzeba samodzielnie przeczytać i przetworzyć przez własne emocje.

Napiszę tylko tyle, że Opowieść podręcznej powstała 32 lata temu i być może wówczas mogła być traktowana wyłącznie jako fikcja, a nie jako sf bliskiego zasięgu. Dzisiaj, gdy zarówno na świecie, jak i u nas, zwycięża radykalna prawica, chętnie strojąca się w szatki nauczycieli moralności (w wynaturzonym katolickim wariancie, który z prawdziwym przesłaniem Pisma nie ma nic wspólnego) i ojców narodu, wiedzących najlepiej, na czym polega jego dobro, odsyłających kobiety do ich tradycyjnych ról (po co mają pracować, zarabiać niekiedy nawet więcej niż mężczyźni i wpędzać ich w kompleksy?), sprzeciwiających się wychowaniu seksualnemu, swobodnemu dostępowi do antykoncepcji, in vitro i aborcji, nawet wówczas, gdy zagrożone jest życie matki, a równocześnie także badaniom prenatalnym - realizacja scenariusza Atwood staje się niebezpiecznie prawdopodobna. Trump, Putin, Orban, Błaszczak, Radziwiłł, Terlkowski i inni doskonale by się odnaleźli w opisanym przez nią świecie. Ba, nie wątpię, że podobałby im się on bardziej od tego, który mamy dzisiaj. Dlatego w trakcie czytania ciarki przebiegały mi po plecach dwukrotnie częściej, niż powinny. Bo za 50 lat tak może wyglądać Polska. I oby można było wtedy wyjechać, zanim będzie za późno.

Fenomenalna powieść. W kwietniu będzie serial na jej podstawie, co skłoniło mnie do nadrobienia w końcu tej zaległości. Mam już pewność, że sięgnę po kolejnej pozycje autorki. I żałuję, że po pierwszą sięgnęłam tak późno. Ale lepiej późno, niż wcale. Czytajcie.
niedziela, 12 lutego 2017
Czwarty rok z czytnikiem - z trzymiesięcznym pooślizgiem
W zasadzie poślizg nie wynikł z zapominalstwa, a z tego, że w listopadzie uznałam robienie kolejnego wpisu z tego cyklu za bezsensowne. Powód był banalnie prosty - między 14 listopada 2015 a 14 listopada 2016 przeczytałam 6 książek papierowych. Były to:

1. Rada mniejszości Kate Griffin, czyli czwarty tom przygód londyńskiego czarnoksiężnika Matthew Swifta (w grudniu 2015);
2. Dziewięciu książąt Amberu Rogera Zelaznego (w grudniu 2015);
3. Crimen Józefa Hena (w lutym 2016);
4. Obudź się i śnij Iana R. MacLeoda (w maju 2016);
5.Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie Jessiki Knoll (w maju 2016);
6. Ostre cięcia Joego Abercrombiego (w lipcu 2016).

Dwie spośród nich to książki pożyczone, trzy - otrzymane do recenzji, a tylko jedna (MacLeod) pochodziła z moich własnych, wciąż niemałych, półkowych zasobów.

Do dnia dzisiejszego liczba ta uległa zwiększeniu o 0,5 (dwa tomy nowego czterotomowego wydania Przygód dobrego wojaka Szwejka czasu wojny światowej).

Nie kupuję już papierowych książek (Pratchett już nic nie napisze, więc najbliższy wyjątek od tej reguły przypadnie zapewne na kolejną powieść Jo Nesbo), niemal niczego nie recenzuję (poza kolejnymi tomami Akt Dresdena, ale zanim przyjdzie recenzencki papierowy egzemplarz, dawno mam przeczytaną wersję elektroniczną), w prezencie też dostaję głównie e-booki, bo sama o to proszę. Niedawno kupiłam dwie papierowe książki (Nocny film oraz Dom z liści), by podarować je w prezencie. Ponieważ Nocny film otrzymał entuzjastyczną recenzję od obdarowanej, kilka dni temu kupiłam sobie w promocyjnej cenie e-booka. I nie chodzi tylko o to, że w domu skończyło się miejsce na książki (choć to prawda, bo nawet na najnowszej półce nad monitorem leżą w stosach, na które czasem patrzę z lekką obawą, czy półka wytrzyma). Po prostu na czytniku lektura jest o wiele większą przyjemnością, przyzwyczaiłam się do możliwości powiększania czcionki, a przede wszystkim do jego małego ciężaru. Oraz, nie da się ukryć, zdecydowana większość książek, także z dotychczasowego papierowego księgozbioru, to pozycje jednorazowe, do których więcej nie wrócę.  Nie ma sensu, żeby zajmowały miejsce i pokrywały się kurzem na półkach.

Nie dalej jak przedwczoraj, po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, natknęłam się na brak wersji elektronicznej przy próbie zakupu Najlepiej w życiu ma twój kot - zbioru listów Szymborskiej i Filipowicza. Ale nie pojawił się przymus kupienia wersji papierowej. Raczej refleksja o wciąż rosnącej liście must read i o tym, że mogę spokojnie poczekać, aż będzie e-book.

Chyba się starzeję:)

P.S. Ten wpis to typowa zapchajdziura. Od zeszłego piątku walczę z przeziębieniem najgorszego sortu, tj. takim, które wykańcza, ale nie kwalifikuje się na L4 (brak gorączki). Dlatego nie byłam w stanie oddać w ten weekend sprawiedliwości Opowieści podręcznej Atwood ani napisać nic merytorycznego.

P.S.2 Tradycyjnie zapytam: ktoś zaczął niedawno przygodę z e-czytelnictwem lub kontynuuje ją od jakiegoś czasu? Jaki czytnik? Jakieś wrażenia i refleksje? Czy tylko u mnie ekspansja e-booków jest tak dynamiczna i wynika z mojego wygodnictwa, czy może to powszechniejsze zjawisko?
sobota, 04 lutego 2017
Jak Wowa przerósł Napoleona
Wspominałam w poprzednim wpisie o książce Krystyny Kurczab-Redlich Wowa. Wołodia. Władimir. Tajemnice Rosji Putina. Dziś chciałabym wam napisać o tym, dlaczego warto było poświęcić prawie dwa tygodnie na tę niełatwą i przygnębiającą, ale zarazem w przedziwny sposób fascynującą lekturę.
Na wstępie trzeba zaznaczyć, że na pewno nie jest to pozycja dla ludzi o słabych nerwach. Mając za sobą lekturę książki Litwinienki i Felsztyńskiego Wysadzić Rosję oraz śledząc na bieżąco konflikt na Ukrainie (na ile to możliwe w ograniczonym medialnym przekazie), byłam przekonana, że wiem już o Putinie i jego drodze na Kreml wszystko, co najgorsze.
A jednak nie, to zaledwie ułamek większej całości, która na kartach Wowy, w oparciu o imponującą pracę ze źródłami, jest dla czytelnika rekonstruowana, przy czym okropieństwa wojenne możemy obserwować z makabryczną dokładnością (przy torturach stosowanych w czeczeńskich obozach filtracyjnych Guantanamo to luksusowy hotel z basenem, a o marynarzach z Kurska wydanych na śmierć poprzez brak zgody na zagraniczną pomoc nie da się szybko przestać myśleć, podobnie jak o ostrzeliwanych z premedytacją uciekających cywilach i srogich bojownikach, będących faktycznie przypadkowymi cywilami z ulicznych łapanek - a to zaledwie początek wyliczanki).
Psychoanalityczny klucz do bohatera, który autorka stosuje, zaczynając opowieść od pilnie strzeżonej tajemnicy dzieciństwa, rzeczywistej tożsamości rodziców i prawdziwej daty urodzenia Putina, może w pierwszej chwili budzić pewne wątpliwości, tym bardziej że akurat ten fragment historii niełatwo potwierdzić. Bohater o to starannie zadbał, w najlepszym, uświęconym wielowiekową tradycją rosyjskim stylu usuwając wszystkich, którzy próbowali przed jego pierwszymi wyborami prezydenckimi nagłośnić temat. Co jednak początkowo wydaje się naciągane i sztampowe (tyran miał trudne dzieciństwo, nie nauczył się budować więzi, a poza tym ma kompleks niskiego wzrostu i od dzieciństwa wielbi Stalina), z perspektywy późniejszych wypadków zaczyna wyglądać o wiele bardziej przekonująco.
Spośród dziewięciu rozbudowanych rozdziałów dla mnie najciekawsze były fragmenty poświęcone okresowi, kiedy Putin wraz z merem Sobczakiem (uważanym za czołowego demokratę, co stanowiłoby świetny dowcip, gdyby nie było takie straszne) władał Petersburgiem oraz Operacji Następca, czyli splotowi wypadków, które sprawiły, że Borys Jelcyn namaścił Putina na kolejnego prezydenta Rosji. W Petersburgu Putin i Sobczak zbudowali prawdziwe korupcyjne imperium, które zawstydziłoby Nucky'ego Thompsona. Rozdział o tym (zatytułowany Dobry pan i psie konserwy) zaczyna się:

Najkrócej można powiedzieć tak: ukradł co najmniej 93 miliony dolarów. Ukradł je w doborowym, niezbyt wielkim gronie. Ukradł mieszkańcom Petersburga
.

W zamian za rożne towary, m.in. metale rzadkie, pogrążone w kryzysie niedoboru miasto miało otrzymać żywność z zagranicy.  Dziwnym trafem barter jednak nie dotarł, a pieniądze za cenne towary zniknęły w kieszeniach miejskich rozgrywających. Co zatem jedli mieszkańcy?

Sobczak zapełnił półki zapasami z magazynów wojskowych (do czego zresztą nie miał prawa), a gdy i tych zabrakło, Putin sprowadził 60 ton konserw mięsnych dla psów „w ramach zapobieżenia niedostatkowi białka u mieszkańców Petersburga”, o czym z pewną dozą dumy zawiadomił służbową notatką ówczesnego ministra gospodarki Andrieja Nieczajewa.

Jak widać, tytuł rozdziału nie jest przypadkowy. Choć afera się wydała (ujawniła ją i doskonale udokumentowała powołana w radzie miasta komisja, a prezydent Jelcyn otrzymał do rąk własnych jej raport), odpowiedzianym włos z głowy nie spadł. Z tym że Sobczakowi - jak wszystkim, którzy zbyt wiele wiedzieli o Putinie - tylko do czasu.
Więcej - kariera naszego bohatera po wszystkim jeszcze przyspieszyła, a jej ukoronowaniem było najwyższe stanowisko w państwie. A wszystko przez chorobę Jelcyna (którego autorka najwyraźniej darzy wielką sympatią, czasem przesadza z jego wybielaniem) oraz bezpardonową korupcję, która przeżarła jego i jego dwór, zwany Rodziną. Bali się odpowiedzialności i w zamian za nietykalność oddali władzę Putinowi. Kurczab-Redlich jest przekonana, że Jelcyn uważał następcę za demokratę. Osobiście nie sądzę, by przekonania Putina miały dla niego wielkie znaczenie, ale kto wie?
Ukrainie, Olimpiadzie w Soczi i innym świeższym wypadkom autorka poświęca mniej miejsca, całościowo jednak naświetla wiele zdarzeń i mechanizmów, o których nie usłyszycie w żadnych wiadomościach. Choćby dlatego, by lepiej zrozumieć działający po sąsiedzku system i skalę terroru, każdy powinien Wowę przeczytać.
Widać też, niestety, pewne paralele z tym, co się aktualnie dzieje u nas (chodzi mi przede wszystkim o stawianie się władzy ponad prawem,  o zakłamywanie rzeczywistości, bezwstydne zaprzeczanie faktom i toporną propagandę publicznej telewizji).

Zarzuciłabym autorce jedynie wyżej wspomniane nadmierne psychologizowanie, faworyzowanie niektórych równie umoczonych co Putin bohaterów oraz zawartą w dodatku Życie prywatne sugestię co do genezy homoseksualizmu rosyjskiego prezydenta:

Czynnikiem spostrzeganym jako najważniejszy w powstawaniu męskiego homoseksualizmu jest brak pozytywnej i wiążącej relacji z ojcem: alienacja od ojca we wczesnym dzieciństwie, ponieważ ojciec był odbierany jako ktoś wrogi lub daleki, gwałtowny lub alkoholik.

Serio? Na sam koniec coś takiego? I to jeszcze z takiego źródła? Wiadomo już od dawna, że z orientacją seksualną człowiek się rodzi i jest uwarunkowana biologicznie. Trochę mi to zepsuło lekturę na finiszu i kazało bardziej krytycznie ocenić całość.

Ale i tak dla zainteresowanych współczesnym światem, a Rosją zwłaszcza, lektura obowiązkowa. Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam - będzie bardzo bolało.
sobota, 28 stycznia 2017
Serialowisko 2017 (1)
Zabrałam się niemal dwa tygodnie temu za Wowę. Wołodię. Władimira. Tajemnice Rosji Putina Krystyny Kurczab-Redlich i jestem aktualnie w 55%. Fascynująca, ale monumentalna lektura, niemal 800 stron drobną czcionką. Pomyślałam sobie zatem, że to dobry moment, by po raz kolejny podjąć próbę bieżącego opisywania oglądanych seriali.

Sneaky Pete - już same nazwiska twórców: Davida Shore'a, ojca Dr House'a, i Briana Cranstona (który zresztą gra główny czarny charakter) wystarczyły, żebym dała szansę. A że gra jeszcze Margo Maritndale (Justified, The Americans), zaś w scenariuszu maczał palce Graham Yost (Justified) - nowa produkcja Amazonu po prostu nie mogła być zła. I nie jest. Niby prosta historia - oszust Marius, specjalizujący się w tak zwanych long cons (wyrafinowane przekręty z wielką stawką), wychodzi z więzienia, gdzie schronił się przed zemstą swojej ostatniej ofiary. Ponieważ nadal musi się ukrywać, podszywa się pod sąsiada z celi, którego rzewnych opowieści z dzieciństwa słuchał przez ostatnich parę lat. I jedzie do jego dziadków, którzy nie widzieli wnuka ponad dwadzieścia lat. Okazuje się, że rodzinny biznes to poręczenia majątkowe i chwytanie zbiegów, którzy po wpłaceniu kaucji nie zamierzają stawić się na procesie. A jeden z kuzynów jest policjantem. Równocześnie nasz bohater musi oddać swojej ostatniej ofierze, granej przez Cranstona, 100 tysięcy dolarów. Ma na to tydzień, inaczej jego brat będzie systematycznie pozbawiany różnych kawałków ciała. Naprawdę jednak Marius marzy głównie o zemście. Dobre. Ciekawe postacie, przyzwoity scenariusz, inteligentny humor. 7,5/10

Sherlock, sezon 4
- miałam nie oglądać, ale po przyzwoitej Abominable Bride dałam się skusić. I żałuję. Twórcy już kompletnie odlecieli, więc mimo całej sympatii dla aktorów i postaci raczej tylko się męczyłam. Były momenty (początek pierwszego i drugiego odcinka), były fajne motywy (pani Hudson!), ale poza trzecią, obiektywnie  najbardziej  wydumaną historią, kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje i jak to się skończy. W zasadzie zgadzam się z opinią Anneke o całym sezonie, z tym zastrzeżeniem, że trzeci odcinek uważam za lepszy od drugiego (w drugim groteską skandalicznie zmarnowali pięknie się zapowiadającego Złego). W trzecim przynajmniej z zainteresowaniem obserwowałam zmagania Sherlocka z samym sobą i z członkiem rodziny, no i Mycroft wyszedł na idiotę, co było uroczo odświeżające.

Endeavour
- zwykle był jasnym punktem trudnego do przetrwania początku stycznia, ale po 3 z 4 odcinków tegoroczny sezon będzie zdecydowanie najsłabszym. Widać wyraźne zmęczenie materiału, intrygi są wydumane, rozwlekłe i bez pazura. Wielka szkoda.

Taboo - taki był szum wokół tego serialu, bo Tom Hardy, bo mrok, bo od twórcy Peaky Blinders, o jerum pajtasz. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku byłam trochę zażenowana, bo straszliwa postać Hardy'ego raczej mnie bawiła swoim ostentacyjnym stylem emo, a już pies żywiący się zwłokami naprawdę nie był potrzebny. Ale dam jeszcze szansę, bo akcja w sumie nawet nie zdążyła się zacząć, a fama głosi, że coś się z tego wykluwa. Ktoś widział dalszy ciąg i może potwierdzić lub zaprzeczyć?

Chance - zabrałam się, bo Hugh Laurie, ale po pierwszym odcinku jakoś mnie nie porwało. Wczoraj po dłuższej przerwie obejrzałam odcinek drugi i dalej w zasadzie nic się nie wydarzyło, oprócz konfrontacji z mężem tajemniczej pacjentki (Cooper z Private Practice umie być groźny:O) i jakichś (prawdopodobnie) zwidów głównego bohatera pod koniec. Warto to kontynuować?

The Path, sezon 2 - pierwszy sezon oglądało się całkiem przyjemnie, w czym duża zasługa aktorów (Aaron Paul, Hugh Dancy, Michelle Monaghan), choć i scenariusz, początkowo dość sztampowy - bohater traci wiarę i odchodzi od sekty - ciekawie się z czasem rozkręcił. Ale dwa pierwsze odcinki nowego sezonu prowadzą opowieść w stronę, która kompletnie mi się nie podoba, wprowadzając elementy fantastyki, sugerujące, że Drabina i Światło to nie kocopały, tylko prawda, a Eddie (bohater Paula) ma być przepowiedzianym Zbawcą Ludzkości. Obym się myliła.

A wy widzieliście ostatnio coś ciekawego? W najbliższych planach mam dokończenie powszechnie chwalonego The Crown, którego pierwszy odcinek, widziany dawno temu, też jakoś mnie nie porwał.
sobota, 21 stycznia 2017
Unieruchomiona baletnica
Powieść Zdążyć przed zmrokiem, debiut Tany French, przeczytałam jeszcze w grudniu, ale czas na opisanie wrażeń mam dopiero teraz. Tradycyjnie dla autorki, jest to historia mocno nastrojowa, w której relacje między bohaterami oraz ich introspektywne rozważania dominują nad śledztwem i zagadką tożsamości zabójcy. Intryga jednak na takim rozłożeniu akcentów nie cierpi, w tym sensie, że jest bardzo spójna, a elementy psychologiczne odgrywają w niej - jak się ostatecznie okazuje - kluczową rolę. Równocześnie nie da się tym razem uczciwie powiedzieć, że proporcje między wątkiem głównym - kto i dlaczego zabił i upozował na dawnym ołtarzu w centrum archeologicznych wykopalisk nastolatkę, która niebawem miała wyjechać do prestiżowej szkoły baletowej - a wątkami teoretycznie pobocznymi, tj. tajemniczym zniknięciem dwójki dzieci w tej samej okolicy w dosyć odległej przeszłości oraz relacjami między parą detektywów prowadzących śledztwo - zostały zachowane.
Jasne, wątki poboczne niewątpliwie służą naświetleniu w pośredni sposób pewnych elementów kluczowych dla wątku głównego, a także wyjaśnieniu, dlaczego śledztwo potoczyło się takim, a nie innym torem. Z uwagi na ich obszerność zachodzi jednak duże prawdopodobieństwo, że czytelnik skupiony głównie na śledztwie
(nie ja, według mnie wątki poboczne, choć stanowczo nie zaszkodziłyby im redaktorskie nożyczki, również były bardzo ciekawe) w pewnym momencie się od tej historii odbije. Rola wszystkich elementów powieściowej układanki  staje się bowiem oczywista dopiero z perspektywy przewrotnego finału. W swoich kolejnych książkach irlandzka autorka nauczyła się nieco lepiej panować nad powieściową materią i własnymi tendencjami do dygresji (lub dostała lepszego redaktora, a kto wie - może jedno i drugie?).
Wasza ocena pierwszej części cyklu o dublińskim wydziale zabójstw będzie zależała od tego, czego w kryminale szukacie przede wszystkim. Jeśli czegoś więcej niż zagadka i szybka akcja, np. rozbudowanych wątków psychologiczno-socjologicznych, to niewątpliwie, podobnie jak ja, będziecie ostatecznie bardzo zadowoleni, że sięgnęliście po Zdążyć przed zmrokiem. Bardzo się cieszę, że zostały mi jeszcze 2 powieści Tany French do przeczytania.
sobota, 14 stycznia 2017
O laniu wody, czyli Planeta Woda
Zacznijmy od tego, że mimo narastającego z najnowszymi tomami serii rozczarowania, na Erasta Fandorina chora jestem nieuleczalnie. Dlatego z wielką radością przyjęłam ukazanie się zbioru 3 opowiadań Borysa Akunina z udziałem tej postaci (choć niby Czarne miasto miało być ostatnią odsłoną cyklu). Jak to ostatnio pięknie napisały Kurzojady w kontekście Jeżycjady - ciągnie narkomankę do meliny:) Dostajemy trzy utwory, z czego tytułowy, najdłuższy (i najbardziej rozczarowujący) został przez autora sklasyfikowany jako kryminał technokratyczny. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, a szkoda, bo może byłabym lepiej przygotowana psychicznie na meandry intrygi. Zaczyna się dosyć ciekawie - Fandorin wraz z Masą szukają zatopionego skarbu, testując przy okazji prototyp łodzi podwodnej w pięknych okolicznościach przyrody karaibskich wysp (stacjonują na Arubie). Potem jednak pojawia się agent Scotland Yardu i przedstawia detektywowi - teoretycznie od dawna byłemu - propozycję nie do odrzucenia. Fandorin ma przeniknąć do prywatnego przedsiębiorstwa na wyspie Saint Constantin, by powstrzymać mordercę zwanego Liliowym Maniakiem, który na ofiary wybiera pacjentki zlokalizowanego na wyspie dziecięcego sanatorium przeciwgruźliczego. Na krzywdę dzieci szlachetny mąż nie może patrzeć biernie, ale zleceniodawca chce upiec na ogniu jego szlachetności także większą, własną pieczeń. Chcę uniknąć spoilerów, napiszę więc tylko tyle, że najbardziej atrakcyjnym elementem skrajnie niewiarygodnej, groteskowej intrygi jest groźny idealistyczny wariat, w istocie będący Napoleonem:) Który - jakże oryginalnie - chce władać światem i buduje podwodne technocentrum (sic!), mające mu przejęcie władzy umożliwić. Z góry jednak wiadomo, że tam, gdzie są Fandorin i Masa, taki plan nie może się udać. Kończą się Akuninowi wiarygodne pomysły na intrygi, a sf to zdecydowanie nie jego bajka, tyle powiem.

Samotny żagiel
, czyli kryminał nostalgiczny, to powrót Fandorna do Rosji. Bohater chce wyjaśnić zagadkę mordu na przeoryszy prowincjonalnego monasteru, znanej czytelnikom serii z Dekoratora jako niedoszła miłość jego życia. Gdy Fandorin sam wymierzył sprawiedliwość zabójcy, ona wybrała Boga. Teraz padła ofiarą makabrycznego mordu. To trochę zagadka zamkniętego pokoju, z uwagi na nietypową lokalizację monasteru i zamknięty krąg podejrzanych. Sama intryga jest więc lepsza, przy tej okazji wychodzi jednak z Fandorina paskudny seksista. Spotykając wyzwoloną i niezależną kobietę, lekarkę Annuszkinę, nie może jej znieść.

Dawniej takich kobiet chyba nie było na Rusi. Były nihilistki i ofiarne pracownice ziemstw; wśród jednych i drugich zdarzały się kobiety o męskim typie osobowości, nawet wyglądem przypominające mężczyzn, ale podobnych do doktor Annuszkiny Erast Pietrowicz jeszcze nie widywał. Ludmiła Sokratowna nie próbowała udawać mężczyzny, pozostawała absolutną, stuprocentową kobietą – a przy tym nie było w niej za grosz kobiecości. Jakaś brytyjska sufrażystka, z gatunku tych, co palą portrety króla i przykuwają się do ogrodzenia pałacu Buckingham. Sympatyczne rosyjskie imię w ogóle nie harmonizowało ze zdecydowanie nierosyjskimi manierami. Nie sposób wyobrazić sobie Rusłana, który pokochałby taką Ludmiłę.

Kobiety, które nie chcą zachowywać się jak kobiety, można traktować jak mężczyzn.

Kobieta jest jak wąż dusiciel, zdolna kochać tylko króliki (..).

Tego typu myślenie u światłego i postępowego człowieka jest przykre, choć zapewne typowe dla epoki. W każdym razie już mi Erasta nie żal, że - lecząc kryzys wieku średniego - związał się z puściuteńką aktoreczką, bo była fizycznie podobna do jego pierwszej żony:)

Od tejże aktoreczki ucieka w trzecim opowiadaniu (kryminale zaiste absurdalnym Dokąd płyniemy?) i to wprost z pociągu, co dowodzi wyjątkowej desperacji. Rusza w pogoń za niejakim Cukiereczkiem, psychopatycznym przestępcą z obsesją na punkcie czystości, który obrabował pociąg (jak się z czasem okaże, na zlecenie knujących komunistów, w tym Lenina i Stalina). Pogoń prowadzi Erasta do Krakowa, a nawet na gzyms Grand Hotelu na Sławkowskiej (na studiach przez trzy lata mieszkałam tuż obok!:) Fandorin daje się złapanemu przestępcy zrobić w konia jak ostatni kretyn, po czym ponownie musi go szukać, i tak spędza sylwestrowy wieczór w jednym lokalu z knującymi komunistami. Dosyć dziwaczna, choć ładnie ornamentowana historia, znów kompletnie niespójna z tym, co o Fandorinie wiemy z poprzednich odsłon.

Ponadto nie podobało mi się sentymentalne zakończenie drugiego opowiadania, psujące dawno i skutecznie zamknięty - w niebanalny sposób - wątek romantycznej relacji kliszą tandetną i niemiłosierną. I chyba o to mam do Akunina największy żal. O ile czytając drugie i trzecie opowiadanie bawiłam się - mimo zastrzeżeń - nie najgorzej, o tyle pierwsze i najdłuższe to totalne nieporozumienie.
czwartek, 05 stycznia 2017
Seriale roku 2016

A. NAJLEPSZE SERIALE:

 

1. The Good Wife - nie było w tym roku dyskusji ani godnego rywala dla finałowego sezonu opowieści o Alicii, która z dobrej żony stała się dobrym prawnikiem. Dlaczego, obszernie pisałam, omawiając finał serialu. Już mi go brakuje, dlatego bardzo ucieszyłam się na wieść, że w lutym startuje spin-off z Diane pod tytułem The Good Fight.

 

2. The Missing - sezon 2 - nie miał jeszcze premiery w USA i pewnie dlatego nie przewija się w rocznych zestawieniach, ale żadna inna tegoroczna premiera nie przykuwała mnie tydzień po tygodniu do ekranu tak mocno, nie zaskakiwała tak pozytywnie i nie trzymała poziomu do samego końca. Więcej tutaj.

 

3. Line of duty - spóźnione odkrycie, ale lepiej późno, niż wcale. Wspaniały serial, którego wszystkie 3 sezony (całe 17 odcinków, jak przystało na szalone standardy brytyjskie) obejrzałam za jednym zamachem, a każdy kolejny był lepszy od poprzedniego. Patrząc uczciwie na oceny wystawiane na bieżąco po seansach, powinien tu być 3 sezon Peaky Blinders, który zaskoczył mnie pozytywnie równie mocno, jak sezon drugi zaskoczył mnie negatywnie, ale o tym serialu przeczytacie wszędzie, zresztą pewnie już go znacie, więc zdecydowałam popromować coś mniej oczywistego.

B. PREMIERY WARTE UWAGI:

 

1. Trapped - mroczny islandzki kryminał z duszną atmosferą i angażującą fabułą.

2. Westworld - jakkolwiek zakończenie nieco mnie rozczarowało, to jako całość serial niewątpliwie wart był poświęconego mu czasu.

3. Młody papież - serial specyficzny, mocno autorski i zdecydowanie nie dla każdego, co od razu zaznaczam. Jednocześnie żaden serial, który obejrzałam w tym roku, nie zdążył tyle razy i tak skutecznie wyprowadzić mnie w pole. Wiadomo, niektóre wstawki metafizyczne są, łagodnie mówiąc, irytujące, zaś niektóre wątki popadają w nieznośny melodramatyzm. Zarazem jest to tak wyrafinowana gra z oczekiwaniami widza, że w zasadzie do końca nie wie on, co o tytułowym bohaterze mysleć. NIe widzę tu miejsca na drugi sezon, podobnie jak przy Westworld, ale zobaczymy.

Nie zmieściły się w topce, ale zdecydowanie zasługują na wspomnienie: American Crime (drugi sezon jeszcze lepszy od pierwszego, ludziska, dajcie se siana z O.J.-em i oglądajcie to!), The A Word, Bedrag oraz This is Us (wprawdzie nie ma jeszcze pełnego sezonu, ale dawno nie było tak bezpretensjonalnej obyczajówki).

C. KLAPY ROKU:

Luke Cage - po porządnych, a nawet więcej, produkcjach spod szyldu Marvela, tym razem koncert przynudzania. Bolało.

Undercover - nie tego oczekiwałam po kolejnym serialu Petera Moffata, choć obiektywnie nie był zły, ale w moim odczuciu, przy takim punkcie wyjścia, różne tanie zagrywki zmarnotrawiły sporą część pierwotnego potencjału.

Wikingowie w tym roku kontynuują spadek po równi pochyłej, stale przyspieszając. Wielka szkoda.

Coś waszym zdaniem pominęłam?

niedziela, 01 stycznia 2017
Bilans filmowy 2016
W minionym roku obejrzałam 23  nowe filmy, w tym 2 polskie, czyli Joannę i Ostatnią rodzinę. Poniżej lista tytułów z ocenami i krótkimi komentarzami. Gdybym miała przyznać pierwsze miejsce, musiałyby się nim podzielić Trumbo i Spotlight, ale inne podkreślone tytuły niewiele im ustępują. Najgorszymi tegorocznymi seansami były Zakładnik z Wall Street i Ave, Cezar!. Rozczarowania roku to Ave, Cezar!, Nienawistna ósemka oraz Łotr 1. Największym pozytywnym zaskoczeniem była Bridget Jones 3. Poniżej tradycyjna już lista tytułów z ocenami i krótkimi uzasadnieniami.

Joanna - 7/10 - nominowany do Oscara dokument o Chustce i jej rodzinie, po którym nie wiem, czego dokładnie się spodziewałam, ale nie do końca tego, co dostałam.

Spotlight - 8/10 - b. inteligentnie, z wyczuciem zrobiony film na b. grząski temat. Zdecydowanie polecam.

Marsjanin - 7/10 - poprawna ekranizacja, ale nominacja do Oscara to nieporozumienie.

Nienawistna ósemka - 6/10 (i z perspektywy czasu chyba zweryfikowałabym ocenę w dół) - spore rozczarowanie mimo genialnych momentów. Najsłabszy film Tarantino od lat. Soundtrack tradycyjnie miażdży, w tym wykonanie Botany Bay szczególnie mnie ujęło.

Deadpool - 7/10  taka sympatyczna głupotka, czysto rozrywkowo się sprawdza.

Ave, Cezar! - 3/10, przy czym jedno oczko za scenę z marynarzami. Lubię Cohenów, znam specyfikę ich filmów, ale ten to jedno wielkie WTF o niczym. Poczułam się oszukana.

Gdzie jest Dory? - 7/10 - niby dla dzieci, a jednak zdecydowanie także dla dorosłych, porusza problematykę bliską rodzicom niepełnosprawnych. Bardzo zabawny, a zarazem autentycznie wzruszający. Serdecznie polecam, podobnie jak poprzedzającą seans animację Pisklak.

Zwierzogród - 7/10 - o dzielnym króliczku, który chciał zostać policjantem; niegłupie, przyjemnie się ogląda, a leniwiec w Wydziale Komunikacji rządzi:)  

Zakładnik z Wall Street - 3/10 - trzymajcie się z daleka.

Złota dama - 8/10 - warto.

LEGO Przygoda - 7/10 - nie spodziewałam się, że to będzie takie fajne. Nie mogę się doczekać klockowego Batmana:)

Dama w vanie - 7/10 - Maggie Smith robi ten film.

Londyński bulwar - 7/10 - całkiem fajny noir, zaskakuje do końca.

Iluzja 2 - 6/10 - ciut słabszy od pierwszej części, ale nadal miło popatrzeć.

Trumbo - 8/10 - serdecznie polecam waszej uwadze, a dlaczego, już pisałam.

Boska Florence - 7/10 - genialny Hugh Grant!

Bridget Jones 3
- 8/10 - bardzo udany powrót, a Derek Shepard zdecydowanie się odnalazł:))

Ostatnia rodzina - 8/10 - znakomite wykorzystanie potencjału niezwykłej biografii Beksińskich, koncert aktorstwa.

Nowy początek - 7,5/10 - bo choć to prawdziwa maestria w ekranizowaniu tekstu literackie, to nie wszystkie zmiany były potrzebne, ciut za dużo łopatologii w tłumaczeniu przesłania.

Łotr 1 - 6/10 - ocenę uzasadniłam całkiem niedawno.

W okresie świątecznym obejrzałam dwa filmy, które wymuszają na widzu myślenie i samodzielną interpretację - animację Anomalisa o tragizmie wyobcowania i sf Lobster o tym, że przesada w żadną stronę nie jest dobra. Oba oceniam jako interesujące, choć ten drugi daje więcej pola do interpretacyjnego popisu. W obu przypadkach ocena to 7/10.

A jakie były wasze odkrycia i rozczarowania filmowe 2016? Nie muszą to być tegoroczne premiery. Ja np. muszę jeszcze nadrobić m.in. Mustanga, z którym cały czas się mijam.
piątek, 30 grudnia 2016
Bilans czytelniczy 2016

Przeczytanych: 67. Cóż mogę powiedzieć - za to przeczytałam dużo grubych książek. No i miałam przeokrutny zapieprz w pracy. Permanentny drenaż. Wynik tak wysoki osobiście uważam w zaistniałej sytuacji za cud.

Zagranicznych: 52.

Polskich: 15. Udział procentowy chyba podobny jak w zeszłym roku.

 A. NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

 1) Richard Flannagan Ścieżki Północy - najmocniejsze wrażenia, jakich dostarczyła mi fikcja literacka w tym roku. O tym, dlaczego warto pochylić się nad tą niezwykłą, wymagającą emocjonalnie opowieścią, pisałam tutaj.

Pięć z tegorocznych pozycji oceniłam na 5,0 w Biblionetkowej skali. Zgadza się, w tym roku nie wystawiłam ani jednej 6. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była chyba nieco niższa niż w 2015, ale również mniej było gniotów, a więcej książek po prostu dobrych. Tylko dziesięciokrotnie wystawiłam 4.5, a  3,5 lub 4.0 - 49 razy (raz więcej niż w roku ubiegłym, mimo że ilość lektur była mniejsza, więc chyba jednak przeciętna jakość wzrosła, a nie zmalała).

2) Markus Zusak Złodziejka książek - to jedna z tegorocznych 5,0., ta powieść to było dla mnie odkrycie na wielu poziomach, ale przede wszystkim zaskoczyła mnie skala własnego emocjonalnego zaangażowania. Dosłownie płakałam, co nie zdarzyło mi się przy potencjalnie o wiele bardziej poruszającej historii Flannagana. A myślałam, że to bajeczka dla starszych nastolatków.

3) Elizabeth Strout Olive Kitteridge - z wybraniem laureata trzeciego miejsca nie miałam tym razem problemu. Dlaczego, obszernie wyjaśniałam na blogu.  Po piętach deptała Strout Robin Hoob z Przeznaczeniem Błazna (w ogóle druga trylogia z Bastardem była wspaniałą przygodą, ale ostatni akord zasługiwał na szczególne wyróżnienie). Z wartych uwagi polskich pozycji wymienić chciałabym Polska odwraca oczy Justyny Kopińskiej, oraz Niemca. Wszystkie ucieczki Zygfryda Włodzimierza Nowaka.

 B. NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

W tym roku poza Dresdenami zamówiłam chyba tylko dwie książki do recenzji i wszystkie wybierałam sama. Ciemne strony etatu ciemnymi stronami, ale czytelnicza niezależność stanowi zdecydowany plus. W związku z tym nie było za bardzo z czego wybierać, bo jednak umiem już tak dobierać lektury, by za bardzo się nie sparzyć. Ale tradycyjnie coś się znalazło.

 1) Hjorth i Rosenfeldt Oblany test ratuje adekwatność kategorii i zbiera tegoroczny laur, ale nawet mi się nad nim za bardzo pastwić nie chce, bo już to zrobiłam w recenzji. Jedyne tegoroczne 2,5 i była to najniższa ocena.

2) Elena Ferrante Genialna przyjaciółka - tu było troszeczkę lepiej, a poza tym dałam jeszcze pewien kredyt zaufania. Nie został spłacony, co więcej, zostałam w wielkim zadziwieniu, jakim cudem tak nudna i wtórna historia mogła się tak dobrze sprzedać i zebrać tak pozytywne recenzje.

3) Jessica Knoll Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie - pułapka marketingowa, w którą wpadłam na własne życzenie.

C. NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Andreas Pflüger Raz na zawsze - po książce o niewidomej policjantce spodziewałam się wszystkiego najgorszego. A okazała się przykładem najrzetelniejszego i najlepiej wykorzystanego researchu, na jaki natknęłam się w tym roku. I mimo słabszej końcówki jednym z najlepszych tegorocznych kryminałów.

D.NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

W tej kategorii tegoroczny wybór nie był trudny: Neal Stephenson 7 EW. Wyobraźcie sobie Marsjanina w wersji postapokaliptycznej, z lepiej wyjaśnionymi (za to bardzo rozwlekle) kwestiami naukowo-technicznymi. Z przezroczystymi bohaterami, których los jest wam idealnie obojętny. Z rozwleczoną fabułą. Na 900 stron. I z przeskokiem naprzód o 5.000 lat oraz całkowitą wymianą bohaterów (ciekawej fabuły wciąż brak) po 70% tekstu. To będzie właśnie 7EW. Najgorsza literacko powieść jednego z moich ulubionych autorów. To bolało.

 E. ODKRYCIE ROKU

Sarah Hillary - świetny debiut, nieco słabszy drugi tom, co może zwiastować pewną wtórność w konstruowaniu intryg, ale W  obcej skórze czytało się naprawdę znakomicie.

 F. ULUBIONY NOWY BOHATER

Hans Hubermann ze  Złodziejki książek Markusa Zusaka - porządny mimo wszystko.

 G. KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Andreas Pflüger Raz na zawsze -  efekciarskie i nielogiczne zakończenie sprawiło, że powieść poza tym znakomita straciła szanse na 5.0.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka