piątek, 19 maja 2017
Sidequel Czasomierzy, ale bez wewnętrznego pęknięcia (Slade house, David Mitchell)
O ile Czasomierze byłyby genialną powieścią, gdyby nie ostatnia część, o tyle Slade house, opowiadający o dwójce renegatów Drogi Cienia i ich kilkorgu ofiarach (tak, główny nurt to Anachoreci Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Sidelhorn - znani i nielubiani, przynajmniej przeze mnie), to ze strony Mitchella pójście na łatwiznę. Kilkukrotne odegranie tego samego refrenu w konwencji grozy z nutką horroru, z podmienianiem li i jedynie  głównych aktorów i subtelnym powiązaniem ich losów oraz nawiązaniami do innych powieści - dla autora z warsztatem Mitchella to betka. Pod względem objętościowym ten przypis do Czasomierzy to niemal nowelka, ale wychodzi jej na dobre i niewielka objętość, i jednorodna stylistyka.
Nie da się ukryć, mimo wewnętrznej powtarzalności i przewidywalnego od pierwszej strony zakończenia znakomicie się to czyta. Tym razem nie ma słownej waty. Jest za to, jak zwykle, gęsty klimat, świetny styl i sprawnie nakreślone, przekonujące postaci o różnorodnych życiorysach i pragnieniach. Oraz znakomity przekład Justyny Gardzińskiej.
Wciąż chciałabym, żeby autor Widmopisu wyszedł w końcu ze swojej tematycznej i formalnej strefy komfortu i ponownie mnie olśnił, jak mu się trzykrotnie udało.
Ale jeśli odgrzewany kotlet ma smakować tak jak Slade house, to następnym też nie pogardzę. Może wspomnienie nie zostaje na długo, ale niestrawność nie grozi.
piątek, 05 maja 2017
Niby trójkąt równoboczny w centrum, a nic tu nie jest proste (Christopher Priest, Człowiek z sąsiedztwa)
Christophera Priesta wielbię, więc jak tylko kolejna jego powieść - Człowiek z sąsiedztwa (tytuł oryginalny: Adjacent chyba nieco bardziej przystaje do treści) - ukazała się w Uczcie Wyobraźni, niezwłocznie wdarła się na szczyt mojej listy must read.
Przeczytawszy, mam dosyć mieszane uczucia. Książki tego autora nigdy nie są łatwe. Zawsze zapraszają czytelnika, by patrzył uważnie. Częstokroć nie dają nie tylko prostych, ale nawet mniej oczywistych odpowiedzi na wiele postawionych w intrydze pytań, przenosząc na odbiorcę ostateczny ciężar interpretacji całości. W tym spora część ich uroku. W zasadzie nie inaczej jest tym razem. A jednak...
Zaczynamy naszą podróż z Tiborem Tarentem, fotografem freelancerem o węgiersko-amerykańskich korzeniach, obywatelem Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii. Jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, pewnie gdzieś w XXII wieku, ale dokładnych danych brak. Postępujące zmiany klimatyczne zaczęły zagrażać ludzkości, powstały nowe, gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak burze strefy umiarkowanej. Tibor wraca z Anatolii, gdzie jego żona, Melanie, zginęła w ataku terrorystycznym przeprowadzonym z użyciem nowej broni, narzędzia perfekcyjnej anihilacji, wypalającego w miejscu ataku czarne trójkąty. Ciała nie znaleziono. Z czasem okazuje się, że takie ataki, na większą skalę, miały miejsce także w innych regionach świata.
Początkowo wydaje się, że to właśnie Tibor będzie głównym bohaterem, jednak choć rzeczywiście do niego będziemy wracać najczęściej, równie istotną rolę odegra kilka innych osób, z innych miejsc i - co nie mniej ważne - z innych czasów. Przeniesiemy się w czasy I WŚ, by śledzić nieudane próby wprowadzenia innowacji na froncie, podjęte przez iluzjonistę i pisarza sf, potem  w czasy II WŚ, do bazy brytyjskiego lotnictwa, by obserwować zalążki romansu między angielskim mechanikiem a polską pilotką Krystyną Roszko. W retrospekcji prześledzimy także krakowski mezalians pilotki, urodzonej w chłopskiej rodzinie pod Krakowem i zakochanej z wzajemnością w książęcym potomku. Tamtą miłość przerwał wybuch wojny.
Śledzi się tę układankę, chwilami mocno statyczną (acz buzującą napięciem), chwilami nieco ckliwą, z nieustającym zainteresowaniem, bo zagadki się piętrzą. Kluczem do całości wydaje się być wspomniana niezwykła broń, oparta na mechanice kwantowej i najwyraźniej mogąca przenosić materię między równoległymi wszechświatami. Miała być bronią, która zakończy wszystkie wojny, przeznaczoną wyłącznie do zastosowań defensywnych, zdolną zneutralizować każdy potencjalny konwencjonalny atak. Jak to jednak zwykle bywa z pięknymi ideami, przejęte przez brzydkie umysły kończą koszmarnie wynaturzone.
Po przeczytaniu sześciu z ośmiu części powieści można mieć wrażenie, że mniej więcej wie się, o co chodzi. Jasne, jest wiele niewiadomych, na przykład współistniejące na najwyraźniej równych prawach różne warianty tych samych wydarzeń (nie wejdę w szczegóły, byłby to już straszny spoiler). Ale jakoś się to trzyma kupy. A potem przychodzi część siódma, Prachous, dowodząca, że tkwiliśmy w tak zwanym mylnym błędzie. Na przedziwnej wyspie, w najwyraźniej zupełnie innym świecie, spotykamy kolejne inkarnacje wcześniej wprowadzonych bohaterów, podobne nie tylko fizycznie, ale i biograficzne, jakby do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego) były skazane na wieczne odtwarzanie tych samych szlaków, kochanie tych samych ludzi, przeżywanie tego samego życia.
Część ósma pokazuje, że granice między sąsiednimi światami są płynne, a rzeczywistość różnych miejsc i czasów najwyraźniej w jakiś przedziwny sposób dąży do równowagi.
Tylko co z tego? Właśnie nic. Zupełnie nic. I po przeczytaniu autentycznie wciągającej opowieści taka odpowiedź stanowi wielkie rozczarowanie. Tym razem Priest obiecuje znacznie więcej, niż finalnie daje. Nie znaczy to, że nie warto, w żadnym wypadku, ale brak satysfakcjonującej puenty sprawia, że miejsce wcześniejszego zaangażowania w opowieść zajmuje poczucie bycia wystrychniętym na dudka. Trochę szkoda.
środa, 03 maja 2017
Serialowisko 2017 (2)
Mam trochę czasu, to nadrobię zaległości w opisywaniu, zanim wszystko pozapominam:)

American Crime, sezon 3 - niestety, rozczarowanie. Po dwóch poprzednich, znakomitych odsłonach, które serdecznie polecam, trzeci sezon miał zdecydowanie najsłabszy scenariusz, przede wszystkim przez brak głównego wątku. Sezon miał być o szeroko pojętym wykluczeniu (nielegalnych imigrantów, kur domowych, narkomanów, nieletnich prostytutek), ale przez rozdrobnienie nie do końca się udał. Zabrakło wyrazistości, która w poprzednich sezonach nie pozwalała się oderwać od ekranu i kazała niecierpliwie czekać dalszego ciągu. 6/10

Girls, ostatni sezon
- serial w środkowej części złapał zadyszkę, ale w tym sezonie Dunham zaproponowała sensowną i mimo wszystkich pozorów niebanalną konkluzję, pozwalając swoim bohaterkom dorosnąć. 7/10

The Good Fight, sezon 1
- godnie zastępuje The Good Wife, sprawy odcinka od początku na bardzo wysokim poziomie, nawiązujące do aktualnych problemów społecznych i prawnych, równie wysoki poziom aktorskich epizodów, powrót wielu znanych i lubianych postaci z drugiego planu serii podstawowej (Elsbeth, Sweeney), a w głównym wątku, początkowo dosyć niemrawym, pod koniec interesujący twist. 8/10

Broadchurch, sezon 3
- lepiej niż w bardzo rozczarowującym sezonie 2, ale ostatecznie na żadnym poziomie (ani głównej intrygi, mimo niebanalnego podejścia do wątku gwałtu, ani sprawy podstawowej dla wszystkich sezonów) szału nie było, mówiąc łagodnie. Aktorzy też nie pokazali nic nowego. 6/10

Grimm, ostatni sezon
- taka moja guilty pleasure, która po początkowej proceduralności ciekawie się rozwijała. Widać jednak efekt redukcji liczby odcinków finałowej odsłony - wątek główny sprawia wrażenie wyjętego z kapelusza. Mimo to jak na tę kategorię było nieźle. 6,5/10

The Path, sezon 2 - scenarzyści na szczęście uniknęli podążenia ścieżką, która sugerował początek sezonu (Eddie jako Wybraniec), i w sumie zaproponowali dość ciekawe przetasowanie. Ale ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia. Troszkę się obawiam o dalszy ciąg. 7/10

This Is Us, sezon 1 - ta opowieść o nietypowych trojaczkach i ich bliskich to jak dla mnie odkrycie tego sezonu, przynajmniej do tej pory. Scenariuszem stoi, jakimś cudem niby to schematyczna i mocno momentami sentymentalna historia ma w sobie taką naturalność i taki ogrom pozytywnych emocji, że po prostu uzależnia. Dawno nie było czegoś podobnego. Serdecznie polecam. 8/10

Iron Fist, sezon 1 - serial zebrał bardzo negatywne recenzje, a według mnie był dużo ciekawszy niż nudny jak flaki z olejem Luke Cage.  Jasne, nie brakowało patosu i głupotek typowych dla superbohaterskiej konwencji, ale przynajmniej fabuła cały czas trzymała w napięciu, a postaci potrafiły ewoluować poza swoje klisze. W sumie przyjemna rozrywka. 7/10

sobota, 29 kwietnia 2017
Rudolf Gąbczak powraca
Po jedenastu latach od premiery Tango ortodonto Joanna Fabicka postanowiła wrócić do swojego bohatera, imiennika Valentino. Powieść Rudolf Gąbczak i stan wyjątkowy była dla mnie całkowitą niespodzianką, ale też przyznam uczciwie, że sięgałam po nią z pewną obawą. Uwielbiam cztery poprzednie tomy cyklu i nie chciałam sobie popsuć wspomnień. Niepotrzebnie się niepokoiłam. Opowieść rozpoczyna się w listopadowy piątek trzynastego, 10 lat po tym, jak rozstaliśmy się z bohaterem i jego nieortodoksyjną rodzinką oraz znajomymi.

Stałem w przyciasnym prochowcu i zastanawiałem się, jak to się mogło stać, że świat, który znałem z lat młodości, tak szybko spróchniał? Wszystko wyblakło, rozmyło się, przepadło w niszczarce czasu: Anglicy grożą wystąpieniem z Unii Europejskiej, Turcy grożą wstąpieniem, a premierem Polski został mój dawny kumpel z młodości…
I tylko upiorny charakter matki przetrwał w niezmiennie dobrej kondycji. On i moje traumy, z którymi zmagam się od lat.


Mamy tu wszystko, do czego przywykliśmy. Wspomniane traumy Rudolfa (w tym kilka nowych, jak nadwaga, łysienie i rozpad małżeństwa), sporo komentarzy odnoszących się do aktualnych wydarzeń społecznych i politycznych w kraju (czarne protesty, reforma edukacji, wycinka drzew - tylko zamiast Beaty Szydło premierem jest BB Blacha, co też generuje sporo komicznych sytuacji) i nowe wyskoki Gonzo, czyli bratanka Wiktora, który w międzyczasie został gotem o radykalnych lewicowych poglądach. Powracają także Elka, Ozi, Brukselka (jako okrutna prawie że była żona Rudolfa) i oczywiście matka Rudolfa, jedyna w swoim rodzaju terapeutka Krystyna Gąbczak. Jedynie Gawła Gąbczaka, ojca rodu, już nie zobaczymy, gdyż powieść rozpoczyna się jego pogrzebem. Dzięki czemu wdowa może zacząć szukać nowej miłości.
Rzeczą nową są rodzicielskie perypetie bohatera, którego rezolutna córeczka Bronia, lat 9, prowadzi przezabawny Dzienniczek uczuć. Ma wprawdzie poważne problemy z interpunkcją i ortografią (dlatego zlecono jej to ćwiczenie), ale głębią przemyśleń i trafnością obserwacji nie ustępuje ojcu, który swoje pamiętniki zaczął prowadzić znacznie później.
Pewnie, nie wszystko mi się w piątym tomie podobało, niektóre wątki publicystyczne (uchodźcy) były zbyt przerysowane, ale ogólnie lektura była jak powrót do domu. Połknęłam całość jednym tchem, wielokrotnie szczerze się śmiejąc, a kilkukrotnie wzruszając. Dostałam, co chciałam. Jeśli ktoś jeszcze nie zna tego znakomitego cyklu, serdecznie polecam wcześniejsze tomy. Na majówkę jak znalazł!
niedziela, 23 kwietnia 2017
O nagrodach książkowych
Dziś z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich wpis nagrodowy.

Po pierwsze, nagrodę Kryminalnej Piły dla najlepszej miejskiej powieści kryminalnej 2016 zdobyła Łaska Anny Kańtoch, według mnie jak najbardziej zasłużenie. Fotorelację z wręczenia nagrody można zobaczyć tutaj.

Z dobrych wiadomości, 14 czerwca, nakładem Wydawnictwa Czarne, ukaże się kolejna (wg mnie jeszcze bardziej udana) powieść kryminalna tej autorki, zatytułowana Wiara. Tu zapowiedź. O samej książce więcej napiszę w okolicach premiery. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Łaski, to doskonała okazja, żeby nadrobić zaległość, tym bardziej że e-booka można teraz nabyć w promocyjnej cenie (jeszcze przez 4 dni).

Po drugie, ogłoszono nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego za 2016 rok. Jak łatwo zauważyć, Puste niebo Radosława Raka oraz Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego miały ogromną przewagę nad resztą stawki. Obu powieści nie udało mi się skończyć, przy czym Piskorskiego skończyć mam szczery zamiar. Z moich nominacji przeszła tylko jedna, ale za to ta najważniejsza - Olga i osty Agnieszki Hałas, którą nieustannie polecam waszej uwadze. Bo naprawdę warto.

A co wy byście polecili przy czytelniczym święcie?
sobota, 22 kwietnia 2017
Mio, moja Mio, a może byś się jednak dłużej nie męczyła? (Samuel Bjork, Sowa)
Przyszła pora na dalszy ciąg perypetii Holgera Muncha i Mii Kruger, śledczych ze specjalnej jednostki ds. zabójstw w Oslo. Sowa była dla mnie lekturą paradoksalną, bo czytało się ją bardzo dobrze, choć właściwie powinno być wręcz przeciwnie. Powody są dwa. Uwaga, jeśli ktoś jest mocno uwrażliwiony na jakiekolwiek informacje fabularne, nie powinien czytać dalej, bo nie da się moich zarzutów do książki uzasadnić, nie zdradzając tego i owego. Dotyczy to w szczególności pierwszego punktu.

Po pierwsze, na poziomie konstrukcji intrygi to nie jest uczciwy kryminał. Bjork proponuje jeden łopatologiczny trop, sygnalizowany już od prologu i konsekwentnie wspierany różnymi ujawnianymi w toku śledztwa poszlakami. Po czym pod koniec wprowadza kiks od czapy, zupełnie się spójnością historii nie krępując. Ani tym, że policjanci, podążający za przedstawionymi poszlakami, a więc kierujący się logiką, niby to najlepsi w kraju, wychodzą w efekcie na bandę dzieci we mgle. Robi też po raz kolejny to, co nie podobało mi się już w Sezonie niewinnych - czyni celem sprawcy osobę bliską śledczemu. Jest to nie tylko chwyt tani, ale już nawet w ramach cyklu wtórny i mimo rozwiązania tego wątku w sposób wymykający się uzasadnionym oczekiwaniom - jednak niemożebnie irytujący. Tak jakby w Oslo mieszkało 20 osób na krzyż i sprawca po prostu nie mógł się nie natknąć na bliskich policjantów.

Po drugie - nic nie jest w tej powieści tak irytujące jak Mia. Przy tym, co niby genialna i wyjątkowa, obdarzona darem i zatrudniona w specjalnej jednostce bez ukończenia szkoły policyjnej śledcza na kartach Sowy wyczynia, bledną wszelkie niedostatki intrygi. Gdyż jak tylko nie musimy czytać o biednej, nieszczęśliwej i marzącej o samobójstwie i przytulnej trumnie pannie Kruger, jesteśmy autorowi szczerze wdzięczni. Skutkuje to przychylniejszą niż obiektywnie  zasłużona oceną pozostałych partii tekstu. O ile polecając Sezon niewinnych, wspominałam o tym, że kreacja Mii niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając, to tym razem wszelkie granice zostały już przekroczone. Ponowna próba samobójcza, ciągłe myśli o siostrze, stałe odjazdy po miksie tabletek i alkoholu. Nie wystarcza on już jednak do stymulowania daru, przemyślenia bohaterki nie mają w sobie nic odkrywczego i w żaden sposób nie pomagają w pracy zespołu. Jedynie niemiłosiernie męczą i wnoszą chaos.

A przy tym wszystkim - jednak bardzo dobrze całość jest rozpisana, czyta się ją mimo irytacji błyskawicznie i zainteresowaniem. Autor może i nie umie w realny suspens ani w spójność intrygi, ucieka w irytujące schematy, ale niewątpliwie ma rzadki dar opowiadacza, który sprawia, że negatywne elementy kumulują się dopiero po zakończeniu lektury. Wątpię jedynie, czy tę samą sztuczkę uda mu się wykonać trzeci raz, bez polepszania warstwy fabularnej i portretów psychologicznych postaci. Już za drugim podejściem wyszła jedynie fuksem.
środa, 19 kwietnia 2017
Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje (Big little lies i 13 reasons why)
Jakoś tak mi się zbiegło w czasie oglądanie dwóch seriali, a wspólnym mianownikiem tych seansów były spore oczekiwania, napędzone pozytywnymi recenzjami, i równych rozmiarów rozczarowanie. Trzeba trafu, że obie produkcje są ekranizacjami powieści, choć nie znam jakości literackich pierwowzorów.

Big little lies to nowy okręt flagowy  w armadzie miniseriali HBO. 8 godzinnych odcinków, świetne nazwiska w obsadzie (Kidman, Whiterspoon, Skaasgard) i morderstwo jako pretekst do opowieści o bezlitosnej społecznej dynamice małego amerykańskiego miasteczka. A przy okazji do wywlekania trupów z prywatnych szaf 4 głównych bohaterek, które poza miejscem zamieszkania łączy to, że ich dzieciaki chodzą do tej samej pierwszej klasy. I o ile zaczyna się to całkiem ciekawie, a aktorzy grają bardzo przyzwoicie, to w scenariuszu kompletnie zabito dramaturgię tłuczeniem w kółko tych samych motywów na każdym planie (przemoc domowa, niewierność małżeńska, PTSD wskutek gwałtu, późne macierzyństwo i poczucie winy związane z łączeniem rodzicielstwa z pracą, skutki nieprzepracowanego rozwodu). Na okrasę dodano wątek przemocy szkolnej, w którym tożsamość sprawcy średnio inteligentny szympans odgadłby po 3 odcinku. A to morderstwo, o które niby całe zamieszanie, przez cały serial traktowane było jak kwiatek u kożucha. Serio, na każdym poziomie Gotowe na wszystko zjadają ten serial. Może gdyby okroić całość do 5 odcinków, wyglądałoby to nieco lepiej. Choć wątpię. 6/10

13 reasons why
przez pierwszych kilka odcinków zapowiadał się bardzo ciekawie, głównie ze względów narracyjnych - 17-letnia Hannah na 13 stronach magnetofonowych kaset nagrywa opowieść o osobach, które przyczyniły się do tego, że popełniła samobójstwo. Kasety krążą kolejno między bohaterami tej historii, a  kiedy trafiają do Claya, Hannah nie żyje już od kilku tygodni. Chłopak, z różnych względów, nagrań słucha wolno, a z każdą kolejną odsłoną następuje gradacja nieszczęść dziewczyny. I o ile zaczyna się od błahostek, takich jak zdjęcie wrzucone na fejsa, durnowaty szkolny ranking na najładniejszy tyłek, kłótnia z przyjaciółką czy wiersz opublikowany bez zgody Hannah, to potem robi się coraz poważniej, pojawiają się przestępstwa, przy czym stalking jest tym najlżejszego kalibru. To spiętrzenie jest jednak przeciw skuteczne, widz obojętnieje na pozorne drobiazgi (a one mogą wystarczyć, by ktoś odpowiednio słaby psychicznie targnął się na swoje życie), a ponadto pojawia się dojmujące wrażenie groteski, opowieść traci realizm. Jednak największym grzechem scenarzystów jest jej niemiłosierne rozwleczenie. Około piątego odcinka miejsce pierwotnego zaangażowania zajmuje narastająca irytacja na niekończące się emo-ciągutki. I zostaje z nami do samego końca. W pewnym momencie zamiast współczuć Hannah, zaczynamy mieć jej serdecznie dość. A chyba nie o to chodziło. Spory potencjał, sygnalizowany przez kilka niebanalnych wątków i prób wyjścia poza najprostsze schematy, ale zdecydowana większość tego potencjału została zmarnowana w pogoni za efektem. 6/10
niedziela, 09 kwietnia 2017
Żuławie odleciały
Wczoraj spełniłam swój elektorski obowiązek i wysłałam nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego za rok 2016. Obok Olgi i ostów Agnieszki Hałas na mojej liście znalazły się:

Smocze koncerze Andrzeja W. Sawickiego, pierwsza przeczytana przeze mnie pozycja z serii Horyzonty zdarzeń Domu Wydawniczego Rebis, i to od razu jakby stworzona specjalnie dla mnie. Epoka panowania Jana III Sobieskiego, polskie poselstwo chce wynegocjować w Stambule zwolnienie chrześcijańskich jeńców i zmniejszenie haraczu. Trzeba trafu, że akurat ten moment i miejsce wybiera sobie na inwazję na Ziemię potężna obca świadomość, zwana Wielojaźnią. Ma już na koncie mnóstwo podbitych światów, ale z husarią jeszcze się nie mierzyła:) Czy może być coś fajniejszego? Jak to na własny użytek nazwałam: Sienkiewicz spotyka Inwazję porywaczy ciał. Do tego ciekawe postaci, w których losy łatwo się zaangażować (np. polska medyczka (hakima) Dorota Falak, poturczynka, robiąca w Stambule karierę, o jakiej w Rzplitej nie mogłaby nawet pomarzyć, z uwagi na swoje urodzenie). Samo się czyta.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu - bardzo udany debiut autorki piszącej pod pseudonimem Anna Lange. Rzadki przypadek książki, w której rozpoczęcie fabuły właściwej za połową tekstu w zasadzie w niczym mi nie przeszkadzało (taką np. Siłę niższą Marty Kisiel porzuciłam z tego powodu w 1/3 bez większego żalu). Jest kilka przyczyn, przede wszystkim bardzo dobry styl, humor, świetnie i drobiazgowo oddane XIX wieczne realia i gromadka, żywych, autentycznych, sympatycznych i zróżnicowanych bohaterów. Do tego ciekawe retrospekcje, serwowane na przemian z bieżącą linią czasową i pogłębiające historię relacji między bohaterami.  Wątek kryminalny, gdy już rusza, jest mocno przewidywalny, a czarny charakter nieco za bardzo przerysowany. Ale nawet to nie zmniejsza przyjemności z lektury. Coś jak Protektorat parasola Gail Carriger, tylko bez wilkołaków i wampirów (przynajmniej na razie). Czyli może bez rewelacji, ale solidna rozrywka. Jeśli pojawią się kolejne tomy, sięgnę z przyjemnością.

Projekt Mefisto Marcina Mortki początkowo zapowiadał się na coś nieco innego, niż się ostatecznie okazało, ale także był przyjemną lekturą. Piekło to korporacja, a jej pracownicy nastawieni są na wynik. Nie inaczej jest z agentem o kryptonimie Zygmunt, który w ramach tytułowego projektu ma działać na terenie miejscowości Wypluty. Niby łatwa robota, małe miasteczko pełne potencjalnych frustratów powinno być zagłębiem przyszłych rezydentów Czeluści. A jednak od początku wszystko idzie jak po grudzie, nawet piekielne moce nie działają na tym zadupiu, jak trzeba. Stopniowo okazuje się, że niektórzy mieszkańcy nie są tak zwyczajni, jak się wydają, a miastu (i światu) grozi poważne niebezpieczeństwo. W sumie ciekawa fabuła, sporo celnych, ironicznych obserwacji społeczno-obyczajowych, zgrabny styl. Niezła rozrywka.

Piątego tytułu nie nominowałam z braku godnego kandydata.

niedziela, 02 kwietnia 2017
Wszystkich nas w końcu przechytrzą (Jo Nesbo, Pragnienie)
Byłam spragniona dalszych losów Harry'ego H. od ostatniej kropki Policji, do której dotarłam niemal 4 lata temu. Oczekiwanie było więc długie, a co więcej, po nieco słabszym Synu oraz minipowieściach Krew na śniegu i Więcej krwi, podszyte pewnym niepokojem. Jeśli wy także mieliście swoje wątpliwości co do poziomu jedenastego tomu perypetii norweskiego śledczego, to je porzućcie - Nesbo nie zawodzi. Nie jest Pragnienie najlepszą pod względem intrygi odsłoną serii, ale i nie ma się czego wstydzić. Warto było czekać.

Było tu kilka potencjalnych raf, przede wszystkim szczęśliwy Harry (trzy spokojne lata małżeństwa i wykładania w Wyższej Szkole Policyjnej, której studentem jest teraz także Oleg Fauke). Tę rafę Nesbo sprawnie ominął, kreśląc relację bohatera z Rakel bez nadmiaru cukierkowości. W zamian wyeksponował ich wzajemną nieskrępowaną szczerość. Hole wie, że jego sielanka w każdej chwili może zostać brutalnie przerwana.

I tak też się dzieje, gdy w mieście zaczyna grasować brutalny morderca, namierzający ofiary wśród singielek szukających drugiej  połówki za pośrednictwem Tindera. Mikael Bellman, który ma szansę ze stołka komendanta policji awansować jeszcze wyżej, o ile szybko schwyta błyskawicznie eskalującego zwyrodnialca, ucieka się do szantażu, by uzyskać zgodę Harry'ego na współpracę w śledztwie.

Przyznaję, były w trakcie lektury rzeczy, które mi się zdecydowanie nie podobały. Na szczęście, w ostatecznym rozrachunku pozornie naciągane zbiegi okoliczności znalazły racjonalne wyjaśnienie, niby to wtórne rozwiązania okazały się zmyłkami, a rozwiązanie zagadki zaskoczyło mnie w zdecydowanej większości pozytywnie. Nesbo wciąż to ma. Choć wydaje mi się, że znam już wszystkie jego sztuczki, nadal potrafi mnie przechytrzyć i zaangażować w opowieść tak mocno, że mimo mojej czytelniczej uważności nawet nie spostrzegłam, jak gładko i bezproblemowo (oraz co najmniej dwukrotnie) sprowadził mnie na manowce. To na plus. Oraz wątek Trulsa Brentsena, który zaczął pracę w Wydziale Zabójstw. Poprowadzony ładnie, ciekawie, wbrew oczekiwaniom. Miło, że ta postać ma w końcu swoje pięć minut.
Na minus efekciarstwo, zwłaszcza w końcówce. No i epilog, całkiem według mnie niepotrzebny.
sobota, 25 marca 2017
Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja
W międzyczasie, w celu przełamania kryzysu satysfakcji czytelniczej, związanego z przednominacyjnym czytaniem polskiej fantastyki (i to akurat wtedy, kiedy jest tyle fajnych, przynajmniej potencjalnie, premier zagranicznych - Gaiman, Mitchell i wczorajsza świeżynka - nowe Akta Dresdena), sięgnęłam po kolejną powieść z cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Panaceum z tej Tany French, powiadam wam:)

Lustrzane odbicie (niedawno wznowione) to kolejne spotkanie ze znaną z debiutanckiej powieści irlandzkiej autorki detektyw Cassie Maddox. Po krachu operacji Westalka przeniosła się do obyczajówki, ale pewnego dnia jej chłopak, Sam, prosi ją o przyjazd na miejsce zabójstwa w pobliskim miasteczku Glenskehy. Wystarczy rzut oka na ofiarę, by detektyw zrozumiała, dlaczego była potrzebna. Kobieta ma jej twarz, a w zakrwawionej kieszeni dokumenty na nazwisko, którego Cassie używała, pracując kiedyś pod przykrywką w celu rozbicia siatki dilerów w Trinity College - Alex Madison. Jej dawny przełożony z Tajnych Operacji, Frank Mackey (postać również znana czytelnikom pozostałych powieści cyklu), nalega na śledcze wykorzystanie tego niesamowitego zbiegu okoliczności. Ponieważ policji brakuje jakichkolwiek tropów, w tym śladów fizycznych, Maddox ma się wcielić w ofiarę, udawać, ze przeżyła atak, i zinfiltrować grupkę przyjaciół dziewczyny z uczelni (wszyscy doktoryzują się z literatury angielskiej), mieszkającą wspólnie z Alex w odziedziczonym przez jednego z jej członków wielkim, nieco zaniedbanym domu na obrzeżach miasteczka. Złakniona operacyjnej adrenaliny, dawna gwiazda wydziału zabójstw podejmuje wyzwanie.
Koncept sobowtóra jest literacko bardzo ryzykowny, ale French świetnie sobie z nim radzi, drobiazgowo pokazując, jak wcielanie się w Alex i sama świadomość, że przez tyle lat gdzieś na świecie żyła jej idealna fizyczna bliźniaczka, wpływają na psychikę Cassie, wcześnie osieroconej, pozbawionej rodzeństwa. Kto czytał inne powieści z cyklu, ten wie, że nie ma co liczyć na dynamiczną akcję, a raczej na rozbudowaną warstwę obyczajowo-psychologiczną, liczne introspekcje i drobiazgową analizę relacji między postaciami, które w końcu doprowadzą do rozwiązania zagadki zabójstwa. Uczciwie ostrzegam, że nawet na tle pozostałych, mocno statycznych powieści French, ta jest wyjątkowa. Jednocześnie, dzięki niezwykle przekonującemu oddaniu specyficznej dynamiki pomiędzy czwórką (a wcześniej piątką) mieszkańców domu na odludziu, Lustrzane odbicie ma w sobie nieodparty magnetyzm, który sprawił, że nie mogłam oderwać się od pozornie mało pasjonującej lektury.
Tak więc - nie dla każdego, nie jest to też najbardziej udana powieść autorki (wg mnie lepsza tylko od Ściany sekretów), ale mimo to zdecydowanie polecam pasjonatom babrania się w ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy. W tej konkurencji French nie ma zbyt wielu godnych rywali.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Krytyczne ostrze siekiery:P
Moje manie na małym ekranie
Porąbana literatura
Porąbane dysputy
Przyjaciele i znajomi Siekiery (znaczy - też porąbani:)
To stay sharp
Varia (Ścinki)
Tagi
statystyka