Blog > Komentarze do wpisu
Specjalista Lynn dziwi się światu (Ben Fountain, Długi marsz w połowie meczu)

Zaczniecie chyba niedługo podejrzewać, że mnie ktoś podmienił, ale ostatnimi czasy naprawdę trafiają mi się świetne lektury. W tym takie, które miałam w kolejce od dłuższego czasu. Tak jak powieść Bena Fountaina w fenomenalnym przekładzie Tomasza S. Gałązki. Niby prosty pomysł – uczynić narratorem dziewiętnastolatka, który po wyjątkowo spektakularnej akcji bojowej w trakcie wojny z terroryzmem w Iraku dostaje wraz z kolegami dwutygodniową przepustkę z piekła. Ale nie za darmo – są obwożeni po Stanach jako propagandowe maskotki na tournée zwycięstwa. Każdy chce im pogratulować osobiście, szybko impregnują się na monotonny patriotyczny bełkot, który zresztą autor dość ciekawie wyodrębnił w tekście. Korzystają za to do oporu z atrakcji niedostępnych na wojnie: dobrego jedzenia, luksusowej limuzyny i alkoholu. Oraz próbują za pośrednictwem hollywoodzkiego producenta Alberta sprzedać prawa do ekranizacji swojej historii. Obiecano im za nie po sto patyków na łebka, ale robi się nerwowo – umowa niepodpisana, a oni za dwa dni muszą wracać na front. Przy tej okazji narrator - Billy Lynn, prosty chłopak z Teksasu, dla którego wojsko nie było wolnym wyborem, ale alternatywą wobec więzienia, pozwala sobie na rozmaite obserwacje i przemyślenia dotyczące otaczającej go ściemy. Widzicie, zdaje mu się, że na wojnie zrozumiał, jak naprawdę działa świat. Doznał oświecenia niedostępnego cywilom.

Pomysł może i nieskomplikowany na pierwszy rzut oka, ale takie są najtrudniejsze w realizacji. Zdecydować się na narrację, której dominujący nurt stanowi monolog wewnętrzny, to postawić wszystko na jedną kartę. Można dużo i łatwo przegrać. Jeśli stworzy się postać niewiarygodną albo sztampową, zabrany do jej głowy czytelnik szybko się znudzi, nie zaangażuje w podaną z jednostkowej perspektywy problematykę, którą chce go zainteresować autor. Zakwestionuje stawiane przez niego tezy, wyczuwając koturnowość i fałsz. Ale Fountain rozbił całą pulę. Billy’emu się wierzy. A jednocześnie się mu współczuje. Bo stracił przyjaciela i nie może oddać się żałobie. Bo musi wrócić na front. Bo nigdy nie miał dziewczyny ani oparcia w ojcu, który był wyjątkowym skurczybykiem. Ale przede wszystkim współczujemy specjaliście Lynnowi, bo, stojąc z boku, widzimy, jak krucha jest narracja, którą chłopak próbuje wytłumaczyć sobie świat. Że pod zapożyczoną od bardziej doświadczonych kolegów pozą doświadczonego przez życie cynika czai się naiwność, bezwarunkowe pragnienie bliskości i akceptacji, a przede wszystkim strach przed powrotem tam, stale walczący o lepsze z lojalnością wobec kolegów z Bravo.

Niby zatem nic takiego się nie zdarza (zdecydowana większość akcji rozgrywa się, zgodnie z tytułem, podczas meczu futbolowego na stadionie Dallas Cowboys  w Święto Dziękczynienia), ale w duszy Billy’ego Lynna trwa walka, o której wie tylko on i zaproszony do jego myśli czytelnik - podglądacz. A której obserwacji nie sposób przerwać. Dzięki genialnemu przekładowi (Tomasz S. Gałązka, powtarzam raz jeszcze) rozbiegane, skaczące między wątkami przemyślenia specjalisty Lynna wprost hipnotyzują odbiorcę, porywają go w wir różnorodnych i sprzecznych odczuć, które – w co łatwo uwierzyć – mogą miotać młokosem po pierwszym chrzcie bojowym niemal w przeddzień powrotu na pole walki.

Zapoznajcie się z Billym – brak mi słów, żeby adekwatnie opisać, dlaczego warto z nim przejść cały długi marsz. Ale nie żałuję żadnego kroku i zapamiętam tę trasę.

P.S. Chciałam wrzucić jakiś fragment, żeby zilustrować geniusz tłumacza, ale musiałabym wrzucić całą książkę. Nie umiałam się zdecydować.

sobota, 09 lutego 2019, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka